Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 817 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Emma - Jane Austin

Emma to świetnie napisana powieść o miłości, klasyczny romans rozgrywający się w scenerii XIX wiecznej Anglii. I w zasadzie taka rekomendacja powinna wystarczyć, aby sięgnąć po tę książkę z prawdziwą przyjemnością. Powieść Jane Austen ma jednak głębszy wymiar - dostarcza nie tylko wzruszeń, ale także materiału do przemyśleń nad naturą ludzką. Warto ją również przeczytać jako szczególny zapis kobiecych oczekiwań w stosunku do mężczyzn. Wiele tu wypowiadanych wprost i nieco bardziej ukrytych przyczynków do portretu męskiego ideału. Czy tak bardzo zmienił się on w ciągu tych niemal dwustu lat, jakie upłynęły od wydania Emmy?

Opinie o ebooku Emma - Jane Austin

Fragment ebooka Emma - Jane Austin

Jane Austen

Emma

Przełożył Tomasz Tesznar

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginału:

Emma

Projekt graficzny serii:

Sewer Salamon

Opracowanie graficzne okładki:

Mariusz Pająk

Redakcja:

Marta Tomczyk

Na okładce wykorzystano obraz F.P. Gerarda,

Madame Recamier

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN 978-83-7895-178-0

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

ROZDZIAŁ I 

Emma Woodhouse, osóbka piękna, mądra i bogata, posiadająca wygodny dom i miłe usposobienie, zdawała się być obdarzoną najcenniejszymi bodaj darami losu. Przeżyła zaś już na tym świecie prawie dwadzieścia jeden lat, doświadczywszy niewielu, doprawdy, zmartwień i przykrości.

Była młodszą z dwu córek niezwykle przywiązanego do niej ojca, a w wyniku małżeństwa swej siostry, w bardzo wczesnych latach została panią jego domu. Jej matka umarła zbyt dawno temu, by Emma mogła zachować w pamięci coś więcej, niż tylko bardzo odległe wspomnienie jej pieszczot. Miejsce matki zajęła guwernantka, wspaniała kobieta, która kochała Emmę niemal równie gorąco.

Panna Taylor mieszkała z rodziną Woodhouse’ów już od szesnastu lat, nie tyle jako guwernantka, co jako przyjaciółka, ogromnie przywiązana do obu, lecz przede wszystkim do Emmy. To właśnie między nimi dwiema istniała iście siostrzana zażyłość. Nawet zanim jeszcze panna Taylor przestała oficjalnie pełnić funkcję guwernantki, jej łagodny charakter z rzadka tylko pozwalał narzucać swej podopiecznej jakiekolwiek ograniczenia. Teraz zaś, gdy już dawno przeminął wszelki ślad jej autorytetu, mieszkały razem jak dwie niezwykle do siebie przywiązane przyjaciółki, Emma postępowała przy tym tak, jak jej się podobało, wysoce sobie ceniąc zdanie panny Taylor, lecz kierując się głównie własnym rozumem.

Jednak prawdziwe niebezpieczeństwo, jakie niosła z sobą sytuacja życiowa Emmy, polegało na tym, że w doprawdy nazbyt wielu sprawach miała możliwość stawiania na swoim i posiadała skłonność do oceniania siebie nieco zbyt pochlebnie; były to minusy, które mogły w przyszłości zakłócić jej beztroski spokój. Na razie jednak zagrożenie to pozostawało na tyle niedostrzegalne, że w jej oczach wspomniane cechy nie uchodziły bynajmniej za wady.

Wtedy to przytrafiło jej się coś smutnego, smutnego w szczególny sposób, gdyż wcale nie chodziło o coś nieprzyjemnego. Otóż panna Taylor wyszła za mąż. To właśnie utrata panny Taylor stała się pierwszym w jej życiu zmartwieniem. W dniu ślubu swej ukochanej przyjaciółki Emma po raz pierwszy przez dłuższy czas siedziała pogrążona w ponurych myślach. Gdy skończyło się weselne przyjęcie, a goście odjechali, Emma wraz z ojcem zasiadła do obiadu, nie mając przy tym żadnej nadziei na czyjekolwiek towarzystwo, które mogłoby umilić im długi wieczór. Kiedy zaś ojciec udał się na swoją zwykłą, poobiednią drzemkę, jej samej pozostało już tylko siedzieć i rozmyślać o tym, co utraciła.

Małżeństwo to niosło z sobą obietnicę wszelkiego szczęścia dla jej przyjaciółki. Pan Weston był mężczyzną majętnym, o nieposzlakowanym charakterze i miłym usposobieniu, a przy tym w odpowiednim wieku. Emma miała jeszcze jeden powód do satysfakcji, kiedy myślała, z jaką bezinteresowną, wręcz pełną samozaparcia życzliwością, sama od początku pragnęła tego małżeństwa i starała się do niego doprowadzić, choć wymagało to od niej wielkiej ofiary. Brak panny Taylor będzie odczuwalny w każdej chwili, każdego dnia. Rozpamiętywała wszystkie dowody jej uprzejmości i przywiązania z ostatnich szesnastu lat, to, jak ją uczyła i jak się z nią bawiła, odkąd Emma miała pięć lat, jak nie szczędziła sił, by czymś ją zająć i zabawić, kiedy była zdrowa, i jak opiekowała się nią, kiedy w dzieciństwie cierpiała na różne choroby. Już choćby za to miała wobec niej olbrzymi dług wdzięczności. Od siedmiu lat – czyli od momentu, gdy Izabela wyszła za mąż i pozostały w domu same – ich wzajemne relacje, oparte na absolutnej równości i całkowitej szczerości, stanowiły jeszcze droższe i bliższe jej sercu wspomnienie. Panna Taylor była dla niej wówczas taką przyjaciółką i towarzyszką, jaką mało kto może się poszczycić: inteligentną, światłą, użyteczną, delikatną, zaznajomioną z obyczajami rodziny i dbającą o wszystkie jej sprawy, a szczególnie o samą Emmę; o wszystko, co mogło sprawić jej radość, zainteresowaną każdym jej pomysłem – taką, której mogła zwierzyć się z każdej myśli, jaka tylko przyszła jej do głowy; przyjaciółkę darzącą ją taką sympatią, która nie pozwalała jej dostrzec u niej żadnych wad.

Jakże więc miała znieść tę stratę? Prawdą było, że jej przyjaciółka miała zamieszkać zaledwie pół mili od nich, Emma jednak zdawała sobie sprawę, że między panią Weston, mieszkającą ledwie o pół mili od nich, a panną Taylor pod ich dachem, była ogromna różnica. Zaś pomimo wszystkich zalet jej położenia, płynących zarówno z tego, czym obdarzyła ją natura, jak i z dobrodziejstw domowego ogniska, stanęła wobec wielkiej groźby, iż przyjdzie jej znosić swego rodzaju intelektualne osamotnienie. Bardzo kochała swego ojca, lecz pod tym względem nie był on dla niej żadnym towarzyszem. Nie był w stanie sprostać jej w rozmowie, ani żartobliwej, ani poważnej.

Sam problem dzielącej ich różnicy wieku – pan Woodhouse, bowiem, bynajmniej nie ożenił się młodo – komplikowało jeszcze mocno jego usposobienie i zwyczaje, gdyż będąc całe życie hipochondrykiem, stroniącym od wszelkiej aktywności ciała i umysłu, sprawiał wrażenie, iż jest człowiekiem znacznie starszym niż był w istocie, a choć był powszechnie lubiany za swą życzliwość i miły charakter, nie mógł nigdy poszczycić się żadnymi szczególnymi zdolnościami.

Jej siostra, choć niewiele tylko oddaliła się od domu w konsekwencji swego małżeństwa, osiadłszy w odległym o szesnaście mil Londynie, mieszkała jednako wiele za daleko, by mogły spotykać się na co dzień. Wiele jeszcze długich październikowych i listopadowych wieczorów trzeba będzie przetrwać w Hartfield, nim Boże Narodzenie przyniesie z sobą kolejną wizytę Izabeli, jej męża i ich małych dzieci, gości, którzy wypełnią dom i znów zapewnią Emmie miłe towarzystwo.

W całym Highbury, rozległym i ludnym miasteczku, do którego tak naprawdę należała posiadłość Hartfield (mimo swych wydzielonych łąk, żywopłotów i odrębnej nazwy), nie było nikogo, kto mógłby się z nią równać. To Woodhouse’owie byli w nim najbardziej wpływową rodziną. Wszyscy ich podziwiali. Emma miała w Highbury mnóstwo znajomych, gdyż jej ojciec był miły dla każdego, lecz nie było pośród nich nikogo, kto choćby na pół dnia mógłby zająć miejsce panny Taylor. Jej małżeństwo było więc znaczącą stratą i Emma nie mogła się powstrzymać, by ciężko nad nią nie wzdychać i nie snuć nierealnych marzeń, aż do chwili, gdy jej ojciec się obudził i musiała na powrót przybrać radosny wyraz twarzy. Trzeba było koniecznie jakoś poprawić mu humor. Był on człowiekiem wrażliwym, łatwo popadał w przygnębienie, lubił każdego, do kogo był przyzwyczajony, wręcz nienawidził się z takimi osobami rozstawać, nienawidził w ogóle wszelkiego rodzaju zmian. Małżeństwo, jako ich przyczyna, było dlań zawsze przykre, w dodatku ciągle jeszcze nie pogodził się z małżeństwem własnej córki i nadal nie potrafił mówić o niej inaczej, jak tylko ze współczuciem (choć był to związek oparty na jak najprawdziwszym uczuciu i wzajemnym przywiązaniu), a już musiał rozstać się również z panną Taylor. Z uwagi na swą łagodną skłonność do samolubstwa i ze względu na to, że nigdy nie był w stanie dopuścić do siebie myśli, iż inni ludzie mogą odczuwać coś inaczej niż on sam, gotów był uważać, że panna Taylor zrobiła rzecz równie przykrą dla niej samej, jak dla nich i byłby zapewne znacznie szczęśliwszy, gdyby do końca swoich dni mieszkała w Hartfield. Emma uśmiechała się i szczebiotała tak radośnie, jak tylko potrafiła, by odegnać od niego takie myśli. Kiedy jednak podano herbatę, nie było możliwości, by raz jeszcze nie powtórzył tego, co powiedział przy kolacji:

– Biedna panna Taylor! Szkoda, że jej tu nie ma. Jakaż to szkoda, że pan Weston w ogóle zwrócił na nią uwagę!

– Papo, przecież wiesz, że nie mogę się z tobą zgodzić. Pan Weston to taki miły, zacny i wspaniały człowiek, że naprawdę zasługuje na dobrą żonę. Nie chciałbyś chyba, żeby panna Taylor mieszkała z nami całe życie i znosiła wszystkie moje kaprysy, skoro może mieć własny dom?

– Własny dom!? Ale cóż jej z tego, że ma własny dom? Ten jest trzy razy większy. A ty, moja droga, nigdy nie miewasz żadnych kaprysów.

– Pomyśl tylko, jak często będziemy ich odwiedzać! Albo oni nas! Ciągle będziemy się widywać! Ale to my musimy zrobić pierwszy krok. Trzeba niebawem złożyć im wizytę z gratulacjami z okazji ślubu.

– Moja droga, jakże ja mam się tam dostać? Do Randalls jest tak daleko! Nie doszedłbym nawet do połowy drogi!

– Ależ papo, nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, abyś miał iść pieszo. Musimy, rzecz jasna, pojechać karetą.

– Karetą?! Ależ James nawet nie zechce zaprząc koni na taki kawałeczek! A gdzie się podzieją te biedne zwierzęta, kiedy my będziemy składać wizytę?

– Trafią do stajni pana Westona, papo. Przecież wiesz, że wczoraj wieczorem uzgodniliśmy to wszystko z panem Westonem. A co do Jamesa, to możesz być pewien, że będzie zawsze chętnie jeździł do Randalls, bo jego córka jest tam służącą. Boję się tylko, czy będzie chciał nas wozić gdziekolwiek indziej. To twoja zasługa, papo. To ty załatwiłeś Hannie tę świetną posadę. Nikomu to nawet nie przyszło do głowy, póki ty o niej nie wspomniałeś. James jest ci za to tak ogromnie wdzięczny!

– Bardzo się cieszę, że o niej pomyślałem. Szczęśliwie się złożyło, bo w żadnym wypadku nie chciałbym, żeby biedny James poczuł się zlekceważony. W dodatku jestem pewien, że będzie z niej bardzo dobra służąca. To bardzo miła dziewczyna i ładnie się wyraża, mam o niej wyśmienitą opinię. Ilekroć ją widzę, zawsze dyga i wdzięcznie pyta, jak się miewam. A kiedy przychodziła tutaj dla ciebie haftować, zauważyłem, że zawsze zamykała drzwi jak należy i nigdy nimi nie strzelała. Jestem pewien, że będzie doskonałą służącą, a dla biednej panny Taylor będzie to wielka pociecha, mieć przy sobie kogoś, do kogo jest przyzwyczajona. Za każdym razem, kiedy James pójdzie zobaczyć się z córką, panna Taylor będzie miała od nas wieści. Opowie jej o wszystkim, co się u nas dzieje.

Emma nie szczędziła wysiłków, by podtrzymać ten nieco radośniejszy nastrój i liczyła, że z pomocą partyjki trik-traka jej ojciec w dobrym humorze dotrwa do końca wieczoru i będzie mogła znosić już tylko swój własny żal. Przyniesiono zatem stolik do gry, lecz w tej samej chwili do salonu wszedł gość, który sprawił, że zapomniano o kartach.

Pan Knightley, rozsądny mężczyzna lat mniej więcej trzydziestu siedmiu czy ośmiu – od dawna zaufany przyjaciel rodziny – był także w szczególny sposób z nią związany, będąc starszym bratem męża Izabeli. Mieszkał około milę od Highbury i często u nich bywał, zawsze zresztą będąc mile widzianym gościem. Tym razem jeszcze milej niż zwykle, gdyż wracał właśnie wprost od ich wspólnych krewnych z Londynu. Po kilkudniowej nieobecności powrócił do domu na spóźniony nieco obiad, a teraz przyszedł do Hartfield, by powiedzieć, że na Brunswick Square wszyscy mają się doskonale. Jego wizyta stanowiła szczęśliwy zbieg okoliczności i ożywiła pana Woodhouse’a na jakiś czas. Pan Knightley miał pogodny sposób bycia i zawsze miał dobry wpływ na gospodarza, który w dodatku właśnie otrzymał zadowalające odpowiedzi na swe rozliczne pytania o „biedną Izabelę” i jej dzieci. Na zakończenie pan Woodhouse rzekł z wdzięcznością:

– Bardzo uprzejmie z pana strony, panie Knightley, że wyszedł pan z domu o tak późnej porze, żeby złożyć nam wizytę. Obawiam się, że musiał pan mieć okropny spacer.

– Bynajmniej, sir. Jest piękna, księżycowa noc. I tak ciepła, że muszę teraz odsuwać się od potężnego ognia w pańskim kominku.

– Ale zapewne droga była mokra i błotnista. Oby tylko pan się nie przeziębił!

– Błotnista, sir?! Proszę spojrzeć na moje buty. Ani jednej plamki!

– Cóż, to doprawdy zaskakujące, bo tutaj u nas porządnie popadało. Kiedy jedliśmy śniadanie, przez pół godziny strasznie lało. Chciałem nawet, żeby przełożyli ten ślub na później.

– A tak przy okazji, nie spieszyłem się z gratulacjami, zdając sobie doskonale sprawę, jakiego rodzaju radość musicie oboje odczuwać. Mam jednak nadzieję, że wszystko poszło znośnie. Jak się spisaliście? Kto płakał najgłośniej?

– Ach! Biedna panna Taylor! Przykra sprawa!

– Jeśli pan pozwoli, raczej „biedny pan i panna Woodhouse”, ale w żaden sposób nie mogę stwierdzić „biedna panna Taylor”. Mam wiele szacunku dla pana i Emmy, ale jeśli w grę wchodzi kwestia czyjejś niezależności... Cóż, w każdym razie, z pewnością musi być łatwiej dbać o jedną tylko osobę, niż o dwie.

– Zwłaszcza, jeśli jedna z tych osób jest takim kapryśnym i uciążliwym stworzeniem! – rzekła figlarnie Emma. – To właśnie miał pan na myśli, wiem dobrze. I to właśnie by pan powiedział, gdyby mojego ojca tu nie było.

– Sądzę, że to prawda, moja droga – rzekł z głębokim westchnieniem pan Woodhouse. – Obawiam się, że czasami jestem naprawdę strasznie kapryśny i uciążliwy.

– Ależ najdroższy papo! Nie myślisz chyba, że to o ciebie mi chodziło, ani nie przypuszczasz, że pan Knightley właśnie ciebie miał na myśli! Cóż za okropny pomysł! O nie! Chodziło mi wyłącznie o siebie. Wiesz, że pan Knightley uwielbia mnie żartobliwie krytykować. Zawsze mówimy sobie wszystko, co nam tylko przyjdzie do głowy.

Pan Knightley był rzeczywiście jedną z niewielu osób, które potrafiły dostrzec wady Emmy Woodhouse i jedyną, która kiedykolwiek o nich mówiła. A choć dla samej Emmy nie było to może szczególnie miłe, to i tak wiedziała doskonale, że dla jej ojca byłoby nieporównanie bardziej przykre i nie chciała, by choćby przypuszczał, iż nie wszyscy uważają ją za wcielenie doskonałości.

– Emma wie, że nigdy jej nie schlebiam – rzekł pan Knightley – ale tym razem nie miałem na myśli nikogo konkretnego. Panna Taylor przywykła do tego, że musi troszczyć się o dwie osoby, a teraz będzie dbała tylko o jedną. Z tego wniosek, że musi na tym skorzystać.

– Cóż – rzekła Emma, pragnąc już zakończyć ten niewygodny temat – chciał pan usłyszeć coś o ślubie, a ja chętnie panu o nim opowiem, bo wszyscy spisaliśmy się na medal. Wszyscy stawili się punktualnie i w jak najlepszych nastrojach, nie było ani jednej łzy i niemal ani jednej ponurej miny. Nic z tych rzeczy. Wszyscy czuliśmy, że będziemy mieszkać tylko pół mili od siebie i byliśmy pewni, że będziemy się codziennie widywać.

– Droga Emma tak dobrze to wszystko znosi – rzekł jej ojciec. – Ale, panie Knightley, jest jej naprawdę bardzo przykro, że straciła biedną pannę Taylor i jestem pewien, że jeszcze będzie za nią tęsknić bardziej, niż jej się teraz wydaje.

Emma odwróciła głowę, nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy płakać.

– To oczywiste, że Emma tęskni za taką towarzyszką – rzekł pan Knightley. – Gdybyśmy mogli choćby przypuścić, że jest inaczej, nie lubilibyśmy jej tak bardzo, jak lubimy. Jednak Emma sama wie doskonale, jak korzystne jest dla panny Taylor to małżeństwo, zdaje sobie sprawę, że dla osoby w wieku jej przyjaciółki wielkim szczęściem jest osiąść we własnym domu i wie, jak ważne jest dla niej to, że ma zapewnione dostatnie życie. Musi więc przyznać, że bardziej się cieszy, niż martwi. Każdy prawdziwy przyjaciel panny Taylor musi być rad, że tak szczęśliwie wyszła za mąż.

– Zapomniał pan, że mam jeszcze jeden powód do radości – rzekła Emma – i to nie byle jaki. To ja ich ze sobą skojarzyłam. Tak, to ja ich ze sobą poznałam, wie pan, cztery lata temu. I to, że doszło do tego ślubu, i że mój pomysł okazał się trafny, kiedy tak wiele osób mówiło, że pan Weston nigdy powtórnie się nie ożeni, może być dla mnie pociechą za wszystko, co straciłam.

Pan Knightley pokręcił tylko głową, a jej ojciec z czułością w głosie odparł:

– Ach, moja droga! Wolałbym, żebyś już nie kojarzyła małżeństw i niczego nie przepowiadała, bo wszystko co mówisz zawsze się sprawdza. Proszę, nie kojarz już żadnych małżeństw.

– Obiecuję, papo, że nie znajdę nikogo dla siebie, ale dla innych naprawdę muszę to robić. To najlepsza zabawa pod słońcem! A jeszcze po takim sukcesie, sam rozumiesz... Wszyscy mówili, że pan Weston nigdy nie ożeni się powtórnie. Ależ skąd! Pan Weston, który od tak dawna był wdowcem i wydawało się, że mu całkiem dobrze bez żony i ciągle jest zajęty, albo w swej firmie w mieście, albo wśród przyjaciół. Gdziekolwiek by się nie pojawił, wszędzie był mile widziany i zawsze wesoły. Pan Weston nie musiał spędzać samotnie ani jednego wieczoru w roku, jeśli nie miał na to ochoty. Ależ skąd! O nie! Pan Weston z pewnością nigdy się nie ożeni! Niektórzy mówili nawet coś o obietnicy, jaką podobno złożył umierającej żonie. Inni znowu, że jego syn i wuj nigdy mu na to nie pozwolą. Wygadywano na ten temat najróżniejsze brednie, ale ja w nie ani trochę nie wierzyłam. Od tamtego dnia, mniej więcej przed czterema laty, kiedy panna Taylor i ja spotkałyśmy pana Westona na Broadway Lane i on, ponieważ zaczęło mżyć, popędził ochoczo do sklepu i pożyczył dla nas dwie parasolki, byłam zdecydowana doprowadzić do ich małżeństwa. Już od tamtej chwili planowałam ich ze sobą zeswatać, a skoro w tym przypadku odniosłam tak wielki sukces, to nie myślisz chyba, drogi papo, że powinnam zaprzestać kojarzenia małżeństw.

– Nie rozumiem, co masz na myśli mówiąc, że „odniosłaś sukces” – rzekł pan Knightley. – To zakłada jakiś wysiłek z twojej strony. Wykorzystałaś ten czas właściwie i subtelnie, jeśli rzeczywiście przez ostatnie cztery lata usiłowałaś doprowadzić do tego małżeństwa. Godne zajęcie dla umysłu młodej damy! Lecz jeśli, jak ja to sobie wyobrażam, twoje swatanie tej pary, jak to nazywasz, znaczyło tylko tyle, że planowałaś to małżeństwo i w jakiejś wolnej chwili powiedziałaś sobie: „Sądzę, że byłoby dobrze dla panny Taylor, gdyby pan Weston ją poślubił”, a potem od czasu do czasu to sobie powtarzałaś, to czemu mówisz, że odniosłaś sukces? Gdzie twoja zasługa? Z czego jesteś taka dumna? Udało ci się trafnie odgadnąć, co się stanie i to wszystko, co można o tym powiedzieć.

– A czy pan nigdy nie zaznał uczucia przyjemności i tryumfu, jakie płynie z trafnego odgadywania biegu wypadków? W takim razie, żal mi pana. Sądziłam, że jest pan mądrzejszy, gdyż – proszę mi wierzyć – taki celny strzał nie jest jedynie kwestią szczęścia. Zawsze potrzeba do tego odrobiny talentu. Zaś co do tego mojego niefortunnego słowa „sukces”, o które pan tak się spiera, nie wydaje mi się wcale, bym była zupełnie pozbawiona prawa, by go używać. Nakreślił nam pan tutaj dwa piękne obrazki. Ja jednak sądzę, że może być i trzeci, coś pośredniego pomiędzy jednym a drugim. Gdybym nie dążyła do tego, by pan Weston często u nas bywał, i gdybym go delikatnie nie zachęcała, i nie usuwała pewnych drobnych przeszkód, to koniec końców mogłoby z tego nic nie wyjść. Sądzę, że musi pan już dość dobrze znać zwyczaje Hartfield, żeby to zrozumieć.

– Takiego bezpośredniego i otwartego mężczyznę jak Weston, i taką rozsądną, bezpretensjonalną kobietę jak panna Taylor, można spokojnie pozostawić samym sobie i pozwolić, by sami kierowali własnymi sprawami. Wtrącając się w nie, masz większą szansę, by zaszkodzić samej sobie, niż oddać im przysługę.

– Emma nigdy nie myśli o sobie, jeśli może zrobić coś dobrego dla innych – odparł pan Woodhouse, zrozumiawszy go zaledwie połowicznie. – Ale proszę, moja droga, nie kojarz już więcej małżeństw, małżeństwa to głupota, a na dodatek straszliwie rozbijają rodzinny krąg.

– Jeszcze tylko jeden raz, papo, trzeba to zrobić dla pana Eltona. Biedny pan Elton! Przecież lubisz pana Eltona, papo! Muszę się rozejrzeć za jakąś żoną dla niego. W Highbury nie ma nikogo, kto by na niego zasługiwał, a jest tu już cały rok i tak wygodnie urządził swój dom, że szkoda by było, aby dalej był kawalerem. A dzisiaj, kiedy udzielał im ślubu, pomyślałam sobie, że wyglądał tak, jakby wręcz marzył o tym, by samemu kiedyś stanąć przed ołtarzem. Mam bardzo dobre zdanie o panu Eltonie, a to jedyny sposób, w jaki mogę mu się przysłużyć.

– Pan Elton to rzeczywiście niezwykle przystojny i bardzo dobry, młody człowiek, mam dla niego wiele szacunku. Ale jeśli chcesz mu okazać względy, moja droga, zaproś go do nas kiedyś na obiad. Tak będzie dużo lepiej. Przypuszczam, że i pan Knightley będzie tak uprzejmy, że również przyjdzie, aby się z nim spotkać.

– Z ogromną przyjemnością, sir. W każdej chwili – rzekł pan Knightley z uśmiechem. – I w pełni się z panem zgadzam, że tak będzie dużo lepiej. Zaproś go na obiad, Emmo, i uracz najlepszymi kęsami mięsiwa i ryb, ale pozwól mu samemu wybrać sobie żonę. Możesz mi wierzyć, mężczyzna w wieku dwudziestu sześciu czy siedmiu lat potrafi sam o siebie zadbać.

ROZDZIAŁ II

Pan Weston pochodził z Highbury i wywodził się z szanowanej rodziny, która przez ostatnie dwa czy trzy pokolenia dorabiała się majątku i pozycji towarzyskiej. Odebrał solidne wykształcenie, ale, odziedziczywszy wcześnie niewielki dochód, nie palił się wcale do bardziej przyziemnych zajęć, które pochłaniały jego braci i zaspokajał swój żywy, pogodny umysł oraz towarzyskie usposobienie, zaciągnąwszy się do tworzonej wówczas ochotniczej milicji hrabstwa.

Wszyscy uwielbiali kapitana Westona i kiedy bieg jego wojskowej kariery sprawił, że poznał pannę Churchill, z pewnej słynnej rodziny z Yorkshire, a panna Churchill zakochała się w nim, nikt nie był tym zaskoczony, z wyjątkiem jej brata i bratowej – ludzi bardzo dumnych i mających o sobie wysokie mniemanie – którzy, mimo iż nigdy go nawet nie widzieli, czuli się obrażeni takim związkiem.

Jednakże panna Churchill, będąc już osobą dorosłą i w pełni rozporządzającą swym majątkiem – choć majątek ten był nieporównywalnie skromniejszy od posiadłości rodziny – nie dała się odwieść od tego małżeństwa i ślub rzeczywiście się odbył, ku bezgranicznemu upokorzeniu pana i pani Churchill, którzy, postępując zgodnie ze swymi zasadami, wyparli się jej. Był to jednak niedobrany związek i nie przyniósł młodym wiele szczęścia. Pani Weston powinna była bardziej docenić swój los, gdyż miała męża, którego gorące serce i łagodny temperament sprawiały, że był przekonany, iż w zamian za wielki zaszczyt, jaki mu uczyniła obdarzając go swą miłością, wszystko jej się należy. Ona jednak miała charakter silny, lecz wcale nie łatwy. Wystarczyło jej zdecydowania, by postąpić zgodnie ze swoją wolą nawet wbrew bratu, ale nie miała go już na tyle, by powstrzymać się od nieuzasadnionych wyrzutów wobec równie nieuzasadnionego gniewu tegoż brata, ani od głośnego wyrażania tęsknoty za luksusami swego dawnego domu. Żyli więc z mężem ponad stan, lecz nadal było to nic w porównaniu z przepychem rezydencji w Enscombe; owszem, nie przestała kochać swego męża, ale chciała być zarazem żoną kapitana Westona i panną Churchill z Enscombe.

Z czasem okazało się, że kapitan Weston, o którym sądzono – zwłaszcza w domu państwa Churchillów – iż ożenił się niezwykle wprost szczęśliwie, sam najgorzej na tym wyszedł. Kiedy bowiem jego żona zmarła, po trzech latach małżeństwa, był raczej uboższy niż wcześniej, a przy tym miał na utrzymaniu dziecko. Niebawem jednak został uwolniony od wydatków na rzecz syna. Chłopiec ten, doświadczony chorobą odziedziczoną po matce, w pewnym sensie stał się przyczyną pojednania pomiędzy rodzinami, gdyż tuż po śmierci jego matki, pan oraz pani Churchill, nie mając własnych dzieci, ani żadnych innych równie blisko z nimi spokrewnionych młodych istot, o które mogliby się troszczyć, zaproponowali, że przejmą opiekę nad małym Frankiem. Można przypuszczać, że młody ojciec i wdowiec miał pewne skrupuły i odczuwał niechęć do tego pomysłu, ponieważ jednak wzięły górę inne względy, dziecko zostało oddane pod opiekę państwa Churchillów i ich majątku, a on musiał teraz już sam sobie znaleźć pociechę i w miarę swoich możliwości starać się o poprawę własnej sytuacji.

Zapragnął całkowicie odmienić swoje życie. Wystąpił więc z milicji i zajął się handlem, zwłaszcza, że miał dobrze już sytuowanych braci w Londynie, co dawało mu szanse na obiecujący początek. Była to dziedzina, która przysparzała mu wielu zajęć. Nadal posiadał niewielki dom w Highbury, gdzie spędzał większość wolnych dni. I tak, pomiędzy pożytecznymi zajęciami a towarzyskimi przyjemnościami, upłynęło mu pogodnie kolejne osiemnaście czy dwadzieścia lat życia. Przez ten czas zarobił dosyć pieniędzy, by móc żyć dostatnio, dosyć, by móc kupić niewielką posiadłość, graniczącą z Highbury, czego zawsze pragnął i dosyć, by poślubić kobietę absolutnie pozbawioną posagu, taką jak panna Taylor i żyć zgodnie ze swoją życzliwą oraz towarzyską naturą.

Osoba panny Taylor już od jakiegoś czasu zaczęła wywierać wpływ na jego życiowe plany, ponieważ jednak nie był to zniewalający wpływ jednej młodej osoby na drugą, nie zachwiał on jego postanowieniem, że założy rodzinę dopiero wtedy, gdy będzie go stać na zakup Randalls i od dawna już wyczekiwał, kiedy posiadłość ta będzie na sprzedaż. Trwał niezachwianie przy swoich postanowieniach, nie tracąc z oczu celów, jakie sobie wytyczył, aż w końcu je osiągnął. Dorobił się majątku, kupił własny dom i zyskał żonę. Teraz zaś zaczynał nowy etap życia, który, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, miał przynieść mu więcej szczęścia, niż którykolwiek z poprzednich. Pan Weston nie był nigdy nieszczęśliwy – jego własny temperament uchronił go przed tym nawet podczas pierwszego małżeństwa, lecz dopiero drugi związek miał mu udowodnić, jak rozkoszna może być rozsądna i naprawdę miła kobieta, dostarczyć mu najpiękniejszych dowodów na to, że znacznie lepiej jest samemu wybierać, niż zostać wybranym i wzbudzać wdzięczność, miast samemu ją odczuwać.

Dokonując wyboru, nie musiał nikogo pytać o zdanie: mógł rozporządzać swoim majątkiem, gdyż, jeśli chodzi o Franka, to jego adopcja oznaczała znacznie więcej niż tylko to, że dorastał jako przyszły spadkobierca fortuny swego wujka. Chłopiec przyjął także nazwisko Churchill, gdy tylko osiągnął pełnoletność. Było więc raczej mało prawdopodobne, by potrzebował kiedykolwiek wsparcia ze strony swego ojca. Pan Weston zatem mógł się o to nie martwić. Ciotka chłopca była kobietą kapryśną i rządziła swym mężem, lecz panu Westonowi nie mieściło się w głowie, by jakikolwiek kaprys mógł być dość silny, by wpłynąć na kogoś tak mu drogiego, i to, jak sądził, drogiego mu zasłużenie. Co roku widywał swego syna w Londynie, był z niego dumny, a jego pełne uczucia opowieści o nim, jako o wspaniałym młodzieńcu, sprawiły, że w pewnym sensie całe Highbury było z niego dumne. Uważano, że w wystarczający sposób należy do Highbury, by jego zalety i perspektywy stały się swego rodzaju wspólną sprawą mieszkańców miasteczka.

Pan Frank Churchill był więc jednym z powodów do dumy całego Highbury, które pałało ciekawością, by wreszcie go zobaczyć, zainteresowanie to było jednak na tyle jednostronne, że Frank nigdy jeszcze nie odwiedził swego rodzinnego miasteczka. Często rozprawiano o tym, że ma przybyć z wizytą do ojca, nigdy to jednak nie nastąpiło.

Teraz, po ślubie jego ojca, jednogłośnie stwierdzono, że zapowiadana wizyta powinna wreszcie nastąpić, jako stosowny wyraz szacunku. Wszyscy byli w tej sprawie jednomyślni, zarówno wtedy, gdy pani Perry piła herbatkę z panią i panną Bates, jak i wtedy, gdy pani i panna Bates przychodziły do niej z rewizytą. Teraz właśnie była pora na to, by pan Frank Churchill pojawił się wreszcie wśród nich. Nadzieje na to wzrosły, gdy dowiedziano się, że napisał z tej okazji list do swej macochy. Przez kilka dni, podczas każdej porannej wizyty w Highbury, pojawiały się jakieś plotki o zręcznie napisanym liście, jaki otrzymała pani Weston. „Przypuszczam, że słyszeli państwo o tym pięknym liście, jaki pan Frank Churchill napisał do pani Weston? Rozumiem, że był to naprawdę prześliczny list. Pan Woodhouse mi o nim opowiadał. Pan Woodhouse czytał go nawet i mówi, że nigdy w życiu nie widział tak pięknego listu”.

Rzeczywiście, list ten sprawił wielką przyjemność adresatce. Pani Weston, rzecz jasna, wyrobiła sobie bardzo pozytywne zdanie o tym młodym człowieku, zaś taki przyjemny wyraz szacunku stanowił nieodparty dowód na to, że młodzian ma sporo wyczucia, czym sprawił niezwykle mile widziany dodatek do wszystkich gratulacji, jakie otrzymała już z najprzeróżniejszych źródeł. Poczuła się kobietą wyjątkowo szczęśliwą, sama przy tym doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak wielkie szczęście stało się jej udziałem, skoro jedynym, czego mogła żałować, była częściowa separacja od przyjaciół, którzy nadal darzyli ją ogromną sympatią i którym bardzo jej brakowało.

Wiedziała, że czasami muszą za nią tęsknić, nie mogła myśleć bez bólu o tym, że Emma utraci jedną choćby przyjemność lub będzie musiała znosić godzinę nudy ze względu na brak jej towarzystwa. Lecz droga Emma nie była bynajmniej osobą słabego charakteru, była w stanie znieść tę sytuację lepiej, niż większość dziewcząt na jej miejscu i miała dość rozsądku, energii i humoru, aby można było mieć nadzieję, że pozwolą jej one szczęśliwie przetrwać niewielkie problemy i wyrzeczenia wynikłe z tego rozstania. Można się było ponadto pocieszać również i tym, że Randalls i Hartfield dzielił tak niewielki dystans, łatwy do pokonania nawet dla samotnie spacerującej kobiety, a także sytuacją i usposobieniem pana Westona, które sprawiały, że zbliżająca się zima w niczym nie miała przeszkodzić temu, by pani Weston i Emma spędzały razem połowę wieczorów w tygodniu.

Pani Weston uważała odmianę swego losu za bardzo szczęśliwą. Chwile żalu były bardzo krótkie, zaś jej zadowolenie, ba! znacznie więcej niż zadowolenie: jej radość, była tak dalece oczywista i widoczna, że Emma, choć dobrze znała swego ojca, czasem nadal bywała zaskoczona tym, że wciąż jest on w stanie żałować „biednej panny Taylor”, kiedy zostawiali ją w Randalls pośród wszystkich wygód domowego ogniska, lub gdy wieczorem patrzyli jak odjeżdża do domu, w towarzystwie niezwykle uprzejmego męża, pomagającego jej wsiąść do własnego powozu. Mimotego nie zdarzyło się nigdy, by po jej wyjeździe pan Woodhouse nie westchnął cicho i nie powiedział: „Ach! Biedna panna Taylor! Bardzo chętnie by tu została”.

Nie było jednak możliwości odzyskania panny Taylor, ani też większego prawdopodobieństwa, że przestanie jej żałować. Jednak kilka następnych tygodni przyniosło panu Woodhouse’owi niejaką ulgę. Skończyły się wreszcie gratulacje ze strony sąsiadów, nie drażniło go już, że życzy mu się wiele radości z powodu tak przykrego dlań zdarzenia, zaś tort weselny, który był dlań wielkim zmartwieniem, został już zjedzony, co do ostatniego kęsa. Jego własny żołądek nie mógł znieść niczego ciężej strawnego i za nic w świecie nie był w stanie uwierzyć, że inni różnią się od niego w tym względzie. Uważał, iż to, co było niezdrowe dla niego, było również niewskazane dla wszystkich, dlatego też gorliwie usiłował odwieść młodych od pomysłu pieczenia weselnego tortu, a kiedy okazało się to daremne, równie gorliwie usiłował nie dopuścić do tego, by ktokolwiek go jadł. Zadał sobie nawet tyle trudu, by poradzić się w tej sprawie aptekarza, pana Perry’ego. Pan Perry był inteligentnym, kulturalnym człowiekiem, którego częste wizyty stanowiły jedną z rozrywek w życiu pana Woodhouse’a. Kiedy się doń zwrócił, ten musiał przyznać (choć, jak się zdawało, nieco wbrew własnym inklinacjom), że tort rzeczywiście może zaszkodzić wielu gościom – może nawet większości – o ile nie będą jedli go z umiarem. Dzięki takiej właśnie opinii, potwierdzającej jego własne zdanie, pan Woodhouse miał nadzieję wpłynąć na każdego z gości nowożeńców – niestety, mimo tego tort został zjedzony, a poczciwy staruszek nie zaznał spokoju, dopóki z ciasta nie zostało ani okruszyny.

W Highbury krążyła później dziwna plotka, iż widziano pociechy pana Perry’ego zajadające się weselnym tortem pani Weston. Pan Woodhouse za nic w świecie nie chciał w to uwierzyć.

ROZDZIAŁ III

Pan Woodhouse na swój sposób cenił sobie towarzystwo. Bardzo lubił, gdy jego przyjaciele przychodzili go odwiedzić, a z wielu powodów, takich jak jego wieloletnie rezydowanie w Hartfield, dobroć jego natury, jego majątek, dom i córka, mógł, kiedy tylko przyszła mu na to ochota, zorganizować spotkanie swego własnego, wąskiego kręgu przyjaciół. Z rodzinami spoza tego kręgu właściwie nie utrzymywał żadnych stosunków. Jego strach przed siedzeniem do późna i przed wystawnymi bankietami w licznym gronie sprawiał, że nie nadawał się do utrzymywania znajomości innych niż te, w ramach których znajomi chcieli odwiedzać go na jego własnych warunkach. Na szczęście dla niego w Highbury, wraz z należącym do tej samej parafii majątkiem Randalls oraz posiadłością Donwell Abbey w parafii sąsiedniej – rezydencją pana Knightley’a – było takich wielu. Nierzadko, za namową Emmy, zapraszał kilkoro starannie dobranych i najlepszych spośród nich, by towarzyszyli mu przy obiedzie. Wolał jednak wieczorne przyjęcia, i, o ile nie wyimaginował sobie właśnie znowu, że nie jest w stanie podejmować gości, nie było prawie wieczoru w tygodniu, by Emma nie mogła skompletować mu karcianego stolika.

Szczery, wieloletni szacunek sprowadzał doń państwa Westonów i pana Knightley’a, nie było zaś obawy, by i pan Elton, młody człowiek mieszkający samotnie i nie znoszący swej samotności, wyrzekł się przywileju zamiany któregoś wolnego wieczoru swej ponurej egzystencji na eleganckie spotkanie towarzyskie w salonie pana Woodhouse’a i uśmiechy jego ślicznej córki.

Po nich następowało kolejne towarzyskie grono. Do najbardziej przystępnych i skłonnych do odwiedzin osób należały tu pani i panna Bates oraz pani Goddard, trzy damy zawsze niemal gotowe skorzystać z zaproszenia do Hartfield. Przywożono i odwożono je tak często, że pan Woodhouse przestał uważać te przejażdżki za jakiekolwiek obciążenie dla Jamesa czy koni. Gdyby natomiast zdarzało się to tylko raz do roku, miałby nie lada zmartwienie.

Pani Bates, wdowa po poprzednim pastorze Highbury, była leciwą już damą, której z rozrywek została jedynie herbatka i kadryl. Mieszkała bardzo skromnie ze swą niezamężną córką i traktowana była z całym poważaniem oraz szacunkiem, jaki tylko wzbudzać może nieszkodliwa matrona w tak pożałowania godnej sytuacji. Jej córka również cieszyła się niezwykłą wprost popularnością jak na kobietę wcale nie młodą, piękną, bogatą czy nawet zamężną. Panna Bates pozornie miała najmniejsze szanse, by móc zaskarbić sobie względy lokalnej społeczności, nie posiadała również tej błyskotliwości intelektu, która mogłaby jej zrekompensować brak urody i zmuszać niechętnych jej ludzi do okazywania szacunku. Nigdy nie mogła się poszczycić ani urodą, ani rozumem. Młodość jej upłynęła bez żadnych szczególnych wydarzeń, a swój wiek średni poświęciła trosce o podupadającą na zdrowiu matkę i wysiłkom, by skromny dochód wystarczał im na wszystkie niezbędne wydatki. Mimo tego, była szczęśliwą kobietą, której imię każdy wymawiał z ogromną życzliwością. To jej własna dobroć wobec innych i pogodne usposobienie działały takie cuda. Uwielbiała wszystkich i troszczyła się o szczęście każdego, w lot dostrzegała cudze zalety, a samą siebie uważała za najszczęśliwszą istotę, obsypaną niezwykłymi wprost darami losu w postaci wspaniałej matki i tak wielu cudownych sąsiadów, przyjaciół oraz domu, w którym niczego nie brakowało. Jej pogodna i prosta natura, jej wiecznie pełen zadowolenia i wdzięczności nastrój, podbijały serca wszystkich, stanowiąc dla niej samej niewyczerpane źródło szczęścia. Potrafiła paplać bez końca o błahych sprawach, co w pełni odpowiadało panu Woodhouse’owi, który zawsze miał na podorędziu mnóstwo banałów i nieszkodliwych plotek.

Pani Goddard była właścicielką pensji – nie, nie szkoły prywatnej czy też państwowej placówki, ani też żadnej instytucji, która obiecywała, w rozwlekłych zdaniach, pełnych wyszukanych bredni, łączyć sztuki wyzwolone z wytwornymi manierami zgodnie z nowymi zasadami i systemami nauczania, a w której młode damy, za olbrzymie pieniądze, mogły jedynie stracić zdrowie i stać się próżne. Była właścicielką prawdziwej, uczciwej, staromodnej szkółki z internatem, gdzie sprzedawano za rozsądną cenę równie rozsądny zakres umiejętności, i dokąd można było wysyłać dziewczęta, by nie zawadzały w domu, a przy tym zdobyły jakie takie wykształcenie, bez ryzyka, że powrócą przekonane, iż są cudownymi dziećmi. Szkoła pani Goddard cieszyła się doskonałą opinią, zresztą bardzo słusznie: Highbury uważano bowiem za okolicę o szczególnie zdrowym klimacie, pani Goddard miała przestronny dom i ogród i dawała dzieciom mnóstwo pożywnej strawy, latem pozwalając im zażywać ruchu, a zimą własnoręcznie opatrując im odmrożenia.

Nic zatem dziwnego, że do kościoła podążał za nią parami orszak czterdziestu młodych panien. Była prostą kobietą i miała w sobie coś matczynego, w młodości ciężko pracowała, a teraz uważała, że ma prawo od czasu do czasu zrobić sobie święto w postaci wyjścia gdzieś na herbatkę, a ponieważ niejedno zawdzięczała uprzejmości pana Woodhouse’a, zawsze była dlań gotowa opuścić swój schludny salon obwieszony robótkami, by wygrać lub przegrać przy jego kominku kilka sześciopensówek.

Te właśnie damy bardzo często udawało się Emmie zgromadzić w Hartfield i ze względu na ojca, wielce była z tego rada, jeśli jednak chodziło o nią samą, to ich towarzystwo nie stanowiło żadnego lekarstwa na brak pani Weston. Była zachwycona, widząc, iż ojciec jest w dobrym humorze i bardzo zadowolona z siebie, że udało jej się wszystko tak dobrze zorganizować. Lecz przyziemne i błahe rozmowy trzech kobiet tego pokroju sprawiały, iż czuła, że każdy spędzony w ten sposób wieczór jest właśnie jednym z tych długich, nudnych wieczorów, jakich nadejścia tak się obawiała. Gdy pewnego ranka siedziała w domu, oczekując takiego właśnie zakończenia dnia, nadeszła wiadomość od pani Goddard, z uniżoną prośbą, by wolno jej było przyprowadzić ze sobą pannę Smith. Prośba ta była mile widziana, gdyż panna Smith była siedemnastolatką, którą Emma bardzo dobrze znała z widzenia, i która od dłuższego czasu wzbudzała jej zainteresowanie z uwagi na swą niezwykłą urodę. Odesłano więc bardzo uprzejme zaproszenie, a piękna pani domu przestała już drżeć z obawy na myśl o nadchodzącym wieczorze.

Harriet Smith była czyjąś nieślubną córką. Ten ktoś umieścił ją przed kilkoma laty na pensji u pani Goddard, a niedawno sprawił, że ze zwykłej uczennicy z internatu stała się rezydentką domu właścicielki. Było to wszystko, co powszechnie wiedziano na jej temat. Nie miała widocznie żadnych przyjaciół, oprócz tych, których pozyskała sobie w Highbury. Teraz wróciła właśnie z długiego pobytu na wsi, u dwóch młodych dam, które były niegdyś wraz z nią na pensji.

Była bardzo ładną dziewczyną, a przy tym tak się złożyło, że jej uroda była tego rodzaju, jaki Emma najbardziej sobie ceniła. Panna Smith była niska, o pełnych kształtach i jasnej karnacji, w bujnym rozkwicie młodości, z niebieskimi oczyma, jasnymi włosami i regularnymi rysami, a jej spojrzenie było niezwykle słodkie i łagodne. Zanim zaś wieczór dobiegł końca, Emma była już zachwycona zarówno jej manierami, jak i nią samą i właściwie zdecydowana kontynuować świeżo zawartą znajomość.

W wypowiedziach panny Smith nie uderzyło jej co prawda nic szczególnie mądrego, ale i tak uznała ją za osobę bardzo ujmującą, miłą i pozbawioną przesadnej nieśmiałości, skorą do rozmowy, a zarazem, jakże daleką od natręctwa. Dziewczyna okazywała przy tym Emmie należny i stosowny szacunek. Najwyraźniej była pełna wdzięczności za to, że zaproszono ją do Hartfield. W dodatku, będąc przyzwyczajoną do nieco mniej wykwintnego stylu życia, wyrażała tak niekłamany podziw dla wszystkiego, co wokół siebie widziała, że Emma uznała ją bez wahania za rozsądną osobę, która niewątpliwie zasługuje na wsparcie. Nie należało jej zatem tego wsparcia odmawiać. Te łagodne, niebieskie oczy i wszystkie naturalne wdzięki nie powinny się marnować w podrzędnych kręgach towarzyskich z Highbury i okolic. Znajomości, które panna Smith do tej pory zawarła, zapewne nie były jej godne. Przyjaciółki, z którymi właśnie się rozstała, choć były poczciwymi dziewczętami, z pewnością tylko jej szkodziły. Pochodziły one z rodziny nazwiskiem Martin, którą Emma dobrze znała z opowiadań, wiedziała, że Martinowie mieszkają w parafii Donwell i wynajmują dużą farmę pana Knightley’a. Znała ich jako godnych zaufania dzierżawców. Wiedziała, że pan Knightley wysoko ich ceni, ale muszą zapewne być prości i nieokrzesani i nie nadają się na zażyłych przyjaciół dziewczyny, której brakuje tylko jeszcze odrobiny wiedzy i elegancji, by stała się wręcz doskonała. Osobiście zatem się nią zainteresuje, sama ją udoskonali, sama wybawi ją od niefortunnych znajomości i wprowadzi ją w odpowiednie towarzystwo, ona ukształtuje jej opinie i maniery. Będzie to przedsięwzięcie interesujące i, bez wątpienia, bardzo uprzejme z jej strony, a przy tym wielce stosowne wobec jej własnej życiowej sytuacji, mnóstwa wolnego czasu i ogromnych możliwości.

Tak bardzo zajęta była podziwianiem tych łagodnych, niebieskich oczu, mówieniem, słuchaniem i snuciem takich właśnie planów, że wieczór minął jej niezwykle szybko i stół, na jakim podawano kolację, stanowiącą zawsze ostatni element takich przyjęć, którego zwykle nie mogła się doczekać, był już nakryty i gotowy, a nawet przysunięty w stronę kominka, zanim się zorientowała. Wówczas, z gotowością przekraczającą u niej zwykłe, instynktowne niemal dążenie, by wszystko zrobić wzorowo i z uwagą, szczerze zachwycona własnym pomysłem, zaczęła pełnić obowiązki pani domu przy tym posiłku, częstując i polecając wszystkim pasztet z kurczaka oraz ostrygi smażone w muszelkach, nalegając przy tym usilnie, gdyż wiedziała, że pora jest jeszcze zbyt wczesna, a jej goście będą, przez grzeczność, okazywać wahania i skrupuły.

Przy takich okazjach panem Woodhouse targały sprzeczne uczucia. Uwielbiał, kiedy nakrywano do stołu, gdyż było to modne za czasów jego młodości, lecz jego przekonanie, że jedzenie kolacji jest bardzo niezdrowe, sprawiało, że było mu właściwie przykro, gdy widział, że cokolwiek podaje się na stół i podczas, gdy przez wrodzoną gościnność, pragnął nakarmić swych gości wszelkimi smakołykami, jego troska o ich zdrowie kazała mu się zamartwiać na myśl, że w ogóle będą coś jedli o tak późnej porze.

Wszystkim, co mógł ze spokojem sumienia polecić, była miseczka rzadkiego kleiku, takiego, jaki sam jadał. Zdarzało się jednak, że gdy panie w spokoju pochłaniały przeróżne smakołyki, nie mógł się powstrzymać, by nie powiedzieć:

– Pani Bates, pozwoli pani, że zaproponuję, by spróbowała pani jednego z tych jajek. Jajko ugotowane porządnie na miękko nie jest niezdrowe. Nasza Serle zna się na gotowaniu jajek jak nikt inny. Nie polecałbym jajka gotowanego przez kogoś innego, ale naprawdę nie musi się pani obawiać, te są bardzo małe, sama pani widzi. Jedno z naszych małych jajeczek pani nie zaszkodzi. Panno Bates, niech Emma ukroi pani mały kawałek placka... taki mały kawałeczek. Mamy wyłącznie świeże szarlotki. W tym domu nie musi się pani obawiać żadnych niezdrowych konfitur. Kremu nie polecam. Pani Goddard, co pani powie na pół kieliszka wina? Takie niewinne pół kieliszka, rozcieńczone szklanką wody? Nie sądzę, by mogło pani zaszkodzić.

Emma pozwalała ojcu mówić, lecz dbała, by jej gościom nie brakowało znacznie bardziej wykwintnych przysmaków, a tego właśnie wieczora miała tę satysfakcję, że odjechali szczególnie zadowoleni. Zwłaszcza ogromny zachwyt panny Smith całkowicie odpowiadał zamierzeniom Emmy. Panna Woodhouse była wszak w Highbury tak ważną osobistością, że perspektywa, iż zostanie jej przedstawiona, niosła z sobą tyleż strachu, co satysfakcji, lecz skromna i wdzięczna za wszystko młoda dziewczyna odjechała podniesiona na duchu i zachwycona uprzejmością, z jaką panna Woodhouse traktowała ją przez cały wieczór. Ba! Na pożegnanie nawet uścisnęła jej dłoń!

ROZDZIAŁ IV

Częsta obecność Harriet Smith w Hartfield stała się wkrótce czymś oczywistym. Emma, jak zwykle szybka i zdecydowana we wszystkim co robiła, nie traciła ani chwili czasu, zapraszając ją, ośmielając i namawiając, by przychodziła jak najczęściej. W miarę jak ich znajomość się pogłębiała, wzrastała również obustronna z niej satysfakcja. Emma bardzo szybko dostrzegła, że może znaleźć w Harriet niezwykle użyteczną towarzyszkę spacerów. W tym względzie, bowiem, brak pani Weston bardzo dawał jej się we znaki. Ojciec Emmy nigdy nie zapuszczał się dalej niż do parkowego żywopłotu, gdzie dwie kwatery wystarczały mu za długi lub krótki spacer, w zależności od pory roku, tak więc od czasu ślubu pani Weston, Emma zażywała zbyt mało ruchu. Raz wybrała się samotnie do Randalls, ale nie było to zbyt przyjemne. Taka Harriet Smith, którą mogła w każdej chwili zabrać z sobą na spacer była cennym dodatkiem do jej rozrywek. Lecz im częściej ją widywała, pod każdym względem ceniła ją coraz bardziej i utwierdzała się w swych życzliwych wobec niej zamysłach.

Harriet nie była z pewnością zbyt rozgarnięta, lecz miała słodkie, uległe i wdzięczne usposobienie, któremu obce było wszelkie zarozumialstwo. Pragnęła jedynie znaleźć życiowego przewodnika w kimś, kto by jej imponował. Emmie bardzo schlebiało, że młoda dziewczyna tak szybko się do niej przywiązała, zaś jej skłonność do przebywania w dobrym towarzystwie i zdolność doceniania wszystkiego, co mądre i eleganckie dowodziła, że nie brakowało jej gustu, choć nie można było od niej oczekiwać nadmiernego polotu. Ogólnie rzecz biorąc, Emma była prawie przekonana, że Harriet Smith jest dokładnie taką młodą przyjaciółką, jakiej było jej trzeba; czymś, czego brakowało jej w Hartfield. Przyjaciółka taka jak pani Weston pozostawała nadal poza wszelką konkurencją. Nigdy nie można by było otrzymać w darze od losu dwóch takich jak ona. Lecz Emma dwóch takich wcale nie potrzebowała. Z panią Weston łączyło ją coś zupełnie innego, uczucie odmienne i niezależne od ich życiowej sytuacji. Panią Weston darzyła szacunkiem, który miał swe podstawy we wdzięczności i poważaniu. Harriet zaś będzie uwielbiać jako kogoś, komu może być pomocna. Dla pani Weston nie można było zrobić nic, dla Harriet – wszystko.

Jej pierwsze próby przyjścia z pomocą nowej przyjaciółce polegały na tym, że usiłowała dociec, kim byli rodzice Harriet. Sama Harriet nie miała o tym zielonego pojęcia. Była gotowa rozmawiać z Emmą o wszystkim, lecz wszelkie pytania w tej kwestii były daremne. Emma zmuszona była w końcu poprzestać na snuciu domysłów, nigdy jednak nie mogła jakoś uwierzyć, że będąc na miejscu Harriet, nie zdołałaby dowiedzieć się prawdy. Harriet nie miała w sobie za grosz dociekliwości. Poprzestawała na tym, że słuchała i wierzyła w to wszystko, co zechciała jej powiedzieć pani Goddard, nie próbowała drążyć głębiej.

Pani Goddard, nauczycielki oraz dziewczęta i, ogólnie rzecz biorąc, sprawy szkoły stanowiły rzecz jasna większość poruszanych przez nie tematów, i gdyby nie znajomość Harriet z rodziną Martinów z farmy Abbey-Mill, ich rozmowy musiałyby się do tychże tematów ograniczać. Lecz Martinowie zajmowali sporo miejsca w myślach Harriet, spędziła u nich dwa cudowne miesiące i teraz uwielbiała wprost opowiadać o wszystkich rozrywkach jakich zakosztowała podczas tego pobytu i opisywać rozliczne wygody oraz wspaniałości ich gospodarstwa. Emma zachęcała ją jedynie, by mówiła jeszcze więcej, rozbawiona takim obrazem innego rodzaju istot i zachwycona młodzieńczą prostotą swej towarzyszki, która mogła z takim przejęciem mówić o tym, że pani Martin ma „aż dwa salony, dwa bardzo piękne salony; jeden prawie tak wielki, jak salon pani Goddard, i starszą służącą, która jest już u niej od dwudziestu pięciu lat, a państwo Martinowie mają aż osiem krów, w tym dwie rasy Alderney i jedną młodą krowę walijską, naprawdę śliczną walijską krówkę. A pani Martin powiedziała, że skoro ta krówka tak się Harriet podoba, to będzie się odtąd nazywała »krówką Harriet«. I mają w ogrodzie bardzo piękną altanę, w której pewnego dnia, w przyszłym roku, spotkają się wszyscy na herbatkę, bardzo piękną altanę, tak dużą, że może pomieścić aż dwanaście osób”.

Przez jakiś czas Emmę po prostu bawiła ta gadanina i nie zastanawiała się nad nią głębiej. Lecz kiedy już z czasem dowiedziała się więcej o tej rodzinie, zrodziły się w niej inne uczucia. Otóż okazało się, iż myliła się sądząc, że w domu mieszkali razem: matka, córka, syn i jego żona, lecz gdy dotarło do niej, że ów pan Martin, który odgrywał niepoślednią rolę w opowieści Harriet i zawsze wspominany był z aprobatą dla wielkiej życzliwości, jaką jej okazywał, robiąc to czy tamto, jest kawalerem, i że nie ma wcale żadnej młodej pani Martin, jego żony, zaczęła podejrzewać, iż jej biednej młodej przyjaciółce grozi jakieś niebezpieczeństwo, czające się poza tą gościnnością i uprzejmością, i że, jeśli się jej nie weźmie pod opiekę, Harriet może pogrążyć się raz na zawsze.

Pod wpływem tego niepokojącego przeczucia zaczęła zadawać Harriet coraz więcej pytań o pewne rzeczy i tak kierowała rozmową, by jej przyjaciółka mówiła jak najwięcej o panu Martinie, co zresztą najwyraźniej sprawiało jej przyjemność. Harriet z wielką ochotą opowiadała o jego udziale w ich spacerach przy księżycu, wesołych wieczornych zabawach i sporo rozwodziła się nad tym, jaki to on był zabawny i usłużny. Pewnego dnia przeszedł nawet całe trzy mile, żeby przynieść jej trochę włoskich orzechów, ponieważ kiedyś mu powiedziała, że bardzo je lubi, w ogóle nadskakiwał jej jak mógł. Pewnego wieczora ściągnął do salonu syna pasterza swych stad, tylko po to, żeby dla niej zaśpiewał. Bardzo lubiła śpiew. On sam też trochę umiał śpiewać. Sądziła, że jest bardzo mądry i na wszystkim się zna. Miał też bardzo dorodne stada i kiedy u nich mieszkała, zarobił na wełnie więcej, niż ktokolwiek inny w całej okolicy. Uważała, że wszyscy dobrze się o nim wyrażali. Jego matka i siostry bardzo były do niego przywiązane. Pani Martin powiedziała jej pewnego dnia (rumieniąc się przy tym nieco), że nie można już doprawdy mieć lepszego syna, dlatego jest pewna, że kiedy już zechce się ożenić, będzie z niego równie dobry mąż. Co nie znaczy, by ona sama chciała, żeby się ożenił. Wcale jej się z tym nie spieszyło.

– Brawo, pani Martin! – pomyślała Emma. – Doskonale pani wie, co robi.

A kiedy już od nich wyjechała, pani Martin była tak uprzejma, że przesłała pani Goddard piękną gąskę – najpiękniejszą, jaką pani Goddard kiedykolwiek widziała. Pani Goddard przyrządziła ją w którąś niedzielę i zaprosiła wszystkie trzy nauczycielki: pannę Nash, pannę Prince i pannę Richardson na obiad.

– Pan Martin nie jest jak sądzę człowiekiem, który dysponowałby wiedzą spoza własnej dziedziny? Chyba nie czyta?

– Ależ tak! To znaczy... nie. Zresztą sama nie wiem. Ale sadzę, że przeczytał całkiem sporo. Ale raczej nie takie rzeczy, jakie pani sobie ceni. Czytuje „Wiadomości” rolnicze i jeszcze jakieś książki, które leżą na parapecie przy oknie. Ale wszystkie takie rzeczy czyta sobie po cichu. Za to czasem, z wieczora, zanim siadaliśmy do kart, miał zwyczaj czytywać na głos fragmenty z „Ech salonów”, niektóre bardzo zabawne. I wiem też, że zna „Plebana z Wakefield”. Nigdy za to nie czytał „Opowieści leśnych”, ani „Dzieci z opactwa”. W ogóle nawet nie słyszał o tych książkach, dopóki o nich nie wspomniałam, ale teraz postanowił je zdobyć tak szybko, jak tylko będzie mógł.

Następne pytanie brzmiało:

– A jak też wygląda pan Martin?

– Och! Nie jest szczególnie przystojny. Wcale nie jest przystojny. Na początku sądziłam, że jest wręcz bardzo przeciętnej urody, ale teraz już tak nie uważam. Wie pani, po jakimś czasie już się tak o nim nie myśli. Czyżby go pani nigdy nie widziała? Co jakiś czas bywa w Highbury i na pewno przejeżdża tędy co tydzień w drodze do Kingston. Niejeden raz panią mijał.

– Bardzo możliwe i być może widziałam go dziesiątki razy, nie mając jednak pojęcia, jak się nazywa. Młody farmer, czy to na koniu, czy pieszo, to ostatnia osoba, która mogłaby wzbudzić moją ciekawość. Czuję, że farmerzy to tego rodzaju warstwa ludzi, z którą nie mogłabym mieć absolutnie nic wspólnego. Gdyby to był ktoś stojący o jedną czy dwie klasy niżej, a jego wygląd wzbudzałby zaufanie, mógłby mnie zainteresować, mogłabym mieć nadzieję, że w taki czy inny sposób zdołam pomóc jego rodzinie. Ale farmer nie potrzebuje żadnej pomocy z mojej strony, dlatego też, w pewnym sensie, z jednej strony stoi w hierarchii społecznej zbyt wysoko, bym miała zwrócić na niego uwagę, zaś z drugiej strony zbyt nisko, by mógł mnie zainteresować.

– O tak! Zapewne. Mało prawdopodobne, żeby pani kiedykolwiek zwróciła na niego uwagę, ale on panią naprawdę bardzo dobrze zna, to znaczy oczywiście z widzenia.

– Nie wątpię, że jest bardzo porządnym młodym człowiekiem. Wiem nawet, że tak jest i jako takiemu, dobrze mu życzę. Jak sądzisz, ile on może mieć lat?

– Ósmego czerwca skończył dwadzieścia cztery, a ja mam urodziny dwudziestego trzeciego: tylko dwa tygodnie i jeden dzień różnicy! To wprost niezwykłe.

– Tylko dwadzieścia cztery... Czyli jest za młody, aby się ustatkować. Jego matka ma zupełną słuszność, że się z tym nie spieszy. Zdaje się zresztą, że jest im dobrze ze sobą, tak jak jest i gdyby miała zadać sobie trochę trudu, żeby go ożenić, pewnie by tego potem żałowała. Za jakieś sześć lat, jeśli uda mu się trafić na porządną młodą kobietę z tej samej warstwy społecznej co on i z odrobiną grosza, może to być bardzo korzystne małżeństwo.

– Za sześć lat?! Ależ droga panno Woodhouse, on będzie miał wtedy trzydziestkę!

– No cóż, większość mężczyzn i tak może pozwolić sobie na małżeństwo najwcześniej w wieku trzydziestu lat, o ile nie odziedziczyli stałego dochodu. Pan Martin, jak sądzę, musi dopiero dorobić się własnego majątku i z pewnością jeszcze mu do tego daleko. Wszelkie pieniądze jakie mógł odziedziczyć, gdy zmarł jego ojciec, i jego udział w majątku rodziny zostały, jak przypuszczam, zainwestowane w stada i tym podobne rzeczy. A chociaż, przy sporej gospodarności i odrobinie szczęścia, może z czasem stać się człowiekiem zamożnym, jest prawie niemożliwe, żeby już teraz miał odłożony jakiś majątek.

– Rzeczywiście, jest dokładnie tak jak pani mówi. Ale państwo Martinowie żyją bardzo wygodnie. Nie mają tylko lokaja, ale poza tym niczego im nie brakuje, a pani Martin mówi, że zatrudnią jakiegoś chłopca w przyszłym roku.

– Chciałabym, żebyś uniknęła kłopotów, Harriet, kiedy on już się ożeni, to znaczy, żebyś nie została zaznajomiona z jego żoną. Chociaż do jego sióstr, które odebrały porządne wykształcenie, właściwie nie można mieć zastrzeżeń. Wcale z tego nie wynika, by on sam mógł poślubić kogoś godnego twej uwagi. Problem twego pochodzenia powinien kazać ci szczególnie uważać na to, z kim się zadajesz. Nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że jesteś córką człowieka z wyższych sfer i musisz ze wszystkich sił dążyć do tego, by za taką cię uważano, bo inaczej znajdzie się całe mnóstwo ludzi, którzy będą znajdować przyjemność w poniżaniu cię.

– Tak, sądzę, że z pewnością i teraz już są tacy. Ale dopóki odwiedzam Hartfield, a pani jest dla mnie taka uprzejma, panno Woodhouse, nie boję się niczego, co mogliby zrobić.

– Widzę, Harriet, że doskonale rozumiesz, czego mogą dokonać towarzyskie wpływy. Ale ja chciałabym, żebyś miała tak mocną pozycję towarzyską, która uniezależniłaby cię nawet od Hartfield i panny Woodhouse. Chcę, żebyś nawiązała odpowiednie stosunki, a w tym celu najlepiej będzie, abyś miała jak najmniej przypadkowych znajomości. Dlatego właśnie mówię, że jeśli nadal będziesz przebywać w okolicy, gdy pan Martin się ożeni, chciałabym, żebyś poprzez twoją zażyłość z jego siostrami nie została wciągnięta w znajomość z jego żoną, która będzie prawdopodobnie jedynie córką jakiegoś farmera, bez żadnego wykształcenia.

– Oczywiście... Tak... Choć wcale nie sądzę, że pan Martin poślubiłby kogoś, kto nie miałby żadnego wykształcenia i nie był dobrze wychowany. Jednakże nie chcę się z panią kłócić... I jestem pewna, że nie będę sobie życzyła poznać jego żony. Zawsze będę żywiła wielki szacunek dla obu jego sióstr, zwłaszcza dla Elżbiety i będzie mi bardzo przykro zerwać z nimi kontakty, bo są niemal tak dobrze wykształcone jak ja. Ale jeśli on poślubi jakąś niedouczoną, prostą kobietę, to oczywiście będzie lepiej, żebym jej nie odwiedzała, jeśli tylko zdołam tego uniknąć.

Emma obserwowała ją czujnie podczas tej pełnej wahania przemowy, ale nie dostrzegła żadnych niepokojących symptomów zakochania. Ten młody człowiek był pierwszym adoratorem Harriet, ale ufała, że nie kryło się za tym nic więcej i że dziewczyna nie będzie zbyt długo opierała się jej własnym planom.

Pana Martina spotkały następnego dnia, kiedy wyszły na spacer drogą do Donwell. Był pieszo i spojrzawszy na Emmę z wielkim szacunkiem, patrzył już tylko z niekłamanym podziwem na jej towarzyszkę. Emmie wcale nie przeszkadzało, że miała taką okazję, by mu się przyjrzeć z bliska i podczas gdy oni pogrążeni byli w rozmowie, ona, idąc kilka jardów przed nimi, dzięki swemu bystremu i nawykłemu do obserwacji oku, niebawem wiedziała już dość sporo o panu Robercie Martinie. Prezentował się bardzo schludnie i wyglądał na rozsądnego młodego człowieka, ale poza tym nie miał już żadnych innych zalet. Uznała, iż jeśli porównywać go z prawdziwymi dżentelmenami, z pewnością straci w oczach Harriet cały swój urok. Harriet nie była bynajmniej nieczuła na dobre maniery, sama z podziwem i zdumieniem zauważyła, jak subtelny jest pan Woodhause. Pan Martin, zaś, wyglądał tak, jakby nie miał pojęcia o dobrych manierach.

Rozmawiali ze sobą zaledwie parę minut, gdyż trudno było kazać czekać pannie Woodhouse. Potem Harriet przybiegła do niej z uśmiechem na twarzy, cała drżąca i zaaferowana, czemu panna Woodhouse miała nadzieję już niebawem położyć kres.

– Proszę tylko pomyśleć, że też akurat zdarzyło nam się go spotkać! Jakież to niezwykłe! Powiedział, że to szczęśliwy zbieg okoliczności, że nie poszedł dookoła, przez Randalls. Nie wiedział, że chodzimy tędy na spacery. Sądził, że przeważnie spacerujemy właśnie w stronę Randalls. Nie udało mu się jeszcze zdobyć Opowieści leśnych. Kiedy ostatni raz był w Kingston, był tak bardzo zajęty, że zupełnie o tym zapomniał, ale jutro znowu tam jedzie. Jakież to niezwykłe, że udało nam się go spotkać! Cóż, panno Woodhouse, czy jest taki, jak się pani spodziewała? Co pani o nim sądzi? Uważa pani, że rzeczywiście jest taki brzydki?

– Rzeczywiście, jest brzydki, nie ma co do tego wątpliwości, ale to doprawdy jeszcze nic w porównaniu z jego kompletnym brakiem ogłady. Nie miałam prawa zbyt wiele się po nim spodziewać, i wcale się nie spodziewałam, nie miałam jednak pojęcia, że może być aż takim prostakiem, zupełnie pozbawionym prezencji. Przyznaję, iż wyobrażałam sobie, że bliżej mu nieco do prawdziwego dżentelmena.

– Rzeczywiście – rzekła Harriet zawstydzonym tonem – nie jest taki subtelny jak prawdziwi dżentelmeni.

– Sądzę, Harriet, iż odkąd zaczęłaś u nas bywać, ciągle spotykasz takich właśnie prawdziwych dżentelmenów i sama musisz z pewnością dostrzegać różnicę między nimi a panem Martinem. Widywałaś już w Hartfield dobrze wykształconych i dobrze wychowanych mężczyzn. Byłabym doprawdy zaskoczona gdybyś, kiedy już ich poznałaś, mogła ponownie znaleźć się w towarzystwie pana Martina i nie dostrzec, jak mu do nich daleko i gdybyś nie zaczęła się samej sobie dziwić, że w ogóle mogłaś kiedyś pomyśleć, że jest miły. Czy nie zaczynasz tego już teraz odczuwać? Nie uderzyła cię różnica pomiędzy nim a prawdziwymi dżentelmenami? Jestem pewna, że musiał ci się rzucić w oczy jego dziwaczny wygląd, obcesowe maniery i rubaszny głos. Nawet tutaj słyszałam, że nawet nie próbował nadać mu jakiegoś delikatniejszego brzmienia.

– On z pewnością nie jest taki, jak pan Knightley. Nie ma takiej prezencji i nie chodzi tak dystyngowanie jak pan Knightley. Różnica jest wyraźna. Ale pan Knightley to przecież taki wspaniały mężczyzna!

– Pan Knightley ma tak wspaniałą prezencję, że to rzeczywiście nie w porządku porównywać pana Martina właśnie z nim. Być może nawet jeden mężczyzna na stu nie ma tak wyraźnie wypisane na twarzy, że jest dżentelmenem, jak pan Knightley. Ale przecież on nie jest jedynym dżentelmenem, którego ostatnio często widywałaś. A co powiesz o panu Westonie i panu Eltonie? Porównaj sobie pana Martina z którymś z nich. Porównaj sposób w jaki się noszą, spójrz jak chodzą, jak mówią, jak potrafią milczeć. Musisz dostrzec różnicę.

– O tak! Różnica jest ogromna. Ale pan Weston to już niemal starzec. Musi mieć jakieś czterdzieści albo i pięćdziesiąt lat!

– Co sprawia, że tym bardziej należy cenić jego dobre maniery. Im człowiek starszy, Harriet, tym ważniejsze, by jego maniery były bez zarzutu. Z wiekiem wszelka niezgrabność i obcesowość staje się tym bardziej rażąca i odpychająca. To, co uchodzi jeszcze za młodu, na stare lata budzi tylko pogardę. Pan Martin już teraz jest niezgrabny i nieokrzesany, jaki zatem będzie, gdy osiągnie wiek pana Westona?

– Trudno doprawdy przewidzieć... – rzekła Harriet dość poważnym tonem.

– Ale bardzo łatwo odgadnąć. Będzie wtedy ordynarnym i pospolitym farmerem, nie przywiązującym żadnej wagi do wyglądu, myślącym tylko o rachunku zysków i strat.

– Tak pani myśli? Byłaby to wielka szkoda.

– Już sam fakt, że zapomniał zapytać w Kingston o książkę, którą mu poleciłaś, najlepiej świadczy o tym, jak bardzo pochłaniają go interesy. Głowę miał zanadto przepełnioną sprawami rynku, by móc pomyśleć o czymkolwiek innym – tak zresztą powinno być w przypadku człowieka na dorobku. Bo i na cóż mu książki? I jestem pewna, że rzeczywiście się dorobi, i z czasem stanie się bardzo zamożnym człowiekiem; a to, że będzie przy tym człowiekiem prostym i niemalże niepiśmiennym, nie musi nas obchodzić.

– Dziwi mnie, że zapomniał o tej książce – rzekła na to Harriet, tonem głębokiego niezadowolenia, które Emma uważała za wystarczające. Nie powiedziała więc już nic na ten temat. Po chwili milczenia dodała:

– Pod jednym względem być może maniery pana Eltona są lepsze od pana Knightley’a czy Westona. Otóż mają w sobie więcej subtelności. Można śmiało stawiać je innym za wzór. Pan Weston jest otwarty, żywy, niemal nazbyt bezpośredni, co akurat u niego podoba się wszystkim, gdyż idzie w parze z dużą dozą poczucia humoru i pogody. Jednakże nie należałoby go naśladować. Podobnie jak pana Knightley’a,który jest nazbyt stanowczy i władczy, choć jemu akurat to pasuje, najwyraźniej jego postać, prezencja i sytuacja życiowa pozwalają na to. Gdyby jednak jakiś młody człowiek postanowił go naśladować, byłby wprost nie do zniesienia. Sądzę natomiast, że takiemu młodemu człowiekowi można by spokojnie polecić, by obrał sobie za wzór pana Eltona. Pan Elton ma poczucie humoru, jest pogodny, uprzejmy i szarmancki. Wydaje mi się, że, zwłaszcza ostatnio, stał się szczególnie szarmancki. Nie wiem, czy zamierza dzięki temu wkraść się w łaski którejś z nas, Harriet, ale zwróciło moją uwagę, że jego maniery stały się jeszcze bardziej wyszukane niż dotąd. Najwyraźniej chce ci się przypodobać. Czy nie mówiłam ci czasem, co powiedział kiedyś o tobie?

Potem powtórzyła Harriet garść gorących pochwał, jakie wydobyła kiedyś z pana Eltona, a teraz odpowiednio ubarwiła. Harriet na przemian to rumieniła się, to uśmiechała, w końcu rzekła, że zawsze uważała, iż pan Elton jest bardzo sympatyczny.

Pan Elton zaś był tym właśnie mężczyzną, przy pomocy którego Emma postanowiła wybić Harriet z głowy owego młodego farmera. Sądziła, że będzie z nich doskonała para, sprawiłoby jej wielką przyjemność, gdyby mogła mieć swój udział w skojarzeniu ich ze sobą. Obawiała się tylko, że wszyscy wokół muszą myśleć i przewidywać dokładnie to samo. Było jednak mało prawdopodobne, by ktoś ją ubiegł, gdyż plan ten zaświtał jej w głowie już owego wieczora, kiedy Harriet po raz pierwszy gościła w Hartfield. Im dłużej zaś nad tym myślała, tym silniej czuła, że byłby to bardzo korzystny mariaż. Sytuacja życiowa pana Eltona była jak najbardziej odpowiednia – sam był prawdziwym dżentelmenem i nie miał żadnych przynoszących mu ujmę koneksji, przy tym nie pochodził jednak z takiej rodziny, która mogłaby wysuwać jakieś obiekcje wobec nieznanego pochodzenia Harriet. Miał wygodny dom, w sam raz dla niej, i, jak sądziła Emma, zupełnie wystarczający dochód, gdyż choć posiadłości plebani Highbury nie były wielkie, wiedziano powszechnie, że pan Elton ma jeszcze jakieś niezależne źródła dochodu. O nim samym miała zaś bardzo wysokie mniemanie, uważając, że ma poczucie humoru, prawy charakter i jest godnym szacunku młodym człowiekiem, któremu nie brak przy tym, bynajmniej, rozsądku czy wiedzy o świecie.

Już wcześniej upewniła się, że pan Elton uważa, iż Harriet jest śliczną dziewczyną i sądziła, iż to wystarczy – biorąc pod uwagę ich częste spotkania w Hartfield – do podjęcia decyzji. Jeśli zaś chodzi o Harriet, nie można było właściwie wątpić, że sama myśl, iż pan Elton wyróżnił ją swymi względami, będzie miała odpowiednią wagę i odniesie oczekiwany skutek. A pan Elton był przy tym rzeczywiście bardzo sympatycznym młodzieńcem, młodzieńcem, który mógłby spodobać się każdej, nawet bardzo wymagającej kobiecie. Uchodził za niezwykle przystojnego, powszechnie podziwiano jego urodę, choć zdaniem Emmy jego rysom brakowało elegancji, która dla niej była nieodzowna. Ale dziewczynie, której imponowało to,że jakiś tam Robert Martin jeździł konno po okolicy, żeby przywieźć jej garść orzechów włoskich, tym łatwiej zaimponuje podziw i względy szarmanckiego pana Eltona.