Empirysta - Łukasz Okoński - ebook
Opis

Postapokaliptyczna wizja świata po upadku cywilizacji.

Wszystko zaczęło się od rewolucji na Bliskim Wschodzie i globalnego kryzysu gospodarczego. Stopniowo upadały największe organizacje międzynarodowe, a ich miejsce zajęły sojusze o charakterze zbrojnym. To one przyczyniły się do rozpętania trzeciej wojny światowej, co stanowiło dopiero początek końca znanej nam cywilizacji. Pomimo zażegnania konfliktu pojawił się śmiercionośny wirus określony jako grypa radiologiczna.
Do 2050 roku ludzkość została zdziesiątkowana, a pozostali przy życiu musieli radzić sobie sami. Trzeba było wielu lat, aby zacząć budować nowy świat na zgliszczach starego.

Rok 2350
Minęły ponad trzy stulecia, odkąd zakończył się najkrwawszy spór w dziejach. Od tamtej pory dominuje prawo silniejszego, a każdy następny dzień jest walką o przetrwanie.
W tej rzeczywistości musi odnaleźć się młody mężczyzna, który na domiar złego traci pamięć. Przemierzając pustynię przy paśmie gór Sierra Nevada, zastanawia się nad tym, kim jest, skąd pochodzi i jaki jest jego cel. Wbrew wszystkiemu nie zamierza się poddać i próbuje stawić czoła temu, co przygotował dla niego los.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 654

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

To był kolejny pogodny dzień nad pasmem gór Sierra Nevada. Górskie szczyty wznosiły się wysoko ponad pustkowia. Słońce, będąc w zenicie, obdarzało całą okolicę swoim blaskiem.

Temperatura w ciągu dnia mogła osiągać nawet pięćdziesiąt stopni Celsjusza, a w nocy spaść do minus dwudziestu. Wokół, poza licznie występującymi jaskiniami, nie można było uświadczyć żadnych drzew, potoków i jezior. Nie było niczego, co mogłyby stanowić azyl dla dogorywającej fauny i flory, która w tym rejonie tylko przedłużała swój nieuchronny koniec. Również nigdzie nie można było znaleźć dowodów istnienia cywilizacji. Kamień i piasek dominowały w tym miejscu.

Jednak był ktoś, kto stawiał czoła tym niesprzyjającym okolicznościom. Nad doliną przemieszczała się tajemnicza postać. Zgarbiona, niewielkich rozmiarów sylwetka była odziana w skórzany płaszcz i ledwo dostrzegalna pośród skał. Samotny człowiek nie sprawiał wrażenia silnego fizycznie. Zostawiał za sobą w piasku nie tylko ślady swoich butów, ale i sękatej laski, której używał jako podpory. Nie sposób było określić wyglądu jego twarzy, gdyż była ona zasłonięta chustą. Także sporych rozmiarów kaptur okrywał całe czoło. Owa osoba zaopatrzona była w torbę niezbyt pokaźnych rozmiarów, która w wielu miejscach miała dziury i z trudem utrzymywała swoją zawartość.

Tajemnicza postać niespodziewanie zatrzymała się w miejscu. Następnie usiadła na pobliskim kamieniu, który wyróżniał się spośród innych brakiem ostrych krawędzi. Po chwili tajemniczy człowiek odchylił swoją chustę i kaptur, ukazując oblicze.

Był to starszy mężczyzna, którego twarz pokrywało mnóstwo głębokich zmarszczek. Zmrużył błękitne oczy z powodu nagłego dopływu światła. Jego przerzedzone, długie i siwe włosy smagane były gorącym, lekkim wiatrem. Uwidocznił się także jego nieproporcjonalnie duży nos.

Mężczyzna sięgnął do swojej torby. Wyciągnął z niej manierkę i następnie ją otworzył. Wypił kilka łyków tajemniczej substancji i gwałtownym ruchem oderwał usta od pojemnika na ciecz. Kilka kropel trunku upadło na ziemię, aby natychmiast wyparować w kontakcie z rozgrzanym gruntem.

Kiedy staruszek nabrał nabrał głęboko powietrza, zaczął nieoczekiwanie mówić do samego siebie.

– Świat stacza się na skraj przepaści – wyszeptał. – Wszystko chyli się ku końcowi. Nie zostało mi wiele czasu. Tak samo jak ludzkości. Dlaczego tak musiało się stać? Dlaczego ludzie do tego doprowadzili?

Po tych słowach starszy mężczyzna wstał, pomagając sobie drewnianą laską, i spojrzał w niebo.

– Dlaczego?! – krzyknął. Echo rozniosło się po całej dolinie. Górskie zbocza jeszcze bardziej wzmogły ich rozpaczliwy ton. Gdy wszystkie dźwięki ustały i ponownie nastała przejmująca cisza, starzec włożył swój kaptur na głowę i niemrawo zawiązał chustę. Schował manierkę do torby i udał się w dalszą drogę. Jednak po kilku krokach zatrzymał się w miejscu, ponieważ jego uwagę zwróciła tajemnicza sylwetka w dole doliny. Dostrzegł tajemniczy kontur, który kształtem przypominał człowieka. Niewyraźna z powodu odległości i kurzu sylwetka przemieszczała się wolnym krokiem w kierunku północnym. W tym samym, w którym podążał starzec.

– Kto to może być? – zapytał sam siebie.

Wyraźnie widać było jego zaciekawienie. Jednak nie sposób było odgadnąć jego myśli. Po krótkim postoju udał się w dalszą drogę, kontynuując swoją wędrówkę. Był świadom faktu, że nie jest do końca sam…

ROZDZIAŁ IETYMOLOGIA ŚWIATA

Mijało popołudnie. Pustkowia pasma Sierra Nevada połyskiwały w słońcu. Nie było na niebie żadnej chmury, która by załamała jego promienie. Pośród tej zapomnianej przez cywilizację okolicy nie dało się dostrzec nic żywego poza jedną postacią, która wolnym krokiem przemierzała okoliczne bezkresy.

Wysoka i szczupła postać samotnie wędrowała pośród piasków. Okazał się nią młody mężczyzna. Jego czarne średniej długości włosy falowały, muskane przez łagodny, aczkolwiek gorący wiatr. Blady odcień jego skóry połyskiwał pośród okolicznych piaskowych wzniesień. W jego błękitnych oczach wyraźnie widać było oznaki zakłopotania.

Młody wędrowiec był odziany w czarną koszulę, którą pozostawił rozpiętą z powodu wysokich temperatur. Na ramieniu niósł czarny, skórzany płaszcz, niemal dotykając nim rozżarzonego podłoża. Jasnoniebieskie dżinsy, które młody człowiek nosił, były lekko zszargane przy nogawkach, odsłaniając brązowy odcień jego butów. Tak oto wędrował tajemniczy osobnik. Niczym niewzruszony, przemierzał kolejne wydmy, które utworzył wiatr.

W pewnym momencie tajemniczy mężczyzna postanowił się zatrzymać. Gwałtownie siadając, oparł się na grzbiecie jednej z wydm. Skierował swoje spojrzenie na ziemię, jednak nie wypowiedział ani słowa. Zwyczajnie wpatrywał się w piasek, który pod wpływem wiatru zmieniał swoje położenie. Pozostał tak w bezruchu przez dłuższą chwilę. Po jej upływie tajemniczy mężczyzna zaczął niespodziewanie zadawać sobie pytania.

– Co się tutaj dzieje? Gdzie ja właściwie jestem? Co ja tu robię?

Głęboko westchnął, łapiąc się jednocześnie za głowę.

– Dlaczego nie mogę sobie nic przypomnieć?!

Jego krzyk niósł się po okolicy. W głosie dało się słyszeć głębokie zakłopotanie. Człowiek ten zdawał się mieć więcej pytań niż odpowiedzi.

– Muszę iść dalej. Nie mam pojęcia gdzie, ale coś czuję, że obrałem dobrą drogę.

Tak jego intuicja wskazała mu kierunek. Po tej krótkiej przerwie wędrowiec wygrzebał się z piasku i wznowił swój marsz.

 

Przemierzając okoliczne, bezkresne tereny, napotykał jednolite widoki. Przeważnie dostrzegał powtarzający się krajobraz pustynny. Jednak, od czasu do czasu, udało mu się ujrzeć piętrzące się kamienie o ostrych krawędziach. Współgrały one z okolicznymi wzgórzami i przenikliwym odczuciem rozpaczy. Okolica zdecydowanie nie sprzyjała niczemu, co było jeszcze żywe. Wyjaśniałoby to kwestię odczuwalnego w tym miejscu uczucia osamotnienia, które doskwierało wędrowcowi.

Po kolejnych godzinach marszu nastał wieczór. Pomimo iż okolica nie nadawała się na odpoczynek, wędrowiec podjął decyzję, iż zatrzyma się w tym miejscu.

Przed sobą dostrzegł rozległy krater, najprawdopodobniej utworzony w wyniku sporych rozmiarów wybuchu. W środku wgłębienia nie odczuwało się tak silnego wiatru, jaki nagle się wzmógł. Poza krawędzią krateru podmuch był odczuwalny w granicach osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, a na dole leja, był niemal odczuwalny. Pośrodku dało się zauważyć kilka suchych konarów drzew, którymi można by było rozniecić ogień. Młody mężczyzna dostrzegł również wraki kilku samochodów, w których mógłby szukać schronienia w chwili, gdyby było to dla niego konieczne. W najbliższym otoczeniu dodatkowo zwrócił uwagę na coś, co przypominało sterylnie zamknięte plastikowe opakowanie. Wzbudziło ono jego zainteresowanie.

Mężczyzna odczuł lekki chłód, schodząc do wnętrza krateru. Gdy już znalazł się na dole, postanowił zapiąć swoją koszulę oraz nałożyć płaszcz. Następnie udał się w stronę tajemniczego pudełka.

Po otwarciu opakowania dostrzegł w jego środku przezroczystą plastikową butelkę. Wyglądało na to, że zawierała ona zbawienny płyn – wodę. Wędrowiec instynktownie ją chwycił, by następnie wypić całą jej zawartość.

Po spożyciu wszystkiego wyrzucił butelkę. Nagle dostrzegł coś w środku opakowania, w którym była woda. To, co zauważył, można by było określić mianem jedzenia. Zobaczył konserwę, która wciąż była zamknięta. Mężczyzna nie mógł zidentyfikować jej zawartości, ponieważ nie posiadała ona nadruku na swoim opakowaniu. Stwierdził jednak, że jego znalezisko nadaje się do spożycia, ponieważ wieko konserwy nie było zapadnięte. Uznał więc, że zawartość wciąż jest jadalna. Problem jednak tkwił zupełnie gdzie indziej. Na chwilę obecną nie dało się otworzyć pojemnika z powodu braku stosownych narzędzi. Wobec zaistniałych okoliczności wędrowiec postanowił przechować znalezisko w swoim płaszczu do czasu, aż rozwiąże ten problem.

Następnie upatrzył sobie miejsce na rozbicie obozowiska. Znalazł je pośród okolicznych wraków samochodów. Zebrał kilka mniejszych fragmentów drzewa, odrywając je od najbliższych martwych konarów, by w końcu usypać z nich stos. Po tej czynności usiłował znaleźć coś, co pomoże mu przy rozpaleniu ognia. Jednak nie dostrzegł nic przydatnego i zrezygnowany upadł na plecy. Głęboko westchnął, spoglądając w czarną głębię bezgwiezdnego nieba. Po chwili obrócił głowę, przypadkowo kierując swoje spojrzenie na jeden z wraków. W pewnym momencie zorientował się, że może będzie miał z niego użytek. Podniósł się i podszedł do niego. Opierając swoją rękę na jego masce, zaczął rozglądać się po kabinie. Jego uwagę przykuła obecność zapalniczki samochodowej. Podłączona do zasilania mogłaby wyemitować dość ciepła, aby rozpalić ogień. Mężczyzna, będąc świadom, że jeszcze może coś zrobić, aby rozniecić stos drewna, podszedł do maski pojazdu. Otworzył ją i spojrzał na miejsce, w którym mógł mieścić się akumulator.

Szczęście najwidoczniej mu sprzyjało. Akumulator wciąż znajdował się tam, gdzie powinien. Wędrowiec, mając nadzieję, że w urządzeniu zostało jeszcze trochę elektryczności, przeszedł do wnętrza samochodu. Gdy wygodnie usadowił się w fotelu, oparł obie nogi o deskę rozdzielczą. Mając przed sobą kierownicę, kilkoma gwałtownymi ruchami oderwał spory fragment plastiku znajdujący się obok stacyjki. Odrzucił na bok zbędny element i zaczął majstrować przy odsłoniętych kablach. Po chwili spod maski dało się słyszeć głośne ryknięcie silnika. Kilka następnych prób przyniosło młodemu człowiekowi oczekiwany rezultat. Pojazd pomimo uszkodzeń, które uniemożliwiały podróż, miał jeszcze trochę energii. Dzięki temu mógł zasilić swoje urządzenia. Wędrowiec, zadowolony z osiągnięcia celu, oparł ręce na karku i wyciągnął się w fotelu.

– Może jest jeszcze nadzieja na działające ogrzewanie – zażartował.

Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Zadowolenie towarzyszyło mu przez kilka następnych chwil.

Kiedy zapalniczka rozgrzała się do czerwoności, mężczyzna wyciągnął ją i wrzucił w stos drewna. W ciągu kilkudziesięciu sekund pojawiły się pierwsze płomienie. Pełen optymizmu wędrowiec usadowił się przed ciepłodajnym ogniem.

Gdy zaczął w niego spoglądać, nieoczekiwanie zmienił się wyraz jego twarzy. Poważna i posępna mina w ogóle nie przypominała tej sprzed chwili. Jego przepełnione pustką spojrzenie odbijało blask wydzielanego przez ognisko światła. Na twarzy pojawiły się oznaki zakłopotania. Zaraz potem samochód, który wędrowiec zdołał uruchomić, zgasł. Jednak wciąż palił się ogień i nic nie wskazywało, że ten stan się zmieni w ciągu kilku najbliższych mroźnych godzin.

Młody człowiek, siedząc w bezruchu i wpatrując się ciągle w ogień, sprawiał wrażenie coraz bardziej zakłopotanego. Spuścił lekko głowę i skierował swój wzrok na podłoże.

– Co tak właściwie się stało? Dlaczego nie mogę nic z tego zrozumieć?

– Ja ci powiem, co się stało – odpowiedział mu niezidentyfikowany głos, wydobywający się zza pleców wędrowca.

Zaskoczony mężczyzna gwałtownie obrócił się za siebie, przysuwając się plecami coraz bliżej ogniska. Na szczycie skarpy dostrzegł tajemniczą, odzianą w skórzany płaszcz postać. Miała ona nałożony na głowę kaptur, a jej twarz zasłaniała chusta.

– Nie obawiaj się. Nie mam złych intencji.

Po tych słowach zamaskowana osoba zdjęła z twarzy chustę i odkryła kaptur.

Oczom nieukrywającego zaskoczenia wędrowca ukazała się twarz starszego mężczyzny. Sprawiając wrażenie nieufnego, młody człowiek chwycił za kawałek metalu, który zdołał odnaleźć po omacku.

– Tylko nie próbuj żadnych numerów – powiedział stanowczym tonem, kierując kawałek blachy w stronę nieznanej osoby.

– Traktuję to jako zaproszenie – odrzekł z uśmiechem starzec, podchodząc bliżej.

Obszedł dookoła wędrowca i usiadł naprzeciwko niego, po drugiej stronie ogniska.

– Zastanów się... Co taka starsza osoba jak ja mogłaby ci zrobić? Nie musisz traktować mnie jak wroga.

– Już ja dobrze wiem, co robię.

– Gdzież są pańskie maniery? – zapytał retorycznie starzec. – Ma pan gościa, a jak się do niego odzywa?

– To raczej ja powinienem się pana o to zapytać. Niespodziewanie pojawia się pan znikąd, nie ukazuje od razu swojej twarzy i nawet się nie przedstawia.

– No tak... Jeśli pana czymś uraziłem, to przepraszam. Nie chciałem wzbudzić niepokoju. Powinienem odsłonić twarz, zanim się odezwałem. A co do mojego imienia… to nie ma większego znaczenia. Ważne jest to, o czym, wydaje mi się, będziemy mogli porozmawiać. O ile się nie przesłyszałem, zastanawia się pan nad tym, co pan widzi.

– Nie ukrywam, mam wiele wątpliwości – odparł z lekką irytacją wędrowiec.

– A ja się cieszę, że będę mógł o tym z kimś porozmawiać. Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałem z kimkolwiek o czymkolwiek. Jesteś pierwszą osobą, którą widzę od dłuższego czasu.

– Bardzo mnie to cieszy – odpowiedział cynicznie wędrowiec.

– Trochę entuzjazmu! To jak będzie? Chce pan usłyszeć całą historię?

– Ech... No dobrze... Tylko nie marnuj mojego czasu.

– Przecież ma go pan bardzo dużo… w pewnym sensie. No dobrze. Nie będę już pana dłużej niecierpliwił.

Po tym niezbyt ciepłym powitaniu starzec niespodziewanie wyciągnął z kieszeni starą, lekko podartą mapę i rozpoczął swoją opowieść, której oczekiwał wędrowiec.

– Wszystko zaczęło się niemal trzysta pięćdziesiąt lat temu. Świat w tamtych czasach wyglądał zupełnie inaczej. Nie było wtedy promieniowania. Panował względny ład i porządek. Niemal wszędzie dało się normalnie żyć. Cywilizacja znajdowała się u szczytu swojego rozkwitu. Jednak następujące w tamtym okresie zmiany ostatecznie doprowadziły ją na skraj upadku. W drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku rozwiązano kilka najważniejszych organizacji, naruszając stabilność polityczną świata. Począwszy od rozpadu Unii Afrykańskiej w dwa tysiące dwunastym roku, poprzez likwidację Ligi Państw Arabskich, skończywszy na rozwiązaniu Wspólnoty Niepodległych Państw.

– Niby dlaczego tak się stało? – przerwał starcowi wędrowiec.

– Najprawdopodobniej do upadku Unii Afrykańskiej przyczyniły się rewolucje ogarniające niemal wszystkie kraje na tamtym kontynencie. W grudniu dwa tysiące dwunastego roku Liga Państw Arabskich przestała istnieć. Powodem tego były również rewolucje, które przeniosły się na Półwysep Arabski. Sytuację pogarszała także wizja kurczących się zasobów ropy naftowej i spory z nią związane. Trzy lata później rozwiązano Wspólnotę Niepodległych Państw. Kryzys ekonomiczny zaczął narastać. Rosja, aby złagodzić dla siebie jego efekty, postanowiła rozwiązać sojusz.

W tym momencie starzec spoważniał. Jego twarz sposępniała, a ton głosu nieco się obniżył.

– Potem było już coraz ciekawiej... W dwa tysiące siedemnastym roku rozwiązano Unię Europejską. Kryzys gospodarczy panoszył się już po całym globie, a jedne z najważniejszych państw członkowskich Unii, takie jak Niemcy i Francja, postanowiły wycofać swoje pieniądze na poczet własnej stabilizacji ekonomicznej. Trzy lata później nastąpiło wydarzenie, które bezpowrotnie zmieniło dyplomację w tamtych czasach…

Starzec westchnął głęboko i zaczął spoglądać w oczy wędrowcowi.

– Konflikt grenlandzki – powiedział, jeszcze bardziej obniżając głos.

– Konflikt grenlandzki...? Mów dalej i jaśniej.

– Był to spór o złoża ropy, która została odnaleziona na północy świata. Albo raczej konflikt o podłożu militarnym. Jedenastego czerwca dwa tysiące dwudziestego roku grupa amerykańskich żołnierzy ostrzelała brytyjską rafinerię, zabijając przy tym kilkudziesięciu pracowników. Nikogo nie pozostawili przy życiu. Dwa tygodnie później brytyjski agent wykradł tajne dokumenty, które pokazały, że była to zamierzona akcja Amerykanów. W efekcie tej zbrodni jeszcze tego samego dnia rozwiązano kolejną organizację, zwaną Paktem Północnoatlantyckim. Miała ona na celu utrzymywać porządek i zapobiegać wszelkim konfliktom lokalnym. Kiedy przestała istnieć, groźba konfliktu była coraz bardziej realna. Pięć dni później, trzydziestego czerwca Wielka Brytania oficjalnie wypowiedziała dyplomatyczną wojnę Stanom Zjednoczonym. Ten dzień został uznany za początek drugiej zimnej wojny.

– Co wydarzyło się później? – zapytał wędrowiec, który zdawał się robić wrażenie coraz bardziej zaciekawionego.

Jednocześnie odłożył na bok kawałek metalu, który trzymał w celu swojej obrony.

– Dalej było coraz gorzej. W dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku upadła Organizacja Narodów Zjednoczonych. Był to najpotężniejszy twór polityczny tamtych czasów. Niemal każde państwo do niej należało. Jej priorytetem było zapobieganie konfliktom drogą pokojową oraz obrona praw człowieka. Gdy ONZ przestała istnieć, każdy pozostał sam sobie. Państwa się od siebie uniezależniły.

Niespodziewanie starzec przerwał swoje opowiadanie. Złapał się za brzuch i spuścił wzrok z oczu wędrowca.

– Co ci jest? – spytał wędrowiec.

– Nic... Po prostu od dłuższego czasu nic nie jadłem. Jeszcze trochę pożyję. Jak się uda, to niedługo znajdę coś do jedzenia.

– Ech… – Wędrowiec westchnął i umilkł na kilka sekund. Następnie spojrzał na swojego rozmówcę i sięgnął do kieszeni swojego płaszcza. – Znalazłem konserwę, która chyba nadaje się do spożycia – powiedział lekko zrezygnowanym tonem. – Jak chcesz, to mogę się z tobą podzielić. Problem jednak w tym, że będziemy musieli się nieźle namęczyć, aby ją otworzyć.

Starzec ponownie skierował wzrok na wędrowca. Ta informacja wyraźnie go ożywiła.

– Mam coś, co może się nam przydać – oznajmił, sięgając do swojej torby. – Niedawno znalazłem kilka użytecznych rzeczy. Tak się składa, że także otwieracz. Mogę ci go pożyczyć, ale przyrzeknij, że mi go nie ukradniesz.

– Mogę ci to obiecać, tylko znajdź go szybko. Również jestem głodny.

Starzec w końcu odnalazł otwieracz i przekazał go wędrowcowi. Ten z kolei przyłożył go do spodu konserwy i kilkunastoma stanowczymi ruchami ją otworzył. W środku dostrzegł coś, co przypominało pastę z nieznanego gatunku ryby. W każdym razie cechowało się intensywnym, niezbyt przyjemnym zapachem. Jednak, ku ich zdziwieniu, nie było przeterminowane i nadawało się do spożycia.

Wędrowiec oddał otwieracz starcowi i niedbale podzielił swoją ręką posiłek na dwa, mniej więcej równe kawałki. Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią oddał połowę zawartości konserwy i przeszedł do konsumpcji swojej części.

Po kilku chwilach rybna pasta znalazła się w żołądkach obydwu mężczyzn. Starszy człowiek głośno westchnął i lekko się uśmiechnął.

– W końcu – powiedział wyraźnie. – W końcu coś zjadłem i nie wykańcza mnie głód. Teraz mogę spokojnie przejść do kontynuowania opowieści. Na czym to ja…

– Na upadku ONZ – przypomniał mężczyźnie wędrowiec.

– A, no tak. Trochę się rozkojarzyłem po jedzeniu. Ale już jest dobrze.

Po tych słowach umilkł na kilka sekund, aby odbudować atmosferę, jaką wcześniej stworzył przy relacjonowaniu historii.

– Wszystkie narody zostały w tym momencie osamotnione. Jednak taki stan rzeczy długo się nie utrzymywał, ponieważ niektórzy chcieli gromadzić wokół siebie sojuszników i w ten sposób powstało kilka nowych organizacji. Oczywiście natury militarnej. Pierwszego stycznia dwa tysiące dwudziestego drugiego roku Stany Zjednoczone nawiązały sojusz z Kanadą, Meksykiem, Brazylią, Wenezuelą i Kolumbią. Tak narodziła się organizacja, którą przechrzczono na ASO.

– ASO? – zapytał z zaciekawieniem wędrowiec.

– American Security Organization. Olbrzymia koalicja najważniejszych państw obu Ameryk. Dała ona prowizoryczne poczucie bezpieczeństwa i przynależności do siły, która miała szansę wybronić się przed zbrojną napaścią. Jak wiadomo, nie trzeba było długo czekać na reakcję ze strony Wielkiej Brytanii. Dwa dni później założono European Defensive Pact. W skrócie EDP. Była to organizacja o niemal identycznych strukturach. Państwami, które wstąpiły w ten sojusz, były Francja, Włochy, Hiszpania, Niemcy i Turcja. Tym sposobem powstały organizacje, które przyczyniły się do zmiany biegu historii.

– Co było dalej? – dopytywał wędrowiec.

– Rosjanie obawiali się o swoje bezpieczeństwo. Po tygodniu ogłosili mobilizację zbrojną, budząc najgorsze myśli i obawy wszystkich ludzi. Każdy wtedy wiedział, co może się wydarzyć. Prawdopodobieństwo nadciągającej wojny przybierało na sile. Jednak coś innego rozpętało konflikt, który na zawsze zmienił porządek świata.

Starzec w tym momencie spojrzał w bezgwiezdne niebo.

– W kwietniu dwa tysiące dwudziestego drugiego roku Amerykanie omyłkowo zestrzeliwują chiński samolot pasażerski. – Westchnął. – Ginie cała załoga i pasażerowie. Razem prawie dwieście osób.

– Jak to omyłkowo?

– Ano omyłkowo, bo ten samolot naruszył amerykańską przestrzeń powietrzną, nie przestrzegając odpowiednich procedur. Piloci nie odpowiadali na komunikaty z wieży kontrolnej. Wobec tego uznano, że samolot mógł zostać uprowadzony, więc bez większego zastanowienia postanowiono go zestrzelić. EDP wyczuło okazję, aby zyskać nowego sojusznika. Właśnie wtedy Europejski sojusz wypowiedział ASO wojnę.

– Więc za jej rozpoczęcie przyjmuje się kwiecień dwa tysiące dwudziestego drugiego roku?

– Naturalnie. Krótko potem Chiny dołączają do EDP, co zdecydowanie wzmacnia sojusz. Pomimo licznych rozbieżności ideologicznych dochodzi do porozumienia między Londynem a Pekinem, stolicami obydwu narodów. I teraz rzecz zaskakująca… pierwszego maja Rosjanie wkraczają do Japonii i na Ukrainę, a Białoruś zostaje dobrowolnie anektowana. Rząd japoński zwraca się z prośbą o pomoc do Amerykanów i następnego dnia ASO ma nowego sojusznika. Tak powstaje nowy konflikt zbrojny.

– Ale dlaczego Japończycy proszą Amerykanów o pomoc?

– Najwidoczniej dlatego, że EDP bało się bezpośredniego konfliktu i nie miało ochoty na walkę z Rosją, obawiając się walki na kilku frontach. Moim zdaniem to miało nawet sens. Ale wracając… Ukraina broni się dwa dni. Jej działania są jednak bezskuteczne i ostatecznie zostaje zaanektowana.

Starzec spojrzał na ognisko.

– Maj dwa tysiące dwudziestego drugiego roku. Rosja pierwszy raz w tej wojnie używa broni jądrowej. Za cel obrała Los Angeles. To całkiem niedaleko stąd. Jednak Amerykanie reagują błyskawicznie i tymczasowo unikają olbrzymiej tragedii.

– Tymczasowo? – zapytał ze zdziwieniem wędrowiec.

– Tak, niestety tylko tymczasowo. Dzień później następuje riposta Amerykanów i w konsekwencji Władywostok, jako pierwsze miasto starego świata, znika z mapy. Rosjanie odpalają prawie cały arsenał nuklearny, tak samo Stany Zjednoczone. Systemy obronne nie są w stanie zatrzymać wszystkich głowic i wiele miast przestaje istnieć. Jednak Nowy Jork, Waszyngton i Moskwa trwają nadal. Pierwszego czerwca EDP przyjmuje Rosję do swojego sojuszu. Tym ruchem wzmacniają swoją pozycję. A kilkanaście dni później wybucha ostatnia bomba jądrowa… Jednak konflikt trwa nadal.

– Wtedy zmienił się świat… – powiedział sam do siebie wędrowiec.

– Dziewięćdziesiąt pięć procent powierzchni świata zostało skażone. Wszystko było już inne. Ludzie starali się bronić już nie tylko przed widzialnym wrogiem. Cywilizacja chyliła się ku upadkowi. Na domiar złego w lipcu udało się ASO zbombardować Londyn i Paryż. Były to dwa najważniejsze miasta EDP. Zginęło mnóstwo ludzi. Niemal wszyscy w tych miastach. Jak nie od wybuchów, to od promieniowania. Rosjanie wyczuli okazję i przejęli zwierzchnictwo w sojuszu. Pod pretekstem obrony krajów Europy wkraczają do państw nadbałtyckich, skandynawskich i Europy Środkowej. Czwartego lipca front ASO i EDP przebiega wzdłuż zachodniej granicy Niemiec. Trzy dni później Amerykanie rozprowadzają nad Hamburgiem broń biologiczną. Ta nieludzka zbrodnia była określona kryptonimem „Czystka”.

– I jak na to zareagowało EDP?

– Rosjanie bombardują Waszyngton – odpowiedział starzec. – Obrona ASO zawodzi. W ataku ginie wiele milionów ludzi. Następnego dnia Moskwa odczuwa na sobie odzew Amerykanów i tak jak Hamburg zostaje potraktowana bronią biologiczną. Po niemal całkowitym zniszczeniu świata i kilku miliardach ofiar wojna trwała jeszcze dziewięć dni. Ostatecznie ASO i EDP podpisują traktat pokojowy. Szacowano, że na świecie po wojnie pozostało przy życiu mniej więcej pół miliarda ludzi. To był najkrwawszy i zarazem ostatni konflikt zbrojny w historii ludzkości. Po tej tragedii ludzie próbowali powrócić do dawnego porządku i odbudować zniszczone miasta...

– Ale, zgadując, przydarzyło się coś, co im to uniemożliwiło? – przerwał starcowi wędrowiec.

– Niestety masz rację. W listopadzie dwa tysiące dwudziestego drugiego roku pojawia się pierwszy przypadek zachorowania na wirus Gamma, który zwiastuje pasmo kolejnych zgonów i tragedii. Naukowcy wstępnie ustalają, że jest on przenoszony drogą kropelkową i jest to mutacja grypy i promieniowania. Określili go jako H-pięć-HV-trzy. Inaczej – grypę radiologiczną.

Starzec na moment przerwał historię, aby położyć się na boku. Zakrył głowę kapturem i otulił się swoim płaszczem.

– Do roku dwa tysiące pięćdziesiątego umiera na ten wirus prawie cała ludzkość – oznajmił zrezygnowanym tonem. – Ocaleni walczą o przetrwanie w rozsypce. Szacuje się, że przy życiu pozostało wtedy około trzydziestu paru milionów istnień. Rządy upadają, państwa znikają z mapy, umierają języki. Z czasem zostają tylko nieliczne. Język angielski i rosyjski pozostają po dziś dzień jako dominujące.

– A co się działo dalej?

– Do połowy dwudziestego drugiego wieku ziemia jest spowita promieniowaniem, jednak i ono z czasem ustępuje. Nuklearna zima dobiega końca. Większość fauny i flory zostaje bezpowrotnie utracona, a pojęcie cywilizacji zostaje zapomniane. I to jest w sumie wszystko, o czym mógłbym powiedzieć.

– Mam pytanie… Skąd ty to wszystko wiesz?

– Przez całe życie przemierzałem świat. Kiedyś, podczas swojej wędrówki, natrafiłem na bibliotekę. Nie pamiętam, kiedy i gdzie to dokładnie było. Miałem dość czasu, aby przeczytać kilka książek, które dały mi tę wiedzę.

– A jak myślisz, kto mógł spisać tę historię? Nie uważasz, że po wojnie ludzkość nie miała ważniejszych zmartwień niż pisanie tego, co się kiedyś wydarzyło?

– Może i mieli, ale tak szczerze… zawsze znajdą się tacy, co będą chcieli pamiętać. Tacy jak na przykład ja. A teraz ja chciałbym coś wiedzieć. Konkretnie poznać twoją historię. Miło by było coś wiedzieć o człowieku, który miał dość cierpliwości, aby ze mną porozmawiać.

– W tym rzecz, że nie mogę o sobie powiedzieć zbyt wiele. Nie wiem, co się stało. Zarówno ze mną, jak i ze światem. Nie mogę sobie nic przypomnieć.

– To może mi powiesz chociaż, jak się nazywasz i jakie jest pierwsze wspomnienie przychodzące ci do głowy?

– Nie znam nawet swojego imienia – odpowiedział ze smutkiem wędrowiec. – A pierwszą rzeczą, jaką pamiętam, było to, jak się ocknąłem w jaskini. Całkiem niedaleko tego miejsca. To się zdarzyło kilka dni temu. Po przebudzeniu zorientowałem się, że leżałem tam od dłuższego czasu. Nie mam pojęcia ile. Nie wiem nawet, który rok mamy.

– Dwa tysiące trzysta pięćdziesiąty – oznajmił starzec poważnym tonem. – No dobrze, nie będę cię już dłużej męczył. Pozwolisz, że się trochę zdrzemnę. Tobie też bym to proponował. Dorzuć jeszcze coś do ognia i idź spać. A jutro zastanowimy się, co dalej z nami będzie. Zarówno ze mną, jak i z tobą.

Po tych słowach starzec zamknął oczy i próbował zasnąć. W tym samym czasie wędrowiec pozbierał jeszcze kilka kawałków drewna z okolicy i dorzucił je do ognia. Światło z ogniska wyraźnie się wzmocniło, tak samo jak temperatura. Wędrowiec otworzył jeszcze na chwilę wrak samochodu i wymontował z niego dwa fotele. Zrobił sobie z nich posłanie i wygodnie się na nich ułożył, jednocześnie będąc niedaleko ciepłodajnego ognia. Przysunął do siebie metalowy element, którego pierwotnie chciał użyć w samoobronie i za wszelką cenę próbował nie zasypiać. Nie czuł się komfortowo w towarzystwie starca, który odpoczywał kilka metrów dalej. Tym sposobem starał się wytrwać do końca nocy w nadziei, że nic złego się nie stanie…

Jednak po upływie godziny zmęczenie zaczynało poważnie udzielać się wędrowcowi. Po kilkunastu następnych minutach zmusiło go zapadnięcia w sen. Mężczyzna musiał pogodzić się z faktem, że pomimo swojej nieufności do starca powinien iść spać i zregenerować siły. Poddając się sytuacji, ułożył się wygodnie w fotelu i zasnął głębokim snem.

 

Zaczęło świtać. Pierwsze promienie słońca pomału wdzierały się do krateru, w którym spał wędrowiec. Z czasem dosięgły jego głowy, wybudzając go ze snu. Młody człowiek gwałtownie zerwał się z pozycji leżącej i zaczął rozglądać się dookoła z niepokojem.

Ognisko wyglądało tak, jakby już dawno przestało się palić. Samochody dalej stały w tym samym miejscu, jednak promienie słońca zaczynały dokładniej ukazywać ich korozję. Dziwną rzeczą dla mężczyzny był brak obecności starca. Pozostały po nim tylko ślady butów i drewnianej laski, o którą się opierał. Wędrowiec, zaniepokojony tym stanem rzeczy, wstał i udał się w górę krateru. Jednocześnie zdjął z siebie płaszcz, gdyż robiło się coraz cieplej.

Kiedy dotarł już do krawędzi, rozejrzał się wokoło w celu wypatrzenia sylwetki starszego człowieka. Na horyzoncie nie było dosłownie nikogo. Wędrowiec spuścił wzrok na ziemię. Westchnął, przełożył swój płaszcz przez bark i udał się w dalszą wędrówkę, tym razem w kierunku zachodnim.

 

Nastało południe. Pogoda nie rozpieszczała podróżnika. Panował straszliwy upał, a wokoło nie można było dostrzec niczego poza wszechobecną pustynią. W okolicy nie było roślin, zwierząt i ludzi. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna ze względu na to, że wędrowcowi chciało się pić. Przyspieszył kroku w nadziei, że krajobraz, który go otacza, niedługo się zmieni.

Szczęście mu tym razem dopisało. Za kilkoma następnymi wydmami dostrzegł niewielki budynek. Był on oddalony od jego pozycji o zaledwie dwadzieścia minut drogi. Wędrowiec bez chwili zastanowienia postanowił, że podbiegnie do pobliskiego obiektu.

Z każdą minutą dało się rozpoznać w budynku coraz więcej szczegółów. Okazało się, że była to kiedyś stacja benzynowa. Świadczyło o tym kilka dystrybutorów paliwa, które znajdowały się tuż obok niej. To miejsce dotkliwie odczuło upływ czasu, o czym świadczył częściowo zerwany dach i brak szyb w oknach. W bezpośrednim sąsiedztwie wędrowiec także zauważył fragmenty drogi, po której kilkaset lat temu przemieszczały się pojazdy. Jednak została ona zniszczona przez czas albo zasypana przez piasek. Mimo to ta okolica sprawiała wrażenie najbezpieczniejszej, w jakiej zdarzyło się przebywać wędrowcowi w ciągu kilku ostatnich dni.

Po chwili podróżny dobiegł do budynku. Nie zwlekając, bez chwili zastanowienia zajrzał do środka. Zobaczył tam trzy automaty na żywność. Wszystkie miały powybijane szyby. Obok znajdowała się lada sklepowa, na której stała kasa fiskalna. Za nią dało się zauważyć drewniane drzwi z oderwaną klamką. Na podłodze leżało pełno tynku, szkła, piasku, sporo plastikowych, niebieskich koszyków i dużo metalowych prętów, których pierwotne pochodzenie było niemożliwe do ustalenia. Jednak nigdzie nie było śladu pożywienia i, co ważniejsze, wody do picia. Wędrowiec, będąc lekko zaniepokojony, wszedł do środka i zaczął zaglądać w głąb automatów.

– Nie wierzę – wrzasnął i kopnął najbliższy koszyk.

Ten odbił się od ściany i wyleciał przez framugę okna.

– Uspokój się, gdzieś tu musi być coś do picia. Może za tymi drzwiami...

Następnie podbiegł do nich i jednym silnym kopnięciem próbował je wyważyć.

– Kurrrwa mać – przeklął po nieudanej akcji, łapiąc się za nogę. – Jeszcze raz.

Po kilku następnych kopnięciach drzwi przestały być przeszkodą. Oderwały się od zawiasów i huknęły z impetem na podłogę. Wędrowiec po pozbyciu się przeszkody wszedł do pomieszczenia i dokładnie je obejrzał.

Nie było ono zbyt wielkie. W środku znajdowało się kilka zakurzonych regałów, na których leżało pełno nieoznakowanych puszek. Po drugiej stronie pokoju dało się zauważyć dwie drewniane skrzynie, a obok nich coś jeszcze. Nieznacznych rozmiarów obiekt był przykryty ścierką. Podróżnik wolnym krokiem podszedł do tajemniczego odkrycia. Gdy znalazł się tuż obok niego, wyciągnął dłoń i chwycił za materiał. Po kilku głębszych oddechach gwałtownie szarpnął ścierką, odsłaniając obiekt. Okazało się, że były to tekturowe kartony. Wędrowiec odetchnąwszy z ulgą, podszedł w stronę regałów z puszkami.

– A już myślałem, że to będzie trup – powiedział do siebie żartobliwie.

Gdy znalazł się przed pierwszym regałem, zaczął chwytać za metalowe puszki. Potrząsając nimi, próbował się domyślać, co było w środku. W niektórych przypadkach od razu odrzucał w kąt pojemniki, ponieważ mimo że były zamknięte, nic w sobie nie zawierały. Jednak u większości dało się usłyszeć dźwięk chlupania lub odbijania się czegoś od wewnętrznych ścianek. Takie znaleziska wędrowiec ponownie odkładał na półkę.

Po kilkuminutowej segregacji do sprawdzenia pozostały już tylko skrzynie i kartony.

Mężczyzna podszedł do solidnego pojemnika. Skrzynia była obwiązana łańcuchem i zamknięta na kłódkę. Jednak nie była ona zatrzaśnięta. Nic nie stało na przeszkodzie, aby poznać jej zawartość.

Kiedy wędrowiec pozbył się prowizorycznych zabezpieczeń, chwycił za klapę skrzyni i ją otworzył. Niepohamowany wyraz radości ukazał się na jego twarzy po tym, co zobaczył. W środku znajdowało się mnóstwo szklanych butelek, przeważnie napełnionych wodą. Dodatkowo było również kilka butelek z żółtym płynem i kilkanaście paczek papierosów. Mężczyzna chwycił jedną butelkę z wodą, otworzył ją i niemal natychmiast wypił całą jej zawartość. Potem wziął kolejną, powoli ją otwierając. Tym razem w środku znajdował się żółty płyn. Kiedy wędrowiec powąchał nieznaną substancję, odczuł mocny i słodki zapach. Nie tracąc czasu, zaryzykował i napił się płynu. Jego smak był również słodki, co wprawiło podróżnika w jeszcze lepszy nastrój. Kiedy wypił kolejną butelkę, tym samym zaspokajając swoje pragnienie, skierował spojrzenie na drugą skrzynię. Nie była ona niczym zabezpieczona. Ostrożnie ją otworzył i zajrzał do środka. Zobaczył, że ta skrzynie również była wypełniona butelkami z wodą i papierosami. Głośno westchnął, nie tracąc przy tym entuzjazmu. Uśmiech zdawał się coraz wyraźniej rysować na jego twarzy.

Wędrowiec bez zastanowienia zaczął przeglądać kartony, które niedawno zakrywała ścierka. Jednak nic w nich nie było. Każde pudełko, po uprzednim sprawdzeniu, zostało odrzucone na bok. Kiedy ostatni karton kopnięto w kąt, okazało się, że pod nim była drewniana klapa.

– Ktoś najwyraźniej próbował tutaj coś ukryć – skomentował wędrowiec, pochwycił za uchwyt i jednym ruchem otworzył przejście.

W tym momencie zobaczył tajemnicze, nieoświetlone zejście i stalową drabinę, po której można było zejść na dół.

– Ciekawe... Sprawdźmy, co chcieliście przede mną schować.

Mężczyzna chwycił się drabiny. Powoli i ostrożnie zaczął schodzić w głąb dziury. Po kilkunastu metrach jego nogi dotknęły powierzchni. Dał się usłyszeć metaliczny dźwięk. Wokół panował półmrok, jednak dzięki światłu wydobywającemu się znad wejścia do pomieszczenia można było cokolwiek zobaczyć.

Wędrowiec rozejrzał się wokoło. Stwierdził, że znalazł się w niewielkim pomieszczeniu. Było ono mniejszych rozmiarów niż to na górze. Po jego lewej stronie znajdował się stół, na którym leżało kilka obiektów. Chwycił jeden z nich i zaczął go oglądać. Po krótkiej obserwacji i odkryciu przełącznika stwierdził, że trzyma latarkę. Wcisnął guzik w nadziei, że uzyska trochę więcej światła. Jednak kiedy efekt okazał się inny od zamierzonego, postukał nią o ścianę. Po pomieszczeniu rozszedł się metalowy dźwięk.

– No działaj, cholero...

Po chwili z latarki wydobyło się słabe światło.

Nie czekając, skierował swój wzrok na stół. Na nim znajdowało się kilka rzeczy. Były to chociażby klucze, pusty pojemnik na lekarstwa i pięć buteleczek ze zdartymi etykietami. Nie miały one w sobie żadnej zawartości. Jednak na krawędzi stołu było coś, co było teraz wędrowcowi najbardziej przydatne.

– No to mamy otwieracz – skomentował, zabierając znalezisko. Potem skierował światło latarki w kąt pomieszczenia. Zauważył, że na podłodze, dwa metry od niego, leżą ludzkie kości.

– I jest pan właściciel.

Zbliżył się do szczątków, jednocześnie dostrzegając przy nich coś, co go zaintrygowało. Obok nich leżał nóż kuchenny. Poza wierzchnią warstwą kurzu sprawiał wrażenie czystego. Jego ostrze wyraźnie odbijało światło latarki.

Wędrowiec schylił się po nóż, podniósł go i obejrzał z bliska. Nie zauważył na nim żadnej rdzy, co świadczyło o tym, że do jego utworzenia użyto stali dobrej jakości. Następnie wsunął go za pasek od spodni.

– Tobie już on chyba nie będzie potrzebny – powiedział do nieboszczyka.

Wyłączył latarkę i schował ją do tylnej kieszeni. Następnie odwrócił się za siebie i wspiął po drabinie.

Kiedy znalazł się na górze, zasunął właz i podszedł do regału, na którym zgromadził kilkadziesiąt puszek. Wyciągnął z kieszeni otwieracz. Niezwłocznie chwycił pierwszą z brzegu i kilkoma ruchami ją otworzył. W środku znajdowała się tajemnicza, niezidentyfikowana papka. Z zapachu dało się wywnioskować, że mogła to być pasta mięsna. Prawdopodobnie karma dla psów. Jednak mimo wszystko sprawiała wrażenie zdatnej do spożycia.

Wędrowiec nabrał trochę jedzenia na palce i sprawdził znaleziony pokarm.

– Nie wiem, ile to ma lat, ale jest nawet zjadliwe – powiedział i bez oporów zaczął wyjadać całą zawartość opakowania.

Po spożyciu chwycił za kolejną puszkę i sprawdził, co ona zawiera. Niestety, w środku znajdowało się coś, czego nie można było określić jako zdatne do spożycia. Była to tylko mętna woda z osadem.

Mężczyzna sprawdził kilka następnych pojemników. W części z nich znalazł psi pokarm lub przeterminowane warzywa. W reszcie tylko mętną wodę. Nieodpowiednie rzeczy bezzwłocznie odrzucał, a zjadliwe konsumował. Po kilku kolejnych puszkach w końcu poczuł, że jest najedzony. Zadowolony usiadł na jednej ze skrzyń i oparł się o ścianę.

– Teraz tylko muszę wymyślić, jak załadować to całe żarcie – rzekł, spoglądając na podłogę. – Ta szmata może mi się do czegoś przydać.

Po tych słowach pochylił się, podniósł ścierkę i zaczął dokładnie ją oglądać.

– Taaaaa, doskonale się nadasz – powiedział i wyciągnął nóż.

Następnie nadciął jej brzeg, uzyskując tym samym długi pasek. Później zrobił kilka dziur dookoła krawędzi i przewlekł przez nie uzyskany wcześniej fragment materiału. Na końcu sprawdził efekt swojej pracy, zawiązując wszystko na supeł. Tym samym uzyskał pojemny worek, do którego mógł nabrać sporo wody i prowiantu.

– Dobra, teraz tylko załadować, co trzeba, i idziemy dalej – stwierdził z zadowoleniem.

Niezwłocznie wstał i zabrał się za pakowanie żywności i płynów.

Do worka zmieściło się trzydzieści litrowych butelek z wodą i żółtym płynem i dwadzieścia puszek z pokarmem, który zdaniem wędrowca mógł najlepiej nadawać się do zjedzenia. Dodatkowo w środku bagażu mężczyzna umieścił swój płaszcz, aby nie przeszkadzał mu w dalszej wędrówce. Kiedy już skończył, zawiązał worek, przeciągnął go przez ramię i zabrał go przed stację benzynową. Oparł go o ścianę budynku i usiadł na betonie.

– Przecież nie wylecę stąd tak po prostu na pustynię. Lepiej poczekać do wieczora, niż iść w ten żar. Poza tym skubnę sobie jeszcze coś ekstra na drogę.

Po tych słowach przysunął się bliżej ściany, o którą oparł pakunek, i w miarę możliwości próbował się na niej wygodnie ułożyć. Założył ręce za głowę i zaczął spokojnie spoglądać w kierunku wschodnim, patrząc, jak spokojny wiatr z wolna przesuwa pustynny piasek…

 

Po kilku godzinach nastał wieczór. Słońce powoli zaczęło zachodzić za horyzontem. Wędrowiec obudził się z drzemki, którą postanowił sobie wcześniej uciąć. Wstał, otrzepał się z piasku i zaczął rozglądać się za swoim workiem. Pakunek leżał w tym samym miejscu, w którym go wcześniej zostawił. Mężczyzna przeciągnął się i ziewnął.

– Dobrze, zaraz pora iść w dalszą drogę – powiedział i otworzył worek.

Wyciągnął z niego swój płaszcz i nałożył go na siebie. Następnie wszedł do środka stacji benzynowej. Podszedł do półki, na której wciąż znajdowało się sporo puszek. Otworzył jedną z nich i sprawdził jej zawartość. Po ustaleniu, że jedzenie jest zdatne do spożycia, zabrał się do jego konsumpcji. Kiedy skończył jeść, podszedł do jednej ze skrzyń i wyciągnął z niej dwie butelki wody. Następnie otworzył je i zaczął z nich pić.

Niemal kończył drugą butelkę wody, gdy niespodziewanie usłyszał stukanie, które dobiegało sprzed wejścia do budynku. Wędrowiec odłożył niedopity napój, wyciągnął nóż i zaczął bezszelestnie zbliżać się w stronę źródła dźwięku. Zakradł się do lady w głównym pomieszczeniu i lekko wychylił zza niej głowę, próbując tym samym zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że przy jego worku stał młody mężczyzna. Wysoki i chudy człowiek miał na sobie podarte dżinsy i brudną sztruksową koszulę. Na ramieniu wisiała mu szara torba. Przetłuszczone włosy lekko opadały, zasłaniając mu oczy.

Wędrowiec przez kilka sekund obserwował niespodziewanego gościa, który zaczął otwierać worek z prowiantem. Kiedy ujrzał, że jego zapasy są zagrożone, oparł swoją rękę o brzeg lady, przez którą następnie przeskoczył.

– Nawet nie waż się tego ruszać! – wrzasnął, wyciągając nóż i kierując ostrze w stronę nieznanego osobnika.

Obca wędrowcowi postać odskoczyła od worka i podniosła ręce ku górze.

– Spokojnie, przyjacielu. Nie wiedziałem, że to twoje.

– Teraz już wiesz. A teraz spadaj stąd jak najdalej.

– Nawet się ze mną nie podzielisz, kolego? Masz tam tego całkiem sporo, a mnie bardzo chce się pić. No, zlituj się i coś mi daj.

– Spadaj stąd, bo zaraz stracę cierpliwość.

– Po co w ogóle ci ten nóż... – westchnął nieznajomy. – Nie jestem jakimś tam bandziorem.

Po tych słowach opuścił ręce i podszedł do wędrowca. Następnie wyciągnął w jego kierunku prawą dłoń.

– Jack Cronley – oznajmił z lekkim uśmiechem.

Wędrowiec wpatrywał się przez kilka następnych sekund w twarz Jacka. Potem wsunął z powrotem nóż pod swój pasek.

– Chyba wstępnie mogę ci zaufać. Tylko nie próbuj żadnych numerów.

– Okej, okej – przytakiwał Jack, nie opuszczając ręki. – A jak ty się nazywasz?

Wędrowiec, lekko zirytowany tym pytaniem, nie udzielił odpowiedzi. Schylił się po swój worek i z powrotem go zawiązał.

– W środku znajduje się jeszcze sporo jedzenia i picia. Bierz stamtąd, ile chcesz, i spadaj.

– Dzięki, kolego – odrzekł Jack i wbiegł do środka stacji benzynowej. W tym samym czasie wędrowiec przerzucił swój worek przez ramię i obszedł budynek dookoła, kierując się na zachód. Jednak nie przeszedł nawet stu metrów, kiedy usłyszał za sobą głos niedawno poznanego mężczyzny.

– Gdzie tak pędzisz, facet?! – krzyknął Jack i podbiegł do podróżnego.

– Nie twoja sprawa. Mówiłem, żebyś dał mi spokój.

– Razem możemy zdziałać więcej. Zaufaj mi, a nie pożałujesz tego.

– Coś już ci chyba...

Jednak wędrowiec nie dokończył zdania. Zobaczył, że Jack wyjmuje coś z kieszeni.

– Mam zapalniczkę – oznajmił Jack. – Również siekierkę i otwieracz. Poza tym znam te okolice bardzo dobrze.

Wędrowiec spuścił wzrok na ziemię. Na jego twarzy pojawiły się oznaki wątpliwości. Po chwili ponownie skierował swój wzrok w stronę Jacka.

– No dobra, ale przy najbliższej okazji się rozejdziemy. Poza tym mówisz, że znasz te okolice. Gdzie my dokładnie jesteśmy?

– Pustynia Sierra Nevada w stanie o takiej samej nazwie.

– W stanie...?

– Chodzi o to, że to jest… to było kiedyś terytorium Stanów Zjednoczonych. Dawno temu tak się nazywało rejony, ale określenia mogą być używane po dziś dzień. Takich stanów było kiedyś pięćdziesiąt. Ten, w którym jesteśmy, nazywał się Nevada.

– Okej, już rozumiem. To masz chwilę na zabranie wody i puszek. Poczekam.

– Dzięki – odrzekł Jack. – Tylko nigdzie się nie ruszaj. Będę za dosłownie pięć minut.

Po tych słowach pobiegł z powrotem na stację benzynową i zaczął zabierać tyle pożywienia, ile tylko zdołał. W tym samym czasie wędrowiec odstawił worek na ziemię, usiadł na piasku i zaczął wpatrywać się w zachód słońca.

Po kilku minutach Jack powrócił z torbą wypełnioną po brzegi jedzeniem i wodą. Dodatkowo trzymał w jednej ręce otwartą puszkę, a w drugiej butelkę z żółtym płynem.

– Piłeś tę oranżadę? – zapytał. – Najlepsza, jakiej ostatnio próbowałem.

– To tak to się nazywa... Piłem i mam jej trochę ze sobą. Dobra, skoro jesteś gotowy, to ruszamy.

– Czekaj, czekaj. Wybierasz się w jakieś konkretne miejsce?

– Niekoniecznie. Uznałem, że trzeba się po prostu stąd wydostać i znaleźć coś lepszego. Ponoć na zachodzie można trafić na lepsze tereny.

– To prawda. Na zachodzie znajdziemy ocean, ale lepiej będzie iść na północ do Kanady. Gęste lasy, lepszy klimat, trochę zwierzyny. Raj na ziemi, jeśli można tak to nazwać.

– A ile do tego „raju” trzeba iść?

– Pomyślmy… – zaczął zastanawiać się Jack, drapiąc się po głowie. – Jeśli dziennie będziemy przechodzić jakieś trzydzieści kilometrów… na piechotę, to będzie z miesiąc drogi. Ale nie raz powinniśmy trafić na miejsca dobre do postoju. Poza tym nie mamy niczego do stracenia. Jesteśmy pośrodku pustyni. Żeby z niej wyjść, potrzeba co najmniej sześciuset kilometrów.

– Póki co, możemy iść w tamtą stronę – oznajmił wędrowiec, wstawiając i przerzucając worek z prowiantem przez ramię. – Dobra, ruszajmy. Chcę dzisiaj iść przez całą noc.

– No dobra, możemy iść w tę zimnicę. Zawsze to lepsze, niż gotować się w słońcu. Ruszajmy.

I tak wędrowiec wraz z Jackiem udali się w marsz w kierunku północnym. W ciszy pokonywali kolejne kilometry, obserwując monotonny pustynny krajobraz. Nieustannie rozglądali się dookoła. W takiej atmosferze zeszło im kilka godzin wędrówki.

 

Była północ. W okolicy panował przenikliwy mróz. Gwiaździste niebo było niemal niewidoczne przez gęste chmury. W tych warunkach wędrowiec z Jackiem przemierzali bezkresną pustynię. Niespodziewanie Jack przerwał niezręczną ciszę.

– Czemu nic nie mówisz? Moglibyśmy trochę pogadać.

– Niby o czym? Jeśli chcesz, to narzuć jakiś temat.

– W ogóle mi się nie przedstawiłeś. Moim zdaniem to trochę nie fair. Dlaczego to jest dla ciebie aż tak ważne?

– Nie o to chodzi... Kwestia jest taka, że nie pamiętam, jak się nazywam. Jak i wielu innych rzeczy… zresztą nie chcę o tym teraz gadać.

– Amnezja – stwierdził Jack. – Słyszałem o czymś takim. Ponoć można to częściowo lub nawet całkowicie wyleczyć. Ale dobra, o tym na razie spokój. Szkoda, że nie mamy ze sobą światła. Niewiele widać przez te zasrane chmury.

– O właśnie… Przecież mam ze sobą latarkę.

Po tych słowach sięgnął do kieszeni, aby sprawdzić, czy ona jeszcze tam jest. Wziął ją do ręki i włączył. Niestety, nie wydobył się z niej żaden promień światła. Po kilku następnych próbach wędrowiec zamachnął się i wyrzucił ją jak najdalej potrafił.

– To badziewie się zepsuło. Jeszcze kilka godzin temu działała...

– Nie powinieneś wywalać rzeczy, które można będzie jeszcze w przyszłości naprawić. Ja tam bym ją i tak mimo wszystko zostawił.

– Teraz chyba mamy ważniejsze zmartwienia niż brak światła. Wolę się raczej odciążyć i nie łazić przez pustynię obładowany gratami. Nie zapominaj, że to jedzenie jest ważniejsze, a ja się cholernie męczę z tym workiem.

– W takim razie może zrobimy sobie krótki postój? – zasugerował Jack.

– W sumie godzina nas raczej nie zbawi. Ale nie ma tu nigdzie niczego do rozpalenia ognia.

– Nie powiedziałbym – oznajmił Jack, wyciągając z torby kilka kawałków drewna. – Trzymałem je na czarną godzinę. A skoro teraz jest ciemno jak w dupie, to czuję, że ta godzina nadeszła.

– Jednak jesteś bardziej pożyteczny, niż się spodziewałem – skomentował wędrowiec z lekkim uśmiechem. – No dobra, zatrzymamy się tu na trochę. Ale jeszcze przed świtem musimy znaleźć miejsce, w którym będziemy mogli się schować.

– Spokojnie… – powiedział Jack, siadając na ziemi. – Mamy jeszcze kilka godzin.

Po tych słowach zdjął torbę i przystąpił do rozpalania ognia. Rozłożył kilka kawałków drewna, które miał. Potem wyciągnął trochę suchej trawy. Wszystko ułożył w niezbyt duży stos i podpalił swoją zapalniczką. Jednocześnie wędrowiec zrzucił z siebie worek z prowiantem i usiadł naprzeciwko ogniska. Wyciągnął butelkę wody, konserwę i otwieracz i zaczął szykować się na posiłek.

– Sprawiasz wrażenie, że już trochę w swoim życiu zwiedziłeś. Może opowiesz mi coś o świecie?

– A co tu dużo gadać... Chyba sam wiesz, jak jest, i niczego nowego się ode mnie nie dowiesz.

– Właśnie nie do końca. Kilka dni temu ocknąłem się na środku pustkowia w jakiejś jaskini. Nie mogę sobie za cholerę nic przypomnieć. Ani tego, jak się tu znalazłem, ani tego, jak się nazywam. Mam pustkę w głowie.

– Heh… – westchnął Jack. – Szczęściarz z ciebie. Czasem lepiej nie wiedzieć za dużo.

– To jak będzie? Opowiesz coś o tym świecie, czy nie? Może mi się to kiedyś przydać.

– I tu masz rację. Może i niewiedza jest zbawieniem, ale nie w tym przypadku. To co chciałbyś konkretnie wiedzieć?

– Hmmm – wędrowiec podrapał się po głowie. – Wszystko, o czym warto. Zagrożenia, zwierzęta, coś więcej o tej całej Kanadzie. Jak tam jest, gdzie idziemy i najlepiej – czego możemy się spodziewać w drodze do tamtego miejsca.

– No dobrze, postaram się o tym wszystkim powiedzieć. Ale najpierw kopsnij tu wodę i żarcie.

– Co? – zapytał zdezorientowany wędrowiec.

– Daj mi wody i podrzuć konserwę, noooo… – sprostował Jack, rozkładając ręce.

Wędrowiec sięgnął do swojego worka po produkty, którymi Jack był zainteresowany.

– Trzymaj – powiedział, przerzucając puszkę i butelkę przez ognisko. – Teraz będzie mi trochę lżej, a później i tak odgryzę się na tobie.

– Jasne, jasne – odparł Jack z uśmiechem na twarzy. – Trochę czasu ze sobą spędzimy. Musimy sobie pomagać. No ale dobra, czas cię uświadomić.

Po tych słowach mężczyzna otworzył konserwę, odkręcił butelkę wody, usadowił się wygodnie przed ogniskiem i zaczął odpowiadać na pytania.

– Od czego by tu… Aktualnie znajdujemy się w Nevadzie. Ale o tym już wiesz. Na południu znajduje się Las Vegas. Skorumpowane miasto, gdzie tak naprawdę łatwiej o kulkę w łeb niż wygraną na ich automatach. To najbliższe stąd miejsce, o którym wiem, gdzie można spotkać ludzi. Ale da się tam odczuć smak cywilizacji. Jest prąd, mają wodę i jakoś to wygląda i funkcjonuje. Na zachodzie znajduje się stan Kalifornia, który leży przy oceanie. Jednak to jest jedno wielkie gruzowisko. Nie radziłbym się zapuszczać nikomu w tamto miejsce. Cholera wie, ilu bandytów tam się kręci. Słyszałem, że można się natknąć też na kilka pseudomiasteczek i jakoś ludzie sobie radzą. Ale to tylko pogłoski. Na wschodzie masz stan Utah. Tu dużo powiedzieć nie mogę, bo nic o nim nie słyszałem. Zgaduję, że jest tak samo jak tutaj. A my idziemy na północ. Musimy przejść przez Idaho i Montanę. Nie wiem, na co możemy się natknąć, ale myślę, że im dalej będziemy zmierzać na północ, tym warunki będą lepsze.

W tym momencie Jack napił się trochę wody i zaczął próbować jedzenia z konserwy.

– A ty skąd tak naprawdę przylazłeś, zanim się spotkaliśmy? – zapytał wędrowiec.

– Ale to jest gówno… – wymamrotał Jack. – Co?! Ach tak. Sorki, nie mogę przywyknąć do psiego żarcia. Ja idę od jakiegoś czasu z południa. Słyszałeś może o Acapulco? Zgaduję, że nie. Tam się urodziłem i wychowałem. Przez lata żyliśmy jak w bajce. Jednak kiedy zaczęły się pojawiać w okolicy nieciekawe typy, spakowałem swoje rzeczy i postanowiłem pójść na północ. Z nadzieją, że znajdę miejsce, gdzie będę miał spokój.

– Sorki, że ci przerwę, ale powiedziałeś, że było was więcej? I kim były te nieciekawe typy?

– No tak, było nas więcej. Moi rodzice, inne rodziny i ludzie, którym zależało na spokoju. Jednak kilka lat temu w okolicy zrobiło się mniej bezpiecznie. Jacyś goście zaczęli się tam gromadzić i zakładać bandy. Mieli samochody i dużo broni. Nie było opcji, aby ich przegonić, więc uznałem, że czas się wynosić.

– No ale skąd wiedziałeś o Kanadzie i o tym, gdzie iść? – zapytał wędrowiec.

– Jak byłem mały, to zbieraliśmy się z innymi dzieciakami wokół ogniska i nasz lider, najstarszy w Acapulco, czytał i opowiadał nam o świecie. Często wspominał o miejscach idealnych, sprzyjających życiu. Pełnych życia. Często mówił o Kanadzie. Zielony kraj o gęstych lasach, spokojnych okolicach, potokach ze świeżą wodą, zarybionych jeziorach i o osadach i miastach, w których jest bezpiecznie. Wierzę, że te historie, które słyszałem, są prawdziwe i odnajdę miejsce, gdzie będę mógł żyć normalnie.

– A nigdy ci nie przyszło na myśl, że mogą to być tylko bajki wyssane z palca?

– Nasz przywódca wiedział, co mówi. Pokazywał nam nawet fotografie, gdzie mogliśmy zobaczyć te niezwykłe miejsca.

– Ale to były stare zdjęcia. Skoro sam tego na własne oczy nie widział, to nie możesz mieć pewności, że znajdziesz to, czego szukasz.

– Niby tak, ale tak naprawdę nigdy nie wiesz o czymś, czego nie sprawdzisz – sprostował Jack. – Liczę na to, że jednak znajdę dla siebie miejsce, gdzie będę mógł żyć spokojnie. Warto zaryzykować, jeśli jest chociaż cień szansy, że można trafić w lepsze miejsca. A na pewno będą o wiele bardziej bezpieczne niż te, w których przyszło mi być.

– OK, rozumiem, co masz na myśli. A czy przypadkiem ten wasz lider, jak go nazwałeś, wspominał tylko o tym, gdzie jest lepiej, czy też mówił o tych gorszych miejscach?

– Naturalnie nie mówił nam tylko o tych dobrych, ale też o tych, których powinniśmy unikać. Też wspominał o Nevadzie. O krainie niekończących się piasków, gdzie łatwo można stracić życie. Tu nie tylko ludzie i zwierzęta są twoim wrogiem, ale też środowisko. Tu nigdy nie spadnie deszcz i nic nie wyrośnie.

– To może powiesz mi też o tym, co nam tutaj grozi?

– Po pierwsze bandy uzbrojonych po zęby oprychów bez krzty sumienia. Dla nich nie jesteś człowiekiem, oj nie... Widzą ciebie jako potencjalne źródło zapasów. Zabiją bez wahania. Kobiety wcześniej gwałcą. Ci są najgorsi. Dodatkowo można tu spotkać pustelników. Z nimi nigdy nic nie wiadomo. Samotni, błąkający się po pustyni, bez celu. Nieznane są ich zamiary.

– Spotkałem jednego dzień przed tym, jak poznałem ciebie – wtrącił wędrowiec. – Koleś z początku nie wydawał się godny zaufania, ale okazało się, że nie był zagrożeniem. Siedziałem z nim kilka godzin. W końcu udało mi się nawet zasnąć. Jednak kiedy się obudziłem, już go nie było.

– Miałeś naprawdę dużo szczęścia. Ja to bym od razu go przegonił. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.

– A ze mną czemu chcesz łazić?

– Czemu? – spytał Jack ze zdziwieniem. – Po prostu mam w stosunku do ciebie przeczucie, które mówi mi, że warto ci zaufać i się do ciebie przyczepić. Nie wiem, co tu powiedzieć... Po prostu tak ci patrzy z oczu, że mnie to przekonuje.

– He, he, niech ci będzie – oznajmił wędrowiec z lekkim uśmiechem. No to teraz mi powiedz, co jeszcze może się tu kręcić.

– Jasne, nie ma problemu. Poza bandytami i pustelnikami słyszałem też o wojskowych. Nie wiem nic o żadnej armii, ale krążą słuchy, że widziano helikoptery i pojazdy opancerzone. Umundurowani ludzie patrolujący tę okolicę? Jeszcze żadnego nie widziałem, ale nie warto tego ignorować. Nie wiadomo, czego mogą tutaj szukać i co tutaj robią. No i poza nimi są też zwierzęta. Kojoty, węże, przerośnięte szczury, wszelkie robactwo i cholera wie co jeszcze. Trzeba się pilnować. Jednak przy ognisku nic nam nie grozi. Przynajmniej ze strony zwierząt.

– Widzę, że sprawa wygląda dużo poważniej, niż myślałem – westchnął wędrowiec. – Więc musimy poważnie się zastanowić nad tym, jak będziemy podróżować. Ale poza tym intryguje mnie jeszcze jedna rzecz.

– Jaka?

– Wspomniałeś na początku o Las Vegas. Jak tam jest? Jacy są tam ludzie? To od nich się dowiedziałeś tego wszystkiego?

– Po części tak, to są informacje od nich. Część słyszałem od naszego wodza w Acapulco, a część od okolicznych mieszkańców. Poza tym sam kilka razy widziałem kręcących się po pustyni bandytów. Raz nawet na własne oczy ujrzałem, jak zabili grupkę osób i rozkradli wszystko, co mogłoby być wartościowe.

– Co dokładnie widziałeś? – dopytywał wędrowiec.

– Nie ma co tu opowiadać. Zastrzelili ich na miejscu. A ponieważ ci biedni ludzie szli piechotą, nie mieli szans uciec i się schować. Domyśl się, jak potem było.

– Właśnie to dało mi do myślenia. Szybko kończmy jeść, gaśmy ognisko i poszukajmy miejsca, gdzie moglibyśmy się schować.

– Jasne – przytaknął Jack. – Szkoda mi się stąd ruszać. Tu mi ciepło i wygodnie. Ale fakt, będziemy mieć przesrane, jak ktoś nas wypatrzy. Idziemy dalej.

Po tych słowach szybko dokończyli posiłek i zadeptali ognisko. Następnie wzięli swoje pakunki i ruszyli szybkim krokiem w dalszą drogę.

Mijały kolejne godziny. Niebo dalej przysłaniały gęste chmury. Wszechobecny mrok uniemożliwiał podróżnym dostrzeżenie czegokolwiek, co mogło znajdować się kilkadziesiąt metrów dalej. Jednak nie przeszkadzało im to w marszu. Zdawali sobie sprawę, że w razie zagrożenia pozostaną niewidoczni. Dodawało im to otuchy i tworzyło poczucie bezpieczeństwa.

– Niedługo powinno zacząć świtać – powiedział Jack, przerywając ciszę. Trzeba znaleźć jakieś miejsce i się trochę przespać.

– A widzisz gdzieś cokolwiek, gdzie będziemy mogli się zaszyć?

– Nie, ale to nie jest powód, abyśmy się gdzieś walnęli i poszli spać.

– Żebyśmy chociaż znaleźli jakieś gruzy lub nawet jaskinię… cokolwiek.

– Jeśli o mnie chodzi, to mogę się zaszyć nawet w dziurze w ziemi. Byleby było w niej do wytrzymania. Nie chciałbym się ugotować, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

– Czekaj – powiedział wędrowiec, zatrzymując się w miejscu. – Widzisz tamtą górę na prawo?

– Tiaaaa, i co z tego? Myślisz, że coś tam znajdziemy?

– Warto spróbować podejść i się o tym przekonać. Co nam szkodzi rozejrzeć się po okolicy?

– Jasne – powiedział cynicznie Jack. – To może ty sam pójdziesz i poszukasz czegoś, a ja się tu walnę i poczekam? Nie chce mi się łazić i skakać bez celu.

– No dobra – odparł arogancko wędrowiec. – To może ja coś znajdę, walnę się tam i będę miał cię gdzieś, a ty sobie pójdziesz i dasz mi spokój?

– Oj, już przestań – opowiedział Jack lekko zmieszany. – Tylko się z tobą droczę. Idziemy pod tę górę. Już niech ci będzie.

Po krótkiej wymianie zdań obydwaj podróżni ruszyli w kierunku upatrzonego przez nich miejsca...

Minęło kilkanaście minut, zanim mężczyźni znaleźli się u podnóża zbocza. Kiedy tam dotarli, zaczęło już świtać. Wędrowiec zaczął rozglądać się wokoło, mając nadzieję, że dostrzeże cokolwiek, co posłuży im jako miejsce do odpoczynku i przeczekania najgorszych upałów.

– Nie oczekuj, że coś tu będzie – oznajmił Jack. – Tutaj się jakoś zorganizujemy i przeleżymy te kilka godzin.

– Zamknij się i patrz tam – powiedział wędrowiec, wskazując palcem na zbocze góry.

Dostrzegł coś, co przypominało wejście do jaskini. Może nie było zbyt duże, ale można było się przez nie normalnie przedostać.

– I co o tym myślisz?

– Sądzę, że tam już coś od dawna siedzi i raczej nie będzie chciało nas widzieć. No ale przynajmniej będziemy mieć mięso na obiad. O ile nie będziemy przed tym spierdzielać.

– Jakby były jakieś problemy, to mam nóż. A jak będzie zbyt groźnie, to zawsze będziemy mogli się wycofać.

– Nie podoba mi się to, ale nie mamy wyjścia. Ale ty idziesz pierwszy.

– No dobra. Jakby co, będziesz mnie ratował.

– Czym, otwieraczem do puszek? – oświadczył cynicznie Jack. – Nie gadaj, tylko tam właź. Będę trzymał się blisko.

Podróżni podeszli do wejścia od jaskini. Wędrowiec wyciągnął nóż i wszedł do środka. Za nim podążał Jack, obwiązując na końcu patyka suchą trawę i ją podpalił. Stworzyło to coś na wzór pochodni. Światło oświetlało praktycznie całe wnętrze. Jaskinia może nie była zbyt szeroka i długa, ale to w zupełności wystarczyło, aby przeczekać upały.

– No i gdzie te twoje potwory? – zapytał żartobliwie wędrowiec, chowając swój nóż. – Teraz możemy w normalnych warunkach przeczekać najgorsze. A ty chciałeś się chować pod kamieniami i się smażyć w żarze.

– Oj tam, nieważne. Znalazłeś dobre miejsce do spania. To się liczy. Nie ma co rozpamiętywać tego, co mówiłem.

– No dobra, koniec tematu – oświadczył wędrowiec. – Śpijmy już, a wieczorem pójdziemy w dalszą drogę. Tylko taka mała rada. Nie próbuj żadnych numerów, to nie będzie żadnych problemów.

– Jasne, nie martw się o mnie. Przekonasz się, że warto mi ufać. No dobra, to idziemy w kimę i do zobaczenia wieczorem.

– Co? – zapytał wędrowiec.

– Idziemy spać – sprostował Jack. – Ogarniaj, koleś.

– Tylko żaden koleś – oburzył się wędrowiec.

Następnie rzucił worek z prowiantem na ziemię, położył się i okrył płaszczem.

– Dobranoc – powiedział, ziewając.

– Chyba dobry dzień – odrzekł żartem Jack, również się kładąc i gasząc pochodnię.

Po kilku chwilach obydwaj mężczyźni zasnęli, tym samym regenerując siły na to, co przyniesie im następny dzień. W tym samym czasie temperatura na zewnątrz zaczynała się podnosić...

 

Piaski Nevady przesuwały się z wolna, tworząc nowe wydmy. Chmury na niebie przerzedziły się, odsłaniając słońce w pełnej okazałości. Promienie rozgrzewały coraz bardziej całą okolicę, powodując straszny upał. Szczęściem dla podróżnych po przebudzeniu było jednak to, iż słońce nie znajdowało się już w zenicie i temperatura z czasem malała.

Pierwszy obudził się wędrowiec. Odruchowo chwycił za nóż i odwrócił się. Jednak szybko się uspokoił, widząc, że Jack wciąż śpi. Oparł się o ścianę jaskini i zaczął grzebać w swoim worku, szukając butelki wody. Po znalezieniu jej wypił cały płyn. Wstał i podszedł do wyjścia, omijając przy tym chrapiącego kompana. Słońce oślepiło go ostrym światłem, jednak dzięki temu wiedział, że jest już popołudnie.

– Trzeba go będzie obudzić i szybko ruszać – stwierdził, po czym podszedł do Jacka.

– Wstawaj, nie ma czasu – krzyknął, szturchając go nogą.

To nie wystarczyło, aby go obudzić, więc wędrowiec użył większej siły. Złapał go za nogi i wyciągnął przed jaskinię. Ostatecznie słońce doprowadziło do tego, że Jack ocknął się ze snu.

– Stary, czy ty czasem nie przesadzasz? – spytał Jack zaspanym głosem. – Po co ta brutalność?

– Na przyszłość będziesz się lepiej pilnował. Ruszaj się i idziemy. Nie ma co tu siedzieć.

– Daj mi jeszcze chwilę… – poprosił Jack.

– Teraz – powiedział wędrowiec stanowczym tonem.

Jack coś wymamrotał i stanął na nogi. Potem wrócił do jaskini, zabrał torbę i worek i wrócił przed wejście.

– Manele manelami, ale każdy swoje nosi – oznajmił, przeciągając się, i podał worek kompanowi.

Wędrowiec chwycił swój bagaż, po czym schował do niego płaszcz i stanowczym krokiem zszedł na dół zbocza. Jack szybko wyciągnął butelkę oranżady i podbiegł do niego. Wyrównał z nim swój krok i razem udali się w dalszą podróż w kierunku północnym.

 

Z każdą upływającą godziną temperatura spadała. Na niebie nie było już widać żadnej chmury. Gorący wiatr lekko powiewał w całej okolicy. Na wschodzie i zachodzie wznosiły się góry, a przed podróżnymi widać było tylko piasek. Krajobraz nadal nie ulegał zmianom.

– Trzeba będzie w końcu wyjść z tego wąwozu – powiedział wędrowiec. – Chyba niczego tutaj nie znajdziemy. Nie chciałbym, aby okazało się, że skończą nam się zapasy, a my nie będziemy mogli się w cokolwiek zaopatrzyć.

– Też bym nie chciał, aby skończył nam się prowiant na tym zadupiu – odparł Jack. – Ale bez obaw. Za kilka dni powinniśmy w końcu trafić na lepsze tereny. A jak patrzę po naszych torbach, to wydaje mi się, że jeszcze z tydzień wytrzymamy.

– Obyś miał rację. W każdym razie nie wolno nam się na długo nigdzie zatrzymywać. No, chyba że znajdziemy wodę.

– I żarcie, najlepiej takie, które najlepiej jest żywe – dodał Jack. – Nie ma to jak świeże mięso. Taki duży i tłusty szczur starczyłby nam na długo. Niestety tutaj najwyżej robactwo można znaleźć. Może jakieś ptaki...

– Najlepiej by było znaleźć jakiś pojazd i moglibyśmy szybko stąd spadać – oznajmił wędrowiec. – Dwa dni temu znalazłem działające auto, ale miało roztrzaskane zawieszenie.

– To pewno bandyci je tam zostawili. Jak coś im się zepsuje, to zostawiają to na pustyni. W sumie nie dziwię im się. Tachać kilkusetkilogramowe żelastwo w takie upały. Lepiej poszukać nowych pojazdów, okradać i mordować. Ciesz się, że nagle im się nie przypomniało, żeby po coś wrócić.

– No tak... to w sumie było durne, że tam spałem. Wtedy to było jednak jedyne miejsce, gdzie mogłem przeczekać noc. No i jeszcze się nie odnalazłem na tym świecie, i nie miałem nawet pojęcia, gdzie jestem.

– A tak w ogóle to nic sobie jeszcze nie przypomniałeś?

– Coś ty... Ile bym dał, aby chociaż wiedzieć, jak się nazywam. Może kiedyś sobie przypomnę. Na razie jednak to nie jest problem.

– No dobra, w takim razie oleję ten temat. Imię to tylko dodatek. Możemy przecież być na ty. Ale jak będziesz miał jakieś przebłyski, to nie bądź egoistą i mi powiedz.

– Jasne. Dam ci znać, jak mnie tylko olśni. Póki co, lepiej zacznijmy się rozglądać za jakimś bardziej konkretnym miejscem niż dziura w skale. Fajnie by było spać w normalnym miejscu.

– A ja mówię, że fajnie by było coś zjeść. Już prawie wieczór. Może chwilę odpoczniemy i zjemy jakiś obiad?

– Co proponujesz? – zapytał wędrowiec. – Psie żarcie czy psie żarcie?

– A może smażonego skorpiona? – zasugerował Jack, wskazując palcem drobną rozpadlinę w ziemi. – Zdawało mi się, że coś tam się rusza, co przypominało te pajęczaki.

– Ja tego nie łapię.

– Nie musisz – odparł Jack. – Wystarczy, że dasz mi nóż, a ja się wszystkim zajmę.

– Nie dam ci go – odrzekł wędrowiec. – Jeszcze na tyle nie zgłupiałem. Masz otwieracz, ostre kamienie…

– Odpuść sobie i daj mi kosę, jeśli chcesz świeże mięso. I daruj sobie to całe targowanie o nóż. Ty jako obiad mnie nie interesujesz.

– Ha, ha, ha – cynicznie zaśmiał się wędrowiec. – Dobra, masz ten nóż. Ale od razu go oddasz, kiedy zrobisz, co należy, i nie będziesz nic kombinował.

– Jeszcze znajdę sobie kosę, a wtedy nie będę cię już o nic prosić.

Następnie wziął nóż z rąk wędrowca i podszedł do rozpadliny, gdzie znajdowało się kilka skorpionów. Niezwłocznie zaczął analizować sytuację. Widać było, jak wyraźny uśmiech zarysowuje się na jego twarzy.

– Jeden to cholernie duży zasraniec – oświadczył entuzjastycznie. – Są jeszcze trzy małe. Jak mnie upieprzą, to żegnaj, Kanado.

– Streszczaj się i miejmy to już z głowy – westchnął wędrowiec.

– Spokojnie, bez nerwów. Tutaj potrzebna jest precyzja.

Wyraz twarzy Jacka zmienił się diametralnie. Dało się zauważyć pełne skoncentrowanie. Przez moment mężczyzna trwał w bezruchu i kompletnie zamilkł. Po kilku sekundach niezręcznej ciszy zacisnął mocniej swoją dłoń na rękojeści noża i jednym szybkim ruchem uderzył w swój cel. Słychać było, jak ostrze przebija się przez pancerz pajęczaka.

– Dorwałem dużego – oznajmił radośnie. – Daj mi jeszcze chwilę.

Wędrowiec skupił swoją uwagę na dłoni Jacka. Tamten z kolei uniósł ją ponad krawędź rozpadliny, pokazując nabitego na ostrze skorpiona.

– Ma chyba ponad trzydzieści centymetrów – krzyknął radośnie. – Teraz patrz i ucz się, jak to się robi.

Następnie drugą ręką wyciągnął ze swojej torby małą siekierkę i jednym zgrabnym i szybkim ruchem odrąbał swojej zdobyczy głowę. Bez zastanowienia amputował również kolec jadowy. Skorpion po dwóch precyzyjnych cięciach popadł w konwulsje. Po kilku następnych sekundach jego drgania ustały. Zdobycz była już martwa.

– Reszta maluchów się pochowała – oświadczył Jack. – Nie dorwę ich. Mimo wszystko trafił nam się solidny obiad.

– Gratulacje – powiedział bez emocji w głosie wędrowiec. – A teraz oddaj nóż.

– Już, już. Już tak się nie denerwuj.

Po tych słowach wyciągnął ostrze z ciała skorpiona. Otarł je o swoje spodnie i odrzucił broń pod nogi wędrowca. Ten pochylił się, aby podnieść ostrze. Chuchnął na nie z obydwu stron i wsunął za pasek od spodni.

– I jak go teraz chcesz przyrządzić? – zapytał.

– Nad wolnym ogniem. Trochę poskwierczy i się zarumieni i będzie można jeść.

– A co z jadem?

– Jad był tylko w kolcu jadowym, a tego już nie ma. Nie ma żadnego zagrożenia.

– Wiesz co… Może ja po prostu zjem to, co mam, a ty sobie zjesz tego skorpiona.

– Nawet nie wiesz, co tracisz. Jest przepyszny. Ciepłe, smażone mięso. Może to nie jest kurczak, ale smakuje podobnie.

– Kurczak? – zapytał wędrowiec wyraźnie zaciekawiony.

– Nigdy nie jadłeś kurczaka? – zdziwił się lekko Jack. – Może dlatego nie rzucasz się do obiadu. Rzadko kiedy mam możliwość dobrać się do tak wspaniałego żarcia.

– A może po prostu nie jestem głodny? – spytał cynicznie wędrowiec.

– Chrzanisz pan. Po prostu nie wiesz, jaki to świetny posiłek.

– Dobra, to rób sobie to świetne żarcie, a ja zostanę przy swoim i wszyscy będziemy zadowoleni. Rozpalaj ogień. Chwilę posiedzimy, zjesz tego swojego robala i idziemy dalej.

– OK, ale nie licz na to, że się z tobą podzielę po tym, co usłyszałem.

Po tej dyskusji Jack odłożył na bok zdobycz i sięgnął do swojej torby w poszukiwaniu rozpałki.

– Idzie ostatnia partia – oznajmił. – Będziemy musieli poszukać drewna, jeśli dalej chcemy cieszyć się ogniem.

– Mnie to na razie nie przeszkadza. Póki jesteśmy na pustyni i jakoś wytrzymujemy w nocy, to nie potrzebuję ognia. Bezpieczniej jest łazić po ciemku.

– Ty naprawdę musisz kiedyś normalnie zjeść – stwierdził Jack, układając niewielki stos drewna.

Po tych słowach wyciągnął pochodnię, którą wcześniej ugasił w jaskini. Bez większego trudu udało mu się ją odpalić za pomocą zapalniczki. Wrzucił płonący kijek we wcześniej przygotowane ognisko, rozsiadł się wygodnie na piasku i chwycił za swoją zdobycz.

– Oj, coś mi się wydaje, że dzisiaj nieźle zaszalejemy – powiedział, obserwując ogień.

Gdy ognisko zaiskrzyło pełnym blaskiem, wrzucił w nie skorpiona.

– Możesz mi podać swój otwieracz? Muszę mieć coś, aby obracać tego potwora.

– Jasne, tylko go nie zniszcz – odrzekł wędrowiec, podrzucając przedmiot pod nogi Jacka.

– Tylko się lekko opali – oznajmił Jack. – Jak znajdziemy kiedyś jakieś jezioro lub rzekę, to się go wyczyści. Teraz go strasznie potrzebuję.

Wędrowiec otworzył swój worek i wyciągnął z niego konserwę i oranżadę. Otworzył butelkę i momentalnie wypił połowę jej zawartości.

– Daj mi go jeszcze na chwilę – poprosił Jacka.

– Jasne, tylko szybko, bo już słychać, jak się przypala – odpowiedział Jack, odrzucając otwieracz kompanowi.

Ten