Emil Żądło. Zaginione miasto - Anna Klejzerowicz - ebook
Opis

Emil Żądło powraca! A wraz z nim tajemnica pewnego zaginionego w dżungli amazońskiej prastarego miasta oraz ludzi od lat nadaremnie go poszukujących. Cóż może mieć ono wspólnego z Gdańskiem czasów II wojny światowej oraz z Gdańskiem współczesnym? Dlaczego znów giną ludzie, którzy dali się porwać zagadce? Przekonajcie się wraz z dziennikarzem śledczym Emilem Żądło oraz jego przyjaciółką, muzealniczką Martą Zabłocką. Będą Wam towarzyszyć żądza i obsesja, niebezpieczeństwo i śmierć. Ale także pasja i wielkie emocje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 249

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Copyright © Anna Klejzerowicz

 

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Na okładce wykorzystano grafikę

Dariusza Kocurka „Zaginione miasto”

 

Rysunki w tekście według pomysłu autorki

wykonał Krzysztof Klejzerowicz

 

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

ISBN 978-83-7674-386-8

 

 

Wszystkie cytaty z książki P.H. Fawcetta „Exploration Fawcett” pochodzą z polskiego tłumaczenia: P.H. Fawcett „Śladami Inków” 1964, przekład Tadeusz Evert, Iskry, Warszawa.

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

 

Sprawdź, za co czytelnicy pokochali

książki Anny Klejzerowicz

 

 

Sąd ostateczny

 

Pełen wachlarz emocji, możliwość zapoznania się z historią sztuki, opis urokliwego Gdańska – to wszystko i jeszcze więcej w doskonałej powieści „Sąd ostateczny” Anny Klejzerowicz.

Natalia Nowak-Lewandowska

(ksiazkapolapkach)

 

*

 

Serdecznie polecam wszystkim amatorom i miłośnikom literatury z dreszczykiem. Już dziś poczuj na własnej skórze oddech naśladowcy kultowego malarza niderlandzkiego i zobacz, co wyniknie z tej konfrontacji.

Krystyna Meszka

(cyrysia.blogspot.com)

 

*

 

Tę powieść czyta się jednym tchem, nie sposób oderwać się od akcji, opanować zdenerwowania. Nikt tak jak ta autorka, nie potrafi tak sugestywnie stworzyć klimatu, oczarować czytelnika, pomimo mocnych scen. Wspaniała książka. Przeczytajcie koniecznie.

Grażyna Strumiłowska

(Książka zamiast kwiatka)

 

*

 

Żywa akcja, która nie pozostawia czasu na nudę, interesujące tło historyczne, dopracowani bohaterowie, którym daleko do ideałów, wciągająca zagadka kryminalna i ciekawy wątek obyczajowy, nawet niebanalny morderca z misją… – na kartach powieści Anny Klejzerowicz znalazłam to, co lubię.

Asia Szarańska

(Babskie czytanie)

 

*

 

Kryminał z historią w tle i czy na pewno w tle? Przekonajcie się sami i przeczytajcie książkę.

Iwona Mejza

(Kryminały z mojej półki)

 

*

 

Jest zagadka, jest niebanalne śledztwo, są tajemnicze, pachnące kurzem i kadzidłem miejsca. I świetnie skreśleni pozytywni i poboczni bohaterowie, i z sercem opisane miejsca akcji, a także pewien rudy kocur… Czarująca i pełna uroku.

Paulina M. Stoparek

(noircafe.pl)

 

*

 

Czego możecie się spodziewać? Znakomitych wątków, które zmieniać się będą jak w kalejdoskopie. Łzy, uśmiechy, ale też i granie na nosie. Kim okaże się morderca?

Agnieszka Krizel

(Recenzje Agi)

 

*

 

Książkę czyta się świetnie. Ma bardzo szybką akcję, która czasami powoduje dreszcze. Wszystko od początku do końca jest idealnie przemyślane. Czytelnik nie nudzi się. (…) Polecam ją wszystkim, choć niektóre momenty nie powinny być czytane dzieciom.

Sebastian Czapliński

(Zaczytany w książkach)

 

*

 

Anna Klejzerowicz (…) poszukuje związku między teraźniejszością i przeszłością, pokazuje historyczne korzenie naszej codzienności, podsuwa pod nos dzieła sztuki, w których możemy szukać nie tyle gotowej odpowiedzi, co metody dochodzenia do prawdy. Jej kryminały mają wymiar uniwersalnej przypowieści. O ile zechcemy poszukać tego wymiaru.

Piotr Olszówka

(pisarz, publicysta, rysownik)

 

Cień gejszy

 

To trzymający w napięciu kryminał. Intrygująca fabuła, wartka akcja, ciekawi bohaterowie. Czegóż chcieć więcej?

Anna Kutrzuba

(dziennikarka, Dziennik Literacki)

 

*

 

Wszystko jest autentyczne, realne i zrozumiałe. W książce odnajdziemy i zdradę, i stracone zaufanie, tragiczną miłość, morderstwa i współczesne afery polityczne (…)

Agnieszka Lingas-Łoniewska

(autorka m.in. trylogii Zakręty losu, Łatwopalni, Szóstego i wielu innych powieści literatury kobiecej)

 

*

 

Autorka tworzy niesamowicie sugestywne, działające na wyobraźnię obrazy od których trudno się oderwać. Są kunsztowne i finezyjne, pełne nieuchwytnego czaru, jak japońskie drzeworyty, będące cichymi bohaterami książki.

Alicja Minicka

(pisarka, publicystka)

 

*

 

Książkę czyta się jednym tchem. Bohaterowie dają się lubić; moją szczególną sympatię wzbudził Zebra, który niczym dobry tata pilnuje, aby Emil nie wpakował się zbyt duże tarapaty.

Olimpia Widowska-Wielandt

(japonia-online.pl)

 

*

 

To doskonała zagadka dla tęgich umysłów, ale również opowieść o wielkiej miłości, która pozostawia ślady odczuwalne nawet sto lat później

Magdalena Kijewska

(Przegląd czytelniczy)

 

*

 

Fabuła książki tak mnie wciągnęła, że po jej przeczytaniu postanowiłam zasięgnąć więcej informacji o sztuce japońskiej, a w szczególności w temacie drzeworytów. Polecam książkę całym sercem.

Ewa Formella

(ksiazkiidy.blox.pl)

 

*

 

U Anny Klejzerowicz, jako czytelnik, cenię sobie to, że tworzy udane kryminały środka – wolne z jednej strony od mrocznego nadąsania i przesadnie skomplikowanej, ornamentalnej wręcz fabuły, z drugiej zaś od prostackiego humoru i trywialnych pomysłów. Cień gejszy jest nadto sprawnie napisany, wyważony i angażujący zarazem; prezentuje się literacko bez zarzutów. Mam nadzieję, że Emil Żądło jeszcze wielokrotnie powróci.

Daniel Koziarski

(pisarz)

 

*

 

Na każdym kroku bohaterowie czują obecność tajemniczej Japonki, która wiek po swojej śmierci robi to, co robiła za życia: cicho dotrzymuje towarzystwa, zapewnia nastrój swoją osobą (przedstawioną na serii drzeworytów) i w jakiś sposób prowadzi ludzi do zachowania się zgodnie z zasadami. Tyle że jedną z japońskich zasad jest harmonia między sposobem życia i zadowoleniem z niego… a inną zasadą: konieczność pomszczenia zbrodni. Japońska wyobraźnia nie zna pojęcia „przedawnienia”, nastrój zapewniony przez zamordowaną gejszę jest dyskretnie niesamowity i niepokojąco tajemniczy, presja z jej strony wyraźnie wyczuwalna. Nie wiemy, czy to kwestia mistrzowskiego portretu tej dziewczyny, czy też czegoś więcej.

Piotr Olszówka

(pisarz, publicysta, rysownik)

 

Dom Naszej Pani

 

Klejzerowicz w rewelacyjnej formie! Emil Żądło kontra seryjny morderca. Nie sposób się oderwać od lektury.

Joanna Opiat-Bojarska

(pisarka)

 

*

 

Po raz kolejny wraz z Emilem Żądło zostajemy wciągnięci w mroczne tajemnice historii i krwawe żądze ludzkie. Gorąca lektura między wiarą, szaleństwem i zbrodnią.

Leszek Koźmiński

(Kryminalna Piła)

 

*

 

Emil Żądło powraca! Bohater serii kryminałów z bogatym tłem historyczno-architektonicznym tym razem zmierzy się z największą zagadką sięgającą czasów starożytnych. Charyzmatyczny dziennikarz śledczy rozwiązał już zagadkę „Sądu ostatecznego”, znalazł powiązanie pomiędzy serią współczesnych morderstw a historią japońskich drzeworytów, a teraz... będzie poszukiwał zaginionej Atlantydy!

Anna Klejzerowicz powraca w doskonałej formie. Muszę przyznać, że przez długie miesiące oczekiwania stęskniłam się za inteligentnym, charyzmatycznym dziennikarzem. Emil Żądło należy do bohaterów, którzy na długo zapadają w pamięć. Niekwestionowanymi zaletami serii są główne charaktery oraz ciekawe, intrygujące zagadki, znajdujące swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, a konkretnie – w sztuce oraz historii. Tutaj nic się nie zmieniło. „Dom Naszej Pani” nie zawiedzie sympatyków Emila Żądło, a wprost przeciwnie – wynagrodzi długi czas oczekiwania na kolejną powieść z cyklu. Anna Klejzerowicz stworzyła kolejną perełkę polskiej, współczesnej literatury kryminalnej. To zaskakujące, w jaki sposób autorka potrafi połączyć wątek grasującego po Trójmieście szaleńca z elementami architektury oraz historii.

„Dom Naszej Pani” w pełni usatysfakcjonuje miłośników prozy Anny Klejzerowicz, stęsknionych i zmęczonych oczekiwaniem na Emila Żądło. Oto Emil wraca w kapitalnej formie, jeszcze bardziej skuteczny i jeszcze bardziej ironiczny. Nowością w tej części są cięte dialogi. Wątki obyczajowe rozwijają się w interesujący sposób, wszyscy czytelnicy kibicujący związkowi Marty oraz Emila z pewnością będą usatysfakcjonowani. Czekam na czwartą część cyklu o Emilu!

Magdalena Kijewska

(Przegląd czytelniczy)

 

*

 

Emil Żądło powraca w wielkiej formie. W Gdańsku giną archeolodzy. Na dodatek są to współpracownicy Marty. Tajemnicze symbole prowadzą do tajemniczej i do dzisiaj nieodkrytej Atlantydy. Emil zostaje przez swojego przyjaciela, policjanta Marka Zebrę, wciągnięty do śledztwa. Pomaga mu Marta, której życiu zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo. Więcej nie zdradzę. Musicie przeczytać sami. Warto z wielu powodów. Anna Klejzerowicz napisała świetny kryminał, wciągający od pierwszej strony. Zachwyciły mnie opisy Gdańska, szalenie plastyczne. Razem z Emilem spacerowałam po gdańskich ulicach. Rewelacyjnie pokazani bohaterowie, związek Marty i Emila. Żywe, naturalne, barwne dialogi. Mistrzowsko wplątane w akcję fakty historyczne powodują, że ani przez chwilę nie mamy wrażenia dłużyzn, czy też rozwlekania treści. Oczywiście jak zwykle autorka coś przemyca w swojej powieści. Tutaj jest ciągłość dziejów, pokazanie jak mało i jednocześnie jak wiele znaczymy jako punkciki w rzece czasu. Mamy też charakterystyczne dla tej autorki dążenie do wolności jednostki. Marta jest niezależna, kocha Emila, jest z nim, ale wymyka się stereotypom. Dla niej ważne jest to, co czuje, nie potrzebuje żadnych papierów, nie chce stać się własnością nawet ukochanego człowieka. Anna Klejzerowicz porusza ważne tematy społeczne, np. w jaki sposób rodzi się fanatyzm. Postacie autorka pogłębiła psychologicznie, są to żywi ludzie, wielowymiarowi, prawdziwi. Pisarka znowu czaruje, zawłaszcza czytelnika, wciąga w swój świat. To niezwykła umiejętność. Jedyne ale… to moja zarwana noc, bo od tej książki nie można się oderwać. Gorąco polecam, ta lektura na pewno nikogo nie zawiedzie. Trzy gwiazdki za pomysł, wiedzę, lekkość i talent.

Grażyna Strumiłowska

(Książka zamiast kwiatka)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jujowi, w podziękowaniu za książkę „Śladami Inków” oraz za marzenia.

 

Rodzinie i przyjaciołom, wszystkim poszukiwaczom.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie postacie i wydarzenia opisane w tej książce – z wyjątkiem faktów historycznych – są fikcyjne i nie mają odpowiedników w rzeczywistości.

 

 

 

 

 

 

Od autorki

 

 

 

Miałam 15 lat, kiedy mój Tata wrócił z rejsu i opowiedział mi historię Percy’ego Fawcetta. Na statku przeczytał książkę Śladami Inków, polskie tłumaczenie Exploration Fawcett, opracowanej na podstawie oryginalnych dzienników podróżnika. Od razu mnie ona opętała. Bardzo długo szukaliśmy potem tej książki, ale była niedostępna. Śladami Inków ukazało się w 1964 roku nakładem wydawnictwa Iskry i jest to chyba jedyne do tej pory polskie wydanie. Przynajmniej ja o nowszym nic nie wiem. Już wtedy była to stara książka i praktycznie nie do zdobycia. Jednak mój Ojciec się nie poddał i któregoś dnia, rok czy dwa lata później, przywiózł mi ją, cudem zdobytą w jakimś antykwariacie gdzieś w Polsce. Od tej chwili ogarnęła mnie fascynacja, trwająca do dziś. Noce, miesiące, lata wspólnych gorączkowych dyskusji, marzeń, domysłów i hipotez. Wszyscy moi najbliżsi zostali w nią wciągnięci: poza Tatą, którego nie trzeba było „wciągać”, jeszcze brat, przyjaciółka, chłopak (obecnie mąż). Nawet Mamie nie zostało oszczędzone, choć była najodporniejsza z nas wszystkich i mocniej stąpająca po ziemi.

Swoje przemyślenia i emocje opisałam w tej powieści. Bardzo żałuję, że Ojciec nie doczekał tejchwili, jednak pocieszam się myślą, że tam, gdzie teraz jest – a wierzę, że jest – już wszystko wie…

Moja historia jest subiektywna. Starałam się jednak zachować fakty zapamiętane z zapisków Fawcetta. Prawdziwa jest większość zdarzeń podanych w warstwie historycznej. Percy Harrison Fawcett rzeczywiście przez większość swojego życia poszukiwał zaginionego w dżungli tajemniczego miasta, prawdą jest też, że podczas swej ostatniej wyprawy w 1925 roku zaginął bez wieści razem ze swoimi towarzyszami. Czy znalazł to, czego szukał? Tego się już zapewne nigdy nie dowiemy. Prawdziwa jest też występująca w tekście figurka, rzeczywiście należąca do Fawcetta. Tyle że ta „oryginalna” nie została wykonana z żadnego stopu metalu, lecz z czarnego bazaltu. Możecie ją znaleźć w Internecie, do czego serdecznie Was zachęcam. Szukajcie, czytajcie, dyskutujcie. Nie będę udawała, że nie chcę i Was zarazić swą obsesją. To właśnie obsesja i pasja są motywami przewodnimi mojej książki. I bardzo będę się cieszyć, jeśli jej choć na chwilę ulegniecie. Oczywiście – z umiarem!

Podobnie w opisanym przeze mnie Gdańsku – niektóre miejsca są wymyślone. Na przykład na osiedlu Matemblewo nie ma domu seniora „Pod Modrzewiem”, podobnie jak nie istnieje w rzeczywistości osiedle Arkadia (choć wiele podobnych znajdziecie wszędzie). Inne miejsca, na przykład ulica Do Studzienki w Gdańsku-Wrzeszczu, odpowiadają rzeczywistości. Ponieważ napisałam powieść, a nie przewodnik po Gdańsku, pozwoliłam sobie skorzystać z prawa fikcji.

Reszta jest zmyśleniem, a raczej moją prywatną wizją wydarzeń, osobistą interpretacją, odbiciem marzeń i myśli. Natomiast warstwa kryminalna jest już całkowicie fikcyjna, stworzona wyłącznie na potrzeby opowieści.

W trakcie pracy nad książką dowiedziałam się, że Amerykanie zamierzają nakręcić film opowiadający o życiu Fawcetta, ale nie na podstawie jego autentycznych dzienników, tylko książki Davida Granna Zaginione miasto Z. Cóż, mnie nie starczy odwagi, by go obejrzeć. Wizja Granna nie do końca do mnie przemówiła. Wolę zachować własną, przez te wszystkie lata już „odchowaną”. Wam jednak polecam, bo może w ten sposób zachowa się pamięć o odważnym człowieku, odkrywcy, marzycielu. I o „jego” zaginionym mieście, wciąż czekającym gdzieś tam, w dalekiej puszczy, na swego odkrywcę. Jednak – jak Emil – nadal uważam, że niektóre tajemnice powinny nimi pozostać.

Niech Was więc, kochani, Emil Żądło prowadzi.

 

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników!

Anna Klejzerowicz

 

 

 

 

 

 

Podziękowania

 

 

 

Winna je jestem wielu osobom. Na wstępie Ojcu – za książkę, za pasję, za marzenia. Rodzinie i Przyjaciołom, za towarzyszenie mi od samego początku w drodze do „zaginionego miasta”.

Lucynko – kiedyś je jeszcze znajdziemy! W innym życiu.

Mężowi Krzysztofowi za rozmowy, pomoc przy gromadzeniu dokumentacji, cierpliwość, za rysunki zamieszczone w tekście, szczególnie za mapę, nad którą oboje długo się głowiliśmy.

Bratu Pawłowi – za nieustające porady informatyczne, bez których pewnie zaginęłabym w internetowej dżungli.

Obecnym przyjaciołom za wsparcie. I tutaj muszę wyszczególnić zespół portalu „Książka zamiast kwiatka” za to, że zawsze jesteście ze mną. Grażynko – Tobie dodatkowo za trzymanie mnie w ryzach.

Krzysztofowi Maciejewskiemu, mojemu znakomitemu koledze po piórze – za to, że zgodził się przeczytać tekst jeszcze surowy, w pliku. Krzysiu, dziękuję. Wiem, że w temacie Miasta jesteś zorientowany i że dzielisz ze mną tę pasję.

Zbrodniczym Siostrzyczkom – dzięki, siostry, że zawsze mogę na Was liczyć.

Markowi Okońskiemu z klubu MOrd (jest to znany klub miłośników powieści milicyjnej i ogólnie literatury kryminalnej, a nie klub morderców!) – za konsultacje w kwestiach policyjnych.

Elżbiecie Sip, sąsiadce i koleżance publicystce, za informacje związane z tematyką opieki nad osobami starszymi i domami opieki.

Agnieszce Gryciuk – za porady w warstwie obyczajowej.

Wydawcy – za wieloletnią dobrą współpracę, za zaufanie i zrozumienie. Taka współpraca to prawdziwy skarb.

Pracownikom Redakcji, a w szczególności Pani Paulinie Wierzbickiej – za ich wkład pracy oraz zrozumienie intencji autorki.

Wreszcie – na koniec, ale tylko dlatego, że to oczywistość – Czytelnikom. Za to, że jesteście, że czytacie, szukacie, że pozwalacie się „zarażać”. Bez Was nie byłoby sensu pisać!

Jeszcze raz bardzo, bardzo Wam wszystkim DZIĘKUJĘ!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Głos tak zły jak sumienie do ciągłej wzywał odmiany

I nieprzerwanym szeptem powtarzał noc i dzień:

„Odnajdź to, co ukryte. Pójdź, szukaj za gór pasmami,

Coś kryje się za górami. Zgubione – czeka cię!”

R. Kipling, The Explorer

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

Brazylia, Amazonia, dorzecze Xingu, rok 1937

 

Spoglądał z nienawiścią na brodatego starca, który najwyraźniej czuł się w tym piekle jak u siebie w domu. Najchętniej by go zabił. Nie mógł jednak tego zrobić. Nie teraz. Jeszcze nie teraz…

Do osady doprowadzili ich wynajęci przewodnicy, stamtąd dopiero przejął go przesłany przez starego drania mały dzikus, który ni w ząb nie rozumiał żadnego cywilizowanego języka. Zupełnie jak małpa – pomyślał z obrzydzeniem. Na dodatek musiał pozostawić w osadzie swoich towarzyszy: staruch uparł się, że będzie gadał tylko z nim. W cztery oczy. Bez świadków.

Kluczyli przez dżunglę co najmniej ze dwie godziny. Biały z niepokojem obserwował, jak sprawnie dziki radzi sobie z maczetą. Gdyby przyszło co do czego… Na szczęście miał broń. Kiedy wreszcie dotarli na miejsce, Niemiec przeżył kolejne rozczarowanie. Spodziewał się jakiejś hacjendy, czegoś choćby przypominającego cywilizację, gdzie będzie mógł napić się kawy albo herbaty, odpocząć przed czekającymi go pertraktacjami, zapanować nad sytuacją. Tymczasem ujrzał jedynie prowizoryczny namiot z lian. Sam nawet by go nie zauważył w tej ścianie zieleni. Stary mężczyzna już tam czekał. Mały dzikus ukucnął w kącie, dłubiąc w nosie. Na szczęście i tak niczego nie zrozumie. Ci Indianie są jak zwierzęta. To jasne, że nie mogli stworzyć żadnej cywilizacji.

Niemiec obserwował starca. Wysoki i chudy, żylasty, z długą białą brodą, w zasadzie cały zarośnięty. Gdyby nie europejskie ubranie, przypominałby człowieka pierwotnego… choć Niemiec wiedział, że to tylko pozory. Ogorzały na twarzy, pomarszczony jak mocno przejrzałe jabłko. Jednak jasne oczy patrzyły bystro. Nie było po nim znać zmęczenia, wilgotne niczym mokra wata powietrze nie utrudniało mu oddychania. Z powodu zarostu trudno byłoby odgadnąć wiek tego człowieka. Na pierwszy rzut oka wyglądał znacznie starzej, niż wynikałoby z metryki. Trzymał się jednak nadzwyczaj prosto. Spokojny jak głaz. Nieprzenikniony.

Gość otarł dłonią spocone czoło. Nie mógł znieść odgłosów dżungli, parnej zawiesiny unoszącej się wręcz namacalnie w tym upiornym gąszczu, oblepiającej go jak mokry kokon. Chwilami miał wrażenie, że zaraz zwariuje. Każdy ruch, każdy szelest budził strach. Wszędzie coś się mogło czaić, ukrywać, zaatakować. Całe ciało piekło i swędziało, pomimo odzieży ochronnej opracowanej przez najlepszych wojskowych specjalistów. A tymczasem ten obleśny Angol…

Niemiec wyjął manierkę i upił łyk wody.

– No więc, Herr Officer… – wysyczał, starając się okazać swą wyższość, nawet w tych niesprzyjających mu warunkach. – Dość już tej zabawy w ciuciubabkę. Pan wie, że przed nami nikt się nie ukryje. Nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie mógłby się pan schować. Dopadliśmy pana przed laty, dopadliśmy teraz, dopadniemy zawsze i wszędzie. Innych może pan wodzić za nos, ale nie nas. Odzyska pan spokój dopiero wówczas, gdy doprowadzi nas pan do ruin.

Starzec przyglądał mu się przez długą chwilę w milczeniu. Wreszcie rozciągnął usta w drwiącym uśmiechu.

– To czemu sami nie znajdziecie miasta? – wycedził z rozbawieniem. – Skoro jesteście tak skuteczni?

Przybysz poczuł, że zalewa go ślepa furia. Najchętniej wyjąłby rewolwer i zmusił starego skurwiela do ustępstw, choćby waląc kolbą w skroń. Znał jednak tego podróżnika. Zdechłby, a nie wyjawił nic.

– Herr Officer. – Zmusił się do zachowania spokoju. – Pan z nami nie gra. Na co to panu? Przecież zależy panu na bliskich. Nie tęskno panu do małżonki, do syna? Już tyle lat oczekują pańskiego powrotu…

– Moja rodzina nic nie wie. Nie wiedzą nawet, czy żyję i czy moja misja się powiodła. Być może nigdy się tego nie dowiedzą. Niczego nie wskóracie, zostawcie ich w spokoju! – uniósł się starzec.

– Pan nie daje nam wyboru, mein Herr…

W oczach starego człowieka pojawił się wreszcie błysk niepokoju.

– A gdzie wasz oficerski honor? – prychnął.

Niemiec parsknął wystudiowanym śmiechem.

– My dbamy o wyższy interes, o interes białej rasy – odparł. – To miasto to nasze dziedzictwo.

– Pan doprawdy w to wierzy?…

Przybysz kolejny raz otarł pot z czoła. Podrapał się po policzku. Niemal do krwi. Pełno tu tych przeklętych moskitów! Niech szlag trafi tego pieprzonego brytyjskiego snoba! Żyje wśród dzikusów, jak dzikus, a udaje wielkiego pana… Ręka sama powędrowała do ukrytej za pazuchą broni.

– Nie radzę – odezwał się Anglik. – Beze mnie nigdy nie traficie do miasta. Poza tym w pewnej indiańskiej wiosce czeka mój starszy syn wraz ze swoją nową rodziną. Jest we wszystko wtajemniczony. I jeśli tylko nie wrócę, dostarczy wiadomość do najważniejszych światowych gazet. Pan natomiast pozostanie tutaj na zawsze, bo ten oto chłopiec prędzej da się pokroić, niż wyprowadzi pana z dżungli bez mojego rozkazu. Rychło stanie się pan pokarmem dla dzikiej zwierzyny – uśmiechnął się dobrodusznie.

Niemiec zaklął w myślach, nim się odezwał:

– Herr Officer… to dla nas żadna tajemnica. My wiemy, gdzie znaleźć również pańskiego małego indiańskiego wnuka, jego ojca i matkę. Mało tego, myśmy już ich znaleźli. Moi podwładni właśnie tam na mnie czekają. Więc lepiej dla pańskich bliskich, żebym również powrócił cały i zdrowy. Możemy przecież rozmawiać jak cywilizowani ludzie, prawda? Dobić targu. Pan nam wskaże lokalizację, my zostawimy w spokoju pana i pańską rodzinę. Tylko tyle. Pozostawimy panu nawet status odkrywcy, o ile nie będzie pan szkodził aryjskiej nauce. Pańskie nazwisko to zaszczyt. Czy to nie dobra propozycja?

Starzec zamyślił się.

– Dobrze, Mister Officer…

– Herr Obersturmfuhrer – przerwał gość.

– Herr Obersturmfuhrer – poprawił się gospodarz. – Czego dokładnie pan ode mnie oczekuje? Bo przecież nie wybiera się pan na wyprawę… z tym ekwipunkiem? – Obrzucił Niemca pogardliwym spojrzeniem.

– Mapa, zdjęcia i jakiś dowód. O resztę niech pana głowa nie boli.

Starszy mężczyzna myślał przez długą chwilę, podczas której przybysz również rozmyślał: o rodzinnym mieście, o Danzig, gdzie czekały na niego awanse, wygody i… kochanka. No i sukces. Teraz już niemal pewny.

W końcu stary skinął na małego Indianina i zagadał do niego coś w dziwacznym, gardłowym języku. Porozumiewają się jak zwierzęta – ponownie stwierdził z niesmakiem młody Niemiec. Dzikus bez słowa wymknął się z namiotu.

– Cieszy mnie, że dobiliśmy targu, Herr… – wyszczerzył się esesman, nie kryjąc satysfakcji.

Stary człowiek pokiwał głową w milczeniu. On również się uśmiechał…

 

 

Gdańsk, luty, 1945 roku

 

Młody oficer wstał i zamknął od środka drzwi swego gabinetu na klucz. Zbliżał się wieczór, gmach już prawie opustoszał, jednakże ostrożność nie zawadzi. Nie miał teraz ochoty z nikim rozmawiać. Musiał w spokoju pomyśleć. Nadszedł już czas. Front był coraz bliżej, wkrótce Rosjanie bezsprzecznie zaatakują miasto. Nie da się tego uniknąć, trzeba działać. Od pewnego czasu Niemcy masowo opuszczali swoje domy i uciekali na zachód, najczęściej drogą morską – choć była ryzykowna – byle dalej od dzikich sowieckich hord. Esesman także postanowił się ewakuować. Rozmyślał nad tym już od tygodnia, taki zresztą od początku był jego plan awaryjny. Są w końcu sprawy ważniejsze od innych. Nie miał nic do stracenia, a wiele do zyskania. Tylko co zrobić z pakunkiem? Brać ze sobą? Ryzykowne. Utrata depozytu oznaczałaby kres wszystkiego, koniec wszelkiej nadziei na przyszłość. Jego koniec. Lepiej zatem dobrze go ukryć, nie tylko przed ruskimi, którzy z pewnością będą plądrować budynki, ale również przed swoimi. Niby niewielu było wtajemniczonych, bo cała sprawa od początku została utajniona. Jednak wieści i tak rozchodzą się szybko niezbadanymi kanałami, szczególnie w obecnych burzliwych czasach. Niejeden by się skusił, niejeden tylko na to czyha. Zdawał sobie sprawę z tego, jak wielu ma wrogów. Niejeden raz, szczególnie w ostatnich latach, czuł ich oddech na karku. Miernoty. Zawistnicy. Wszędzie ich pełno…

Trzeba więc się ukryć i nie dać się wyśledzić. Przeczekać. Potem po niego wróci, później, gdy już będzie po wszystkim, gdy Niemcy odzyskają miasto. Bo przecież nie przegrają wojny, to niemożliwe. To jedynie chwilowe załamanie. Może nawet przemyślana strategia. Führer z pewnością doskonale wie, co robi.

Zapalił papierosa z amerykańskiej paczki, jeszcze ze starych zapasów zakupionych od marynarzy. Kończyły się. Wszystko się kończy – szepnął ponury głos w jego głowie. Dość! Otrząśnij się i działaj! – odpowiedział mu drugi, ten sam, który kierował nim przez całe lata. Lata tryumfu, nadziei i czynu.

Młody człowiek wstał zza biurka i kopnął krzesło. Odetchnął głęboko, gasząc niedopałek w kryształowej popielnicy. Już wiedział, gdzie ukryje depozyt. W piwnicach domu Helgi będzie bezpieczny, nawet jeśli sama Helga nie będzie. Ale nie może zabrać jej ze sobą. O świcie opuści miasto – sam.

Następnie wykonał jeden telefon, po czym już spokojny otworzył sejf…

 

 

 

 

 

 

Część I

 

 

 

Gdańsk, współcześnie

 

Obudził się w środku nocy i już nie mógł zasnąć. W ustach czuł gorzki piwny posmak i było mu gorąco, choć ogrzewanie działało na pół gwizdka. Sięgnął w ciemnościach po komórkę, po omacku. Zawsze zostawiał ją w tym samym miejscu, na stoliku u wezgłowia składanej kozetki. Tym razem nie udało mu się wymacać telefonu. Zaklął, w końcu zwlókł się z polówki i włączył światło. Kanciapa była malutka, normalnie służyła za magazynek, kantorek, w którym redakcja gromadziła stare papiery, wliczając w to archiwalne numery gazety. Nocami zmieniała się w sypialnię Emila Żądło. Zaśmiał się gorzko pod nosem. Telefon leżał na jednej z chwiejących się półek, widocznie zapomniał o nim, kładąc się spać. Zerknął. Była 3:45. Nie pospał zbyt długo. Pracował do późna, by zabić głupie myśli. Potem wypił dwa piwa i zasnął, jakieś dwie godziny temu. No i co teraz? Nie miał ochoty męczyć się, leżąc bezsennie w ciemnościach. Noce stawały się coraz dłuższe – dosłownie i w przenośni. Odkąd rozstał się z Martą, jego życie w ogóle ciągnęło się jak flaki z olejem. Nie chciało mu się nawet poszukać sobie mieszkania do wynajęcia, lepiej było mu tutaj – w redakcji „Rozgwiazdy”, gdzie zaproponowano mu tymczasowy dach nad głową. Korzystał z niego już trzeci miesiąc: przynajmniej miał wrażenie, że nie wychodzi z pracy, co dawało mu poczucie przydatności, a współpracownikom nie przeszkadzało, przeciwnie: zawsze ktoś czuwał nad biurem.

Emil z przyzwyczajenia włączył komputer i przegryzł sucharka. Nic innego tu nie miał. Był głodny, wieczorem zapomniał o kolacji. Bez wyrzutów sumienia otworzył sobie kolejną puszkę piwa. Kiedy mieszkał z Martą, nie byłoby o tym mowy. Nie pozwalała na takie rzeczy. Piwo piło się, owszem, towarzysko lub do posiłków, podobnie jak wino, ale gdyby zobaczyła, że chla dla samego chlania, w dodatku w środku nocy… Nieważne. Cóż, to już i tak bez znaczenia. Marta wyrzuciła go ze swojego życia, może więc sobie chlać do woli, i tak nikomu na nim nie zależy. Od dawna nie miał już nikogo bliskiego, może z wyjątkiem syna, ale ten mieszkał z matką i ojczymem w Szwecji. Chłopak dorastał, planował swoją przyszłość – ale też nie było w niej jakiegoś szczególnego miejsca dla biologicznego ojca nieudacznika…

Czas umierać – westchnął. Po czym zabrał się do poprawiania najnowszego reportażu o szkolnictwie wyższym. Już po chwili jego myśli ponownie odpłynęły. Jak doszło do tego, że po tylu wspólnych latach rozstał się z Martą, jedyną osobą, która – jak mu się zdawało – rozumiała go bez słów? Nie wiedział. Nie było konkretnego powodu. Od pewnego czasu się nie dogadywali, woląc przemilczeć urazy czy zawiedzione nadzieje, zamiast o nich pogadać. Emil nie mógł jej darować braku zaangażowania w ich związek, jak nazywał upartą niechęć Marty do zalegalizowania go. Ona czuła się naciskana, a do tego nie przywykła. W końcu sytuacja stała się tak napięta, że mieszkali już nie tyle razem, co obok siebie, jak niezbyt przychylni sobie nawzajem sublokatorzy. Pewnego dnia doszło do otwartej kłótni – o jakąś głupotę – po której on ostentacyjnie spakował swoje manatki. Nie zatrzymywała go, więc wyszedł. Nie zadzwoniła, więc nie wrócił. Liczył na to, że to przejściowe, chwilowe, że wyjaśnią sobie wszystko lada dzień. Upłynęły jednak miesiące bez kontaktu. Tęsknił. I za nią, i za kotem. Wciąż widział Bolera na parapecie okna, zdezorientowanego i zaniepokojonego, gdy on odchodził powoli zadrzewioną uliczką z plecakiem na ramieniu. Smutna ruda plama na tle okna.

Już nie jego kot, tylko Marty. Jak dawniej, zanim się poznali… Kiedy to było? Lata temu. Policzył. Prawie dziesięć. Kawał czasu, kawał życia.

Zapalił papierosa. Powinien wyjść z nim na zewnątrz, jednak nie miał na to siły. Trudno, w końcu na dworze lało. Włączył wentylator, licząc, że do rana dym się ulotni, a może nawet smród. Zresztą i tak przebywał tu ostatnio głównie sam, ewentualnie z Marią Zebrą. Ewa niańczyła dziecko, a Szymon wpadał z doskoku, bo załatwiał sprawy redakcyjne na mieście, no i pomagał żonie. Większość tematów zlecali ostatnio freelancerom. Marysia przychodziła na dziesiątą, nie wcześniej. Zajmowała się sekretariatem i księgowością. Dobrze im się razem pracowało, w ciszy, bez napięć.

Żądło odpędził złe myśli, dopił piwo i spróbował skupić się na tekście. Jak dobrze pójdzie, to przed jej przyjściem zdąży jeszcze uporać się z robotą, wywietrzyć kanciapę, a może nawet trochę się zdrzemnąć.

Zanim zacznie się kolejny dzień bez znaczenia…

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej