Emigracja - Malcolm XD - ebook
Opis

Debiutancka powieść najbardziej nieznanego autora w Polsce.

Malcolm XD w ciągu ostatnich kilku lat opublikował w internecie kilkadziesiąt krótkich opowiadań, które przyciągnęły ponad 2 miliony czytelników. To spod jego klawiatury wyszła kultowa już historia o Ojcu wędkarzu, która doczekała się nawet ekranizacji (scenariusz do Fanatyka napisał sam Malcolm XD, reżyserią zajął się Michał Tylka, a w filmie zagrali m.in. Piotr Cyrwus, Marian Dziędziel, Jan Nowicki czy Anna Radwan).

Emigracja to książka o młodym człowieku, który po ukończeniu małomiasteczkowego liceum decyduje się na wyjazd zarobkowy do Wielkiej Brytanii. W charakterystyczny „pastowy” sposób opowiada o jednym z najważniejszych zjawisk społecznych ostatnich dekad, które nadal nie znalazło wyrazistego odzwierciedlenia w literaturze polskiej. To opowieść o dorastaniu w powiatowej Polsce, obfitującej w przygody podróży do Londynu i o samym życiu emigranta. O tirowcach, cygańskich handlarzach kamperami, anarchistach -squattersach, recydywistach ukrywających się przed polskim wymiarem sprawiedliwości, rosyjskich oligarchach, zubożałej angielskiej arystokracji, stulejarzach i klubach go-go.

Beware, przed Wami legenda polskiego internetu w wersji analogowej.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Malcolm XD

EMIGRACJA

Copyright © by Malcolm XD MMXIX

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

10 000–19 999

Pierwsze 19 lat mojego życia spędziłem w jednym z miejsc, które Główny Urząd Statystyczny określa jako miasta o liczbie ludności 10 000–19 999. Nie będę podawał jego nazwy, bo moje miasto nie jest znane prawie z niczego, więc i tak nic ona wam nie powie. Według wspomnianego GUS takich miast jest w Polsce dokładnie 187. Jednak gdy mówię, że nie jest znana prawie z niczego, mam na myśli, że w niektórych kręgach znana jest z jednej rzeczy, jednak nie są to kręgi szczególnie popularne i wpływowe. Mowa o środowisku sympatyków agrestu. Moje miasto rodzinne i powiat, w którym się znajduje, jest europejską stolicą agrestu, którą samo się proklamowało. Przypomina o tym przyozdobiona logiem Unii Europejskiej tablica informacyjna znajdująca się przy drodze krajowej. Na tablicy są wymienione jeszcze inne atrakcje turystyczne naszego miasta, czyli XIX-wieczny zespół parkowy, głaz narzutowy o kształcie jajka (jak się go dotknie, to przynosi szczęście), który obecnie stoi na rynku, oraz dwór. Dworu tak naprawdę nie ma i kiedyś w miejscu jego piktogramu na unijnej tablicy informacyjnej była synagoga, która faktycznie istnieje, ale potem część radnych doszła do wniosku, że z synagogami to jest delikatny temat, bo nigdy nie wiadomo, kto i o co się może przypierdolić, więc wymyślili sobie nieistniejący dwór i nim zakleili ją na tablicy. U nas wszyscy wiedzą, że dworu nie ma, więc nikt tam nie chodzi, bo nie ma gdzie, a jak już przyjeżdża jakiś turysta i o niego pyta w punkcie informacyjnym, to mu mówią, że teren jest obecnie zamknięty z powodu rewitalizacji i nie można wchodzić, więc żeby sobie poszedł dotknąć tego kamienia.

Z kamieniem z parku swoją drogą raz była opcja taka, że go ukradli. Przez tydzień wszyscy się zastanawiali, kto mógłby zajebać kamień, co waży z 10 ton. Odpowiedź na to pytanie przyszła wraz z pojawieniem się na wjeździe do miejscowości 20 kilometrów dalej tablicy informacyjnej zachęcającej do odwiedzin przynoszącego szczęście głazu. Wcześniej jej nie było, bo w tamtym mieście nie mieli nawet wyimaginowanego dworu, więc nie byłoby żadnych przesłanek do umieszczenia jakiejkolwiek tablicy. Jej pojawienie się wzbudziło słuszne podejrzenia i nasz burmistrz pojechał do nich sprawdzić, czy przypadkiem to nie nasz kamień się u nich zawieruszył, i okazało się, że tak właśnie było. Natomiast tamci twardo twierdzili, że ten kamień do nich przepchnął lodowiec tysiące lat temu i żeby nasz burmistrz im udowodnił, że niby było inaczej. No to nasz burmistrz zaczął latać po rynku i brać na świadków losowych ludzi: matki z dziećmi na spacerach, emerytów siedzących w kawiarni, a nawet żuli. Wszyscy mieszkańcy tamtego miasta zdawali sobie jednak sprawę, że pojawienie się kamienia jest dla nich dziejową szansą na skok cywilizacyjny, więc byli częścią ogólnomiejskiej konspiracji i utrzymywali, że kamień na rynku jest od przynajmniej 5, jak nawet nie 10 tysięcy lat. Mieli przewagę liczebną 10 000–19 999 do jednego, więc nasz burmistrz musiał w końcu uciekać, ale potem pogrzebał w Internecie i znalazł zdjęcia z uroczystości na Boże Ciało z tamtego miasta sprzed roku, na których wyraźnie widać, że żadnego kamienia na rynku nie ma. Wysłał to burmistrzowi tamtych, a on odpowiedział, że w takim razie to musiał nam ukraść jakiś pijany wandal wracający z imprezy i działający bez porozumienia z kimkolwiek i podrzucić do nich. Natomiast skoro już tak się stało, to żeby teraz oficjalnie przenieść kamień z powrotem, to byłoby trzeba to zrobić trybem formalnym: z pozwoleniem od konserwatora zabytków, od wojewody, od ekologów i nawet od samej Unii Europejskiej, bo w końcu zapłaciła za tablicę informacyjną, którą trzeba by zdemontować, gdyby kamienia jednak nie było. Nasi urzędnicy wiedzieli, że to zajmie z 10 lat, więc na najwyższych szczeblach władzy samorządowej zapadła decyzja o akcji partyzanckiej. To znaczy, żeby nasi strażacy do spółki z zakładem usług komunalnych pojechali w nocy do tamtego miasteczka, bo ci pierwsi mieli dźwig, a ci drudzy ciężarówkę, i ten kamień zajebali z powrotem bez żadnego trybu. Mieszkańcy miasta 20 kilometrów dalej byli jednak na taki wariant przygotowani, bo jak o 3 w nocy ci od nas wjechali do nich na rynek, to zastali ochotniczą straż obywatelską pełniącą przy kamieniu wartę. Ta straż zaczęła drzeć mordę i zaraz zleciało się pół miasta i tych naszych o mało co nie zlinczowali. A konkurencyjni strażacy stamtąd, którzy przyjechali swoim wozem blokować nasz wóz, jak by chciał uciekać z kamieniem na sygnale, to nawet powiedzieli, że gdyby teraz im się przypadkiem samochód podpalił, to oni by im nie mogli pomóc, bo rzekomo skończył się budżet na lanie wody na ten rok.

W tej sytuacji nasz burmistrz poszedł aż do samego ogólnopolskiego szefa partii politycznej, z której był on, jak i burmistrz miasta obok, i poprosił o interwencję. Ten drugi burmistrz oczywiście nie chciał się na początku zgodzić na oddanie, bo wiedział, że będzie go to kosztowało posadę, ale szef partii mu za to obiecał jedynkę na liście w wyborach do sejmiku wojewódzkiego, więc w końcu się dogadali, chociaż zajęło im to z 2tygodnie. Jak nasi strażacy drugi raz pojechali po kamień, to jeden facet stamtąd w akcie desperacji się do niego przykuł łańcuchem i wyrzucił klucz, bo w międzyczasie, przeczuwając nadchodzący boom turystyczny wywołany efektem kamienia, zdążył zainwestować oszczędności życia w wyremontowanie pokoi pod agroturystykę. Nasz powiat to jednak nie jest jakaś Puszcza Białowieska, żeby ktoś się w takich sytuacjach przejmował ludzkim życiem i zdrowiem, więc strażacy tego faceta załadowali dźwigiem na ciężarówkę razem z kamieniem, przywieźli do nas i postawili nie jak wcześniej w parku na uboczu, tylko na rynku, żeby nikt go znowu nie zajebał – co było o tyle prawdopodobne, że w okolicy jest sporo innych miejscowości pozbawionych większych walorów turystycznych. Ciężarówka zakładu usług komunalnych przywracająca kamień macierzy wjeżdżała na rynek przy wiwatach społeczności lokalnej, która w przeszłości zbytnio się nim nie interesowała, ale w życiu tak to bywa, że niektóre rzeczy docenia się dopiero wtedy, gdy się je straci. Natomiast przykuty łańcuchem typ, gorzko żałując swojej decyzji, siedział na naszym rynku przez kilka godzin jak w średniowiecznych dybach, wystawiony na obelgi, plucie i jajka rzucane przez mieszkańców mojego miasta. Oprócz jajek ktoś nawet rzucił pomysł, żeby tego faceta symbolicznie i publicznie ukamienować, w myśl pochodzącego ze starożytności Kodeksu Hammurabiego, ale na szczęście jego żona przyjechała z zapasowymi kluczami od kłódki i go odpięła.

Wracając jednak historią, tak jak kamieniem, do mojego miasta, to co wakacje odbywają się u nas Dni Agrestu (które de facto składają się z tylko jednego dnia, ale mówi się DNI, bo to lepiej brzmi), których program jest rok w rok dosyć podobny. Zaczynamy o 12:00 mszą świętą w kościele św. Doroty. Święta Dorota jest patronką między innymi ogrodników, a według lokalnego kultu świętych nawet agrestu konkretnie. W kościele jest obraz świętej Doroty, która jedną ręką dusi żmiję, będącą zdaniem proboszcza symbolem wrogów, a w drugiej trzyma agrest. Ja tego nie pamiętam, bo jak byłem dzieckiem, to się zbyt dokładnie nie przypatrywałem, ale według wielu mieszkańców agrest u św. Doroty został domalowany około roku 2005, kiedy powstała koncepcja agrestowej promocji kulturalno-ekonomicznej miasta, a wcześniej była tam gałązka oliwna. Może agrest nie jest tematem zbyt porywającym, ale kiedyś nie byliśmy stolicą absolutnie niczego, więc to nadal pewien awans – nawet jeżeli tylko sadowniczy. Cały pomysł z agrestem wyszedł od burmistrza, któremu doskwierało, że jest burmistrzem miasta niebędącego stolicą niczego, oraz od Kąckiego, który jest lokalnym magnatem i największym pracodawcą, posiadaczem setek hektarów gruntów rolnych, na których już chyba się domyślacie, co uprawia.

Aha, msza ma oczywiście intencję – wierni modlą się za agrestem naszym, a przeciwko agrestowi chińskiemu, który jest może i tańszy, jednak rakotwórczy, i stanowi zagrożenie dla suwerenności ojczyzny. Chińską stolicą agrestu jest Chaoyang, mieszczące się na północ od Pekinu, czemu poświęcona była cała lekcja geografii w gimnazjum. Dowiedzieliśmy się na niej, że grunty w Chaoyang są zajebiście skażone, co odpowiada za toksyczne właściwości tamtejszego agrestu właśnie. Daje to nam pewną przewagę w walce o tyle nierównej, że tam mieszkają 4 miliony ludzi, a u nas tylko 10 000–19 999.

Po mszy świętej rozpoczyna się piknik rodzinny, na który składają się elementy takie jak pokaz wozu strażackiego, malowanie dzieciom twarzy w różne tygrysy i małpy, walenie wódy, kiełbasa z grilla, trampolina, bicie się po mordzie, turniej piłki nożnej, wata cukrowa, stragany z lokalnymi wyrobami agrestowymi czy pokaz taneczny. Kulminacyjnym momentem pikniku są zawody w jedzeniu agrestu na czas. Niepobity do dzisiaj rekord to skonsumowane 4.3 kg, ale tego typa rekordzistę potem odwieźli do szpitala.

Przed rewolucją agrestową w zawodach jadło się normalnie kiełbasę, po której też jeden typ skończył w szpitalu, co pamiętam bardzo dobrze, bo to był mój wujek. Dyplom ma do tej pory i zawsze jak jesteśmy u nich na jakimś spotkaniu rodzinnym i wujek już się podjebie, to go zdejmuje ze ściany i każe wszystkim oglądać. Nie jest na nim doprecyzowane, ile kiełbasy zjadł, tylko że zajął 1. miejsce, więc w jego opowieściach rekordowa masa rośnie z roku na rok. Wujek patrzy też z góry na współczesnych wyczynowych zjadaczy agrestu, bo jego zdaniem CO ZA SZTUKA TO JEŚĆ, JAK TO SAMA WODA JEST? Oprócz tego, że my musimy tych kiełbasianych opowieści słuchać przy okazji każdych imienin i świąt, to z braku specyfikacji wagi produktu mięsnego wynikły też poważniejsze problemy. Mianowicie, wujek miał wielką spinę ze zwycięzcą zawodów z 2003, który twierdził, że wujek nie pobił jego rekordu i cały czas on ma tytuł mistrza. Sytuacja eskalowała do tego stopnia, że obydwaj zdobyli zdjęcia z Dni (wtedy jeszcze bez AGRESTU, tylko po prostu DNI) 2003 i 2004, na których widoczna jest zjadana przez nich kiełbasa, i poszli do dwóch konkurencyjnych sklepów mięsnych, żeby im na podstawie przedstawionej na zdjęciu kiełbasy wydać ekspertyzę o jej wadze. Problem w tym, że różne gatunki tego wyrobu o tej samej objętości mają różną wagę, w zależności od ilości wody, mięsa czy sposobu przygotowania, więc metr bieżący śląskiej ma zupełnie inną wagę niż metr bieżący myśliwskiej. Skończyło się na tym, że poszli z tymi sprzecznymi ekspertyzami z mordą do wiceburmistrza, który jest odpowiedzialny za organizację tych imprez, że ma jednemu z nich na dyplomie napisać markerem REKORDZISTA, ale po turboawanturze wiceburmistrz odmówił i od tego czasu waga – obecnie już agrestu – skrzętnie zapisywana jest na dyplomach, żeby uniknąć podobnych konfliktów w przyszłości. Niemniej, jak wspominałem, według wujka jedzenie agrestu nie umywa się do jedzenia kiełbasy, co jest zresztą jedyną rzeczą, w której zgadza się z tym typem, co wygrał w 2003.

Równolegle do pikniku odbywają się w domu kultury odczyty i wystawy prac naszych miejscowych artystów. Na nieszczęście dla mnie nie cieszą się one takim zainteresowaniem jak wóz strażacki, bicie po mordzie i malowanie twarzy, więc co roku byłem zmuszony tam siedzieć i robić frekwencję, bo w domu kultury pracuje moja matka i mi kazała. Artyści są zawsze ci sami i moim zdaniem mocno lecą w chuja, bo na przykład taka kobieta, co maluje tylko konie i kwiatki, to według moich obserwacji pokazuje zawsze te same obrazy, co namalowała już z 10 lat temu. 500 złotych co roku za to kasuje i się cieszy, bo kto w końcu odróżni konia tegorocznego od zeszłorocznego.

Najważniejszym elementem dnia jest jednak wieczorny koncert. Podczas koncertów nie ma już tych wszystkich dodatkowych atrakcji, wóz strażacki zjeżdża do remizy, a typ od waty cukrowej jest najebany, więc z aktywności pobocznych pozostaje tylko walenie wódy i napierdalanie się. Ze znanych artystów mieliśmy już między innymi Meza, T-Love, Braci Golec i Mandarynę. Krzyczą ze sceny MIASTO O LUDNOŚCI 10 000–19 999 MIESZKAŃCÓW, CZY TU JESTEŚCIE?! A 10 000–19 999 ludności miasta krzyczy ŁOOOOO, dając znać, że tu jest. Korzystając z okazji, krzyczą nawet ci, co wyjechali do Niemiec i na co dzień tu nie mieszkają, tylko przyjechali na tydzień odwiedzić rodzinę i coś załatwić w urzędzie, co moim zdaniem nieco fałszuje rzeczywistość, zawyżając liczbę ludności w oczach przyjezdnych artystów, którzy gotowi pomyśleć, że może być nas nawet 20 000 lub więcej, a to według GUS już zupełnie inna kategoria.

Weźcie pod uwagę, że to, co powyżej opisałem, to najciekawszy dzień w kalendarzu mojej miejscowości. Czasami zdarza się coś budzącego zainteresowanie mieszkańców, jak na przykład wtedy, gdy typ w seicento zapomniał się zatrzymać przed przejazdem kolejowym, ale to nie są wydarzenia cykliczne, więc i nie odnotowuje się ich w wydawanym przez gminę kalendarzu, w przeciwieństwie do Dni Agrestu.

Rozrywki coweekendowe są u nas dosyć ograniczone. Jest pizzeria Vezuvio, gdzie duża pizza jest taka, że nikt nie da rady samemu zjeść. Jest kebab, gdzie można sobie postać przy takich stolikach dookoła i zawsze się kogoś spotka. Mamy też pub Pod Żaglami, którego nazwa wzięła się stąd, że właściciel chciał go zrobić w klimacie szantowym, chociaż u nas żadnego większego jeziora ani rzeki nie ma. W Żaglach siedzą głównie kuce, w sensie metale, i czasami grają tam miejscowe kuc-zespoły, ale te występy nie mają zbyt wielkiego rozmachu i jak pod prowizoryczną sceną zbierze się 10 osób, to właściciel już robi zdjęcia i wrzuca do neta z podpisem TAK SIĘ BAWIMY POD ŻAGLAMI !!! Typ zawsze stawia spację przed znakami interpunkcyjnymi i strasznie mnie to wkurwia, szczególnie jako syna matki pracującej w domu kultury. Najbardziej rozrywkowym miejscem jest klub PARADISE, gdzie jest dużo sebostwa, a kilka lat temu była nawet opcja, że kogoś pobili na śmierć.

Tak przedstawiają się w mojej rodzinnej miejscowości opcje rekreacyjne. Jeżeli dodamy do tego, że po zakończeniu liceum moje możliwości rozwoju zawodowego obejmowały pracę na farmie agrestu, pracę w supermarkecie lub staż u matki w domu kultury za 350 złotych na miesiąc, to nie zdziwi was chyba, że mając 19 lat i zdaną maturę, postanowiłem złożyć papiery na studia do Warszawy.

Dwa słowa o mnie

Wypadałoby, żebym z dwa słowa powiedział o sobie, skoro chcę was fatygować, żebyście czytali to, co mam do napisania. Bo wyjdzie jeszcze tak, że bym się dostał I zdążył skończyć te studia, a wy dalej nic byście o mnie nie wiedzieli. Czasami łapię się na tym, że opiszę wszystkich dookoła, tylko o sobie samym nic nie powiem, a to może być czasami ważniejsze niż co za rośliny się u mnie w powiecie uprawia albo kto z kim melanżował, bo w końcu jestem narratorem, to przydałoby się coś o mnie wiedzieć. Mnie to czasami wkurwia, jak w książce o narratorze nic nie wiadomo i jest jakimś widmem, co wszędzie jest i wszystko wie, a nikt go nie widzi, bo to w końcu też człowiek, ma swoje poglądy, przywary i inne cechy, które uczciwie jest wymienić, żeby czytelnik wiedział, czego może się spodziewać.

Urodziłem się w roku 1989 w miejscowości o liczbie ludności 10 000–19 999, jako jedyne dziecko mojej matki i mojego ojca, i w tej kwestii już nic się nie zmieniło. Matka moja pracuje w domu kultury, podczas gdy mój ojciec jest zawodowo raczej nieaktywny, bo padł ofiarą transformacji ustrojowej, chociaż stało się to z jakiegoś powodu już prawie 15 lat po tejże transformacji, a przynajmniej jej początku.

W szkole podstawowej uczyłem się dobrze, w gimnazjum źle, a w liceum średnio. Dobry byłem z polskiego, historii i WOS, zły z muzyki, biologii i chemii, a z pozostałych przedmiotów tak różnie, zależy, jaki temat i czy nauczyciel był w porządku. Ukierunkowanie na przedmioty humanistyczne zawdzięczam matce i temu, że do niej do pracy często chodziłem po szkole. Swoje położenie klasowe w momencie rozpoczęcia tej opowieści określiłbym jako niższa klasa średnia typu zubożała inteligencja. Bo o ile obydwoje moi rodzice mieli wykształcenie wyższe, co nie było w ich czasach aż tak powszechne, to ze względu na wspomnianą transformację ustrojową i niskie nakłady na polską kulturę, szczególnie w jej domach położonych w niedużych miejscowościach, dochodowo lokowaliśmy się poniżej tej słynnej średniej krajowej.

Co do kontaktów towarzyskich, to przez większość życia pozostawałem na bliskich peryferiach grupy rówieśniczej, aczkolwiek nadal w jej obrębie. Tłumacząc na przykładzie, to jak moi starzy pojechali na 2 dni do ciotki Haliny na Kaszuby i zrobiłem imprezę, to przyszły 3 osoby, ale jak ktoś inny robił imprezę, to mimo wszystko mnie zawsze zapraszali. Dziewczynę miałem dwa razy, w gimnazjum i w liceum, tylko muszę zaznaczyć, że to była ta sama.

Moje największe hobby to jazda na rowerze, bo to bardzo indywidualistyczne zajęcie w porównaniu do takiego choćby tenisa stołowego, gdzie jednak trzeba co najmniej dwie osoby – no chyba że sobie sam podbijasz piłeczkę o paletkę na rekord, ile więcej, ale wątpię, żeby tenisowo-stołowi ortodoksi uznawali to w ogóle za tenisa stołowego, bo w końcu w całym procesie nie bierze udziału żaden stół. Z drugiej strony w przeciwieństwie do na przykład sklejania modeli czy gry w Heroesów 3 na single playerze pozwala obserwować ludzi. Nie myślcie sobie tylko, że jestem jednym z tych typów, co jeżdżą na rowerze po ścieżce za dziewczynami, żeby im się gapić na dupę, bo tu zupełnie nie o to chodzi. Ja lubię sobie pojechać gdzieś daleko, tak 50 czy 100, czy 200 kilometrów, i usiąść pod sklepem albo na plaży miejskiej, albo na zrewitalizowanym rynku i posłuchać, co w tym miejscu ludzie mają sobie do powiedzenia. Jest to o tyle lepsze od jazdy samochodem, że nie ingeruje się tak w przestrzeń i nie płoszy ludzi, bo samochodem to trzeba stanąć, zgasić silnik, trzasnąć drzwiami, i ludzie zaraz patrzą, kto przyjechał, skąd ta rejestracja jest albo ile taki samochód może kosztować. Trudno w tej sytuacji się wtopić w otoczenie i tym samym już się zaburza obserwowany ekosystem. Jak wspominałem, z fizyki byłem słaby, ale jedna rzecz, która mnie zainteresowała, to to, że w niektórych przypadkach już sama obserwacja zaburza stan obserwowanego obiektu. I tak samo jest z tym rowerem i samochodem, bo na rowerze się znajduję w jakiejś sytuacji w sposób cichy i subtelny, a nawet jak mnie ludzie zauważą, to myślą, że gdzieś muszę niedaleko mieszkać, bo przecież bym 100 kilometrów nie przyjechał, żeby na nich popatrzeć i ich posłuchać, więc się zachowują naturalnie, bo w końcu sami swoi.

A słuchać i patrzeć na różnych obcych ludzi zawsze lubiłem dlatego, że potem do tego wyrywka, który się zobaczy i usłyszy, można dorobić całą historię. Na przykład idzie człowiek po ulicy i mówi do kogoś przez telefon, że ten skurwysyn jego brat to go oszukał na spadku po ciotce i całą działkę na Mazurach zajebał dla siebie, a jemu tylko 33% mieszkania w Bolesławcu przypadło i to też kawalerki, co jej teraz bez zgody wujka Władka i ciotki Wiolki, tych Bobrowskich, nie może sprzedać. No i potem człowiek rozkminia, dlaczego ten brat się tak zachował, skoro są w końcu braćmi, czy może on też ma poczucie krzywdy spadkowej, skąd ciotka miała całą działkę na Mazurach i czy tam jeździli za dzieciaka i ich gryzły komary, a przede wszystkim, czy z Włodzimierzem i Wiolettą Bobrowskimi w ogóle da się dogadać, czy to takie dziadki co nic się nie da załatwić, BO JAK SPRZEDAM, TO NIE BĘDĘ MIAŁ, chociaż jest im wcale niepotrzebne.

Z tą obserwacją mam tylko taki jeden problem, że jak spojrzenia moje i obserwowanego obiektu się spotkają, to w 90% przypadków się zaczyna jakiś cyrk. Nie wiem, co mam nie tak z twarzą, matka mówi, że mam po prostu oczy takie pytające, że jestem ciekawy, ale notorycznie jak ktoś się na mnie popatrzy na ulicy, to się do mnie musi o coś przypierdolić. Jak jadę busem i jest tyle ludzi, że każdy ma akurat dwa miejsca dla siebie, i wejdzie jakiś typ najebany, to zawsze stanie przy kierowcy, rozejrzy się ludziom po twarzach, popatrzy na mnie i już leci kurwa choćby na sam koniec autokaru i przez torbę baby, co nieprzepisowo ją położyła w przejściu, żeby tylko się do mnie przysiąść i mi opowiedzieć całe swoje życie. Albo jak nas za małolata policja łapała za picie w parku i staliśmy np. w 8 osób przed patrolem, to też się policjant patrzył po wszystkich, aż wyhaczył mnie i OOO PANA TO POPROSZĘ NA STRONĘ i zaraz kieszenie sprawdzane i mandat. No i oczywiście klasyczne pytanie od Sebów CO SIĘ KURWA PATRZYSZ, a ja mówię, że się nie patrzę, a on mówi NO PRZECIEŻ KURWA WIDZĘ i już awantura.

Zostawiając jednak już temat mojego wzroku, to jeszcze powiem o mojej rodzinie. Nie wiem, czy to takie istotne, jednak zauważyłem, że jak kogoś opisują na Wikipedii, to po pierwszym akapicie wstępu zawsze jest, z jakiej był rodziny, więc pozwolę sobie założyć, że jednak trochę istotne, skoro encyklopedyści tak robią.

Wychowany zostałem w wierze rzymsko-katolickiej-okazjonalnie-praktykującej. Moja matka uprawiała raczej katolicyzm domowy, czyli żeby na Wielkanoc było jajko z majonezem, a ojciec to zależnie od jego bieżącej afiliacji politycznej, których miał wiele, bo w swojej walce o naprawienie wyrządzonych mu szkód dziejowych zawiązywał najdziwniejsze sojusze. Starzy poznali się na studiach i potem przyjechali do mojej miejscowości liczącej 10 000–19 999 mieszkańców, z której pochodził mój ojciec i tutaj miał korzenie, perspektywy zawodowe i mieszkanie w spadku po moich dziadkach, którzy wcześnie zmarli. Moja matka natomiast była z Warszawy, ale za ojcem się przeprowadziła do nas. Muszę ze smutkiem przyznać, że ojciec był koniunkturalistą i zapisywał się do każdej partii i organizacji, która mu obiecywała, że w końcu będą znowu go szanować, bo ojciec bardzo cierpiał na niedostatek szanowania go przez Polskę i tryby historii. Niemniej równocześnie należy dodać, że był koniunkturalistą ideowym, któremu zawsze udało się nietrafnie przewidzieć nadchodzącą koniunkturę i tym samym kończył z dupą na wietrze i nadal nieszanowany. Jak przewidywał, że w wyborach wygra lewica, to wygrywała prawica, a jak prawica, to wygrywała lewica. A jak jakimś cudem ostrożnie postawił na remis i centrum czy koalicję, to wygrywał jakiś kurwa lokalny klub samorządowy, co był ze wszystkimi pokłócony. Teraz już żadni politycy nie chcą ojca brać nawet do rozdawania ulotek, bo wszyscy mówią, że przynosi pecha. Tym samym od mniej więcej tego czasu, kiedy kończyłem liceum, ojciec się nie angażuje już w nic, bo przestał w cokolwiek wierzyć, a w efekcie nawet powoli przestał się prawie w ogóle odzywać – nawet jak w telewizji pokazują coś, co go kiedyś bardzo bulwersowało, to teraz już tylko mu lekko warga zadrży.

Aktywna za ich dwójkę jest z kolei moja matka. Wynika to po części ze specyfiki jej pracy, bo jak zarabia 2100 na łapę złotych na etacie (i to wliczając doroczną premię uznaniową, której może równie dobrze nie być) jako pracownik kultury, to sobie szuka w tej kulturze dodatkowych zajęć. Robiła krajoznawczą wymianę młodzieży z jakiegoś miasta o liczbie ludności 10 000–19 999 w Chorwacji do nas i z powrotem. Wyznaczała ścieżkę przyrodniczo-rekreacyjną pod nordingwalking z Funduszy Norweskich. Praktycznie sama też co roku robi u nas kino letnie, bo też trochę można było dorobić. Myślę, że poza aspektem finansowym, to matka też lubi mieć zajęcie, żeby nie siedzieć z ojcem w domu, bo u nas jest – nazwijmy to – duszna atmosfera.

Podsumowując, to powiedziałbym, że do momentu, w którym rozpoczęła się ta historia, to życie miałem przeciętne łamane przez normalne. No a potem to było już bardzo różnie.

Audi A4

Pomiędzy maturą a rozpoczęciem edukacji wyższej w stolicy, na którą miałem nadzieję, miały jednak minąć 4 miesiące, czyli tak zwane najdłuższe wakacje w życiu, bo matury skończyliśmy w maju, a studia zaczynają się w październiku. O ile to okres wyjątkowy, jak sama nazwa wskazuje, to nie można powiedzieć, żebym ja lub moi rówieśnicy-maturzyści zagospodarowali go w jakiś sposób wyjątkowy jak na standardy miejscowości o liczbie ludności 10 000–19 999. Prawie każdy z nas pracował gdzieś na ćwierć czy pół etatu, ew. pomagał w interesie starym, jeżeli prowadzili franczyzę sklepu małopowierzchniowego, jak rodzice Gośki, czy mieli średnio łamany przez słabo prosperujący warsztat lakierniczy, jak stary Stomila. Stomil to mój przyjaciel jeszcze z podstawówki, który pseudonim swój zawdzięcza temu, że najpóźniej z nas wszystkich miał Internet w domu i będąc w gimnazjum, niechcący ujawnił, że jest głęboko przekonany, że prezerwatywy zakłada się na język, na co koronnym dowodem miało być, że istnieją prezerwatywy smakowe. A wiecie, taki ciąg myślowy prezerwatywa – guma – opony – zakłady przemysłu gumowego Stomil i tak drogą skojarzeń powstała jego ksywa. Internet odgrywał kluczową rolę w naszej edukacji w zakresie antykoncepcji, bo przeznaczone na nią godziny szkolne w systemie oświaty zostały podporządkowane zagrożeniu o wyższym priorytecie niż choroby weneryczne czy nieplanowane ciąże, czyli chińskiej ofensywie przeciwko gospodarce polskiej, ze szczególnym uwzględnieniem dumpingowych praktyk w rolnictwie.

Po pracy szło się do domu na obiad, potem grało na kompie, a wieczorem ustawiało z ekipą ze szkoły. Patrząc z perspektywy czasu, to nasza ekipa była bardzo egalitarna, bo jak się mieszka w mieście o liczbie mieszkańców 10 000–19 999, to nie można sobie pozwolić na taki luksus, żeby przyjaźnić się tylko z ludźmi, których się lubi i którzy są do ciebie podobni, bo takich było zwyczajnie za mało. W naszej ekipie był więc zarówno Kudłaty z Olgą, czyli para kucy, jak i Adaś-dresik, który już nawet czasami dostawał w klubie Paradise do sprzedania trochę piguł od starszych dresów. Był Tadzio, który nie miał matki, tylko ojca na rencie, dzięki czemu był z nas najbardziej obrotny, bo żeby mieć na browar czy nowe ubranie, to zawsze musiał się nazapierdalać, a z drugiej strony była też Klaudia, która była chrześnicą samego magnata Kąckiego, potentata agrestowego, a jej matka była radną, i Klaudia z tego tytułu miała dwutygodniową przerwę od siedzenia z nami „na lasku”, „na parku” czy na rynku, bo pojechała na obóz angielskiego na Maltę. Według relacji Klaudii ten wypad dobrze wyglądał tylko na zdjęciach na portale społecznościowe, bo trafiła na taki turnus, gdzie połowa ludzi była z Hiszpanii, a druga z Belgii, więc nikt ze sobą nie rozmawiał po angielsku, tylko po hiszpańsku, walońsku i niderlandzku, bo tak w Belgii mówią, bo się nie mogą dogadać, żeby był jeden język. A kursy na Malcie jak widać nie spełniają swojej roli.

Łącznie stałej ekipy było nas z 10 osób, a w szczytowych momentach, jak ktoś np. robił urodziny, to nawet 20, i szczęśliwie wszyscy mówili po polsku. Wyjątkiem był Łukasz pseudonim Babcia, bo on nieźle mówił też po niemiecku, co zawsze chciał wszystkim udowadniać, jak się najebał – A ZAPYTAJ MNIE NA PRZYKŁAD, JAK JEST WÓZEK WIDŁOWY, NO ZAPYTAJ! NIE MUSISZ, JA SAM POWIEM! GABELSZTAPLER! Cała jego rodzina siedziała od kilku lat pod Leipzig i przyjeżdżała tylko 2 razy do roku – na Boże Narodzenie i na Dni Agrestu. Babcia chodził na niemiecki dodatkowo po szkole, bo nie wiązał swoich planów życiowych z Polską, tylko składał papiery do jakiejś szkoły policealnej w Niemczech. Co istotne, ksywa Babci wzięła się stąd, że był w na tyle dobrej sytuacji, że był eurosierotą. Bo, jak wspominałem, jego starzy i dwóch braci byli w Niemczech, a on w Polsce mieszkał tylko z babcią, żeby już tutaj skończyć liceum. Babcia Babci miała się nim teoretycznie opiekować, ale była mocno niedołężna, więc to Babcia zajmował się babcią i codziennie o 20:00, niezależnie od okoliczności, mówił ZARAZ BĘDĘ, BO DO BABCI MUSZĘ i ukręcał się na pół godziny np. z ogniska i szedł do domu dać babci jeść i ją położyć spać, a potem mógł już robić, co mu się żywnie podobało. Ta wolność budziła oczywiście zazdrość, bo ja, wracając z imprez, wchodziłem do domu na palcach, żeby nie obudzić matki, bo by mi kazała chuchać, a odkąd w domu kultury wpadła jej w ręce broszura edukacyjna dla rodziców BLIŻEJ SIEBIE – DALEJ OD NARKOTYKÓW, to nawet patrzyła w oczy, czy nie mam czerwonych od hehehuany. Naszą zazdrość budziło również audi A4, które jego brat przywiózł z Niemiec na handel, ale nie zdążył sprzedać, więc stało w szopie za domem. Audi nie było nawet przerejestrowane, a Babcia nie miał prawa jazdy, ale w tamtym okresie spotykaliśmy się głównie na ogniskach w lesie, a tam przecież drogówka nie stoi. Babcia więc często przywoził nam aprowizację, do 20:00 sam nie pił, jechał na chwilę do babci i potem wracał samochodem. Jak mocniej popił, zostawiał go w lesie i zabierał następnego dnia.

Z audi A4, Babcią i Stomilem była potem opcja dosyć tragiczna. Stomil miał w czerwcu urodziny, zrobiliśmy z tej okazji ognisko na aż 30 osób, bo Stomil był w naszym mieście popularny ze względu na to, że dużo pił. W środku nocy dwóch typów zaczęło się kłócić, a cała reszta ich rozdzielać – wiecie, jak to jest na takich imprezach, jak nagle się ujawnia kilkanaście talentów mediatorskich. Gdy nasza uwaga skupiona była na awanturze, to Babcia i Stomil wskoczyli do samochodu z zamiarem pojechania na stację, żeby dokupić wódki. Trzeba przyznać, że to nie był pierwszy raz, jak Babcia prowadził po spożyciu, ale było to do pewnego stopnia tolerowane, bo jeździł tylko po lesie, w sensie drogą leśną dojeżdżał do drogi krajowej i tam w krzakach zostawiał samochód i szedł kilkaset metrów na stację z buta, żeby nie było przypału. Ewentualne uwagi zbywał stwierdzeniem, że nawet jak go złapią, to i tak nie ma prawka, więc mu nie zabiorą. Umówmy się, że z taką argumentacją trudno było polemizować. Tym razem Babcia nie prowadził jednak po kilku piwach, a po kilku piwach i pół litra – w końcu okazję taką jak urodziny Stomila trzeba było godnie uczcić. Włączył mu się Hołowczyc i tą leśną drogą zapierdalał ze 100 kilometrów na godzinę, bo jeszcze akurat w radiu leciał jakiś kawałek, co lubił, co według relacji Stomila miało go podkręcić i przełożyć się na dodatkową brawurę kierowcy.

Co istotne, przejeżdżali koło leśniczówki. Znaliśmy nieźle leśniczego, który tam mieszkał, bo często jak robiliśmy ogniska, to podjeżdżał do nas swoim starym mitsubishi pajero i dobrodusznie mówił NO DOBRA MŁODZIEŻ, BAWCIE SIĘ, TYLKO SYFU NIE RÓBCIE I LASU MI NIE SPALCIE i rzeczywiście żyliśmy z leśniczym w zgodzie, nie spalaliśmy lasu, a po każdym ognisku było wysprzątane. Więc koło tej leśniczówki przed audi chłopakom wyskoczyło jakieś zwierzę – do dzisiaj się nie da ustalić właściwie jakie, bo w opowieściach Stomila mieści się ono rozmiarowo w przedziale pomiędzy kotem a niedźwiedziem. Zależy, ile akurat wypije i komu opowiada. Babcia się wystraszył, odbił kierownicą w prawo, wypadł z drogi, wleciał na podwórko do leśniczego, gdzie tamten miał tak zwaną ziemiankę, czyli taką małą górkę, pod którą jest piwnica, i tam się trzyma ogórki kiszone i grzyby marynowane. Ziemianka zadziałała jak rampa, samochód wzbił się w powietrze i wleciał przez okno wraz z fragmentami ściany leśniczemu do sypialni na parterze, lądując prostu na łóżku. Stomil miał zapięte pasy, a Babcia nie, więc wyjebał banią w kierownicę, ale mimo tego nie stracił przytomności. Chłopaki w szoku wyskoczyli z samochodu, Stomil się drze na Babcię CO TY ZROBIŁEŚ IDIOTO, aż zorientowali się, że są u leśniczego w sypialni, a pod 1,5 tony samochodu jest sprasowane łóżko. Wtedy zapadło 10 sekund ciszy, które przerwał Stomil, mówiąc TY KURWA DEBILU, ZABIŁEŚ LEŚNICZEGO, na co Babcia zaczął ryczeć, a Stomil zakomenderował SPIERDALAMY W LAS, KAŻDY W SWOJĄ STRONĘ. Będąc w szoku, zaczęli uciekać na oślep w różnych kierunkach.

Stomil biegł z pół godziny przed siebie, a potem zadzwonił do mnie i zdążył powiedzieć tylko MIELIŚMY WYPADEK, LEŚNICZY NIE ŻYJE, NIE WIEM, GDZIE JESTEM, po czym padł mu telefon. My, szczerze mówiąc, nawet nie zauważyliśmy, że chłopaków nie ma, bo sytuacja na ognisku była dynamiczna, ale po odebraniu tak dramatycznego komunikatu rozpoczęliśmy poszukiwania zaginionych kolegów, ale też się wszyscy pogubiliśmy. Więc koniec końców idę sam przez ten las o 6 rano, na telefonie mi się wyświetla, że dzwoni stary Stomila, bo często było tak, że jak chłopak poszedł w melanż, to jego stary właśnie do mnie dzwonił, żeby go namierzyć, bo się już 100 lat przyjaźniliśmy w końcu. No i patrzę na ten telefon i nie wiem, czy odebrać, bo byłem już przekonany, że Stomil się wykrwawił gdzieś w lesie, więc nie wiedziałem, jak jego ojcu przekazać wiadomość, że syn nie żyje. Odbieram po 10 sygnale i łamiącym się głosem mówię H-H-HALO, na co wydziera się ojciec Stomila MALCOLM KURWA, TEN IDIOTA ZNOWU SIĘ NACHLAŁ I MÓWI, ŻE JEST NA WESELU JAKIMŚ PRZY SZOSIE I COŚ PIERDOLI, ŻE MIAŁ WYPADEK I ŻEBYM POJECHAŁ PO NIEGO, ALE CHYBA KŁAMIE, JAK ZWYKLE PIJANY, BO MU SIĘ NA PIECHOTĘ NIE CHCE WRACAĆ.

Ja w euforii krzyczę

PANIE JACKU, TO ON ŻYJE?!

A CO MA KURWA NIE ŻYĆ? PIJANY JAK ZWYKLE! ILE RAZY WAM MÓWIŁEM, ŻE TO JEST CHORY CZŁOWIEK, ALKOHOLIK, Z NIM NIE MOŻNA PIĆ!!!

I tu się zagadka rozwiązała: Stomil uciekał przez las zszokowany i z rozładowanym telefonem. Po drodze z upicia, przeżytego stresu i lekkich obrażeń głowy miał halucynacje (jak twierdzą racjonaliści) lub objawienie (jak twierdzą wierzący), bo objawiła mu się św. Dorota patronka agrestu i powiedziała, żeby już nigdy w życiu nie pił wódki, tylko napoje bezalkoholowe. Stomil św. Doroty wystraszył się jeszcze bardziej – szczególnie że stawiała tak wygórowane żądania – i uciekał dalej, aż wybiegł na drogę krajową, przy której jest nie tylko tablica informacyjna ufundowana przez Unię Europejską i stacja benzynowa, ale również dom weselny. Skierował się tam po pomoc, bo usłyszał głosy jakichś ludzi – mimo że była 6 rano w niedzielę. Tam wydarzył się drugi w ciągu pół godziny cud, bo pierwszą osobą, którą zobaczył, był rzekomo zmiażdżony samochodem we własnym łóżku leśniczy. Był on nie tylko cały, zdrowy i zupełnie wypukły jak na człowieka przygniecionego dopiero co przez półtorej tony, ale w dodatku w szampańskim nastroju. Ten cud jednak miał podłoże mniej mistyczne od objawienia św. Doroty, bo leśniczy po prostu był na weselu siostrzeńca w tej sali weselnej, przez co siłą rzeczy nie było go w jego domu w łożu, które miało rzekomo stać się jego grobowcem.

Przyjechał trzeźwy pan Jacek, ojciec Stomila, wsiedli we trzech w samochód i pojechali do leśniczówki szukać Babci. Leśniczy był w takim dobrym humorze, że wystający mu z okna samochód nie zrobił większego wrażenia – PRZEŚPIĘ SIĘ NA KANAPIE I ZADZWONIĘ DO CHŁOPAKÓW Z LEŚNICTWA OBOK I CIĄGNIKIEM PRZYJADĄ I MI TO AUTKO Z DOMU WYJMĄ. MÓJ SIOSTRZENIEC JEST BUDOWLANIEC, TO MI CEGŁY POWKŁADA, A ZA OKNO I ŁÓŻKO TO MI PAN POLAKIERUJESZ PAJERO I BĘDZIEMY KWITA.

Gorzej