Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 481 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Endgame. Wezwanie - James Frey

Książka? Nie, to przyszłość rozrywki!

Projekt Endgame to multimedialne doświadczenie, w którym rzeczywistość przeplata się z fikcją.

Trzy powieści, jedna gra dla miliardów graczy.

No i 3 000 000 $ nagrody!

Przyszłość nie została jeszcze określona.

Dopiero Endgame ją zweryfikuje.

__________________

W Ziemię uderza seria meteorytów. Tylko garstka jest świadoma tego, co to oznacza…

W ich żyłach płynie krew starożytnych cywilizacji.

W ich umysłach odzywa się głośne wezwanie.

W ich rękach znajduje się los świata.

Nie mają nadprzyrodzonych zdolności. Nie potrafią latać, nie posługują się magią.

Od dziecka szkolono ich, by stali się zabójcami idealnymi.

Nadszedł czas.

Usłyszeli wezwanie.

Rozpoczyna się Endgame!

__________________

Czytaj książkę. Odszukuj wskazówki. Rozwiązuj łamigłówki.

Zwycięzca może być tylko jeden!

Opinie o ebooku Endgame. Wezwanie - James Frey

Cytaty z ebooka Endgame. Wezwanie - James Frey

Piramid w Gizie. Rysunków z Nazca. Moai. Stonehenge. Sfinksa. Machu Picchu. Gobekli Tepe. Carnac. Aramu Muru. Zigguratu w Ur. Teotihuacani. Angkor Wat. Puma Punku. Terakotowej Armii. Piramid w Meroe. Sacsayhuamánu. Wielkiego Dolmenu Zambujeiro.

Fragment ebooka Endgame. Wezwanie - James Frey

Ta książka to zagadka:

Na jej stronach znajdziesz wskazówki, które zaprowadzą cię do ukrytego gdzieś na tej planecie kluczai.

Rozszyfrowuj, dekoduj, interpretuj.

Szukaj i znajduj.

Kto pierwszy odnajdzie klucz i włoży go do właściwego zamka, otrzyma złotoii.

Stosy, całe sterty Starożytnego Złotaiii.

$$$ Ένα εκατομμύριο δολάρια του χρυσού. $iv.

Spora część tej powieści to fikcja, ale wiele zawartych w niej informacji jest najprawdziwszą prawdą. Endgame to nie blaga. Endgame nadchodzi.

Wszystko, cały czas, każde słowo, imię, każda cyfra, każde miejsce, każda odległość, każdy kolor, każda godzina, minuta i sekunda, każda litera na każdej stronie, cały czas, wszystko. Tak zostało powiedziane, tak jest mówione i tak będzie. Wszystko.

(Ēlv12 12 12vi

Rozpoczyna się Endgame. Nasza przyszłość nie została jeszcze spisana. Przyszłość to przyszłość. Co ma być, to będzie. Każde z nas ma inne zdanie na temat naszego pochodzenia. Bóg nas stworzył. Obcy przynieśli. Rozszczepiła się błyskawica lub przeszliśmy przez portale. Koniec końców, nie liczy się jak. Mamy tę planetę, ten świat, Ziemię, dla siebie. Przybyliśmy tutaj, byliśmy tutaj i nadal jesteśmy. Ty, ja, my, cała ludzkość. Początek nie ma znaczenia, niezależnie od tego, w co wierzysz. Jednakże koniec… koniec ma. Oto Endgame.

Jest nas 12. Młodych ciałem, ale z dawnych ludzi. Nasze ścieżki wybrano przed tysiącami lat. Od tamtej pory przygotowujemy się na to, co ma nadejść. Gdy rozpocznie się gra, będziemy zmuszeni rozmyślać, obradować, rozszyfrowywać, pozostawać w ciągłym ruchu, zabijać. Niektórzy przygotowani są gorzej, inni lepiej, i ci pierwsi zginą na samym początku. Endgame to rzecz prosta. Nie jest jednak łatwo, bo gdy umiera jeden, umierają też kolejni, niezliczeni. Zdarzenie i to, co stanie się potem, jest nieuniknione.

Jesteście nieświadomymi miliardami. Niewinnymi, biernymi gapiami. Szczęśliwymi przegranymi i pechowymi zwycięzcami. Publiką śledzącą grę, która zadecyduje o waszym losie.

My jesteśmy Graczami. Waszymi Graczami. Musimy brać w tym udział. Mamy ponad 13, ale nie więcej niż 20 lat. Tak brzmi zasada i zawsze tak brzmiała. Nie posiadamy nadnaturalnych mocy. Żadne z nas nie potrafi latać, zamienić ołowiu w złoto czy uleczyć własnych ran. Kiedy przyjdzie po nas śmierć, odejdziemy wraz z nią. Jesteśmy śmiertelnikami. Ludźmi. Spadkobiercami Ziemi. To właśnie do nas należy rozwiązanie Wielkiej Zagadki Zbawienia i jedno z nas musi tego dokonać, inaczej wszyscy będziemy zgubieni. Razem jesteśmy wszystkim: siłą, dobrocią, niegodziwością, lojalnością, mądrością, głupotą, brzydotą, pożądaniem, złośliwością, kaprysem, pięknem, wyrachowaniem, lenistwem, entuzjazmem, słabością.

Jesteśmy dobrem i złem.

Jak ty.

Jak wszyscy.

Lecz nie jesteśmy razem. Nie jesteśmy przyjaciółmi. Nie dzwonimy do siebie i nie przesyłamy sobie wiadomości. Nie czatujemy przez Internet i nie spotykamy się na kawie. Jesteśmy rozdzieleni, porozrzucani po całym świecie. Od narodzin byliśmy szkoleni i wychowywani na ostrożnych i rozważnych, przebiegłych i zwodniczych, bezlitosnych i okrutnych. Nie cofniemy się przed niczym, aby odnaleźć klucze do Wielkiej Zagadki. Nie możemy przegrać. Porażka oznacza śmierć. Porażka to Koniec Wszystkich, Koniec Wszystkiego.

Czy entuzjazm pokona siłę? Głupota zwycięży dobroć? Lenistwo piękno? Czy wygra dobro, czy zło? Istnieje tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.

Graj.

Przeżyj.

Rozwiąż zagadkę.

Nasza przyszłość nie została jeszcze spisana. Nasza przyszłość to twoja przyszłość.

Co ma być, to będzie.

Więc słuchaj.

Podążaj za nami.

Raduj się.

Miej nadzieję.

Módl się.

Módl się gorliwie, jeśli wierzysz.

Jesteśmy Graczami. Twoimi Graczami. Gramy dla ciebie.

Zagrajcie z nami.

Ludu Ziemi.

Rozpoczyna się Endgame.

*Układ typograficzny książki, brak wcięć akapitowych, rodzaj przypisów i sposób zapisu liczb został narzucony przez wydawcę oryginału. Może mieć to związek z rozwiązaniem zagadki, ale nie musi.

Marcus Loxias Megalos

Hafız Alipaşa Sk, Aziz Mahmut Hüdayi Mh, Stambuł, Turcja

Marcus Loxias Megalos jest znudzony. Nie pamięta niczego sprzed nudy. Szkoła jest nudna. Dziewczyny są nudne. Piłka jest nudna. Szczególnie kiedy jego drużyna, Fenerbahçe, przegrywa. Tak jak teraz w meczu z Manisasporem.

Marcus gapi się z pogardą w ekran telewizora stojącego w niedużym, skromnie urządzonym pokoju. Zapada się w miękkim, czarnym skórzanym fotelu, do którego, kiedy chce wstać, przykleja mu się spocona skóra. Jest noc, lecz Marcus nie zapala świateł. Przez otwarte okno do pokoju, niczym natarczywe duchy, wpadają odgłosy Bosforu – przeciągłe wycie okrętów, dzwonienie boj – którego jęki i brzdęki słyszy cały Stambuł.

Marcus ma na sobie jedynie obszerne spodenki gimnastyczne. 24 żebra odznaczają się pod napiętą, opaloną skórą. Jego ramiona są muskularne i twarde. Oddycha lekko. Napina mięśnie brzucha. Ma krótko obcięte włosy i zielone oczy. Z koniuszka nosa ściekają mu perliste koraliki potu. Cały Stambuł gotuje się tej nocy, a Marcus razem z nim.

Na jego udzie spoczywa otwarte, oprawione w skórę, stare tomiszcze. Napisano je greką. Marcus nagryzmolił na kawałku papieru, który leży na księdze, kilka słów po angielsku: „Z rozległej jestem Krety. Rodzic mój imiona znaczne miał”. Nie pierwszy raz zaczytywał się w tej opowieści, traktującej o wojnie, poznaniu, zdradzie, miłości i śmierci. Lektura zawsze sprawiała mu przyjemność.

Czegoż by nie oddał, aby samemu móc udać się w podobną podróż, uciec przed męczącym skwarem tego nudnego miasta. Wyobraża sobie ciągnące się przed jego oczami nieskończone morze, chłodny wiatr muskający skórę, przygody oraz ustawiających się w bojowym szyku wrogów, którzy majaczą na horyzoncie.

Marcus wzdycha i sięga po strzępek papieru. W drugiej ręce trzyma nóż wykuty 9000 lat temu z pojedynczego kawałka brązu w płomieniach Knossos. Przejeżdża ostrzem po skórze i wbija sztych w prawe przedramię, ale niezbyt mocno. Dobrze zna ten nóż. Ćwiczył z nim, odkąd potrafił utrzymać go w ręce. Spał z ostrzem pod poduszką od 6 roku życia. Zabijał nim kurczaki, szczury, psy, koty, świnie, konie, jastrzębie i jagnięcia. Z jego pomocą uśmiercił też 11 osób.

Ma 16 lat, idealny wiek na Grę. Po ukończeniu 20 nie spełniałby warunków. Chce Grać. Wolałby umrzeć niż przestać spełniać warunki.

Zdaje sobie jednak sprawę, że jego szanse są bliskie zeru. Wojna nie odnajdzie go tak, jak odnalazła Odyseusza. Nie odbędzie swej wielkiej podróży. Jego lud czeka od 9000 lat. Od dnia, w którym wykuto nóż. O ile mu wiadomo, będzie musiał czekać i kolejne 9000. Po Marcusie nie zostanie już ślad, a stronice tej księgi rozsypią się w proch.

Dlatego jest znudzony.

Kibice na ekranie telewizora wznoszą radosne okrzyki i chłopak podnosi wzrok znad ostrza. Bramkarz Fenerbahçe posyła piłkę lobem wzdłuż prawej linii, prosto do krzepkiego pomocnika, który podaje ją dalej, za linię obrony drużyny przeciwnej, między dwóch ostatnich zawodników stojących przed golkiperem Manisasporu. Zawodnicy ruszają za piłką, dopada do niej napastnik; jest już 20 metrów od bramki, nikt go nie zatrzymuje. Bramkarz szykuje się do starcia.

Marcus nachyla się do telewizora. Zegar wskazuje 83:34. Fenerbahçe musi strzelić gola, a jeśli drużynie uda się zdobyć bramkę w tak dramatyczny sposób, zachowa twarz. Stara księga spada na podłogę. Karteczka ześlizguje się ze stronicy i przecina powietrze niczym dryfujący liść. Zgromadzona na trybunach publika podnosi się z miejsc. Niebo nagle jaśnieje, jakby bogowie, Bogowie Niebiańscy we własnej osobie, zstąpili na ziemię, aby pomóc piłkarzom. Golkiper robi krok w tył, a napastnik zbiera się do strzału, uderza, futbolówka leci w stronę bramki.

Gdy ląduje w siatce, rozbłyskują jupitery, tłum szaleje. Rozlegają się krzyki, najpierw entuzjastyczne z powodu gola, a następnie przerażone, skonfundowane; pełne autentycznej, głębokiej grozy i niepokoju. Ogromna kula ognia, płonący meteoryt, eksploduje nad głowami publiczności i przetacza się przez boisko, miażdżąc obronę Fenerbahçe i wyrywając dziurę w głównej trybunie stadionu.

Marcus patrzy na tę scenę z szeroko otwartymi oczyma. Świadkuje masakrze na skalę tragedii znanych mu z amerykańskich filmów katastroficznych. Połowa obiektu stoi w ogniu, dziesiątki tysięcy ludzi nie żyją lub płoną.

Jest to najpiękniejsza rzecz, jaką chłopak kiedykolwiek widział.

Oddycha ciężko. Pot zalewa mu twarz. Ludzie na zewnątrz krzyczą, wrzeszczą, jakaś kobieta z kawiarni na dole wyje i biadoli. Gdzieś w starożytnym mieście nad Bosforem, pomiędzy morzami Marmara i Czarnym, rozlegają się syreny.

Na ekranie płonie stadion. Zawodnicy, policja, kibice i trenerzy biegają jak ludzkie pochodnie. Komentatorzy proszą o pomoc, zwracają się do Boga, bo niczego nie rozumieją. Żywi i ci, którzy niedługo umrą, depczą po sobie, próbując uciec. Rozlega się kolejny wybuch i telewizor gaśnie.

Serce mało nie wyskoczy Marcusowi z piersi. Jego mózg jest rozgrzany niczym paląca się murawa, czuje, jakby w żołądku zaszyto mu kamienie i polano kwasem. Lepią mu się dłonie. Zauważa, że wbił sobie nóż w przedramię, strumień krwi tryska z ręki na fotel i na księgę. Nie będzie już się do niczego nadawała, ale nie ma to znaczenia; już jej nie potrzebuje. Nareszcie ma własną Odyseję.

Marcus spogląda na ciemny telewizor. Wie, że tam, w rumowisku, coś na niego czeka i on musi to odnaleźć.

Tę jedną rzecz.

Dla siebie, dla swojego ludu.

Uśmiecha się. Ćwiczył całe życie, czekając na tę chwilę, a nawet kiedy odpoczywał, i tak śnił o Zewie, o Wezwaniu.. Wszystkie wizje zagłady, jakie zrodziły się w jego nastoletnim umyśle, nie mogły się równać z tym, czego właśnie był świadkiem. Meteor zniszczył stadion piłkarski i odebrał życie 38 676 ludziom. Legendy głosiły, że zapowiedź będzie efektowna. Choć raz mówiły prawdę. Rzeczywistość okazała się jeszcze piękniejsza.

Marcus wyczekiwał, wypatrywał i przygotowywał się do Endgame całe swoje życie. Nie był już znudzony i nigdy już nie będzie, bez względu na to, czy przeżyje, czy umrze.

To jest to.

Na pewno.

To jest to.

Chiyoko Takeda

22B Hateshinai Tōri, Naha, Okinawa, Japonia

Trzy uderzenia niedużego dzwonka wykonanego ze stopu cyny i ołowiu budzą Chiyoko Takedę. Dziewczyna obraca głowę. Na elektronicznym zegarze widnieje 5:24. Ciężkie liczby. Znaczące. Zapamiętuje je. Wyobraża sobie, że to samo robią ci, którzy przypisują doniosłość numerom takim jak 11:03, 9:11 czy 7:07. Przez resztę życia będzie widziała 5:24 i już na zawsze będzie niosła ciężar, wagę i znaczenie tych liczb.

Chiyoko odwraca wzrok od zegara stojącego na jej stoliku nocnym i wpatruje się w mrok. Leży naga na pościeli. Oblizuje pełne wargi. Przygląda się cieniom na suficie, jakby chciała wyczytać z nich jakąś wiadomość.

Dzwonek nie powinien był się odezwać. Nie dla niej.

Przez całe życie słuchała o Endgame i swoim dziwacznym, nieprawdopodobnym wręcz pochodzeniu. Zanim rozbrzmiał dzwonek, była 17-letnim wyrzutkiem nauczanym w domu, mistrzynią żeglarstwa i nawigacji, zdolną ogrodniczką i zwinną alpinistką. Biegłą w symbolach, językach i słowach. Tłumaczką znaków. Zabójczynią zdolną posługiwać się wakizashi, hojo i shurikenami. Teraz, kiedy została zbudzona przez dzwonek, czuje się, jakby miała lat 100. 1000. 10 000. I ma wrażenie, że starzeje się z każdą upływającą sekundą. Spada na nią ciężar minionych stuleci.

Chiyoko zamyka oczy. Mrok powraca. Chciałaby znaleźć się gdzie indziej. W jaskini. Pod wodą. W najstarszym lesie na Ziemi. Lecz jest tutaj i musi się z tym pogodzić. Niedługo ciemność pochłonie wszystko i nikogo nie ominie. Musi nauczyć się, jak sobie z nią radzić. Zaprzyjaźnić się. Pokochać. Szkoliła się przez 17 lat i teraz jest gotowa, choć nigdy o to nie prosiła i nigdy się tego nie spodziewała. Mrok. Przypomina jej ukochaną ciszę, która stanowi część jej samej.

Potrafi bowiem słuchać, ale nigdy nie wypowiedziała ani słowa.

Wygląda przez otwarte okno, bierze oddech. Przez noc padało, czuje wilgoć w nozdrzach, gardle i piersi. Powietrze pachnie przyjemnie.

Słyszy delikatne stukanie w przesuwne drzwi do pokoju. Siada na łóżku, obrócona drobnymi plecami do wejścia. Tupie dwukrotnie, co oznacza wejdź.

Rozlega się dźwięk drewna prześlizgującego się po drewnie. Potem następuje cisza zatrzymywanych drzwi. Delikatne szuranie stóp.

– Zadzwoniłem – mówi jej wuj, kłaniając się nisko. Składa tym samym, jak zostało przyjęte i jak określały reguły, wyraz najwyższego szacunku młodemu Graczowi. – Musiałem – dodaje. – Nadchodzą. Wszyscy.

Chiyoko kiwa głową.

Mężczyzna, nadal pochylony, mówi:

– Przepraszam. Już czas.

Chiyoko tupie pięciokrotnie, w nierównych odstępach. Dobrze. Szklanka wody.

– Tak, oczywiście.

Wuj wychodzi tyłem z pokoju i oddala się po cichu.

Chiyoko wstaje, zaciąga się powietrzem i podchodzi do okna. Jej bladą skórę otula nikły blask miejskich świateł. Patrzy na Nahę. Park. Szpital. Przystań. Morze. Czarne, szerokie i spokojne. Łagodna bryza. Drzewa palmowe rosnące pod jej oknami szepczą. Wiszące nisko szare chmury zaczynają lśnić jasnym blaskiem, jakby w pobliżu lądował statek kosmiczny. Starzy ludzie pewnie już nie śpią, myśli Chiyoko. Starzy ludzie wstają wcześnie. Piją herbatę, jedzą ryż i marynowaną rzodkiewkę. Jajka, ryby i ciepłe mleko. Niektórzy pamiętali wojnę. Ogień z nieba, który niszczył i dziesiątkował. Lecz pozwolił też na odrodzenie. To, co się stanie, przypomni im o tamtych dniach. Odrodzenie? Ich przetrwanie i przyszłość zależą tylko od Chiyoko.

Pies zaczyna opętańczo szczekać.

Rozlega się alarm samochodowy.

Niebo jaśnieje, chmury rozdziera gigantyczna ognista kula, która rozpada się gdzieś nad przedmieściami. Krzyczy, płonie, wpada do przystani. Ogromna eksplozja i kłęby rozgrzanej pary rozświetlają poranek. Deszcz pyłu, kamieni, plastiku i metalu spada na Nahę. Umierają drzewa. Umierają ryby. Dzieci. Marzenia. Bogactwo. Szczęśliwcy gasną we śnie. Reszta płonie lub zostaje okaleczona.

Będą myśleli, że to trzęsienie ziemi.

Ale jeszcze zobaczą.

To dopiero początek.

Gruz spada na miasto. Chiyoko czuje, że gdzieś tam znajduje się coś przeznaczonego dla niej. Odchodzi od okna jednym zdecydowanym krokiem i wówczas do jej pokoju wpada rozżarzony węgielek w kształcie makreli, wypalając dziurę w macie tatami.

Wuj ponownie puka do jej drzwi. Chiyoko tupie dwukrotnie. Wejdź. Nadal są otwarte. Mężczyzna wchodzi do środka z pochyloną głową, staje przy niej i podaje proste, niebieskie jedwabne kimono, które dziewczyna wkłada. Gdy jest już ubrana, bierze od niego szklankę lodowatej wody.

Polewa nią węgielek, który skwierczy i wypluwa z siebie parę, woda gotuje się na jego powierzchni. Stygnie. Lśniący, czarny kamień o ostrych krawędziach.

Spogląda na wuja. On odwzajemnia jej spojrzenie, a w jego oczach czai się smutek. To smutek gromadzony przez stulecia, smutek dobiegających końca żyć. Chiyoko kłania mu się w podzięce. Mężczyzna próbuje się uśmiechnąć. Był taki jak ona, wypatrywał rozpoczęcia Endgame, ale, jak niezliczenie wielu innych przez tysiące lat, bezskutecznie. Chiyoko się doczekała.

– Przykro mi – mówi. – Z twojego powodu. Z naszego. Co ma być, to będzie.

Sarah Alopay

Bryan High School, Omaha, Nebraska, Stany Zjednoczone

Dyrektorka uśmiecha się, patrzy na tłum i mówi:

– To dla mnie zaszczyt móc przedstawić uczennicę, która wygłosi mowę na zakończenie szkoły. Przed wami Sarah Alopay!

Zgromadzeni wiwatują, wznoszą okrzyki, gwiżdżą.

Dziewczyna wstaje. Ma na sobie czerwony biret i togę przepasaną błękitną szarfą. Na jej wargach od samego rana gości uśmiech. Rozbolała ją od tego cała twarz. Jest szczęśliwa. Za niecały miesiąc skończy 18 lat. Spędzi lato przy wykopaliskach archeologicznych w Boliwii, u boku swojego chłopaka, Christophera, a jesienią rozpocznie studia na Princeton. Kiedy zaś skończy 20 lat, rozpocznie resztę swojego życia.

Za 742,43625 dnia będzie wolna.

Przestanie spełniać warunki.

Usiadła w rzędzie numer 2, za grupą pracowników administracyjnych, członkami komitetu rodzicielskiego i trenerami futbolu. Od przejścia dzieli ją kilka krzeseł. Towarzyszy jej Reena Smithson, najlepsza przyjaciółka Sary, którą zna od 3 klasy szkoły podstawowej. Dziewczyna spogląda na siedzącego cztery rzędy dalej Christophera. Blond włosy, lekki zarost, zielone oczy. To człowiek spokojny, o wielkim sercu, do tego najprzystojniejszy chłopak w szkole, mieście, stanie, a dla niej nawet i na całym szerokim świecie.

– Daj czadu – mówi Christopher, szczerząc zęby w uśmiechu.

Sarah i Christopher są razem od 7 klasy. Nierozłączni. Rodzina Christophera jest jedną z najzamożniejszych w Omaha. Są tak bogaci, że jego mama i tata nawet nie kłopotali się powrotem z Europy na rozdanie świadectw. Kiedy chłopak szedł na podium, to rodzina Sary cieszyła się najgłośniej. Mógł pójść do prywatnego liceum lub szkoły z internatem, gdzie uczęszczał jego ojciec, ale odmówił, nie chcąc rozstawać się z Sarą. To jeden z wielu powodów, dla których go kocha i wierzy, że będą razem do końca swoich dni. Pragnie tego i wie, że on również. A za 742,43539 dnia będzie to możliwe.

Sarah idzie alejką w kierunku podium. Ma na sobie różowe ray-bany model wayfarer, które dostała od ojca na Boże Narodzenie. Okulary zasłaniają jej brązowe, szeroko osadzone oczy. Długie, kasztanowe włosy spięła w ciasny kucyk. Gładka, brązowa skóra lśni. Pod togą nosi takie samo ubranie jak pozostali.

Lecz ilu z nich dźwiga ze sobą na podium ciężar artefaktu? Sarah zawiesiła go na szyi, tak jak Tate, kiedy jeszcze spełniał warunki. Przekazywano go od Gracza do Gracza, przez 300 pokoleń. Przyczepiony do łańcuszka wypolerowany czarny kamień od 6000 lat jest świadkiem miłości, smutku, piękna, światłości, żalu i śmierci. Sarah nosi wisiorek od chwili, kiedy Tate został ranny, a rada jej ludu zdecydowała, że to ona powinna być następnym Graczem. Miała wtedy 14 lat. Od tamtej pory nie zdejmowała amuletu, przyzwyczaiła się do niego, praktycznie nie czuje, że go ma.

Kiedy idzie w stronę podium, na tyłach zaczynają skandować:

– Sar-ah! Sar-ah! Sar-ah!

Uśmiecha się, odwraca i patrzy na przyjaciół, kolegów, koleżanki z klasy, Christophera, swojego starszego brata Tate’a, rodziców. Jej mama obejmuje ramieniem tatę, oboje są dumni, szczęśliwi. Sarah daje im do zrozumienia, że jest podenerwowana. Ojciec uśmiecha się i unosi kciuk. Dziewczyna wchodzi na podium, a pani Shoemaker, dyrektorka, wręcza jej dyplom.

– Będzie mi ciebie brakowała, Saro.

– Nie odchodzę na zawsze, pani Shoe! Jeszcze się zobaczymy.

Lecz pani Shoemaker wie lepiej. Sarah Alopay nigdy nie otrzymała oceny niższej niż piątka. Należała do reprezentacji stanu w piłce nożnej i w biegach, otrzymała maksimum punktów na egzaminach końcowych. Jest zabawna, miła, szczera i pomocna, zdecydowanie przeznaczona do wielkich rzeczy.

– Daj im popalić, Alopay – mówi dyrektorka.

– Jak zawsze – odpowiada Sarah.

Dziewczyna podchodzi do mikrofonu, patrzy na zachód, nad głowami tłumu. Za grupą 319 uczniów znajduje się wysoki dębowy zagajnik. Słońce przygrzewa mocno, ale Sarah, tak jak i inni uczniowie, nie zwraca na to uwagi. Kończy się właśnie pewien etap ich życia i za moment rozpocznie się kolejny. Są podekscytowani. Myślą o przyszłości, wyobrażają ją sobie, mają nadzieję, że spełnią się ich marzenia. Sarah nieźle się napracowała, przygotowując mowę. Skoro ma być głosem swoich koleżanek i kolegów, chce dać im coś, co ich zainspiruje, popchnie do działania, gdy już otworzy się przed nimi ów nowy rozdział. To niemała presja, lecz dziewczyna do niej przywykła. Pochyla się i odchrząkuje.

– Gratuluję i witam was w tym najpiękniejszym dniu waszego życia, a przynajmniej najpiękniejszym jak do tej pory!

Dzieciaki zaczynają szaleć, kilkoro z nich przedwcześnie rzuca do góry birety, niektórzy zaczynają się śmiać, coraz więcej osób skanduje „Sar-ah! Sar-ah! Sar-ah!”.

– Kiedy myślałam, co powiedzieć – ciągnie Sarah, a serce mało nie wyskoczy jej z piersi – zdecydowałam się rozwiązać pewną kwestię. Zastanowiłam się, o co najczęściej jestem pytana i, choć to trochę żenujące, nie mam wątpliwości, że chcecie po prostu wiedzieć, „na czym polega mój sekret”.

Śmiech. Bo to prawda. Jeśli istniał uczeń idealny, to była nim właśnie Sarah. Przynajmniej raz w tygodniu ktoś zadawał jej wspomniane pytanie.

– Po długim namyśle zrozumiałam, że moim sekretem jest brak sekretu.

To już, oczywiście, kłamstwo. Sarah miała swoje tajemnice. I to jakie. Sekrety przekazywane w jej rodzinie od tysięcy lat. I choć istotnie dokonała tego, co zapewniło jej taką popularność i uwielbienie, faktycznie zasłużyła na każdą piątkę, każdą nagrodę, każde trofeum, to jeszcze nie było wszystko. Robiła rzeczy, o jakich im się nie śniło. Krzesała ogień z lodu. Polowała i zabijała wilki gołymi rękoma. Nie spała przez tydzień. Trafiła jelenia z odległości mili. Mówiła dziewięcioma językami, posiadała pięć paszportów. Uważali ją za Sarę Alopay, królową balu i typową amerykańską dziewczynę, lecz była nie gorzej wyszkolona i podobnie zabójcza jak najlepsi żołnierze na Ziemi.

– Jestem taka, jaką mnie widzicie. Jestem szczęśliwa i gotowa na to, co nadejdzie, bo pozwalam sobie na szczęście. Nauczyłam się dość szybko, że bycie aktywną rodzi dalszą chęć do działania. Że darem nauki jest wiedza, a sama zdolność widzenia pozwala nam dostrzec pewne rzeczy. Że jeśli nie pielęgnujesz gniewu, nie będziesz się złościć. Że smutek i frustracja, nawet tragedia, są nieuniknione, co nie oznacza, iż zabrania się nam szczęścia; wszyscy mamy do niego prawo. Moim sekretem jest to, że sama wybrałam, kim chcę być. Że nie wierzę w przeznaczenie i predeterminizm, ale w wolny wybór, którego dokonuje każde z nas. Możesz być tym, kim chcesz; możesz robić to, co chcesz; możesz pójść tam, gdzie chcesz. Świat i życie są dla ciebie, są twoje. Przyszłość nie została spisana, możesz ją kształtować.

Wszyscy są cicho. Nikt się nie odzywa.

– Patrzę na zachód. Za wami, za rzędami ławek, rosną dęby. Jeszcze dalej rozciągają się równiny, kraina moich przodków, ojczyzna całej ludzkości. Za nimi z kolei piętrzą się pasma górskie, skąd biorą swój początek strumienie wód. Dalej znajduje się morze, źródło życia. Nad nami niebo. Pod nami ziemia. Życie jest wokół nas i…

Potężny huk przerywa jej mowę. Wszyscy unoszą głowy. Nagła jasność przebija się przez dęby, znaczy niebo blizną. Nie porusza się, raczej rośnie. Przez moment zgromadzeni patrzą na światłość z podziwem i trwogą. Parę osób zaczyna ciężko oddychać, ktoś pyta: „Co to jest?”.

Nikt nie odwraca wzroku od zjawiska, aż z tylnych rzędów rozlega się osamotniony krzyk; jasność oblewa tłum. Jakby ktoś dał sygnał, ludzie w jednej chwili zrywają się z krzeseł, przewracają je, krzyczą, panuje totalny chaos i zamieszanie. Sarah wstrzymuje oddech. Instynktownie sięga pod togę i zaciska palce na zawieszonym na szyi kamieniu.

Wydaje się cięższy niż kiedykolwiek. Asteroida, meteoryt, kometa czy cokolwiek to jest, ma wpływ na jego masę. Sarah nieruchomieje. Patrzy, jak światłość zmierza w jej stronę. Kamień zmienia się ponownie, teraz jest niespodziewanie lekki jak piórko, zaczyna się unosić pod jej togą i ciągnie ją w kierunku tego czegoś.

A więc tak to wygląda.

A więc to takie uczucie.

Endgame.

Przestaje słyszeć krzyki przerażenia, zastępuje je ogłuszająca cisza.

Choć przygotowywała się na tę chwilę przez całe swoje życie, nie sądziła, że faktycznie może się ona wydarzyć.

Miała nadzieję, że nie. 742,42898 dnia. Miała być wolna.

Kamień szarpie ją do przodu.

– Sarah! – krzyczy ktoś i ściska ją mocno za ramię.

Ognista kula stanowi widok intrygujący i straszny zarazem, dziewczyna znowu zaczyna słyszeć jej szum, jak przecina powietrze, płonie, naciera.

– Chodź! SZYBKO!

To Christopher. Dobry, mężny, silny Christopher. Jego twarz poczerwieniała od gorąca i niepokoju, z oczu lecą mu łzy, a z ust tryska ślina. Sarah dostrzega stojących u stóp podium rodziców i brata.

Mają kilka sekund.

Może mniej.

Poranne niebo ciemnieje, czarnieje, kula ognia jest już nad ich głowami. Gorąc staje się nie do wytrzymania, hałas paraliżuje.

Za moment umrą.

Christopher zeskakuje w ostatniej chwili z podium, ciągnąc Sarę za sobą. Powietrze wypełnia się zapachem palonych włosów, drewna, plastiku. Wisiorek szarpie tak mocno w kierunku meteorytu, że łańcuszek wpija się boleśnie w kark Sary.

Oboje zamykają oczy i padają na trawę. Dziewczyna czuje, jak kamień przerywa ogniwo, na którym jest zawieszony, i wylatuje w powietrze, szukając meteorytu, a ogromna ognista kula nagle zmienia kierunek, zatrzymuje się jakieś tysiąc stóp od nich, unosi się i omija Christophera i Sarę niczym kamień odbity od powierzchni gładkiego jak lustro jeziora. Wszystko dzieje się tak szybko, że nikt nawet tego nie zauważa, co nie zmienia faktu, iż w jakiś sposób, z jakiegoś powodu, starożytny kamień ich ocalił.

Meteoryt przelatuje nad cementową trybuną główną i napotyka przeszkodę jakieś ćwierć mili na wschód. Znajduje się tam budynek szkoły. Parking. Boiska do koszykówki. Korty tenisowe.

Znajdowały.

Meteoryt niszczy je wszystkie.

Bum.

I już ich nie ma.

Znajome, przynoszące poczucie szczęścia miejsca, gdzie Sarah spędziła całe swoje życie – a przynajmniej jego normalną część – znikają w jednej chwili. Zmiecione z powierzchni ziemi. Istotnie rozpoczął się nowy rozdział, ale nie taki, na jaki liczyła.

Fala uderzeniowa przetacza się przez murawę, niosąc ze sobą kurz i ciemność.

Przyciska ich do ziemi, zwala z nóg. Pękają im bębenki.

Powietrze jest nagrzane i pełne pyłu, szare, brązowe i czarne. Ledwie cokolwiek widać. Christopher obejmuje Sarę, osłania ją własnym ciałem. Przyciska do siebie. Oboje pokryci są od stóp do głów brudem, kamieniami i mającymi wielkość pięści kawałkami bóg wie czego. Wokół nich leżą i inni, część jest ranna. Kaszlą. Nie mogą przestać płakać. Nie potrafią opanować drżenia. Ledwie da się oddychać. Przechodzi kolejna fala i przyciska wszystkich do ziemi. Sarze brakuje tchu. Znowu nastaje światłość, grunt zaczyna się trząść i słychać rumor. Spadają kawały cementu i stali, poskręcane samochody, meble. Mogą jedynie czekać, modląc się, żeby nic w nich nie uderzyło. Christopher przyciska Sarę do siebie tak mocno, że dziewczyna z bólu odruchowo wbija paznokcie w jego plecy.

Nie mają pojęcia, ile czasu minęło. Niebo zaczyna się przejaśniać, powracają znajome dźwięki. Ludzie jęczą i wyją z bólu. Nawołują się. Słyszy swoje imię.

To jej ojciec.

– Sarah. Sarah!

– Tutaj! – odkrzykuje; jej głos jest zduszony, brzmi obco nawet dla niej samej. Nadal słyszy nieustające brzęczenie – Tu jestem!

Z chmury pyłu wyłania się jej ojciec. Umorusana popiołem twarz lepi mu się od krwi; białka jego oczu wydają się lśnić krystaliczną czystością. Oboje wiedzą, co się stało.

Endgame.

– Sarah!

Mężczyzna pada przy nich na kolana, obejmując oboje. Płaczą. Podnoszą się powoli z ziemi. Zewsząd słychać krzyki. Sarah otwiera na moment oczy i widzi przed sobą Reenę; jest skołowana, w szoku. Ramię jej najlepszej przyjaciółki zostało oderwane powyżej łokcia, z jej tułowia wystaje jedynie krwawy kikut obleczony poszarpaną skórą, z którego sterczy połamana kość. Nie ma już na sobie togi, ale jakimś cudem biret utrzymał się na jej głowie. Jest cała w sadzy. Sarah woła ją, lecz Reena nie słyszy. Po chwili znowu niknie w pyle. Dziewczyna wie, że nie zobaczy jej już nigdy więcej.

– Gdzie jest mama? – szepcze ojcu do ucha.

– Była ze mną. Nie wiem.

– Kamień, on… On…

– Wiem.

– Sarah? – słychać wołanie matki.

– Tutaj! – krzyczy cała trójka.

Mama Sary czołga się w ich kierunku. Włosy po prawej stronie jej czaszki spłonęły, twarz ma poparzoną, lecz niezbyt poważne. Kiedy dostrzega męża i córkę, rozpromienia się; w jej spojrzeniu kryje się jednak coś innego, niż kiedy patrzyła na idącą na podium Sarę.

Wygłaszałam mowę, myśli dziewczyna. Wygłaszałam mowę na zakończenie roku. Ludzie byli po prostu szczęśliwi. Tak bardzo szczęśliwi.

– Olowa – mówi cicho Simon, wyciągając ku żonie rękę. – Gdzie Tate?

Olowa kręci głową.

– Nie wiem.

Z oddali dobiega ich huk eksplozji.

Kurz opada i skala tragedii staje się bardziej widoczna. Wszędzie zalegają okaleczone zwłoki. Christopher i Alopayowie mieli szczęście. Sarah dostrzega głowę oderwaną od tułowia. Potem nogę. Obok nich spada na ziemię biret.

– Sarah, zaczęło się. Na poważnie.

To Tate. Idzie w ich stronę z wyciągniętymi ramionami. Jedną dłoń zacisnął mocno w pięść; w drugiej trzyma złoto-zielony kamień wielkości grejpfruta poprzecinany siateczką czarnych, metalowych żył.

Jest zadziwiająco czysty, jakby wcale nie uczestniczył w całym tym zamieszaniu. Tate się uśmiecha. Ma usta pełne krwi. Był niegdyś Graczem, ale to przeszłość. Wydaje się jednak podekscytowany tym, co czeka jego siostrę, nie bacząc na tragedię. Uśmiecha się mimo śmierci, mimo zniszczenia, mimo tego, co dopiero nadejdzie.

– Znalazłem je! – Tate jest już zaledwie dziesięć stóp od nich.

Z oddali dochodzi huk kolejnej, tym razem jednak mniejszej eksplozji. Chłopak otwiera dłoń i kładzie nieduży kamień, który jeszcze niedawno wisiał na piersi jego siostry, na tym większym, wielokolorowym.

– Pasuje jak ulał – mówi.

– Nukumi – mówi z nabożną czcią Simon.

– Nukumi – powtarza za nim Sarah, lecz mniej podniosłym tonem.

– Co? – pyta Christopher.

– Nic takiego… – odpowiada dziewczyna.

Chce powiedzieć coś jeszcze, ale przerywa jej następny wybuch, który posyła w powietrze kawałki metalu. Długi na sześć stóp pręt przeszywa klatkę piersiową Tate’a. Umarł. Odszedł. W ułamku sekundy. Pada na plecy, nadal trzymając w dłoni zielonkawy kamień i wisiorek siostry. Jego matka wrzeszczy, ojciec krzyczy: „Nie!”.

Sarah nie może wydusić z siebie słowa. Christopher patrzy na całą tę scenę zszokowany. Z piersi Tate’a tryska krew. Ma otwarte oczy, które spoglądają w martwym skupieniu na niebo. Jeszcze drgają mu stopy, kiedy opuszcza go życie. Lecz kamień i wisiorek są bezpieczne.

To nie przypadek.

Kamienie są ważne.

Niosą wiadomość.

Endgame się rozpoczęło.

Jago Tlaloc

Rezydencja rodziny Tlaloców, 12 Santa Elisa, Juliaca, region Puno, Peru

Potłuczone szkło trzeszczy pod trampkami Jago Tlaloca. Jest noc, ale uliczne lampy nie działają. Z oddali niesie się wycie syren, lecz poza tym Juliaca jest stosunkowo cicha. Jeszcze niedawno, kiedy Jago wyszedł z domu i udał się w stronę ziejącego w centrum miasta krateru, aby odzyskać przeznaczony mu dar, panował tutaj chaos. Ci, którym udało się przeżyć, wylali się na ulice, tłukli witryny sklepowe i brali, co im się żywnie podobało.

Szabrowanie nie podobało się ojcu chłopaka, który zajmował się ochroną wielu lokalnych przedsiębiorstw. Niech się cieszą, póki jeszcze mogą. Jago miał przy sobie swój skarb: kamień, jeszcze ciepły, schowany do zarzuconej przez ramię torby.

Podmuch gorącego wiatru omiótł budynek, wzbijając chmurę popiołu i niosąc zapach ognia. Nieprzypadkowo nazywano to miejsce peruwiańskim wietrznym miastem. W przeciwieństwie do innych mieszkańców Jago miał okazję podróżować daleko poza jego granice. Na każdym kontynencie zabijał przynajmniej dwukrotnie, lecz nadal nie przywykł do nieruchomego powietrza.

Jago jest Graczem 21 ludu. Urodził się jako syn Guitarrera i Hayu Marcy zaledwie 19 lat temu. Sami niegdyś byli Graczami, niedługo po sobie; teraz jego rodzice trzęsą tą częścią miasta. Przysługiwała im działka zarówno od całkowicie legalnych interesów, jak i sprzedaży zakazanych towarów, którymi handlowano w bocznych alejkach. Byli także, w pewnym sensie, filantropami, za nieuczciwie zarobione pieniądze otwierali szkoły i utrzymywali szpitale. Prawo ich nie dotyczyło, policja omijała z daleka; rodzina Tlaloców cieszyła się zbyt mocną pozycją.

Jeszcze parę miesięcy, a Jago nie spełniałby warunków i byłby zmuszony dołączyć do rodzinnej działalności. Lecz każde imperium musi wreszcie runąć.

Z pobliskiej alejki wyłaniają się trzy cienie. Postacie zagradzają mu drogę; nie mają przyjaznych zamiarów, wyglądają jak wilki szykujące się do przegryzienia ofierze gardła. Otacza ich aura niebezpieczeństwa.

– Co tam masz, przyjacielu? – syczy jeden z cieni, skinąwszy głową na torbę Jago.

Chłopak w odpowiedzi odsłania zęby, perfekcyjnie równe i białe. Na bocznych górnych siekaczach ma złote nakładki, a w każdej błyszczy diamencik; wydaje się, jakby światło księżyca padało dokładnie na nie. Trzej padlinożercy cofają się o krok.

– Przepraszamy, Feo – mówi ich przywódca – nie poznaliśmy cię.

Powinni się bać. Ale nie Jago czy potęgi jego rodziny, choć chłopak jest silny i bezlitosny, a ojciec i matka jeszcze bardziej. Powinni bać się tego, co nadejdzie. Nie wiedzą, że Jago jest ich jedyną nadzieją. Niegdyś jego rodzina zapewniała im szczęśliwe, dostatnie życie, chroniła ich. Dziś ta odpowiedzialność spadła na niego.

Przechodzi obok oprychów bez słowa. Pogrąża się w myślach na temat pozostałych 11 Graczy rozsianych po całym świecie. Zastanawia się, jacy są, z jakich ludów pochodzą. Bo jeden lud nie zna drugiego. Aż do Wezwania.

Już niedługo.

Czy będą od niego silniejsi? Mądrzejsi? Czy znajdzie się choćby jeden paskudniejszy?

Pewnie tak, ale to nieważne.

Bo Jago wie, że da radę ich zabić. I zrobi to.

Nie pierwszy i nie ostatnivii.

Baitsakhan

Pustynia Gobi, 222 km na południe od Ułan Bator, Mongolia

Baitsakhan wie, czego szuka, i ma zamiar to znaleźć.

Jedzie bez wytchnienia na południe pustyni Gobi ze swoimi kuzynami, bliźniakami Batem i Boldem (obaj mają po 12,5 roku) oraz bratem Jalairem (24,55).

Baitsakhan, który 13 lat skończył 7,23456 dnia temu, spełnia warunki Endgame.

Jest z tego powodu szczęśliwy.

Bardzo.

Meteoryt spadł dwa dni temu, w środku nocy, na bezkresne mongolskie stepy. Ujrzała go grupa starych pasterzy jaków i zgłosiła zdarzenie dziadkowi Baitsakhana, Suhkbataarowi, który kazał im zostawić ognistą kulę w spokoju, bo pożałują; usłuchali go. Każdy mieszkaniec stepów słuchał Suhkbataara w sprawach tak niecodziennych jak ta.

Z tego powodu Baitsakhan wie, że kosmiczny kamień nadal jest na swoim miejscu, czeka na niego samotnie. Lecz około połowy mili od miejsca upadku meteorytu dostrzegają niewielką grupkę ludzi i poobijaną toyotę hilux.

Baitsakhan ściąga lejce i zwalnia do stępa. Pozostali jadą obok niego. Jalair sięga do siodła po lunetę i rozgląda się. Wydaje z siebie cichy pomruk.

– Kto to? – pyta Baitsakhan.

– Nie mam pojęcia. Jeden nosi uszankę. Inny trzyma karabin. Auto ma zamontowane trzy dodatkowe kanistry z benzyną. Jakiś facet opiera się o długi łom. Dwóch patrzy na ziemię. Ten z bronią idzie do hiluxa.

Bat kładzie łuk na kolanach. Bold sprawdza coś od niechcenia w smartfonie, choć, rzecz jasna, nie ma zasięgu. Otwiera Temple Run i zaczyna grać.

– Mają kamień? – pyta Baitsakhan.

– Trudno powiedzieć… czekaj. Tak. Dwóch z nich dźwiga coś niedużego, ale ciężkiego. Zawiniętego w skórę.

– Widzieli nas? – pyta Bat.

– Jeszcze nie – odpowiada Jalair.

– Przedstawmy się zatem – rzuca Baitsakhan.

Chłopak rusza cwałem. Pozostali jadą za nim. Konie są kasztanowatej maści, ich grzywy zapleciono w warkocze, powiewają czarne ogony. Kopyta wzbijają w powietrze tumany kurzu. Ludzie przy meteorycie zauważają zbliżającą się grupkę, lecz nie wydają się zaniepokojeni. Gdy są już bardzo blisko, Baitsakhan ściąga wodze i jeszcze zanim jego koń staje, chłopak zeskakuje z siodła.

– Witajcie, przyjaciele! – woła. – Co tam macie?

– Czemu mielibyśmy wam powiedzieć? – pyta butnie mężczyzna z łomem.

Ma niski, szorstki głos i sumiaste wąsy. Obok niego stoi facet w rosyjskiej czapce uszance. Pomiędzy nimi, na ziemi, leży zawiniątko.

– Bo was o to pytam – odpowiada uprzejmie Baitsakhan.

Bat schodzi z konia i jakby od niechcenia zaczyna oglądać jego podkowy oraz kopyta, żeby sprawdzić, czy nie zakleszczyły się tam kamienie. Bold, nadal siedzący w siodle, ponownie wyjmuje telefon i uruchamia Temple Run. Szpakowaty mężczyzna o twarzy poznaczonej śladami po ospie wychodzi przed swoich towarzyszy i mówi:

– Wybaczcie mu. Już taki jest.

– Zamknij się, Terbish – syczy Łom.

– Chyba znaleźliśmy spadającą gwiazdę – kontynuuje Terbish, ignorując kolegę.

Baitsakhan pochyla się nad zawiniątkiem.

– Możemy ją zobaczyć?

– Ta, niecodziennie widzi się meteoryt – mówi ze swojego konia Jalair.

– Co się dzieje? – woła jeszcze ktoś; mężczyzna idzie od strony hiluxa z karabinem kalibru .30-06 na ramieniu.

– Dzieciaki chcą zobaczyć kamień – tłumaczy Terbish, przypatrując się bacznie Baitsakhanowi. – I nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy im go nie pokazać.

– Super! – entuzjazmuje się Baitsakhan. – Jalair, zajrzyj do krateru!

– Jasne.

Baitsakhan nie ma o tym pojęcia, ale meteoryt jest najmniejszy z 12. Nie ma nawet 0,2112 metra. Najmniejszy dla najmłodszego Gracza.

Terbish się uśmiecha.

– Znalazłem podobny, kiedy byłem mniej więcej w twoim wieku – mówi do Baitsakhana. – Przy granicy z Chinami. Oczywiście zabrali go sowieci. Wtedy wszystko zabierali.

– Tak mówią. – Baitsakhan wkłada ręce do kieszeni dżinsów. Jalair schodzi z konia, kamienie chrzęszczą pod jego stopami.

Terbish odwraca się w stronę zawiniątka.

– Altan, pokaż kamień.

Mężczyzna w uszance klęka i unosi końską skórę. Baitsakhan zagląda, co też się tam kryje. Meteoryt wygląda, jakby wykuto go z czarnego metalu, ma wielkość niedużego pudełka po butach. Jego powierzchnia poprzecinana jest lśniącą złotą siateczką i upstrzona plamkami śniedzi, wygląda niczym pozaziemski witraż. Baitsakhan wyciąga ręce z kieszeni i klęka na jedno kolano. Terbish staje nad nim. Łom wzdycha. Strzelec podchodzi bliżej. Koń Bata rży, kiedy jego pan poprawia popręg.

– Piękny, prawda? – odzywa się Terbish.

– Wygląda na cenny – dodaje niewinnie Baitsakhan.

Jalair wskazuje palcem na kamień.

– Czy to złoto?

– Mówiłem, żebyśmy im go nie pokazywali – krzywi się Łom.

– To tylko chłopcy. Dla nich to spełnienie marzeń. Będą mieli czym się pochwalić kolegom ze szkoły – wzrusza ramionami Terbish.

Baitsakhan wstaje.

– Nie chodzimy do szkoły – mówi.

– Nie? – dziwi się Terbish – Co więc robicie?

– Ćwiczymy – odpowiada Jalair.

– Co ćwiczycie? – drąży Łom.

Baitsakhan wyjmuje ze swojej kamizelki paczkę gum do żucia i wkłada jedną drażetkę do ust.

– Terbish, nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli coś sprawdzimy?

– Co takiego? – dopytuje niechętnie mężczyzna.

– Jalair, zajmij się tym – mówi chłopak do brata.

Lecz Jalair nie tracił czasu. Już stoi pochylony nad meteorytem, trzymając w ręce nieduży czarny kamyk z precyzyjnie wydrążonymi w nim dziurami w kształcie litery T. Dotyka przedmiotu dłonią, jakby szukał czegoś na jego powierzchni, obmacuje go z każdej strony. Nagle otwiera szeroko oczy.

– Tak, to on – mówi.

Bold podnosi głowę znad ekranu smartfona, wkłada go do jednej z kieszeni swoich bojówek i spluwa na ziemię.

– Gumę? – proponuje Terbishowi Baitsakhan, wyciągając w jego stronę paczkę.

Strzelec krzywi się i ściska karabin mocniej, oburącz.

Terbish kiwa głową.

– Nie, dziękuję. Będziemy się zbierać.

Baitsakhan chowa gumy.

– Okej.

Jalair wstaje, kiedy Altan zawija kamień z powrotem.

– Nie kłopocz się tym – mówi.

Łom prycha.

– Chyba nie myślicie, gnojki, że go sobie zabierzecie, co?

Baitsakhan nadmuchuje różowego balona, który wybucha i przylepia mu się do twarzy. Chłopak zbiera resztki gumy i z powrotem wkłada je sobie do ust.

– Dokładnie o tym myślałem.

Terbish wyjmuje zza pasa myśliwski nóż do skórowania i cofa się o krok.

– Przykro mi, synu, ale nie mogę na to pozwolić. To my znaleźliśmy kamień.

– Nie. Znaleźli go pasterze.

– Nie widzę tutaj żadnych pasterzy – parska Łom.

– Kazaliśmy im odejść. I posłuchali. Kamień należy do nas.

– Jest skromny – dodaje Jalair. – Nie należy do nas, tylko do niego.

– Do ciebie? – pyta z niedowierzaniem Terbish.

– Tak.

– Ha! – mówi Łom, chwytając narzędzie niczym maczugę. – Nigdy nie słyszałem czegoś tak niedorzecz…

Jalair nie daje mu dokończyć zdania. Łapie łom, wykręca mężczyźnie rękę i uderza go zakrzywionym końcem w mostek, aż tamten traci dech. Strzelec unosi swój karabin kalibru .30-06, ale zanim zdąży choćby wycelować, strzała przebija mu gardło. Zapomnieli, że Bat skrył się za swoim koniem.

Altan, mężczyzna w czapce, łapie zawiniątko, ale Bold ciska w niego czarną, metalową strzałką, długą na osiem cali i o średnicy pół cala. Rzutka przebija nausznik; ostrze zatapia się w głowie mężczyzny, który pada na ziemię, tocząc pianę z ust, ma drgawki, przewraca oczami. Terbish patrzy na to wszystko z przerażeniem i niedowierzaniem. Odwraca się i zaczyna pędzić w kierunku auta.

Baitsakhan gwiżdże krótko przez zęby. Koń przybiega posłusznie; chłopak wskakuje na grzbiet i kopie zwierzę, zmuszając je w ten sposób do galopu. Dogania Terbisha po zaledwie paru sekundach. Baitsakhan mocno ściąga wodze, koń staje dęba i opada na ramiona i kark mężczyzny, przygniatając go do ziemi, po czym obraca się dwukrotnie, miażdżąc kości Terbisha i odbierając mu życie.

Kiedy chłopak wraca do krateru, Łom siedzi na ziemi z wyrzuconymi przed siebie nogami, zakrwawionym nosem i związanymi za plecami rękoma. Jalair umieścił metalowy pręt na wysokości jego łokci i ciąg- nie za niego.

Baitsakhan zeskakuje z konia.

Mężczyzna spluwa.

– Co takie zrobili…

Chłopak przykłada palec do ust i każe mu milczeć.

– Ćśśś… – Wyciąga rękę, a wtedy znikąd pojawia się Bat, podając mu długie, lśniące ostrze. – Nic nie mów.

– Co robisz? – panikuje mężczyzna.

– Gram – odpowiada spokojnie Baitsakhan.

– Ale w co? Dlaczego? – dopytuje Łom.

Chłopak przykłada nóż do gardła mężczyzny i otwiera je jednym ruchem.

– To Endgame – mówi. – Tu nie ma „dlaczego?”.

Sarah Alopay

Rezydencja Alopayów, 55 Jefferson Street, Omaha, Nebraska, Stany Zjednoczone

Sarah nie chce, żeby jej brat umarł ani żeby najlepsza przyjaciółka leżała na oddziale intensywnej terapii z kikutem zamiast ramienia, ani żeby szkoła rozsypała się na kawałki. Nie chce brać w tym udziału. Nie chce być Graczem.

Tym gorzej dla niej.

Siedzi na pokrytym linoleum stole. Nerwowo splotła dłonie. Simon i Olowa stoją za jej plecami. Christopher pojechał na miejsce tragedii, pomóc wydostać rannych z rumowiska. To dobry chłopak. Życzliwy, mężny i silny.

Nie ma jednak pojęcia, kim jest Sarah ani co musi zrobić. Nie wie, że meteoryt niósł przeznaczoną dla niej wiadomość. W pewnym sensie to ona jest odpowiedzialna za śmierć wszystkich tych ludzi. A zginie ich jeszcze więcej, jeśli dziewczyna nie weźmie udziału w Grze. Gdy zaś przegra, umrze każdy w promieniu setek, tysięcy mil.

Alopayowie nadal są w szoku. Wyglądają jak aktorzy z filmu wojennego. Sarah nie odezwała się przez cały ten czas ani słowem. Simon chlipie cichutko. Olowa odgrodziła się mentalnie od tego, co się stało i co się dopiero ma zdarzyć.

Mieniący się kolorami meteoryt spoczywa na starej ceramicznej tacy stojącej na stole. Olowa powiedziała im, że to pallasyt – stop żelaza i niklu poprzetykany oliwinem. Pomimo niedużego rozmiaru waży 9,91 kilograma; wycięto w nim starannie trójkątną dziurę.

Kamień, który Sarah nosiła na piersi i który uratował im życie, również leży na stole. Jest kruczoczarny, ciemniejszy niż jej źrenice.

Obok niego rozłożono postrzępioną kartę starego papieru i postawiono szklane naczynie z przeźroczystym płynem.

Sarah bierze kamień do ręki. Mówiono jej o tej chwili przez całe lata. I choć dziewczyna nie do końca wierzyła, że ona faktycznie nadejdzie – jej rodzice zresztą również – tak się jednak stało. Musi teraz dokładnie wykonać instrukcje, krok po kroku, w odpowiedniej kolejności. Kiedy byli młodzi, jeszcze zanim spełniali warunki, ona i Tate udawali, bawili się, że robią to, co ona ma zrobić teraz. Byli dziećmi. Głupimi bachorami myślącymi, że Endgame to frajda.

Tak nie jest.

Sarah obraca kamień w dłoni. To czworościan. Jego trójkątne ścianki są dokładnie takie same jak dziura w kawałku meteorytu. Nieduża piramidalna skała ma co najmniej 30 000 lat. Pochodzi z epoki, w której, jak wierzono, ludzie nie dysponowali narzędziami tak zaawansowanymi, aby wykonać równie precyzyjne dzieło. Pamięta czasy, kiedy człowiek nawet nie był świadom istnienia tak perfekcyjnych proporcji. A jednak. Przekazywano go z rąk do rąk, do rąk, do rąk, do rąk. Prehistoryczny artefakt, którego istnienie wydawało się niemożliwe.

– No dobra – mówi Sarah.

To jest ten moment.

Przyszłość nie została jeszcze spisana.

Co ma być, to będzie.

Dziewczyna trzyma kamień nad meteorytem; skała nagle zeskakuje z jej dłoni i gładko wsuwa się na swoje miejsce, łącząc się z pal- lasytem. Cienka jak włos szczelina pomiędzy dwoma przedmiotami znika. Przez moment nic się nie dzieje, kamień nadal jest kamieniem i kamień również jest kamieniem. Ale po chwili ten mniejszy, o piramidalnym kształcie, rozpada się w proch, tak jak i 3,126 cala okalającego go meteorytu. Pył miesza się, drga, tańczy i po 11 sekundach zamiera.

Sarah nauczyła się kolejnych etapów procesu w wieku pięciu lat. Każdy krok musi zostać wykonany w odpowiedniej kolejności.

Zsypuje proch na pergamin.

– Ahama muhu lopeke tepe – intonuje jej ojciec przez łzy; powinien opłakiwać swojego zmarłego syna, ale wie, że nie ma na to czasu.

Sarah rozprowadza pył równomiernie.

– Ahama muhu gobekli mu – nuci bardziej zdecydowanie jej matka.

Dziewczyna polewa proch płynem z naczynia.

– Ahaman jeje. Ahaman kerma – wyśpiewują jej rodzice.

Z pergaminu zaczyna unosić się para, a powietrze wypełnia cierpki, gryzący zapach; rogi papieru zaczynają się zwijać, karta układa się w kształt misy.

– Ahaman jeje. Ahaman kerma – nie przestają.

Sarah podnosi papierowe naczynie i zaczyna mieszać zawartość.

Płyn wyparowuje, proch zmienia barwę na czerwoną.

Pojawia się.

Wiadomość.

Wezwanie.

Zew.

١١١٥٢٦٠٢٢٢٠٩٠٨١٢٢١٠٧١٩٢٢٠٧٠٤٢٢١٥٠٥٢٢١٥١٨١٣٢٢٠٨٠٧١٢ ٠٧١٩١٨٠٩٠٧٠٢٠٨١٨٠٣٠٨١٨٠٣٠٧٢٢٢٢١٣١٢١٣٢٢١٩٠٦١٣٢٣٠ ٩٢٢٢٣٢٢١٨٢٠١٩٠٧٢١١٨٢١٠٧٠٢٢١١٢٠٦٠٩١٤١٨٢٣١٣١٨٢٠١٩٠٧٠٨ ٠٦١٤١٤٢٢٠٩٠٨١٢١٥٠٨٠٧١٨٢٤٢٢٢٤١٩٢٦٠٨٢٢٠٧١٩٢٢٠٤١٨١٥٢٣ ٢٠١٢١٢٠٨٢٢

Sarah wpatruje się w znaki. Chociaż nie spodziewała się, że zostanie Graczem, zawsze miała słabość do kodów i języków. Zgłębiała je w każdej formie i postaci, odkąd ukończyła cztery lata.

Znaki zaczynają nabierać znaczenia.

Liczby mówią, gdzie i kiedy rozpocznie się jej droga do zwycięstwa.

Sarah myśli o swoim bracie, o tym, że nie udało mu się zaakceptować faktu, iż został zdyskwalifikowany w momencie, kiedy utracił oko. Jak radził sobie przez wszystkie te lata, wiedząc, że nie będzie mógł wziąć udziału w grze, od chwili, kiedy przekazał jej swój obowiązek. Jakiż szczęśliwy był tego popołudnia, gdy udało mu się odnaleźć przeznaczony dla niej meteoryt. Sarah nadal nie wierzyła, że to ona będzie zmuszona zagrać, a nie on. Sama, pozbawiona jego wsparcia.

Myśli o Reenie i jej ramieniu, zakłopotaniu malującym się na twarzy koleżanki. O Christopherze wyciągającym zwłoki spod gruzu.

O swojej przemowie. Wybrałam, kim chcę być. Słowa te wydają jej się puste, bo nie ma już żadnego wyboru.

Upewni się, że jej rodzina i przyjaciele nie umrą na marne.

12 Graczy z 12 ludów otrzymało wiadomość.

12 Graczy z 12 ludów posłyszało Wezwanie.

12 Graczy z 12 ludów to:

١ Marcus Loxias Megalosviii, Minojczykix, 16,24 roku

٢ Chiyoko Takedax, Muxi, 17,89 roku

٣ Sarah Alopayxii, Cahokiankaxiii, 17,98 roku

٤ Alice Ulapalaxiv, Kooriankaxv, 18,34 roku

٥ Aisling Koppxvi, Latenkaxvii, 19,94 roku

٦ Baitsakhanxviii, Donghuxix, 13,02 roku

٧ Jago Tlalocxx, Olmekxxi, 19,14 roku

٨ An Liuxxii, Szangxxiii, 17,46 roku

٩ Shari Chopraxxiv, Harappankaxxv, 17,82 roku

١٠ Kala Mozamixxvi, Sumeryjkaxxvii, 16,50 roku

١١ Maccabee Adlaixxviii, Nabatejczykxxix, 16,42 roku

١٢ Hilal ibn Isa al-Saltxxx, Aksumxxxi, 18,69 roku

Maccabee Adlai

Samolot linii Aerofłot, lot numer 3501, miejsce 4B Z: Warszawa Do: Moskwa

Maccabee Adlai, Gracz 8 ludu, staje przy fotelu 1 klasy samolotu linii Aerofłot lecącego z Warszawy do Moskwy; podróż zajmie 93 minuty. Na miejscu przesiądzie się w samolot do Pekinu. Przebycie tego odcinka to kwestia 433 minut. Ma 16 lat, lecz może się pochwalić posturą starszego o 10 lat dziesięcioboisty – waży 240 funtów i mierzy sześć stóp i pięć cali. Obrazu dziecka, które właściwie nigdy nie wyglądało jak dziecko, dopełnia kilkudniowy, ostry zarost.

Nawet kiedy miał siedem lat, był wyższy i silniejszy niż rówieśnicy.

To jego przewaga.

Zdejmuje jedwabną, szytą na miarę trzyrzędową marynarkę i siada na fotelu od przejścia. Ma na sobie bladoniebieską koszulę z białej kraciastej bawełny z francuskim mankietem. Jego krawat w róże zdobi srebrna spinka; te do mankietów wykonano ze skamieniałej kości mamuciej. Są w kształcie tybetańskich czaszek z rubinami w miejscu oczu. Na małym palcu lewej dłoni ma duży mosiężny pierścień z szarawym kamieniem w kształcie kwiatu.

Maccabee pachnie lawendą i miodem. Czarne, gęste faliste włosy zaczesał sobie do tyłu. Ma szerokie czoło i dużą czaszkę; skóra opina ją tak mocno, że jest niemalże przeźroczysta. Lekko zapadnięte skronie, ostre kości policzkowe, niebieskie oczy, wąski, ale sporej wielkości nos, nieco zakrzywiony na grzbiecie.

Złamany pięciokrotnie.

Lubi się bić. I co z tego? Kiedy ma się podobną posturę, bójki same cię znajdują, bo ludzie chcą się z tobą zmierzyć. Nikt jednak nigdy nie pokonał Maccabeego.

Zabrał ze sobą tylko jedną torbę – skórzaną, na ramię, z monogramem – którą włożył do schowka nad swoją głową. Domyśla się, że pozostali Gracze będą obciążeni nie tylko ogromnymi pakunkami i bagażami, ale też i wielkimi oczekiwaniami. Maccabee nie lubi zawracać sobie głowy takimi rzeczami. Woli być szybki, zwinny, nie chce tracić możliwości swobodnego poruszania się i błyskawicznego ataku. No i póki nie nadejdzie koniec świata, pieniądze załatwią wszystko, czego potrzebuje.

A ma ich dużo.

Zapina pas bezpieczeństwa, włącza smartfona i słucha nagranej wiadomości, choć słyszał ją już kilkadziesiąt razy:

NASA/ESA/ROSKOSMOS Łączona informacja prasowa, 15 czerwca:

O 22:03 czasu uniwersalnego, 11 czerwca, wcześniej niewykryta sporej wielkości asteroida okołoziemska (NEA), oznaczona CK46B, przeleciała w odległości 500 000 mil od Ziemi. Towarzyszyło jej kilkaset pomniejszych obiektów różnych rozmiarów. Potwierdzono, iż przynajmniej setka dostała się w pole grawitacyjne planety. Jak większość „spadających gwiazd”, spora ich część spłonęła w atmosferze, nie pozostawiając po sobie materialnego śladu. Jednakże, jak podają światowe media, co najmniej dwanaście meteorytów przetrwało przejście przez atmosferę.

Nagłe pojawienie się NEA tak dużego jak CK46B jest faktycznie niepokojące, lecz chcemy zapewnić, że nie istnieje ryzyko poważniejszego zderzenia. Przypadki takie jak te, które miały miejsce niedaleko Warszawy w Polsce, Dżodhpuru w Indiach, Addis Abebie w Etiopii i Forest Hills w Queens w Nowym Jorkuw USA są niezwykle rzadkie. Nasze agencje oraz ISA, JAXA, UKSA i AEB podjęły wspólne działania w celu szybkiej identyfikacji innych NEA oraz pozostałych okołoziemskich obiektów i ich regularnego monitorowania; w wyniku tych czynności mogliśmy z całą pewnością stwierdzić, że nasza planeta nie jest zagrożona zderzeniem z niczym większym niż wspomniane meteoryty.

Co więcej, uważamy, że deszcz meteorytów wywołany przelotem 2013 CK46B już się zakończył i nie spodziewamy się kolejnego opadu. Trajektoria 2013 CK46B została już obliczona i w pobliżu Ziemi pojawi się najwcześniej za 403,56 roku. Na dziś nie istnieje żadne zagrożenie ze strony NEA. Kolejne informacje…

– Przepraszam – odzywa się po polsku siedzący obok mężczyzna, dźgając Maccabeego łokciem, a drugą ręką wyrywając mu z ucha słuchawkę.

– To ja przepraszam – mówi chłopak perfekcyjną angielszczyzną; w jego pewnym siebie głosie pobrzmiewa irytacja i zniecierpliwienie.

– Mówi pan angielski? – pyta pasażer, również po angielsku, opadając ciężko na fotel; ma może czterdzieści lat, poci się na całym grubym cielsku.

– Tak – odpowiada Maccabee i spogląda na rząd obok.

Piękna kobieta w dopasowanym, ciemnym kostiumie przewraca zielonymi oczami ukrytymi za szkłami modnych okularów. Maccabee wykonuje w odpowiedzi ten sam gest.

– To ja też będę mówić angielski – oświadcza mężczyzna. – Poćwiczę. Dobrze? Dla ciebie.

– Ze mną – poprawia go Maccabee, zawijając kabel od słuchawek na dłoń.

– Tak, tak. Z tobą – mruczy pasażer, próbując wepchnąć swoją walizę pod fotel; szarpie się z pasem bezpieczeństwa, ciągnąc za klamrę.

– Musi pan podnieść klapkę. O tak. – Maccabee pokazuje mężczyźnie, jak rozpiąć pas.

– Aha, głupi jestem – odpowiada tamten po polsku.

– Moim zdaniem powinni się ich pozbyć – dodaje Maccabee, ponownie zapinając swój pas – jeśli samolot się rozbije, i tak nikomu nie pomogą.

– Zgadzam się – mówi po angielsku piękna kobieta; oczy utkwiła w przeglądanym magazynie.

Mężczyzna wychyla się i spogląda na nieznajomą.

– O, witam, miło mi bardzo – rzuca po angielsku.

Maccabee pochyla się i patrzy pasażerowi prosto w ciekawskie oczy.

– Mówi się „bardzo mi miło”. I to nie było do pana.

Mężczyzna się odsuwa.

– Grzecznie, młodziaku. To piękna kobieta. I wie o tym. Pokazałem, że ja też wiem. To coś złego?

– Raczej nieuprzejmego.

Tamten macha lekceważąco ręką.

– E tam! Nieuprzejmego! Dobre angielskiego słowo. Podoba się. Znaczy to samo, co „niemiło”, tak? A co to znaczy… „niegrzeszny”?

– Niegrzeczny – poprawia go kobieta. – Nic się nie stało. Bywało gorzej.

– No i widzisz. Masz ładny garnitur, ale ja, ja mam… doświadczenie – ostatnie słowo mówi po polsku.

Maccabbe podaje mu angielski ekwiwalent.

Mężczyzna wbija mu palec w ramię w pojednawczym geście.

– Tak, doświadczenie – mruczy.

Maccabee patrzy na palec nadal tkwiący w jego ramieniu. Współpasażer traktuje go protekcjonalnie, co mu odpowiada. Lubi, jak go nie doceniają.

– Niech pan tak nie robi – mówi spokojnie.

Lecz tamten powtarza swój gest.

– Jak? Tak?

Chłopak otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale pojawia się stewardessa.

– Czy wszystko w porządku? – pyta po polsku.

– O, kolejna – uśmiecha się mężczyzna, patrząc pożądliwie na urodziwą kobietę. – Nie dostałem jeszcze drinka.

Stewardessa splata dłonie i mówi uprzejmie:

– Czego się pan napije, panie Duda?

Siedząca naprzeciwko pasażerka niemalże parska śmiechem, słysząc jego idealnie dopasowane do osobowości nazwisko – które znaczy tyle co „kretyn” – lecz Duda tego nie słyszy.

– Dwa szampany i dwie wódki. W buteleczkach. Dwie szklanki. Bez lodu.

Stewardessie nawet nie drgnęła powieka. Pracuje w Aerofłocie. Miała już do czynienia z niejednym pijusem. Odwraca się do Maccabeego.

– A dla pana, panie Adlai?

– Poproszę sok pomarańczowy. Z lodem.

– Adlai, co? Jesteś Żydem? – pyta po polsku Duda.

– Tak się akurat składa – odpowiada Maccabee, odwracając się do niego.

– No tak. To tłumaczy luksusy – mówi mężczyzna, przyglądając się koszuli chłopaka. – I twój zapach – dodaje po polsku, zapewne z tego samego powodu, dla którego Maccabee upiera się przy angielskim.

Przychodzi stewardessa z tacą. Nachyla się, a ciśnienie i grawitacja sprawiają, że poły jej koszuli rozchodzą się i odsłaniają biust. Maccabee bierze od niej sok, a Duda puszcza do kobiety oko, łapie buteleczki i szepcze:

– Następnym razem nachyl się bardziej, to dostaniesz niezły napiwek.

Kobieta uśmiecha się i prostuje jak struna.

– Nie możemy przyjmować napiwków, panie Duda.

– Szkoda – wzdycha mężczyzna, otwierając dwie wódki.

Zawartość jednej z butelek wlewa do szklanki; kobieta odwraca się na pięcie i odchodzi.

Duda znowu nachyla się do Maccabeego.

– A ty? – mówi do siedzącej w sąsiednim rzędzie pasażerki. – Zrobiłabyś coś dla mnie za napiwek?

– Starczy już tego – mówi Maccabee, a jego serce zaczyna bić coraz szybciej; liczba uderzeń wzrasta z 41 do 77. – Jeśli powie pan coś jeszcze, zrobi się nieprzyjemnie.

Duda wychyla wódkę i szepcze tak cicho, żeby nikt go nie usłyszał:

– Oj, mały. Może i ubierasz się jak mężczyzna, ale mnie nie oszukasz.

Maccabee bierze głęboki oddech i próbuje się uspokoić, zwolnić pracę serca, tak jak go tego uczono. Najlepiej, jeśli to w ogóle konieczne, zabija się na spokojnie, szybkimi, prostymi ruchami. Po raz pierwszy odebrał życie, kiedy miał 10 lat. Od tamtej pory zrobił to jeszcze 44 razy.

Duda wykłada się na fotelu, pije szybko drugą wódkę i oba szampany. Odwraca się do okna i zamyka oczy.

Samolot kołuje, odrywa się od ziemi i osiąga wysokość przelotową. Piękna pasażerka zajmuje się swoimi sprawami, Maccabee również.

Jednak po godzinie chłopak nachyla się do niej i mówi po angielsku:

– Przepraszam za to wszystko, pani…

Kobieta się uśmiecha.

– Pawlek.

Podejrzewa, że jego rozmówczyni wzięła go za 22-, 23-latka. Tak uważa większość ludzi, szczególnie młode dziewczyny.

– Pawlek – powtarza za nią.

– Czemu miałby pan przepraszać? Zachował się pan nienagannie.

– Chciałem go uderzyć.

– Jesteśmy w samolocie. Nie mógłby pan.

Zaczynają rozmawiać. Maccabee szybko zdaje sobie sprawę, że kobieta nie chce dyskutować o feralnym meteorycie, który spadł na Warszawę, ani o żadnym z 11 pozostałych. Od tygodnia nikt nie mówi ani nie myśli o niczym innym. Nie dziwi się, że ktoś ma tego dość. Zaczyna subtelnie wypytywać ją o różne rzeczy. Opanował specjalne techniki, które pozwalają mu na wyciągnięcie delikatnych informacji bez wiedzy rozmówcy. Pochodzi z Goleniowa, średniowiecznego miasta leżącego przy niemieckiej granicy. Pracuje dla firmy inwestycyjnej. Leci do Moskwy na spotkanie z klientem. Jej matka nie żyje, a brat pracuje w Krakowie jako księgowy. Lubi włoską operę i każdego roku ogląda w telewizji Tour de France. Odwiedziła L’Alpe d’Huez. Raz, kiedy miała 19 lat, była zakochana i ma nadzieję, mówi z uśmiechem, że jeszcze kiedyś miłość się o nią upomni.

Zamawiają napoje. Maccabee bierze piwo imbirowe. Żadne z nich nie ma pojęcia, że kiedy wznoszą toast, wybudzony Duda bacznie im się przypatruje.

– A, czyli wchodzisz mi w paradę, co? – mruczy, nawet nie podnosząc głowy; zwracając się do pani Pawlek, dodaje: – Zostaw tego chłopaczka. Kobiety takie jak ty potrzebują prawdziwego mężczyzny.

– Świnia z pana – słyszy w odpowiedzi.

– Inaczej będziesz gadała po wszystkim – śmieje się Duda.

Samolotem rzuca. Leci na wysokości 31 565 stóp. Dmucha z północy, północnego zachodu z prędkością 221 mil na godzinę. Zapala się czerwona kontrolka „zapiąć pasy”. Turbulencje są na tyle silne, że 167 ze 176 pasażerów mocniej ściska podłokietniki, a 140 nerwowo spogląda na współpasażera, szukając w ten sposób pociechy. Osiemnastu zaczyna się modlić. Po niedawnym uderzeniu meteorytu wizja nagłej śmierci wydaje im się nadzwyczaj przerażająca i realna.

Maccabee nie zwraca uwagi na turbulencje. Cytując jedną z jego ulubionych książek: „Strach uśmierca umysł”. Nauczył się nad nim panować. Nauczył się kalkulować na chłodno. Nauczył się wydajności. I choć Duda właściwie nie przedstawia sobą żadnego zagrożenia, nie zaszkodzi poćwiczyć.

Nachyla się do niego, naciskając jednocześnie niewielki guziczek po wewnętrznej stronie pierścienia; z kamienia w kształcie kwiatka wysuwa się krótka, srebrna igła.

– Jeśli odezwiesz się tak do mnie lub kogokolwiek w tym samolocie raz jeszcze…

Maszyna znowu ostro podskakuje. Prędkość wiatru wzrasta do 231 mil na godzinę. Kolejni pasażerowie jęczą przerażeni, inni zaczynają się modlić.

– Nie będziesz mi groził, gnojku… – mówi Duda, ale Maccabee, utrzymując uderzenia serca na poziomie 41 na minutę, rozgląda się szybko, upewniając się, że nikt na niego nie patrzy, i wbija w kark Dudy igłę. – Coś ty…

– Mogłeś posłuchać – szepcze chłodno Maccabee, uśmiechając się.

Duda domyśla się, co się stało, ale nie jest pewien, czy umiera, czy tylko zasypia.

Duda nie może jednak mówić, nie może zapytać.

Duda nie może się już nawet ruszać.

Na jego twarzy malują się przerażenie i konfuzja.

Samolot kołysze się z prawej do lewej. Wiatr się wzmaga. Ludzie zrezygnowali już z cichej modlitwy i głośno proszą Boga o pomoc. Maccabee pozwala sercu bić szybciej. Gdzieś z klasy ekonomicznej dobiega go płacz dziecka.

Oczy Dudy wywracają się białkami do góry. Chłopak podkłada mu pod głowę poduszkę i opiera mężczyznę o okno. Następnie zamyka mu powieki i układa jego dłonie na kolanach, jedna na drugiej.

Rozsiada się wygodniej. Spotkał już w swoim życiu tylu dziwnych ludzi i jest niezmiernie ciekaw, co i kto czeka na niego w Chinach.

Sześć minut później turbulencje ustają. Pani Pawlek patrzy na niego z uśmiechem; zarumienione policzki i perlący się na czole pot zdradzają niedawne zdenerwowanie. Maccabeemu podoba się ta mieszanka ulgi i czegoś jeszcze, którą dostrzega na jej twarzy. Pani Pawlek wskazuje skinieniem głowy na Dudę.

– Co się stało z twoim przyjacielem?

– Zamknął oczy i odpłynął – odpowiada Maccabee. – Niektórzy potrafią przespać dosłownie wszystko.

Kobieta kiwa głową. Chłopak nie może oderwać oczu od zieleni jej tęczówek.

– Paskudna ta turbulencja, prawda?

Maccabee odwraca się od niej i wbija wzrok w oparcie fotela przed sobą.

– Tak. Ale już po wszystkim.

52.294888, 20.950928xxxii 7459 martwych; $1,342 mld strat

26.297592, 73.019128xxxiii 15 321 martwych; $2,12 mld strat

40.714411, -73.864689xxxiv 4416 martwych; $748,884 mln strat

9.022736, 38.746799xxxv 18 888 martwych; $1,33 mld strat

-15.49918, -70.135223xxxvi 10 589 martwych; $1,45 mld strat

40.987608, 29.036951xxxvii 39 728 martwych; $999,24 mln strat

-34.602976, 135.42778xxxviii 14 martwych; $124,39 mln strat

34.239666, 108.941631xxxix 3598 martwych; $348,39 mln strat

24.175582, 55.737065xl 432 martwych; $228,33 mln strat

41.265679, -96.431637xli 408 martwych $89,23 mln strat

26.226295, 127.674179xlii 1473 martwych; $584,03 mln strat

46.008409, 107.836304xliii 0 martwych; $0 strat

Sarah Alopay

Kawiarnia Gretchen’s Good, lobby Frontier Airlines, port lotniczy Eppley, Omaha, Nebraska, Stany Zjednoczone

Sarah siedzi z Christopherem przy niedużym plastikowym stoliku i wpatruje się w nienaruszoną jagodową muffinkę. Trzymają się za ręce, dotykają kolanami i próbują zachowywać się tak, jakby to nie był najdziwniejszy dzień w ich krótkim życiu. Rodzicie Sary zajęli inny, oddalony o 30 stóp stolik i uważnie obserwują córkę. Obawiają się, że dziewczyna może powiedzieć Christopherowi o jedno słowo za dużo i nie są pewni, co chłopak – którego zawsze traktowali jak własne dziecko – zrobi z usłyszaną informacją. Ciało ich prawdziwego syna, Tate’a, spoczywa w domu pogrzebowym, czekając na kremację. Każdy powtarza im, że będzie jeszcze czas na żałobę, ale to niekoniecznie prawda.