Emma - Jane Austen - ebook

Emma ebook

AUSTEN JANE

4,0

Opis

Ekskluzywna edycja oprawiona w delikatną gładką tkaninę o właściwościach jedwabiu.

Błyskotliwa komedia omyłek, której przedmiotem jest gra pozorów i iluzje, jakich dostarcza nam w nadmiarze nasz egoizm i zadufanie. W samym zaś środku intrygi stoi niezwykła bohaterka, pełna życia i wigoru, urocza, nieznośna i apodyktyczna Emma.

Emma Woodhouse mieszka z ojcem na angielskiej prowincji. Chociaż sama nie zamierza wyjść za mąż, próbuje swoich sił jako swatka. W sprawach serca jednak nie wszystko da się przewidzieć. Może z konwencjonalnych gestów, grzeczności przewidzianych etykietą, ukradkowych spojrzeń zostaną odczytane prawdziwe intencje? Jak to w komedii omyłek bywa...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 656

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność




ROZ­DZIAŁ I

Emma Woodho­use, osóbka przy­stojna, rozumna i bogata, posia­da­jąca dostatni dom i obda­rzona pogod­nym uspo­so­bie­niem, otrzy­mała, zda się, wszel­kie dary, jakie życie ofia­ro­wać może; toteż prze­żyła na świe­cie bli­sko dwa­dzie­ścia jeden lat bez więk­szych powo­dów do zmar­twień i nie­za­do­wo­le­nia.

Była młod­szą z dwóch córek naj­czul­szego i naj­po­błaż­liw­szego z ojców, wsku­tek zaś wcze­snego zamę­ścia sio­stry bar­dzo wcze­śnie została panią domu. Matka umarła zbyt dawno, by sie­rota zacho­wała coś wię­cej niż mgli­ste wspo­mnie­nie jej piesz­czot; miej­sce nie­boszczki zajęła guwer­nantka, nie­zwy­kle zacna kobieta, która darzyła ją nie­mal macie­rzyń­skim uczu­ciem.

Panna Tay­lor prze­była szes­na­ście lat w rodzi­nie pana Woodho­use’a bar­dziej jako szczera przy­ja­ciółka obu panie­nek niż jako ich wycho­waw­czyni; zwłasz­cza mię­dzy nią a Emmą wytwo­rzyła się zaży­łość raczej sio­strzana. Panna Tay­lor, łagodna z natury, nie potra­fiła narzu­cić pupilce nie­mal żad­nych rygo­rów nawet wów­czas, gdy pia­sto­wała jesz­cze god­ność guwer­nantki, a kiedy już znik­nął nawet cień jej auto­ry­tetu, żyły na­dal pod jed­nym dachem jak dwie przy­wią­zane do sie­bie przy­ja­ciółki, przy czym Emma postę­po­wała tak, jak się jej podo­bało, ceniąc sobie wielce zda­nie panny Tay­lor, lecz kie­ru­jąc się prze­waż­nie wła­snym.

Praw­dziwe zło w poło­że­niu Emmy pole­gało na tym, że mogąc powo­do­wać się jedy­nie wła­sną wolą, miała nieco zbyt pochlebną opi­nię o sobie; obie te nie­po­myślne oko­licz­no­ści razem wzięte gro­ziły zmą­ce­niem wielu przy­jem­nych chwil, które mogłyby stać się jej udzia­łem. Nie­bez­pie­czeń­stwo wszakże było na razie tak nie­do­strze­galne, że cechy owe by­naj­mniej nie wyda­wały się jej nie­for­tunne.

Przy­szedł wpraw­dzie smu­tek, lecz był to łagodny smu­tek, pozba­wiony wszel­kiej przy­kro­ści – panna Tay­lor wyszła za mąż. Strata panny Tay­lor była pierw­szym zmar­twie­niem Emmy. Wie­czo­rem, w dzień ślubu uko­cha­nej przy­ja­ciółki, po raz pierw­szy pogrą­żyła się przez dłuż­szą chwilę w smut­nych myślach. Przy­ję­cie weselne dobie­gło końca, goście wyje­chali, ona została; zje­dli obiad we dwoje z ojcem, bez nadziei na obec­ność osoby trze­ciej, która oży­wi­łaby nieco długi wie­czór. Ojciec usa­do­wił się do zwy­kłej poobied­niej drzemki, córce zaś nie pozo­stało nic innego, jak sie­dzieć i roz­my­ślać nad tym, co utra­ciła.

Zmiana losu zda­wała się wró­żyć szczę­ście przy­ja­ciółce. Pan Weston był czło­wie­kiem dość zamoż­nym, w odpo­wied­nim wieku, miał ponadto nie­na­ganną opi­nię i miły spo­sób bycia. Emma znaj­do­wała pewne zado­wo­le­nie w roz­wa­ża­niu, z jakim samo­wy­rze­cze­niem, z jak bez­in­te­re­sowną przy­jaź­nią zawsze popie­rała ten zwią­zek, lecz była to z jej strony ciężka ofiara. Brak panny Tay­lor odczu­wać teraz miała co dzień, o każ­dej godzi­nie. Wspo­mi­nała dobroć, jaką panna Tay­lor od tak dawna ją ota­czała, tkli­wość oka­zy­waną przez szes­na­ście lat – wspo­mi­nała, jak guwer­nantka uczyła ją i jak się z nią bawiła od pią­tego roku jej życia, jak dokła­dała wszel­kich sta­rań, by ją do sie­bie przy­wią­zać i zaba­wić, jak pie­lę­gno­wała ją w prze­róż­nych cho­ro­bach dzie­cię­cego wieku. Emma zacią­gnęła wobec niej już wów­czas ogromny dług wdzięcz­no­ści, lecz okres ostat­nich sied­miu lat – dosko­nała rów­ność i cał­ko­wita otwar­tość, jakie zapa­no­wały mię­dzy nimi wkrótce po zamąż­pój­ściu Iza­belli, gdy zostały tylko we dwie – sta­no­wił jesz­cze droż­sze, jesz­cze rzew­niej­sze wspo­mnie­nie. Panna Tay­lor była przy­ja­ciółką i towa­rzyszką, jaką nie­liczni tylko posia­dają: inte­li­gentna, wykształ­cona, pomocna, łagodna, zna­jąca na wskroś zwy­czaje rodziny, szcze­rze prze­jęta wszyst­kim, co tej rodziny doty­czyło, a zwłasz­cza nią, Emmą, każdą jej przy­jem­no­ścią, każ­dym zamie­rze­niem; była istotą, któ­rej Emma mogła wyja­wić każdą budzącą się myśl, istotą, która darzyła ją nie­za­wod­nym uczu­ciem.

Jakże miała znieść tę zmianę? Wpraw­dzie przy­ja­ciółka osia­dła w bli­skim sąsiedz­twie, tylko o pół mili, lecz Emma zda­wała sobie sprawę z tego, jak wielka jest róż­nica pomię­dzy panią Weston odda­loną o pół mili a panną Tay­lor prze­by­wa­jącą pod tym samym dachem; toteż Emmie, pomimo wyjąt­ko­wych przy­wi­le­jów, jakie były jej udzia­łem, istot­nie gro­ziło duchowe osa­mot­nie­nie. Szcze­rze kochała ojca, lecz nie był on dla niej dobrym towa­rzy­szem i nie mógł pod­jąć z nią roz­mowy – ani poważ­nej, ani żar­to­bli­wej.

Ujemne strony dość znacz­nej róż­nicy wieku (pan Woodho­use oże­nił się nie­młodo) pogłę­biały jesz­cze jego uspo­so­bie­nie i nawyki; usta­wicz­nie kwę­ka­jący, ocię­żały na ciele, jak i na umy­śle, pro­wa­dził tryb życia wła­ściwy dla czło­wieka o wiele bar­dziej niż on wie­ko­wego, i choć był lubiany przez wszyst­kich za dobroć serca i łagod­ność cha­rak­teru, nie błysz­czał ni­gdy inte­lek­tem.

Z sio­strą, którą mał­żeń­stwo nie­wiele odda­liło od domu, miesz­kała bowiem stale w Lon­dy­nie, to zna­czy zale­d­wie w odle­gło­ści szes­na­stu mil, Emma nie mogła się co dzień widy­wać; toteż wie­działa, że wypad­nie prze­trwać w Hart­field nie­je­den długi wie­czór paź­dzier­ni­kowy i listo­pa­dowy, zanim na Boże Naro­dze­nie doczeka się następ­nej wizyty Iza­belli z mężem i dziećmi i dom zapełni się i ożywi ich miłym towa­rzy­stwem.

W High­bury, dużej i lud­nej osa­dzie, nie­mal mia­steczku (w jego to obrę­bie, mimo odmien­nej nazwy, leżało Hart­field wraz z nale­żą­cymi doń polami i lasami), nie miesz­kał nikt równy jej sta­nem. Woodho­use’owie zaj­mo­wali tu bez­sprzecz­nie pierw­sze miej­sce i wszy­scy się na nich wzo­ro­wali. Emma miała w High­bury wielu zna­jo­mych, gdyż ojciec jej był uprzejmy dla wszyst­kich, nie było jed­nakże wśród nich nikogo, kto mógłby zastą­pić pannę Tay­lor, choćby tylko na pół dnia. Nastą­piła więc nad wyraz smutna zmiana w życiu Emmy, toteż mogła teraz jedy­nie wzdy­chać i pra­gnąć rze­czy nie­moż­li­wych, dopóki ojciec się nie obu­dzi; wów­czas trzeba będzie uda­wać dobry humor. Pan Woodho­use wyma­gał sta­łego ducho­wego wspar­cia. Był czło­wie­kiem ner­wo­wym, łatwo wpa­dał w depre­sję, przy­wią­zy­wał się do tych, do któ­rych towa­rzy­stwa nawykł, nie cier­piał się z nimi roz­sta­wać, ponadto nie­na­wi­dził wszel­kich nowo­ści. Mał­żeń­stwo, jako powód wiel­kich zmian, budziło w nim zawsze nie­chęć, nie mógł w żaden spo­sób pogo­dzić się z myślą, że jego wła­sna córka wyszła za mąż, ani mówić o niej ina­czej jak ze współ­czu­ciem, cho­ciaż zawarła mał­żeń­stwo z naj­czyst­szej miło­ści; teraz, kiedy musiał z kolei roz­stać się z panną Tay­lor, był skłonny sądzić – a jego łagodny ego­izm nie dopusz­czał myśli, by kto­kol­wiek odczu­wał coś ina­czej niż on – że panna Tay­lor odwa­żyła się na krok, któ­rego następ­stwa będą rów­nie smutne dla niej, jak dla nich, i że byłaby znacz­nie szczę­śliw­sza, gdyby doko­nała dni swego żywota w Hart­field. Emma uśmie­chała się i gawę­dziła, jak mogła naj­we­se­lej, aby odpę­dzić od niego podobne myśli, ale gdy nade­szła pora wie­czor­nej her­baty, pan Woodho­use nie oparł się poku­sie i powtó­rzył dokład­nie to samo, co powie­dział przy obie­dzie:

– Biedna panna Tay­lor! Chciał­bym, żeby znów z nami była. Jaka szkoda, że panu Westo­nowi przy­szło do głowy oże­nić się z nią!

– Nie zga­dzam się z tobą, papo, wiesz o tym dobrze. Pan Weston to czło­wiek tak pogodny, miły, zacny, że zasłu­żył sobie w pełni na dobrą żonę. A nie chciał­byś chyba, żeby panna Tay­lor wiecz­nie u nas miesz­kała, zno­sząc moje kaprysy, skoro może mieć wła­sny dom?

– Wła­sny dom! A cóż jej z tego przyj­dzie, że będzie miała wła­sny dom! Nasz jest trzy razy więk­szy, a ty ni­gdy nie kapry­sisz, moja droga.

– Będziemy tak czę­sto u nich bywać, a oni u nas! Nie prze­sta­niemy się widy­wać! Teraz musimy zro­bić pierw­szy krok i zło­żyć im nie­długo wizytę.

– Moja droga, a jakże ja się tam dostanę, tak daleko? Do Ran­dalls to spory kawał, nie dobrnął­bym nawet do połowy drogi.

– Ależ, papo, a któż to mówi, żebyś szedł na pie­chotę? Poje­dziemy powo­zem, oczy­wi­ście.

– Powo­zem! James nie lubi zaprzę­gać na tak krótki dystans i gdzież się podzieją biedne konie przez ten czas, kiedy my będziemy skła­dali wizytę?

– W stajni pana Westona, papo. Wiesz prze­cie, że to posta­no­wione. Omó­wi­li­śmy to wszystko z panem Westo­nem wczo­raj wie­czo­rem. A James zawsze z ochotą poje­dzie do Ran­dalls, możesz być tego pewien, jego córka jest tam poko­jówką. Wąt­pię nawet, czy zechce nas zawieźć gdzie­kol­wiek indziej. To już twoja sprawka, papo! To ty zna­la­złeś Han­nie takie dobre miej­sce! Nikt nawet nie myślał o Han­nie, póki tyś o niej nie wspo­mniał. James taki ci jest wdzięczny!

– Bar­dzo się cie­szę, że wpa­dłem na tę myśl, nie chciał­bym za nic w świe­cie, by biedny James myślał, że o nim zapo­mi­namy; jestem pewien, że z jego córki będzie zna­ko­mita słu­żąca, to grzeczna dziew­czyna, ład­nie się wysła­wia, mam o niej jak naj­lep­szą opi­nię. Ile razy ją spo­tkam, zawsze dyga i pyta, jak moje zdro­wie, w bar­dzo miły spo­sób; a kiedy bra­łaś ją cza­sem do szy­cia, zauwa­ży­łem, że zawsze obra­cała klamką we wła­ściwą stronę i ni­gdy nie trza­skała drzwiami. Jestem pewien, że wyrobi się na zna­ko­mitą poko­jową; a dla bied­nej panny Tay­lor będzie to wielka pocie­cha mieć przy sobie kogoś, kogo nawy­kła widy­wać. Ile razy James pój­dzie odwie­dzić córkę, panna Tay­lor dowie się, co u nas sły­chać. On jej powie, jak się wszy­scy mie­wamy.

Emma nie szczę­dziła trudu, by utrzy­mać ten pogod­niej­szy nastrój, miała też nadzieję, że gra­jąc z ojcem w tryk­traka, zapewni mu zno­śny wie­czór, sama zaś uwolni się od żalów innych niż te, które ją samą nur­to­wały. Roz­sta­wiono sto­lik do kart, lecz odwie­dziny gościa, który nad­szedł nie­ba­wem, spra­wiły, że pro­jek­to­wana roz­rywka oka­zała się zby­teczna.

Pan Kni­gh­tley, sta­teczny czło­wiek lat trzy­dzie­stu sied­miu czy ośmiu, był nie tylko daw­nym i zaży­łym przy­ja­cie­lem rodziny, ale nawet powi­no­wa­tym, jako star­szy brat męża Iza­belli. Miesz­kał o milę od High­bury, bywał gościem czę­stym i mile widzia­nym, tym razem milej niż kie­dy­kol­wiek, jechał bowiem pro­sto od wspól­nych krew­nych w Lon­dy­nie. Po kil­ku­dnio­wej nie­obec­no­ści wró­cił do domu na tro­chę spóź­niony obiad, a teraz przy­szedł spa­cer­kiem do Hart­field, aby powie­dzieć, że wszy­scy na Brun­swick Squ­are są w dobrym zdro­wiu. Był to bar­dzo szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści i pan Woodho­use oży­wił się nieco. Pan Kni­gh­tley miał pogodne uspo­so­bie­nie, co dobrze wpły­wało na gospo­da­rza, i na wszyst­kie pyta­nia o „biedną Iza­bellę” i jej dzieci odpo­wia­dał w spo­sób wielce zado­wa­la­jący. W końcu pan Woodho­use stwier­dził z wdzięcz­no­ścią:

– Jak to uprzej­mie z pań­skiej strony, że wyszedł pan o tak póź­nej porze, by nas odwie­dzić. Oba­wiam się, że droga jest fatalna.

– Ani tro­chę, pro­szę pana. Jest piękna księ­ży­cowa noc, tak cie­pła, że muszę się nawet nieco odsu­nąć od tego sutego ognia na kominku.

– Ależ na dwo­rze musi być straszna wil­goć i błoto, obyś się pan tylko nie prze­zię­bił.

– Błoto! Pro­szę, niech pan spoj­rzy na moje buty. Nie ma na nich ani plamki.

– No, to zdu­mie­wa­jące, bośmy tu mieli tęgi deszcz. Lało jak z cebra przez godzinę, gdy­śmy byli przy pierw­szym śnia­da­niu, chcia­łem już, żeby odło­żyli ślub.

– Skoro o tym mowa, nie spie­szy­łem się ze skła­da­niem gra­tu­la­cji, zdaję sobie bowiem sprawę, że cie­szy­cie się oboje nie­szcze­gól­nie. Ale mam nadzieję, że wszystko poszło zno­śnie. Jak się zacho­wali uczest­nicy uro­czy­sto­ści? Kto naj­wię­cej pła­kał?

– Ach, biedna panna Tay­lor! Co za smutna histo­ria.

– Za pozwo­le­niem, biedni pan Woodho­use i panna Emma, ale nie mogę w żaden spo­sób powie­dzieć „biedna panna Tay­lor”. Żywię naj­głęb­szy sza­cu­nek dla pań­stwa, ale gdy wcho­dzi w grę nie­za­leż­ność!… W każ­dym razie lepiej mieć jedną osobę, którą trzeba zado­wo­lić, niż dwie.

– Zwłasz­cza jeżeli jedna z nich jest tak kapry­śna i spra­wia tyle kło­potu – odrze­kła Emma żar­to­bli­wie. – Wiem, co pan ma na myśli i co by pan powie­dział, gdyby tu ojca nie było.

– To chyba szczera prawda, moja droga – rzekł pan Woodho­use z wes­tchnie­niem. – Boję się, że bywam cza­sem bar­dzo kapry­śny i dużo jest ze mną kło­potu.

– Naj­droż­szy papo! Nie sądzisz chyba, że ja albo pan Kni­gh­tley mówimy o tobie. Co za okropne przy­pusz­cze­nie! Ach, nie, mia­łam jedy­nie sie­bie na myśli. Pan Kni­gh­tley lubi mnie kry­ty­ko­wać, wiesz, tak żar­tem. Zawsze mówimy sobie nawza­jem wszystko, co nam strzeli do głowy.

Po praw­dzie, pan Kni­gh­tley był jed­nym z nie­licz­nych ludzi, któ­rzy dostrze­gali wady w Emmie Woodho­use, i jedy­nym, który jej o tym mówił, a choć nie było jej to szcze­gól­nie miłe, wie­działa, że ojcu byłoby to jesz­cze mniej miłe, nie chciała więc, by powziął nawet podej­rze­nie, że nie wszy­scy uwa­żają jego córkę za dosko­na­łość.

– Panna Emma wie, że ni­gdy jej nie schle­biam – rzekł pan Kni­gh­tley – nie zamie­rza­łem czy­nić alu­zji pod niczyim adre­sem. Po pro­stu panna Tay­lor nawy­kła zado­wa­lać dwie osoby, teraz pozo­sta­nie jej tylko jedna. Wszystko wska­zuje, że wygra na tym.

– A więc – powie­działa Emma, chcąc zmie­nić temat – jest pan cie­kaw, jak się odbył ślub; chęt­nie panu o tym opo­wiem, gdyż zacho­wa­li­śmy się wzo­rowo. Wszy­scy byli punk­tu­alni, wszy­scy wyglą­dali jak naj­le­piej, ani jed­nej łzy, nikt nie miał nosa na kwintę. Ależ nie, wie­dzie­li­śmy, że będziemy od sie­bie zale­d­wie o pół mili i z pew­no­ścią nie prze­sta­niemy się co dzień widy­wać.

– Moja droga Emma zawsze wszystko tak dziel­nie znosi – wtrą­cił ojciec. – Jed­nakże, prawdę powie­dziaw­szy, bar­dzo jej przy­kro, że stra­ciła biedną pannę Tay­lor, i jestem pewien, że odczuje jej brak znacz­nie sil­niej, niż sama sądzi.

Emma odwró­ciła głowę – łzy i uśmiech wal­czyły o lep­sze na jej twa­rzy.

– Byłoby rze­czą nie­moż­liwą – odparł pan Kni­gh­tley – żeby panna Emma nie odczu­wała braku takiej towa­rzyszki. Nie lubi­li­by­śmy jej tak, jak lubimy, gdyby można było ją posą­dzić o podobny brak serca: jed­nakże panna Emma wie, że mał­żeń­stwo jest wielką wygraną dla panny Tay­lor, rozu­mie dobrze, jakie to pomyślne dla osoby w jej wieku osiąść we wła­snym domu, jak ważne mieć zapew­niony dostatni byt! Z pew­no­ścią panna Emma nie pozwala sobie na to, by przy­krość wzięła w niej górę nad uczu­ciem zado­wo­le­nia. Kto­kol­wiek żywi przy­jaźń dla panny Tay­lor, cie­szy się, że wyszła za mąż tak szczę­śli­wie.

– A zapo­mniał pan o jed­nej jesz­cze przy­czy­nie mojej rado­ści – dodała Emma – i to bar­dzo poważ­nej, a mia­no­wi­cie, że to ja sko­ja­rzy­łam tę parę. Wie pan, zaczę­łam ją koja­rzyć przed czte­rema laty. Myśl, że się to w końcu stało, że mia­łam słusz­ność, pod­czas gdy tyle osób twier­dziło, że pan Weston ni­gdy się ponow­nie nie ożeni, jest dla mnie pocie­chą i nagrodą za wszystko.

Pan Kni­gh­tley pokrę­cił na to głową. Ojciec zaś odrzekł ser­decz­nie:

– Ach, moje dro­gie dziecko, chciał­bym, żebyś prze­stała koja­rzyć pary i prze­po­wia­dać przy­szłość, bo cokol­wiek powiesz, zawsze się spraw­dzi. Pro­szę cię, nie kojarz już wię­cej mał­żeństw.

– Przy­rze­kam ci, papo, że nie uczy­nię tego ni­gdy dla sie­bie, ale nie mogę się wyrzec tej przy­jem­no­ści, gdy cho­dzi o innych. To naj­lep­sza zabawa, jaka ist­nieć może! A rozu­miesz, jesz­cze po takim suk­ce­sie! Wszy­scy mówili, że pan Weston ni­gdy się ponow­nie nie ożeni. A gdzie tam! Pan Weston, który tak dawno owdo­wiał, któ­remu tak dobrze było bez żony, stale zajęty bądź w biu­rze, bądź wśród tutej­szych przy­ja­ciół, zawsze mile widziany, gdzie­kol­wiek się udał, zawsze pogodny, pan Weston mógł przez okrą­gły rok nie spę­dzić ani jed­nego wie­czoru samot­nie w domu, jeżeli nie miał na to ochoty. Skąd znowu! Pan Weston z pew­no­ścią ni­gdy się ponow­nie nie ożeni! Nie­któ­rzy wspo­mi­nali nawet, że obie­cał to żonie na łożu śmierci, inni znów, że syn i wuj mu na to nie pozwolą. Mówiono na ten temat wszel­kie moż­liwe bzdury, ale wcale temu nie wie­rzy­łam. Od dnia, kiedy mniej wię­cej przed czte­rema laty spo­tka­łam go, idąc z panną Tay­lor na Broad­way Lane, a on, z chwilą gdy zaczął mżyć lekki desz­czyk, z taką galan­te­rią pobiegł do farmy Mit­chella i poży­czył dla nas dwie para­solki, wie­dzia­łam, co o tym myśleć. Od razu zaświ­tało mi w gło­wie, że nale­ża­łoby sko­ja­rzyć to mał­żeń­stwo, a skoro moje sta­ra­nia zostały uwień­czone takim powo­dze­niem, nie sądzisz chyba, drogi papo, bym miała ponie­chać dal­szych swa­tów.

– Nie rozu­miem, co pani ma na myśli, mówiąc o „powo­dze­niu” – rzekł pan Kni­gh­tley. – Powo­dze­nie, zwy­kli­śmy uwa­żać, jest wyni­kiem wytrwa­łych wysił­ków. Zaiste, postę­po­wała pani wła­ści­wie i tak­tow­nie, jeżeli przez cztery lata usi­ło­wała pani dopro­wa­dzić do tego mał­żeń­stwa. Zaję­cie godne mło­dej damy! Atoli jeśli, jak przy­pusz­czam, owe swaty – jak je pani nazwała – pole­gały tylko na pla­no­wa­niu tego mał­żeń­stwa, na powie­dze­niu sobie pew­nego dnia, kiedy nie miała pani nic lep­szego do roboty: „Zdaje mi się, że byłoby dobrze dla panny Tay­lor, gdyby pan Weston się z nią oże­nił”, i powta­rza­niu tego potem w myśli raz po raz, czemu nazywa to pani powo­dze­niem? Gdzież tu zasługa? Z czego jest pani dumna? Po pro­stu zga­dła pani traf­nie, nic wię­cej o tym powie­dzieć się nie da.

– A czy pan ni­gdy nie zaznał zado­wo­le­nia i triumfu, jakie czło­wiek odczuwa, gdy odgad­nie coś traf­nie? Żal mi pana. Posą­dza­łam pana o więk­szą sub­tel­ność. Pro­szę mi wie­rzyć, odgad­nąć coś traf­nie nie jest tylko kwe­stią szczę­ścia. Tkwi w tym jakaś odro­bina intu­icji. A jeżeli cho­dzi o samo nie­for­tunne słowo „powo­dze­nie”, któ­rego mi pan tak zawzię­cie odma­wia, nie wiem, czy moje pre­ten­sje są znów tak zupeł­nie bez­pod­stawne. Nakre­ślił pan dwa ładne obrazki. Sądzę jed­nak, że ist­nieje trzeci, coś pośred­niego pomię­dzy tym, gdy ktoś nie zrobi nic, a tym, gdy zrobi wszystko. Gdy­bym nie była uła­twiała panu Westo­nowi wizyt w naszym domu, gdy­bym go czę­sto deli­kat­nie nie zachę­cała i nie usu­wała pew­nych drob­nych trud­no­ści, mogłoby w ogóle nie dojść do niczego. Sądzę, że dość pan zna Hart­field, by to zro­zu­mieć.

– Pro­sto­li­nij­nego, szcze­rego czło­wieka, jakim jest Weston, i roz­sądną, bez­pre­ten­sjo­nalną kobietę, jaką jest panna Tay­lor, można było śmiało pozo­sta­wić ich wła­snym losom; sami by sobie pora­dzili. Wda­jąc się w te sprawy, mogła pani raczej sobie zaszko­dzić niż im pomóc.

– Emma ni­gdy nie myśli o sobie, jeżeli może komuś się przy­słu­żyć – zabrał znowu głos pan Woodho­use, czę­ściowo tylko rozu­mie­jąc dys­ku­sję. – Ale, moje dro­gie dziecko, prze­stań na przy­szłość bawić się w swaty; to nie­do­rzeczne zaję­cie i zakłóca har­mo­nię rodzin­nego kółka.

– Jesz­cze jeden jedyny raz, papo! Trzeba się zająć bied­nym panem Elto­nem! Lubisz pana Eltona, papo, prawda? Muszę zna­leźć żonę dla niego. W High­bury nie ma nikogo, kto byłby go wart; mieszka tu już od roku, urzą­dził sobie dom tak wygod­nie, że szkoda, by miał na­dal żyć w kawa­ler­skim sta­nie; gdy dziś łączył ręce oblu­bień­ców, zda­wało mi się, że sam pra­gnąłby pod­dać się podob­nemu obrząd­kowi! Mam jak naj­lep­sze zda­nie o panu Elto­nie, a to jedyny spo­sób, w jaki mogę mu się przy­słu­żyć.

– Pan Elton jest mło­dzień­cem bar­dzo przy­stoj­nym i z pew­no­ścią ogrom­nie zacnym, żywię dla niego głę­boki sza­cu­nek. Jeżeli jed­nak chcesz mu wyświad­czyć jakąś grzecz­ność, moja droga, zaproś go raczej któ­re­goś dnia do nas na obiad. Tak będzie znacz­nie lepiej. Sądzę, że pan Kni­gh­tley nie odmówi wów­czas naszemu zapro­sze­niu i zechce się z nim u nas spo­tkać.

– Z ogromną przy­jem­no­ścią, pro­szę pana, i to każ­dej chwili – odrzekł pan Kni­gh­tley, śmie­jąc się. – Zga­dzam się z panem w zupeł­no­ści, że tak będzie znacz­nie lepiej. Niech go pani zaprosi na obiad, panno Emmo, wybie­rze mu naj­lep­szy kawa­łek ryby i kur­czę­cia, ale wybór żony pozo­stawi jemu. Pro­szę mi wie­rzyć, męż­czy­zna dwu­dzie­sto­sze­ścio- czy też dwu­dzie­sto­sied­mio­letni potrafi sam dać sobie radę.

ROZ­DZIAŁ II

Pan Weston, rodem z High­bury, pocho­dził z cie­szą­cej się powszech­nym sza­cun­kiem rodziny, która w ciągu ostat­nich dwóch czy trzech poko­leń stop­niowo zyski­wała na pozy­cji i majątku. Otrzy­mał sta­ranną edu­ka­cję, ale osią­gnąw­szy bar­dzo młodo nie­za­leż­ność mate­rialną, stra­cił zami­ło­wa­nie do gospo­dar­stwa, jakie mieli jego bra­cia, zaspo­koił nato­miast swój czynny, pogodny umysł i nerw spo­łeczny, wstę­pu­jąc w sze­regi mili­cji swego hrab­stwa, wła­śnie wtedy two­rzo­nej.

Kapi­tan Weston był ulu­bień­cem wszyst­kich, a gdy koleje kariery woj­sko­wej spra­wiły, że przed­sta­wiono go pan­nie Chur­chill, córce wiel­kiego rodu osia­dłego w hrab­stwie York, po czym panna Chur­chill zako­chała się w nim, nikt się temu nie dzi­wił, z wyjąt­kiem jej bra­ter­stwa, któ­rzy go nie znali, a któ­rych dumę i wyso­kie mnie­ma­nie o sobie obra­żał podobny zwią­zek.

Panna Chur­chill wszakże, będąc już peł­no­let­nią i dys­po­nu­jąc cał­ko­wi­cie swoim mająt­kiem – cho­ciaż mają­tek ów był nie­po­rów­na­nie mniej­szy od dóbr rodo­wych – nie dała sobie wyper­swa­do­wać tego mał­żeń­stwa; zostało ono zawarte ku głę­bo­kiemu nie­za­do­wo­le­niu pań­stwa Chur­chill, któ­rzy odsu­nęli się od niej, zacho­wu­jąc jedy­nie należne pozory. Jed­nak ów meza­lians nie dał żad­nemu z mał­żon­ków praw­dzi­wego szczę­ścia. Młoda pani Weston nie potra­fiła doce­nić swego losu; zna­la­zła bowiem męża o tak gorą­cym sercu i łagod­nym uspo­so­bie­niu, iż pra­gnął żonie przy­chy­lić nieba za to, że w swej wiel­kiej dobroci raczyła go poko­chać; sama jed­nak miała cha­rak­ter silny, lecz nie naj­lep­szy. Była dość sta­now­cza, by prze­pro­wa­dzić wła­sną wolę wbrew woli brata, lecz nie dość sta­now­cza, by stłu­mić w sobie nie­roz­sądny żal z powodu nie­roz­sąd­nego gniewu tegoż brata, a także tęsk­notę za zbyt­kow­nym życiem w rodzi­ciel­skim domu. Pań­stwo Weston żyli zatem nad stan, wyda­jąc wię­cej, niż pozwa­lały ich dochody, wszystko to było wszakże niczym w porów­na­niu ze świet­no­ścią Enscombe: pani Weston nie prze­stała kochać męża, ale naj­chęt­niej byłaby żoną kapi­tana Westona, pozo­sta­jąc zara­zem panną Chur­chill.

Kapi­tan Weston, który zda­niem wszyst­kich, a zwłasz­cza rodziny Chur­chil­lów, zro­bił tak zdu­mie­wa­jąco świetną par­tię, w grun­cie rze­czy mar­nie na tym wyszedł, bo gdy żona jego umarła po trzy­let­nim poży­ciu mał­żeń­skim, był bied­niej­szy niż wów­czas, gdy się żenił, i musiał w dodatku łożyć na utrzy­ma­nie dziecka. Z wydat­ków na dziecko wkrótce go jed­nak zwol­niono. Chło­piec pomógł mu pogo­dzić się z rodziną, do czego przy­czy­niła się już uprzed­nio dłu­go­trwała cho­roba matki; że zaś pań­stwo Chur­chill nie mieli wła­snych dzieci ani żad­nych mło­do­cia­nych krew­nych, zaofia­ro­wali się wkrótce, że obejmą cał­ko­witą opiekę nad małym Fran­kiem. Owdo­wiały ojciec miał zapewne jakieś skru­puły i opory, jed­nakże prze­mo­gły inne względy, oddał więc dziecko pod opie­kuń­cze skrzy­dła Chur­chil­lów oraz ich for­tuny, sam zaś trosz­czył się odtąd tylko o wła­sne potrzeby i, w miarę moż­no­ści, o poprawę bytu.

Zapra­gnął rady­kal­nej zmiany trybu życia. Wystą­pił z mili­cji i zajął się han­dlem – bra­cia jego wyro­bili już sobie mocne sta­no­wi­ska w Lon­dy­nie, co zapew­niało mu pomyślny debiut. Przed­się­bior­stwo nie pochła­niało mu zbyt wiele czasu. Posia­dał jesz­cze nie­wielki domek w High­bury, gdzie spę­dzał więk­szość wol­nych dni, i tak, pomię­dzy poży­tecz­nymi zaję­ciami a roz­ryw­kami życia towa­rzy­skiego, upły­nęło mu pogod­nie osiem­na­ście czy dwa­dzie­ścia następ­nych lat. Osią­gnąw­szy przez ten czas dobro­byt, mógł sobie pozwo­lić na kupno małej posia­dło­ści gra­ni­czą­cej z High­bury, którą od dawna pra­gnął nabyć, mógł sobie pozwo­lić nawet na to, by poślu­bić kobietę tak bez­po­sażną jak panna Tay­lor i zacząć żyć zgod­nie z pra­gnie­niami wła­snej rodziny oraz swej towa­rzy­skiej natury.

Osoba panny Tay­lor wywie­rała już od pew­nego czasu wpływ na jego plany, nie był to wszakże wpływ tak prze­możny, jak ten, który mło­dość wywiera na mło­dość. Nie zachwiał on powzię­tym przez kapi­tana posta­no­wie­niem, że założy dom dopiero wów­czas, gdy będzie mógł kupić Ran­dalls, a na sprze­daż Ran­dalls cze­kał już od dawna; wytrwale nie spusz­czał z oka obu tych celów, aż wresz­cie się urze­czy­wist­niły. Doro­bił się majątku, kupił dom, zdo­był żonę, zaczy­nał się dla niego nowy okres życia, obie­cu­jący mu wię­cej szczę­ścia, niż kie­dy­kol­wiek zaznał. Nie był ni­gdy czło­wie­kiem nie­szczę­śli­wym, nawet w pierw­szym mał­żeń­stwie, bro­niło go przed tym uspo­so­bie­nie; jed­nakże drugi zwią­zek winien dowieść, jak zachwy­ca­jącą towa­rzyszką może być roz­tropna i praw­dzi­wie uro­cza kobieta, winien dowieść, że znacz­nie lepiej jest wybrać niż być wybra­nym, wzbu­dzać wdzięcz­ność niż samemu ją odczu­wać.

Czy­niąc wybór, mógł się w pełni kie­ro­wać wła­snym gustem; mają­tek nale­żał wyłącz­nie do niego, Frank bowiem, który na mocy mil­czą­cej umowy był wycho­wy­wany jako spad­ko­bierca swego wuja, po doj­ściu do peł­no­let­no­ści przy­jął nazwi­sko Chur­chill – usy­no­wie­nie go było sprawą oczy­wi­stą. Zakra­wało na nie­po­do­bień­stwo, aby kie­dy­kol­wiek potrze­bo­wał ojcow­skiej pomocy i jego ojciec nie żywił żad­nych obaw pod tym wzglę­dem. Bra­towa była wpraw­dzie kobietą kapry­śną i rzą­dziła mężem cał­ko­wi­cie, jed­nakże nie leżało w natu­rze pana Westona wyobra­żać sobie, że ist­nieje kaprys dość silny, by skrzyw­dzić osobę tak drogą jego sercu – w jego prze­ko­na­niu tak zasłu­że­nie drogą – jak Frank. Widy­wał syna, ile­kroć bywał w Lon­dy­nie, i był z niego dumny, a pełne ojcow­skiej miło­ści opo­wia­da­nia o nim, jako o mło­dzieńcu nie­zwy­kłych zalet, spra­wiły, że High­bury rów­nież na swój spo­sób się nim chlu­biło. Uwa­żano, że łączą go z mia­stecz­kiem dość silne więzy, aby jego zasługi i widoki na przy­szłość były przed­mio­tem ogól­nego zain­te­re­so­wa­nia.

Pan Frank Chur­chill, chluba High­bury, wzbu­dzał żywe zacie­ka­wie­nie, wszy­scy pra­gnęli go poznać, jed­nakże uczu­cia te nie były, nie­stety, wza­jemne, i to tak dalece, że obiekt owych zain­te­re­so­wań ni­gdy się w mie­ście nie poka­zał. Mówiono czę­sto, że zamie­rza odwie­dzić dom rodzinny, lecz zamiar ten jakoś się nie urze­czy­wist­nił. Teraz, z uwagi na oże­nek ojca, sądzono powszech­nie, że wypada ze wszech miar, aby ta wizyta doszła na koniec do skutku. Nie ode­zwał się ani jeden głos wyra­ża­jący odmienny pogląd ani wów­czas, gdy pani Perry przy­szła na her­batę do pań Bates, ani kiedy panie Bates rewi­zy­to­wały panią Perry. Nade­szła pora, aby pan Frank Chur­chill poja­wił się wśród nich; nadzieje umoc­niły się jesz­cze, gdy się dowie­dziano, że mło­dzie­niec rze­komo napi­sał z powin­szo­wa­niem do swej maco­chy. Przez kilka dni, pod­czas każ­dej poran­nej wizyty, jaką skła­dali sobie miesz­kańcy High­bury, wspo­mi­nano o pięk­nym liście, jaki ode­brała pani Weston. „Sły­szał pan zapewne o tym pięk­nym liście? Podobno bar­dzo piękny list, naprawdę. Tak mnie zapew­nił pan Woodho­use. Pan Woodho­use czy­tał ten list i twier­dzi, że rów­nie pięk­nego ni­gdy jesz­cze nie widział”.

List ten spo­tkał się istot­nie z naj­wyż­szą oceną adre­satki. Pani Weston wyro­biła sobie, rzecz pro­sta, nader pochlebne poję­cie o mło­dzieńcu; podobna aten­cja była jesz­cze jed­nym dowo­dem jego roz­sądku i nie­zwy­kle miłym uzu­peł­nie­niem licz­nych, z róż­nych stron pły­ną­cych gra­tu­la­cji, jakie otrzy­mała z oka­zji zamąż­pój­ścia. Uwa­żała się za bar­dzo szczę­śliwą kobietę – co wię­cej, żyła już dość długo, by rozu­mieć, jak szczę­śliwą jest w poję­ciu innych, jedyną bowiem chmurką, prze­sła­nia­jącą ów jasny obraz, było nie­wiel­kie odda­le­nie od przy­ja­ciół, któ­rych przy­jaźń dla niej by­naj­mniej nie ochło­dła i któ­rzy wręcz nie mogli znieść roz­sta­nia!

Wie­działa, że odczu­wano nie­raz jej brak i nie mogła myśleć bez żalu o Emmie pozba­wio­nej jakiejś przy­jem­no­ści albo cier­pią­cej przez godzinę ennui1, z tęsk­noty za jej towa­rzy­stwem. Jed­nakże kochana Emma nie była istotą o sła­bym cha­rak­te­rze; bar­dziej doro­sła do sytu­acji niż wiele innych dziew­cząt na jej miej­scu, miała zdrowy roz­są­dek, ener­gię i siłę ducha, co roko­wało nadzieję, że prze­trwa zwy­cię­sko życiowe trud­no­ści i wyrze­cze­nia. A przy tym wielką pocie­chę sta­no­wiła nie­znaczna odle­głość dzie­ląca Ran­dalls od Hart­field – spa­cer odpo­wiedni nawet dla samot­nej kobiety. Dzięki sprzy­ja­ją­cym oko­licz­no­ściom oraz uspo­so­bie­niu pana Westona nawet nad­cho­dząca zima nie zdoła sta­nąć na prze­szko­dzie wspól­nemu spę­dze­niu kilku wie­czo­rów w tygo­dniu.

Pani Weston na ogół całymi godzi­nami roz­my­ślała z wdzięcz­no­ścią nad szczę­śliwą zmianą, jaka zaszła w jej życiu, z rzadka tylko odczu­wa­jąc żal; zado­wo­le­nie, wię­cej nawet niż zado­wo­le­nie, rado­sna pogoda była tak oczy­wi­sta i tak widoczna, że Emma, cho­ciaż dobrze znała ojca, dzi­wiła się nie­raz, że pan Woodho­use mógł jesz­cze lito­wać się nad „biedną panną Tay­lor”, kiedy pozo­sta­wiali ją w Ran­dalls w wygod­nym, przy­tul­nym domu lub gdy żegnali ją wsia­da­jącą w towa­rzy­stwie tro­skli­wego męża do wła­snego powozu. Nie zda­rzyło się jed­nak ni­gdy, by po jej wyjeź­dzie pan Woodho­use nie wes­tchnął lekko i nie powie­dział:

– Biedna panna Tay­lor! Chęt­nie by z nami została.

Nie było jed­nak mowy o odzy­ska­niu panny Tay­lor, jak rów­nież o tym, by pan Woodho­use prze­stał się nad nią lito­wać, jed­nakże naj­bliż­sze tygo­dnie przy­nio­sły mu pewne uko­je­nie. Skoń­czyły się gra­tu­la­cje sąsia­dów, prze­stano mu doku­czać, skła­da­jąc życze­nia szczę­ścia z racji tak smut­nego ewe­ne­mentu, a przy tym tort weselny, który był dla niego przy­czyną utra­pień, został naresz­cie zje­dzony co do okru­szyny. Jego wraż­liwy żołą­dek nie zno­sił żad­nych cięż­szych potraw, nie mógł więc ni­gdy uwie­rzyć, by ludzie róż­nili się od niego pod tym wzglę­dem. To, co jemu nie słu­żyło, musiało być, jego zda­niem, szko­dliwe dla wszyst­kich, dla­tego też usi­ło­wał cał­kiem serio namó­wić narze­czo­nych, aby wyrze­kli się w ogóle tortu wesel­nego, a gdy to się oka­zało daremne, z równą powagą dora­dzał gościom, by go nie jedli. Zasię­gał nawet w tej mate­rii rady pana Perry’ego, apte­ka­rza. Pan Perry był czło­wie­kiem inte­li­gent­nym, dosko­nale wycho­wa­nym, a jego czę­ste wizyty były wielką pocie­chą w życiu pana Woodho­use’a; toteż far­ma­ceuta, gdy go klient zapy­tał o zda­nie, musiał przy­znać – acz, jak się zda­wało, wbrew prze­ko­na­niu – że tort weselny mógłby zaszko­dzić wielu oso­bom, może nawet więk­szo­ści, chyba że raczy­łyby się nim bar­dzo umiar­ko­wa­nie. W opar­ciu o tak mia­ro­dajną opi­nię, która potwier­dzała jego wła­sne zda­nie, pan Woodho­use powziął nadzieję, że zdoła wpły­nąć na wszyst­kich gości nowo zaślu­bio­nej pary; mimo to jedzono tort, a póki nie znik­nął ostatni jego okruch, wraż­liwe nerwy gospo­da­rza nie zaznały spo­koju.

Dziwne słu­chy krą­żyły w High­bury: widziano rze­komo, jak każde z dzieci apte­ka­rza zajada duży kawał wesel­nego tortu pani Weston, ale pan Woodho­use za nic nie chciał dać im wiary.

ROZ­DZIAŁ III

Pan Woodho­use na swój spo­sób lubił towa­rzy­stwo. Gdy go zna­jomi odwie­dzali, bar­dzo był rad, i to z wielu powo­dów: skła­dały się na to dłu­gie lata pobytu w Hart­field, wro­dzona dobro­dusz­ność, dosta­tek, dom wła­sny, córka – ponadto jego pozy­cja pozwa­lała mu w znacz­nym stop­niu regu­lo­wać wizyty małego kółka, w któ­rym się obra­cał. Poza tym szczu­płym gro­nem miał ze świa­tem nie­wiele do czy­nie­nia; jego nie­chęć do zasia­dy­wa­nia się późno w noc, do wiel­kich obia­dów pro­szo­nych, spra­wiała, że utrzy­my­wał sto­sunki tylko z tymi, któ­rzy chcieli go odwie­dzać na podyk­to­wa­nych przez niego warun­kach. Szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści zarówno w High­bury, wraz z Ran­dalls, leżą­cym w tej samej para­fii, jak i Don­well Abbey, w sąsied­niej, w sie­dzi­bie pana Kni­gh­tleya, miesz­kało wiele takich osób. Nie­rzadko, ule­ga­jąc namo­wom Emmy, zapra­szał na obiad wybra­nych, i to samą śmie­tankę, lecz miał szcze­gólną pre­dy­lek­cję do zebrań wie­czor­nych, toteż z wyjąt­kiem chwil, kiedy czuł, że nie nadaje się do towa­rzy­stwa, nie było pra­wie wie­czoru, aby Emma nie mogła mu zor­ga­ni­zo­wać par­tii kart.

Dłu­go­letni, nie­zmienny sza­cu­nek przy­cią­gał tu pań­stwa Westo­nów i pana Kni­gh­tleya; pan Elton zaś, młody czło­wiek, tra­wiący, acz nie­chęt­nie, życie w samot­no­ści, poczy­ty­wał sobie za wielki zaszczyt, kiedy, zamiast spę­dzić wie­czór w swej pustelni, mógł zna­leźć się w ele­ganc­kim, lud­nym salo­nie pana Woodho­use’a i ujrzeć uśmiech jego ślicz­nej córki. Nie było zatem obawy, aby miał kie­dy­kol­wiek wyrzec się tej przy­jem­no­ści.

Ist­niał także drugi gar­ni­tur gości, spo­śród któ­rego naj­ła­twiej osią­galne były pani i panna Bates oraz pani God­dard; wszyst­kie te trzy panie nie omiesz­kały ni­gdy sko­rzy­stać z zapro­sze­nia do Hart­field, posy­łano po nie i odwo­żono je do domu tak czę­sto, że pan Woodho­use prze­stał uwa­żać to za ciężką pańsz­czy­znę zarówno dla Jamesa, jak dla koni. Gdyby podobna koniecz­ność miała zda­rzać się zale­d­wie raz na rok, byłoby to, rzecz pro­sta, istne utra­pie­nie.

Pani Bates, wdowa po pasto­rze z High­bury, była wie­kową damą, która nie mogła już robić nic zgoła poza wypi­ciem fili­żanki her­baty i zagra­niem par­tyjki kwa­dryla2. Miesz­kała z nie­za­mężną córką, żyła bar­dzo skrom­nie, oka­zy­wano jej zaś względy i powa­ża­nie należne nie­szko­dli­wej star­szej pani znaj­du­ją­cej się w trud­nych warun­kach życio­wych. Jej córka cie­szyła się nie­zwy­kłą sym­pa­tią jak na kobietę ani młodą, ani przy­stojną, ani bogatą, ani zamężną. Panna Bates zda­wała się mieć naj­mniej w świe­cie szans, by zdo­być sobie poklask ogółu; nie odzna­czała się też wybit­nym umy­słem, który mógł bądź zastą­pić natu­ralne powaby, bądź zastra­szyć nie­chęt­nych tak, aby oka­zy­wali jej pozorny sza­cu­nek. Nie szczy­ciła się ni­gdy ani pięk­no­ścią, ani rozu­mem. Mło­dość jej minęła bez żad­nych szcze­gól­nych prze­żyć, wiek średni zaś poświę­ciła cał­ko­wi­cie opiece nad pod­upa­da­jącą na zdro­wiu matką oraz wysił­kom, aby nie­wiel­kie dochody star­czyły w miarę moż­no­ści na zaspo­ko­je­nie bie­żą­cych potrzeb. Mimo to była kobietą pogodną, kobietą, którą każdy wspo­mi­nał życz­li­wie. Jej bez­gra­niczna dobra wola i bez­po­śred­niość doko­nały tego cudu. Kochała wszyst­kich, szczę­ście wszyst­kich leżało jej na sercu, jej bystre oko umiało dostrzec zalety każ­dego; sie­bie samą uwa­żała za istotę wyjąt­kowo szczę­śliwą, obda­rzoną wido­mymi ozna­kami łaski losu: ide­alną matką, dobrymi sąsia­dami i przy­ja­ciółmi, domem, gdzie nie zby­wało na niczym. Pro­stota i pogoda jej cha­rak­teru, wdzięczne serce, skromne wyma­ga­nia zjed­ny­wały wszyst­kich i były zara­zem nie­prze­braną kopal­nią szczę­ścia dla niej samej. Umiała sze­roko się roz­wo­dzić nad dro­bia­zgami, co bar­dzo odpo­wia­dało panu Woodho­use’owi, który miał zawsze w zana­drzu mnó­stwo bła­hych nowi­nek i nie­win­nych plo­tek.

Pani God­dard była prze­ło­żoną pen­sji, nie szkoły ani zakładu nauko­wego, ani też żad­nej z tych insty­tu­cji, które w dłu­gich, bez­sen­sow­nie kwie­ci­stych zda­niach gło­szą, że roz­wi­jają talenty we wszel­kich dzie­dzi­nach sztuki, zaszcze­pia­jąc zara­zem swoim wycho­wan­kom wytworne maniery oraz kształ­tu­jąc ich umy­sły i serca wedle nowych zasad i nowych sys­te­mów peda­go­gicz­nych, i gdzie młode panny, w zamian za olbrzy­mią opłatę, mogą tylko stra­cić zdro­wie, a nabrać próż­no­ści. Nie, pani God­dard pro­wa­dziła praw­dziwą, uczciwą sta­ro­świecką pen­sję z inter­na­tem, gdzie roz­sądną dawkę wie­dzy sprze­da­wano po roz­sąd­nej cenie, gdzie można było umie­ścić córki, by nie zawa­dzały w domu i mogły zdo­być sobie nieco wykształ­ce­nia bez obawy, że powrócą pod dach rodzi­ciel­ski jako geniu­sze. Pen­sja pani God­dard cie­szyła się jak naj­lep­szą opi­nią, bar­dzo zresztą słusz­nie, gdyż High­bury ucho­dziło za miej­sco­wość wielce zdro­wotną; prze­ło­żona posia­dała obszerny dom i ogród, dzieci żywiła zdrowo i obfi­cie, latem pozwa­lała im dużo bie­gać, zimą zaś wła­sno­ręcz­nie opa­try­wała ich odmro­że­nia. Nic dziw­nego więc, że pro­wa­dziła za sobą do kościoła dwa­dzie­ścia par pen­sjo­na­rek. Była kobietą nie­ładną, o sil­nie roz­wi­nię­tym instynk­cie macie­rzyń­skim i ciężko pra­co­wała za młodu, uwa­żała więc, że należy się jej teraz od czasu do czasu chwila wytchnie­nia, jak na przy­kład pój­ście do kogoś na her­batę; a ponie­waż wiele zawdzię­czała nie­gdyś dobroci pana Woodho­use’a, gotowa była na jego wezwa­nie opu­ścić swoją schludną bawial­nię, obwie­szoną dokoła robót­kami ręcz­nymi uczen­nic, by wygrać lub prze­grać parę szy­lin­gów przy jego kominku.

Te wła­śnie panie Emma czę­sto gro­ma­dziła u sie­bie, rada, że może to czy­nić ze względu na ojca, choć dla niej oso­bi­ście ich obec­ność nie była żad­nym lekar­stwem na brak pani Weston. Cie­szyło ją, że ojciec naj­wy­raź­niej dobrze się bawi, i była bar­dzo zado­wo­lona ze swej przed­się­bior­czo­ści; jed­nakże mono­tonne poga­wędki trzech kobiet tego pokroju uzmy­sła­wiały jej, że każdy tak spę­dzony wie­czór to wła­śnie jeden z owych dłu­żą­cych się wie­czo­rów, któ­rych się zawczasu oba­wiała.

Któ­re­goś rana, kiedy sie­działa, roz­my­śla­jąc nad cze­ka­ją­cym ją zakoń­cze­niem dnia, dorę­czono jej bile­cik od pani God­dard; prze­ło­żona pen­sji pro­siła w peł­nych sza­cunku zwro­tach o pozwo­le­nie przy­pro­wa­dze­nia z sobą panny Smith; prośba wielce pożą­dana, gdyż panna Smith była to osóbka sie­dem­na­sto­let­nia, którą Emma dobrze znała z widze­nia i od dawna się nią inte­re­so­wała z uwagi na jej nie­zwy­kłą urodę. W odpo­wie­dzi na bile­cik zostało zatem wysto­so­wane bar­dzo uprzejme zapro­sze­nie, wie­czór zaś prze­stał już napeł­niać lękiem uro­czą panią domu.

Har­riet Smith była czy­jąś nie­ślubną córką. Przed kilku laty ktoś umie­ścił ją na pen­sji pani God­dard i ten sam ktoś nie­dawno wyniósł ją z rangi pen­sjo­narki do rangi pen­sjo­na­riuszki prze­ło­żo­nej. Tyle wie­dziano na ogół o jej dzie­jach. Nie widać było, aby miała przy­ja­ciół poza tymi, któ­rych zdo­była sobie w High­bury, i wró­ciła nie­dawno z dłu­gich odwie­dzin u mło­dych panien, kole­ża­nek z pen­sji.

Była to bar­dzo ładna dziew­czyna, a jej typ urody budził w Emmie szcze­gólny podziw. Nie­wiel­kiego wzro­stu, pulchna, miała deli­katną świeżą cerę, błę­kitne oczy, jasne włosy, regu­larne rysy, wyraz twa­rzy pełen sło­dy­czy; toteż, zanim wie­czór dobiegł końca, Emma była rów­nie zachwy­cona jej spo­so­bem bycia, jak jej osobą, i posta­no­wiła, że będzie pod­trzy­my­wała tę zna­jo­mość.

Panna Smith nie zdra­dzała w roz­mo­wie nie­zwy­kłej inte­li­gen­cji, lecz Emma uwa­żała, że jest bar­dzo ujmu­jąca: nie będąc prze­sad­nie nie­śmiałą, roz­ma­wiała chęt­nie, a jed­nak bez narzu­ca­nia się, z należ­nym i przy­no­szą­cym jej zaszczyt sza­cun­kiem; zda­wała się tak wdzięczna za gosz­cze­nie jej w Hart­field i tak szcze­rze pod wra­że­niem wszyst­kiego, co ją tu ota­czało, a co góro­wało pozio­mem i wykwin­tem nad warun­kami, do któ­rych nawy­kła, że musiała być osobą obda­rzoną zdro­wym roz­sąd­kiem i zasłu­gu­jącą na popar­cie. I popar­cie to otrzy­mać powinna. Łagodne błę­kitne oczy i wszyst­kie wro­dzone jej wdzięki nie mogły się zmar­no­wać wśród pośled­niej­szego towa­rzy­stwa High­bury i kół z nim zwią­za­nych. Zna­jo­mo­ści, które dotych­czas nawią­zała, są jej nie­godne. Przy­ja­ciółki, u któ­rych wła­śnie bawiła, choć z bar­dzo zacnego śro­do­wi­ska, mogły jej tylko zaszko­dzić. Rodzina ta, nazwi­skiem Mar­tin – Emma znała ją dobrze ze sły­sze­nia, dzier­ża­wiła bowiem dużą farmę od pana Kni­gh­tleya i miesz­kała w obrę­bie para­fii Don­well – cie­szyła się wpraw­dzie sza­cun­kiem, pan Kni­gh­tley cenił ją wysoko, lecz byli to ludzie pro­ści i nie­okrze­sani i nie godziło się, by dziew­czyna, któ­rej do dosko­na­ło­ści bra­kło tylko tro­chę wykształ­ce­nia i poloru, utrzy­my­wała z nimi zażyłe sto­sunki. Emma się nią zaj­mie, ogła­dzi ją, ode­rwie od nie­wła­ści­wych zna­jo­mo­ści, wpro­wa­dzi w krąg dobrego towa­rzy­stwa, ukształ­tuje jej prze­ko­na­nia, nauczy dobrych manier. Było to zada­nie cie­kawe, świad­czące o dobrym sercu, cał­ko­wi­cie odpo­wied­nie dla pozy­cji Emmy i jej moż­li­wo­ści, zdolne wypeł­nić wolny czas, jakim roz­po­rzą­dzała.

Była tak pochło­nięta podzi­wia­niem łagod­nych, błę­kit­nych oczu, prze­ma­wia­niem do Har­riet i słu­cha­niem jej odpo­wie­dzi oraz, w prze­rwach, snu­ciem w myśli pla­nów na przy­szłość, iż wie­czór mknął z nie­zwy­kłą szyb­ko­ścią. Dość powie­dzieć, że sto­lik z zasta­wioną kola­cją – któ­rego wycze­ki­wała zazwy­czaj nie­cier­pli­wie, bo ozna­czał zakoń­cze­nie podob­nych zebrań – zanim się spo­strze­gła, stał już gotów, nakryty i przy­su­nięty do kominka. Z ochotą, prze­ra­sta­jącą jesz­cze jej zwy­kłe, instynk­towne dąże­nie, by czy­nić wszystko wzo­rowo i z uwagą, pełna praw­dzi­wie dobrej woli, zachwy­cona wła­snym pomy­słem, zaczęła czy­nić honory domu i tak skwa­pli­wie czę­sto­wać gości pasz­te­tem z dro­biu i ostry­gami w kokil­kach, iż mogła być pewna, że pan domu uda się wcze­śnie na spo­czy­nek, a zebrani nie będą długo robić cere­mo­nii.

W takich razach panem Woodho­use’em szar­pały nader sprzeczne uczu­cia. Lubił nakryty stół, taka bowiem moda pano­wała za jego mło­dych lat, lecz nabyte z wie­kiem prze­ko­na­nie, że kola­cje są rze­czą nie­zdrową, spra­wiało, że przy­krym był mu widok każ­dego pół­mi­ska; przez wro­dzoną gościn­ność gotów był ura­czyć odwie­dza­ją­cych, czym tylko mógł, jed­nak przez dba­łość o ich zdro­wie smu­cił się, że będą w ogóle coś jedli. Płytki talerz wod­ni­stej kaszki, jaką sam jadał, to wszystko, co mógł z czy­stym sumie­niem dora­dzić każ­demu, choć cza­sem, gdy panie bez­tro­sko opróż­niały pół­mi­ski smacz­niej­szych potraw, zmu­szał się do powie­dze­nia:

– Pozwolę sobie zapro­po­no­wać pani to jajko. Jajka na miękko nie są szko­dliwe. Nasza Serle umie goto­wać jajka jak nikt na świe­cie. Nie odwa­żył­bym się ni­gdy czę­sto­wać jaj­kiem ugo­to­wa­nym przez kogo innego, ale takie małe jajeczko z pew­no­ścią pani nie zaszko­dzi. Niech pani pozwoli, żeby Emma nało­żyła pani kawa­łe­czek placka, maleńki kawa­łe­czek. To pla­cek z jabł­kami. Pro­szę się nie oba­wiać, nie uży­wamy żad­nych nie­zdro­wych prze­two­rów. Nie nama­wiam na krem. Ale co by pani powie­działa na pół kie­liszka wina? – tu zwró­cił się do pani God­dard. – Pół kie­li­szeczka wina roz­cień­czo­nego szklanką wody? Nie sądzę, aby to było coś złego.

Emma pozwa­lała ojcu mówić, lecz nakła­dała i dole­wała gościom znacz­nie hoj­niej­szą ręką, znaj­du­jąc tego wie­czoru szcze­gólną przy­jem­ność w poczu­ciu, że panie opusz­czą ich dom zado­wo­lone z przy­ję­cia. Radość panny Smith dorów­ny­wała cał­ko­wi­cie zamie­rze­niom pani domu. Panna Woodho­use była tak ważną oso­bi­sto­ścią w High­bury, że moż­li­wość pozna­nia jej napeł­niała Har­riet w rów­nym stop­niu lękiem, co zado­wo­le­niem. Nic dziw­nego, że pokorna, wdzięczna dziew­czyna ode­szła uszczę­śli­wiona, pełna zachwytu nad uprzej­mo­ścią, jaką panna Emma oka­zy­wała jej przez cały wie­czór. Ba, nawet uści­snęła jej dłoń na poże­gna­nie!

ROZ­DZIAŁ IV

Pomię­dzy Har­riet Smith i miesz­kań­cami Hart­field zawią­zała się wkrótce i utrwa­liła ser­deczna zaży­łość. Emma, szybka i sta­now­cza, nie tra­cąc czasu, zapro­siła dziew­czynę, zachę­ca­jąc ją do jak naj­częst­szych wizyt; w miarę jak umac­niała ich zna­jo­mość, były sobą coraz bar­dziej zachwy­cone. Emma szybko zorien­to­wała się, jak cenną towa­rzyszkę spa­ce­rów znaj­dzie w Har­riet; pod tym wzglę­dem utrata pani Weston pozo­sta­wiła poważną pustkę w jej życiu. Ojciec nie zapusz­czał się ni­gdy dalej niż do sadu, w któ­rym dwie kwa­tery wystar­czały mu cał­ko­wi­cie jako teren dłuż­szego albo krót­szego spa­ceru, zależ­nie od pory roku; toteż od dnia ślubu pani Weston Emma zaży­wała zbyt mało ruchu. Odwa­żyła się raz pójść sama do Ran­dalls, ale nie było to przy­jemne; zna­jo­mość z Har­riet Smith, któ­rej mogła w każ­dej chwili zapro­po­no­wać spa­cer, była więc cen­nym dopeł­nie­niem jej licz­nych moż­li­wo­ści. Im czę­ściej widy­wała dziew­czynę, tym bar­dziej przy­pa­dała jej ona do gustu i tym bar­dziej utwier­dzała się w życz­li­wych wobec niej zamie­rze­niach.

Har­riet nie­wąt­pli­wie nie była inte­li­gentna, posia­dała nato­miast naturę łagodną, posłuszną i wdzięczną, wolną od wszel­kiej afek­ta­cji, pra­gnęła tylko, by nią kie­ro­wał ktoś, czyją wyż­szość nad sobą uzna­wała. Emmie bar­dzo miłe było przy­wią­za­nie, któ­rego dowody Har­riet wkrótce zaczęła jej dawać; jej upodo­ba­nie do dobrego towa­rzy­stwa i zdol­ność oce­nia­nia tego, co wytworne, świad­czyło o wyro­bio­nym smaku, cho­ciaż nie można było się tu spo­dzie­wać zbyt wiel­kiego rozumu. Sło­wem, Emma była głę­boko prze­ko­nana, że Har­riet Smith jest wła­śnie nową wyma­rzoną przy­ja­ciółką, któ­rej szu­kała – czymś, czego bra­ko­wało jej w domu. O przy­ja­ciółce podob­nej do pani Weston nie mogło oczy­wi­ście być mowy. Dru­giej takiej nie znaj­dzie w życiu. I dru­giej takiej nie pra­gnie. To zupeł­nie coś innego, uczu­cie odmienne i jedyne w swoim rodzaju. Pani Weston była przed­mio­tem głę­bo­kiego sza­cunku, opar­tego na wdzięcz­no­ści i uzna­niu. Nato­miast Har­riet Emma poko­chała dla­tego, że mogła być jej pomocna. Dla pani Weston nie była zdolna nic zro­bić, dla Har­riet zaś – wszystko.

Pierw­sze wysiłki Emmy, by przyjść z pomocą przy­ja­ciółce, zmie­rzały do wyja­śnie­nia, kim są jej rodzice: Har­riet nie umiała tego powie­dzieć. Gotowa była wyznać wszystko, co wie, ale wszel­kie pyta­nia na ten temat oka­zały się daremne. Emma była więc zdana tylko na swoją bujną fan­ta­zję, nie mogła jed­nak uwie­rzyć, żeby ona sama w podob­nej sytu­acji nie wykryła prawdy. Har­riet cał­ko­wi­cie bra­kło docie­kli­wo­ści. Zado­wo­liła się tym, co usły­szała z ust pani God­dard, a co ta uwa­żała za wła­ściwe jej wyja­wić, i nie pro­wa­dziła dal­szych docie­kań.

Pani God­dard, nauczy­cielki, kole­żanki i w ogóle sprawy doty­czące szkoły – sta­no­wiły główny temat roz­mów mło­dych panien i gdyby nie zna­jo­mość Har­riet z rodziną Mar­ti­nów z Abbey Mill Farm, byłyby ich jedy­nym tema­tem. Jed­nakże Mar­ti­no­wie czę­sto zaprzą­tali myśl dziew­czę­cia: spę­dziła u nich dwa mie­siące, czuła się tam szczę­śliwa i lubiła teraz opo­wia­dać o licz­nych wygo­dach i cudach tego domu. Emma zresztą pod­sy­cała jej gada­tli­wość – bawił ją obraz odmien­nego świata, ujmo­wała ją mło­dzień­cza naiw­ność Har­riet, która mogła mówić z takim zachwy­tem, że „pani Mar­tin ma dwie bawial­nie, dwie naprawdę bar­dzo piękne bawial­nie, jedna rów­nie duża jak salon pani God­dard, i ma klucz­nicę, która jest już u niej dwa­dzie­ścia pięć lat, i pań­stwo Mar­tin posia­dają osiem krów, z tych dwie rasy Alder­ney, jedna zaś to mała walij­ska krówka, naprawdę śliczna, i pani Mar­tin powie­działa, że jeśli Har­riet tak lubi tę krówkę, to powinno się ją nazy­wać «krówką Har­riet»; pań­stwo Mar­tin mają też w ogro­dzie wspa­niałą altanę i któ­re­goś dnia na przy­szły rok wszy­scy wypiją tam her­batę; wspa­niała altana, tak duża, że śmiało zmie­ści się w niej dwa­na­ście osób”.

Emmę bawiła przez pewien czas ta papla­nina, nie zasta­na­wiała się jed­nak nad nią głę­biej, ale gdy z opo­wia­dań dziew­czę­cia lepiej poznała tę rodzinę, zbu­dziły się w niej inne uczu­cia. Wytwo­rzyła sobie zrazu błędne poję­cie, że jest tam matka i córka, syn i synowa, któ­rzy miesz­kają wszy­scy razem; lecz kiedy się oka­zało, że ów pan Mar­tin, który odgry­wał dużą rolę w opo­wia­da­niu i o któ­rego ser­decz­no­ści Har­riet wspo­mi­nała zawsze z uzna­niem, że ów pan Mar­tin jest kawa­le­rem, że nie ma żony, że nie ist­nieje młoda pani Mar­tin, Emma powzięła podej­rze­nie, że cała ta gościn­ność i życz­li­wość może być nie­bez­pieczna dla jej mło­dej przy­ja­ciółki i że jeżeli się nią nie zaopie­kuje, Har­riet może pogrą­żyć się bez­pow­rot­nie.

Pod wpły­wem tego prze­czu­cia poczęła sta­wiać pyta­nia coraz licz­niej­sze i bar­dziej kon­kretne; napro­wa­dzała Har­riet zwłasz­cza na roz­mowy o panu Mar­ti­nie, co zda­wało się nie spra­wiać dziew­czę­ciu przy­kro­ści. Har­riet chęt­nie wspo­mi­nała, jak brał udział w ich spa­ce­rach przy księ­życu i weso­łych wie­czor­nych zaba­wach, i długo się roz­wo­dziła nad jego pogod­nym uspo­so­bie­niem i uprzej­mo­ścią. Któ­re­goś dnia poszedł aż trzy mile po wło­skie orze­chy, bo przy­znała się, że bar­dzo je lubi, i w ogóle jest taki uczynny. Innego wie­czoru spro­wa­dził do bawialni syna swo­jego pastu­cha po to tylko, żeby dla niej zaśpie­wał. Har­riet lubi śpiew. Pan Mar­tin także umie tro­chę śpie­wać. Jej zda­niem jest w ogóle bar­dzo mądry i wszystko umie. Ma stado pięk­nych owiec, a kiedy bawiła w ich domu, wspo­mi­nał, że dawano mu za wełnę wyż­szą cenę niż komu­kol­wiek w oko­licy. O ile Har­riet wia­domo, wszy­scy dobrze o nim mówią. Matka i sio­stry bar­dzo go kochają. Pani Mar­tin powie­działa jej pew­nego dnia – tu Har­riet się zaru­mie­niła – że nikt nie może być lep­szym synem, dla­tego też jest pewna, że jeżeli Robert się kie­dyś ożeni, będzie bar­dzo dobrym mężem. To nie zna­czy by­naj­mniej, że pra­gnie, aby się oże­nił. Wcale jej nie pilno.

Świet­nie, pani Mar­tin! – pomy­ślała Emma. – Ta przy­naj­mniej wie, co robi.

A gdy Har­riet wyjeż­dżała, pani Mar­tin była tak uprzejma, że przy­słała przez nią pani God­dard w upo­minku piękną gęś, naj­wspa­nial­szą gęś, jaką pani God­dard kie­dy­kol­wiek widziała. Pani God­dard przy­rzą­dziła ją w nie­dzielę i zapro­siła na obiad wszyst­kie trzy nauczy­cielki, pannę Nash, pannę Prince i pannę Richard­son.

– Przy­pusz­czam, że pan Mar­tin mało posiada wia­do­mo­ści poza krę­giem swo­ich inte­re­sów? Pewno nie czyta?

– Ależ tak… to zna­czy… nie wiem na pewno, ale zdaje mi się, że dużo czyta, tylko nie takie rze­czy, które by pani sobie ceniła. Czyta „Wia­do­mo­ści Rol­ni­cze” i parę innych ksią­żek, które leżą we wnęce okna, ale czyta je tylko dla sie­bie. Cza­sem jed­nak wie­czo­rem, zanim zasie­dli­śmy do kart, czy­ty­wał nam gło­śno „Echa ele­ganc­kiego świata”, to bar­dzo cie­kawe. Wiem, że zna „Ple­bana z Wake­fieldu”. Nie zna za to „Opo­wie­ści leśnych” ani „Dzieci z opac­twa”3. Nie sły­szał nawet o takich książ­kach, póki mu o nich nie wspo­mnia­łam, ale posta­no­wił je sobie spro­wa­dzić jak naj­prę­dzej.

Następne pyta­nie brzmiało:

– Jak też wygląda pan Mar­tin?

– Och, nie jest przy­stojny, wcale nie jest przy­stojny. Z początku wyda­wał mi się bar­dzo, bar­dzo brzydki, ale teraz mi się już taki nie wydaje. To tak zawsze bywa, po pew­nym cza­sie. Ale czy pani go ni­gdy nie widziała? Bywa w High­bury od czasu do czasu, a co tydzień prze­jeż­dża tędy konno w dro­dze do King­ston. Z pew­no­ścią czę­sto panią mijał.

– Bar­dzo być może, mogłam go spo­tkać pięć­dzie­siąt razy, nie mając poję­cia, jak się nazywa. Młody far­mer, konno czy na pie­chotę, to chyba ostat­nia postać, jaka mogłaby pobu­dzić moją cie­ka­wość. Far­me­rzy należą wła­śnie do rzędu tych ludzi, z któ­rymi, czuję, nie mam nic wspól­nego. Ktoś sto­jący o parę szcze­bli niżej, a wyglą­da­jący poczci­wie, raczej by mnie inte­re­so­wał, mia­ła­bym nadzieję, że mogę w czymś pomóc jemu albo jego rodzi­nie. Ale far­merowi nie­po­trzebna jest pomoc z mojej strony, toteż w pew­nym sen­sie stoi on zbyt wysoko w hie­rar­chii spo­łecz­nej, bym go miała zauwa­żyć, w każ­dym innym zaś – jest poni­żej moich zain­te­re­so­wań.

– Z całą pew­no­ścią. Tak! Nie spo­sób, aby pani mogła go kie­dy­kol­wiek zauwa­żyć, ale on panią zna dosko­nale, naprawdę, to zna­czy z widze­nia.

– Nie tylko nie wąt­pię, że jest to mło­dzie­niec zasłu­gu­jący na wszelki sza­cu­nek, ale wiem nawet, że tak jest, i z uwagi na to życzę mu jak naj­le­piej. Jak sądzisz, ile on może mieć lat?

– Skoń­czył dwa­dzie­ścia cztery ósmego czerwca, a moje uro­dziny przy­pa­dają dwu­dzie­stego trze­ciego, tylko dwa tygo­dnie i jeden dzień róż­nicy! Jakież to dziwne!

– Dopiero dwa­dzie­ścia cztery lata! Jest za młody, żeby się żenić. Jego matka ma świętą rację, że się z tym nie spie­szy. Zdaje się, że tak, jak jest, są bar­dzo szczę­śliwi, i gdyby pani Mar­tin chciała go oże­nić, na pewno potem by tego żało­wała. Za sześć lat, gdyby poznał zacną, młodą osobę, rów­nej mu kon­dy­cji, z nie­wiel­kim posa­giem, mał­żeń­stwo takie mogłoby dla niego być pożą­dane.

– Za sześć lat! Ależ, droga panno Woodho­use, miałby już wtedy trzy­dziestkę!

– No cóż, więk­szość męż­czyzn, któ­rzy nie są cał­ko­wi­cie nie­za­leżni mate­rial­nie, nie może sobie pozwo­lić na wcze­śniej­szy oże­nek. Pan Mar­tin musi, jak sądzę, dopiero zdo­być sobie mają­tek, nie może zatem liczyć na zbyt wiele. Jaką­kol­wiek schedę odzie­dzi­czy po śmierci ojca, jaki­kol­wiek jest jego udział w majęt­no­ści rodzin­nej, przy­pusz­czam, że wszystko to jest w ruchu, to zna­czy, sta­nowi kapi­tał obro­towy i tak dalej. Dzięki wytrwa­ło­ści i pracy, przy pew­nej dozie szczę­ścia, może stać się kie­dyś zamoż­nym czło­wie­kiem, wydaje mi się nie­mal nie­praw­do­po­dobne, aby zdo­łał już coś­kol­wiek odło­żyć.

– Z pew­no­ścią tak jest. Mimo to żyją bar­dzo dostat­nio. Nie mają wpraw­dzie słu­żą­cego, ale poza tym na niczym im nie zbywa, a pani Mar­tin wspo­mi­nała, że na przy­szły rok przyj­mie chłopca na posługi.

– Żebyś tylko nie naro­biła sobie biedy, Har­riet, jak się młody Mar­tin ożeni. Mam na myśli… żebyś tylko nie nawią­zała zna­jo­mo­ści z jego żoną, bo cho­ciaż nie można mieć nic prze­ciwko jego sio­strom, gdyż otrzy­mały wyż­szą edu­ka­cję, nie wynika z tego by­naj­mniej, że on poślubi osobę, któ­rej towa­rzy­stwo byłoby dla cie­bie odpo­wied­nie. Nie­szczę­śliwe oko­licz­no­ści, w jakich się uro­dzi­łaś, zmu­szają cię do nie­zwy­kle oględ­nego dobie­ra­nia tych, z któ­rymi obcu­jesz. Jesteś nie­wąt­pli­wie córką czło­wieka z wyż­szej sfery i powin­naś doło­żyć wszel­kich sta­rań, aby utrzy­mać się na tym pozio­mie, w prze­ciw­nym razie nie zabrak­nie ludzi, któ­rzy znajdą przy­jem­ność w poni­ża­niu cię.

– Tak, z pew­no­ścią… pew­nie są i tacy. Ale póki bawię w Hart­field i pani oka­zuje mi tyle życz­li­wo­ści, nie boję się nikogo.

– Widzę, że rozu­miesz dość dobrze, jakie zna­cze­nie może mieć czyjś wpływ, Har­riet, jed­nakże pra­gnę­ła­bym, żebyś zajęła tak mocną pozy­cję w towa­rzy­stwie, by stać się nie­za­leżną zarówno od Hart­field, jak i ode mnie. Chcia­ła­bym, żebyś wyro­biła sobie raz na zawsze sto­sunki, a do osią­gnię­cia tego celu jest wska­zane, byś miała jak naj­mniej przy­god­nych zna­jo­mo­ści; jeśli zatem będziesz jesz­cze miesz­kała w tych stro­nach, kiedy pan Mar­tin się ożeni, lepiej nie daj się wcią­gnąć w aż tak wielką zaży­łość z jego sio­strami, abyś nie musiała potem zazna­ja­miać się z jego żoną, którą będzie praw­do­po­dob­nie córka jakie­goś far­mera, osoba bez wykształ­ce­nia.

– Z pew­no­ścią. Tak. Nie dla­tego, abym sądziła, że pan Mar­tin ożeni się z osobą, która nie posia­da­łaby pew­nego wykształ­ce­nia i nie była bar­dzo dobrze wycho­wana. Jed­nakże nie mam zamiaru by­naj­mniej pani prze­czyć i jestem pewna, że nie będę pra­gnęła zna­jo­mo­ści z jego żoną. Zacho­wam zawsze wielki sza­cu­nek dla obu panien Mar­tin, zwłasz­cza dla Elż­biety; przy­kro by mi było z nimi zerwać, otrzy­mały bowiem rów­nie sta­ranne wycho­wa­nie jak ja. Jed­nakże, jeżeli ich brat ożeni się z jakąś nie­okrze­saną, ordy­narną kobietą, to oczy­wi­ście lepiej, abym u niej nie bywała.

Emma obser­wo­wała ją przez cały czas tej odpo­wie­dzi peł­nej wahań, lecz nie zauwa­żyła żad­nych nie­po­ko­ją­cych obja­wów zako­cha­nia. Mło­dzie­niec był pierw­szym wiel­bi­cie­lem Har­riet, miała jed­nak nadzieję, że nie łączą ich żadne inne więzy i że dziew­czyna nie będzie się zbyt sta­now­czo opie­rała jej wła­snym życz­li­wym zamie­rze­niom.

Spo­tkały pana Mar­tina zaraz naza­jutrz pod­czas spa­ceru drogą do Don­well. Szedł pie­szo i objąw­szy naj­pierw Emmę spoj­rze­niem peł­nym sza­cunku, popa­trzył z nie­kła­ma­nym zado­wo­le­niem na jej towa­rzyszkę. Emma, rada, że nada­rza się podobna spo­sob­ność lustra­cji, wysu­nęła się o parę kro­ków naprzód i kiedy tamci dwoje roz­ma­wiali, bystrym okiem przyj­rzała się panu Rober­towi Mar­ti­nowi. Pre­zen­to­wał się bar­dzo dobrze i robił wra­że­nie rozum­nego czło­wieka, lecz nie posia­dał poza tym żad­nych innych zalet; a gdyby się go porów­nało z panami z wyż­szych sfer, stra­ciłby, jak sądziła Emma, wszelki urok w oczach Har­riet. Har­riet była dość wraż­liwa na dobre maniery i sama zauwa­żyła nie­zwy­kłą kur­tu­azję pana Woodho­use’a, dla któ­rej wyra­ziła podziw i uzna­nie. Pan Mar­tin nato­miast zda­wał się nie mieć poję­cia o dobrych manie­rach.

Roz­ma­wiali z sobą zale­d­wie parę minut, gdyż nie można było kazać cze­kać pan­nie Woodho­use; Har­riet pod­bie­gła do niej roz­pro­mie­niona, w pod­nie­ce­niu, które Emma obie­cy­wała sobie wkrótce uśmie­rzyć.

– Niech pani tylko pomy­śli, co za traf, żeśmy się spo­tkali! Jakie to dziwne. Powie­dział, że tylko przy­pad­kiem nie poszedł drogą przez Ran­dalls. Zda­wało mu się, że ni­gdy tędy nie cho­dzimy. Myślał, że bywamy pra­wie co dzień w Ran­dalls. Nie mógł jesz­cze dostać „Opo­wie­ści leśnych”. Taki był zajęty za ostat­nią byt­no­ścią w King­ston, że zupeł­nie o tym zapo­mniał. Ale wybiera się tam znów jutro. Jakie to dziwne, żeśmy się spo­tkali! No więc, czy wygląda tak, jak się pani spo­dzie­wała? Co pani o nim sądzi? Czy uważa pani, że jest naprawdę taki brzydki?

– Jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo brzydki, wyjąt­kowo brzydki, ale to jesz­cze nic w porów­na­niu z jego zupeł­nym bra­kiem ogłady. Nie mia­łam prawa wiele się spo­dzie­wać, i wiele się nie spo­dzie­wa­łam, ale nie przy­pusz­cza­łam, że może być taki pospo­lity i śmieszny, taki zupeł­nie bez żad­nej pre­zen­cji, przy­pusz­cza­łam, przy­znaję, że jest tro­chę bar­dziej dys­tyn­go­wany.

– W rze­czy samej – powie­działa Har­riet zgnę­bio­nym gło­sem. – Nie jest tak dys­tyn­go­wany, jak praw­dziwy dżen­tel­men.

– Sądzę, moja droga, że odkąd nas pozna­łaś i prze­by­wasz wciąż w towa­rzy­stwie praw­dzi­wych dżen­tel­me­nów, cie­bie samą musiała ude­rzyć róż­nica pomię­dzy nimi a panem Mar­ti­nem. W Hart­field widzia­łaś ludzi wykształ­co­nych i dobrze wycho­wa­nych, w naj­lep­szym zna­cze­niu tego słowa. Zdzi­wi­łoby mnie, gdy­byś po tym, zna­la­zł­szy się znowu w towa­rzy­stwie pana Mar­tina, nie zdała sobie sprawy, że należy on do istot niż­szego rzędu, i nie była zdu­miona, że mogłaś go kie­dy­kol­wiek uwa­żać za czło­wieka sym­pa­tycz­nego. Czy nie zaczy­nasz już tego odczu­wać? Czy cię to nie ude­rzyło? Jestem pewna, że musia­łaś zauwa­żyć jego dzi­waczny wygląd i obce­sowe maniery. No i ten szorstki głos! Z daleka sły­sza­łam prze­cież, że jest pozba­wiony wszel­kiej modu­la­cji.

– No, na pewno nie jest podobny do pana Kni­gh­tleya. Nie ma tak wytwor­nego wyglądu ani ruchów. Widzę dosko­nale róż­nice. Ale pan Kni­gh­tley jest czło­wie­kiem tak wyjąt­kowo wytwor­nym!

– Istot­nie, pan Kni­gh­tley jest czło­wie­kiem tak wyjąt­ko­wym, że porów­ny­wa­nie z nim pana Mar­tina to nie­spra­wie­dli­wość. Wśród setek ludzi trudno zna­leźć kogoś, kto rów­nie wyraź­nie jak pan Kni­gh­tley miałby wypi­sane na twa­rzy „oto dżen­tel­men”. Ale nie jest to jedyny dżen­tel­men, jakiego ostat­nio widy­wa­łaś. Na przy­kład pan Weston albo pan Elton! Porów­naj pana Mar­tina z któ­rym­kol­wiek z nich. Porów­naj ich spo­sób bycia, mówie­nia, mil­cze­nia. Zoba­czysz od razu róż­nicę.

– Tak, róż­nica jest ogromna. Tylko że pan Weston jest już nie­mal stary, ma chyba pod pięć­dzie­siątkę.

– To wła­śnie spra­wia, że jego dobre maniery są jesz­cze cen­niej­sze. Im czło­wiek star­szy, Har­riet, tym jest waż­niej­sze, aby nie miał złych manier; wszelka wybu­cho­wość, brak okrze­sa­nia, nie­zdar­ność stają się wów­czas jesz­cze bar­dziej rażące i wstrętne. To, co można daro­wać za młodu, staje się w póź­niej­szym wieku nie­zno­śne. Pan Mar­tin jest już dziś dzi­waczny i szorstki. Jaki będzie, gdy dożyje lat pana Westona?

– Doprawdy, trudno prze­wi­dzieć – odrze­kła Har­riet uro­czy­ście.

– Ale można się łatwo domy­ślić. Będzie ordy­nar­nym, pospo­li­tym far­me­rem, cał­ko­wi­cie obo­jęt­nym na swój wygląd zewnętrzny, myślą­cym wyłącz­nie o zyskach i stra­tach.

– Czyż tak? To byłoby fatalne.

– Jak dalece inte­resy już go dziś pochła­niają, widać choćby z tego, że zapo­mniał posta­rać się o książkę, którą mu pole­ci­łaś. Miał głowę zanadto nabitą tar­giem, aby myśleć o czym­kol­wiek innym, co jest rze­czą cał­kiem wła­ściwą dla kogoś, kto jest na dorobku. Cóż go obcho­dzą książki? Nie wąt­pię, że się dorobi i z cza­sem sta­nie się boga­tym czło­wie­kiem, ale cóż nam to szko­dzi, że będzie nie­oczy­tany i pospo­lity?

– Dziwi mnie, że nie pamię­tał o książce – tyle tylko odpo­wie­działa Har­riet, z głę­bo­kim nie­za­do­wo­le­niem, które Emma uznała za wystar­cza­jące. Toteż nie dodała już ani słowa. Zaczęła nato­miast z innej beczki:

– Pod pew­nym wzglę­dem maniery pana Eltona są nawet lep­sze od manier pana Kni­gh­tleya albo pana Westona. Są jesz­cze wytwor­niej­sze. Mogą być śmiało uwa­żane za wzór. Pan Weston jest tak bez­po­średni, żywy, nie­mal zbyt impul­sywny, wszy­scy go za to lubią, gdyż jest przy tym tak dobro­duszny, ale nie należy tego naśla­do­wać. To samo trzeba powie­dzieć o zacho­wa­niu pana Kni­gh­tleya, tak pro­sto­li­nij­nym, sta­now­czym, ponie­kąd dyk­ta­tor­skim, choć jemu to przy­stoi – jego postać, wygląd i pozy­cja pozwa­lają mu na to; jed­nakże gdyby jakiś mło­dzie­niec chciał go naśla­do­wać, byłoby to nie do znie­sie­nia. Nato­miast sądzę, że każ­demu mło­demu czło­wie­kowi można z całym spo­ko­jem dora­dzić, by obrał sobie za wzór pana Eltona. Pan Elton jest pogodny, wesoły, uczynny i łagodny. Zdaje mi się, że w ostat­nich cza­sach stał się jesz­cze łagod­niej­szy. Nie wiem, czy zamie­rza wkraść się w łaski któ­rejś z nas, Har­riet, oka­zu­jąc jesz­cze więk­szą sub­tel­ność, ale ude­rzyło mnie, że jego maniery są wytwor­niej­sze niż daw­niej. Jeżeli istot­nie kryje się w tym jakaś myśl, to praw­do­po­dob­nie chęć przy­po­do­ba­nia się tobie. Czy mówi­łam ci, co o tobie powie­dział któ­re­goś dnia?

Po czym przy­to­czyła mło­dej dziew­czy­nie jakieś gorące pochwały, które wydu­siła była z pana Eltona, a teraz powta­rzała naj­do­kład­niej; Har­riet rumie­niła się, uśmie­chała i powie­działa, że pan Elton wyda­wał jej się zawsze bar­dzo miły.

Pan Elton był tą wła­śnie osobą, którą Emma upa­trzyła sobie, aby wybić z głowy Har­riet mło­dego far­mera. Uwa­żała, że byłby to wyma­rzony zwią­zek, tyle tylko, że zbyt przez wszyst­kich pożą­dany, natu­ralny i praw­do­po­dobny, aby powzię­cie takiego planu poczy­tano jej za szcze­gólną zasługę. Oba­wiała się, że już wszy­scy o tym myślą i spo­dzie­wają się tego. Nato­miast nikt zapewne jej nie ubiegł, plan ów bowiem zaświ­tał jej w gło­wie już pierw­szego wie­czoru, który Har­riet spę­dziła w Hart­field. Im dłu­żej Emma go roz­wa­żała, tym bar­dziej wyda­wał się jej roz­sądny i wska­zany. Sytu­acja pana Eltona była jak najbar­dziej odpo­wied­nia; dżen­tel­men w każ­dym calu, bez jakich­kol­wiek przy­no­szą­cych mu ujmę konek­sji, a rów­no­cze­śnie nie z takiej rodziny, która mogłaby sprze­ci­wić się temu mał­żeń­stwu z uwagi na nie­znane pocho­dze­nie Har­riet. Mógł jej zaofia­ro­wać wygodny dom i, jak sądziła Emma, wystar­cza­jące dochody, bo choć ple­ba­nia w High­bury nie była wielka, wia­domo było, że pan Elton posiada fun­dusz zapew­nia­jący mu nie­za­leż­ność mate­rialną; wyro­biła sobie o nim bar­dzo wyso­kie poję­cie, wie­działa, że ma uspo­so­bie­nie pogodne, cha­rak­ter prawy, że jest mło­dzień­cem zasłu­gu­ją­cym na sza­cu­nek, przy czym nie brak mu ani rozumu, ani zna­jo­mo­ści świata.

Upew­niła się już, że pan Elton uważa Har­riet za piękną, ufała więc, że są to wystar­cza­jące pod­stawy, by powziął decy­zję, zwłasz­cza wobec tak czę­stych spo­tkań w Hart­field; dla Har­riet zaś – Emma nie wąt­piła ani na chwilę – sama myśl, iż została przez niego wyróż­niona, będzie miała nale­żytą wagę i wpływ. Był to naprawdę wielce ujmu­jący młody czło­wiek, mogący podo­bać się każ­dej nie­zbyt kapry­śnej kobie­cie. Ucho­dził za bar­dzo przy­stoj­nego, wszy­scy na ogół podzi­wiali jego urodę, choć Emma nie dzie­liła tych zachwy­tów – rysom pana Eltona brak było szla­chet­no­ści, tego zaś nie mogła mu daro­wać; ale dziew­czynę, którą uszczę­śli­wiało, że jakiś tam Robert Mar­tin jeź­dzi dla niej po wło­skie orze­chy, łatwo chyba pod­bije uwiel­bie­nie pana Eltona.

ROZ­DZIAŁ V

– Nie wiem, jakie jest pani zda­nie – zwró­cił się pan Kni­gh­tley do pani Weston – ale ja tej wiel­kiej zaży­ło­ści Emmy z Har­riet Smith nic dobrego nie wróżę.

– Nic dobrego! Czy pan tak sądzi naprawdę? Nic dobrego? Ależ czemu?

– Myślę, że nie mają na sie­bie nawza­jem dodat­niego wpływu.

– Zadzi­wia mnie pan! Emma będzie miała nie­wąt­pli­wie dodatni wpływ na Har­riet, Har­riet zaś, można śmiało powie­dzieć, ma dodatni wpływ na Emmę, stwa­rza­jąc jej nowy obiekt zain­te­re­so­wań. Ja oso­bi­ście z naj­więk­szą rado­ścią patrzę na ich rosnącą zaży­łość. Jak róż­nie to odczu­wamy! Też coś, nie mają na sie­bie dobrego wpływu! Będzie to chyba powód do jesz­cze jed­nej naszej kłótni na temat Emmy.

– Może pani przy­pusz­cza, że przy­sze­dłem umyśl­nie się z panią pokłó­cić, wie­dząc, że Westona nie ma w domu i że będzie pani musiała sama się bro­nić?

– Mój mąż by mnie poparł z pew­no­ścią, gdyby tu był, jeste­śmy bowiem co do tej sprawy zupeł­nie zgodni. Nie dalej jak wczo­raj mówi­li­śmy o tym i stwier­dzi­li­śmy oboje, jak to szczę­śli­wie dla Emmy, że jest w High­bury dziew­czyna, z którą może utrzy­my­wać przy­ja­zne sto­sunki. Nie, w tym wypadku nie jest pan spra­wie­dli­wym sędzią. Pan tak nawykł do życia w samot­no­ści, że nie doce­nia pan, jak wiele warte jest towa­rzy­stwo, zresztą żaden męż­czy­zna nie potrafi zro­zu­mieć, jaką pocie­chę znaj­duje kobieta w towa­rzy­stwie osoby tej samej płci, zwłasz­cza jeżeli była do tego przy­zwy­cza­jona przez całe życie. Domy­ślam się, jakie są pań­skie obiek­cje co do Har­riet Smith. Nie jest to osoba tak wybitna, jaką powinna być przy­ja­ciółka Emmy. Skąd­inąd jed­nak, ponie­waż Emma chcia­łaby dopeł­nić luki w edu­ka­cji tego dziew­czę­cia, będzie to dla niej bodź­cem, by samej wię­cej czy­tać. Będą czy­tały razem. O ile wiem, tak przy­naj­mniej zamie­rza Emma.

– Emma stale zamie­rza wię­cej czy­tać, od dwu­na­stego roku życia. Widy­wa­łem nie­jedną listę przez nią spo­rzą­dzoną w róż­nych okre­sach, zawie­ra­jącą książki, które zamie­rzała przeczy­tać od deski do deski; pamię­tam piękne listy, dosko­nale wybrane i nad­zwy­czaj sta­ran­nie uło­żone, nie­kiedy w porządku alfa­be­tycz­nym, nie­kiedy na innej zasa­dzie. Spis lek­tur, który spo­rzą­dziła, gdy miała zale­d­wie czter­na­ście lat, tak dobrze moim zda­niem świad­czył o jej guście, iż zacho­wa­łem go przez jakiś czas, przy­pusz­czam więc, że i teraz zna­ko­mi­cie uło­żyła nowy spis. Ale prze­sta­łem się spo­dzie­wać, aby Emma kie­dy­kol­wiek wytrwale poświę­ciła się lek­turze. Nie podda się ni­gdy niczemu, co wymaga wysiłku i cier­pli­wo­ści oraz pod­po­rząd­ko­wa­nia fan­ta­zji rozu­mowi. Tam, gdzie nie udało się pan­nie Tay­lor, tam i Har­riet Smith nic nie zdziała, jestem tego pewien. Ni­gdy się pani nie powio­dło nakło­nić Emmy do prze­czy­ta­nia nawet połowy tego, czego pani sobie życzyła. Sama pani wie o tym naj­le­piej.

– Praw­do­po­dob­nie – odrze­kła pani Weston z uśmie­chem – i ja kie­dyś tak myśla­łam, ale odkąd się roz­sta­ły­śmy, nie mogę sobie przy­po­mnieć, żeby Emma kie­dy­kol­wiek nie speł­niła jakie­goś mego życze­nia.

– Toteż nie należy pra­gnąć, aby podobne wspo­mnie­nia miały w pani odżyć – rzekł pan Kni­gh­tley z prze­ję­ciem i zamilkł na chwilę. Lecz dodał wkrótce: – Ja wszakże, któ­rego zmy­sły nie ule­gły podob­nym cza­rom, widzę, sły­szę i pamię­tam. Emmę zepsuło to, że była naj­in­te­li­gent­niej­sza z całej rodziny. Gdy miała dzie­sięć lat, potra­fiła – na swoje nie­szczę­ście – odpo­wie­dzieć na pyta­nia, nad któ­rymi na próżno łamała sobie głowę jej sie­dem­na­sto­let­nia sio­stra. Była zawsze bystra i pewna sie­bie, Iza­bella zaś powolna, nie­pewna i nie­śmiała. Mając lat dwa­na­ście, Emma zaczęła rzą­dzić domem i wami wszyst­kimi. Ze śmier­cią matki stra­ciła jedyną osobę zdolną prze­ciw­sta­wić się jej woli. Odzie­dzi­czyła zdol­no­ści matki i szkoda, że nie pod­lega już jej wpły­wowi.

– Ubo­le­wa­ła­bym szcze­rze, gdy­bym opu­ściw­szy dom pana Woodho­use’a i zmu­szona szu­kać nowej posady, pole­gać miała na pana reko­men­da­cji; sądzę, że nie powie­działby pan nikomu dobrego słowa o mnie. Jestem pewna, że uwa­żał mnie pan zawsze za osobę nie­od­po­wied­nią na sta­no­wi­sko, jakie zaj­mo­wa­łam.

– Tak – odrzekł z uśmie­chem. – Tutaj jest pani wła­ściw­sze miej­sce, jest pani stwo­rzona na żonę, nie na guwer­nantkę. Jed­nakże cały okres pobytu w Hart­field był dla pani zna­ko­mitą szkołą, jak stać się ide­alną żoną. Być może nie wykształ­ciła pani Emmy tak wszech­stron­nie, jak pozwa­lały na to moż­li­wo­ści, to raczej ona dopeł­niła pani edu­ka­cji, wła­śnie z punktu widze­nia przy­szłego mał­żeń­stwa: nauczyła panią pod­po­rząd­ko­wy­wać komuś wła­sną wolę i czy­nić to, czego sobie życzy kto inny. Toteż gdyby wtedy pan Weston popro­sił mnie, bym mu wska­zał odpo­wied­nią dla niego żonę, wymie­nił­bym nie­wąt­pli­wie pannę Tay­lor.

– Dzię­kuję panu. Nie­wielka to zasługa być dobrą żoną dla takiego czło­wieka jak mój mąż.

– Rze­czy­wi­ście, prawdę powie­dziaw­szy, mam obawy, że się pani zmar­nuje i że, pomimo tak wiel­kich zdol­no­ści cier­pli­wego zno­sze­nia swo­jej doli, nie będzie nic takiego w pani życiu, coby pani z tru­dem zno­sić musiała. Jed­nakże nie­chaj żywi nie tracą nadziei. Cha­rak­ter Westona może ulec zmia­nie na gor­sze wsku­tek nad­miaru kom­fortu albo syn może zacząć go drę­czyć.

– Mam nadzieję, że się ni­gdy tak nie sta­nie! To nie­praw­do­po­dobne! Niech pan nie prze­po­wiada przy­kro­ści z tej strony.

– Ani mi to w gło­wie. Wymie­niam tylko moż­li­wo­ści. Nie zamie­rzam dorów­nać Emmie w jej darze prze­po­wia­da­nia i odga­dy­wa­nia przy­szło­ści. Pra­gnę z całego serca, aby ów mło­dzian oka­zał się nie­odrod­nym Westo­nem pod wzglę­dem zalet serca i umy­słu, Chur­chil­lem zaś pod wzglę­dem for­tuny. Ale powróćmy do Har­riet Smith – nie dokoń­czy­łem nawet połowy tego, co mia­łem do powie­dze­nia. Uwa­żam, że jest to naj­gor­sza towa­rzyszka, jaką Emma mogła sobie wyszu­kać. Sama nic nie wie, uważa zaś, że Emma wie wszystko. Całe jej zacho­wa­nie to zacho­wa­nie pochleb­czyni, tym gorzej, że nie­za­mie­rzone. Jej nie­uc­two jest usta­wicz­nym pochleb­stwem. Jakże Emma ma zro­zu­mieć, że powinna się sama cze­goś uczyć, jeżeli Har­riet wyka­zuje na każ­dym kroku tak cza­ru­jącą niż­szość? Śmiem twier­dzić, że Har­riet ze swej strony też nie­wiele zyska przez tę zna­jo­mość. Hart­field prze­wróci jej w gło­wie, jej wła­sne śro­do­wi­sko prze­sta­nie jej przy­pa­dać do gustu. Tyle tylko nabie­rze ogłady, że będzie nie­szczę­śliwa wśród tych, któ­rzy na sku­tek uro­dze­nia oraz życio­wych oko­licz­no­ści są jej wła­ści­wym świa­tem. Musiał­bym się wielce mylić, gdyby gło­szone przez Emmę zasady miały dodać hartu ducha bądź też nakło­nić młodą dziew­czynę do roz­sąd­nego pogo­dze­nia się ze zmien­nymi kole­jami losu i swoją sytu­acją życiową. Mogą naj­wy­żej dać jej tro­chę zewnętrz­nego poloru.

– Widocz­nie mam wię­cej zaufa­nia do zdro­wego roz­sądku Emmy niż pan albo może bar­dziej się trosz­czę o jej chwi­lowe zado­wo­le­nie, nie ubo­le­wam bowiem wcale nad tą zna­jo­mo­ścią. Tak ślicz­nie wczo­raj wyglą­dała!

– Ach, woli pani mówić o jej powierz­chow­no­ści niż o jej inte­li­gen­cji? Dosko­nale, nie mam zamiaru prze­czyć, że Emma jest ładna.

– Ładna! Mógłby pan raczej powie­dzieć – piękna. Czy pan może sobie wyobra­zić kogoś, kto rysami twa­rzy i posta­cią byłby bliż­szy dosko­na­ło­ści?

– Nie wiem, co mógł­bym sobie wyobra­zić, ale przy­znaję, że rzadko zda­rzało mi się widzieć twarz i figurę mil­szą dla oka. Ja wszakże jestem zbyt sta­rym przy­ja­cie­lem, żeby być bez­stron­nym.

– A jakie oczy, praw­dzi­wie orze­chowe oczy, i tak błysz­czące! Rysy regu­larne, szczery wyraz twa­rzy, cera kwit­nąca zdro­wiem i taki piękny wzrost i kształty! Kibić silna i pro­sta; zdro­wie bije nie tylko od róża­nych policz­ków, świad­czy o nim cała postawa, osa­dze­nie głowy, spoj­rze­nie. Sły­szymy nie­raz, że jakieś dziecko to „obraz zdro­wia”, otóż gdy patrzę na Emmę, wydaje mi się, że jest ona naj­do­sko­nal­szym obra­zem zdro­wia osoby doro­słej. To wcie­le­nie piękna, nie­praw­daż, panie Kni­gh­tley?

– Nie widzę nawet naj­mniej­szej skazy w jej wyglą­dzie – odrzekł pan Kni­gh­tley – podzie­lam cał­ko­wi­cie pani zda­nie. Chęt­nie na nią patrzę, od sie­bie zaś dodam, że ja oso­bi­ście nie uwa­żam jej za osobę próżną. Zwa­żyw­szy, jak bar­dzo jest uro­dziwa, nie wydaje się zbyt­nio trosz­czyć o swoją urodę; próż­ność jej ma źró­dło w czym innym. Nie, droga pani, nie uda się pani odwieść mnie od tematu, obstaję przy swoim – nie podoba mi się ta zaży­łość z Har­riet Smith, mam obawy, że okaże się ona szko­dliwa dla nich obu.

– Ja zaś twier­dzę nie­mniej sta­now­czo, że nie przy­nie­sie ona ujmy ani jed­nej, ani dru­giej. Pomimo uro­czych drob­nych przy­war Emma to naj­lep­sze stwo­rze­nie pod słoń­cem. Czy znaj­dziemy lep­szą od niej córkę, czul­szą sio­strę, wier­niej­szą przy­ja­ciółkę? Nie i nie! Posiada zalety, któ­rym można zaufać, ni­gdy nikogo nie namówi do złego, nie popełni błędu nie do napra­wie­nia: jeżeli Emma nawet raz przy­pad­kiem w czymś się omyli, w stu innych wypad­kach postąpi słusz­nie i wła­ści­wie.

– Zgoda, nie będę pani dłu­żej drę­czył. Niech Emma pozo­sta­nie anio­łem, ja zaś zacho­wam swą zgryź­li­wość dla sie­bie aż do przy­jazdu Iza­belli i Jana na Boże Naro­dze­nie. Jan żywi wobec Emmy uczu­cie roz­sądne – a więc nie ślepe, Iza­bella zaś we wszyst­kim podziela jego zda­nie, czy­niąc wyją­tek tylko wów­czas, gdy mąż nie dość drży o dzieci. Jestem pewien, że poglądy ich będą zgodne z moimi.

– Ja zaś jestem głę­boko prze­ko­nana, że wszy­scy zbyt kocha­cie Emmę, aby sądzić ją nie­spra­wie­dli­wie lub surowo, wyba­czy pan jed­nak, jeżeli sobie pozwolę napo­mknąć – uwa­żam, iż mam prawo zabrać głos, tak jak jej matka by zabrała – że nie sądzę, by podobne dys­ku­sje mię­dzy wami nad zaży­ło­ścią Emmy i Har­riet dały coś dobrego. Pro­szę mi daro­wać moją szcze­rość, ale gdyby nawet ta zaży­łość miała przy­nieść jakieś ujemne skutki, to trudno się spo­dzie­wać, by Emma, która opo­wiada się tylko przed ojcem – on zresztą cał­ko­wi­cie apro­buje tę zna­jo­mość – miała ją zerwać, skoro znaj­duje w niej źró­dło przy­jem­no­ści. Udzie­la­nie rad było przez tak dłu­gie lata moim obo­wiąz­kiem, że niech pana nie dzi­wią te resztki daw­nych nawy­ków.

– Skąd znowu – wykrzyk­nął – jestem pani za nie bar­dzo wdzięczny. Są to z pew­no­ścią zba­wienne rady, spo­tka je zaś lep­szy los, niż bywało czę­sto z pani radami, gdyż zostaną wzięte pod uwagę.

– Pani Kni­gh­tley jest z natury lękliwa i mogłaby się zanie­po­koić o sio­strę.

– Niech się pani nie oba­wia – rzekł – nie pod­niosę wiel­kiej wrzawy. Zacho­wam swoje nie­za­do­wo­le­nie dla sie­bie. Sprawy Emmy szcze­rze mnie obcho­dzą. Uwa­żam ją tak samo za moją szwa­gierkę jak Iza­bellę, może nawet inte­re­suje mnie bar­dziej. W uczu­ciach, jakie wzbu­dza we mnie, jest zara­zem zacie­ka­wie­nie i nie­po­kój. Chciał­bym wie­dzieć, jakie będą jej losy.

– Ja także – powie­działa miękko pani Weston – bar­dzo bym chciała.

– Twier­dzi zawsze, że ni­gdy nie wyj­dzie za mąż, co oczy­wi­ście zupeł­nie nic nie zna­czy. Nie sądzę jed­nak, by dotych­czas spo­tkała męż­czy­znę, który poru­szyłby jej serce. Nie zaszko­dzi­łoby, gdyby się zako­chała na zabój, byle obiekt miło­ści był wła­ściwy. Chciał­bym widzieć Emmę zako­chaną, nie­pewną wza­jem­no­ści, byłoby to dla niej bar­dzo zdrowe. Ale nie ma tu nikogo, kto mógłby wzbu­dzić w niej uczu­cie, a ona tak rzadko wyjeż­dża z domu.

– Istot­nie, nic nie grozi na razie jej posta­no­wie­niu – przy­znała pani Weston – ale to się jesz­cze stać może, tym­cza­sem jed­nak, kiedy widzę, jak jest szczę­śliwa w Hart­field, nie mogę pra­gnąć dla niej uczu­cia, które nara­zi­łoby bied­nego pana Woodho­use’a na kło­poty. Nie dora­dza­ła­bym jesz­cze mał­żeń­stwa Emmie, cho­ciaż zapew­niam pana, że nie mam nic prze­ciwko tej insty­tu­cji.