Empirysta. Kres - Łukasz Okoński - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Postapokaliptyczna wizja świata po upadku cywilizacji.

Świat, jaki znamy, zaczął się zmieniać po globalnym kryzysie gospodarczym, rewolucjach na Bliskim Wschodzie i upadku największych organizacji międzynarodowych. Po powstaniu sojuszy o charakterze militarnym doszło do trzeciej wojny światowej, która bezpowrotnie zmieniła oblicze ludzkości. Ponadto po zakończeniu starć największych mocarstw pojawił się wirus, który do połowy dwudziestego pierwszego wieku niemal zabił wszystkich ludzi. Ci, którzy ocaleli, próbowali na swój sposób odtworzyć to, co kiedyś zostało utracone.

ROK 2350
Przez ponad trzy wieki od końca najbardziej śmiercionośnej wojny powstało wiele miast-państw. Część z nich nie przetrwała próby czasu, a ostały się te, którymi rządzili najmądrzejsi, najsilniejsi lub najliczniejsi. Przez ten nowy świat kroczy mężczyzna, który próbuje wrócić do swojej rodziny i domu. Towarzyszy mu grupka osób, które mają własne cele, ale jednoczy je wspólny wróg. Razem uciekają na terytorium niegdysiejszej Kanady. Starają się przeżyć i zacząć swoje życie na nowo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 633

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

O tej porze roku doliny znajdujące się pośród Gór Kaskadowych swym pięknem mogły zachwycić niemal każdego, pomimo że jesień zwiastowała burze i ochłodzenie. Ponadto podczas tego sezonu liście drzew przybierały żółte, złote, czerwone i brązowe barwy. Nie dotyczyło to co prawda dominujących w tych rejonach iglaków, takich jak sosny i jodły, tylko rzadziej występujących tutaj topól, osik i klonów. Mnogość kolorów dodawała uroku tym okolicom. To miejsce wywierało także wrażenie, że mogło stanowić swoistą oazę dla natury w zniszczonym przez człowieka świecie.

Kraina była bogata w wodę i żywność. Dzięki temu najróżniejsze gatunki zwierząt miały zapewnione warunki do przetrwania. Tego chłodnego słonecznego poranka łosie i jelenie pasły się na polanach. Jedynie ich grzbiety i poroża wystawały znad gęstych złotych traw. W innej części lasu rodzina niedźwiedzi grizzly ogołacała z owoców krzaki jagód, aby jeszcze bardziej przybrać na wadze. Musiały to zrobić, żeby być lepiej przygotowanymi do zimowego snu. Z kolei w jeszcze innym miejscu wataha wilków planowała zasadzkę na niczego nieświadome stado zajęcy, które, o dziwo, spędzały dzień poza swoimi norami.

W okolicznych rzekach i jeziorach pływały wydry. Łasicowate ssaki próbowały upolować licznie występujące w tych wodach jesiotry i łososie. Te ryby stanowiły doskonały pokarm dla także żyjących w tym ekosystemie bielików amerykańskich. Poza tymi ptakami najbliższe doliny zamieszkiwały także sokoły, sójki i dzięcioły. Nocą przestworza należały też do pochowanych za dnia w okolicznych grotach nietoperzy, których ulubionym posiłkiem były komary, muchy, pasikoniki i pająki.

Jednak spośród wszystkich istnień największy wpływ w tym miejscu na ekosystem miał człowiek. Ludzie, próbując okiełznać naturę, stworzyli tutaj szlak komunikacyjny. Regularnie naprawiali skonstruowaną przez siebie asfaltową drogę. Również założyli w tych lasach wyrębiska. Gdzieniegdzie ścięte pnie drzew stanowiły przykład ludzkiej interwencji na naturze. Miejsca ogołacane z flory wyglądały na wyjałowione, jednak gdzieniegdzie zasadzono nowe drzewka, aby utrzymać równowagę w przyrodzie. Takie „szkółki leśne” często spotykano w tych dolinach.

Tego dnia na jednym z wyrębisk pracę rozpoczęto już o świcie. Dwóch mężczyzn niezbyt ochoczo ścinało drzewa. Za ich narzędzia służyły sporych rozmiarów, ostre jak brzytwa, siekiery.

Jeden z nich miał siwe, przerzedzone włosy. Patrząc na jego niedokładnie ogoloną, pokrytą wieloma zmarszczkami twarz, można było podejrzewać, że ten człowiek w swoim życiu przeszedł dużo stresu. Do pracy włożył typowy strój dla drwala. Czarno-czerwona, podwinięta za łokcie koszula miała w sobie wiele dziur. Także czarne spodnie, które mężczyzna nosił na sobie, nie wyglądały na zadbane. Ponadto jeden z jego ciemnobrązowych butów wymagał interwencji szewca, gdyż podeszwa wyglądała, jakby miała wkrótce odpaść od cholewki.

Drugi z drwali wiekowo był nieco młodszy, ale o wiele bardziej zadbany od współpracownika. Poza tym miał o wiele mniej zmarszczek. Jego bujną czupryną targał chłodny wiatr. Ten człowiek nosił także identyczne jak jego współpracownik ubranie, ale bez wątpienia je regularnie prał, prasował i należycie o nie dbał.

W pewnym momencie starszy z drwali przerwał pracę i podszedł do pobliskiego wcześniej ściętego drzewa. Następnie odłożył na bok siekierę, usiadł na powalonym pniu i podniósł z ziemi niewielką torbę. Wyciągnął z niej ciemnobrązową butelkę, a następnie ją otworzył i upił z niej kilka łyków zawartej w niej substancji.

– Musisz tak chlać już od samego rana? – spytał młodszy z mężczyzn, podchodząc do współpracownika.

– Przecież wiesz, że jeżeli sobie nie golnę, ręce będą mi drżeć i nie wykonam swojej roboty. Poza tym siekiera mogłaby mi zejść z celu i mógłbyś oberwać nią w łeb.

– Szkoda, że nikt się za ciebie w życiu nie zabrał… Może by cię wtedy przypilnował i byś tyle nie pił. Przy okazji by ci tak łapami nie trzęsło od delirki i miałbyś także więcej kasy… Pomyślałeś o tym, ile wydajesz na alkohol?

– Przestań mi chrzanić z samego rana… nie mogę przez ciebie pracować.

– Ech… przecież nic teraz nie robisz… – westchnął i pokręcił przecząco głową jego współpracownik. – Chociaż przegadajmy te kilkanaście minut podczas jednej z twoich wielu przerw, kiedy pijesz i palisz.

– Lepiej stul pysk, bo przypominasz mi moją byłą żonę… – oznajmił starszy z mężczyzn, biorąc kilka kolejnych łyków z butelki. – Ciągle byś tylko kłapał tym dziobem. Nawet jak nie masz o czym.

Niespodziewanie mężczyźni usłyszeli dochodzący z oddali dźwięk silników. Zaciekawieni tym faktem wstali i podeszli do krawędzi najbliższego zbocza. Z tego miejsca mogli doskonale widzieć większość doliny. W pewnej chwili zobaczyli na drodze kordon kilku zmierzających na północ pojazdów. Na samym przedzie jechał wojskowy hummer, a tuż za nim czerwony muscle car. Nieco dalej za samochodami pędziły dwa motocykle. Jeden jednoślad prowadziła blondwłosa kobieta, a drugi czarnoskóry mężczyzna.

– Jakie licho ich tu przywiało? – spytał młodszy z drwali. – Od dawna nie widziałem, żeby ktoś z południa do nas przyjechał.

– Cholera go tam wie… i powiem ci więcej. Wyczuwam, że znów nadchodzą dla nas kłopoty. Chcesz wracać do miasta?

– Przecież zaczęliśmy pracować dopiero trzy godziny temu. Może porobimy cokolwiek chociaż do południa?

– Eee… kij dzisiaj z tą robotą – odparł starszy z drwali, rzucając w dół doliny opróżnioną przez siebie butelkę po alkoholu. – Drzewa nam i tak nigdzie nie uciekną. Jutro nadrobimy, czego dzisiaj nie zrobimy…

– Jak tam chcesz… – odparł młodszy z mężczyzn i wzruszył ramionami. – W takim razie wracajmy do Hopetown.

W momencie gdy kordon pojazdów zniknął za wzgórzem, mężczyźni podnieśli siekiery, zebrali wszystkie swoje rzeczy i opuścili wyrębisko. Bez pośpiechu szli wąską leśną ścieżką, niszcząc po drodze wiele pajęczych sieci. Zmierzali w tę samą stronę, w którą pojechały widziane przez nich pojazdy…

ROZDZIAŁ IDOLINA DUCHÓW

Hummer, muscle car i dwa motocykle poruszały się po asfaltowej drodze obecnie biegnącej na północny zachód. W okolicy dominował gęsty las. Pojazdy prowadzili ci, którzy trzy dni temu opuścili tereny jeziora Chelan i miasteczka Falltown. Do tego czasu podróżni pokonali niemalże czterysta kilometrów, przejeżdżając przez knieje, przełęcze, doliny i bagna. Po drodze minęli także kilka opuszczonych miasteczek i wiosek leżących na dawnej granicy amerykańsko-kanadyjskiej. Noce spędzali na postojach, rozbijając obozowiska w dziczy. To pomagało im wypocząć i odzyskiwać siły po ostatnich wydarzeniach, jakie zgotował im los.

Pierwszy pojazd prowadził Luke Roussel. Obok niego w wojskowym hummerze siedział Chris Reese. Z jednej strony obydwu mężczyzn fascynowała okoliczna przyroda, ale z drugiej nużyła ich tułaczka.

Luke, podobnie jak reszta jego towarzyszy, nosił bluzę z barwionej na czarno wełny, trapery takiego samego koloru i skórzane, nieokrywające palców, rękawiczki. Ponadto nosił jasnoniebieskie dżinsy, kamizelkę kuloodporną i swój wysłużony czarny skórzany płaszcz.

Mężczyzna miał krótko ścięte, czarne włosy i niewielką bródkę i wąsy. Aktualnie siedział na miejscu kierowcy wojskowego hummera i się koncentrował na prowadzeniu auta. Z kolei jego towarzysz Chris nie dbał zbytnio o swój krzywo przystrzyżony zarost i rozczochraną fryzurę. Nosił czarne spodnie i bluzę, szarą marynarkę i trapery. Bywały takie momenty, że Reese dyskutował z kierowcą, ale przeważnie milczał i zajmował maczetą swojego kompana.

Tuż za ich samochodem jechał pojazd, w którym siedziała rodzina Williamsów. To rodzeństwo miało koreańskie korzenie. Tym razem muscle cara prowadziła Sarah. Kobieta o czarnych, schludnie ściętych, sięgających jej do ramion włosach od czasu do czasu dyskutowała ze swoim bratem. Poza bluzą, traperami i skórzanymi rękawiczkami nosiła dżinsową kurtkę i jasnoniebieskie, uszyte z tego samego materiału spodnie.

Tuż obok kobiety siedział Steve. Mężczyzna miał identyczną fryzurę jak jego siostra, ale był ubrany całkowicie na czarno. Kiedy nie rozmawiał, podziwiał krajobraz i od czasu do czasu zerkał w lusterko wsteczne, dyskretnie obserwując Raya Bennetta i Maggie Paylor.

Osoby, na które spoglądał, także nosiły ciemne ubrania. Czarnoskóry, dobrze zbudowany kierowca motocykla niedawno zgubił swoją chustę, którą miał w zwyczaju zasłaniać swoją twarz. Teraz ukazywał wszystkim swoje krótkie czarne włosy i szorstki zarost. Ray Bennett prowadził pojazd tuż obok swojej wiernej towarzyszki Maggie Paylor. Kobieta o związanych średniej długości blond włosach koncentrowała się na jeździe i zwracała uwagę jedynie na drogę.

Sądząc po rozmowach, które podróżni ostatnimi dniami między sobą przeprowadzili, można było uznać, że nie zamierzali wracać do dawnych Stanów Zjednoczonych. Obecnie ścigały ich wojska American Security Organization. W związku z tym Luke, Chris, Maggie, Steve i Sarah wiązali nadzieje z nieznanymi dla nich terenami niegdysiejszej Kanady. Na tym jednak kończyły się ich wspólne plany. Roussel nadal pragnął powrócić do Europy i odnaleźć swoją żonę Nicole. Nie zamierzał rezygnować z wyprawy do Burgundii i miejscowości Dijon. Jedynie Chris, w odróżnieniu od reszty, zapragnął towarzyszyć mu aż do Francji.

Z kolei Steve i Sarah nie mieli wyrobionego zdania na temat swoich planów i dopóki nie nastał odpowiedni dla nich moment, postanowili dotrzymać reszcie towarzystwa. Tymczasem najistotniejszą dla Raya sprawą było, żeby uchronić Maggie przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Mężczyzna nie miał zamiaru opuszczać kontynentu. Zależało mu na odnalezieniu miejsca, które on i jego towarzyszka będą mogli nazwać domem. Co ciekawe, kobieta nie do końca podzielała entuzjazm swojego przyjaciela. Z jednej strony chciała, żeby Ray trwał u jej boku, a z drugiej chciała towarzyszyć w podróży Rousselowi. Dziewczyna, dokładnie nie wiedząc, co robić, postanowiła cierpliwie poczekać na dalszy rozwój sytuacji.

W pewnym momencie uwagę Luke’a przykuła niewielkich rozmiarów polana. W jego mniemaniu kępy traw rosnących tuż po prawej stronie drogi stanowiły odpowiednie miejsce do urządzenia przerwy.

Mężczyzna stopniowo zaczął zwalniać samochód i za pomocą sygnalizatora dał znać reszcie grupy, że zamierza skręcić. Reszta odebrała jego komunikat i także zaczęła stopniowo redukować prędkość.

Kiedy wszystkie pojazdy podjechały do obranego przez podróżnego celu, Luke wjechał na trawiasty teren, parkując kilkanaście metrów od drogi. Tuż obok hummera zaparkował muscle car i oba motocykle. Kiedy wszyscy wyłączyli silniki, zaczęli powoli szykować się do odpoczynku.

W chwili gdy Luke odpiął pasy, jego towarzysz zwrócił mu maczetę i postąpił podobnie. Następnie Chris uchylił okno samochodu, zaczerpnął świeżego powietrza i głośno odetchnął.

– W końcu ASO przestało nam zagrażać – oznajmił, nie kryjąc uśmiechu. – Ile mamy czasu na przerwę?

– Jakieś kilka chwil… przygotujemy ognisko, usmażymy coś dobrego i chwilę porozmawiamy. Prawdopodobnie niedługo dojedziemy do Hopetown… Widziałeś wyrębiska?

– Chyba tylko ślepy mógłby ich nie zauważyć. I dobrze, że postanowiłeś, że zrobimy sobie teraz śniadanie. Cholera wie, kiedy będzie ku temu następna okazja.

– Steve mówił, że ma wtyki w Hopetown. Może w końcu opowie nam o czymś ciekawym na temat tego miejsca. Póki co robimy przerwę.

– Tak przy okazji… Czemu nie pozwoliłeś mi otworzyć bagażnika? Chciałem zobaczyć, co nam Albert zafundował na handel.

– Dokładnie dlatego nie wyraziłem na to zgody. – Cynicznie uśmiechnął się Luke i zaczął wychodzić z hummera. – To niespodzianka.

Po kilkunastu sekundach wszyscy obrali konkretne miejsce na rozbicie obozowiska. Niemal każdy z przyzwyczajenia wyciągnął broń. Luke, Steve i Sarah przeładowali pistolety, Ray odbezpieczył rewolwer, a Maggie karabin snajperski. Jedynie Chris nie miał niczego do samoobrony. Mężczyzna jedynie wzruszył ramionami i głośno westchnął.

– A może dalibyście mi na stałe jeden z tych trzech karabinów, które otrzymaliśmy od Denhamów? – zapytał możliwie błagalnym tonem.

– Jedyne, co mogę ci dać, to tampony na twój ból dupy – żartobliwie odparła Maggie, kalibrując celownik swojej broni. – Nie zawracaj sobie głowy tym, że nie masz własnej spluwy. Pewno niedługo coś ci znajdziemy.

– Mogłeś chociaż zabrać ten mój karabinek w Baker City… – oświadczył Chris, nie kryjąc oburzenia w stosunku do Luke’a. – Przynajmniej zaoszczędziłbyś mi stresów w podróży.

Po tych słowach mężczyzna machnął ręką i odszedł kilkanaście metrów od grupy.

– Idę poszukać miejsca na ognisko. Lepiej załatwcie dla mnie coś zjadliwego.

– Spokojnie… – poprosił Luke, rozglądając się dookoła. – Wymyślimy dla każdego coś specjalnego.

Wszyscy niezwłocznie schowali broń i postanowili pomóc Chrisowi w przygotowaniach. Każdy odgarniał trawę i szukał kamieni do wyznaczenia miejsca na ognisko. Po kilku minutach teren do wzniecenia ognia był gotowy. Następnie Maggie i Sarah zgromadziły sporo suchych gałęzi, a Ray w mgnieniu oka rozpalił pożądany przez wszystkich ogień. Potem niemal cała grupa usiadła na ziemi. Tymczasem Luke wrócił na chwilę do hummera.

– Ciekawe, co on wymyśli… – powiedziała jakby do siebie Maggie.

– Oby coś dobrego… – westchnął, nie okazując nadziei, Ray. – Jestem cholernie głodny.

– Jak my wszyscy – oznajmił Steve, strzepując pochodzący z ogniska popiół ze swoich spodni. – Tak w ogóle to ciekawi mnie jedna rzecz… powiedz mi, siostro, nadal masz kompleksy na punkcie swojej sylwetki?

– Zamknij gębę – odparła Sarah, opierając dłonie o swoje smukłe biodra.

– Co tak w ogóle siedzi w tych waszych babskich głowach, aby tak chorobliwie patrzyć na swoją sylwetkę? Co jak co, ale na szlaku nie przybierzecie na wadze. Zresztą nie tylko wy. Poza tym, czy mi się wydaje, czy Ray zrzucił kilka kilo?

– Morda, koleś – odparł beznamiętnie czarnoskóry mężczyzna. – Jak ci przywalę w łeb, to sprawdzimy, czy mi siły ubyło.

– Ty chyba prawie każdego chcesz zrazić do siebie… – westchnął Chris, kręcąc przecząco głową.

– Wszyscy teraz jesteście jacyś przewrażliwieni – stwierdził Steve, drapiąc za uchem. – Odpuśćcie… przecież niedługo dotrzemy do Hopetown i w końcu sobie trochę odpoczniemy.

Tymczasem do grupy powrócił Luke, który niósł kilka piersi z kurczaków nabitych na rożna. Kawałki drobiu doprawił nieznaną wszystkim przyprawą.

– Co wy mięsa na ogniu nigdy nie piekliście? – zapytał, nie ukrywając zdziwienia, i podał każdemu po jednej porcji. – To tylko kurczak… Patricia podała mi fajny przepis na przyrządzanie drobiu.

– Ech… szkoda, że już ich nie zobaczymy… – oznajmił ze smutkiem Steve, odbierając swój posiłek. – Mogliby nam jeszcze trochę pomóc…

– Tylko mi tu nie narzekaj – poprosił Luke, siadając pośród swoich towarzyszy. – Rodzina Denhamów dała nam tyle, ile mogła… Powinniśmy być im za to wdzięczni.

– W sumie racja – stwierdziła Sarah. – To była kochana rodzina.

– To jest kochana rodzina – poprawił swoją siostrę Steve. – Byle tylko nie mieli oni problemów z Falltown…

– Richard i Tim na pewno sobie poradzą z jakimkolwiek najazdem – oznajmił Ray, patrząc tępo w ognisko. – Poza tym tylko my znamy jedyną bezpieczną prowadzącą na ich farmę trasę.

– A od kiedy to z ciebie taki niepoprawny optymista? – spytała Maggie, nie kryjąc zdziwienia.

– Odkąd mam przerwę w zabijaniu i noszę ze sobą ten przezajebisty naszyjnik – odparł, pokazując wszystkim biżuterię zrobioną z kłów bestii spod Czarnej Góry.

– To już chyba czwarty raz, kiedy nam to pokazujesz – oznajmił lekko rozgoryczony tego typu zachowaniem Chris. – A zresztą… mniejsza o to. Lepiej przejdźmy do ważniejszych spraw.

– Steve…? – zapytał Luke, patrząc na przez siebie przywoływanego. – Teraz twoja kolej, aby nam trochę poopowiadać.

– Najpierw przygotujmy jedzenie – odrzekł mężczyzna, wbijając swój rożen w ziemię.

W momencie gdy uznał, że mięso jest dobrze przymocowane do podłoża, podszedł do niewielkiego płaskiego kamienia. Następnie na nim usiadł i się podrapał po głowie.

– No to pytajcie, o co chcecie. Jeśli będę coś wiedzieć, odpowiem.

Zanim ktokolwiek cokolwiek powiedział, wszyscy rozsiedli się wygodniej i zaczęli piec swoje porcje kurczaka.

– Co dokładnie wiesz o Hopetown? – spytał Luke, spoglądając na siedzącego na kamieniu mężczyznę.

– Od razu z grubej rury – stwierdził, nie kryjąc zadowolenia Steve. – Od czego by tu…

Przez kilka sekund mężczyzna zaczął jakby zbierać myśli.

– No więc… Hopetown jest niedaleko, gdzieś pomiędzy najbliższymi górami. Mieścina leży tuż przy rzece Fraser. Blisko tego miejsca można dojść nad jezioro Kawkawa, o ile dobrze pamiętam tę nazwę. Do miasta prowadzą trzy drogi. My dostaniemy się do środka przez południową bramę. Poza nią są także dwa mosty… Jeden na zachodzie, a następny na wschodzie. Nie mam pojęcia, dokąd ten pierwszy prowadzi, ale ten drugi na pewno do jeziora.

– To fajnie, ale może tak więcej konkretów? – dopytywał się Ray, zbytnio nie kryjąc swego podenerwowania.

– Bez takich tu i nie wchodź mi w słowo. Hopetown ma jakieś sto czterdzieści lat i obecnie w nim mieszkają niemal dwa tysiące osób. Jak dla mnie to może robić wrażenie. Teraz rządzi tam pani burmistrz… eee… jak jej było?

– Elizabeth – wtrąciła Sarah, pomagając bratu.

– No tak, Eli… Prawdopodobnie do niej zajedziemy. Może ta kobieta jest bardzo zapracowaną osobą, ale dla mnie i mojej siostry na pewno zrobi wyjątek. Powinna też przyjąć do gabinetu każdego, kto z nami przybędzie. Nawet takich patałachów jak wy.

– Chyba jednak sprowadzę cię do parteru – stwierdził, szelmowsko się uśmiechając, Ray.

– Kontynuując… – westchnął Steve. – Miasto ma szpital, szkołę, a nawet ratusz, elektrownię wodną i coś, czego Falltown chyba nigdy nie założy… własną rozgłośnię radiową. Odkąd pamiętam, w Hopetown stoi wysoka antena, która transmituje audycje do mieszkańców. W porównaniu do tego, co wcześniej doświadczyliście, są tam media.

– Jakoś na mnie nie robi to wrażenia – nieentuzjastycznie oznajmił Chris. – W Cichym Jeziorze mieszkało sto dwadzieścia osób, a mieliśmy nawet kino.

– Jeśli nie chcecie mnie słuchać, mogę przestać gadać – odparł nerwowo Steve.

– Chris, pozwól mu dokończyć – oznajmił Luke, obracając wszystkie rożna. – Będziemy już cicho.

– Tak szczerze w to wątpię… – bez entuzjazmu odparł Steve. – W każdym razie w mieście stoi także kawiarnia i jadłodajnia, która jest jednocześnie pubem Cass Cass. Tam podjedziemy na samym początku. Skumacie nazwę, jak poznacie właścicielkę lokalu. I tak do waszej wiadomości… tam jest handel wymienny i wszystko załatwimy u Mitcha. W sumie to tyle ode mnie… Jeśli chcecie wiedzieć coś więcej, to może Sarah coś więcej zapamiętała.

– W mieście działa straż ochronna – dodała siostra Steve’a. – Pracują w systemie trójzmianowym i jest ich naprawdę dużo. Poza tym w tych lasach siedzi pełno snajperów, ale po prostu ich zignorujcie. Nawet jeśli nas widzą, to nie zareagują. Są przeczuleni jedynie na punkcie większych grup.

– To mnie pocieszyłaś… – oświadczył Luke, nie kryjąc niezadowolenia. – Akurat o tym wspomniałaś, kiedy chciałem iść na stronę.

– Idź, idź, nic ci nie zrobią… pewno w stosunku do nas są także pokojowo nastawieni.

– Ech… – westchnął Luke, wskazując palcem na północ. – Jakby co, pójdę na tamto wzniesienie. Jeśli za długo nie będę wracał, to tam mnie szukajcie.

Po tych słowach mężczyzna wstał, a następnie zaczął iść przez gęste trawy i zbliżać w stronę podwyższenia terenu. W momencie gdy tam dotarł, rozejrzał się dookoła.

Stał na zboczu ogromnej doliny. Zobaczył gęsto porośnięte sosnami górskie krawędzie. Wiecznie zielone drzewa delikatnie muskał chłodny wiatr.

Podróżny spojrzał na niższe partie gór. Pod jednym ze szczytów zauważył sporych rozmiarów błękitne jezioro. Krystalicznie czysta woda zbiornika odbijała promienie słońca.

Tuż obok akwenu stało kilka dwupiętrowych budynków. Postawione z drewna konstrukcje były pomalowane białą farbą, a ich dachy gęsto porastał mech.

Ponadto w odległości kilkuset metrów od domków Luke dostrzegł niewielkich rozmiarów most prowadzący do miejsca, które mile zaskoczyło podróżnego.

– A jednak dotarliśmy do celu… – oznajmił sobie, nie kryjąc zadowolenia.

Na samym dnie doliny, pośród gęstych lasów, ujrzał miasto. Wyglądało ono na zamieszkane. Od południa i wschodu odgradzał je wysoki betonowy mur. Od zachodu i północy opływała je rzeka.

Ponadto Luke zauważył asfaltową drogę, która prowadziła do punktu kontrolnego. Wysoka na kilka metrów drewniana brama obecnie była zamknięta, a ponad nią skonstruowano taras. Wewnątrz murów stała niepoliczalna ilość budynków. Niektóre z nich sprawiały wrażenie większych od reszty. Niemal wszystkie obiekty pełniły funkcję domków jednorodzinnych i utrzymywano je w dobrym stanie.

W północnej części miasta znajdowała się nietypowa konstrukcja. Wysoka na kilkadziesiąt metrów wieża radiowa swoją wysokością przewyższała wszystkie budynki w okolicy. Sieć kabli wychodzących z zardzewiałych głośników prowadziła do dwupiętrowego obiektu.

W centralnym punkcie miasta utworzono sporych rozmiarów park, w którym rosło wiele topoli i klonów. Ich czerwone i złote liście dodawały temu miejscu uroku. Pośród drzew skonstruowano alejki, po których spacerowało mnóstwo osób.

– Niesamowite… – westchnął z zadowoleniem Luke.

Podróżny zaraz po załatwieniu potrzeby fizjologicznej pospiesznie wrócił do reszty swoich towarzyszy. Po tym jak usiadł przy ognisku, otrzymał swoją porcję przyprawionego kurczaka.

Przez jakiś czas wszyscy w milczeniu zajadali się mięsem drobiowym. Nie było osoby, która mogłaby narzekać na jedzenie. Zioła, których Luke użył do przyprawienia śniadania, podkreśliły aromat dania.

W momencie gdy Ray zakończył posiłek, poszedł na chwilę do swojego motocykla. Następnie otworzył swój plecak, wyjął kilka butelek wody i niezwłocznie powrócił do podróżnych. Rozdał każdemu po jednej, po czym ponownie usiadł przy ciepłodajnym ogniu.

– Tak przy okazji… – powiedział Luke, jednocześnie przerywając ciszę. – Jesteśmy już prawie na miejscu. Wiecie, że za kilka minut dotrzemy do Hopetown?

– To by się nawet zgadzało – odparł krótko Steve. – Niech zgadnę… za tym wzniesieniem jest dolina, do której zmierzamy?

– Dokładnie – przytaknął Luke, popijając wodę.

– I jak wrażenia?

– Tam jest po prostu rewelacyjnie. Piękne miasto pośród gór, bezkres lasów, duże jezioro i rzeka… Jack jednak miał rację…

– Mówiłam, że będziesz zadowolony – wtrąciła Sarah, poprawiając uczesanie. – I co najważniejsze, w tym miejscu nie ma wpływów ASO. Tutaj mamy od nich spokój.

– Uważam, że powinniśmy tu trochę odpocząć, skoro jest tak, jak mówicie – stwierdził Chris, patrząc w kierunku, gdzie rzekomo była miejscowość. – W końcu jeszcze daleka droga przed nami i powinniśmy zgromadzić sporo zapasów i amunicji. Byle nie trwało to zbyt długo.

– Przypomniałem teraz sobie, że coś kiedyś wspominałeś o tym, że masz w Hopetown znajomego, który będzie w stanie nam jakoś pomóc, tak? – zapytał Luke Steve’a. – Kim w ogóle on jest?

– Gość robi tutaj za strażnika ochrony i zwiadowcę. Znam go od kilku lat. Czasem nawet pracowaliśmy razem. Przeważnie pilnowaliśmy konwojów wożących towary na wymianę.

– Sorki, że ci przerwę, ale czy aby na pewno nic nam nie grozi? – nieoczekiwanie spytała Maggie. – Skoro Falltown i Hopetown utrzymują między sobą jakieś relacje, to czy Derrick nie ma w tym miejscu wpływu na cokolwiek?

– To nie do końca tak, jak myślisz – odpowiedziała na pytanie Sarah. – Oba miasta mają swoje prawa. Jednym rządzi właśnie Derrick, a drugim Elizabeth. Oboje się znają, ale nie mieszają we własne sprawy. Mogłabym nawet podejrzewać, że Jane i Derrickowi Parkerom zależy na utrzymaniu dobrych relacji z Kanadą.

– Wszystkich w ryzach trzyma głównie handel – dodał Steve. – To chyba dobra wiadomość. Zresztą prawo w Stanach drastycznie odbiega od tutejszego. Możecie w ciągu życia wymordować tysiące ludzi, a tutaj nic wam za to nie zrobią. Nawet jeśli znajdą na to dowody. W najgorszym wypadku będziecie pod obserwacją, ale to nie powód do zmartwień. Tutejsi mieszkańcy są przeważnie otwarci na innych. Jeśli jednak spotkają was tutaj kłopoty, to naprawdę musieliście coś przeskrobać. Dopiero wtedy dostaniecie po dupie…

– Heh… z tobą zaczyna trochę być tak jak z Lukiem – stwierdził Chris w odpowiedzi na te słowa. – Chyba w najgorszym wypadku przeważnie, jeśli… musicie być w życiu bardziej zdecydowani.

– A teraz to właśnie ty wariujesz – odgryzł się Steve. – Najwidoczniej nadajemy na różnych falach, ale to nie jest powód, aby kogoś zmieniać. Po prostu… żyj i daj żyć innym.

– A może tak dla odmiany ruszylibyśmy w końcu dupy i pojechali do tego Hopetown? – spytał Ray, wstając z miejsca. – Zjedliśmy, więc na co jeszcze czekamy?

– Aż tak ci zależy na czasie? – odpowiedział pytaniem na pytanie Steve.

– Lubię swój motocykl, ale nie tyle, żeby na nim siedzieć po kilkanaście godzin dziennie i jeździć po bezdrożach. Jeśli naprawdę chcecie odpocząć, to chyba lepiej to robić w knajpach niż tutaj.

– To co… kończymy śniadanie? – zapytał Luke, zerkając na każdego.

W odpowiedzi Maggie wstała i zaczęła zadeptywać ognisko. W kilkanaście sekund stłumiła ogień. Na koniec wylała na pozostałości po palenisku resztę niedopitej przez siebie wody i wolnym krokiem zaczęła zmierzać w stronę motocykli.

– Na co jeszcze czekamy… – rzuciła na koniec w stronę reszty swojej grupy.

Po tych słowach wszyscy wrócili do swoich pojazdów. Kiedy każdy usiadł na swoim miejscu, kierowcy uruchomili silniki. Luke za pomocą migacza dał sygnał rodzinie Williamsów, żeby pojechali przodem. Steve, który tym razem zamierzał prowadzić muscle cara, zrozumiał przekaz i sprawnie ominął hummera.

– Więc zabawa zaczyna się od nowa? – zapytał Chris Luke’a.

– Na to wygląda… – odpowiedział podróżny, powoli ruszając autem z miejsca.

Możliwie szybko wyrównał prędkość z poprzedzającym go samochodem. Z kolei kordon zamykali Ray i Maggie, szybko wyrównując tempo przejazdu. Wszystkim zaczął dopisywać humor, gdyż czuli, że niedługo powinni dotrzeć pod mury miejscowości Hopetown.

Po kilku minutach podróżni dojechali pod rogatki miasta. Wszyscy zwrócili uwagę na masywną drewnianą bramę, która odgradzała ich od miejscowości. Tuż nad nią znajdował się pomost, na którym obecnie stały dwie uzbrojone osoby. Mężczyźni ubrani w czerwono-czarne mundury nosili na głowach brązowe kapelusze. W dłoniach trzymali karabinki, z których obecnie celowali w kierunku Luke’a i reszty jego grupy.

– Co teraz robimy? – spytał krótko Chris, patrząc w kierunku uzbrojonych, blokujących przejazd osób.

– Po prostu musisz poczekać – odparł krótko Luke, lekko się uśmiechając. – Steve powinien wszystko załatwić.

W tym przypadku podróżny miał rację. W tym momencie Williams wyszedł z muscle cara i wolnym krokiem szedł w stronę bramy wjazdowej do miast. Profilaktycznie również uniósł dłonie w powietrze.

– Czy ktoś mógłby do nas zejść?! – głośno zapytał, patrząc w kierunku strażników miasta.

W odpowiedzi na te słowa jeden z celujących w Steve’a mężczyzn opuścił broń. Następnie spojrzał w przeciwnym kierunku i wykonał kilka gestów. Potem ponownie wymierzył karabin w stronę grupy.

Po kilku sekundach jedno ze skrzydeł bramy wjazdowej do miasta zostało uchylone. Naprzeciw podróżnym wyszedł starszy człowiek. Powolnym krokiem zmierzał w stronę trzymającego w górze ręce kompana Luke’a. Nosił identyczny strój jak strażnicy na pomoście. Jednak swój karabin miał zawieszony na barku.

– Ja cię chyba skądś znam… – rozpoczął mężczyzna. – Steve Williams?

– Dokładnie. – Nie kryjąc radości, odpowiedział towarzysz Luke’a, opuszczając dłonie. – Ile to już lat minęło.

– Jakoś z pięć… Kto jest z tobą?

– Od razu odpowiem, że nie będzie z nami kłopotów. Wiesz, że z szumowinami nie współpracuję. Poza moją siostrą są jeszcze z nami cztery osoby. Luke Roussel, Chris Reese, Ray Bennett i Maggie Paylor.

– A co was do nas sprowadza? Myślałem, że dobrze wam na południu. Macie w Hopetown coś do załatwienia?

– Chcemy tylko pohandlować i jak najszybciej ruszyć w dalszą drogę. Zabawimy tu może kilka dni. Zależy nam na tym, aby pojechać dalej na północ. Ponadto chciałbym pogadać z Jamesem.

– Jeśli cię to ciekawi, to twój kumpel dzisiaj ma obchód, ale jest w mieście. W sprawie handlu to… A co ja ci będę mówił… wiesz, z kim pogadać.

– Mitch jeszcze nie zamknął interesu?

– Chłopak sobie daje całkiem nieźle radę. Pamiętasz, jak do niego trafić?

– Jasne. To co… możemy już wjechać do miasta?

– Głupio pytasz – odparł starszy mężczyzna, wolnym krokiem wracając w stronę bramy. – Jasne, że tak. Broń też możecie zatrzymać… skoro za wszystkich ręczysz. Tylko bez żadnych numerów.

W odpowiedzi na te słowa Steve jedynie się uśmiechnął, po czym zaczął wracać do muscle cara.

– Jesteśmy dobrymi ludźmi – dodał na koniec, wsiadając do auta. – Możecie być o cokolwiek spokojni.

– W to nie wątpię – odparł mężczyzna. – Otworzyć bramę!

Strażnik ochrony dał sygnał swoim towarzyszom broni, aby umożliwili przejazd kordonowi pojazdów. Mężczyźni przekazali komunikat dalej i po kilku sekundach nadszedł jeszcze jeden strażnik. Nowo przybyła postać otworzyła na oścież bramę, tym samym dając możliwość podróżnym wjazdu na teren Hopetown.

– To gdzie teraz? – zapytał Luke’a Chris, patrząc na mundurowych. – Co dalej robimy?

– Mnie nie pytaj. Dzisiaj Steve jest tym, który rozdaje karty…

– Wiesz… kiedy mieliśmy załatwić swoje sprawy w Falltown, on tam także miał wszystkiego pilnować. Ostatecznie skończyliśmy w areszcie…

– To nie Stany, żebyśmy mieli się czegokolwiek bać. Po prostu potrzebujemy odrobiny odpoczynku.

– Tak przy okazji to normalne, że od kilku dni mam problem z zasypianiem? Odkąd zajechaliśmy w te rejony, dziwnie się czuję.

– Zakładam, że to pewno przez te osady, które niedawno mijaliśmy. Sam też miałem nieprzyjemne odczucia, ale je zignorowałem. Zresztą teraz mam zbyt wiele na głowie, aby myśleć o takich drobiazgach.

– Tak tylko zapytam… Dalej wraca ci pamięć? Pamiętam, jak długo musiałeś czekać, żeby sobie przypomnieć kilka najważniejszych rzeczy. Coś nowego ustaliłeś w swojej sprawie?

– Można tak powiedzieć – odrzekł Luke, nie kryjąc zadowolenia. – Ostatnio wrócił do mnie obraz moich rodziców.

– Ożeż ty w mordę… – odparł Chris, przypadkiem gryząc się w język. – W takim razie opowiadaj.

W tym momencie prowadzony przez Steve’a pojazd ruszył. Kiedy granicę miasta przekroczyli Ray i Maggie, Roussel lekko nacisnął pedał gazu i wyrównał tempo swojego samochodu z resztą pojazdów.

Podróżni jechali przed siebie, mijając gdzieniegdzie spacerujących mieszkańców. Po swoich obydwu stronach widzieli różnorodne zabudowania miejskie i zaparkowane na przydrożnych parkingach samochody.

– To temat na inną rozmowę – kontynuował Luke. – Niesamowicie tutaj, prawda?

– Jeszcze przyjdzie czas na zwiedzanie. W każdym razie to miejsce zrobiło na mnie wrażenie.

– Ech… a mogę ci trochę ponarzekać?

– Śmiało. W końcu to dla mnie nie pierwszyzna.

– Tyle się umordowaliśmy i namordowaliśmy, a to tak naprawdę dopiero początek mojej tułaczki.

– Chciałeś powiedzieć naszej. Zobacz, nasi już zwalniają.

Luke zwrócił uwagę na resztę swoich towarzyszy. Wszyscy zaparkowali swoje pojazdy przed piętrowym drewnianym domkiem. Szyld zawieszony ponad wejściem do budynku miał wygrawerowany na zielono napis „Cass Cass”. Okna na parterze były większe od tych na piętrze, a widok do wnętrza przysłaniały pożółkłe firanki. Całościowo obiekt wyglądał na utrzymany w nienagannym stanie.

Podróżny po zaparkowaniu samochodu i wyłączeniu silnika spojrzał na swojego kompana. Lekko się do niego uśmiechnął, po czym zaczął patrzeć na resztę grupy.

– Przed nami jeszcze daleka droga – wznowił. – Pamiętasz, jak kiedyś wątpiłem w to, że długo nie pożyję, a major Mark Wilcher mnie dopadnie? Cóż… nie przeczuwałem, że nawet dotrę do Kanady. To właśnie dzięki wam osiągnąłem ten cel. Mimo wszystko jak sobie pomyślę, ile jeszcze drogi przed nami…

– Razem możemy wszystko osiągnąć – oznajmił Chris, ręką gładząc swój zarost. – Samodzielnie nikt nie podoła na tym świecie.

– Skąd ja to znam… no dobrze. Przyszedł czas, abyśmy lepiej poznali plany Steve’a…

Mężczyźni rozpięli pasy i opuścili hummera. Kiedy zamknęli za sobą drzwi, podeszli do reszty swojej grupy. Aktualnie Ray i Maggie zabezpieczali swoje motocykle, a Steve i Sarah opierali o ścianę tuż obok wejścia do budynku.

– Co teraz? – zapytał Luke, podchodząc do rodziny Williamsów.

– Zaraz poznacie Cassie Casswell – oświadczył Steve. – Jest ona właścicielką tej knajpy. Teraz wiesz, dlaczego lokal nosi nazwę Cass Cass?

– Cassie Casswell… Obyśmy tylko byli w stanie się z nią dogadać.

– Bez obaw. Cass to porządna dziewczyna i na pewno dobrze nam pójdzie z nią rozmowa.

– Może i tak, ale to ty tutaj będziesz kombinował… no i oczywiście Sarah. Ja i reszta będziemy robić to, co ustalicie.

– To cholernie duża odpowiedzialność – stwierdził Steve. – Zresztą mniejsza o to. Zobaczmy w końcu, co nam Albert przygotował na wymianę.

Luke, Chris i Williamsowie niezwłocznie podeszli do bagażnika hummera. Podróżny, nie tracąc czasu, otworzył tył samochodu, tym samym ujawniając wcześniej skrywaną tajemnicę.

To, co zobaczyli, przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Ujrzeli sterylnie zapakowane futra, zęby, kły i pazury dwóch bestii spod Czarnej Góry. Wszystko dokładnie przypięto do podłoża bagażnika. To były trofea tych samych mutacji, z którymi jeszcze nie tak dawno temu walczyli Luke i Ray. Taki podarunek mógł gwarantować grupie spory zysk.

– I co o tym myślicie? – zapytał Luke, patrząc na przeznaczone do handlu rzeczy.

– Powiedzcie, że to nie sen… – odparł lekko zszokowany Steve. – Za to zakupimy tyle sprzętu i jedzenia, że nawet nie pomieścimy wszystkiego do samochodów. Dostaniemy mnóstwo paliwa i jeszcze będziemy mogli sobie pozwolić na kilkudniowy nocleg i trochę rozrywki.

– Ech… Jednak szkoda sprzedawać takie zajebiste rzeczy – westchnął lekko zasmucony Ray. – Ale jak mus, to mus…

– Co ty pieprzysz? – powiedziała Maggie, biorąc do ręki kieł bestii. – Niby szkoda, żebyśmy się tego pozbyli? Poza tym naprawdę możemy na tym nieźle zarobić?

– Nawet sobie nie wyobrażasz jak wiele – odrzekł Ray. – Poza tym jak teraz pomyślę, byliśmy głupi, że współpracowaliśmy z Johnnym. Zamiast tego mogliśmy polować.

– Uczciwa robota też czasem popłaca – oznajmił Steve, poprawiając uczesanie. – Zrobimy tak… Najpierw pogadam z Cass i otworzymy u niej rachunek. Ona mi na to pozwoli. Popytam, o co trzeba, i pójdziemy do Mitcha. Może tak być?

– Tylko zbyt wiele jej o nas nie nagadaj – poprosiła Sarah pretensjonalnie, dając prztyczka w czoło bratu. – Jeszcze Cass komuś o nas wspomni i znów w coś wdepniemy, i będą kłopoty.

– Niby dlaczego miałbym cokolwiek przed nią ukrywać? Ona jest naszą przyjaciółką. Nie wytnie nam żadnego numeru.

– Ale to jest cwana baba i czuję, że przy pierwszej lepszej okazji może to wykorzystać. Po prostu jej nie ufam.

– A ja uważam, że jesteś po prostu zazdrosna. Pewno ma to związek z twoim byłym facetem. Olej tamten epizod. To był kretyn, a jej nie musisz za cokolwiek obwiniać.

– Nie chciałbym wam przerywać, ale może zamiast tak gadać na środku ulicy, weszlibyśmy w końcu do tego kawiarnio-jadłodajnio-pubu czy jak tam to nazwałeś? – spytał cynicznie Ray.

– Nazwij to po prostu knajpą – entuzjastycznie odparł Steve. – W takim razie chodźcie za mną.

Rozmowa dobiegła końca. Po tym jak Luke zamknął bagażnik hummera, Steve podszedł do drzwi wejściowych lokalu Cass Cass, następnie je otworzył i gestem dłoni zaprosił wszystkich do środka. Grupa niezwłocznie przekroczyła próg budynku i zaczęła się rozglądać dookoła.

U Cassie panowała całkiem przyjemna atmosfera. Aktualnie przebywało u niej kilkanaście osób. Ludzie przeważnie pili kawę, jedli, palili papierosy i dyskutowali między sobą.

Niemal wszystkie elementy wystroju wykonano z drewna. W sporych rozmiarów pomieszczeniu stało kilkanaście solidnych stołów i mahoniowych krzeseł. Oparcia siedzeń wyściełano brunatnoczerwonymi poduszkami. Na drewnianych ściennych okładzinach wisiały oprawione w ramki fotografie miasteczka Hopetown. Przedstawiały one krajobrazy, ważne wydarzenia z życia lokalnej społeczności i kilka osobistości. Całościowo mnogość zdjęć dodawała temu miejscu ciekawego uroku.

Ponadto podróżni zwrócili uwagę na drewniane żyrandole, których żarówki dawały słabe ciemnopomarańczowe światło. Zaintrygowała ich także para drzwi, na których zamontowano tabliczki informujące, że są to damskie i męskie toalety. Tuż obok szaletów znajdowała się lada barowa, na której grało niewielkie radio. Z urządzenia aktualnie leciała muzyka klasyczna.

Również, tuż za barem, na ścianie wisiała oszklona gablota, w której stała niezliczona ilość alkoholi.

– I jak wrażenia? – spytał Steve, patrząc na resztę grupy. – Zawsze jak jestem w Hopetown, odwiedzam to miejsce.

– Lepiej dla ciebie będzie, jeśli zorganizujesz nam mocną czarną, bo inaczej szybko stąd wyjdziemy – odparł Ray, z trudem powstrzymując ziewanie. – I załatw mi paczkę fajek, bo ulotnię się stąd tak szybko jak dym, który jest tu dosłownie wszędzie.

– Dobrze, spróbuję. A wy zajmijcie jakiś stolik. Poza tym, Luke, masz chwilę?

– Jasne. O co chodzi?

– Ty pójdziesz ze mną. Poznasz Cass i pomożesz mi wyjaśnić kilka kwestii.

– Skoro tak mówisz...

Po tych słowach Steve położył dłoń na ramieniu podróżnego i zaczął prowadzić go w stronę baru. W tym czasie reszta grupy usiadła przy stole stojącym najbliżej okna i wyjścia lokalu. Kiedy Maggie zajęła miejsce obok Sarah, obie wyjęły pilniczki i zaczęły piłować paznokcie. Ray i Chris nie zwracali na kobiety uwagi, tylko zwyczajnie rozglądali się dookoła i tupali w rytm słyszanej przez siebie wydobywającej z radia melodii.

W momencie gdy Steve i Luke podeszli do lady, zajęli miejsca na krzesłach barowych. Następnie zaczęli szukać wzrokiem właścicielki lokalu. Przy okazji spojrzeli na wyeksponowane trunki.

– Gin, whisky, wódka, piwo, brandy, koniak, wino – zaczął wyliczać na głos Luke. – Czy jest w tym mieście coś, co mnie nie zaskoczy?

– Tutaj żyją na bogato – z rozbrajającą szczerością odparł Steve. – Jeśli chodzi o alkohol, to zima motywuje mieszkańców do rozpijania. Żałuj, że nie zawitałeś tu podczas mrozów. Wtedy to miejsce tętni życiem, a lokalni szaleją na całego.

– Jakoś nie przepadam za chłodem… teraz jest mi dobrze. A oglądanie chmary pijaków mnie jakoś nie interesuje.

– Widać, że pochodzisz z innej kultury. Jednak czuję, że mógłbyś przywyknąć.

– Chcesz mi powiedzieć, że jesteście jednak bandą zdegenerowanych chlejusów? – cynicznie zapytał Luke.

– Gdzie tam… mówiłem o Kanadzie. Poza tym w tych rejonach bardzo ważna jest tradycja. Dużo się w tych stronach dzieje, a przynajmniej w Hopetown. To jednak zrozumiesz później, a może nawet się przekonasz na własne oczy.

– Jak na razie wiem tylko tyle, że jakiś koleś do nas idzie – oznajmił Luke, spuszczając wzrok.

Niespodziewanie do mężczyzn podszedł starszy człowiek. Miał siwe, przerzedzone włosy i niedbale ogoloną twarz. Ubrany był w czarno-czerwoną dziurawą koszulę, czarne spodnie i ciemnobrązowe buty.

– To wy przyjechaliście dzisiaj do miasta? – spytał z oburzeniem nieznajomy.

– Tak – odparł krótko Steve. – Czy coś w tym złego?

– My tu nie lubimy przejezdnych – oświadczył mężczyzna, spluwając na podłogę. – Z wami są tylko same problemy. Pieprzeni południowcy…

– Przepraszam, ale nie rozumiem, o co panu może chodzić… – próbował powiedzieć Luke.

– Już ty mnie, synku, nie pouczaj. – Grożąc palcem, odparł starszy facet. – Z większymi od ciebie miałem do czynienia. Lepiej szybko stąd spadajcie, bo nie ręczę za siebie…

– Ty nawet nie potrafisz ustać prosto, a co dopiero komuś przyłożyć – niespodziewanie wtrąciła, podchodząc do baru, piękna młoda kobieta.

Jej wiek można było oszacować na mniej niż trzydzieści lat. Nosiła czarną koszulkę na ramiączkach, jasnoniebieskie dżinsowe spodnie i jasnobrązowe kozaki. Kasztanowe długie, faliste włosy podkreślały urodę pociągłej twarzy dziewczyny.

– Zmiataj do kolegi i nie strasz mi gości – oznajmiła w możliwie poważny sposób. – Bo ci piana w kuflu zupełnie opadnie.

Starszy mężczyzna wymamrotał kilka niezrozumiałych słów, a potem niezwłocznie odszedł w stronę stołu, przy którym siedział nieco młodszy od niego, tak samo ubrany jak on człowiek. Tymczasem kobieta, która pogoniła awanturnika, przeszła na drugą stronę baru i stanęła naprzeciwko podróżnych.

– Miło mi cię widzieć, Steve – oznajmiła, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. – Czemu tak długo kazałeś mi na siebie czekać?

– Obowiązki. Też jestem szczęśliwy, że cię widzę, Cass.

Niespodziewanie kobieta pocałowała Williamsa w policzek, a następnie wyjęła spod lady dwa kufle piwa i szarą szmatkę.

– A kto jest z tobą? – spytała, czyszcząc jedno z naczyń. – Pierwszy raz go widzę.

– Luke Roussel – przedstawił się podróżny. – Wspaniały lokal.

– Pewno każdej barmance to mówisz, he, he… dzięki. Dbam o to miejsce, bo w końcu jest moje. Teraz mi powiedz, Steve, co chcecie zamówić?

– Jest z nami jeszcze Sarah i trzy osoby. Siedzą tuż przy wyjściu. Tylko czy możesz coś dla mnie zrobić?

– Znów chcesz zamawiać na kreskę? Nie ma sprawy. W przeciwieństwie do niektórych ty przynajmniej płacisz.

Kobieta pretensjonalnie spojrzała w kierunku pogonionego wcześniej starca i jego kompana. Mężczyźni, jakby wyczuwając gniew właścicielki lokalu, onieśmieleni skierowali wzrok w głąb swoich kufli.

– Na czym to ja skończyłam… a mniejsza. Lepiej opowiadaj, co u was słychać.

– Ech… u mnie i u siostry zaszło trochę zmian. Już nie działamy z Derrickiem.

– Od kiedy? – spytała ze zdziwieniem Cassie.

– Heh… jak nas wsadził do aresztu i chciał tam zostawić. Długa historia.

– Wiesz, że ja mam czas – oznajmiła Cassie, odkładając czyszczone przez siebie kufle. – Ale najpierw zamówienie. Co konkretnie chcecie?

– Pewien czarny jegomość ma ochotę na mocną czarną kawę – odparł kobiecie Steve. – Prosiłbym w sumie o sześć filiżanek.

– A kiedy zajrzysz do Mitcha?

– Zaraz po tym jak wyjdziemy od ciebie. Co prawda nam się zbytnio nie spieszy, ale wolelibyśmy najpierw załatwić to, co trzeba.

– Dokładnie, nie ma powodu do gnania na złamanie karku. Zaraz wam naparzę czarnej, a potem masz mi powiedzieć więcej. Inaczej nie licz na dodatkową porcję cukru.

– He, he… nie musisz mi grozić. W końcu mamy mnóstwo czasu.

– No ja myślę… nawet nie myśl, że tak szybko was wypuszczę.

Po tych słowach barmanka weszła do sąsiedniego pomieszczenia. Dopiero w tym momencie podróżni dostrzegli drzwi po prawej stronie baru. Podczas nieobecności Cassie Luke i Steve z nudów zaczęli stukać palcami o blat.

– Tak w ogóle to wpadła ci w oko? – niespodziewanie zapytał Williams.

– Przecież wiesz o Nicole…

– Nie chodzi mi o to, czy chcesz się do niej dobierać. Pytam o to, czy to twój typ?

– Jest ładna i ma świetną knajpę.

– Co jak co, ale w Hopetown interesy raczej wszystkim wypalają. Przynajmniej tak było od zawsze, a na pewno w przypadku Cass.

– A pomijając ją i wszystko, co tutaj jest cudowne, mamy chociaż jakieś powody do zmartwień?

– Ja tobie powiem o czymś, co was wystraszy – powiedział starszy mężczyzna, ponownie podchodząc do podróżnych.

Na jego widok Steve pokiwał przecząco głową, a Luke skierował spojrzenie na zaczepiającego ich człowieka.

– Nawet nie próbujcie w nocy chodzić po lesie – oznajmił lekko pijany mężczyzna. – Chyba że życie wam niemiłe.

– Zgaduję, że niepostrzeżenie wpadniemy na ciebie i nas zatłuczesz? – dopytywał cynicznie Luke. – Nie powiedziałeś nic nowego…

– O nie… to nie ze mną będziecie mieć na pieńku. Powiem ci o czymś, synek… coś siedzi w lesie…

– Białe myszki?

– Białe myszki to żaden problem. W nocy dziwy chodzą w tych stronach…

– Na przykład jakie? – spytał z zaciekawieniem Luke.

– Jeśli pójdziecie w mrok, zobaczycie coś, co nie należy do naszego świata… Nie wiadomo, co się potem z wami stanie. Bywały dni, kiedy w Hopetown bezpowrotnie znikali ludzie. To coś ich zabierało. Więc lepiej zjeżdżajcie stąd i zostawcie nas w spokoju.

– Coś ci chyba mówiłam! – krzyknęła Cassie, wracając przed bar i niosąc na tacy sześć filiżanek kawy. Wypieprzaj z mojego lokalu! Dzisiaj nie chcę cię tu widzieć! I zostaw moich klientów w spokoju!

– Słonko, ja tylko tłumaczyłem tym dżentelmenom… – próbował powiedzieć mężczyzna.

– Wynocha! – krzyknęła na cały głos Cassie. – Jeszcze chwila, a będziesz miał zakaz, żeby tu kiedykolwiek przychodzić!

Słysząc tę groźbę, mężczyzna odwrócił się i bez słowa skierował w stronę swojego kompana.

Obaj szybko dopili trunki i w milczeniu wyszli na zewnątrz. W momencie gdy któryś z nich trzasnął za sobą drzwiami, barmanka wyszła przed bar i wolnym krokiem udała się w stronę Raya, Maggie, Chrisa i Sarah.

– Tylko ich obsłużę i zaraz do was wracam – oznajmiła. – Poczekajcie chwilę.

Słysząc tę prośbę, Luke i Steve ponownie zaczęli stukać palcami o blat lady. Tymczasem Cassie rozdała po filiżance kawy reszcie podróżnym. Ku jej zdziwieniu kobiety spiorunowały barmankę wzrokiem, a mężczyźni zwyczajnie podziękowali za obsługę.

W momencie gdy Cassie wróciła do Steve’a i Luke’a, podała im oczekiwane przez nich zamówienie. Następnie schowała tacę pod ladę i oparła łokcie o blat baru. Potem ponętnie spojrzała na Steve’a i obdarzyła go uśmiechem.

– No to gadaj, o co tobie chodziło z tym pośpiechem?

– Mam być z tobą szczery?

– A kiedyś nie byłeś?

– Skąd… Więc mówisz, że masz sporo czasu, aby wszystkiego posłuchać?

– Naturalnie. Wiesz, że zależy mi na tym, aby u was było wszystko w porządku. A sądząc po waszych minach, przeczuwam, że raczej będzie na odwrót.

– To przez tego typa, co do nas podszedł. O co mu w ogóle chodziło? Słyszałaś wszystko?

– Mniej więcej. Nie zawracajcie sobie nim głowy. Gościu ma nie po kolei w mózgownicy. Poza tym zawsze do obcych podskakuje. Lejcie na niego.

– W każdej historii tkwi ziarno prawdy… – wymamrotał Luke.

– Ty też się nie przejmuj – oznajmiła Cassie. – Po co będziesz jakiegoś menela słuchał.

– Ponieważ to też człowiek i należy mu okazać choć odrobinę szacunku.

– Aaa… mów sobie, co chcesz. W każdym razie nie wierz wszystkim bajkom, które ci opowiadają. No więc, Steve… do rzeczy.

– Od czego by tu… Luke’a poznaliśmy u Denhamów. Ci ludzie, których obsługiwałaś, są od niego. Oczywiście z wyjątkiem Sarah.

– Tak w ogóle to twoja siostra wciąż ma mi za złe, że odbiłam jej faceta? Już z tym typem nie jestem. Koniec końców był z niego niezły dupek.

– Ciekawe, bo jeszcze przed chwilą to samo mówiłem do siostry, he, he – zarechotał Steve. – I tak, ona wciąż jest na ciebie zła. Uważam, że powinnyście o tym pogadać.

– Jeśli zechce, wie, gdzie mnie znaleźć. Mów dalej.

– Luke i ta trójka pomagali Denhamom na farmie. Po żniwach pojechaliśmy na krótką wizytę do Falltown. W tym czasie mój kumpel i ten czarnoskóry latali po lasach za pewnym zwierzem, z którego pamiątki mamy w bagażniku i chcemy je sprzedać. Więc będę miał jak za wszystko tobie zapłacić.

– No i w czym był problem?

– Derrick dostał cynk od ASO i nas przymknął. W skrócie… Luke i reszta jego grupy mają przerąbane. Tak samo jak i my. Dlatego tutaj jesteśmy i nie pracujemy już dla Falltown.

– Przykro mi to słyszeć… A czemu wojskowi się na was uwzięli?

– Trochę nabroiłem, a przynajmniej oni tak uważają – odparł krótko Luke. – Niedawno straciłem kontrolę nad sytuacją i podczas pewnej ucieczki padły trupy. Nie ja zabijałem, ale wszystko poszło na wspólne konto.

– Wpadliśmy, jak próbowaliśmy sprzedać w Falltown karabiny ASO – dodał Steve. – Gdyby nie Brian, nie byłoby nas tutaj.

– Tylko mu podziękować – stwierdziła entuzjastycznie Cassie. – A co u niego tak w ogóle słychać? Co tam u Fossów?

– Jakoś żyją i powinno być u nich dobrze – oznajmił Steve, wąchając opary kawy. – W każdym razie szkoda znajomości. Szczególnie z Brianem.

– Jak spotkam, pozdrowię go od ciebie – zadeklarowała Cassie.

Steve, słysząc te słowa, przechylił filiżankę napełnioną kawą i wypił połowę jej zawartości.

– Chcę cię jeszcze o coś zapytać – powiedział, odstawiając naczynie.

– O co tylko chcesz.

– Co tam u Jamesa słychać? Ponoć jest cały i zdrowy?

– Wszystko u niego gra. Ostatnio nawet tutaj przyszedł i pytał o ciebie. Powiedziałam tylko, że nie wiem, gdzie was posiało.

– A gdzie go będziemy mogli niedługo dorwać?

– Nie wiem, czy jest u siebie, ale na pewno spotkacie go na festynie.

– Coś będzie się działo w Hopetown? – wtrącił pytanie Luke.

– Przyjechaliście w samą porę. Jutro będzie wielki dzień. Nadchodzi Święto Złotych Liści.

– Doprawdy…? – odparł Steve wyraźnie zdziwiony. – Więc następnego dnia mamy szesnasty października? Dzięki za przypomnienie daty.

– O co dokładnie chodzi z tym świętem? – zapytał wyraźnie zainteresowany tematem Luke.

– To jest szczególne wydarzenie – odparła barmanka, wyraźnie zadowolona. – Tego dnia mieszkańcy gromadzą się w parku i cieszą z nadejścia jesieni. Hopetown urządza festyn pełen zabawy, picia i dymania. Na stołach kładziemy syrop klonowy z whisky i steki z dziczyzny. Jest w czym smakować… wybraliście dobry moment na odwiedziny.

– Czyli będzie dobra zabawa – stwierdził Steve.

– Naturalnie – odparła krótko Cassie. – Zresztą jak co roku. Każda rocznica wyglądała podobnie i wszystkie wypadały rewelacyjnie.

– Brzmi zachęcająco – nieśmiało oświadczył Luke. – Ale, pomijając festyn, potrzebujemy jeszcze noclegu. Nie wiesz przypadkiem, gdzie moglibyśmy cokolwiek dostać?

– Teresa was na pewno przyjmie. Na pewno znajdzie wolne pokoje. Na ulicy nie wylądujecie.

– Teresa? – powtórzył Steve imię kobiety. – Czyli nie będziemy nocować w autach?

– Gdzie tam… dostaniecie kwaterę. Tylko pójdźcie najpierw do Mitcha i załatwcie, co trzeba.

– Właśnie zamierzamy do niego wyruszyć – oświadczył Steve, dopijając kawę. – Dzięki za pomoc.

– Drobiazg. Dla ciebie wszystko.

– Wszystko? – dopytał, nie kryjąc cynicznego uśmiechu, Steve.

– Aż tyle to nie – odparła Cassie, śmiejąc się z żartu. – Już dość was wydymałam. Niech Sarah mi wybaczy. Szkoda dziewczyny. Jest piękna, a zawiść jej może zaszkodzić.

– Siostra musi jeszcze zrozumieć kilka rzeczy. Daj jej czas.

– Czekam już kilka lat.

– Poczekaj jeszcze trochę. W końcu dojdziecie do porozumienia. Cierpliwości.

– Miło było poznać przyjaciela Steve’a – oznajmiła Cassie, wyciągając rękę w stronę Luke’a. – Przykro, że ściga was ASO, ale na pewno dacie sobie z nimi radę.

– To akurat nie podlega wątpliwości – odrzekł Luke, odwzajemniając gest. – Miło było cię poznać. I dzięki za kawę.

– Ostatnia sprawa – wtrącił na pożegnanie Steve. – Masz może jakieś fajki na zbyciu? Jeden z nas jest palaczem i obedrze mnie ze skóry, jak mu nie załatwię paczki.

– Pamiętaj o rachunku – odparła krótko Cassie, wyciągając spod lady pudełko papierosów nieznanej marki.

– Niedługo cię nawiedzę i rozliczę ze wszystkiego – uśmiechnął się Steve i pocałował kobietę w dłoń.

– Odwiedzajcie mnie częściej, to może dostaniecie zniżkę! – oznajmiła entuzjastycznie barmanka. – Do zobaczenia niedługo!

Po tych słowach Steve schował do kieszeni opakowanie skrętów. Następnie wraz z Lukiem wstał z miejsca i udał z powrotem do reszty swojej grupy.

Kiedy mężczyźni podeszli do reszty towarzyszy, zastali ich w dobrych nastrojach. Steve od razu wyciągnął paczkę papierosów i cisnął ją w stronę Raya.

– Masz u mnie dług – oznajmił do palacza.

– A myślałem, że z ciebie taka ciota… – odparł Ray, łapiąc w locie podarunek. – Co następnego robimy?

– Teraz idziemy do Mitcha – zadeklarował Luke. – Kończcie pić i załatwiamy interesy.

Kiedy kawa została wypita, wszyscy wstali od stolika i wyszli przed lokal Cassie. Po tym jak Steve zamknął za nimi drzwi, podszedł do swoich towarzyszy, wyciągnął z kieszeni Luke’a klucze do hummera i otworzył bagażnik samochodu.

– Teraz macie to wszystko przenieść do handlarza – zarządził. – Najwyższy czas na rozliczenia.

Na te słowa każdy jedynie przytaknął i niezwłocznie zaczął wyciągać rzeczy na sprzedaż, które przekazała rodzina Denhamów. Kiedy już wydobyto wszystkie suweniry, Luke przejął klucze od Steve’a i zamknął hummera. Potem grupa niezwłocznie poszła w kierunku, który wskazała im rodzina Williamsów.

Przez następnie sto kilkadziesiąt metrów podróżni szli wąskim chodnikiem, mijając niewielkie grupki mieszkańców Hopetown. Obywatele miasteczka z zaciekawieniem spoglądali na niosących pakunki towarzyszy Luke’a, jednak nie mieli ochoty ich zaczepiać. Część osób na chwilę się zatrzymywała, a reszta przyspieszała kroku.

Luke i reszta grupy ignorowali ich ciekawskie spojrzenia i zaczęli obserwować okolicę. Tuż przy chodniku stały przeróżne pojazdy, które były w lepszym lub gorszym stanie, jednak każdy z nich wyglądał na zdatny do jazdy.

Po drugiej stronie ulicy był ten sam park, który Luke zauważył tego poranka, stojąc na wzgórzu. Dziesiątki topoli i klonów miały bujne korony, a ich liście były zabarwione na złoto i czerwono. Pośród natury postawiono kilkanaście alejek, po których licznie spacerowały całe rodziny. W niektórych miejscach postawiono drewniane ławki, aby lokalni mieszkańcy mogli odpoczywać w cieniu drzew. Tuż obok siedzeń zakopano w ziemi słupy, do których przymocowano lampiony.

– Tu także jest bardzo ładnie – stwierdził Steve, idąc tuż obok Luke’a. – Ciche i spokojne miasteczka to jest to, co lubię najbardziej.

– Tutejsi nie są chyba specjalnie nami zachwyceni – oznajmił Luke. – Mam wrażenie, że tutaj każdy zna każdego…

– Można tak powiedzieć – odparł Steve, nie kryjąc uśmiechu. – Mimo wszystko nie warto o nich nawet myśleć. Może teraz są nieufni, ale później nie będziesz się mógł od nich odpędzić. A teraz wszyscy stać!

 

Grupa stanęła przed wysokim parterowym budynkiem. Ceglane ściany obiektu były pomalowane białą farbą. W części frontowej zamontowano duże okna. Wpadające przez nie promienie słońca dość dobrze oświetlały wnętrze. W środku stały wysokie metalowe półki, na których rozmieszczono niezliczoną ilość rzeczy na sprzedaż. Całą ekspozycję można było nabyć w miejscu, którego umieszczony ponad drzwiami szyld nosił napis „Złoty Interes”.

– No to jesteśmy u Mitcha – dumnie oznajmił Steve. – Zanim jednak tam wejdziemy, pragnę was ostrzec. Właściciel to bardzo spokojny i wiecznie zadowolony facet, ale ma jedną wadę. Jest strasznym jąkałą. Tak że bez żadnych śmiechów i docinków. To porządny człowiek. Mogę na was liczyć?

Na twarzy Raya pojawił się złowrogi uśmiech, a mężczyzna poklepał Williamsa po ramieniu.

– Z-z-z-z-zrozumiałe – powiedział sarkastycznie.

W odpowiedzi Steve spojrzał na kompana jak na idiotę, po czym otworzył drzwi sklepowe. Następnie zaczekał, aż wszyscy wejdą do środka. Kiedy grupa zaczęła mijać półki sklepowe, westchnął i poszedł tuż za nimi.

Podróżni podeszli do lady sklepowej stojącej na końcu pomieszczenia. Tuż za nią siedział młody, krótko ścięty mężczyzna. Osoba nosiła na twarzy równo przystrzyżoną brodę i wąsy. Jego pyzate policzki były lekko zarumienione i podkreślały nieproporcjonalnie jak na człowieka małe oczy. Ów człowiek nosił szarozieloną bundeswerkę i widoczne spod lady czarne spodnie i brązowe półbuty.

– Cześć, Mitch! – krzyknął ochoczo Steve, wybiegając przed resztę grupy. – Miło cię znów widzieć po tych kilku latach przerwy.

– S-Steve? – odparł nieco zdziwiony na widok Williamsa handlarz. – Co się z tobą dz-dzi-działo do t-teraz?

– Dużo by opowiadać. Ważne, że przyjechaliśmy do Hopetown. Od razu chcielibyśmy tobie zaoferować coś specjalnego.

– S-s-s-pecjalnego? C-c-c-co dla mnie m-macie?

Podróżni rozłożyli na blacie sterylnie zapakowane futra, pazury, kły i zęby bestii spod Czarnej Góry. Kiedy otworzyli każdy pakunek, Mitch zaczął oglądać cały towar.

– C-c-c-c-co to niby j-j-jest? – spytał z zaciekawieniem.

– Pamiętasz, jak kiedyś opowiadałem tobie o tym dziwnym stworze, który grasował niedaleko Falltown? To właśnie po tym zostało. Chłopaki upolowali trzy sztuki.

– Ale w-w-widzę t-t-tylko dwie s-sk-skóry – odparł Mitch, odkładając trzymane przez siebie przedmioty.

– Jedną zatrzymali Denhamowie. Masz więc dobry wzrok. I jak wiesz, są to skóry egzotycznych zwierząt. Więc liczymy na coś wartościowego.

– J-j-j-ja tam n-n-nic niezwy-k-kłego w tym nie w-w-widzę. Ale p-p-owiedzcie, co byście za to chci-cieli?

– Interesuje nas przede wszystkim amunicja i paliwo – wtrącił Luke. – No i coś, czym można w Hopetown płacić. Zamierzamy tutaj pobyć przez jakiś czas i będziemy musieli uregulować rachunki.

– Teraz twoja kolej – oznajmił Steve handlarzowi. – Co proponujesz?

– M-m-m-może po pr-prostu zapłacę w-wam z-z-złotem? T-t-to są bardzo f-fajne s-s-skóry. Także i k-kły. A jak b-b-będziecie wyjeżdżać, możecie ze mną jesz-szcze pohandlow-w-w-wać.

– Może być – stwierdził Steve zadowolony z propozycji. – O jakiej liczbie uncji złota tu rozmawiamy?

Mitch ponownie zaczął przeglądać proponowane mu produkty. Przez kilkanaście sekund mamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. W końcu jednak zajrzał do najbliższej mu szuflady i wyciągnął z niej dwie garści drobnych samorodków.

– D-d-dziesięć – oznajmił krótko. – N-n-nie będę s-s-się rozdr-r-rabniał.

– Co za to możemy dostać? – spytała Steve’a Maggie.

– Prawdę mówiąc, całkiem sporo. Wystarczy nam na wszystkie opłaty, jedzenie, broń i benzynę.

– Bierz złoto i nie gadaj – wtrącił Ray. – Mitch ma rację. Zakupy zrobimy później.

– Może tak być? – spytał Steve Luke’a.

– Twoja decyzja.

– W takim razie przyjmujemy ofertę. Nie ma sensu targowanie się i rozdrabnianie. Dzięki, że wziąłeś od nas te skóry, zęby i pazury.

– N-n-n-nie ma spr-r-rawy. To do z-z-zobaczenia p-p-później.

– Do niedługo – odrzekł Steve, chowając do kieszeni wszystkie samorodki. – Tak poza tym to będziesz na festynie?

– Tego nie mogę o-o-obiecać. W nocy będzie niemały r-r-ruch. Mimo wszystko s-s-spróbuję.

– Bardzo się cieszę. Bądź zdrów.

– Wy t-też. Do n-n-następnego.

Po pożegnaniu z handlarzem podróżni szybko opuścili jego sklep. Kiedy wyszli na ulicę, wolnym krokiem zaczęli wracać do swoich pojazdów. Wszyscy sprawiali wrażenie zadowolonych z dokonanego przed chwilą utargu.

– Co teraz zrobimy, Steve? – niespodziewanie zapytał Luke, patrząc na Williamsa. – Dość szybko nam idzie załatwianie spraw w tym mieście. W końcu poznaliśmy już Cassie i Mitcha.

– Teraz czas na Teresę – odparł mężczyzna, nie kryjąc zadowolenia.

– Coś więcej możesz nam o niej powiedzieć? – dopytał Chris.

– Cóż… jest ona właścicielką zajazdu Fraser. Cass wspomniała, że będziemy mogli u niej wynająć pokoje.

– Ech… Cassie… – westchnęła Sarah, nie kryjąc dezaprobaty.

– Ona mówiła, że chętnie z tobą porozmawia i wyjaśni wszystko, co między wami nie gra. Poza tym ten typ nie jest wart waszych fochów.

– Nie mam zamiaru z nią gadać. Dziewczyna przegięła pałę…

– Aż tak jest między wami źle? – cynicznie zapytał Luke.

– Daj mi lepiej święty spokój... Najlepiej, jak wszyscy w końcu skończycie z tym tematem.

– A czy chociaż z Teresą utrzymujesz dobre relacje? – dopytywała się Maggie.

– Nie mam nic do niej. Laska jest w sumie w porządku. Zresztą sama się o tym przekonasz.

– Tak w ogóle to jak załatwimy sobie nocleg, pozwiedzamy trochę? – wtrącił pytanie Luke.

– Czemu nie – odpowiedział mu Steve. – Poza główną ulicą i parkiem są tutaj także inne ciekawe miejsca. Coś wykombinuję… W każdym razie ten dzień powinien być udany.

– O ile nie wpadniemy na tego moczymordę z knajpy – zażartował Luke.

– Niczego nie mogę obiecać… Dobra, teraz wsiadamy do pojazdów. Pojedziecie za mną…

W momencie gdy grupa dotarła do samochodów i motocykli, każdy zajął swoje miejsce i przygotował do krótkiej przejażdżki. Po chwili Steve uruchomił muscle cara i zjechał na główną drogę. Krótko potem skręcił na północ, powoli pokonując jedną z bocznych alejek.

Reszta podróżnych, pozostając nieznacznie w tyle, non stop prowadziła pojazdy tuż za Williamsem.

Wszyscy podziwiali park, który aktualnie mijali po swojej prawej stronie. W oddali dostrzegli także wielką, przyozdabianą lampkami scenę, na której pracowało kilka osób. Ci ludzie sprawiali wrażenie, jakby ich praca była jednocześnie walką z czasem.

Kiedy grupa minęła miejski skwer, dojechała do dzielnicy mieszkalnej Hopetown. Podróżni ujrzeli niezliczoną ilość parterowych domków jednorodzinnych. Różnorodność budynków i ich standard był na przyzwoitym poziomie. Drewniane i ceglane konstrukcje miały przeróżne barwy, ogrody i dachy. Pod względem estetycznym dzielnica wyglądała dość autonomicznie. Ponadto w okolicy rosło dużo klonów. Prawdopodobnie przez dłuższy czas nikt nie zamiatał ulicy z opadających liści, przez co gęsto pokrywały okolicę.

W pewnym momencie Chris ponownie zaczął interesować się maczetą. Delikatnie uderzał ostrzem w deskę rozdzielczą hummera, tym samym tworząc lekkie zarysowania. Jednocześnie zerkał na mieszkańców, których wyraźnie intrygował widok kordonu pojazdów prowadzonych przez podróżnych.

– Może to nie do końca nasze auto, ale czy mógłbyś je chociaż trochę szanować? – w pewnym momencie spytał Luke, nie kryjąc irytacji. – Prędzej czy później będę chciał je sprzedać.

– Lepiej, żebyś teraz się tym aż tak nie przejmował. Plastik zawsze można wymienić… poza tym i tak do tej pory urwałeś oba lusterka, więc nie mam pojęcia, dlaczego akurat zarysowana deska rozdzielcza aż tak tobie przeszkadza.

– Ech… I tu mnie zagiąłeś…

– Tak w ogóle to moim zdaniem Hopetown bije na głowę wszystkie inne mieściny, jakie kiedykolwiek widziałem. Może nie mają kina, ale radio, okolica i ilość ich zaopatrzenia to coś niesamowitego. No i te widoki…

W tym momencie Luke spojrzał na jedną z wielkich, otaczających dolinę, obrośniętych lasem gór.

– Gdyby tylko nie moja żona i ASO, prawdopodobnie odpuściłbym dalszą podróż… Zresztą cokolwiek powiem, to cię nie zaskoczę. Nijak porównać to piekło w Stanach do Kanady. Ponownie powtórzę, że Jack miał rację…

– Tylko w sumie trochę szkoda, że niedługo będziemy musieli jechać dalej… W każdym razie nie spieszmy się z dalszą podróżą. W końcu mamy okazję, aby sobie trochę odpocząć…

– Kilka dni powinno wystarczyć. Zobaczymy też, co nam to miasto zaoferuje. No i ciekawi mnie James…

– Ten gość od Steve’a?

– Niby ma nam dać dalsze wskazówki odnośnie do tego, co mamy robić. Cholera wie, co od niego usłyszymy… A ja mam poważny problem z ufaniem obcym.

– Ech… po prostu musisz swoje odespać i zaczniesz dokładniej interpretować to, co inni do ciebie mówią. Dla przykładu ja teraz skupiam się jedynie na załatwianiu wszystkiego, co potrzebne.

– Przecież przez cały czas siedzisz cicho.

– Obserwuję… analizuję. Wciąż jednak jest coś, co mi chodzi po głowie.

– Masz zamiar kiedyś to z siebie ściągnąć? – zażartował Luke.

– Zobaczysz… jeszcze dzisiaj wyjdą pewne nieprzyjemności. W życiu nie zawsze jest tak, jak tego chcemy. Pamiętasz Baker City?

– Teraz nie czas na takie dyskusje. Chyba dojechaliśmy na miejsce.

Mężczyźni spojrzeli na muscle cara, którego kierowca skręcił w lewo, prowadząc resztę grupy w nieznane im miejsce. Po kilkudziesięciu metrach samochód prowadzony przez Steve’a objechał z prawej strony gęsty, wysoki żywopłot. Kordon, niemal zataczając koło, wjechał na oddzielony od głównej drogi teren.

– To chyba koniec trasy. – Nie kryjąc zadowolenia, oznajmił Luke i zaczął rozglądać się po okolicy.

Pojazdy prowadzone przez podróżnych wjechały na plac, przy którym stało siedem drewnianych budynków. Wszystkie pomalowano żółtą farbą, a ich dachy zdobiły czerwone dachówki. Cały kompleks wyglądał na dobrze zadbany.

Największy z obiektów znajdował się naprzeciwko drewnianej bramy wjazdowej, która w tym momencie była otwarta. Piętrowy budynek miał sporych rozmiarów taras, na którym aktualnie ktoś wypoczywał. Ponadczterdziestoletnia czarnowłosa kobieta zajmowała leżak, przyjemnie spędzając czas na świeżym powietrzu. Nosiła na sobie czarny golf, dżinsy i baletki.

Po chwili zauważyła podróżnych. Niezwłocznie wstała i opuściła taras budynku. W tym czasie grupa zdążyła wysiąść z pojazdów i dojść pod drzwi frontowe, na których wisiała metalowa tabliczka. Na płytce wygrawerowano napis „Zajazd Fraser”.

– Tak będą wyglądać nasze kwatery na kilka następnych dni – oznajmił Steve reszcie podchodzącej do niego grupy, wskazując palcem parterowe obiekty.

Budynki miały drewniane ganki. Przy drzwiach wejściowych postawiono ławki, a na niektórych z nich odpoczywali klienci zajazdu. Wszystko na terenie kompleksu prezentowało się dość okazale i dawało wszystkim poczucie bezpieczeństwa.

– Ty masz złoto, więc wszystko będziesz załatwiał – oznajmił Steve’owi Luke. – Ta kobieta na tarasie to Teresa?

– Nietrudno było to odgadnąć. Same fajne babki są w Hopetown… Zaraz ją poznacie. Zanim do tego dojdzie, jak chcemy zamieszkać?

– Sądzę, że wy z Sarah dostaniecie wspólną kwaterę. Jak nas rozlokujesz, to dla mnie bez różnicy. Chyba że to komuś nie pasuje…

Chris, Maggie i Ray pokręcili przecząco głowami. To był wystarczający sygnał dla Steve’a. Mężczyzna po raz kolejny tego dnia otwierał drzwi i gestem zaprosił wszystkich do środka.

Kiedy podróżni weszli do budynku, ujrzeli elegancko zdobiony hol. Na otynkowanych białych ścianach wisiało kilkanaście niewielkich obrazów. Ich tematyką była przeważnie natura. Obrazy przyrody ożywionej i nieożywionej idealnie dopełniały wystroju pomieszczenia. Tak samo jak postawione gdzieniegdzie kilka nefrolepisów, zwanych inaczej paprotkami.

Zieleń idealnie pasowała do ciemnobrązowych foteli, szafek, sofy, drzwi, recepcji i solidnych schodów, które prowadziły na wyższą kondygnację.

W pewnym momencie w pomieszczeniu pojawiła się kobieta, która jeszcze chwilę temu odpoczywała na tarasie. Bez słowa podeszła do recepcji i wyjęła z jednej z umieszczonych pod ladą szuflad owinięty w chusteczkę drobny przedmiot. Kiedy położyła zawiniątko na blat, zadowolona spojrzała na Sarah.

– Kochana, jak dawno cię nie widziałam – powiedziała. – Gdzie cię ostatnio posiało?

– Byłam strasznie zapracowana – odparła Sarah, podchodząc do właścicielki zajazdu Fraser i całując ją w policzek. – Sama dobrze wiesz dlaczego.

– Ech… ale mogłabyś częściej przyjeżdżać do Hopetown… – westchnęła Teresa. – Bez ciebie było mi tu strasznie nudno.

– Poznajcie Teresę Donahue – przedstawił kobietę Steve, podchodząc z resztą grupy do recepcji. – Jak tam interesy? O tej porze roku masz dużo gości?

– Cześć, Steve – odparła Teresa, witając mężczyznę. – Jeszcze kilka lat temu bywało lepiej, ale teraz nie narzekam.

– Może ucieszy cię fakt, że zamierzamy wszyscy u ciebie się zatrzymać na kilka dni? – zapytała Sarah.

– Jasne, że tak. Nawet jakbym miała komplet, oddałabym tobie własny pokój, a reszcie zorganizowała coś na mieście. A może wiesz, ile konkretnie zamierzacie u mnie zabawić?

– Jeszcze nie. Niedawno przyjechaliśmy i chcemy po prostu odpocząć. Bądź jednak pewna, że przez kilka dni dotrzymam tobie towarzystwa.

Kobieta wyraźnie zadowolona z tego faktu podeszła do Sarah i wręczyła jej wcześniej wyciągnięte przez siebie zawiniątko.

– Obiecałam, że to dla ciebie załatwię, więc tak zrobiłam. Tylko nikomu ani słowa.

– Ani słowa o czym? – spytał, nie ukrywając ciekawości, Steve.

– Kobiece sprawy, nie wnikaj. A tak przy okazji to może przedstawisz mi resztę swoich znajomych?

– Ten w płaszczu to Luke. Obok niego stoją Chris, Ray i Maggie.

– Miło mi was poznać. Czujcie się u mnie jak w domu. Jakie pokoje was interesują?

W tym momencie Steve chrząknął kilkakrotnie i podrapał się za uchem.

– Ja z siostrą weźmiemy jeden dwuosobowy, a reszcie przydziel to, co masz wolnego – oznajmił dyplomatycznie.

– Ray, jak chcesz nocować? – nieoczekiwanie spytała Maggie swojego kompana.

– Ja tam mogę spać z tobą w dwójce albo sam. Tak szczerze, to mi to rybka. Bylebym mógł się wyspać.

– A ty, Chris, co preferujesz? – zapytał mężczyznę Luke.

– Mnie też rybka.

– To w takim razie rybki powędrują do jednego akwarium – oznajmiła Sarah. – A Luke i Maggie do drugiego. Odpowiada wam to?

Wszyscy pokiwali twierdząco głowami. Ten znak wystarczył Teresie, aby wyciągnąć z szuflady trzy klucze.

– Macie takie same pokoje – oznajmiła. – Drzwi numer siedem, osiem i dziewięć. Jakoś się dogadacie. Płacicie z góry czy przed wyjazdem?

– Możemy teraz – odparł Steve, wyciągając kilkadziesiąt samorodków.

Następnie zaczął je dokładnie przeliczać, wymierzając jedną, w jego mniemaniu, uznawaną obecnie uncję.

Trzydzieści samorodków zostało przekazanych w ręce Teresy. Kobieta, nie sprawdzając, czy opłata się zgadzała z jej oczekiwaniami, schowała zarobek do szuflady.

– Zostańcie, ile tylko chcecie. To więcej niż trzeba. Zresztą nie mam zamiaru was dokładnie rozliczać. Zapytam jednak z ciekawości, jakie macie plany na dziś.

– Nasi znajomi chcą pozwiedzać, to połazimy po mieście – odpowiedziała jej Sarah. – A wieczorem kolacja i do łóżka. Musimy porządnie wypocząć.

– W takim razie urządzę dla was grilla. Co wy na to? Chyba nie odmówicie darmowego poczęstunku?

– No ba – odparł zadowolony z tych słów Ray. – Nie będziemy wybrzydzać.

– Dzięki za wszystko – powiedziała Sarah, ponownie całując Teresę w policzek. – Jesteś kochana, a na nas już czas. Jednak jeśli chcesz, mogę niedługo wpaść do ciebie na pogaduchy. Jesteś dzisiaj zarobiona?

– Tak bardzo, że nie mam czasu dla nikogo – odparła cynicznie Teresa. – Miałam przez cały dzień okupować leżak. Jeśli chcesz, możesz mi potowarzyszyć.

– Widzę, że dziewczyny się doskonale dogadują – szepnął Luke do Steve’a. – Może powinniśmy je już teraz zostawić?

– Siostra? – zapytał Sarah Steve. – Może chcesz od nas odpocząć do wieczora? Dla nas to nie powinien być problem.

– Jasne. Maggie, chcesz zwiedzać czy z nami posiedzisz?

Na