Emil Żądło. Sąd ostateczny - Anna Klejzerowicz - ebook
Opis

Charyzmatyczny, obdarzony nieprzeciętną intuicją dziennikarz

w pojedynku z naśladowcą Hansa Memlinga

Emil Żądło, który zrezygnował z pracy w policji na rzecz dziennikarstwa, przeżywa kryzys. Kryzys wieloraki: związany z pracą, z brakiem natchnienia na nowy artykuł, z finansami, z uczuciami, z życiem w ogóle… Za ostatnie pieniądze kupuje alkohol i papierosy, nie ma siły wstać z łóżka i wziąć się w garść, a na dodatek jego była żona utrudnia mu kontakty z synem i męczy o zaległe alimenty.

Wszystko się zmienia, gdy któregoś razu w nocnym pubie spotyka córkę swojej starej sąsiadki, Dorotę. Młoda kobieta i jej narzeczony tej samej nocy zostają brutalnie zamordowani w niejasnych okolicznościach. Zaintrygowany Emil postanawia pomóc policji w śledztwie.

Emil Żądło to świetnie skonstruowana postać, która od pierwszej chwili wzbudziła moją sympatię.

Agnieszka Lingas-Łoniewska,

autorka m. in. trylogii Zakręty losu, Szóstego, Łatwopalnych i Brudnego świata

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Anna Klejzerowicz

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Na okładce wykorzystano fragment tryptyku

Hansa Memlinga Sąd Ostateczny

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne

ISBN 978-83-7674-312-7

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Sprawdź, za co czytelniczki pokochały książkę

Anny Klejzerowicz Sąd ostateczny

Na początek napiszę to, co od pierwszej strony mnie uderzyło. Emil Żądło to świetnie skonstruowana postać, która od pierwszej chwili wzbudziła moją sympatię. Oczami wyobraźni widzę tego trochę skatowanego życiem mężczyznę, z papierosem, dyktafonem i aparatem fotograficznym w dłoni. To ważne, żeby w jakiś sposób czuć się związanym z głównym bohaterem, bądź obdarzać go jakimiś uczuciami. W moim przypadku były to pozytywne wrażenia.

Agnieszka Lingas-Łoniewska,

autorka m. in. trylogii Zakręty losu, Szóstego, Łatwopalnych i Brudnego świata

Tę książkę mogę z czystym sumieniem polecić każdemu. Czyta się ją jednym tchem. Emil Żądło stał się już kultową postacią. Akcja powodująca dreszcze przerażenia, atmosfera Gdańska oraz żywi, barwni bohaterowie powodują, że ta książka to coś więcej niż kryminał. Oczywiście trudno nie wspomnieć o charakterystycznym dla Anny Klejzerowicz „czarowaniu” czytelnika.

Grażyna Strumiłowska,

 KzK

Bohaterem jest były policjant, aktualnie dziennikarz śledczy, Emil Żądło. Facet po rozwodzie, z upierdliwą żoną, ale za to z uroczym synkiem. Notorycznie bez pracy, choć nazwisko ma znane. Po kolejnej nieudanej próbie sprzedania swojego artykułu o żeglarstwie Emil idzie topić smutki w knajpie. Tam spotyka dawno niewdzianą młodą sąsiadkę Dorotę i jej chłopaka Damiana. Okazuje się, że młodzi zaczynają prowadzić małe, dobrze rokujące pisemko. Znany dziennikarz spadł im dosłownie z nieba, a i dla niego, mimo że oferowane zarobki nie są zbyt wielkie, jest to szczęśliwy zbieg okoliczności. Umawiają się więc na następny dzień na telefon. Niestety, telefon milczy. W końcu zdesperowany Emil dzwoni po informacje do matki Doroty. Okazuje się, że dziewczyna i chłopak zostali w nocy zamordowani. Żądło wykorzystuje dawne znajomości, by przyjrzeć się sprawie. Niestety, jest ona przerażająca. Nie dość, że zabito dwoje młodych ludzi, to jeszcze uczyniono to w wyjątkowo okrutny sposób. Dziennikarz cały czas ma wrażenie, że gdzieś już widział tak ułożone zwłoki, że z czymś się mu to kojarzy. I rzeczywiście, szybko przypomina sobie, skąd to wrażenie znajomości tematu. Otóż scena ze zwłokami to kopia jednej ze scen z obrazu Hansa Memlinga Sąd ostateczny. A to nie koniec niespodzianek. Pojawiają się kolejne zwłoki i kolejne, wszystkie też odwołują się do obrazu… Jaki szaleniec może wykorzystywać w taki sposób dzieło sztuki? Jak bardzo musi być okrutny, by czynić takie zło? Emil zamierza dowiedzieć się prawdy. Pomoże mu w tym pewna piękna znawczyni Sądu ostatecznego… 

Jolanta Świetlikowska,

Zbrodnia w Bibliotece

***

Dalej powiedział do mnie:

Nie kładź pieczęci na słowa proroctwa tej

księgi

bo chwila jest bliska.

Kto krzywdzi, niech jeszcze krzywdę wyrządzi,

I plugawy niech się jeszcze splugawi,

A sprawiedliwy niech jeszcze wypełni

sprawiedliwość,

a święty niechaj się jeszcze uświęci!

Oto przyjdę niebawem,

A moja zapłata jest ze mną,

by tak każdemu odpłacić,

jaka jest jego praca.

Jam jest Alfa i Omega,

Pierwszy i Ostatni,

Początek i Koniec.

Błogosławieni, którzy płuczą swe szaty,

Aby władza nad drzewem życia do nich należała

i aby bramami wchodzili do Miasta.

Na zewnątrz są psy, kuglarze, rozpustnicy,

Zabójcy i bałwochwalcy

I każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje.

Ja, Jezus, posłałem mego anioła,

by wam zaświadczyć o tym…

Apokalipsa św. Jana, 22, 10–15

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest przypadkowe.

Nawet miejsca są tu tylko niedoskonałym odbiciem miejsc

rzeczywiście istniejących, a czas – odbiciem Czasu…

Prolog 1

Ponad sześćdziesiąt lat wcześniej

Morze ognia falowało w ciemnościach nocy.

Wszędzie wokół było czuć smród spalenizny i gryzący zapach dymu. Od płonących budynków bił żar, któremu nawet nocny chłód nie dawał rady, tak jak siąpiący nieustannie deszcz nie zdołał zdławić płomieni pożerających miasto.

Zewsząd dobiegały rozpaczliwe krzyki ludzi i poszczekiwanie psów. Armagedon. Sąd Ostateczny. Koniec świata. Tamtego świata…

W blasku ognia sylwetki oprawców, rzucające długie, rozchybotane cienie na walące się dookoła mury, wyglądały upiornie niczym postaci diabłów z malowideł dawnych mistrzów. Nawet ich twarze były iście piekielne – czarne od sadzy i popiołów, wykrzywione w grymasie pełnego uciechy okrucieństwa. Oprawcy rabowali, wynosili, co tylko się dało z ocalałych jeszcze domów, z których wcześniej wywlekli przerażonych ludzi, tak jak stali, prosto na zalaną deszczem ulicę, popychając ich brutalnie kolbami karabinów. Co jakiś czas dobiegały z bliska przeszywające powietrze pojedyncze odgłosy wystrzałów i już nie było wiadomo, czy czerwień bruku to dzieło łuny, padającej od ognia, czy też spływającej krwi. Ludzie uciekali w panice, kryjąc się w zakamarkach ruin, a płacz dzieci oraz zawodzenie kobiet tłumione były przez huk ognia i walące się ściany. Tylko wiosenny deszcz wciąż padał jednostajnie i obojętnie, jakby chciał swą mglistą kurtyną wstydliwie przysłonić całe to koszmarne ludzkie pandemonium.

Jeden z oprawców pchnął na bruk starego człowieka i jednym strzałem w głowę pozbawił go życia. Rozległ się przeraźliwy krzyk dwunastoletniej dziewczynki, która rzuciła się na ciało starca. Oprawca podniósł dziewczynkę szarpnięciem za włosy, po czym przyparł ją do porzuconego wraku wojskowego łazika i zgwałcił. Następnie poderżnął dziecku gardło i rzucił ciało na zwłoki starca jak niepotrzebną, zużytą szmatę. Przedtem jednak zdarł z szyi ofiary srebrny wisiorek. Słychać było śmiech okrutnika.

Druga, nieco starsza dziewczyna, patrzyła na to wszystko ukryta za stertą porzuconych skrzyń. Serce podeszło jej do gardła, a z oczu bezgłośnie popłynęły łzy. Nie mogła nic zrobić, mimo że tamta dziewczynka była jej młodszą siostrą, a stary człowiek dziadkiem i jedynym opiekunem, odkąd zabrakło rodziców. Ojca zabrała wojna, a matkę – wraz z najmłodszym rodzeństwem – pochłonęło morze. Teraz została zupełnie sama. Wepchnęła sobie wszystkie palce w usta, by powstrzymać narastający krzyk. Oprawcy zajęli się plądrowaniem kolejnych budynków, ich przerażające wrzaski nieco się oddaliły. Dziewczynka nadal kuliła się w swej niepewnej kryjówce, nie wiedząc, co ze sobą począć. Paraliżował ją strach przed ludzkimi bestiami, nienawidzącymi jej, nie wiadomo dlaczego.

Po chwili ktoś szarpnął ją lekko za ramię. Drgnęła gwałtownie, gotowa bronić się do końca pazurami i zębami – z ulgą rozpoznała jednak znajomą twarz sąsiadki. Kobieta położyła palec na ustach i pociągnęła ją ku zbawczej kępie krzewów rosnących nieopodal. Stamtąd wycofały się do ocalałej piwnicy jednego ze zrabowanych już domów i przeczekały aż do świtu, by wreszcie dołączyć do pochodu innych niedobitków, pragnących za wszelką cenę wyrwać się z tego piekła. Szlak ucieczki wiódł poprzez znane i ukochane miejsca. Miała ich już nigdy więcej nie zobaczyć.

Prolog 2

Dzisiaj

Samochód skręcił raptownie w leśną drogę i zarył kołami w błocie.

Poprzez noc i ulewę widziała tylko niewyraźne zarysy drzew. Kręciło jej się w głowie. Kierowca zaklął, mocując się z silnikiem wozu. Nie zrozumiała słów. Zresztą nawet nie próbowała. Rozpaczliwie chwyciła za klamkę, kopnięciem otworzyła sobie drzwiczki i jak szalona wbiegła do lasu. Deszcz smagał ją po twarzy, lecz nawet tego nie poczuła. Uciekała przed siebie, obijając się o pnie drzew, byle szybciej, byle dalej od prześladowcy. Ten las musi się gdzieś kończyć, za nim powinny być przecież jakieś domy, jacyś ludzie. Ile sił w płucach wołała o pomoc, dopóki nie zorientowała się, że krzyk ją zdradza. Słyszała za sobą głuchy, miarowy odgłos jego kroków, a może tak jej się tylko zdawało. Może było to bicie jej własnego serca. Jednak snop światła nie był złudzeniem. Biegł za nią z latarką, widział ją. Nie miała się gdzie ukryć, rosły tu tylko stare drzewa z wysokimi koronami i łysymi pniami, które nie dawały schronienia. Nieco dalej ujrzała pas zarośli. Musi tam dobiec. Jeszcze tylko kilka metrów. To jej jedyna szansa… Nagle usłyszała głuchy huk i w tym samym momencie poczuła obezwładniający ból w łydce. Noga ugięła się pod nią i upadła twarzą w mokre leśne poszycie. Na ułamek sekundy straciła świadomość, ból dosłownie ją ogłuszył. Lecz już po chwili instynkt samozachowawczy popchnął ją do dalszej rozpaczliwej ucieczki. Jakimś przebłyskiem umysłu zrozumiała, że została postrzelona. Ale nadal żyje. Nie poddawać się. Uciekać. Wściekły ból ponownie przeszył całe ciało. Nie ucieknie, nie da rady. Próbowała podnieść się, lecz noga była całkiem bezwładna. Teraz już wyraźnie, coraz bliżej, słyszała kroki mordercy. Mokre liście szeleściły pod jego ciężkimi butami. Rozszerzonymi ze strachu oczami usiłowała przebić ciemności, lecz widziała tylko oślepiające światło latarki. Jest blisko, coraz bliżej. Bawi się z nią w kotka i myszkę. Nagle usłyszała głośniejszy szelest, odgłos jakby uderzenia, kolejne przekleństwo, światło zachybotało się i na moment zgasło. Mężczyzna potknął się o jakiś korzeń. Jak smagnięta biczem zaczęła czołgać się w stronę zbawczej – jak jej się zdawało – linii gęstych zarośli. Tam można się ukryć. Można walczyć. Ranił ją, lecz instynkt życia jest silniejszy od bólu. Może mu wytrącić z ręki latarkę, stłuc ją, choćby gołą ręką, ogłuszyć go nią, wyczołgać się na szosę, wzywać pomocy…

Już, już – pierwsze krzaki. Udało jej się. Wcisnęła się głębiej, nie bacząc na to, że gałęzie kaleczą jej twarz. Skuliła się pod osłoną gęstego listowia. Noga pulsowała tępym bólem. Dotknęła jej i poczuła na dłoni coś lepkiego i gorącego. Mdlący, metaliczny zapach krwi. Skuliła się jeszcze bardziej, czując na sobie smugę światła latarki. Szuka jej. Jego ciężkie kroki słyszała tuż obok siebie. Naraz zapadła cisza. Poprzez szum deszczu wciąż jednak słyszała nad sobą – lub raczej wyczuwała – jego oddech.

Nagle powietrze zawibrowało upiornym chichotem. W tym samym momencie latarka znów ją oślepiła, a świat zawirował, gdy coś szarpnęło ją brutalnie za zranioną nogę i gwałtownie, zanim zdążyła pomyśleć, wywlekło z krzaków. Mężczyzna ciągle się śmiał, stojąc nad nią w rozkroku. Uderzył ją pięścią w twarz. Znieruchomiała, czując na wargach smak krwi. Coś ciepłego spłynęło jej po udach. Cuchnęło. Sparaliżował ją mdlący odór czystego, zwierzęcego strachu.

Człowiek – a może bestia – zawiesił latarkę na gałęziach drzewa. Pochylił się nad nią i – nie przestając śmiać się złowieszczo – zaczął zdzierać z niej ubranie. Nie miała już siły się bronić. Zanim zamknęła oczy, ujrzała jeszcze tuż nad swoją twarzą zimny, metaliczny błysk noża, w którego ostrzu przez ułamek sekundy odbiło się światło latarki.

Część I

Rozdział 1

Gdańsk – miesiąc później

Natarczywy dzwonek telefonu zbudził go ze snu, jakby na siłę wyciągając z ciężkiej, czarnej magmy. Przytomniejąc z trudem, Emil rzucił okiem na zegar. Zbliżało się południe. Zza zasłony wpadały rozproszone promienie słońca, mimo uchylonego okna mocno nagrzewając mieszkanie i sprawiając, że cały oblewał się potem. Lato zaczęło się w tym roku wyjątkowo wcześnie.

Telefon dzwonił uparcie. Znowu zapomniał włączyć automatyczną sekretarkę, a nie korzystał z poczty głosowej. Już dawno nikt do niego nie dzwonił. Cholera by go – pomyślał ze złością, podnosząc wreszcie słuchawkę.

– No, nareszcie! – Głos, który usłyszał, bynajmniej nie poprawił mu humoru. Należał do jego byłej żony, Emili. – Już myślałam, że nigdy nie odbierzesz. Nie spałeś chyba? Jeśli sądzisz, że uda ci się mnie spławić, to się grubo mylisz.

– Spałem – mruknął.

– O tej godzinie?! – zawołała z typową dla siebie lekką pogardą w głosie. – Tobie chyba już całkiem odbiło. Zresztą, nie moja sprawa. Chodzi mi o alimenty. Domyślasz się chyba. Wisisz mi już za trzeci miesiąc. Ja nie sram pieniędzmi! Muszę wykarmić dziecko. Sorry, ale jeśli nie doczekam się kasy, to będę musiała iść do sądu.

Przytrzymując słuchawkę ramieniem, przetarł szczypiące oczy i sięgnął po papierosa. W pogniecionej paczce były trzy ostatnie.

– Wiem, wiem… – Zapalił, odgradzając się od jej napastliwego tonu dymną zasłoną. – Posłuchaj. Ciągnę resztkami. Nic na razie nie złapałem, jest sezon urlopowy, bałagan… Wstrzymaj się jeszcze trochę, okej? Mam coś na oku. Jeśli uda mi się wyciągnąć jakąś zaliczkę, to od razu ci przeleję, obiecuję.

– Jak zwykle – sarknęła. – Jesteś zwyczajnym nieudacznikiem. Co się z tobą porobiło?! Jeśli nie masz zleceń, weź się wreszcie za uczciwą robotę! Gdybyś został w policji, może byliby z ciebie ludzie! Ale nie, wielki indywidualista nie będzie słuchał cudzych rozkazów! Co ty sobie myślisz?! Dziecko ma z głodu umrzeć przez twoje ambicje?! Ważny pan redaktor się znalazł!

– Jaką uczciwą robotę?! – Pomału zaczynał trafiać go szlag. – Mam zostać stróżem?! Albo kelnerem w nocnym klubie?!

– A chociażby!

– Wiesz co, szkoda dyskusji – powiedział, starając się opanować. Bez sensu było teraz z nią zadzierać. – Postaram się coś zdobyć. Nic bardziej optymistycznego w tej chwili ode mnie nie usłyszysz. Zadzwonię. A kiedy będę mógł zobaczyć się z małym?

– Jak zapłacisz – odparła zimno. – Bartek i tak ma dość stresów przez ciebie. Czekamy!

– Zadzwonię – burknął i odłożył staroświecką słuchawkę na widełki.

Zgasił papierosa i wypił resztkę wody mineralnej z butelki stojącej obok łóżka. Zwlókł się niechętnie z przepoconej pościeli, niezmienianej od tygodni. Kolejny parszywy dzień. Najlepiej by było w ogóle się nie obudzić. Bo po cholerę? Jego życie już dawno straciło sens. Przed czterdziestką był skończony. Kiedy brakuje napędzającego motoru, maszyna staje się zbędnym gratem. Człowiek też…

Zrzucając po drodze szorty i podkoszulkę, nago poszedł do łazienki. Zimny prysznic spłukał z niego nieświeży zapach potu, lecz nie podołał beznadziei, która sączyła się z każdego pora jego skóry. Wycierając się szorstkim ręcznikiem, mimochodem zerknął w lustro. Widok żylastego, nieogolonego faceta o ponurym wyrazie twarzy aż go odrzucił. Zawsze podobał się kobietom, wiedział o tym, choć teraz trudno mu było w to uwierzyć. Bo cóż może się komu podobać w tym długim nosie i wąskiej, lisiej twarzy, w tych posępnych bruzdach wokół ust albo sińcach pod zapadniętymi oczami, płonącymi niezdrowym blaskiem?! Niegdyś szczycił się południową, męską urodą, teraz jednak przypominał raczej jakiegoś szalonego terrorystę.

Zaczesał do tyłu zbyt długie czarne włosy, zauważając z przykrością pierwsze srebrne nitki na skroniach. Umył zęby. Przez chwilę wahał się, czy nie warto by się w końcu ogolić, machnął jednak na to ręką. Szkoda fatygi. Szybko założył stare dżinsy, zastanawiając się, co będzie dzisiaj robił. Nie może przecież chlać od rana do nocy i wiecznie się nad sobą użalać. Nawet nie ma już za co chlać. Trzeba coś wreszcie wykombinować. Choćby wcisnąć komuś ten badziew o żeglarstwie morskim. Temat na czasie. Niezłe zdjęcia. Rzucił okiem na niebieską teczkę z tekstem. Musi się udać.

Śniadanie. Co by tu… Obrzucił wzrokiem prawie pustą lodówkę. W żołądku odczuwał ssanie, jednak gorzki smak w ustach odstręczał od jedzenia. Nie mógł się zdecydować, czy zrobić sobie kawę czy herbatę. W końcu zaparzył kawę, w nadziei, że kubek czarnej jak smoła siekiery szybciej postawi go na nogi. To wystarczy, może na mieście zje jakąś drożdżówkę.

Spojrzał jeszcze na termometr za oknem, niepewny, co na siebie założyć. Słupek rtęci sięgał prawie trzydziestu stopni – wystarczy koszulka bez rękawów. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki w poszukiwaniu prawa jazdy, jednak w porę uświadomił sobie, że nie będzie mu potrzebne. Nie ma na benzynę, jego stary grat będzie mógł odpocząć. Wziął trochę drobnych, okulary przeciwsłoneczne, dwa ostatnie papierosy i teczkę z reportażem. Jeszcze aparat fotograficzny. W drogę…

* * *

Upał był nie do zniesienia. Zmierzając ku kolejce, minął niewielką cukiernię „Jutrzenka”, która znajdowała się tutaj chyba od zawsze. Ze środka rozchodziły się miłe zapachy, ale z powodu temperatury stracił apetyt. Do dworca w Oliwie miał spory kawał. Nie spieszył się jednak. Mógł iść na skróty, lecz zadrzewiona ulica Piastowska – ciągnąca się od samego morza – dawała miłe złudzenie chłodu. Mijał niewielkie wille i domki z ogródkami, z zazdrością obserwując przejawy normalnego życia ich mieszkańców. Kobiety opalające się na tarasach, dzieciaki zabawiające się w gumowych basenikach. Rodzina. Żal ścisnął mu serce, gdy pomyślał, że i to spieprzył. Jego syn wychowuje się bez ojca, a żona – była żona – nienawidzi go i nim gardzi. Ostatni raz widział Bartka parę miesięcy temu. Mimo że wciąż mieszkali na tym samym osiedlu, tak zwanym Przymorzu – po rozwodzie zostawił żonie ich dawne mieszkanie w bloku przy ulicy Jagiellońskiej, sam zaś wynajął malutką kawalerkę z wnęką kuchenną w falowcu przy Piastowskiej – Emila postarała się o to, by ich skutecznie rozdzielić. Starała się nawet sama odbierać Bartka ze szkoły – byle tylko udaremnić małemu wszelki kontakt z ojcem. Inna sprawa, że Emil i tak rzadko bywał uchwytny. Często jeździł w teren, a jeśli nawet był w mieście, to pił, starając się zapomnieć o nieudanym życiu. Bartek pewnie już nie pamięta, jak wygląda jego tata. Emil miał nadzieję, że teraz, gdy zaczęły się wakacje, łatwiej będzie o spotkania z dzieckiem – ale Emila wysłała Bartka do babci na wieś.

Cóż, wszystko się popieprzyło. Niegdyś uznali zbieżność swoich imion za znak. Przeznaczenie. Miłość. Emila i Emil Żądło. Brzmiało fantastycznie. Teraz z tego wszystkiego zostało już tylko żądło.

Droga minęła mu szybko. Zanim się obejrzał, już zbliżał się do starego oliwskiego dworca. Kupił bilet, odczekał parę minut na peronie i wsiadł do kolejki jadącej w kierunku Gdańska. Rodzinne miasto wykarmiło go i ukształtowało, odrzuciło i zniszczyło, to miasto, które nienawidził i bez którego nie wyobrażał sobie życia. Inna sprawa, że ostatnio własne życie w ogóle wymykało się jego wyobraźni. Jak się wali, to wszystko naraz. Dobrze wiedział, że w stolicy jako dziennikarzowi byłoby mu łatwiej. Tu jest jednak specyficzna atmosfera: handel, interesy, turystyka; gorące, podskórne pulsowanie portowego miasta. Nie jest biznesmenem, a dobry interes zrobił w życiu tylko raz, lecz było to jeszcze w podstawówce i chodziło o znaczki pocztowe. A jednak nigdy nie zdecydował się porzucić tego miejsca.

Dojeżdżając do Wrzeszcza, jak zwykle przykleił twarz do szyby w poszukiwaniu tych samych widoków, przygotowany na znajome piknięcie serca. Kolejka zatrzymała się na stacji, tłum pasażerów kotłował się przy wejściu. Mimo wielu zmian wciąż rozpoznawał znane uliczki i budynki. Tu się urodził. Za każdym razem, przejeżdżając przez Wrzeszcz, czuł zapach dzieciństwa – woń starych kredensów, wysokich mieszkań i ciasnych podwórek, wody kwiatowej o aromacie bzu, której używała mama, konfitur smażonych przez babkę na wielkim piecu kuchennym z innej epoki. Jak to już było dawno… Teraz w ich wielkim i ciemnym mieszkaniu znajduje się biuro jakiejś firmy. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy był jeszcze dzieckiem, a twarz babki również zacierała się w jego pamięci.

Przez moment zapragnął wysiąść tu i przejść się dawno niewidzianymi ulicami. Małachowskiego, Słowackiego, Partyzantów, potem cienistą Jaśkową Doliną, gdzie starannie ostatnio odrestaurowane stare dworki i mieszczańskie pałacyki puszą się nowymi elewacjami. Może taki spacer pozwoliłby mu odzyskać równowagę ducha. Podobno nic tak nie pomaga jak dobre wspomnienia. Jednak dziś nie mógł sobie na to pozwolić. Zbliżała się druga, miał do załatwienia ważniejsze sprawy. Jakiś chłopak rzucił mu na kolana plik ulotek oraz bezpłatny biuletyn. Bez oglądania odłożył je na siedzenie obok. Kolejka ruszyła szybko w stronę Gdańska Głównego.

* * *

– No nie, stary! – Naczelny „Życia Wybrzeża” nawet nie otworzył jego plastikowej niebieskiej teczki. – Daj spokój. Żeglarstwo? Mamy tego na pęczki! Ja rozumiem, że morze, że turyści, ale bez przesady, to jest gówno! Gdyby jeszcze jakieś regaty do działu sportowego, ale tak… Kto mi to będzie czytał?!

– Nie rzucisz nawet okiem? – zapytał Emil, czując napływającą falę irytacji. – Choćby na zdjęcia? To całkiem niezły reportaż, gwarantuję ci. Ja nie robię szajsu.

– Nie, szkoda czasu. I tak tego nie wezmę. – Redaktor Kleczko wzruszył obojętnie ramionami. – Przykro mi, stary.

– A może masz coś dla mnie?

– Aleś sobie czas wybrał, Żądło! – roześmiał się. – Są wakacje, sezon urlopowy! Redakcja ma urwanie głowy z bieżącymi atrakcjami dla wczasowiczów, a co do reportaży, to materiał zgromadziliśmy już parę miesięcy do przodu.

– Słuchaj, potrzebuję kasy. – Emil zdecydował się na grę w otwarte karty. – Znajdź mi coś, bądź człowiekiem! Jak nie żeglarstwo, to co cię, do cholery, interesuje?! Wezmę wszystko.

– Nic dla ciebie nie mam, stary. – Kleczko ponownie wzruszył ramionami. – Nie w tej chwili. To nie jest dobry moment. Jakby co, to do ciebie przekręcę. No i gdybyś sam miał jakiś pomysł… Rozumiesz, rewelacyjny pomysł, to daj nam znać. Jesteśmy, jak wiesz, otwarci… A jak ci leci, tak w ogóle?

– Odwal się. – Emil włożył pod pachę swoją teczkę.

– Oj, Żądło, Żądło! – zarechotał Kleczko. – Znowu kłujesz! W ten sposób to ty daleko nie zajedziesz, oj, nie.

– Ty też nie. – Emil odwrócił się od drzwi. – Jeśli będziesz zrażał do siebie reporterów. Dobrze wiesz, że co jak co, ale mam nazwisko w branży, a to by się wam przydało. Więcej ambicji… stary! Ten twój szmatławiec to w końcu żaden cud.

– Masz nazwisko i nic poza tym! – Usta Kleczki rozciągnęły się w uśmiechu złośliwego gnoma. – He, he! Ty się już skończyłeś, Żądło. A ja mam dobrą ekipę. Może żadne gwiazdy, ale rzygam gwiazdami. Za drogo mnie kosztują. Jesteś tego najlepszym przykładem. Mam już dość twoich fochów. Na etacie robić nie chciałeś, zbyt ważny byłeś, wolny strzelec, patrzcie państwo! A teraz co ty mi tu przynosisz? Jakiś reportażyk o żeglarstwie! Wsadź go sobie w dupę, tyle to każdy frajer potrafi zrobić. Daj mi temat, gorący temat! A wtedy, kto wie, może…

– Bywaj, Kleczko. – Emil pospiesznie nacisnął klamkę, by wyjść stąd jak najszybciej i nie dać się ponieść emocjom. Najchętniej strzeliłby Kleczkę w pysk. Może dlatego, że ten częściowo miał rację. Emil doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

– Czekam, Żądło! – usłyszał jeszcze afektowany głos naczelnego. – Stary wujcio wciąż w ciebie wierzy!

Zatrzasnął drzwi gabinetu, ale w uszach wciąż dźwięczał mu szyderczy chichot Kleczki. Pieprzony drań. A niech go wszyscy diabli!

* * *

Zerknął na zegarek. Do trzeciej pozostało jeszcze trochę czasu, może zdąży złapać kogoś w „Echu Gdańska”.

W redakcji zastał tylko bladolicą sekretarkę szefa.

– Jest naczelny? – zapytał, zmuszając się do uwodzicielskiego uśmiechu.

– O, pan Emil! – ucieszyła się. – Niestety, szefa nie ma. Jest na urlopie.

– A Łączkowski jest?

Łączkowski był zastępcą naczelnego, kolegą Emila, kiedyś razem pracowali.

– Też nie ma. – Uśmiechnęła się przepraszająco. – Pracował do drugiej. Ale jutro pewnie będzie, tak od… – Zerknęła na grafik. – Od jedenastej. Bo wcześniej jest na jakiejś imprezie. Widzi pan, nudno tu teraz, wszyscy w terenie. Mnóstwo się dzieje na mieście, jak to w wakacje. Napije się pan kawy?

– Nie, nie. – Emil się spłoszył. Nie miał ochoty na dłuższą rozmowę z tą nadmiernie uprzejmą dziewoją. Ostatnio raczej unikał zbyt miłych kobiet. – Dzięki, ale nie mam czasu. Wpadnę pewnie jutro.

Nie mam czasu, dobre sobie – zaśmiał się w duchu gorzko. Co za ironia. Miał mnóstwo czasu. Mnóstwo czasu, z którym nie wiedział, co zrobić.

– Trudno. – Zarumieniła się lekko. – Zapraszamy. A pan ma coś do przekazania szefowi, prawda? To jakiś zamówiony tekst, jak rozumiem? Uprzedzić pana Łączkowskiego, że pan przyjdzie?

– Nie trzeba, sam do niego zadzwonię – odparł szybko. – Ale… zostawiłbym może tę teczkę? Do przejrzenia. Albo nie. Gdybym nie zdołał wpaść osobiście, to prześlę materiał mailem. Proszę mu nic nie mówić. To do zobaczenia!

– Do widzenia… – szepnęła, trzepocząc zalotnie rzęsami.

A więc wygląda na to, że komuś się jeszcze podoba. Chyba że należy to do obowiązków służbowych sekretarki. Ta druga ewentualność wydała mu się w tym wypadku znacznie bardziej prawdopodobna.

* * *

Nie miał ochoty pić kawy z sekretarką naczelnego, jednak jej propozycja przypomniała mu, że nie jadł śniadania. Poczuł nagły głód. Wyłuskał z kieszeni cienki zwitek banknotów dziesięcio- i dwudziestozłotowych oraz trochę drobnych i przeliczył pospiesznie. Gówno. Nie może pozwolić sobie na żaden obiad. Lepiej kupić papierosy. Żreć nie musi, palić owszem. Ta forsa ma mu wystarczyć na cholera wie jak długo. Jedna gazeta wisi mu kasę za artykuł, ale przed wrześniem raczej nie zapłacą. Lepiej na to nie liczyć. Nie zanosi się na rychłą poprawę sytuacji. Jak tak dalej pójdzie, będzie musiał nająć się na przykład na sprzątacza plaży.

Dobra, stać go na filiżankę kawy i jakieś ciastko. A potem może na jedno piwo. Snując się po mieście wśród jazgotliwego tłumu różnojęzycznych turystów, trafił wreszcie w którejś z bocznych uliczek na małą piekarnię, w której sprzedawali także ciastka i napoje. Miniaturowe okrągłe stoliczki wystawiono na zewnątrz. Zamówił kawę, pączka i z determinacją przepchnął się między kilkuosobową rodziną z dziećmi, by zająć jedyny wolny stolik na niewielkim tarasie. Udało mu się. Tęga matka obrzuciła go nieprzychylnym spojrzeniem, lecz mało go to w tej chwili obchodziło. Pochłonął pączka błyskawicznie, paroma kęsami i z ulgą zapalił ostatniego papierosa. Paląc i popijając kawę małymi łykami, przyglądał się przechodniom, nasłuchując strzępów ich rozmów. Taki dziennikarski nawyk. Czasem ulica może podsunąć jakiś temat, pomysł. Brakowało mu pomysłów. Czuł się wypalony. „Ty już jesteś skończony, Żądło!”. Głos Kleczki dudnił mu w głowie. Tak, Kleczko miał rację. Jest skończony.

Do lady podszedł zabawny jegomość, mimo upału ubrany w drogi, szary, prążkowany garnitur. Mężczyzna był nijaki, lecz na jego nosie tkwiły ekstrawaganckie lustrzane okulary, a pod pachą dzierżył teczkę z błyszczącej czarnej skóry. Emil usłyszał, jak dziwną polszczyzną prosi ekspedientkę o ciastko francuskie z serem. Bufon, ocenił Emil. Pospolity, nadęty bufon. Cudzoziemiec albo ma wadę wymowy, skonstatował obojętnie. Za mężczyzną ustawiła się równie snobistycznie wyglądająca para. Opalona na brąz, arogancka baba i bubek w kwiecistych gaciach do kolan. Może by tak napisać reportaż po prostu o ludziach przyjeżdżających w sezonie do Trójmiasta? Materiału jest dość. Każdy z nich ma swoją historię, swoje dziwactwa. Taa… Tylko kto by za to zapłacił?

Postanowił się stąd wynosić. Już i tak spoglądali na niego wrogo. Siedzi sobie i pali, a tu brak miejsc na tarasie.

Leniwie powlókł się uliczkami w poszukiwaniu kiosku, w którym mógłby kupić papierosy i lokalne gazety. Chciał przejrzeć, co ma do zaoferowania aktualna prasa. Czy naprawdę coś lepszego od jego reportażu o żeglarstwie morskim? Przynajmniej będzie miał czym zabić czas wieczorem. Zamiast tępego wpatrywania się w telewizję – wątpliwy kontakt z zawodem.

Skręcił w stronę Ratusza Staromiejskiego, nogi same poniosły go do pubu. Wiedział, że tak naprawdę od początku zmierzał właśnie w tym kierunku. Jedno piwo, nic więcej, obiecywał sobie. Schodząc schodami w dół, jak zwykle odczuwał podniecający dreszczyk. Namiastka życia. W barze panował miły chłód. Rozglądając się po nastrojowym pomieszczeniu, Emil zauważył, że ktoś do niego macha. Długonoga, szeroko uśmiechnięta, lekko rudawa blondynka, tysiąc piegów, dołeczki w policzkach. Poznał ją natychmiast: Dorota. Znał ją od dzieciństwa. Jej dzieciństwa, ma się rozumieć. Była córką sąsiadki jego babki. Pamiętał ją jako małego berbecia. Potem, gdy już pracował w policji, matka dziewczynki miała kłopoty z byłym mężem – alkoholikiem. Pomagał im trochę. Dorota była wówczas sympatyczną, pełną uroku nastolatką. Niewykluczone, że odrobinę się w nim durzyła. On sam już tam wtedy nie mieszkał, razem z Emilą wyprowadzili się na Przymorze. Dziewczyna była od niego młodsza o dobrą dychę. Ponad dychę! Z piętnaście lat, jak w mordę strzelił.

– Cześć, co za spotkanie! – zawołała radośnie, gdy podszedł do niej ze szklanką piwa w dłoni. Siedziała z chłopakiem. – Poznajcie się. To jest Damian, mój narzeczony. A to nasz sąsiad, Emil.

Damian był przystojnym blondynkiem w okularach, wyglądającym na intelektualistę.

– Były sąsiad – sprostował Emil z uśmiechem. – Co porabiasz, mała? Mama pozwala ci pić piwo?

– No wiesz co! – zaśmiała się. – Nie pochlebiaj mi! Jestem już duża. Wychodzę za mąż. Prawda, Damian?

Chłopak potwierdził z zapałem, obejmując ją dumnie ramieniem.

– Przysiądziesz się do nas? – zapytała, przekrzywiając figlarnie głowę. Miała na sobie dżinsy i koszulkę, włosy zaplotła w dwa sięgające do pasa warkocze.

– Czemu nie…

– No to opowiadaj, co porabiasz! – zażądała. – Jak ci leci? Dalej jesteś dzielnym policjantem?

Emil skrzywił się. Jakieś fatum. Drugie takie pytanie w tym samym dniu to już chyba naprawdę przesada. Dorocie nie mógł jednak odpowiedzieć tak, jak perfidnemu Kleczce.

– Nie, już dawno nie – odparł. – Jestem dziennikarzem.

– To super! – zawołała. – To tak jak Damian! No, prawie… Naprawdę super!

– Nie bardzo – przyznał uczciwie, pociągając duży łyk piwa i zapalając papierosa z nowej paczki. – W zasadzie jestem bez pracy.

– Naprawdę? – Dorota zmieszała się lekko. – Damian, może mógłbyś pomóc? Damian robi… Nie sam, oczywiście, tylko z jeszcze jednym chłopakiem, a ja im też trochę pomagam… Robi taką bezpłatną gazetkę, w założeniu kulturalną. No wiesz, za reklamy. Czasem zdarzają się tam nawet fajne teksty, promujące nasze miasto i region. Rozumiesz, dwie lub trzy strony artykułu, a reszta to reklamy – uśmiechnęła się. – Mamy zamiar ubiegać się o dotację władz miejskich, ale najpierw musimy się wykazać. A o czym ty piszesz?

– O wszystkim. – Pohamował odruch, by nonszalancko podziękować. Nie czas na ambicje. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. – Zwykle reportaże. Wiecie, chyba nawet widziałem dziś tę waszą gazetkę. Dzieciaki rozdawały coś takiego w kolejce.

Wstydliwie nie wspomniał, jak się z nią obszedł.

– Może to znak? – Damian z uśmiechem kiwnął głową. – Możliwe, że to nasza, wynajęliśmy na czas wakacji młodzież do kolportażu. Wpadnij do nas do redakcji. To znaczy, nasza redakcja właściwie znajduje się w prywatnym mieszkaniu kumpla. Ale już niedługo. Jak na razie, odpukać, idzie nam coraz lepiej. Nie spodziewaj się, że u nas zarobisz, rozumiesz, jeszcze nas na to nie stać, ale jeśli zadowoliłoby cię co jakiś czas skromne honorarium, to może coś by się dało zrobić.

Chłopak był naprawdę pełen dobrych chęci.

– Jasne, dzięki – odparł Emil. – Mam tu próbkę. To tekst o żeglarstwie morskim. Ze zdjęciami. Mogę ci zostawić.

– Fajnie, przejrzę go sobie w domu i dam ci znać. To co, zamówimy jeszcze po jednym piwie?

Emil zawahał się.

– My stawiamy – powiedziała szybko Dorota. – Jesteśmy szczęśliwi, zakochani, interes nam kwitnie i w związku z tym fundujemy piwo przyjaciołom!

Roześmiała się, a Emil, lekko zawstydzony, przyjął zaproszenie.

* * *

Był dość późny wieczór, gdy wreszcie wyszli z pubu. Emil chwiał się trochę na nogach. Cztery szklanki piwa wypite prawie na czczo oraz kilka drinków zdążyły ściąć go z nóg. Damian również był nieco wstawiony. Jedynie Dorota, która wypiła tylko dwa piwa, zachowała trzeźwość i przytomność umysłu.

– Poradzisz sobie, Emil? – zatroszczyła się, widząc, jak niepewnie stawia kroki. – Może wsadzić cię do taksówki?

– Z… zwariowałaś? – obruszył się. – Gdz… gdzie moja teczka?!

– Tu ją mam – uspokoiła go. – Zapomniałeś, że dałeś ją Damianowi do przejrzenia? Spotkamy się jutro, pamiętaj o nas!

– Masz mój telefon? – przypomniał sobie Damian.

– Nie mam – oznajmił Emil radośnie.

– Czekaj, tu zapisz swój numer. – Dorota podała mu rachunek z pubu. – A tutaj masz wizytówkę Damiana. I trochę forsy. Na taksówkę. No bierz! – Widząc jego wahanie, siłą wcisnęła mu zwitek banknotów do kieszeni. – To tylko pożyczka. Przecież widzę, że jesteś bez kasy. Dziś my tobie, jutro ty nam.

Niezgrabnymi kulfonami zapisał numer komórki na odwrocie rachunku i wręczył go Dorocie. Przypomniał sobie mgliście, że oba numery jego telefonów są chyba w niebieskiej teczce, na wydruku, lecz nie chciało mu się już tego mówić. Miał ochotę ją uściskać, ale bał się reakcji Damiana. Jeszcze by go źle zrozumiał. Nie bardzo wypada obściskiwać młode dziewczyny w obecności ich narzeczonych.

– Na pewno sobie poradzisz? – powtórzyła niespokojnie. – Odprowadzilibyśmy cię, ale mamy jeszcze z kimś się spotkać, a jest już późno.

– Chodźmy już, spóźnimy się! – Ocknął się nagle Damian. – Gość nie będzie czekał, a chce wykupić pakiet reklam. Może sfinansuje twoje honorarium. – Wyszczerzył komicznie zęby, zwracając się do Emila. – Ważny klient. Czekaj jutro na mój telefon, zadzwonię do ciebie rano. To cześć. Dorota, spływamy!

– Ttt… tylko nn… nie za bardzo rano – zastrzegł Emil.

– Damian, mówiąc „rano”, nie ma na myśli bladego świtu – roześmiała się Dorota. – Bez obaw. Zadzwoni pewnie koło południa. Przecież najpierw musi przeczytać twój artykuł. Cieszę się, żeśmy się spotkali. Trzymaj się!

– Cz… cześć. – Emil zatoczył się w stronę przystanku tramwajowego. Nie był taki głupi, żeby tracić pieniądze na taksówki. – Dzięki!

– Bądź ostrożny! – usłyszał jeszcze za sobą głos Doroty.

Pomachał jej ręką, nie odwracając się. Uśmiechał się sam do siebie. Poczuł jakby cień wiary w przyszłość. Może to perspektywa pracy tak go optymistycznie nastroiła – jak by nie było: w zawodzie, a nie na przykład w służbach oczyszczania miasta – a może, i to nawet bardziej prawdopodobne, energia i witalność, płynące od tych sympatycznych młodych ludzi. Nieważne. Grunt, że tej nocy nie będą go dręczyć koszmary.

Spis treści

Prolog 1

Prolog 2

Część I

Rozdział 1