Emilia Krakowska. Aktorzyca - Katarzyna Kaczorowska - ebook
Opis

„Aktorzyca” to portret wybitnej polskiej aktorki Emilii Krakowskiej - poznanianki z urodzenia, warszawianka z wyboru. Publiczność pokochała ją za Reymontowską Jagnę, Malinę z opowiadania Iwaszkiewicza, Marysię z „Wesela” i panią Dulską Zapolskiej. Bohaterka książki opowiada czytelnikom o wielkiej miłości swojej matki, Anastazji, o przybranej siostrze, mężach, z którymi nie zawsze było jej po drodze i ukochanych córkach. Prowadzi nas przez uliczki rodzinnego Poznania – okupowanego przez Niemców i zbuntowanego przeciwko władzy w czerwcu 1956 roku – i wprowadza w świat warszawskich teatrów, w którym młoda dziewczyna po studiach musiała znaleźć swoje miejsce, pokazać, co potrafi i przekonać do siebie reżyserów, publiczność i krytyków. Co jej się udało, a czego do dzisiaj żałuje? Czy jest rola, o której wciąż marzy? Jaką postać chciałaby zagrać ponownie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik

Na okładce wykorzystano zdjęcie © Marek Grotowski

© for the text by Katarzyna Kaczorowska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1101-3

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Rozdział 1

Przedwojenna kamienica w sercu Warszawy. Kuta brama przywodzi na myśl tych, którzy mieszkali tu przed wojną. Po zadzwonieniu domofonem drzwi otwierają się z cichym brzęknięciem. Stukot obcasów na kamiennych schodach niesie się echem po jasnej klatce schodowej. Przez głowę przemyka mi rozmowa sprzed kilku dni:

– Ale ty wiesz, że ja miałam wielu starających się? I odmawiałam…

– Domyślam się, że miała pani powodzenie. – Odpowiedź wywołuje salwę śmiechu.

– Kochanie, ja mówię o tych, którzy chcieli wycisnąć ze mnie jak z cytryny całe moje życie. O książce mówię. Może tobie się jednak uda?

Drzwi czekają już uchylone. Cały lęk przed tym pierwszym pytaniem spływa do zimnych palców. W salonie na pięknym okrągłym stole w miseczkach kuszą żurawina („Jedz, bo zdrowa, dobrze robi na nerki”), orzechy i rodzynki. Na parapecie okna zajmującego całą ścianę stoją zdjęcia, bibeloty i kwiaty: zielone w doniczkach i kolorowe bukiety w wazonach. Od przyjaciół. Od widzów. Emilia Krakowska przygląda się gościowi uważnym spojrzeniem brązowych oczu. W białej bluzce i brązowych sztruksach, z paznokciami pomalowanymi na intensywny, czerwony kolor zaskakuje młodzieńczą werwą. Jeszcze chwila, jeszcze łyk kawy i słowa spróbują ułożyć się w historię. Tę spomiędzy słów też.

– No więc, kochanie moje, babci Weroniki nie poznałam. Umarła jeszcze przed wojną. Urodziła trzynaścioro dzieci. Najstarsza była moja mama, rocznik 1901. Najmłodsza Zosia przyszła na świat w 1923 roku. Nic dziwnego, że babcia umarła. Wykończyły ją te porody. Dziadek miał pięćdziesiąt pięć lat, gdy został wdowcem. Zebrał całą tę swoją gromadkę i wyznaczył im obowiązki: ty będziesz się zajmowała dziećmi, ty kuchnią, ty będziesz sprzątać. O żadnej drugiej żeniaczce nie mogło być mowy, bo nowa żona to przecież nie matka, a jaką byłaby macochą? Co by zrobił, gdyby okazała się niedobra dla jego dzieci? Nie było mowy o takiej nieodpowiedzialności.

– A te trzynaścioro dzieci to nie była nieodpowiedzialność?

– Przecież to były zabory. Poznań leżał w Prusach. Było jasne, że polskie rodziny muszą mieć dużo dzieci, że musi być nas więcej niż Niemców. O tym nawet nie trzeba było mówić. To się wiedziało i już. Dzieci się rodziło z poczucia odpowiedzialności za Polskę, która nie istniała, ale na zmartwychwstanie której wszyscy czekali.

– Patriotyzm?

– A co innego? No i miłość, rzecz jasna. Bo dziadek bardzo babcię kochał. Ale żeby utrzymać rodzinę, najpierw wszyscy pojechali do Berlina.

– Na saksy?

– Na saksy. Ale nie tak jak dzisiaj, że jedzie albo on, albo ona, i po roku nie ma małżeństwa. Albo jadą oboje, a dzieci zostają tutaj. Nawet już określenie wymyślono na to zjawisko. Eurosieroctwo. Nie, wtedy była odpowiedzialność i jechało się za chlebem całą rodziną.

– I zarobili na ten chleb?

– Zarobili. Dziadek po powrocie otworzył kolonialkę.

– A co to takiego?

– Sklep kolonialny. I wszyscy w tym sklepie pracowali. To nie Amerykanie wymyślili, żeby dzieciaki przed lekcjami rozwoziły gazety. Mama mi opowiadała, że musieli wstawać wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Latarka na szyję, w jedną rękę torba z bułami, w drugą z mlekiem. I roznosili po domach. Bo wiesz, obok był sklep niemiecki, dalej żydowski. Trzeba było być lepszym, szybszym. To mama nauczyła mnie, że najlepszy towar nigdy nie jest dla właściciela. Dla niego jest to, co zostanie po całym dniu handlowania. No więc moja mama musiała pilnować młodszego rodzeństwa, bo jeden z braci zawsze podjadał winogrona, które były dla klientów, nie dla nich. Rozumiesz?

– Dziadek też pracował w tym sklepie?

– Dziadek był rybakiem, z zamiłowania.

– W Poznaniu? Chyba wędkarzem.

– Czy ja mówię niewyraźnie? Rybakiem, żadnym wędkarzem! Łowił w Warcie. Sieciami, które sam robił. Kochał przyrodę i sztukę. Tłumaczył mi Biblię, bo to z Biblii przecież biorą się cała nasza literatura i pojmowanie świata. Podglądałam go czasami, kiedy się modlił. Cały uduchowiony, z rękoma wzniesionymi do nieba, zatopiony w rozmowie z Panem Bogiem. Kiedy wybuchła I wojna światowa, dziadek został zmobilizowany. Trafił na front i tam cudem przeżył wybuch pocisku. Kiedy go wydobyli ledwo żywego, przyrzekł, że najstarsze dziecko ofiaruje Bogu. A tym dzieckiem była Anastazja, moja mama. Wielki to był ból i dramat tych dwojga, kiedy okazało się, że pierworodna nie chce jednak iść do klasztoru, by wypełnić zobowiązanie ojca. Rozumiesz takie wybory?

Tam, gdzie dziadek Emilii Krakowskiej miał kolonialkę, dzisiaj jest sklep sieci Beate Uhse, pilotki Luftwaffe, która wiosną 1945 roku uciekła samolotem z oblężonego Berlina wraz z synem i jego nianią, a w 1962 roku otworzyła we Flensburgu pierwszy sex-shop. O kolonialce Krakowskich pewnie już nikt poza samymi Krakowskimi nie pamięta, choć proszek Persil, który można było u nich kupić i którego reklamę widać na starym rodzinnym zdjęciu, po latach przerwy znów stoi na półkach w polskich sklepach.

– Mama skończyła gimnazjum?

– Uczyła się w gimnazjum, ale matury nie zrobiła. Zawodu księgowej nauczyła się na praktykach, pracując w biurze rachunkowym. No, a potem przyszedł rok 1920 i się zakochała.

– W kim?

– W Stanisławie. Piękny mężczyzna, przystojny. Starszy od niej o jakieś dziesięć lat, może ciut więcej. Emisariusz. Mam jego dziennik i wiem, że najpierw kochał się w innej pannie, ale ona wolała jakiegoś Witolda, który ją źle traktował, więc Stasio cierpiał. Ale cierpiał też za Polskę. Bo rozumiesz, on ten pamiętnik zaczął pisać przed I wojną światową.

– Pożyczy mi go pani?

– A nie zgubisz?

Zeszyt w czarnej okładce wygląda zaskakująco nowocześnie. Starannie kaligrafowane litery zmuszają do skupienia. Dzisiaj nikt już tak nie pisze, nie stawia takich zawijasów piórem. Takie pismo trzeba się nauczyć czytać, tak jak kiedyś w szkole składania liter w wyrazy.

St. Peter. 15. maja 1914 r.

Od wczoraj przebywam tutaj. Przysposabiam się na nudy, więc by choć w części temu zapobiec, zamierzam pisać pamiętnik, a sądzę, że tym sposobem uniknę niejeden błąd, który bym miał w życiu popełnić.

Streszczę najpierw wrażenia z podróży, a następnie będę zajmować się sobą.

Podróż 12-godzinną przebyłem stosunkowo wesoło, a korzystając z krótkiego pobytu na dworcu w Hamburgu, zwiedziłem miasto, które, niestety, nie uczyniło na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Prócz bardzo odrębnego, wprost niezrozumiałego dialektu hamburczyków, różni się słynne miasto portowe Niemczech od Berlina, w którym zamieszkuję, gęstą siecią wijących się pomiędzy domami rzek i kanałów, jak również dymem często kursujących parowozów.

Zainteresował mnie wielki kanał długości 450 metrów, budowany 20 metrów pod rzeką Łabą. Jest on prawdziwym arcydziełem. Ruch w tunelu panuje ożywiony, wozy wraz z końmi i ludźmi spuszcza i wydobywa się za pomocą nieustannie pracujących, olbrzymich wind, a w tunelu samym wre życie jak na powierzchni. Zwiedzałem również port i okręty, owe kolosy morskie, które rokrocznie unoszą po falach tysiące rzesz robotników polskich do ziemi obiecanej.

Czy sprawdzą się biednego ludu nadzieje, Bóg raczy wiedzieć! A teraz płaczę nad dolą biednego polskiego chłopa, zmuszonego do tułaczki po świecie za kawałkiem chleba. Z czyjej to winy?

Ach, gdybyście wy wszyscy, inteligentni i mniej inteligentni, którzy mienicie się Polakami, zechcieli szczerze pracować nad podniesieniem polskiego przemysłu, gdybyście zechcieli dźwignąć nasz kraj ekonomicznie, gdybyście starali się o uświadomienie ciemnego ludu robotniczego, nie tracilibyśmy ogromnych sił narodowych, a wrogowie nasi nie mogliby pomiatać naszym ludem, naszymi marzeniami.

Bogu dzięki, nie wszyscy Polacy patrzą na sprawy nas tak gorąco obchodzące obojętnie i coraz to więcej jednostek oddaje się pracy narodowej, by kraj nasz od zagłady uchronić.

Stanisław Majewski pamiętnik prowadził do marca 1915 roku. W zapiskach pobrzmiewają echa wojny, która wybuchła 28 lipca 1914 roku, trzy miesiące po jego wizycie w Hamburgu i miesiąc po zamachu w Sarajewie, w którym zginął arcyksiążę Ferdynand. W marcu 1915 Majewski wyszedł z lazaretu. Choroba, z którą się zmagał, odbierała mu chęć życia, ale nie było to jego jedyne zmartwienie. Więcej bólu sprawiała mu nieszczęśliwa miłość, z którą nie umiał sobie poradzić. Panna, w której się zakochał, wolała innego mężczyznę.

Po ostatnim wpisie w marcu 1915 roku Stanisław Majewski porzucił pamiętnik na pięć lat. Wrócił do niego raz – 12 listopada 1920 roku. Czarnym atramentem przed datą wpisał też miasto, w którym wtedy już mieszkał – Poznań.

Jak to życie dziwnie płynie! Nie żyje moja najukochańsza matka, nie żyje już ma najdroższa siostra – Dyonizja, moja druga matka, zapomniałem o swojej pierwszej bezgranicznej miłości – a jestem pomimo to szczęśliwym – tak bezgranicznie szczęśliwym. Wycierpiałem moralnie bardzo, bardzo wiele – Bóg dobry dał wynagrodzenie. Mam żonę, którą kocham, kocham bez pamięci, która osładza mi życie, dodaje otuchy do walki o byt. Dzięki Ci, Boże!!!

– Wspomniała pani, że Staś był emisariuszem. Wie pani o tym coś więcej?

– Nie wiem i nie będę zmyślać. Ale nie tylko pan Piłsudski walczył o Polskę. Moja mama pod zaborami oprócz uczęszczania do niemieckiej szkoły chodziła też na tajne komplety. Potem pokazywała mi te kamienice, gdzie wchodziło się przez podwórko do jakiegoś mieszkania, by poznawać polską historię, kulturę, literaturę. By oddychać Polską. Jakoś w latach 1948–1950, kiedy już byłam starsza i więcej rozumiałam, mama wzięła mnie za rękę i zaprowadziła na ulicę Wrocławską. I powiedziała: „Tutaj chodziłam na tajne komplety”. A wam wszystkim się wydaje, że takie rzeczy to się działy dopiero w czasie II wojny światowej. No, w każdym razie Stasio też uczył na takich kompletach. I w jednym z takich domów poznał moją matkę. To była wielka miłość, ale naznaczona pewnym cierpieniem.

– To znaczy?

– Stasio był gruźlikiem. I zdecydował, że nie będą mieli dzieci. Moja matka zresztą też początkowo nie chciała, bo cały czas miała przed oczami swoją mamę umęczoną tymi trzynastoma porodami. Poza tym to były inne czasy. Stasio elegancko ubrany. W garniturze szytym na miarę. A krawiec, dobry krawiec, wszystko może zamaskować ubraniem, więc moja matka przed ślubem owszem, wiedziała, że Staś kuleje, bo przecież chodził, podpierając się laską, elegancką, szyku zadawał… Wszystkie panny się w nim kochały. Co ja mówię, kochały! Mdlały na jego widok! Ale moja matka nie wiedziała, że całe jego ciało przez to, że Staś kuleje, jest inne. Rozumiesz, co mam na myśli?

– Nie.

– Ludzie się wtedy przed sobą nie obnażali. Mieli ten szczególny rodzaj wstydu, o którym dzisiaj zapomnieliśmy. Mama tęskniła za pięknem, marzyła o duchowej jedności, a tu nagle stanęli przed sobą nadzy i tajemnica prysła…

– Mama po wyjściu za mąż pracowała dalej na tej praktyce, na którą poszła po skończeniu gimnazjum?

– Oszalałaś?! Panna mogła pracować tylko do ślubu. A po ślubie to jedynie z mężem w jego firmie. Czytałam telegramy z gratulacjami, jakie do nich przyszły po ślubie. To było oczywiste, że moja mama będzie teraz przy mężu.

– I była?

– Pracowali razem przez moment. Staś miał biuro rachunkowe. O, tu jest zdjęcie z tego biura. Gdy je kiedyś zobaczyłam, to krzyknęłam: „Mamo, a coś ty taka wylizana była?”, bo myślałam, że miała krótkie włosy. A ona mi wytłumaczyła, że cały gruby warkocz był spięty z tyłu na karku, tak że z przodu wydawało się, że te włosy są obcięte zgodnie z modą.

– Mama wyprowadziła się od dziadka Krakowskiego, ale dalej pomagała rodzeństwu?

– Cały czas, szczególnie Alochowi, młodszemu bratu, który został później grafikiem. Najmłodszy Alojzy najpierw uczył się w szkole zdobniczej, a potem poszedł do Akademii Sztuk Pięknych. A Juliusz, też bardzo zdolny, został później księgowym, miał pomoc od biskupa – chodził do kurii po pieniądze, dzięki którym mógł się uczyć w gimnazjum. Bo Kościół zawsze umiał znaleźć zdolne dzieci i wspierał je. Po ślubie mama wyprowadziła się na ulicę Świętego Józefa. Mieli tam cztery czy pięć pokoi. A ja, dziecko innej epoki, zapytałam kiedyś mamę: „A po co wam ich tyle było?”.

– No właśnie, po co?

– „Gabinet Stasia, jadalnia, sypialnia…” – tłumaczyła matka. Trudno nawet to sobie wyobrazić w powojennej biedzie i ciasnocie. Ale tam, na tego Józefa, nie było sympatycznie. Mamie było tam źle. Ulica wąska, więc ludzie zaglądali sobie do okien. Wiesz, o czym mówię?

– Chyba…

– Pewnie nie wiesz. Flirtowało się przez uchylone okna, zza firanek. No i mężczyźni na tej ulicy podglądali młodą i atrakcyjną mężatkę. Kusiła. Więc Stasio wynalazł Kościelną na Jeżycach. Piękne mieszkanie. I meble tam były gdańskie, rzeźbione, ogromne, z czarnego dębu. Aż tu któregoś dnia mama wraca do domu, a komornik i robotnicy z firmy przewozowej wynoszą te dębowe meble. Obok stoi Stasio, więc ona do niego: „Stachu?”. Staś, który, jak się potem okazało, źle podpisał jakieś weksle i zbankrutował, blady jak ściana ledwo wydusił z siebie: „Jeszcze słowo, a sobie w łeb strzelę!”. Te błędnie podpisane weksle kosztowały go utratę biura rachunkowego, które było znane w całym Poznaniu. Mama nic już więcej nie powiedziała, a on, kiedy z powrotem stanął na nogi, w podziękowaniu za to, że nie zrobiła wówczas sceny, zamówił jej dębowe – już nie ciemne, ale jasne – meble w Swarzędzu. Też rzeźbione, w stylu barokowym i równie ogromne jak tamte gdańskie. Zbyt duże do tych miejsc, dokąd wywędrowałyśmy po wojnie. Takich mebli to już potem nie spotkałam. A Kościelną muszę ci pokazać, żebyś zrozumiała, że ja zawsze żyłam w teatrze.

– Zawsze?

– No tak. Bo kamienica stoi na wprost kościoła Świętego Floriana. Mieszkanie ma balkon, tak wysoko jak jaskółka w teatrze. I ja z tej mojej jaskółki patrzyłam na odświętne procesje, na wojsko, które na tych procesjach maszerowało, na wystrojonych ludzi idących na mszę, na to życie przetaczające się z jednej strony ulicy na drugą, w górę i w dół. Patrzyłam i czułam, że to jest coś wyjątkowego. Dopiero później zrozumiałam, że za każdym razem widziałam nowe przedstawienie. Misterium teatrum, a na dole zniszczony wojną Poznań.

Kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa i Świętego Floriana, patrona strażaków i kominiarzy, stanął na Jeżycach w 1899 roku. Wybudowano go w dwa lata przy wiejskiej drodze, która dzięki temu awansowała na ulicę Kościelną. Był pierwszą polską świątynią postawioną w czasach zaboru pruskiego w Poznaniu. Budowali go nie tylko przyszli parafianie, lecz także całe miasto. To miał być symbol, widomy znak żywej polskości i żywej wiary, tym silniejszy, im bardziej odczuwano presję Kulturkampfu i nacisków germanizacyjnych ze strony władz.

Do wybudowania kościoła zaangażowano miejscowe przedsiębiorstwa. Projekt autorstwa Jana Rakowicza, pierwszego polskiego architekta z pruskim tytułem „budowniczego rządowego”, urzeczywistniła firma Stanisława Bajona, dobrze znanego na całych Jeżycach pradziadka reżysera Filipa Bajona.

W pełnym słońca pokoju w warszawskiej kamienicy zapada decyzja. Jedziemy do Poznania, aby zobaczyć ulicę Kościelną, jeżycki kościół i kamienicę, w której na świat w lutym 1940 roku przyszła Emilia Krakowska. Jedziemy, żebym mogła zrozumieć misterium teatrum, patrząc z balkonu trzeciego piętra w dół.

Kilka tygodni później, już w pociągu do Poznania, do rozmowy co jakiś włącza się młoda kobieta, początkowo z ciekawością przyglądająca się eleganckiej pani siedzącej przy oknie. Jeśli w pierwszym spojrzeniu była jeszcze jakaś wątpliwość, to w kolejnych już jej nie ma. Jest za to pewność, że kobieta o brązowych oczach jest tą znaną z ekranu telewizora. Młoda współtowarzyszka podróży mówi jednak ostrożnie, starannie dobierając słowa.

– Na studia pani jedzie? Na zajęcia? – pyta Emilia Krakowska.

– Tak.

– No to, kochana moja, nie upijaj się za bardzo, trzeba przecież więcej widzieć. Poza tym gdy się człowiek napije, to mu jakoś tak łatwiej do przygód. Ona myśli: „Co mi szkodzi”, on mówi: „Ja to się w tobie zawsze kochałem”. A tu chodzi o to, żeby się życia społecznego uczyć, bacznie obserwować. I wyciągać wnioski. Rozumiesz?

Zamiast odpowiedzi jest ciche kiwnięcie głową. Mijamy kolejne stacje. Zbąszynek, który wyznaczał granicę zaboru pruskiego. Rawicz z okrytym złą sławą więzieniem. Tutaj został zamęczony socjalista Kazimierz Pużak. W czasie stalinowskiego polowania na wrogów ludu wyroki odsiadywali tutaj: as lotnictwa myśliwskiego z czasów II wojny światowej pułkownik Stanisław Skalski; przedwojenny poseł, współorganizator Robotniczej Brygady Obrony Warszawy Józef Dzięgielewski; późniejszy autor głośnych Rozmów z katem Kazimierz Moczarski; działacz Stronnictwa Pracy Władysław Siła-Nowicki; późniejszy obrońca w głośnych procesach politycznych, marszałek Sejmu i minister sprawiedliwości w wolnej Polsce profesor Wiesław Chrzanowski czy Władysław Bartoszewski.

– Kawa, herbata, kanapki, słodycze…

– A co pan ma za darmo?

– Pani Emilio, może herbaty się pani napije?

– Przecież wiesz, że nie piję herbaty.

– Zapomniałam…

– …tylko wrzątek, a wrzątku mi pan nie da, bo mówi, że wszystko za pieniądze i nie rozumie, że ja mu zapłacę. Mogę tę tytkę z herbatą wziąć i włożyć do kieszeni, bo tak robię nieraz, ale po co?

– Kiedy pani wkłada tę herbatę do kieszeni, to patrzą na panią jak na dziwaczkę?

– Nie wiem. A poza tym tu nie chodzi o dziwactwo. Chodzi o pieniądze. Taki kelner ma gorącą wodę, bo ta woda ma przynieść zysk. Zawsze chodzi o zysk. Rozumiesz?

Za kilka godzin staniemy na Kościelnej i będziemy dzwonić do drzwi kamienicy, gdzie na świat przyszła Emilia Krakowska, a której ścianę zdobi dzisiaj mural z wierszem Zbigniewa Herberta:

Nigdy o tobie nie ośmielam się mówić

ogromne niebo mojej dzielnicy

ani o was dachy powstrzymujące wodospad powietrza

piękne puszyste dachy włosy naszych domów

milczę także o was kominy laboratoria smutku

porzucone przez księżyc wyciągające szyje

i o was okna otwarte-zamknięte

które pękacie w poprzek gdy umieramy za morzem

Nie dziwcie się że nie umiemy opisywać świata

tylko mówimy do rzeczy czule po imieniu[1].

Kamienica przy ulicy Kościelnej pod czwartym jest odnowiona, ale mieszkania w środku zostały podzielone. Emilia Krakowska prowadzi na maleńkie podwórko, które kiedyś dla kilkuletniej dziewczynki było ogromne jak wszechświat.

– Widzisz? Tu są kuchenne schody i tam, na górze, mieszkał cieć. Kiedy ktoś chciał wejść do domu po dziesiątej wieczorem, to musiał mieć piątaka. Wtedy cieć schodził i mu te drzwi otwierał. Tu, przy tym sztenderze, rosła śliwa, cała obgryziona, a dalej były śmietniki. Gdy się bawiłam na podwórku, to moja mama za każdym razem wołała: „Miluśku, wracaj!”, bo ja bardzo często chodziłam ze śmieciami, żeby trochę się na tym sztenderze pobawić.

– Sztender to trzepak?

– Tak. Robiło się na nim różne akrobacje. Wisiało się głową w dół i takie tam. Też wisiałaś?

– Wolałam skakać w kabel. Od wiszenia kręciło mi się w głowie.

– Boże, jakie to podwórko jest maleńkie, a wtedy wydawało mi się takie ogromne! Mama nie pozwalała mi się bawić na dworze. Mówiła, że szkoda czasu, dlatego tak z tymi śmieciami biegałam. A ten dom obok to zaraz po wojnie był w części zajęty przez Rosjan na sztab. Przychodzili i prosili, żeby im ugotować coś do jedzenia. No, ale teraz tobym chciała, żebyś weszła ze mną na trzecie piętro i zobaczyła ten mój teatr, który widziałam, przeżywałam i którego się uczyłam.

Z podwórka przed drzwi od ulicy jest do przejścia kilka metrów chodnikiem z szerokich płyt. Przez jedną z nich kilkuletnia Emilka złamała sobie dopiero co wyrośnięty ząb, kiedy biegła zdyszana i nieuważna.

– Halo, dzień dobry panu, nazywam się Emilia Krakowska. Chciałabym wejść, gdyby pan był taki miły i wpuścił mnie do mieszkania, w którym się urodziłam.

– Wiem, wiem, ale które to mieszkanie?

– Na trzecim piętrze, numer dziesięć.

Cichy dźwięk otwieranych drzwi jest dowodem życzliwości rozmówcy z drugiej strony domofonu.

– Widzisz te ściany? Całe były wytarte, bo chodziłam wzdłuż nich, ścierając farbę ramieniem.

– Dlaczego?

– Przecież byłam Balladyną i skradałam się na wieżę. A schody to się pomorinem myło.

– Znaczy szczotką?

– Pastą specjalną, dziecko, pastą. Widzisz, jak ty nic nie wiesz?

Po drodze mijamy drzwi mieszkań, za którymi kiedyś żyli: pani Janasowa, państwo Paluszkiewiczowie, Pisarkowie, Brenczowie.

Kiedy Emilia Krakowska dzwoni do drzwi mieszkania, w którym urodziła się 20 lutego 1940 roku, odpowiada jej cisza. Trzeba nacisnąć więc dzwonek sąsiadów, którzy wprowadzili się na miejsce Brenczów.

– Dzień dobry, kochany, miły panie, czy tu nikogo nie ma?

– A nie mam pojęcia, może ta pani jest jeszcze na rynku.

– Pracuje na rynku?

– Tak, na jeżyckim.

– To może u pana możemy wyjrzeć przez okno? Bo proszę pana, ja się urodziłam w tym mieszkaniu obok, a tutaj mieszkała moja matka chrzestna, Zofia Brenczówna, wybitna polska klawesynistka, profesorka poznańskiej Akademii Muzycznej, która po wojnie obroniła w tej akademii dyplom. Pierwszy dyplom nagrodzony medalem.

Miły chłopak otwiera szeroko drzwi, zapraszając nas gestem do środka. Z pokoju z balkonem wybiega biszkoptowy labrador i jak to labrador zalizałby człowieka na śmierć.

– Dziewczynka jesteś? – Emilia Krakowska pochyla się nad psem. – Moja córka ma w Szwajcarii taką samą jak ty, tylko tamta ma na imię Mia, ale też uwodzi wszystkich. Ja mam lęk przestrzeni, nigdy nie podchodzę do samej krawędzi, ale ty podejdź, czujesz to?

– Jak na jaskółce w teatrze.

– No i sama widzisz. Gdy szła procesja, to każdy wiedział, kiedy trzeba stanąć, kiedy ruszyć dalej. Był mistrz ceremonii, który dawał znaki chorągiewką, i każdy je rozumiał. A dzisiaj to albo telefon komórkowy w łapie, albo słuchawka w uchu, bo inaczej wszyscy zginą.

Gospodarz taktownie przysłuchuje się Emilii Krakowskiej, kiedy ta odwraca się wprost do niego i mówi:

– Tu mieszkała panna Brenczówna, wielka, wspaniała osoba. I kiedy ty siedziałeś jeszcze na chmurce, przychodzili do niej ludzie kultury, cały świat muzyczny Poznania. Ba, sam Stefan Stuligrosz! O, a tutaj stały klawesyn i dwa fortepiany, tak, słoneczko, wtedy ludzie spotykali się ze sobą, żeby razem muzykować.

Jeszcze rzut oka na pokój z balkonem wychodzącym na kościół, jeszcze minuta w kuchni („To był bardzo nowoczesny dom, gdy moja matka się tu wprowadziła. Wszystko przemyślane, kuchnia od północy, schody kuchenne i spiżarka – to miało głęboki sens, bo w chłodzie jedzenie się nie psuło, ale po wojnie schody kuchenne nie są już schodami dostawców, kucharek i gospoś, w ogóle przestały być kuchenne”).

Schodząc, mijamy kolejne drzwi, niezmienione od czasu, gdy do kamienicy wprowadzili się pierwsi lokatorzy, choć starannie odmalowane.

– Taką klatkę schodową ostatni raz widziałam w Krakowie ładnych dwadzieścia lat temu, kiedy pojechaliśmy z Hanuszkiewiczem i Wajdą do Bronowic, tam, gdzie narodziło się Wesele Wyspiańskiego. Mówiłam ci o pomorinie?

– Tak, że to pasta była.

– Tak, ale w proszku, lakieru wtedy nie używano, choć pastę tak. Więc wyobraź sobie, ja wzdłuż lamperii sunęłam na wieżę, żeby zamordować Grabca! Byłam prawie jak Balladyna Zofii Rysiówny! Pamiętasz?

Nie mogłam spać, nóż leżał przy mnie, wzięłam.

W koszuli – wstyd! gdyby cię kto zobaczył

W koszuli z nożem w ręku? – Jak tu ciemno!…

Cyt… jakiś szmer? – Wiatr mi zgasił świecę…

To przywidzenie – nic nie słychać, zamek cały

Głęboko śpi… Lecz jeśli śpi ten człowiek

Z otwartą powieką?… to co? to co?

Jeżeli dziś nie zrobię rzeczy, jutro

Żałować będę, wiem, żałować będę[2].

I oczywiście polerowałam ubraniem ścianę. No to nie ma się co dziwić, że dostawałam za to lanie. Matka zabroniła mi też jeździć po schodach na pupie, więc zjeżdżałam przodem, głową w dół. Pomyślałam, że owszem, zabroniła mi zjeżdżać na siedzeniu, ale nie wpadnie na to, że zjeżdżam przodem.

– To niezły chuligan z pani był.

– Chuligan?! A ty to taka grzeczna, co? Dom był tynkowany. Na dole były sklepiki, drobne rodzinne przedsiębiorstwa. To było ważne, bo dochód z najmu szedł na utrzymanie kamienicy. Niedaleko był sklepik owocowo-warzywny. Brałam tam na kredyt, bo wszyscy wiedzieli, czyim jestem dzieckiem. Rozumiesz? Stałość. Mogły się zdarzyć różne rzeczy. Mogła być wojna i po wojnie dozorczyni mogła zająć mieszkanie na pierwszym piętrze, czyli awansować w hierarchii społecznej, ale pewne rzeczy były niezmienne. Wzajemny szacunek, ciężka praca, mobilizacja społeczna. Ludzie tutaj byli przyzwyczajeni, że są sprawy, dla których trzeba się zebrać i działać wspólnie. Rozumiesz, co mam na myśli?

– Chyba tak.

– Poznań to takie miasto, w którym ludzie zbudowali teatr. Na budynku do dzisiaj widnieje wykuty napis „Naród – Sobie”. Jasne? Nikt narodowi teatru nie dał. Sam go sobie wybudował. Bo wiedział, że bez kultury nie istnieje.

Babcia Weronika Krakowska na kolanach trzyma Marylkę. Od lewej stoją Łucja, Juliusz, najstarsza Anastazja – przyszła mama Emilii Krakowskiej. Dziewczynka w sukience w kratkę to Tola, na którą mówiono Tosca, smutna jak opera włoska, a obok niej – Florian

Anastazja Majewska z mężem Stanisławem Majewskim, obok niej stoją jej siostra Hania Krakowska i ich przyjaciółka. Dzięki ciotce Hance Emilka Krakowska zobaczyła Gdynię

Stanisław Majewski – pierwsza wielka miłość Anastazji Krakowskiej. Wspólnie zdecydowali, że swoich dzieci mieć nie będą, wzięli więc na wychowanie córkę służącej, Krysię, którą adoptowali

Kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa i Świętego Floriana na poznańskich Jeżycach – pierwsza polska świątynia wybudowana przez poznaniaków w mieście pod zaborem pruskim. Powstała ze zbiórki społecznej mieszkańców

Biuro rachunkowe, w którym pracował Stanisław Majewski, prawdopodobnie odpowiedzialne za dostawy węgla; Stanisław z tyłu czwarty od lewej

Kamienica przy ulicy Kościelnej, w której 20 lutego 1940 roku na świat przyszła Emilia Krakowska. Mieszkanie numer 10 z balkonem mieściło się na trzecim piętrze po prawej stronie

Teatr Polski w Poznaniu został zbudowany w latach 1873–1875 według projektu Stanisława Hebanowskiego. Powstał ze składek społecznych, o czym przypomina napis nad frontonem „Naród – Sobie”

Stanisław Majewski zmarł w 1935 roku. Pogrzeb ściągnął na Jeżyce nie tylko rodzinę i sąsiadów, ale też wielu ludzi, którzy z nim współpracowali

Rozdział 2

Na czarno-białym zdjęciu tłum ludzi w staroświeckich ubraniach. Panowie w eleganckich paltach i kapeluszach. Ich poważne twarze zdobią wąsy. Są też kobiety. Niewielkie ronda kapeluszy osłaniają drobne buzie. No i jeszcze młodzież szkolna. Schludna, w ciepłych, jesiennych paltach. Jest rok 1935. Ten tłum to kondukt żałobny, który odprowadzał Stanisława Majewskiego w jego ostatniej drodze na Cmentarz Jeżycki.

– I tak Anastazja, czyli moja mama, została młodą wdową. Żyła teatrem, muzyką, sztuką, fruwała pół metra nad ziemią. A teraz musiała na niej stanąć. I to twardo.

– Ten tłum na Kościelnej to skąd?

– Przecież mówiłam ci, że przed wojną Staś był emisariuszem, który uczył literatury polskiej. A po wojnie był dobrym obywatelem i pracował dla Polski, która odzyskała wolność po stu dwudziestu trzech latach niewoli. Ludzie go szanowali i dlatego tak wielu przyszło na pogrzeb.

– A ta młodzież? Taki był zwyczaj, że uczniowie szli w konduktach?

– Co ty gadasz? Stasio budował szkoły, więc żegnał go komitet budowy szkół. Młodej Polsce potrzebni byli wykształceni Polacy. Młodzież przyszła w podzięce za wielką i ofiarną pracę pana Majewskiego. Ale Staś prowadził też biuro rachunkowe, o którym ci mówiłam. Zajmował się tam poważną inwestycją Polaków z Bostonu, którzy na bocznicy kolejowej wybudowali magazyny na węgiel. No i dziadek Krakowski musiał tych magazynów pilnować…

Stary zegar na parapecie wybija pełną godzinę. Zupełnie jak w modnej kiedyś powieści Marii Krüger Godzina pąsowej róży cofamy się w czasie, choć odgłosy miasta szumiące za uchylonym oknem w niczym nie przypominają tych sprzed ponad osiemdziesięciu lat. Jest rok 2015, a i miasto inne. Już nie Poznań, lecz Warszawa.

– Ale jeśli Stanisław zmarł w 1935 roku, to skąd się pani wzięła w roku 1940?

– No jak to skąd?! Z miłości, jakiej świat nie widział.

Zanim jednak pani Emilia opowie mi historię tej miłości, poznam najpierw Krysię, córkę Anastazji i Stanisława Majewskich, zmarłą kilka lat temu przybraną siostrę Emilii Krakowskiej, starszą od niej o czternaście lat.

– Przecież Stanisław nie chciał mieć dzieci. Anastazja też nie. To jak na Kościelnej pojawiła się Krysia?

– Kupili ją.

– Chyba wzięli z ochronki…

– Czy ja niewyraźnie mówię?! Kupili. Od panny kuchennej. To jest Poznań, kochanie, i przed wojną takie rzeczy to była normalna sprawa. Panny służące, panny kuchenne rodziły nieślubne dzieci. Mordowały je. Oddawały do ochronki. I sprzedawały. Granicy nie czytałaś?

– Zaraz się obrażę.

Granica Zofii Nałkowskiej, lektura szkolna i zapis moralnego upadku ambitnego mężczyzny, który dla kariery zapomina o niegdysiejszych ideałach. I w dodatku ginie marnie. Zabity przez oszalałą wiejską dziewczynę, którą uwiódł, nakłonił do aborcji i porzucił.

A tamto jej dziecko, co miało być i co go nie było, gorzej było biedne. Sama poszła do akuszerki, dała sobie coś takiego zrobić, co kobiety robią, i tak je zmarnowała. Pamiętała najwięcej i ciągle jej się to przypominało, że jak tam w łóżku leżała w nocy po tych bólach, cicho, żeby ludzi nie pobudzić, to się poruszyła. I ono się tak z niej wymkło jak myszka. Cały świat go nie chciał, rodzony ojciec go nie chciał i tylko w niej jednej miało schowek. Tylko ona jedna na całym świecie mogła mu poradzić, żeby się na życie wydostało. U niej jednej miało swój ratunek i schronienie. I ona jedna, ta jego matka, też przeciwko niemu się podniosła. To gdzie się miało to dzieciątko obrócić za swoim ratunkiem, kiedy ona sama i ona tak mu zrobiła?[3]

O piekle kobiet pisał przed II wojną światową Tadeusz Boy-Żeleński, sławny lekarz i tłumacz. Walcząc, nim razem z Ireną Krzywicką założyli w Warszawie klinikę, w której udzielano bezpłatnych porad dotyczących świadomego macierzyństwa. Potrzebną, bo w samej stolicy w latach 30. ubiegłego wieku rocznie porzucano pięćset dzieci. W parkach, na ławkach, na schodach kościołów, w klatkach schodowych, na progu ochronek, dokąd ostatecznie trafiały podrzutki. W Poznaniu wcale nie było lepiej.

Krysia miała szczęście. Trafiła do dobrego domu. Anastazja Majewska kupowała dla niej ubrania, jakie panna kuchenna mogła co najwyżej obejrzeć na wystawie sklepu. Potem, już w powojennej Polsce, przenicowując płaszcz Emilii czy naprawiając jej sukienkę, wzdychała: „No popatrz tylko, Milusiu, Krysia przed wojną miała takie ładne sukienki. I fartuszki. I buciki. A dzisiaj wszystko takie skromne”.

Gdzieś w stercie albumów jest zdjęcie Anastazji Majewskiej w parku Sołackim, jednym z najpiękniejszych parków Poznania, gdzie wiosną i latem ściągało eleganckie towarzystwo, by pospacerować wśród starannie dobranych roślin, a po spacerze przysiąść w modnej parkowej restauracji nad szklaneczką lemoniady. Na tym zdjęciu obok eleganckiej młodej kobiety stoi roześmiana dziewczynka. To Krysia, rocznik 1927, którą Stanisław Majewski napominał, że najważniejsza jest nauka, a już szczególnie niemieckiego, bo język wroga trzeba znać. Dziewczynka ze zdjęcia nawet nie przypuszczała, że kilka lat po śmierci przybranego ojca znajomość niemieckiego naprawdę okaże się konieczna. Na wagę życia i śmierci.

– Krysia wiedziała, że jest adoptowana?

– Dowiedziała się.

– Jak?

– Mama nie wytrzymała, bo tak jej dała do wiwatu. No i z tej rozpaczy powiedziała jej prawdę. Tuż przed Pierwszą Komunią Świętą.

– I co?

– I nic. Krysia sama mówiła, że mamę to w papciach do nieba powinni wziąć za tę golgotę, co z nią przeszła.

Krysia Majewska poszła do szkoły z internatem. W Poznaniu, żeby dziecko nie czuło się porzucone i samotne. Żeby wiedziało, że dom jest na wyciągnięcie ręki. Uczęszczała do dobrej placówki prowadzonej przez siostry zakonne, gdzie miała nie tylko zdobyć wykształcenie, lecz także ukształtować nieco krnąbrny charakter. Anastazja Majewska ceniła sobie zarówno pracę wychowawczą sióstr, jak i przyjaźń z nimi. Wiedziała, że może im zaufać w kwestii tak ważnej jak wychowanie małego człowieka.

Gdzieś w kartkach, karteczkach, zapiskach, zdjęciach i listach jest pocztówka, którą Krysia przysłała do mamy na Kościelną. Z pozdrowieniami z pielgrzymki do Częstochowy, na którą pojechała z zakonnicami i koleżankami z klasy, by przed obrazem Czarnej Madonny świętować wniebowzięcie Matki Boskiej. Był sierpień 1939 roku. Gorący. Od słońca i od polityki, która – o czym Krysia jeszcze nie wiedziała – zmieni jej życie na zawsze.

Emilia Krakowska gwałtownie poprawia się na kanapie.

– Piętnasty sierpnia! To jest ważna data. Bardzo ważna. Krysia pojechała na Jasną Górę z pielgrzymką. A ja od lat we wsi, w której mam dom, co roku w ten dzień razem z sąsiadami, idziemy pod krzyż misyjny, który postawiono tam w 1920 roku. Niesiemy kwiaty, śpiewamy, modlimy się. Rozumiesz tę ciągłość tradycji?

Sierpień 1939 roku. Atmosfera w kraju była pełna napięcia. Szóstego sierpnia marszałek Edward Rydz-Śmigły na niemieckie żądania utworzenia „korytarza gdańskiego” odpowiedział krótko: „Nie tylko nie damy całej sukni, ale nawet guzika nie damy”. Dla poznaniaków musiało być jasne, że wojna wisi w powietrzu. Dwudziestego dziewiątego sierpnia 1939 roku Anastazja Majewska napisała list do kobiety, której nie znała. Matki mężczyzny, którego pokochała jak nikogo na świecie. Na przekór rozsądkowi, ludziom i zasadom. Ona, wdowa z przysposobionym dzieckiem. On, młodszy od niej o dwanaście lat student z dobrej, zamożnej rodziny, jedyny syn i przyszły dziedzic majątku. Pisała o dziecku, które nosi pod sercem. Prosiła o zrozumienie. Jeśli nie dla niej, to dla tego dziecka. Nieważne, dziewczynki czy chłopca, po prostu dziecka. Pisała z godnością i pokorą.

– Mój ojciec obudził w niej to, co wcześniej było stłumione: tęsknotę do tego cudownego przeżycia, jakim jest bycie matką. Przecież to jest fundamentalne pytanie, na które trzeba sobie odpowiedzieć: czy chcemy mieć dziecko? Zrodzone z nas. I oni tego zapragnęli.

Anastazja nie otrzymała odpowiedzi na ten list. Kilka dni później wybuchła wojna. A w lutym 1940 roku w mieszkaniu przy Kościelnej urodzi się Emilia Urszula, której Anastazja Majewska da – za jego zgodą – nazwisko swojego ojca, Wincentego Krakowskiego.

Pierwsze imię dziewczynka dostała na cześć Emilii Plater, hrabianki walczącej w powstaniu listopadowym, kapitan, o której wieszcz napisał balladę:

Z rannym świtem dzwoniono w kaplicy.

Już przed chatą nie było żołnierza,

Bo już Moskal był w tej okolicy.

Przyszedł lud widzieć zwłoki rycerza.

Na pastuszym tapczanie on leży;

W ręku krzyż, w głowach siodło i burka

A u boku kordelas, dwururka.

Lecz ten wódz, choć w żołnierskiej odzieży,

Jakie piękne, dziewicze ma lica!

Jaką pierś!… Ach, to była dziewica,

To Litwinka, dziewica bohater,

Wódz powstańców: Emilia Plater[4].

Drugie imię dostała na pamiątkę Urszulki Kochanowskiej.

– No i sama rozumiesz, że dziecko z takimi imionami i walczy, i do sztuki lgnie. Nie mogłam nie być feministką.

– Rozumiem, pani Emilio, ale kim był pani ojciec?

– Sublokatorem.

– Nie rozumiem.

– Bo ty nic nie rozumiesz. Normalnie. Po śmierci Stasia Anastazja przecież musiała utrzymać siebie, Krysię i ogromne mieszkanie. Więc wujek Aloch, pamiętasz, mówiłam ci o nim…

– Pamiętam, studiował grafikę.

– Artysta! Do Biblii ojców pallotynów zrobił ilustracje. Po wojnie pracował w poznańskim „Głosie Wielkopolskim”. Każde świąteczne wydanie, na Boże Narodzenie, Wielkanoc, na święto państwowe – to on dbał o oprawę graficzną gazety. No więc wujek Aloch przyprowadził do mamy sublokatora na pokój, swojego kolegę, studenta ekonomii na Uniwersytecie Poznańskim…

– I to on jest tą miłością stulecia?

– W końcu zrozumiałaś, co do ciebie mówię.

To był prawdziwy skandal. Ona: atrakcyjna wdowa, wychowująca adoptowane dziecko, a więc pewnie bezpłodna, pracująca zawodowo, starsza od niego o dwanaście lat. On: młody, zdolny, jedyny syn zamożnego kupca z Inowrocławia. Owszem, były też córki. Cztery. Ale to przecież syn jest dziedzicem, oczkiem w głowie. Nie o takiej żonie dla niego marzyli – wdowie z przybranym dzieckiem i do tego o tyle starszej. Kiedy dotarły do nich wieści, że syn, którego wysłali do Poznania na studia, zakochał się, wynajęli detektywów. Mieli sprawdzić, gdzie mieszka. Czy na pewno na Kraszewskiego – jak się przed nimi zaklinał na wszystkie świętości, czy na Kościelnej u tej wdówki Majewskiej, jak plotkowano.

– A może chodziło o majątek?

– Strasznym stereotypem lecisz.

– Sama pani powiedziała, że byli bogaci.

– Byli, byli. I co z tego? Podobno pół rynku w Inowrocławiu należało do nich, ale Anastazja przecież nie była nędzarką. Była panią z towarzystwa, niezależną finansowo. Może nie była tak zamożna jak oni, ale utrzymywała i siebie, i dom, i dziecko.

– No więc, o co chodziło?

– Inne czasy były, rozumiesz? Po prostu inne czasy. Strasznie dużo złości miałam w sobie na niego. Buntowałam się, że mama nie walczyła. Że on nic nie zrobił. Przecież to była miłość stulecia! Ale jak mi potem tłumaczyły moje córki, on słabym był człowiekiem. Rozumiesz?

– Chyba.

– Nie umiał, czy nie chciał, bez różnicy, w każdym razie nie przeciwstawił się rodzinie, nawet gdy wybuchła wojna. Zdolny był, interesował się lotnictwem, pewnie miał marzenia i plany. Tylko charakteru mu zabrakło. I odwagi.

Zygmunt Tucholski, ojciec Emilii Krakowskiej, jej matce cały czas powtarzał: „Wyjedźmy stąd”, ale nie miał pieniędzy, by uciec dokądkolwiek. To znaczy, miał. Kiedy przysłali mu je rodzice.

Student ekonomii starał się, jak mógł. Raz nawet udało mu się zebrać cały worek dziecięcych ubranek. Może po siostrach? Przywiózł go Anastazji dla Jędrusia, który miał się urodzić za kilka miesięcy. Bo jeśli urodzi się chłopiec, Andrzej, to wtedy będzie zgoda na ślub. Przecież będzie wnuk! No i przysyłał kartki z Inowrocławia i z koszar. Na odwrocie skreślonych kilka zdań. Czasem wśród nich i takie: „Przesyłam ci 5 złotych”.