Emil Żądło. Księga Wysp Ostatnich - Anna Klejzerowicz - ebook
Opis

Charyzmatyczny, obdarzony nieprzeciętną intuicją dziennikarz śledczy Emil Żądło znów trafia na trop sensacji!

We współczesnym Gdańsku giną ludzie, a zabójstwa mają ścisły związek ze środowiskiem handlarzy oraz kolekcjonerów starych książek. Jaką rolę w tym krwawym teatrze odgrywa tajemniczy starodruk, zawierający dawno zaginioną treść jeszcze starszej księgi? Z jakiego powodu staje się zarzewiem pasma okrutnych zbrodni? Gdzie dotarła i co odkryła załoga pewnej legendarnej antycznej wyprawy morskiej na daleką Północ? Na te pytania musi znaleźć odpowiedź dziennikarz śledczy Emil Żądło wraz ze swoją partnerką, muzealniczą Martą Zabłocką. Bo nawet policja jest bezradna. My zadajmy sobie tymczasem inne pytanie: czy naszej parze detektywów uda się rozwikłać tę zagmatwaną intrygę? I… przeżyć?

To więcej niż kryminalna lektura! Tym razem książka u Anny Klejzerowicz staje się przedmiotem śledztwa, narzędziem zbrodni, a nawet czymś więcej. Jesteś pewien, że pokonasz strach i nie ulegniesz literackiej zagadce? Serdecznie polecam!

Leszek Koźmiński

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Anna Klejzerowicz

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Paulina Wierzbicka

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Na okładce wykorzystano grafikę

Dariusza Kocurka „Księga Wysp Ostatnich”

Rysunki pod tekstem

Piotr Olszówka

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Wydanie I

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

eISBN: 978-83-7674-803-0

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

[email protected]

www.replika.euwww.replika.eu

Sprawdź, za co czytelnicy pokochali

książki Anny Klejzerowicz

Sąd ostateczny

Tę powieść czyta się jednym tchem, nie sposób oderwać się od akcji, opanować zdenerwowania. Nikt tak jak ta autorka nie potrafi tak sugestywnie stworzyć klimatu, oczarować czytelnika, pomimo mocnych scen. Wspaniała książka. Przeczytajcie koniecznie.

Grażyna Strumiłowska

(Książka zamiast kwiatka)

*

Żywa akcja, która nie pozostawia czasu na nudę, interesujące tło historyczne, dopracowani bohaterowie, którym daleko do ideałów, wciągająca zagadka kryminalna i ciekawy wątek obyczajowy, nawet niebanalny morderca z misją… – na kartach powieści Anny Klejzerowicz znalazłam to, co lubię.

Asia Szarańska

(Babskie czytanie)

*

Kryminał z historią w tle i czy na pewno w tle? Przeczytajcie książkę i przekonajcie sie sami!

Iwona Mejza

(Kryminały z mojej półki)

*

Jest zagadka, jest niebanalne śledztwo, są tajemnicze, pachnące kurzem i kadzidłem miejsca. I świetnie skreśleni główni i poboczni bohaterowie, i z sercem opisane miejsca akcji, a także pewien rudy kocur… Czarująca i pełna uroku.

Paulina M. Stoparek

(noircafe.pl)

*

Czego możecie się spodziewać? Znakomitych wątków, które zmieniać się będą jak w kalejdoskopie. Łzy, uśmiechy, ale też i granie na nosie. Kim okaże się morderca?

Agnieszka Krizel

(Recenzje Agi)

*

Książkę czyta się świetnie. Ma bardzo szybką akcję, która czasami powoduje dreszcze. Wszystko od początku do końca jest idealnie przemyślane. Czytelnik nie nudzi się. (…) Polecam ją wszystkim, choć niektóre momenty nie powinny być czytane dzieciom.

Sebastian Czapliński

(Zaczytany w książkach)

*

Anna Klejzerowicz (…) poszukuje związku między teraźniejszością i przeszłością, pokazuje historyczne korzenie naszej codzienności, podsuwa pod nos dzieła sztuki, w których możemy szukać nie tyle gotowej odpowiedzi, co metody dochodzenia do prawdy. Jej kryminały mają wymiar uniwersalnej przypowieści. O ile zechcemy poszukać tego wymiaru.

Piotr Olszówka

(pisarz, publicysta, rysownik)

*

Pełen wachlarz emocji, możliwość zapoznania się z historią sztuki, opis urokliwego Gdańska – to wszystko i jeszcze więcej w doskonałej powieści Sąd ostateczny Anny Klejzerowicz.

Natalia Nowak-Lewandowska

(pisarka, ksiazkapolapkach.blogspot.com)

*

Serdecznie polecam wszystkim amatorom i miłośnikom literatury z dreszczykiem. Już dziś poczuj na własnej skórze oddech naśladowcy kultowego malarza niderlandzkiego i zobacz, co wyniknie z tej konfrontacji.

Krystyna Meszka

(cyrysia.blogspot.com)

Cień gejszy

To trzymający w napięciu kryminał. Intrygująca fabuła, wartka akcja, ciekawi bohaterowie. Czegóż chcieć więcej?

Anna Kutrzuba

(dziennikarka, Dziennik Literacki)

*

Wszystko jest autentyczne, realne i zrozumiałe. W książce odnajdziemy i zdradę, i stracone zaufanie, tragiczną miłość, morderstwa i współczesne afery polityczne (…)

Agnieszka Lingas-Łoniewska

(autorka m.in. trylogii Zakręty losu, Łatwopalni, Szóstegoi wielu innych powieści literatury kobiecej)

*

Autorka tworzy niesamowicie sugestywne, działające na wyobraźnię obrazy, od których trudno się oderwać. Są kunsztowne i finezyjne, pełne nieuchwytnego czaru, jak japońskie drzeworyty, będące cichymi bohaterami książki.

Alicja Minicka

(pisarka, publicystka)

*

Książkę czyta się jednym tchem. Bohaterowie dają się lubić; moją szczególną sympatię wzbudził Zebra, który niczym dobry tata pilnuje, aby Emil nie wpakował się w zbyt duże tarapaty.

Olimpia Widowska-Wielandt

(japonia-online.pl)

*

To doskonała zagadka dla tęgich umysłów, ale również opowieść o wielkiej miłości, która pozostawia ślady widoczne nawet sto lat później.

Magdalena Majcher

(pisarka, Przegląd czytelniczy)

*

Fabuła książki tak mnie wciągnęła, że po jej przeczytaniu postanowiłam zasięgnąć więcej informacji o sztuce japońskiej, a w szczególności w temacie drzeworytów. Polecam książkę całym sercem.

Ewa Formella

(ksiazkiidy.blox.pl)

*

U Anny Klejzerowicz, jako czytelnik, cenię sobie to, że tworzy udane kryminały środka – wolne z jednej strony od mrocznego nadąsania i przesadnie skomplikowanej, ornamentalnej wręcz fabuły, z drugiej zaś od prostackiego humoru i trywialnych pomysłów. Cień gejszy jest nadto sprawnie napisany, wyważony i angażujący zarazem; prezentuje się literacko bez zarzutów. Mam nadzieję, że Emil Żądło jeszcze wielokrotnie powróci.

Daniel Koziarski

(pisarz)

*

Na każdym kroku bohaterowie czują obecność tajemniczej Japonki, która wiek po swojej śmierci robi to, co robiła za życia: cicho dotrzymuje towarzystwa, zapewnia nastrój swoją osobą (przedstawioną na serii drzeworytów) i w jakiś sposób prowadzi ludzi do zachowania się zgodnie z zasadami. Tyle że jedną z japońskich zasad jest harmonia między sposobem życia i zadowoleniem z niego… a inną konieczność pomszczenia zbrodni. Japońska wyobraźnia nie zna pojęcia „przedawnienia”. Nastrój zapewniony przez zamordowaną gejszę jest dyskretnie niesamowity i niepokojąco tajemniczy, presja z jej strony wyraźnie wyczuwalna. Nie wiemy, czy to kwestia mistrzowskiego portretu tej dziewczyny, czy też czegoś więcej.

Piotr Olszówka

(pisarz, publicysta, rysownik)

Dom Naszej Pani

Klejzerowicz w rewelacyjnej formie! Emil Żądło kontra seryjny morderca. Nie sposób się oderwać od lektury.

Joanna Opiat-Bojarska

(pisarka)

*

Po raz kolejny wraz z Emilem Żądło zostajemy wciągnięci w mroczne tajemnice historii i krwawe żądze ludzkie. Gorąca lektura między wiarą, szaleństwem i zbrodnią.

Leszek Koźmiński

(Kryminalna Piła)

*

Emil Żądło powraca! Bohater serii kryminałów z bogatym tłem historyczno-architektonicznym tym razem zmierzy się z największą zagadką sięgającą czasów starożytnych. Charyzmatyczny dziennikarz śledczy rozwiązał już zagadkę „Sądu ostatecznego”, znalazł powiązanie pomiędzy serią współczesnych morderstw a historią japońskich drzeworytów, a teraz… będzie poszukiwał zaginionej Atlantydy!

Anna Klejzerowicz powraca w doskonałej formie. Muszę przyznać, że przez długie miesiące oczekiwania stęskniłam się za inteligentnym, charyzmatycznym dziennikarzem. Emil Żądło należy do bohaterów, którzy na długo zapadają w pamięć. Niekwestionowanymi zaletami serii są główne charaktery oraz ciekawe, intrygujące zagadki, znajdujące swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, a konkretnie – w sztuce oraz historii. Tutaj nic się nie zmieniło. DomNaszej Pani nie zawiedzie sympatyków Emila Żądło, a wprost przeciwnie – wynagrodzi długi czas oczekiwania na kolejną powieść z cyklu. Anna Klejzerowicz stworzyła kolejną perełkę polskiej, współczesnej literatury kryminalnej. To zaskakujące, w jaki sposób autorka potrafi połączyć wątek grasującego po Trójmieście szaleńca z elementami architektury oraz historii.

Dom Naszej Pani w pełni usatysfakcjonuje miłośników prozy Anny Klejzerowicz, stęsknionych i zmęczonych oczekiwaniem na Emila Żądło. Oto Emil wraca w kapitalnej formie, jeszcze bardziej skuteczny i jeszcze bardziej ironiczny. Nowością w tej części są cięte dialogi. Wątki obyczajowe rozwijają się w interesujący sposób, wszyscy czytelnicy kibicujący związkowi Marty oraz Emila z pewnością będą usatysfakcjonowani. Czekam na czwartą część cyklu o Emilu!

Magdalena Majcher

(pisarka, Przegląd czytelniczy)

*

Emil Żądło powraca w doskonałej formie. W Gdańsku giną archeolodzy. Na dodatek są to współpracownicy Marty. Tajemnicze symbole prowadzą do tajemniczej i do dzisiaj nieodkrytej Atlantydy. Emil zostaje przez swojego przyjaciela, policjanta Marka Zebrę, wciągnięty do śledztwa. Pomaga mu Marta, której życiu zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo. Więcej nie zdradzę. Musicie przeczytać sami. Warto z wielu powodów. Anna Klejzerowicz napisała świetny kryminał, wciągający od pierwszej strony. Zachwyciły mnie opisy Gdańska, szalenie plastyczne. Razem z Emilem spacerowałam po gdańskich ulicach. Rewelacyjnie pokazani bohaterowie, związek Marty i Emila. Żywe, naturalne, barwne dialogi. Mistrzowsko wplątane w akcję fakty historyczne powodują, że ani przez chwilę nie mamy wrażenia dłużyzn czy też rozwlekania treści. Oczywiście jak zwykle autorka coś przemyca w swojej powieści. Tutaj jest ciągłość dziejów, pokazanie jak mało i jednocześnie jak wiele znaczymy jako punkciki w rzece czasu. Mamy też charakterystyczne dla tej autorki dążenie do wolności jednostki. Marta jest niezależna, kocha Emila, jest z nim, ale wymyka się stereotypom. Dla niej ważne jest to, co czuje, nie potrzebuje żadnych papierów, nie chce stać się własnością nawet ukochanego człowieka. Anna Klejzerowicz porusza ważne tematy społeczne, np. w jaki sposób rodzi się fanatyzm. Postacie autorka pogłębiła psychologicznie, są to żywi ludzie, wielowymiarowi, prawdziwi. Pisarka znowu czaruje, zawłaszcza czytelnika, wciąga w swój świat. To niezwykła umiejętność. Jedyne ale… to moja zarwana noc, bo od tej książki nie można się oderwać. Gorąco polecam, ta lektura na pewno nikogo nie zawiedzie. Trzy gwiazdki za pomysł, wiedzę, lekkość i talent.

Grażyna Strumiłowska

(Książka zamiast kwiatka)

Zaginione miasto

Emil Żądło na tropie najbardziej fascynującej zagadki w swojej karierze. Zaginione miasto, niezwykła cywilizacja, tajemnica, która może wstrząsnąć światem, i jak zwykle – zbrodnia. Anna Klejzerowicz w najwyższej formie – w powieści, która jest prawdziwą złodziejką czasu.

Agnieszka Krawczyk

pisarka, założycielka portalu „Zbrodnicze siostry”

*

Zaginione miasto, tak jak wcześniejsze powieści z cyklu o Emilu Żądle, ma niezwykłą właściwość przywoływania pierwszych czytelniczych zachwytów, kiedy jeszcze czytało się całym sobą w niewinnej ekstazie. Gdy czytanie zmieniało się w czarodziejską wyprawę po złote runo, ku rozwiązaniu kolejnej zagadki. Cudowne przeżycie.

Krzysztof Maciejewski

publicysta, pisarz, laureat Nagrody Polskiej Literatury Grozy

im. Stefana Grabińskiego

*

Emocje, emocje i jeszcze raz emocje – one towarzyszą nam na każdej stronie powieści. Czytamy i czytamy, a nasz umysł sam próbuje rozstrzygnąć: kto z kim? Po co i dlaczego? Takie lektury, w których nie ma czasu na nudę, a w której ciągle coś się dzieje, to można czytać bez końca.

Czy zaginione Miasto rzeczywiście istnieje? Dlaczego giną niewinne osoby? Kto za tym wszystkim stoi? Koniecznie sięgnijcie po lekturę i przekonajcie się sami, bo naprawdę warto!

Grażyna Wróbel

(Czytaninka)

Poszukiwaczom, którzy nieustająco poszerzają nasze horyzonty. Mojej Bratanicy Magdzie, Prawie-Córce, żeby odkryła czar Historii.

Barbarzyńcy pokazywali nam miejsca, gdzie słońce kładzie się spać.

Pyteasz z Massilii, O oceanie

Postaci i wydarzenia opisane w tej książce –

z wyjątkiem historycznych – są fikcyjne.

Prolog

Aleksandria, rok 391 n.e.

Dostojny Agaton nie posiadał się ze zdumienia, a z emocji drżały mu dłonie, gdy w luksusowej gospodzie, w której znalazł stancję podczas swego pobytu w mieście, przeglądał księgi uratowane z Biblioteki i trafił na ten rzadki zwój. Perí Okeanu,o oceanie – głosił nagłówek. Bogaty kupiec, wytrawny erudyta i dawny żeglarz w mig zorientował się, co mu wpadło w ręce, a że treść zapisano w jego ojczystym języku – w grece – mógł bez większego trudu odczytać fragmenty całkiem nieźle zachowanego, choć nieco nadpalonego papirusu. Jeszcze niedawno przeklinał dzień, który przywiódł go do tego portu w tym akurat czasie: w mieście trwały zamieszki wywołane przez biskupa Teofila, który, ośmielony edyktem cesarskim, zapragnął zniszczenia pogańskich świątyń, co wywołało żywiołowy sprzeciw ludności. Na ulicach nie było bezpiecznie, zapanował chaos, a mieszkańcy wszystkich wyznań z upodobaniem oddawali się rzezi i plądrowaniu. Interesy, dla których tu przybył, spełzły na niczym, statek – jak i inne cudzoziemskie jednostki – zaaresztowano w porcie. Agaton czuł się w miarę spokojny w swym dobrze strzeżonym zajeździe,który, podobnie jak wszystkie kosztowne stationes na terenie cesarstwa, zapewniał swoim gościom również wszelkie możliwe luksusy, nie wiedział jednak, jak długo to potrwa. Szczęśliwie był wyznawcą nowej wiary, został ochrzczony z rozkazu swego ojca, dostojnego Agatonika, jeszcze jako efeb, gdyż takie zapanowało ostatnimi czasy prawo w Najjaśniejszym Cesarstwie, szczególnie odkąd do władzy doszedł cezar Teodozjusz. Podróżnik nie zapomniał jednak także spuścizny swego rodu i dumny z kultury helleńskiej coraz większe odczuwał wątpliwości, widząc, jak poczynają sobie jego współwyznawcy. Nie na darmo nosił imię po wielkim greckim tragediopisarzu, choć jawnie przyznawał się jedynie do swego świętego patrona, żołnierza i męczennika z Aleksandrii – bohatera chrześcijan. Największy ból w sercu odczuwał na widok płonącej Biblioteki. Płonącej po raz kolejny w swych dziejach. Oddani jej pracownicy, ludzie kształceni i światli, usiłowali ratować najcenniejsze zbiory, ale dziki motłoch kradł je i niszczył. Tyle wieków historii szło z dymem, a w zamyśle władz było przecież doszczętne zburzenie Serapejonu, w którym mieściły się również księgi. Agaton zdecydował się wysłać na zwiady swych dwóch najbardziej zaufanych niewolników, aby przyczynić się do ocalenia zwojów, a przy okazji wzbogacić swą prywatną bibliotekę przez wykup tylu ksiąg, ile zdołają zdobyć i unieść w tym piekle. Właśnie tej nocy dostarczyli mu oni swoją zdobycz. I nagle gniew na nieprzychylne fatum, które go tu sprowadziło, obrócił się w uczucie tryumfu. Oto wynagrodzili go bogowie! A może sam jeden Bóg. Ta kwestia była mu w zasadzie obojętna. Przyświecając sobie podręczną lampką oliwną, zasiadł do pisania listu, który nie wiadomo kiedy będzie mógł zostać wysłany, bo w zaistniałej sytuacji chyba nawet najbystrzejszy goniec nie wydostanie się bezpiecznie – przynajmniej w najbliższym czasie – z Aleksandrii. Nie szkodzi. Los mu sprzyja. Musiał ubrać w słowa silne emocje, tak jak zwykł czynić. Swój list zaadresował do osobistego bibliotekarza, wyzwoleńca, z którym od lat żył w wielkiej przyjaźni, jako że rozumem i wykształceniem byli sobie bliscy. Przede wszystkim prosił w nim o zatrudnienie biegłych kopistów, jako że rękopis, w którego posiadaniu on, Agaton, się znalazł, od setek lat pozostawał zapomniany i niedoceniony, a informacje, które już przy pobieżnym czytaniu w nim znalazł, mogą zmienić obraz świata. A że są prawdziwe, niezmyślone, on sam, Agaton z Pergamonu, może zaręczyć, bo w młodości po Zewnętrznym Oceanie żeglował, we flocie ojca swego, również kupca i praefectus classis w służbie cesarstwa.

Byle tylko nie dopuścić do ponownego zniknięcia albo i całkowitego zniszczenia tegoż dzieła – myślał gorączkowo, w coraz większym zapale kreśląc słowa, podczas gdy jakieś tysiąc kroków dalej płonęła Wielka Biblioteka…

Gdańsk, współcześnie

Dostał się do willi bezgłośnie, posługując się podrobionym kluczem. Nie było alarmu, choć i na to się przygotował. Park na szczęście stał ciemny, osłonięty od ulicy rozrośniętymi starymi drzewami. Samochód zostawił w bocznej uliczce. Na razie wszystko szło po jego myśli, żywa dusza go nie widziała. Nieoświetlony i pełen zakamarków parter wydał mu się teraz rozleglejszy, niż go zapamiętał, i choć ostrożnie stawiał kroki, w jego uszach rozbrzmiewały one zwielokrotnionym echem. Pocieszał się myślą, że wielki dom od lat świeci pustkami, a jego jedyny lokator o tej porze z pewnością już od dawna śpi. Oby głębokim snem. Wiedział, dokąd iść. Znał dobrze rozkład willi – nauczył się jej planu na pamięć. Gabinet na piętrze oraz biblioteka, do których musiał się dostać, położone były z dala od pomieszczeń prywatnych gospodarza, a z jego sypialni nie sposóbusłyszeć, ani tym bardziej dostrzec, obecności intruza. Owszem, czuł ciarki na plecach. Bał się, choć jednocześnie odczuwał niezdrową ekscytację. W końcu niecodziennie włamywał się do cudzych domów. Przedsięwzięcie równie dobrze mogło okazać się niewypałem, a nawet katastrofą. Nabierał jednak coraz głębszego przekonania, że mu się powiedzie…

Nagle zabytkowe drewniane schody naprzeciwko wielkiej jadalni zaskrzypiały pod jego miękkim przecież, zamszowym obuwiem, specjalnie w tym celu zakupionym. Widocznie obluzowała się jakaś stara deska. Zastygł w bezruchu z bijącym sercem… I może właśnie dlatego nie od razu usłyszał szelest, a następnie inne dziwne odgłosy – stłumione, niewyraźne. Jakby sapnięcie i zaraz po nim głuchy dźwięk, jakby coś upadło na podłogę. Ktoś tam był, na górze, ktoś, kto bynajmniej nie spał. W panice przykucnął na półpiętrze, schowany w głębokim cieniu. Nasłuchiwał. Odgłosy powtórzyły się, tym razem wyraźniej. Przywarł więc do ściany w bezruchu. Co robić? – zastanawiał się gorączkowo. Uciekać? Czekać?…

Niemal przyklejony do ściany, zrobił jeszcze kilka ostrożnych kroków w górę. Odgłos szurania, zduszony jęk. Rany boskie, co tam się dzieje?! – zdążył pomyśleć, zanim kątem oka dojrzał smugę światła wydostającą się spod drzwi gabinetu. Zaraz potem rozległ się huk wystrzału. Blisko, bardzo blisko, wydawało mu się, że prawie nad jego uchem. Krzyknął odruchowo i obsunął się bezwiednie w dół schodów. Nie myślał, krew uderzyła mu do głowy, później nawet nie pamiętał tego momentu z wyjątkiem jednej jedynej rzeczy – w tym samym mniej więcej czasie, gdy sam upadał, usłyszał z góry głośny dźwięk tłuczonego szkła i przerażający łomot…

Dopiero ten poderwał go na równe nogi.

Część I

Gdańsk, marzec. Dwa dni później

Dziennikarz śledczy Emil Żądło podjechał pod dom swoim starym czerwonym peugeotem, przeklinając pod nosem. Znów coś szwankowało w silniku, włączała się kontrolka, spadały obroty. Trzeba będzie kolejny raz oddać auto do warsztatu, gdzie niechlujni „spece” znowu odwalą fuszerkę, biorąc za to ciężką kasę. Innego samochodu nie chciał, choć nie wdawał się w żadne emocjonalne wyjaśnienia tego stanu rzeczy. Nawet jeśli na naprawy wydał już więcej, niż zapłaciłby za wymianę wozu na nowszy model. Rzeczy też mają duszę. Zaparkował na swoim stałym miejscu od strony opustoszałego podwórka. Tu przynajmniej nie było z tym kłopotu – zaleta peryferyjnej oliwskiej dzielnicy, położonej z dala od centrum. Nie docierał tutaj tłok i zgiełk ulicy, a niska zabudowa oraz obfitość zieleni dawały złudzenie, że mieszka się prawie na wsi. Przynajmniej tu drzew jeszcze nie wycięto. Zamknął samochód kluczykiem, alarmu nie włączał już od dawna, bo i po co. Na kuchennym parapecie mieszkania, które znów było jego domem – wprowadził się do Marty ponownie jesienią ubiegłego roku – jak zwykle siedział Bolero. Zawsze czekał na swoich ludzi. Na widok Emila podniósł się, przeciągnął i wygiął w „koci grzbiet”. Dziennikarz wiedział, że kiedy otworzy drzwi, kocur będzie oczekiwał go już na progu, gotowy do radosnego powitania.Humor od razu mu się poprawił: to jednak miłe, gdy ktoś się cieszy z twojego powrotu – pomyślał. Marta też już zapewne dawno wróciła z pracy. Pewnie krząta się teraz w kuchni, kombinując, co by tu przygotować na późny obiad. Gotowali na zmianę, o ile można nazwać to gotowaniem; zazwyczaj w tygodniu po prostu pichcili coś na szybko. Dziś była kolej Marty, bo we wtorki wracała wcześniej. Jednak gdy wszedł do mieszkania, zastał w nim tylko kota. Z kuchni nie dolatywały żadne smakowite zapachy, nie było słychać energicznego postukiwania garnkami czy talerzami. Panowała cisza. Zajrzał jeszcze do obu pokojów: pusto. Widocznie coś zatrzymało ją w muzeum. Zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku, podrapał rudzielca za uchem i nastawił wodę na herbatę. Czuł głód. Spenetrował lodówkę w poszukiwaniu czegoś jadalnego, aż znalazł w zamrażalniku opakowanie z mieszanką warzywną. W chwili, gdy podgrzewał oliwę na patelni, odezwała się jego komórka. Wyświetlacz potwierdził, że dzwoniMarta.

– No, hej, jesteś już w domu? – zapytała zdyszana.

– Właśnie wszedłem. A ty gdzie jesteś?

– Kurczę, coś się wydarzyło, opowiem po powrocie. Nie mogę teraz gadać, no i muszę tu jeszcze zostać. Przygotujesz sobie coś do żarcia i nakarmisz kota? Bo ja zjem coś po drodze. W lodówce masz…

– Tak, wiem. Znalazłem mrożonkę, nie przejmuj się – przerwał jej. – Ale co się wydarzyło? Coś złego? To kiedy wracasz? Przyjechać po ciebie?

Marta chwilę się zawahała.

– Nie wiem, niedługo. Może za godzinę albo dwie. Pójdę na tramwaj, nie musisz po mnie przyjeżdżać. I nie ciągnij mnie teraz za język, potem ci powiem. Owszem, coś złego, ale nie dotyczy mnie. W porządku? Poradzicie sobie? Spieszę się, wołają mnie. Nie zapomnij dać kotu puszki!

Zanim bardziej stanowczo spróbował pociągnąć ją za język, rozłączyła się w pośpiechu. Słyszał czyjeś głosy w tle. Poczuł znajome zaniepokojenie, a chwilę później odrobinę goryczy, którą starał się zneutralizować optymistycznym przekonywaniem samego siebie, że praca Marty w muzeum nie jest do końca unormowana godzinowo. Często zdarzało się, że musiała zostać dłużej. Może chodzi po prostu o zwykłe kłopoty z organizacją nowej wystawy sezonowej. Odgrzał sobie warzywa, nakarmił łaszącego się kocura, zjadł bez smaku przygotowaną naprędce potrawę i popił mocno posłodzoną herbatą. W przeciwieństwie do kawy, którą zawsze pijał gorzką, do herbaty sypał dwie czubate łyżeczki cukru, narażając się tym na docinki Marty. Uchylił lufcik i zapalił papierosa. Niespokojne myśli nie chciały go opuścić. Niby im się ostatnio układało, ale jakby nie do końca. Od ich rozstania i ponownego „zejścia się” ona stale pozostawała ostrożna, powściągliwa, jak gdyby dzieliła ich jakaś niewidzialna bariera. W zasadzie tylko wtedy, gdy wspólnie rozwiązywali jakąś zagadkę historyczną, była sobą, dawną Martą. Nie próbował z nią o tym rozmawiać, po co kusić licho. Może jednak powinien? Wiedział już, że nie wolno mu nalegać na zalegalizowanie związku, przynajmniej nie teraz. Ona sama musi się do tego przekonać, dojrzeć do podjęcia decyzji, nic na siłę. Nie lubi być stawiana pod ścianą. Czuł jednak, że nie tylko poglądy na małżeństwo ich dzielą. Wdarła się pomiędzy nich jakaś sztuczna nuta. Nie kłócili się w otwarty sposób, po dłuższej przerwie zaczęli znów ze sobą sypiać. Ale coś było nie tak… Humor znów mu się popsuł. Zapalił kolejnego papierosa, ale zaraz zdusił go w popielniczce – nie smakował mu. By coś sobie udowodnić (sobie, nie Marcie, bo ostatecznie jej tu nie było), zrezygnował z piwa, chociaż poczuł na nie ochotę. Kilka puszek stało na półce w lodówce, na „okazję”. Okazje zdarzały się rzadko, nieczęsto miewali gości, a nawet jeśli, to przyjeżdżali samochodami. Od czasu do czasu otwierali sobie puszkę w weekendy, do kolacji, zamiast wytrawnego wina. Według Marty tylko alkoholik pija w samotności. Zgodził się z tym, jak z większością jej decyzji, nawet jeśli uważał, że tylko po części ma rację. Dolał sobie herbaty i usiadł przed komputerem. Przed otwarciem pliku ze swoim niedokończonym artykułem wszedł jeszcze na portal z lokalnymi wiadomościami, ponieważ w redakcji przez wiele godzin dyskutowali dziś nad poszerzeniem zespołu i nie miał czasu nawet na przejrzenie najświeższych informacji dnia. Czuł się więc jak bez ręki. Jako były gliniarz i rasowy dziennikarz śledczy od razu wyłowił ten tekst:

Z OSTATNIEJ CHWILI! ZAGADKOWA ZBRODNIA W WILLI ZNANEGO GDAŃSKIEGO BIBLIOFILA – przeczytał krzykliwy sensacyjny nagłówek.

A dalej:

ZNALEZIONO DWA CIAŁA…

* * *

– O matko, jestem skonana! – westchnęła Marta, siadając na taborecie i zdejmując mokre buty.

– Późno wróciłaś – powiedział, starając się, by w jego głosie nie było śladu pretensji. – Nastawiłem już wodę na herbatę. Chcesz coś zjeść?

– Nie, dzięki, jadłam. Tylko herbaty! Dużo! Gorącej! Z cytryną. Rozpadało się, zmarzłam. Musiałam zostać, a potem tramwaj się spóźnił.

– Mogłaś zadzwonić, przyjechałbym…

Było po dwudziestej pierwszej. Emil dopiero co się obudził z niespokojnej drzemki, kiedy usłyszał zgrzyt klucza w zamku.

– Po co? – zaśmiała się i cmoknęła go w policzek. – Przecież jestem! W najgorszym przypadku wzięłabym taksówkę.

Przeszli do kuchni, Marta z Bolerem na ramieniu, jedna ruda kita przy drugiej. Kocur mruczał wibrująco, wtulając się w jej szyję. Gdy na stole stały już parujące kubki, odważył się zapytać:

– No więc co takiego stało się u ciebie w pracy? Jakieś kłopoty?

Zabłocka wsypała łyżeczkę cukru do herbaty. Skrzywiła się.

– Kłopoty? Trudno to nazwać kłopotami. I nie w pracy, a raczej… No dobra, od początku. Kojarzysz Romka Witeckiego? Od lat ze mną pracował, bardzo zdolny konserwator. I fajny kumpel…

Dziennikarz wzruszył ramionami.

– Kojarzę imię, nic poza tym. Nieważne, mów dalej. Co z nim?

– Z nim wszystko dobrze. Tak jakby. Ale spotkała go osobista tragedia: właśnie stracił brata, byli ze sobą zżyci. Romcio to stary kawaler, chyba gej, poza tym bratem nie ma już żadnej rodziny. Nie mogliśmy zostawić go dziś samego, jest kompletnie załamany. Upiłby się, a ma skłonności do depresji.

– Jak to stracił brata?

– No właśnie to jest najgorsze. Zamordowali go.

– Co to znaczy: zamordowali? Kto?

– Cholera wie. Znaleziono go dziś…

Żądło poderwał się z krzesła.

– Czy to może chodzi o tego kolekcjonera starych książek, którego znaleziono martwego we własnym domu?!

– Już wiesz? – zdziwiła się. Zaniepokojony nagłym poruszeniem Bolero zeskoczył z jej kolan i czmychnął na parapet, gdzie miał swój kocyk. – Tak, to ten sam. Gdzie słyszałeś? To świeża sprawa. Zebra ci coś mówił?

– Trąbią o tym media. Podobno znaleziono dwa ciała. Kim był ten drugi?

– Nie wiem. Nikt nie wie, chyba włamywacz.

– Pozabijali się nawzajem?

– Na to wygląda. Szyba była wybita. Skąd mam wiedzieć, przecież twoja policja pary z gęby nie puszcza! Przesłuchiwali Romka, ale on nigdy tego drugiego na oczy nie widział. Obcy facet.

Dziennikarz zamyślił się.

– Spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej – obiecał. –Co zginęło?

– No właśnie podobno nic. Od razu zabrali Romana, żeby się rozeznał w zbiorach tego Rackiego. Ten bibliofil się tak nazywał: Maksym Racki. To oczywiście pseudonim, ale pod nim go znano. Naprawdę nazywał się Maksymilian Witecki. Romek dość dobrze znał kolekcję brata. Wygląda na to, że nic nie zginęło, książki były dobrze zabezpieczone. Ale to nie wszystko. Jest w całej tej sprawie jedna ciekawostka. Racki ponoć wpadł na trop czegoś niezwykłego…

* * *

Idąc na spotkanie z komisarzem Markiem Zebrą, z którym przyjaźnił się i współpracował jeszcze od czasów szkoły policyjnej, wciąż miał w oczach obraz Marty – takiej, jaką pożegnał zaledwie przed chwilą, w pobliżu Muzeum Narodowego. Od czasu do czasu odwoził ją albo odbierał z pracy, choć zazwyczaj protestowała. Dziś jednak miał również coś do załatwienia w Gdańsku.

Samochód zostawił przed muzeum, miał więc spory kawałek na rozmyślanie o tym, jak atrakcyjnie wyglądała w lekkim zielonym płaszczyku, od którego odcinały się jej długie, falujące, kasztanowe włosy z miedzianym połyskiem – szczególnie dobrze widocznym w słońcu – rozwiewane przez wiosenny wiatr. Drobna, smukła i elegancka, nawet w spranych dżinsach i zamszowych botkach. Bez makijażu, którego prawie nigdy nie chciało jej się nakładać. Minione lata dosłownie po niej spłynęły. Niemal bez śladu. I znów poczuł w sercu ukłucie, a w gardle gorzką kluchę, niemożliwą do przełknięcia. Sam rozumiał, że od pewnego czasu zżera go niezdrowa zazdrość. Najzwyczajniejsza, prymitywna, samcza zazdrość o każde rzucone na „jego Martę” męskie spojrzenie. Może z wyjątkiem spojrzenia Zebry: ten był wystarczająco zapatrzony w swoją żonę, posągowo piękną Marynię, którą poślubił w dojrzałym wieku i od tej pory niezmiennie wielbił ją niczym bóstwo. Marynia, czyli Majeczka (jak zwykł mówić o niej Zebra), dosłownie porażała klasyczną urodą, trwalszą nawet od naturalnego i niewymuszonego uroku Marty Zabłockiej. Wyglądem przypominała grecki posąg, choć musiała już przekroczyć sześćdziesiątkę – była starsza od Marka, i to o ładnych kilka lat – nikt jednak nie odważył się śledzić jej metryki, mimo że od dłuższego czasu pracowała na pół etatu jako księgowa w redakcji „Rozgwiazdy”, teraz już całkiem dużej gazety, z którą związany był również Żądło. Komisarz nigdy nikomu nie zdradził prawdziwego wieku swej bogini, a nikt inny go nie dochodził. Z kolei Zabłocką Zebra traktował dokładnie tak samo jak Emila – jako przyjaciółkę, partnerkę przyjaciela, cenionego naukowca oraz sprawdzoną współpracownicę. Po męsku. Co bardzo odpowiadało samej Marcie, która organicznie nie znosiła wszelkich przejawów „seksizmu” w życiu towarzyskim, a jeszcze bardziej w zawodowym. Mawiała, że kobietą jest wyłącznie we własnym łóżku, poza nim jest historykiem sztuki i konserwatorem zabytków.

Marta, Marta… Dla niego była przede wszystkim kobietą. I może w tym tkwił jego błąd. Przyczyna wszelkich niepowodzeń w ich bujnym, trudnym, pełnym zwrotów i zakrętów związku.

Tego dnia nie umówił się z Zebrą w komendzie, tylko w kawiarni przy Mariackiej, w której komisarz od wielu lat tradycyjnie wypijał filiżankę kawy w samo południe. Ucieszyło to dziennikarza. Gdy tylko skręcił w zabytkową uliczkę z przedprożami, rozluźnił się. Jak zawsze, gdy tu bywał. Pełna magii, najbardziej kultowa ulica Gdańska zdecydowanie zasługiwała na swoją sławę. Tutaj czas nie płynął, tylko trwał, szczególnie o tej porze roku, pozbawionej „wczasowego” tłumu i zgiełku. Ta szczególna ponadczasowość uspokajała go. Poza tym sam miał ochotę na kawę, mocną, czarną i gorzką. Wyjątkowo nie rozpuszczalną, tylko z porządnego włoskiego ekspresu.

– Ty się, Żądło, na serio nigdy nie golisz? – przywitał go Zebra, który kończył właśnie sałatkę. – Nie zjesz też? Całkiem niezła. Ja musiałem, bo obok ktoś wpierniczał, że aż mnie skręciło. Majeczka dała mi oczywiście pyszne kanapeczki do pracy, ale wiesz, jak to jest, w knajpie człowiek od razu zgłodnieje. Ale z kawką czekałem na ciebie. Choć do sałatki chciałoby się piwka, gdyby nie robota. To co ci zamówić?

W kawiarni było jeszcze pusto. Zebra zajął stolik pod ścianą, z tyłu. Emil najpierw usadowił się na krześle naprzeciwko niego, zanim odpowiedział:

– No to od końca, bo nakręcasz się jak przekupa na targu. Piwko pije się tam, gdzie się pali, a tu się nie pali. Sałatki odmawiam stanowczo, dopiero co jadłem śniadanie. Kawy napiję się chętnie, żadnych cudów, zwykłe espresso. Owszem, golę się od czasu do czasu, żeby nie wyglądać jak święty Mikołaj recydywista, ale Marta lubi mnie z zarostem. A twoja rudość znów jakby z lekka posiwiała. Swoją drogą, mam ci ja szczęście do rudzielców w swoim otoczeniu…

– Ty za to nawet posiwiały będziesz wyglądać nie jak żaden święty, tylko jak imigrant terrorysta, z tym swoim czarniawym łbem i zarośniętą ponurą gębą. – Komisarz pstryknął palcami do kelnera. – Panie Bronku, dwie czarne kawy!… No patrz, jaka szybka reakcja – zachichotał. – Przynajmniej jedna korzyść z twojego zakazanego wyglądu. Wystraszył się biedak.

Dziennikarz uśmiechnął się pobłażliwie.

– Chyba ciebie. Policji się wszyscy boją, a ciebie wszyscy tu znają. Co, serniczka do kawki nie bierzesz? Marynia zakazała?

– Żebyś wiedział. – Zebra zmarkotniał. – Podobno mam za duży brzuch. Co u was?

– W porządku.

Emil nie zamierzał rozwijać tego tematu. Czekał tylko, aż podadzą im kawę, by nawiązać do tematu, który go tu – na prośbę Marty – sprowadził. Wylądowali ostatecznie w „Mariackiej”, znanej im od lat, jeszcze z czasów licealnych wagarów. Obaj nie byli amatorami nowych, modnych lokali na gastronomicznej mapie Trójmiasta. Nie przyciągał ich przedumany, dziwaczny wystrój czy milion sposobów przyrządzania kawy lub herbaty, z których i tak tylko jeden jest dobry: klasyczny. Herbata ma być mocna, czarna, gorąca, pachnąca wyłącznie herbatą, a dodatkiem może być jedynie cukier, ewentualnie cytryna. A kawa to kawa. Czarna lub z mlekiem (dla Emila tylko czarna, innej nie uznawał). Dawniej bywali najchętniej w kawiarni „Literackiej”. Przez całe lata była to klimatyczna kawiarenka gdańskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Niestety, od pewnego czasu urządzono tam winiarnię. Druga kultowa knajpka, dawniej zwana „Pod Holendrem”, zmieniła nazwę i styl. „Mariacka” pozostała w miarę rozpoznawalna, w dodatku można tu było przy okazji coś zjeść, z czego właśnie korzystał Zebra.

– No więc jaką masz do mnie sprawę, stary? – policjant zagadnął Emila, gdy parujące filiżanki pojawiły się wreszcie na ich stoliku. – Bo chyba zgaduję…

– Pewnie, że zgadujesz. To łatwe, aż takim debilem przecież nie jesteś. Chodzi o morderstwo tego bibliofila. Tak się składa, że to był brat kumpla Marty z pracy. Facet ma stracha. Coś już wiadomo?

Komisarz spojrzał na niego spode łba.

– Tyle, co słyszałeś w mediach. Dwa trupy w willi tego kolekcjonera, jeden to on sam, drugi osobnik nieznany. Przypuszczalnie porachunki, w tym środowisku to nie dziwota. Prosta sprawa, pewnie niedługo ją zamkniemy. Nie doszukuj się. To raczej nic dla ciebie. A temu bratu doradźcie, żeby jak najszybciej oddał tę zabytkową makulaturę do muzeum, tak będzie dla niego najbezpieczniej. Bo chyba jemu się w spadku dostanie?

Emil wypił łyk kawy, marząc o papierosie.

– Tego nie wiem, ale pewnie tak, bo zdaje się, że innej rodziny nie było, Marta coś wspominała – odparł. – Obaj byli samotnikami. To znaczy, jeden był, drugi nadal jest… kurde, zaplątałem się przez ciebie! No, ten drugi żyje…

– Jeszcze.

– Jeszcze. I oby sobie żył dalej. To muzealnik, więc pewnie spuściznę przekaże Bibliotece Narodowej, ale to już jego decyzja. Natomiast mnie się wydaje, że to nie jest takie proste. Nie wiem, do czego doszliście, ale Marta mówiła, że ten zamordowany bibliofil, Maksym Racki, ostatnio dziwnie się zachowywał. Ponoć coś odkrył, coś sensacyjnego, choć nie wiadomo co, bo był bardzo tajemniczy, nawet wobec brata. Natomiast wykonywał nietypowe ruchy…

Komisarz uniósł brew, a jego piegowata twarz zmieniła się z dobrodusznej w czujną – najwyraźniej zainteresował się tematem.

– Nietypowe ruchy, to znaczy jakie? – podchwycił.

– Przemycał w środowisku zbieraczy pewne informacje, które puszczał w obieg jak, nie przymierzając, piurd w left. Takie bąki. Niedopowiedziane, niejasne, ale z których niedwuznacznie wynikało, że znalazł albo wręcz ma w posiadaniu jakąś bardzo rzadką starą książkę, a raczej księgę, manuskrypt, coś unikalnego. Cennego. Skarb dla bibliofilów. Gość był podobno cholernie podekscytowany, zachowywał się trochę jak wariat. On zresztą podobno był i tak nieźle zwariowany, oryginał. Dlatego nikt nie potraktował go serio. Choć z drugiej strony był poważnym zbieraczem i znawcą. Udzielał się na forach w Internecie, takich specjalistycznych, dla naukowców i kolekcjonerów, tam też puszczał te swoje pierdy. Można to będzie prześledzić. Tak czy siak, dziwne, nie uważasz? Od pewnego czasu facet ogłasza, że coś ma, w powody na razie nie wnikajmy, a potem ktoś go morduje w jego własnym domu. Teraz ty. Czy ten ktoś się włamał, czy został wpuszczony? Powystrzelali się czy jak? Coś zginęło? Sprawdzaliście jego zbiory? Katalogi? Żadnej starej księgi, która by pasowała do opisu, nie znaleźliście? Nic wskazującego na rabunek?

Zebra podrapał się w głowę.

– Wiesz co, ja jednak zamówię coś do kawy – zdecydował i pomachał na kelnera. – Dwa serniczki? Dla ciebie nie? Okej, panie Bronku złoty, najlepszy serniczek, jaki macie. Raz. Dzięki. No więc, Żądło, zażyłeś mnie. Nic o tym nie wiedziałem. Ci jajogłowi słowem się nie zająknęli, na czarnym rynku też nic nie zapiszczało. W tym bagienku woda mętna, trudno coś, ot tak sobie, dojrzeć. Ale jeśli masz rację, to trzeba będzie się tym zainteresować. Nie wierzę w teorie spiskowe, jednak na wszelki wypadek…

Do stolika podszedł kelner z serniczkiem. Zebra przerwał, podziękował skinieniem głowy, zaczekał, aż chłopak się oddali, po czym kontynuował ściszonym głosem:

– No dobra. Powiem ci, tylko wiesz. Morda w kubeł. Wygląda to trochę dziwnie. Informację o znalezieniu zwłok otrzymaliśmy właśnie od brata tego bibliofila, którego z kolei zaalarmowała dochodząca gosposia. Dwóch gości ewidentnie zabitych. Jeden od ciosu w głowę. Ten Racki. Drugi, na razie niezidentyfikowany, z wyglądem zbira, od strzału w serce. Oficjalna wersja dla prasy jest taka – zachichotał, wiedząc, że rozdrażni tym dziennikarza – że pozabijali się nawzajem, w trakcie walki, bo rozbita szyba od strony tarasu wskazywała na włamanie. Ale broni nie znaleźliśmy. Albo ją ktoś później zabrał, sprzątając miejsce zbrodni, albo… od razu był tam z nimi jeszcze ktoś trzeci. I uciekł przez ten taras, co wydaje się dość oczywiste. Tym tropem właśnie podążamy. W takim przypadku być może żadnego włamania mogło nie być. Zakładamy wstępnie, że faceci byli umówieni i spotkali się nieprzypadkowo, tylko coś poszło nie tak. Tamtej nocy padało, więc nie mamy śladów z zewnątrz, ze środka też zresztą niewiele przydatnych, bo przynajmniej ten nieboszczyk – znaczy się, napastnik, jak zakładaliśmy – był w rękawiczkach. Wszystko wskazuje na „zawodowca”, który miał pecha, skupiliśmy się więc na czarnym rynku. Nic też jednak nie wskazuje na rabunek. Kolekcja książek wyglądała na nienaruszoną, a najcenniejsze rzeczy gospodarz trzymał w sejfie i skrytce bankowej. Ale jeśli coś w tym jest, jak mówisz, to trzeba by jeszcze raz wszystko przekopać. Katalog zbiorów miał w swoim komputerze stacjonarnym, bardzo szczegółowy. Będziemy musieli chyba bardziej tego brata przycisnąć. Znasz go osobiście? Czy on w ogóle ma pojęcie o kolekcji Rackiego?

Emil wzruszył ramionami.

– Pewnie ma, to też gość od staroci. Nie od książek, ale raczej nie ignorant. Osobiście zna go Marta, od lat, ja tylko ze słyszenia. To jak? Pozwolisz mi trochę pośledzić sprawę? Wiedza i kontakty Marty też mogą okazać się przydatne…

Komisarz zastanowił się, odkładając na chwilę widelczyk. Wreszcie pokiwał głową.

– Okej. – Wrócił do swojego ciastka. – Zgoda. To nawet dobry pomysł. Możesz powęszyć. Oczywiście w ramach swojej dziennikarskiej roboty. A wszelkie info bezpośrednio do mnie i tylko do mnie. Marta może wzięłaby na siebie przejrzenie tych naukowych forów, o których wspomniałeś? Przynajmniej pobieżnie, jeśli natknie się na coś ciekawego, to dajecie cynk, dalej wezmą się do tego nasi ludzie. Dobrze byłoby ustalić, co za sensację chłop miał na myśli i ewentualnie, co teraz dzieje się z tym fantem. Czy nie fantazjował. Rozumiesz. A my uruchomimy naszego kreta w światku handlarzy. Tego brata wy też pociągnijcie za język. Rozumiesz, tak prywatnie, od serca. Przesłuchanie to jedno, a szczera rozmowa to zupełnie co innego. Gdybyś czegoś potrzebował ode mnie lub od moich ludzi, daj znać albo od razu powołaj się na mnie. Znają cię i wiedzą, że mam do ciebie zaufanie. Ale oficjalnie przy tej sprawie nie współpracujemy. Nie mam teraz środków, by zatrudniać doradców. I nie szarżuj, Żądło. W razie czego będziesz miał pierwszeństwo do materiału po śledztwie, jak zwykle. To co, umowa stoi?

Podali sobie ręce. Dziennikarz wkrótce opuścił lokal, pozostawiając przyjaciela z dylematem, czy zamówić kolejny deser.

W drodze powrotnej Żądło zajrzał tylko do redakcji „Rozgwiazdy”, upewnił się, że nie jest tam tego dnia niezbędnie potrzebny, po czym od razu pojechał do domu. Z kotem na kolanach i z dzbankiem rozpuszczalnej kawy pod ręką włączył laptop – taki miał nawyk – jednak zaraz po tym otworzył swój wysłużony czarny notes, w którym zawsze wszystko zapisywał. Rozmyślał przez dłuższą chwilę, zanim zabrał się do dzieła. Gdy późnym popołudniem Marta wróciła z pracy, miał już zapisanych kilka stron – w punktach, równym, drobnym maczkiem. Plan nowego dziennikarskiego śledztwa, który musiał z nią przedyskutować… Bo i jej osoba była w nim niezbędna.

Ciąg dalszy w wersji pełnej