Elżbieta I i Robert Dudley. Prawdziwa historia Królowej Dziewicy i mężczyzny, którego kochała - Sarah Gristwood - ebook

Elżbieta I i Robert Dudley. Prawdziwa historia Królowej Dziewicy i mężczyzny, którego kochała ebook

Sarah Gristwood

0,0
45,99 zł

lub
Opis

Mistrzowska biografia Sary Gristwood przedstawia angielską królową przez pryzmat relacji łączących ją z Robertem Dudleyem – osobistym doradcą, nieoficjalnym mężem i dowódcą armii, sprawiając tym samym, że nie mamy do czynienia z tradycyjną, linearną biografią. Atrakcyjność książki wzmacnia gorący temat – romans (?) łączący królową z hrabią Leicester, tak doskonale znany, a jednocześnie wzbudzający wiele pytań i kontrowersji. Autorka obiecuje zrewidować tę frapującą historię – dociec, co jest prawdą, a co jedynie narosłym przez wieki mitem – choć zdaje sobie sprawę z grząskiego gruntu: często niepewnych źródeł, które nierzadko przegrywają ze znacznie atrakcyjniejszą fantazją

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 584

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:Elizabeth & Leicester

Copyright © Sarah Gristwood 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone. Poza uczciwym, osobistym korzystaniem w celu nauki, badań, analizy albo oceny, przewidzianym w Ustawie o Prawach Autorskich, Projektowych i Patentowych z 1988 r., żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w bazach danych ani transmitowana w żadnej postaci ani żadnymi środkami przekazu – elektronicznie, elektrycznie, chemicznie, mechanicznie, optycznie, przez fotokopie ani w żaden inny sposób – bez uprzedniej, pisemnej zgody właściciela praw autorskich.

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Astra s.c. Kraków 2014

Przekład: Ewa Józefowicz Mateusz Józefowicz

Przygotowanie edycji: Jacek Małkowski

Redakcja: Magdalena Król-Fuśniak Aleksandra Marczuk Jacek Małkowski

Skład: Wydawnictwo Astra s.c.

Fotografia na okładce: Portret Elżbiety I, królowej Anglii, pędzla Quentina Massysa młodszego (ok. 1543-1589); olej na płótnie. © AKG/BE&W

Wydanie I Kraków 2014

ISBN 978-83-89981-95-0

Wydawnictwo Astra 31-026 Kraków ul. Radziwiłłowska 26/2 tel. 12 292 07 30, 602 256 638

www.wydawnictwoastra.plwww.facebook.com/[email protected]

Prowadzimy sprzedaż wysyłkowąwww.sklep.wydawnictwoastra.pl

Gdym piękna była i młoda, gdy Czas zawieszał swe prawa,

Niejeden do stóp mi padał, iżbym mu była łaskawa;

Lecz odtrącałam tym zimniej, im mnie kto błagał goręcej:

„Precz, precz, pójdź dokądś indziej, precz,

A mnie już nie męcz więcej!”

Ileż to oczu skazałam, by łzy trawiły je słone,

Z iluż to piersi wydarłam westchnienia rozgoryczone?

Lecz wciąż mówiłam tym bardziej, im mnie kto błagał goręcej:

„Precz, precz, pójdź dokądś indziej, precz,

A mnie już nie męcz więcej!”

Wtedy zaś syn Afrodyty, sam z miną triumfatora,

Powiada: „Nadobna pani, za karę, żeś tak nieskora,

Wyskubię ja piórek trochę z twej urody dziewczęcej –

Nie powiesz już: Precz, precz, pójdź precz

I już mnie nie męcz więcej!”

I odkąd wyrzekł te słowa, taka mnie naszła przemiana,

Że w dzień nie znajdę spokoju, noc mam bezsenną do rana,

Im zimniej niegdyś gardziłam, tym dziś żałuję goręcej

Słów: „Precz, pójdź dokądś indziej, precz,

A mnie już nie męcz więcej!”

Koniec

KRÓLOWA ELŻBIETA, OKOŁO 1580 R.

(przekł. Stanisław Barańczak)

O pani ma

Przegnałaś mnie

Zupełnie precz

Od swej słodkości

A przecież my

Prawdziwie tak

I blisko tak

Żyliśmy wraz w przeszłości

Z miłością ty

Darzyłaś mnie

Istnieniem swym

Ku pocieszeniu

Lecz teraz wszak

Z niechęcią tak

Odmawiasz

Mi ku strapieniu

I skoro więc

Tak obcą chcesz

Dziś dla mnie być

I nie dbać o mnie

Nadzieję mam

Cnót znaleźć w bród

Daleko stąd

Przy innej pannie

ANONIM,

POCZĄTEK XVI W.

Przedmowa

Mija prawie pół wieku od pojawienia się ostatniej popularnonaukowej książki dotyczącej relacji Elżbiety Tudor i Roberta Dudleya. Napisanie tego typu pracy wydaje się prawie niemożliwe. Istnieje, rzecz jasna, mnóstwo wersji tej historii: dwa wysokobudżetowe seriale telewizyjne poświęcone najczęściej filmowanej angielskiej monarchini, bestsellerowa powieść Philippy Gregory o samym związku Elżbiety i Roberta, wspaniała teatralna sztuka Schillera Maria Stuart z Robertem schwytanym w potrzask między królową serc a królową umysłów oraz wcześniejszy film fabularny, zatytułowany po prostu Elżbieta, którego motywy odbijają się echem w sequelu Złoty Wiek. Nie wspomnę już o wielu nowych, popularnych czy też naukowych, biografiach Elżbiety, a także o licznych pracach na temat Roberta Dudleya; a pomijam też starsze pozycje, z czasów pamiętnej kreacji Glendy Jackson w Elżbiecie R oraz niezliczone opowieści Margaret Irwin czy Jean Plaidy.

Na moje szczęście apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wydaje się jednak, że nowa, faktograficzna wersja historii Elżbiety i Leicestera może się okazać mniej smakowita niż wartka kolorowa fantazja. Istnieje bowiem wiele nieścisłości wynikających z plastyczności materiału źródłowego (wątpliwe pogłoski, listy ambasadorów, które czytamy wyłącznie w tłumaczeniach). Jednak im bardziej atrakcyjne i przekonujące są nowe fikcyjne wersje, tym większa pojawia się chęć dotarcia do prawdziwej historii. Podobnie jak kolejne pokolenia historyków, pragniemy osobiście zbadać dowody – tak, jakbyśmy żyli w czasach Roberta i Elżbiety.

Ostatnia książka poświęcona tej tematyce została wydana w 1961 r. przez Elizabeth Jenkins. Wcześniejsza biografia pióra tej pisarki portretowała Elżbietę jako kobietę, która nieustannie uciekała przed samą sobą, szukając „męskiej opieki i oparcia”. Inne, bardziej współczesne i zarazem feministyczne studium królowej Elżbiety, marginalizowało rolę mężczyzn w jej życiu, podczas gdy nowa praca na temat wiecznie oczernianego Roberta koncentrowała się na jego pochodzeniu, poglądach, sprawach finansowych, a także przedstawiała go jako jednostkę absolutnie niezależną. Rozpoczynając pracę nad książką, prześledziłam, wbrew powszechnej praktyce, wszystkie lata tego długiego związku, a nie tylko początkowy okres. Próbowałam także odkryć jego prywatne oraz polityczne znaczenie oraz określić jego wpływ na panowanie Elżbiety i na jej królestwo. Któż wie, czego można się dowiedzieć, jeśli poprzez pryzmat tego związku (oraz poprzez punkt widzenia Roberta Dudleya, człowieka, który znał królową lepiej niż inni) zbadamy ponownie jeden z najbardziej znanych, lecz wciąż fascynujących okresów w angielskiej historii?

Zainteresowanie Elżbietą nigdy nie osłabnie, ale jej miłosna relacja z Leicesterem stanowi szczególny obiekt fascynacji. Pojawia się pytanie – dlaczego? Nie tylko z powodu obsesyjnego śledzenia erotycznych smaczków czy też nienasyconej ciekawości związanej z prywatnym życiem władców. Być może przyczyna tkwi w niezwykłym zrównoważeniu sił w tym związku, co nadaje mu współczesny wydźwięk. Być może odczuwamy dziś potrzebę poznawania tych pamiętnych, trwałych relacji, opartych na wzajemnym wspieraniu się i namiętności, które to jednak nie rozwinęły się drogą tradycyjnych romantycznych historii.

Materiał ten jest pod wieloma względami mało obiecujący. Dla Elżbiety związek z Robertem Dudleyem, hrabią Leicester, był prawdopodobnie najważniejszym w jej życiu. Dzika zaborczość, która kazała jej określać Roberta jako „Naszą własność”, z całym autokratyzmem królewskiego „My”, w żaden sposób nie umniejszała znaczenia Roberta w jej oczach. Dla kobiety, która miała tak niewielu żyjących krewnych, Robert stanowił namiastkę najbliższej rodziny. Dudley aż do swej śmierci w roku 1588 (po której pogrążona w żałobie Elżbieta siedziała w odosobnieniu, dopóki ministrowie nie wyważyli drzwi do komnaty) był jej doradcą, nieoficjalnym małżonkiem oraz dowódcą jej wojsk. Robert kochał Elżbietę, okazywał zrozumienie, siedział przy jej łożu boleści, a także reprezentował w państwowych uroczystościach. Ona z kolei doprowadziła go – syna i wnuka skazanych zdrajców – do zaszczytów przynależnych najpotężniejszemu człowiekowi w kraju.

Elżbieta jednak potrafiła też upokorzyć Roberta. Traktowała go jak zabawkę na sznurku i zmuszała, aby tańczył w obecności konkurentów. Próbowała ukarać go więzieniem, kiedy ostatecznie udało mu się urwać z uwięzi, angażując się w związki z dwiema innymi kobietami. Nie jest to bynajmniej prosta opowieść o Romeo i Julii. Co więcej, opisując ten związek, musimy zmierzyć się z kilkoma ciągle niewyjaśnionymi kwestiami. Jedna z nich dotyczy oczywiście seksualnych relacji tej pary. Król Francji mawiał, że jedno z wielkich pytań Europy brzmi: „Czy królowa Elżbieta jest dziewicą, czy nie”. Kwestia ta jest nadal obiektem fascynacji. W trakcie pracy nad niniejszą książką, ku swej niemałej konsternacji stwierdziłam, że to pytanie zadawał mi każdy, kto słyszał, że zamierzam pisać o Elżbiecie i Robercie Dudleyu. Pytało mnie o to „kilku” − jeszcze zanim przestałam liczyć − znajomych dziennikarzy, paleontolog z Cambridge, emerytowany dyplomata, jedenastoletnie dziecko, brygadier i majster, który przyszedł naprawić zmywarkę. Kilkoro z nich poprzedzało swoje pytanie stwierdzeniem: „Właściwie nie interesuję się historią, ale...”. Kiedy jesienią 2005 r. ukazał się telewizyjny portret Elżbiety kreowanej przez Helen Mirren, wszystkie popularne magazyny poświęciły tej sprawie swoje bezcenne strony. Cztery miesiące później ukazał się serial BBC i sytuacja powtórzyła się. We wszystkich artykułach pytano: zrobili to czy nie?

Powszechne zainteresowanie tym problemem nie jest chyba prymitywnym zaglądaniem pod spódnicę. Każdy, kto chce poczytać na temat życia seksualnego rodów królewskich, może to zrobić bez zagłębiania się w czterysta lat historii. Być może zainteresowanie dotyczy sposobu, w jaki prywatne życie Elżbiety przenikało się z jej publiczną karierą: jest ona w końcu rzadkim okazem wczesnej feministki. Ale co znacznie ważniejsze, z ikonograficznym wizerunkiem dziewicy Elżbiety identyfikujemy naszą własną przeszłość. Historia Królowej Dziewicy tworzy mit tajemniczy na równi z Camelotem Artura, a jednocześnie stanowi niezbity i doniosły fakt jak zwycięstwo Nelsona pod Trafalgarem. Teraz jednak pozostaje nam dociec, czy sprzedano nam bajeczkę. W epoce zmian i zawirowań podważamy wiele dawnych, znanych legend i chcemy sprawdzić, czy ta konkretna rozsypie się w pył czy pozostanie wiarygodna.

Na to pytanie jednak nigdy nie znajdziemy w pełni satysfakcjonującej odpowiedzi. Możemy tylko przedstawić fakty – historie i relacje, które stanowią źródło spekulacji od czasów samej Elżbiety. Dysponując tymi materiałami, poczułam, że znam odpowiedź, choć inni mogą się z moją teorią nie zgodzić. W Posłowiu i Suplemencie omawiam krótko różne opinie historyków, a także niektóre najpopularniejsze mity dotyczące pary, a ponadto pradawną plotkę, według której Robert i Elżbieta doczekali się w tajemnicy syna – Arthura Dudleya. Fascynujące, że skandale seksualne nigdy nie przestają wybuchać. (Nasuwa się również analogia do plotek krążących wokół śmierci Diany i jej przypuszczalnej sekretnej ciąży). Nigdy również nie dowiemy się, czy Robert rzeczywiście zabił swą żonę, by móc poślubić Elżbietę, czy też może sama królowa zleciła zabójstwo Amy, aby nie zostać zmuszoną do poślubienia Roberta. Mamy chyba szczęście, że możemy żyć w takiej niepewności. Mówię „my”, ponieważ chyba każdy, kto sięgnie po tę książkę, będzie już wiedział coś na ten temat. Każdy z nas ma już swoją wersję tej historii.

To jest jeden z problemów badacza. Byłoby zbyt łatwo, gdybyśmy sięgali po źródła tylko po to, by potwierdzić rzeczy, które już wiedzieliśmy wcześniej. Spoglądamy na utrwalony wizerunek Elżbiety i powtarzamy znane frazesy. Lecz jeśli zamiast tego skierujemy uwagę na słowa wypowiadane przez osobę stanowiącą przedmiot badań, będziemy zaskoczeni i wdzięczni za otrzymanie tak nadzwyczajnego materiału.

Obraz Elżbiety odmalowywany w ostatnich dekadach ukazuje kobietę kierującą się seksualnymi impulsami, a także osobę, w której owe impulsy zostały okiełznane w wyniku politycznej konieczności. Priorytety królowej wydają się częścią jej nowoczesnego wizerunku. Obraz Roberta Dudleya jest uwspółcześniony w znacznie mniejszym stopniu i tu pojawia się obszar, w którym możemy zyskać coś nowego, przyjmując szerszą historyczną perspektywę. Romantyczny bohater fikcyjnych opowieści – wysoki, ciemnowłosy i przystojny, na białym koniu – nigdy nie pasował do końca do sprzedajnej, bezwolnej marionetki ze starych opowieści. W dawnych czasach sytuacja faworyta (a szczególnie męskiego faworyta) nie była łatwa. Widać to na przestrzeni wielu stuleci.

Przywracając Robertowi godność należną mu jako politykowi i patriocie, torujemy sobie drogę do poważnego spojrzenia na jego związek z Elżbietą. Kiedy postrzegamy go jako nieustanne źródło niezręcznych sytuacji lub jako człowieka zdolnego jedynie do kierowania się niejasnym interesem własnym, jego związki z królową stanowią problem, który wywoływał spór nawet wśród jej najbardziej gorliwych zwolenników. Usuńmy tę przeszkodę i może zacznijmy postrzegać Roberta jako jednostkę inteligentną, niezależną politycznie i społecznie. Nadal będziemy akceptować fakt, że jego rola w przeważającej mierze sprowadzała się do aspektów ściśle osobistych − Robert był tak bardzo związany emocjonalnie z Elżbietą, jak to tylko możliwe w relacji z kobietą.

Może tym, co nas obecnie najbardziej interesuje, jest zamazywanie konwencjonalnego obrazu tożsamości płciowej i poczucia, że seks i jego brak niekoniecznie są niezbędnym, ostatecznym warunkiem istnienia lub rozpadu związku. Może dziś chcemy spoglądać dalej, poza romantyczną historię serc i kwiatów. Może jesteśmy skłonni uznać, że seks przychodzi często zbyt łatwo i że długotrwały związek jest niczym Święty Graal.

Kiedy rozpoczęłam pracę nad tą książką, zafascynowały mnie szczególnie dwie rzeczy. Pierwsza to kwestia dowodów: to, co pewne, a to, co prawdopodobne. Odnośniki źródłowe zamieszczone na końcu książki są celowo ograniczone. Prawie wszystkie dostępne cytaty odnoszące się bezpośrednio do Elżbiety przez całe stulecia były przerzucane jak piłeczki pingpongowe. Same informacje mają na celu zapoznanie czytelnika z gmatwaniną różnych relacji na temat jej panowania. Są to relacje fragmentaryczne i często ze sobą sprzeczne. Stanowią one materiał, na kanwie którego utkano tradycyjne historie. Jeśli przyjrzymy się im uważniej i zestawimy je w kolejności, wówczas okaże się, że mogą być pomocne w obalaniu stereotypów.

Druga sprawa, która mnie zafrapowała, to długotrwałość tego związku. Po pierwszym okresie wzajemnego zauroczenia, Elżbieta Tudor i Robert Dudley wypracowali platoniczny związek łączący namiętność, polityczne partnerstwo z wciąż świeżą osobistą bliskością. Zastanawiające, iż wszyscy uważają ten związek za krótkotrwały: zaledwie osiemnaście miesięcy od pierwszego udokumentowanego zbliżenia dorosłego Roberta i Elżbiety do skandalu towarzyszącego śmierci żony Roberta, Amy. Nie dostrzega się jednak faktu, że relacja ta trwała w istocie przez trzy pierwsze dekady panowania Elżbiety! Nawet góry lodowe skrywają zaledwie dziewięć dziesiątych swego oblicza. Wydaje się, że tutaj brakuje nam aż dziewiętnaście dwudziestych opowieści. Trudno wyobrazić sobie lepszy powód do napisania nowej biografii.

1

Tajemniczy układ planet1533-1536

Opowieść o wstąpieniu Elżbiety na tron jest doskonale znana i stanowi jeden z ulubionych motywów historycznych. Widzimy w tej scenie księżniczkę spacerującą po parku w Hatfield, a następnie członków Rady nadchodzących, by oznajmić, że jej przyrodnia siostra Maria nie żyje i że teraz ona jest królową Anglii. Elżbieta stoi pod wielkim dębem zaskoczona, przytłoczona ciężarem przeznaczenia… Znamy wszyscy słowa, które miały paść z jej ust, gdy odzyskała oddech: „Stało się to przez Pana, cudem jest w oczach naszych”.

W rzeczywistości jednak Elżbieta nie była zaskoczona, kiedy tego jesiennego dnia dotarła do niej wieść o śmierci przyrodniej siostry Marii. O poranku 17 listopada 1558 r. jej lojalny poplecznik czekał na dworze w Londynie, by upewnić się, że szybko otrzyma wiadomość, zaś William Cecil, jej przyszły sekretarz, oczekiwał w Hatfield gotów do wysłania listów, które miały zapoczątkować tworzenie nowego rządu. Sama Elżbieta wyczekiwała tej chwili całe życie. Przez całe dzieciństwo, ponad dwadzieścia lat od ścięcia jej matki. Jedenaście lat od śmierci ojca, która pogrążyła kraj w niepewności. Pięć lat od chwili, gdy kolejna śmierć – jej przyrodniego brata Edwarda – ponownie przywiodła Anglię w sferę wpływów papieskich, a samą Elżbietę bliżej śmierci niż zasługuje na to dwudziestolatka.

Ile minęło czasu, zanim Elżbieta uświadomiła sobie, że Maria prawdopodobnie nie może mieć potomstwa? Ile, zanim zrozumiała, że – jeśli tylko przeżyje – ma realną szansę zasiąść na tronie? Być może trzy lata od pierwszej urojonej ciąży Marii. Rok, odkąd Filip Hiszpański porzucił swoją bezpłodną małżonkę i wrogi kraj. Zaledwie miesiąc, odkąd stało się jasne, że nadwątlone zdrowie Marii i jej choroba mogą doprowadzić tylko do jednego końca. Trzy tygodnie, odkąd Maria dodała do swego testamentu kodycyl stanowiący, że jeśli Bóg w dalszym ciągu nie dozwoli jej „wydać owocu łona ani dziedzica”, wówczas Anglia przejdzie we władanie „tej, wyznaczonej prawem dziedziny” (nadal nie mogło jej przejść przez gardło imię Elżbiety, jej heretyckiej siostry). Dziesięć dni odkąd jedna z najbardziej zaufanych dam Marii przywiozła na północ do Hatfield klejnoty jako przedsmak tego wszystkiego, co Elżbieta miała wkrótce odziedziczyć. Maria błagała jedynie, by przyrodnia siostra spłaciła jej zadłużenie i zachowała wiarę katolicką – a Elżbieta wydawała się gotowa obiecać wszystko zarówno katolikom, jak i protestantom. Minął zaledwie tydzień, odkąd ambasador króla Filipa przywiózł wiadomość dla obu sióstr, że Hiszpania przy całym swoim kapitale ulokowanym w Anglii nie będzie oponować przeciwko osadzeniu na tronie Elżbiety. Sześć dni, odkąd ostatni protestanci zostali spaleni w Canterbury z rozkazu „Krwawej Marii”.

W ostatnich dniach swego życia Maria zapadła w stan połowicznej śpiączki, bredziła o nieobecności męża i o utracie przez Anglię bastionu we francuskim Calais. Otrzymała ostatnie namaszczenie o północy 16 listopada, a przed świtem następnego dnia oddała ducha. 17 listopada Elżbieta była już należycie przygotowana i otoczona tymi, którzy mieli pełnić kluczowe funkcje w jej rządach. I wkrótce, jak głosi opowieść, pojawił się wśród nich – oczywiście na białym koniu bohatera – lord Robert Dudley.

Historia losów Elżbiety Tudor i Roberta Dudleya, oparta na wiarygodnych źródłach, rozpoczyna się z dniem objęcia przez królową władzy. Dopiero z tego czasu zachowały się dowody ich kontaktów: wysyłane i potwierdzane listy, rachunki, opisy ceremonii. Z późniejszych relacji obojga, a także z domniemywań ambasadorów i agentów możemy wnioskować, że ich przyjaźń zawiązała się wcześniej. Pewnych informacji na ten temat jest jednak mało.

Z drugiej strony, nie jest aż tak istotna wiedza o czasie i miejscu pierwszych spotkań Elżbiety i Roberta na dworach oraz w pałacach za czasów Henryka VIII. Losy rodów Dudleyów i Tudorów były ze sobą tak ściśle powiązane, że można porównać je do dębu i oplatającego go bluszczu – i dopiero w ostatnich latach uznano, że Dudleyowie niekoniecznie byli pasożytami. W istocie wykazali się większą wiernością w świadczeniu usług niż Tudorowie w okazywaniu za nie wdzięczności. Dudleyowie w pełni uczciwie mogli głosić swe motto: „prawy i lojalny”.

Już współcześni Robertowi i Elżbiecie dostrzegali, że ich związek wzniósł się ponad kwestie praktyczne. Musiało istnieć jakieś wyjaśnienie ich długoletniej wierności. Przypisywano je tzw. tajemnemu zjednoczeniu i ukrytej zmowie gwiazd, w których oddziaływanie na ludzkie życie nikt wtedy nie wątpił. Jak twierdził historyk William Camden, tworzący na początku XVII w., „wzajemne porozumienie dusz może być spowodowane przez pewien tajemny układ konstelacji”.

Związek tych dwojga zakorzenił się w historii i mitologii. W chwili, kiedy Elżbieta dowiedziała się, że wstępuje na tron, ich wzajemne relacje miały już długą historię. Jeśli nasz ulubiony obraz Elżbiety dowiadującej się o sukcesji tronu ma coś z fantazji, a rzeczywistość jest jeszcze bardziej frapująca, to samo można powiedzieć o naszym tradycyjnym postrzeganiu jej związku z Robertem Dudleyem.

Ślad po dębie, rzekomo pod którym Elżbieta usłyszała o swoim wstąpieniu na tron, oznaczony jest do dziś w Hatfield House. Ale w sąsiedniej posiadłości – należącej wtedy do sir Johna Brocketta i będącej nadal w rękach rodziny – również stoi dąb, pod którym to Elżbieta miała zasłyszeć nowiny. Obraz dziewczyny zaskoczonej przeznaczeniem, uzupełniony biblijnym cytatem, został opisany siedem dziesięcioleci później przez sir Roberta Nauntona, chociaż nawet wtedy autor nie wspomniał o żadnym drzewie. Pierwsze znane doniesienia dotyczące dębu w Hatfield pochodzą dopiero z XIX w., kiedy to pokazywano go królewskim gościom1. Czy owa romantyczna scena pod dębem wydarzyła się naprawdę, czy też była wytworem fantazji antykwariuszy? A może wyobrażenie to powstało jeszcze za czasów Elżbiety?

W miejscu, w którym stoi królewski dąb, zbiegają się trzy aleje drzew. Drzewa te zasadzone zostały niemal dokładnie w tamtych czasach, przy okazji wielkiej przebudowy Hatfield, na początku XVII w. Można spekulować, czy ówcześnie żyjący przeoczyliby tak spektakularny symbol dzielnej królowej jak owo potężne drzewo, pod którym miała składać deklaracje. Przypadkowo, rzecz jasna, dąb (łac. słowo robur oznacza twarde drewno dębowe – najsilniejszy element) był również samozwańczym symbolem Roberta Dudleya, człowieka, który rozumiał wizerunek Elżbiety – i ją samą – lepiej niż ktokolwiek inny. Tych dwoje spotykało się nie tylko jako dworzanin i królowa, ale jako mężczyzna i kobieta, którzy czuli wzajemny, nieodparty pociąg. Ona była niewiastą smukłą, o jasnobrązowych włosach, dłoniach z długimi palcami, z których była tak dumna. Wyróżniała ją tajemnicza dusza, jak dobitnie wypowiadał się o niej jeden z ambasadorów. Sir John Hayward opisał ją następująco: „Czoło jej wysokie i jasne… żywe i słodkie oczy, cokolwiek krótkowzroczne, nosek odrobinę zadarty na końcu, cała sylwetka lekko wydłużona, lecz mimo to podziwu godna piękność… najrozkoszniejsze połączenie majestatu i umiaru”. Robert także był całkiem przystojny: wysoki jak na tamte czasy, mierzący prawie sześć stóp (ponad 180 cm) wzrostu, „o regularnych rysach”, jak pisał później Naunton, ciemnych oczach, które nadały mu przydomek „Cygan”2. Lecz ta oczywista atrakcyjność stanowi jedynie element historii.

Wstępując na tron, Elżbieta potrzebowała blisko siebie bratniej duszy, swojego „starego stadka z Hatfield”. Była to chwila niewyobrażalnego triumfu – spełnienia wszystkich marzeń, chwila, na którą pracowała i czekała tak długo. Po czasach wnikliwego obserwowania ruchów Marii, obracania kluczy w zamkach rękoma strażników więziennych, tajnych sprzysiężeń, nieustannego strachu przed uwikłaniem w jakąś fantazję o rebelii wraz z przypadkowymi towarzyszami podróży – obecna sytuacja wydawała się jak nastanie dnia po nocy. Ale był to jednocześnie moment wyjątkowego napięcia. Nowa pozycja stawiała przed Elżbietą ogromne wyzwania, wymagające zaangażowania wszystkich dostępnych środków. Była w końcu władcą i kobietą – co w tamtych czasach raczej kłóciło się ze sobą. Rządziła królestwem, którego wielu obywateli bardzo niechętnie patrzyło na jej wyznanie. Ponadto od dawna żyła w nerwowym napięciu i następujących po sobie okresach chorób i ożywienia. Mogła spodziewać się, że otoczą ją tłumy gorliwych przyjaciół, zapewniających, że zawsze ją popierali. W tym momencie chciała mieć jednak przy sobie lojalne osoby, które znały ją od dziecka i gotowe były sprzedawać swe ziemie w razie potrzeby, aby zebrać dla niej fundusze – takie jak Robert Dudley. Postawiła na ludzi, którzy zawsze pozostawali wobec niej lojalni oraz tych, którzy pod rządami jej katolickiej siostry Marii doświadczyli mroczniejszej strony życia.

Nie można stwierdzić, że Robert, gdy ucałował dłoń Elżbiety w Hatfield i objął natychmiast urząd Wielkiego Koniuszego – który piastowali wcześniej jego ojciec i brat – miał już miejsce w sercu królowej. Uczucie między nimi mogło się jeszcze nie rozwinąć. Nie dowiemy się nic pewnego o ich relacjach z tego momentu, lecz spoglądając wstecz na ich wspólne lata dzieciństwa, na tysiące cieniutkich nici wiążących tych dwoje, można założyć, że Robert zajmował ważną pozycję w otoczeniu Elżbiety.

Camden stwierdził, że dwudziestopięcioletnia Elżbieta, chociaż zbyt młoda, by rządzić, była w wyjątkowy sposób predestynowana do tronu dzięki swej stanowczości i doświadczeniom. Te same cechy posiadał Robert Dudley. Elżbieta, podobnie jak Feniks, który znajdował się w jej godle, powstała niemal dosłownie z popiołów, unikając losu zgotowanego heretykom. Przetrwała dzięki sprytowi, ciętemu dowcipowi i samokontroli, która odcisnęła się raniącym piętnem na jej młodej duszy. A jednak to o Dudleyu Robert Naunton pisał, że umiał „schować swe namiętności do kieszeni, by je tam trzymać na wodzy”. Robert Dudley, aby przetrwać, także musiał podejmować trudne decyzje oraz okiełznać swą młodzieńczą zapalczywość. Camden z pewną niechęcią pisał o nim, że był „bardzo sprytny w graniu na zwłokę i dopasowywaniu się do sytuacji”. Lecz Elżbieta, która z reguły stroniła od ludzi kąpanych w gorącej wodzie, ceniła tę zdeklarowaną elastyczność.

Na młodzieńczą historię Elżbiety rzuca światło modlitwa, którą opublikowała w pierwszych latach swego panowania:

Ty, Panie, nie chciałeś, bym była nieszczęsną dziewką z nędznego gminu, która wiodłaby mizerny żywot w ubóstwie i nędzy, lecz przeznaczyłeś królestwo mnie, urodzonej z królewskich rodziców, wykarmionej i wykształconej na dworze. Kiedy byłam osaczona i zdana na pastwę mych wrogów, Ty zachowywałeś mnie w swej nieustającej opiece, ochroniłeś przed lochem i największym niebezpieczeństwem. I uwolniono mnie w ostatnim momencie, a Ty, Panie, powierzyłeś mi na tej Ziemi majestat królewski i suwerenność.

Robert Dudley także kształcił się na dworze. Urodzony jako szlachcic, również był więziony i narażony na niebezpieczeństwa. Szafot, który upomniał się o matkę Elżbiety, zabrał mu ojca i brata. Nie ma dowodów potwierdzających często powtarzaną baśń o sekretnym romansie tych dwojga w czasie, kiedy uwięzieni byli w Tower. Ale chociaż przebywając tam, być może jeszcze nie kochali się i nie pożądali, w miejscu tym obydwoje doświadczyli strachu i poczucia wielkiej straty, niecodziennych nawet jak na czasy Tudorów.

Legenda głosi, że urodzili się tego samego dnia. W istocie Elżbieta przyszła na świat 7 września 1533 r., a Robert Dudley 24 czerwca (jak wspominał wiele lat później w liście do Williama Cecila) tego samego roku lub rok wcześniej – nikt nie dokumentował dokładnie jego życia. Nie oznaczało to, że był mało znaczącym człowiekiem. Wiele lat później Philip Sidney – siostrzeniec Roberta, uosobienie młodego arystokraty – odpierając ataki na swego wuja, pisał: „Moim największym honorem jest być Dudleyem i szczerze rad jestem, że mam zaświadczyć ten przywilej o szlachetności krwi, z której pochodzę”.

Dudleyowie – tak jak Boleynowie, krewni Elżbiety ze strony matki – w legendzie figurują jako parweniusze i są wykpiwani jak ci wszyscy, którzy zbyt szybko dochodzą do zaszczytów. Tak jak Boleynowie, byli oni bez wątpienia filarami państwa. Lecz tak jak Anna Boleyn (siostrzenica księcia Norfolk), niektóre sławne stare nazwiska w drzewie genealogicznym Roberta Dudleya nie stały się bezpodstawnie bohaterami legendy. Nawet Richard Neville, nazywany „twórcą królów”, podobnie jak brat Roberta noszący tytuł hrabiego Warwick – był spokrewniony z Dudleyami. Koneksje te rzucają interesujące światło na pozycję, jaką rodzina mogła zajmować w stosunku do monarchii. Wśród poprzedników Roberta na urzędzie hrabiego Leicester byli między innymi Simon de Montfort, który w XIII w. przewodził buntowi arystokratów przeciw niekompetentnym rządom Henryka III, a także Henryk Bolingbroke, który usunął równie nieporadnego Ryszarda II. Na przestrzeni lat często zdarzało się, że to linie żeńskie pozwalały rodowi Dudleyów zgłaszać pretensje do bardziej arystokratycznych tytułów, takich jak Lisle czy hrabstwo Warwick. I to właśnie linia żeńska scalała ród tak, że mógł się on chwalić nawet koneksjami z arystokracją saksońską.

Pradziad Roberta był młodszym synem wielkiego posiadacza ziemskiego z hrabstwa Midlands – barona Dudleya. Jego dziad, Edmund Dudley, wykształcony prawnik, znany był już ze swojej przebiegłości, gdy tron obejmował Henryk VII. Dwadzieścia lat później był prominentnym i zamożnym mówcą w Izbie Gmin i członkiem Rady Królewskiej. Taktyka, która uczyniła go bogatym (a wraz z nim jego sąsiada i wspólnika, sir Richarda Empsona), jeszcze bardziej wzbogaciła samą monarchię. Otóż Dudley i Empson zwiększyli dochody królewskie, uciskając szlachtę: polując na starannie ukrywane majątki czy wykorzystując stare przepisy, by ściągać grzywny na rzecz króla. A jeśli nawet sami przyjmowali łapówki… no cóż – była to niemal powszechna praktyka.

Poddani nie kochali Henryka VII, postrzegając jego postawę jako interesowną, jednak nie ośmielali się narzekać na bezkarność pomazańca bożego. Daleko bezpieczniej było winić Empsona i Dudleya: „Królewskie pijawki i postrzygaczy” – jak sto lat później złośliwie opisał ich historyk Francis Bacon, „śmiałków niedbających o opinię, zbierających własne żniwo z mąki pana”. Kiedy Henryk VIII odziedziczył tron w 1509 r., jednym z pierwszych aktów nakazał aresztować znienawidzonych agentów ojca. Było to wyjątkowo bezpardonowe zagranie, obliczone na popularność. O tym, że zrobił to na pokaz, świadczą szczegóły sprawy i procesu obydwu dostojników: absurdalne oskarżenie o rzekomą próbę zawłaszczenia kraju, jak również fakt, że ich ciała nigdy nie zostały poddane torturom i bezczeszczeniu, co miałoby miejsce w przypadku zdeklarowanych zdrajców. Niemniej jednak Dudley i Empson zostali ścięci za zdradę w sierpniu 1510 r.

John Dudley, ojciec Roberta, miał siedem lat, kiedy jego ojciec Edmund poszedł pod topór. Matka szybko ponownie wyszła za mąż za Artura Plantageneta, syna Edwarda IV z nieprawego łoża. Chłopiec stał się zawadą i został wysłany do domu innego wielmoży, przyjaciela rodziny, posiadacza ziemskiego z Kentu, sir Edwarda Guildforda. Ten, nie mając własnych synów, właściwie adoptował Johna i zaręczył go ze swą córką, Jane. Małżeństwo okazało się długie i bardzo szczęśliwe, co potwierdza wiele źródeł, m.in. ostatnia wola Jane adresowana do „pana mego drogiego małżonka” oraz oznaki miłości przewijające się przez oficjalną korespondencję jej męża.

John wcześnie wsławił się w wojaczce: początkowo jako młodociany weteran wojen francuskich z lat 20. XVI w., następnie jako bohater wielu turniejów dworskich. Król cenił go na placu turniejowym i na polowaniach, a ministrowie królewscy uważali za równie uzdolnionego do zadań politycznych. Początkowo pracował dla kardynała Wolseya. Następnie, po odsunięciu tego ostatniego od władzy po nieudanej próbie unieważnienia królewskiego małżeństwa, zatrudniony został przez Thomasa Cromwella, którego znaczenie wzrosło wraz z zaistnieniem Anny Boleyn. John był inteligentnym i posłusznym narzędziem dla wielu rządów tamtej epoki. Zanim urodził się Robert, zaczął skupować dawne włości barona Dudleya. Udało mu się też umieścić swego przybranego ojca na stanowisku naczelnego dowódcy zbrojowni w Tower. Rok później sir Edward Guildford zmarł, a John (za pośrednictwem żony) odziedziczył po nim stanowisko w Izbie Gmin, jak również jego ziemie wokół Tenterden w hrabstwie Kent. Robert być może urodził się w Halden Place, koło Rolvenden, lub raczej w Rounden, a nie w Londynie – na chrzcielnicy w wiosce nadal widnieją herby rodu Guildfordów. Dorastające dzieci Dudleyów prawdopodobnie spędziły wiele lat na wsi, gdyż oprócz dziedziczonych posiadłości w Kencie i Sussex, John Dudley nadal skupował ziemie w hrabstwie West Midlands, blisko walijskiej granicy, i przebudowywał starożytną siedzibę rodową na zamku Dudleyów.

Dudleyowie stanowili rodzinę o charakterze silnie klanowym. Przez całe życie Robert utrzymywał ścisłe kontakty z rodzeństwem, które dożyło wieku dojrzałego. Był z nimi związany sojuszami obronnymi, opartymi nie tylko na lojalności, ale także na wspólnocie poglądów i ideałów. To być może wyjaśnia dwa różne oblicza Johna Dudleya: jedno często nieprzyjazne dla świata zewnętrznego, drugie ciepłe i łaskawe dla własnej trzódki. Po Robercie w rodzinie Dudleyów urodziło się jeszcze dwóch chłopców i cztery dziewczynki. Z trzynaściorga potomstwa zrodzonego z płodnej Jane Dudley dziewięcioro przeżyło niemowlęctwo w czasach, w których połowa dzieci umierała przed osiągnięciem piątego roku życia. Najwcześniejsze dzieciństwo Roberta wydaje się nie obfitować w żadne doniosłe wydarzenia. Nie ma powodów, by wątpić, że było szczęśliwe, zważywszy na ilość posiadanych przez rodzinę ziem i liczne rodzeństwo do zabaw. Niemniej jednak niezbitych dowodów na to jest niewiele.

Niemowlęctwo Elżbiety, ze względu na jej królewskie pochodzenie, zostało dokładnie opisane w kronice, która była prowadzona ze szczególną pieczą. Był to początek lat 30. XVI w., czas, kiedy angielska reformacja zaledwie raczkowała. Minęło prawie dziesięć lat, odkąd Henryk VIII uwijał się w lansadach przed Anną Boleyn, sześć długich lat, odkąd zaczął starać się o rozwód z pierwszą żoną, Katarzyną Aragońską, cztery lata od obalenia wroga Anny, kardynała Wolseya. Jednak żaden sąd papieski jak dotąd nie udzielił królowi warunkowego rozwodu. Henryk VIII – człowiek już po czterdziestce, z Adonisa, którym był w pierwszych latach panowania, zmieniał się w opuchniętego, skłonnego do porywczości autokratę. Ale dopiero w połowie dekady król, z natury konserwatywny i nieluteranin, zerwał ostatecznie związki z papieżem, ogłosił się głową Kościoła angielskiego i rozpoczął generalną wizytację klasztorów. Musiało minąć następne dziesięciolecie, zanim za rządów nowego, młodego króla stare rytuały kościelne zostały całkowicie zniesione.

Z perspektywy czasu postrzegamy reformację w Anglii jako naturalny, nieuchronny owoc ruchów w Europie. Spójrzmy jednak wstecz na Niemcy Marcina Lutra, gdzie wezwanie do reformowania skorumpowanych praktyk Kościoła przyczyniło się do rewolucji w doktrynie i wierze. Spójrzmy w przód, na powstanie angielskiego purytanizmu i drogę, jaką obrał, by ściśle związać się z narodową tożsamością. Trzeba pamiętać, że w czasach narodzin Elżbiety angielska reformacja była zjawiskiem nowym i dalekim od ideału. Poddani w tej epoce, patrząc na swojego króla i jego nową królową, widzieli w zmianach przede wszystkim konsekwencje dzikich, nieuzasadnionych namiętności. A wszystko to czyniono dla Anny Boleyn i dla jej oczekiwanego dziecka.

Elżbieta urodziła się wkrótce po tym, jak jej rodzice się pobrali. Sekretna ceremonia zaślubin odbyła się w styczniu, kiedy Anna była już w ciąży, a uroczystości koronacyjne przełożono na sam koniec maja. Mimo to Europa miała aż nadto czasu, by rozgorączkować się tym miłosnym skandalem. Nie dlatego, że król wziął sobie kochankę – to było na porządku dziennym. W poczet kochanek Henryka wchodziła już siostra Anny – Maria. Chodziło raczej o sposób, w jaki po sześcioletnim okresie zabiegania o względy pomieszał role panującej małżonki i konkubiny. Zanim ich związek stał się oficjalny, ambasador Habsburgów – Chapuys – opisywał, jak doszło do tego, że Anna „zasiadła u boku króla, zajmując miejsce przynależne koronowanej królowej”: „Po obiedzie odbywały się tany i hulanki, odnosiło się wrażenie, że brakuje jedynie duchownego, który nałożyłby na dłoń pani małżeńską obrączkę i wygłosił błogosławieństwo”. Trzydzieści lat później inny ambasador hiszpański mówił mniej więcej to samo o Robercie Dudleyu3.

Anna sprawdzała się doskonale w roli kochanki: zarówno jako nałożnica, jak i obiekt adoracji w starym, dwornym stylu. Teraz musiała sprawdzić się jako kobieta zamężna. Świadomość ciężaru brzemienia nowych obowiązków potęgował już sam przepych długo oczekiwanej koronacji. Mówiono: „Królowa Anna, jeśli powije syna z krwi królewskiej, ozłoci świat swoich poddanych”. Zabawa się skończyła. Nadszedł czas spłacania zobowiązań.

Godzina narodzin Elżbiety jest powszechnie znana – trzecia po południu, w niedzielę, w Greenwich, nad Tamizą, w miejscu urodzenia jej ojca, Henryka VIII. Istniał oczywiście nadzwyczajny powód, by zapisać ten szczególny poród. Wszyscy żywili nadzieję – a prawie wszyscy medycy i astrologowie przepowiadali – że narodzi się długo wyczekiwany dziedzic płci męskiej. Z tego powodu – a przynajmniej tak się wydaje – Henryk pozbył się pierwszej żony Katarzyny i uznał za nieślubną córkę Marię, obraził siostrzeńca królowej Katarzyny, Karola V, i odżegnał się wraz z całym swoim krajem od głównego nurtu życia Europy. Ponadto, ryzykując wieczne potępienie, naurągał papieżowi, którego wraz ze swymi poddanymi kiedyś czcił, wierząc, że jest on przedstawicielem Boga na Ziemi. Wszystko uczynił po to, aby mógł się urodzić prawowity syn królowej Anny.

Tymczasem królowa urodziła córkę. Wszyscy udawali radość. Wyrażano zadowolenie i ulgę, że Anna bezpiecznie przeszła przez mękę porodu, a co więcej – urodziła zdrowe pierwsze dziecko. Powtarzano, że chłopiec na pewno narodzi się wkrótce. Odwołano wspaniałe turnieje zaplanowane dla uświetnienia przyjścia na świat dziedzica, natomiast w napisanych wcześniej listach, oznajmiających narodziny królewskiego potomka, „księcia” zastąpiono „księżniczką”. Śpiewano Te Deum, a pierwsze publiczne wystąpienie Elżbiety – krótka podróż z uroczystych chrzcin – odbyła się w asyście pięciuset osób niosących zapalone pochodnie.

Jednak w tle tej publicznej manifestacji rozgrywał się mroczny dramat. Nie ma zapisów donoszących, co naprawdę czuli rodzice, kiedy oznajmiono płeć ich dziecka. Ale czy tak trudno je odgadnąć? Rozczarowanie na pewno było przytłaczające. Wywołało nowe, nieznośne napięcia w związku, w którym już wcześniej pojawiły się rysy poczucia winy i odpowiedzialności. Od momentu, kiedy akuszerka uniosła do góry sporego noworodka, Anna musiała wiedzieć, że nie udało jej się dotrzymać obietnicy. Nie była głupią, mało spostrzegawczą kobietą, dlatego wiedziała również, że w naturze Henryka leży zrzucanie z siebie wszelkiej odpowiedzialności za problemy towarzyszące temu małżeństwu i obarczenie nimi jej samej.

Dla Henryka zaś narodziny potomka płci żeńskiej były nie tylko osobistym dramatem, ale znakiem od Boga. W zgodzie z duchem czasów wierzył, że Bóg w ten sposób ukarał go, bo nie jest zeń zadowolony. Król przecież rzeczywiście obiecał kiedyś papieżowi, że uda się na krucjatę, gdy tylko doczeka się dziedzica. (Cóż za kontrast w porównaniu z płodnością Dudleyów). Być może sama Anna podsycała w królu przekonanie, że małżeństwo z Katarzyną było niewłaściwe, skoro jako owoc wydało jedynie Marię. Gdyby Anna urodziła syna, jej pozycja w kraju i hierarchii stałaby się na tyle bezpieczna, że nie musiałaby już nieustannie podsycać namiętności Henryka. Była jednak tylko matką córki, więc nie zanosiło się na to, że jej wrogowie osłabią swoje ataki.

W każdym razie już od chwili narodzin znaczenie Elżbiety wydawało się drastycznie maleć. Przez pierwsze trzy miesiące życia dziewczynka pozostawała w Greenwich z matką. Nie dlatego, że oczekiwano od Anny przejęcia ciężaru opieki nad nią. W specjalnych komnatach dziecięcych mamka karmiła niemowlę pod nadzorem ochmistrzyni pokoju dziecięcego – lady Bryan – która poprzednio pełniła tę rolę przy księżniczce Marii i później przy Edwardzie. Siedemnastoletnia Maria – obecnie wydziedziczona z powodu unieważnienia małżeństwa rodziców – została zmuszona do przekazania klejnotów i tytułu książęcego swej przyrodniej siostrze. Musiała też przyjąć do wiadomości, że odtąd była nieślubnym dzieckiem. Jej brak akceptacji dla tych postanowień dolał tylko oliwy do ognia w stosunkach z Anną.

Po trzech miesiącach Elżbieta wraz z tuzinem piastunek została odesłana z dworu, by zamieszkać w cieszącym się czystym powietrzem Hertfordshire. Oznaczało to powołanie osobnego gospodarstwa dla nowej dziedziczki Anglii oraz całego zastępu – głównie męskiej – służby, która miała zajmować się wszystkim, od stajen po spiżarnie. Maria dołączyła do dworu Elżbiety i tym samym powiększyła świtę niemowlęcia, które ją zdetronizowało – jak sądził wrogo usposobiony ambasador habsburski, uczyniła to na rozkaz Anny. W Hatfield Maria w każdej dziedzinie życia, poczynając od jadłospisu, a kończąc na miejscu zajmowanym przy stole traktowana była jak osoba o podrzędniejszym statusie. Stoczyła tam prawdziwą bitwę, by jadać obfite śniadania we własnej komnacie, a dzięki temu uniknąć konieczności schodzenia do sali jadalnej i zajmowania gorszego miejsca przy posiłku. Odwet Anny był okrutny. Skoro Maria nadal nazywała siebie księżniczką, według Anny powinno się ją umieścić w odosobnieniu, „jak przeklętego bękarta, którym w istocie była” – tak przynajmniej twierdził Chapuys – „I powinna zostać zagłodzona w tej samotni”. Nikt (a najmniej Anna) nie zastanawiał się zapewne, czym dla maleńkiej dziewczynki, a potem panienki, mogło być wzrastanie w narzuconej obecności kogoś, kto żywił do niej tak wielką niechęć. Takiego toku myślenia nie można było spodziewać się w XVI wieku.

Kiedy na początku 1536 r. zmarła Katarzyna, Marii nie dopuszczono do łoża śmierci matki. Dwuletnia Elżbieta przebywała z rodzicami na dworze w czasie obchodów Bożego Narodzenia. Według ambasadora Chapuysa Henryk, usłyszawszy wiadomość o śmierci Katarzyny, przywdział uroczyste szaty z żółtego aksamitu, a dwórki Anny ogarnęła szaleńcza radość. Elżbieta obnoszona była w ramionach ojca wśród dworzan. Wszystko – nie tylko szaty Henryka – wydawało się opromienione słońcem. Lecz ponownie, pod skocznym tanecznym rytmem, w tle czaiła się mroczniejsza melodia. Chapuys usłyszał, jak król szeptał do jednego ze swoich zaufanych, że został uwiedziony i czarami skłoniony do małżeństwa z Anną, dlatego rozważa unieważnienie go. Jako dowód Henryk podawał brak męskiego potomka. Sama Anna miała już chyba złe przeczucia, przesyłając nawet na poły koncyliacyjny liścik do Marii – może w nadziei, że zdobędzie na przyszłość współczucie dla córki. Znowu była w ciąży, lecz utraciła męski płód: prawdopodobnie na wieść o tym, że Henryk miał wypadek i został poważnie ranny w turniejowych potyczkach (a ona utraciła swojego własnego „zbawcę” – skonkludował poronienie jej wuj). W tym samym raporcie Chapuys wspominał również, że król obiecuje sobie wiele po pannie Seymour. Anna na pewno była świadoma, że wraz z jej upadkiem Elżbieta znajdzie się w poważnym niebezpieczeństwie.

Jedną z wielkich niewiadomych wczesnego życia Elżbiety jest jej relacja z matką. Czy trzy pierwsze wspólne miesiące w Greenwich wystarczyły, by powstały silne więzi? A może dla Elżbiety postać matki była obca w orszaku piastunek, które ją wychowywały i z którymi pozostawała blisko aż do ich śmierci? Później napisała, że „jesteśmy większymi dłużniczkami tych, które dobrze nas wychowały, niż własnych rodziców”. Nawet gdyby Anna żyła, można sądzić, że niekoniecznie dzieliłaby to życie z córką. Odwiedzała komnatę dziecięcą sama lub z Henrykiem, korespondowała z lady Bryan. Wysyłała wiele podarunków północnym traktem: a to szkarłatny baldachim z frędzlami na kołyskę, a to urządzenie do prostowania palców, z których w późniejszych latach Elżbieta będzie tak dumna. Te kosztowne przedmioty i garderoba, którymi obdarowywała niemowlę, możemy uznać za wyraz przywiązania i czułości, natomiast dowody bezpośredniego zaangażowania matki w kontakty z córką są znikome. Emocje dziecka, które okazało się córką, nie były już przedmiotem jej zainteresowania. Ponadto oczekiwano od niej, by się usunęła i pozostawiła sprawy w rękach króla i Rady. Odtąd nawet decyzja, by odstawić Elżbietę od piersi w dwudziestym piątym miesiącu życia, była ratyfikowana „przez Jego Wysokość, przy zgodzie Królowej”. Prawdą jest, że przyrodnia siostra Elżbiety była niezwykle blisko związana z matką Katarzyną (kiedy mała Maria zachorowała, matka zatrzymała ją w łóżku, by pielęgnować osobiście). Ale nawet Katarzyna z wielkim trudem naginała ostre zasady królewskiego małżeństwa. Dodatkowo, w przeciwieństwie do Anny, nie miała ona innych twardych orzechów do zgryzienia: nie była wówczas otoczona wrogami, nie musiała wprowadzać reformy religijnej ani gromadzić stronnictwa politycznego.

Elżbieta tej wiosny prawdopodobnie przebywała z rodzicami lub blisko nich. Jeśli tak było, nie jest jasne dlaczego. Może teraz Anna miała potrzebę spędzania czasu z córką; może król był zbyt zaprzątnięty innymi sprawami, aby nakazać jej powrót do Hertfordshire. Może śmierć Katarzyny sprawiła, że rodzice poczuli, iż dziecko lepiej trzymać z dala od Marii. Anna miała świadomość, że śmierć jej poprzedniczki stanowiła zapowiedź jej usunięcia i zastąpienia trzecią żoną, mniej kontrowersyjną i bardziej płodną. Dwie dekady później reformator szkocki Alexander Alane (znany również jako „Alesius”), mieszkający w tamtym czasie w Anglii, opisał Elżbiecie scenę, której rzekomo był świadkiem: „Twoja wielce religijna matka trzymająca Cię, nadal małe dziecko, w ramionach i z otwartego okna błagająca o coś Najjaśniejszego Króla, twego ojca… twarze i gesty mówiących jasno ukazywały, że Król jest wściekły”. Trzeba jednak brać pod uwagę, że może raczej był to wytwór fantazji niż wspomnienie, a Elżbieta mogła być wtedy w Hertfordshire, daleko od dworu.

Zachowany rachunek za tkaniny, wystawiony na królową Annę przez bławatnika Williama Loka wiosną 1536 r., dowodzi, że zaledwie w ciągu trzech miesięcy, od stycznia do kwietnia, dwuletnia Elżbieta otrzymała: suknię z pomarańczowego aksamitu, fartuszek wierzchni z brązowej aksamitnej materii, żółtą tkaninę adamaszkową, atłas, białą szatkę adamaszkową i zieloną atłasową. Ponadto haftowane purpurowe, atłasowe rękawy, wstążki, kapę na łóżko z adamaszku i starannie zdobione czepeczki, jeden z purpurowego atłasu, drugi ze złotej siateczki. Lecz królewna nagle przestała dostawać te hojne podarunki.

Na początku maja Anna została aresztowana. Oskarżono ją o zdradę małżeńską z wieloma mężczyznami, w tym z jej muzykiem Markiem Smeatonem (jedynym, który się przyznał, niemal na pewno ze strachu lub pod wpływem tortur) oraz własnym bratem Jerzym. Od początku Anna nie miała złudzeń co do swego dalszego losu. Kilka dni przed aresztowaniem przeprowadziła rozmowę ze swoim kapelanem Matthew Parkerem (arcybiskupem Canterbury za czasów Elżbiety) na temat przyszłego wychowania córki. Jak ów relacjonował to później, był przekonany, że Anna w pewien sposób powierza Elżbietę jego opiece i niedwuznacznie dał do zrozumienia, że spodziewa się z tego tytułu korzyści.

I jak to zawsze bywa w historii, pojawia się wielkie „gdyby”. Co by było, gdyby Henryk nigdy nie poznał Anny? Czy Anglia nadal byłaby krajem katolickim? Czy Anna musiała umrzeć? Pytania te na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. W legendach Anna przedstawiana jest jako czarny charakter. Od niedawna mamy świadomość, że było inaczej. Wiemy, jak bezpodstawne były oskarżenia o cudzołóstwo, które doprowadziły do jej śmierci. Ale niezwykle trudne okazało się zastąpienie jej barwnego wizerunku biblijnej Jezabel innym, wierniejszym prawdzie historycznej. Czy Anna była kobietą łączącą autentyczną religijną gorliwość z osobistymi ambicjami? Możliwe, że stała się polityczną kulą u nogi. Dyplomatyczne naciski w Europie oraz jej własne, bardzo szczere poparcie dla pewnych umiarkowanych reform religijnych, z którymi wiązała się perspektywa wielkiego przejęcia ziem i likwidacji klasztorów, mogły zacząć zagrażać jej byłemu sprzymierzeńcowi Cromwellowi4. Słabością Anny (tak jak później Roberta Dudleya) była skłonność do przyjmowania roli kozła ofiarnego. Jednocześnie była zbyt agresywna i zbyt gwałtowna w swych wybuchach, by wywoływać współczucie.

Nie wiemy ani jak, ani kiedy Elżbieta usłyszała o śmierci matki. Poinformował ją o tym łagodnie prawdopodobnie ktoś z jej domowników. Czy od razu przekazano jej pełną wiadomość, czy dawkowano ją stopniowo? Czy usłyszała najpierw, że jej matka umarła, a dopiero później, w jaki sposób zakończyła życie? Czy ktokolwiek w dzieciństwie przedstawił jej rzekome przewiny matki? Zapewne plotki służby i gorycz siostry Marii powiedziały wystarczająco, aby odcisnąć piętno na życiu Elżbiety na zawsze. Obie przyrodnie siostry mogły być razem, kiedy lady Kingston (żona dowódcy Tower) przybyła pospiesznie z Londynu, gdzie towarzyszyła Annie w drodze na ścięcie. Przyniosła wiadomość, która dla jednej z dziewcząt była najlepszą z możliwych, a dla drugiej najtragiczniejszą.

Czy dorastająca Elżbieta wierzyła w niewinność Anny? Przypuszczalnie tak. Później jako królowa szczyciła się swoim podobieństwem do matki. Przejęła także jej motto Semper eadem (Zawsze niezmienna) i jej herb z sokołem. Jednakowo hołubiła klejnot z podobizną własną, jak i z podobizną Anny. W przeciwieństwie do siostry Marii, po koronacji nie podjęła próby zrehabilitowania pamięci matki. Nie zrobiła więcej, by przywrócić dobre imię własnej rodzinie, niż Robert Dudley. Można jednak założyć, że krok po krok spłacała długi wobec własnej przeszłości. Widać to także w jej związku z Robertem.

Jeśli matka Elżbiety była niewinna, tym większa była zbrodnia jej ojca… Czy to zasugerowało Elżbiecie, że mariaż oparty jedynie na powabie osobistym jest pełen wad? Nie na miejscu jest chyba sugestia, że Elżbieta miała takie samo poczucie winy, jakie dzisiaj przypisuje się dziecku kłócących się rodziców. Ona miała z pewnością własne lęki, z którymi musiała walczyć. Na pewno zdawała sobie sprawę, że na jej matce ciążą ogólnie uznawane zarzuty haniebnych przestępstw i zdrady małżeńskiej. Musiała także mieć świadomość, że matkę mógłby spotkać zupełnie odmienny los, gdyby ona sama była chłopcem. Gdy dorosła, osiągnęła mistrzostwo w analizowaniu faktów, co stało się wyróżniającym elementem stylu jej rządzenia. Najprawdopodobniej wcześnie nauczyła się tej sztuki.

Za Henrykiem jako rodzicem (oprócz tego, że po prostu był) przemawiało jedno – jego królewskość. Choć przez pierwszy okres, nieco ponad dekadę od śmierci Anny do swojego zgonu, ojciec był wręcz nieobecny w jej życiu, to na jego imię powoływała się często dorosła Elżbieta. Nie na imię matki, jeśli liczyć tu dumę Elżbiety z „najbardziej angielskiego pochodzenia”. Czy Elżbieta dostrzegała element różnicy klasowej w stosunkach swoich rodziców, który mógł być powielony w jej relacji z Robertem Dudleyem? Wiele lat przed przyjściem Elżbiety na świat, zanim jej matka ostatecznie uległa Henrykowi, ten pisał do niej listy. Chociaż wyrażał się w nich o sobie w języku dworskiej etykiety jako jej „bardzo lojalny sługa”, to naciskał na swą poddaną, by „spełniła obowiązek prawdziwej, lojalnej kochanki i przyjaciółki, i oddała mu swe ciało i serce”. Było coś wyniszczającego w tej namiętności. Henryk jak gdyby chciał pochłonąć Annę w całości. Tak samo Elżbieta postępowała ze swymi faworytami. Uważała chyba rolę swojej matki za niewdzięczną, skoro oddała ona serce i umysł mężczyźnie, który mając córkę, a nie syna, mówił o sobie „bezdzietny”.

Kiedy Jane Seymour urodziła syna, a potem zmarła, kiedy Henryk dokonał królewskiego eksperymentu czwartego mariażu – tym razem z Anną Kliwijską, i gdy pojmował za piątą żonę piękną, nastoletnią Katarzynę Howard – królewskie siostry mieszkały głównie w Hertfordshire. Bez wątpienia lepiej było, że przebywały daleko od dworu. Maria na wczesnym etapie życia Elżbiety zdołała oddzielić swą nienawiść do Anny od uczuć, które żywiła dla jej córki. Kiedy matki obu: Anna i Katarzyna nie żyły, zaczynała postrzegać zarówno siebie, jak i swą przyrodnią siostrę jako ofiary.

Maria szybko odkryła, że śmierć Anny wcale nie zakończyła jej problemów. Walczyła długo i zapamiętale, zanim wreszcie latem 1536 r. podpisała stosowne dokumenty, przyznając tym samym, że jest dzieckiem z nieprawego łoża. Dwa dni przed egzekucją Anny arcybiskup Canterbury unieważnił jej małżeństwo, ipso facto Elżbieta stała się bękartem. Według ogłoszonej tego lata ustawy o sukcesji tron mógł przejść jedynie w ręce dzieci Henryka zrodzonych z Jane lub którejś z kolejnych żon. Elżbieta i Maria stały się więc uzurpatorkami… Zostały całkowicie wykluczone, ich roszczenia dotyczące prawowitego dziedziczenia zdelegalizowano.

Niemniej, nawet okrzyknięte bękartami, pozostawały córkami króla i były (kiedy ojciec miał taką zachciankę) traktowane po królewsku. Gdy Maria została matką chrzestną młodego księcia Edwarda, Elżbieta (sama nadal tak mała, że musiała być noszona na ręku) trzymała szatkę chrzcielną. Wkrótce po egzekucji Anny Boleyn lady Bryan skarżyła się Cromwellowi:

…moja Pani Elżbieta została teraz usunięta w cień, nie traktuje się jej tak, jak kiedyś, a jej prawdziwą sytuację znam tylko z pogłosek. Dlatego nie wiem, jak się do niej zwracać. Ani ja, ani inni jej usługujący, nad którymi mam pieczę: jej piastunki, stajenni. Błagamy Was… o dostarczenie jej jakiegoś odzienia. Bo nie ma ani sukienki, ani fartuszka, halki ani żadnej bielizny, szlafroczka, chust ani powijaków, ani koszul nocnych czy gorsetów, chustek do nosa, rękawów, mufek ani czepków nocnych.

Nie zanosiło się, aby Elżbieta szybko dostała nowe szaty, a na pewno już dawno wyrosła z białej adamaszkowej sukni oraz ciemnobrązowego aksamitu. Ich darowanie było w pewnym sensie ostatnim przejawem szczerej troski ze strony pozostających przy władzy. Troski, z której już nigdy więcej nie miała korzystać jako ze swego prawa.

1 Kiedy drzewo uschło w latach 70. XX w., inne młode drzewko zostało zasadzone przez inną królową Elżbietę, podczas gdy suchy pień został tymczasowo wskrzeszony w sklepie pamiątkarskim w Hatfield, stając się materiałem na etui chroniącym woskowy wizerunek księżniczki.

2 „Pełen wdzięku w obyciu”, wyraził się o nim inny autor – Clapham – i „wielce rozkochany w uciechach zmysłowych”. Kto inny znowu pisał o jego „dostojnym noszeniu się” i „poważnym spojrzeniu”.

3 Hiszpania i Święte Cesarstwo Rzymskie znajdowały się wówczas pod wspólnymi rządami Karola V. Dopiero w ostatnim roku panowania Marii, po abdykacji Karola, oba potężne terytoria Habsburgów przeszły pod oddzielne rządy – Hiszpania pod panowanie syna Karola – Filipa, a Cesarstwo w ręce potomków brata Karola – tak więc zaistniała konieczność powołania osobnych ambasadorów.

4 Teorię tę dość dobrze wyjaśnia jej biograf, Eric Ives. Ostatnio jednak Retha Warnicke wyraziła alternatywny pogląd, że to poronienie przez Annę prawdopodobnie zdeformowanego płodu przekonało Henryka o jej deprawacji i zdradzie.

2

Ósmy rok życia Elżbiety1536-1547

Codzienność Elżbiety nie zmieniła się po śmierci matki z dnia na dzień – stopniowo wyłania się przed nami ponury obraz. We wspomnianym liście ochmistrzyni żali się na brak odzieży dla dziewczynki i opisuje, jak często spożywa ona obiad pod swym królewskim baldachimem. Gdy później tego samego roku „północna róża” podniosła bunt przeciwko kasacie klasztorów, Marię i Elżbietę przeniesiono na dwór ze względów bezpieczeństwa. Chociaż Elżbietę ulokowano mniej wystawnie niż Marię, agent francuski wspominał, że król był „bardzo czuły” w stosunku do niej. Królewskie córy podróżowały pomiędzy Hatfield a Hunsdon, Ashridge a zamkiem Hertford, na przykład w okresie gdy niektóre komnaty wymagały oczyszczenia i „wysłodzenia” przez rzucane na podłogi świeże zioła i usuwanie starych. Każde z tych domostw było wielkości wioski, z własnymi zagrodami dla psów, stajniami, browarem i piekarnią. Większość z tych siedzib w Hertfordshire już dzisiaj nie istnieje. Jednak połyskujące, czerwone skrzydło starego Hatfield stoi nadal naprzeciwko wiekowego kościoła św. Edeldredy – innej królowej5, której los przeznaczył rządzenie królestwem.

Elżbieta nie była odpowiednio przysposabiana do objęcia tronu. Nie pobierała żadnych specjalnych nauk przygotowujących do rządzenia państwem, jak to miało miejsce w przypadku Edwarda (a kiedyś w przypadku Marii, która przed ukończeniem dziesiątego roku życia została mianowana księżną Walii i przez krótki czas formalnie zarządzała księstwem przy pomocy doradców). Elżbieta otrzymała jednak królewskie wychowanie w najbardziej istotnym aspekcie: była edukowana jak chłopiec, a nie jak dziewczynki, których uczono zajęć domowych.

Katarzyna Aragońska otrzymała wykształcenie z rąk swej wielkiej matki, Izabeli Kastylijskiej – było ono bardzo formalne i rygorystyczne. Anna Boleyn była także świetnie wykształcona w różnych dziedzinach, dzięki naukom odebranym w najznamienitszych europejskich domach. Jeszcze jako dziecko została powierzona pieczy Małgorzaty, regentki Niderlandów, i wychowywana z trzema pannami Habsburżankami, które następnie zostały królowymi: Francji (i Portugalii), Danii i Węgier. W stuleciu rozwoju nauk humanistycznych, malarstwa i muzyki, Anna była kształcona nie tylko w dziedzinie literatury, ale także w światowej etykiecie dworskiej. Choć Elżbieta nabyła wprawy w obu dziedzinach, w istocie jej wykształcenie bardziej przypominało model, jaki Katarzyna przekazała własnej córce: model przygotowania do tronu.

W roku 1536 do najbliższego otoczenia Elżbiety dołączyła Kat (Katarzyna) Champernowne, szlachcianka z Devonshire, której drugie małżeństwo z kuzynem Anny Boleyn rozsławiło jej imię jako Kat Ashley (lub Astley). To ona, jak przyznała później Elżbieta, pierwsza „podjęła się wielkiego trudu i pracy, by wychować mnie w szacunku do nauki i uczciwości”. I chociaż późniejsza kariera Kat pozostawia wątpliwości co do jej rozsądku i skrupułów, jako guwernantka świetnie radziła sobie z wyzwaniami przy stawiającej pierwsze kroki Elżbiecie. Młoda księżniczka zaczęła robić postępy w nauce francuskiego (chociaż Francuzi wyśmiewali później jej nieudolny akcent), włoskiego, hiszpańskiego, a nawet flamandzkiego, historii i geografii, astronomii i matematyki, jak również tańca i jazdy konnej, muzyki i haftu. Następnie, w wieku kilkunastu lat, pisała: „Mogę rumienić się, pokazując swoje oblicze, ale nigdy nie powstydzę się walorów mego umysłu”.

Imponująca lista umiejętności i dokonań Elżbiety z kolejnych lat powiększała przyszły arsenał władczyni. Wciąż nie było jednak jasne, do jakiej roli właściwie jest przygotowywana. Wielkie mariaże, typowy los królewskich córek, zarówno w przypadku Marii, jak i Elżbiety wydawały się mało prawdopodobne. Kiedy Elżbieta była niemowlęciem, pokazano ją zupełnie nagą ambasadorom francuskim, z myślą o zaręczeniu jej z młodszym synem francuskiego króla. Ale stało się to jeszcze zanim została okrzyknięta bękartem. Gdy nazwana już nieślubną Elżbieta, córka protestanckiej cudzołożnicy, została zaproponowana habsburskiemu siostrzeńcowi, Karol V przyjął tę ofertę bardzo zimno. Nawet członek Rady Henryka zauważył, że zagraniczne małżeństwa obu dziewcząt będą raczej niemożliwe i trzeba szukać jakichś rozwiązań w kraju. Dojrzała Elżbieta znana była z zamiłowania do pochlebstw, bycia nieustannym, ale nieosiągalnym obiektem pożądania. Być może ta postawa wynikała z jej oszacowania własnej pozycji na rynku małżeńskim z czasów, zanim przywrócono jej prawa do sukcesji i zdolność do zamążpójścia.

Tymczasem edukacji Roberta także nie zaniedbywano. Kiedy był małym chłopcem, fortuna jego ojca systematycznie wzrastała. Po śmierci Anny Boleyn, John Dudley – już jako przyjaciel – zaczynał partnerować w interesach Edwarda Seymoura, brata królowej Jane, trzeciej żony Henryka. Za czasów Anny Kliwijskiej John piastował urząd Wielkiego Koniuszego, a jego żona była damą dworu. Oboje utrzymywali też bliskie stosunki z Katarzyną Parr. Można powiedzieć, że liczne mariaże Henryka wychodziły Dudleyom na dobre. Ich synowie otrzymywali domowe wykształcenie; nie byli, jak powszechnie praktykowano wśród angielskiej szlachty, wysyłani do innego możnego domu, a już wkrótce potem do szkół. Może nie należeli do tej angielskiej arystokracji, o której pisał raz Edmund Dudley, że była „najgorzej wychowaną w całym świecie chrześcijańskim”. John Dudley nie popełnił błędu złego wykształcenia dzieci, chociaż jego własne umiejętności językowe i piśmiennicze były przeciętne. Żywił większy szacunek do wiedzy zdobywanej z ksiąg, niż można by się spodziewać po kimś, kto tak entuzjastycznie podążał za swym królem ku nowej religii i nowym naukom. Matka Roberta, Jane Dudley, była wykształcona ponadprzeciętnie. Jej wuj był jednym z najbliższych zaufanych Katarzyny Aragońskiej. Młodzieńcze lata Jane spędzone na dworze umożliwiły jej więc kontakt nie tylko z księżniczką Marią, ale także z przyszłą królową Katarzyną Parr, której matka była jedną z najbardziej szacownych dam dworu Katarzyny Aragońskiej.

Program nauk przygotowany kilka lat później dla dwunastoletniego hrabiego Oksford daje pewne pojęcie o tym, jaką drogą mieli iść chłopcy Dudleyów. Nie myślano wówczas o dzieleniu dzieci na grupy wiekowe i dostosowywaniu poziomu i metod nauczania. Tańca, języka francuskiego, łaciny, pisania i rysunku uczono od najwcześniejszych godzin porannych (bo nawet lubiący pospać londyńczycy wstawali o 6:00), aż do przerwy na modlitwę o 10:30 i obiad. Następnie o 13:00 prowadzono zajęcia mniej więcej z tego samego zakresu, z elementami kosmografii. Ostatni przedmiot – elementy geografii i astrologii z odrobiną nauk przyrodniczych i antropologii – mógł być jednym z ulubionych Roberta, sądząc po jego skłonności do patronowania wszelkiego rodzaju podróżnikom i kupcom.

Osobiste zainteresowania Johna Dudleya doprowadziły go do studiów w dziedzinach bardziej praktycznych. Astronomia mogła być pomocna w nawigacji, a matematyka ostatecznie znaleźć zastosowanie w balistyce. Historię uznawano za użyteczną dla szlachcica jako naukę o prowadzeniu wojny. Zamiłowania Dudleya dotyczyły marynarki wojennej i wojskowości. Obecność zamorskich żeglarzy i podróżników, na przykład Johna Cabota, w jego posiadłości musiała spowodować, że synowie byli żywo zaangażowani i świadomi romantycznych możliwości, jakie oferowały rubieże szesnastowiecznego świata. W pewnym momencie swej wczesnej kariery Robert znalazł się pod wpływami „doktora” Johna Dee, badacza i astrologa, który sam był uczniem Johna Cheke w Cambridge i który później został wezwany, by udzielać lekcji kosmografii podróżnikom objętym patronatem Elżbiety i Roberta6.

Takie towarzystwo musiało przyczynić się do rozpalenia wyobraźni, podsycanej dodatkowo duchem epoki. Podróżnicy z późnego okresu panowania Tudorów przywozili opowieści o „straszliwym, krańcowym zimnie”, o monotonnych dniach „na wielkim i potężnym morzu”, o lądach, gdzie znaleźć można rogi jednorożca (prawdopodobnie narwala), które Martin Frobisher podarował koronowanej Elżbiecie; o gigantycznych „olifantach” i ich przedziwnych nosach, o krainach ociekających słodką gumą.

John Dee, w latach kiedy Robert i jego rodzeństwo pozostawali z nim w bliskim kontakcie, oprócz wykładów o podróżach, za pomocą dostępnych mu środków przemawiał również do ich dusz. Tak przynajmniej mawiał i dlaczego mielibyśmy w to wątpić? Skoro opowieści o podróżnikach mogły być prawdziwe, to czemu inne dziedziny, pozostające dotąd w sferze wyobraźni, nie mogłyby otwierać się przed ludzką ciekawością? Dlaczego dorosły Robert nie mógłby z tą samą nadzieją na sukces podjąć się eksperymentu zamiany żelaza w miedź i zająć się handlem Kompanii Moskiewskiej? Robert i Elżbieta podzielali przekonania swojej epoki co do zjawisk nadprzyrodzonych: jakże Elżbieta mogła nie wierzyć w nie, skoro jej matka podejrzewana była o czary? A czym jak nie magią była ceremonia koronacyjna, która przekształcała niedoskonałą, zwyczajną kobietę z ciała i krwi w ziemskie uosobienie instancji politycznej, obdarowane taką łaskawością, że nawet jej dotyk mógł uleczyć pewne choroby? Jeśli Robert został rzeczywiście „oczyma” Elżbiety, jak go nazywała, może pomógł jej dostrzec też zachwycające nieba i ziemie nowego świata?

Dzieci szlacheckie czytały klasyków, takich jak: Cyceron, Wergiliusz, Horacy i Liwiusz, ucząc się z ich dzieł zasad postępowania, przyswajając mądrość i elegancki sposób wyrażania się. Uczyły się logiki i retoryki. Talenty językowe i literackie Roberta nie mogły równać się jednak ze zdolnościami Elżbiety. W późniejszych latach wielki nauczyciel Roger Ascham, znany ze swej roli w kształceniu królowej, beształ Roberta: „Myślę, że zrobiłeś sobie krzywdę, zamieniając mądrość Tuliusza na dziurki i linie Euklidesa”. Lecz inni renesansowi uczeni cenili sobie znacznie wyżej nowomodną geometrię Euklidesa, a także obserwacje Pliniusza i Ptolemeusza. Wszystko wskazuje na to, że Robert w późniejszym okresie i tak nabył praktycznej umiejętności posługiwania się językami, których potrzebował. W owych czasach muzyka była istotna: nawet sklepiki golibrodów zaopatrzone były w lutnie, aby zabawiać klientów oczekujących w kolejce. Sporządzone po latach inwentarze własności Roberta obejmowały: lutnie, flety, wirginały, szczególną kolekcję malarstwa, komplet kryształowych figur szachowych, inkrustowanych drogimi kamieniami. Pradawny wzorzec prawdziwego pana, będącego wojownikiem i atletą, ulegał zmianie, podobnie jak stare średniowieczne programy nauczania. Dworzanina Castiglionego wydano we Włoszech w roku 1528 i chociaż nie był opublikowany w Anglii przez następne 30 lat, włoski ideał konesera i wprawnego rozmówcy, tancerza i dyplomaty obowiązywał już znacznie wcześniej.

Nawet koncepcja edukacji młodego gentlemana wprowadzana przez tak zdeklarowanego uczonego jak Roger Ascham obejmowała tzw. ćwiczenia dworskie oraz nauki z ksiąg: „Dosiadać konia dostojnie, grać uczciwie w potyczkach na placach i w kręgach, zabawiać się różnoraką bronią, świetnie strzelać z łuku i pewnie ze strzelby, jeździć konno gorliwie, biegać, skakać, ćwiczyć zapasy, pływać, tańczyć z gracją, śpiewać i grać na instrumentach zmyślnie, władać białą bronią, polować, grać w tenisa… BookNamed theGovernor (Księga Zarządcy) Thomasa Elyota, opublikowana po raz pierwszy w roku 1531 i często przedrukowywana, opisuje trening młodych szlachciców – ich „wytrzymałość, siłę i zręczność, radzenie sobie z niebezpieczeństwem w czasie wojen lub w innych skrajnych sytuacjach”. Polowania, w których zarówno Robert, jak i Elżbieta byli rozmiłowani, postrzegane były jako wprawki do wojaczki. Robert wcześnie został przysposobiony do posługiwania się wieloma rodzajami broni: nie tylko kijem, piką, pałaszem, ale także rapierem. Łucznictwo było umiejętnością wymaganą u chłopców i mężczyzn wszelkich stanów. Ze względu na częste najazdy wprowadzono obowiązek wyposażania w łuki wszystkich dzieci powyżej siódmego roku życia. Po śmierci Roberta Dudleya (w czasie, kiedy łucznictwo stawało się nieco staromodne) inwentarz jego majątku obejmował również 280 łuków razem ze strzałami.

Wraz z upływem lat, gdy dzieci podrosły, John Dudley wydzierżawił Ely Place w Holborn jako miejską siedzibę dla swych pociech. Nieforemna czternastowieczna posiadłość, kiedyś londyńska rezydencja biskupa Ely, stanowiła rozległy kompleks dziedzińców i krużganków, reprezentacyjnych komnat i ogrodów. Tak więc Robert od najmłodszych lat uczył się nie tylko obycia na dworze, ale także poruszania się po Londynie. W mieście tym mierzono się z problemem przeludnienia, bezustannego zagrożenia epidemiami. Z drugiej strony niezwykle barwne musiały się wydawać pokrzykiwania przekupniów oferujących świeży barwinek i dojrzałe ogórki, uliczni złodzieje i wielkie jarmarki, ruchliwa, połyskująca rzeka i cuchnące zaułki. Z pewnością sprawiały wrażenie wystarczająco romantycznych, by przyciągać syna bogacza, w eskorcie sług przebijającego się przez uliczny tłum przy okazji różnych uroczystości. W XVI w. samo Ely Place znajdowało się nieomal na wsi, a przynajmniej na zdrowych przedmieściach, gdzie zaraza nie stanowiła już takiego niebezpieczeństwa. Na ówczesnych mapach widnieją prostokątne rabaty kwiatów i sadów owocowych na ogromnej, zamkniętej przestrzeni za pałacem, rozległej jak plac targowy. Szekspir pisał o grzędach truskawek w Ely Place, a kiedy królowa Elżbieta skłoniła później biskupa Ely do wydzierżawienia domu innemu faworytowi, ten zastrzegł sobie prawo do zrywania buszela róż – niektóre wersje podają, że aż dwudziestu buszeli – z ogrodu każdego roku7.

W tych czasach nazwa Londyn dotyczyła City of London. Był to okres, gdy członkowie rodziny królewskiej mogli rozkoszować się konnymi przejażdżkami wśród zieleni pomiędzy murami miasta a kompleksem zabudowań monarszych, składających się między innymi z Westminsteru i Whitehall, a ogary polowały na zwierza w St. Giles. Praczki rozkładały płótna do wyschnięcia na Moorfields, a Covent Garden było jeszcze w posiadaniu klasztoru – jednego z tych skasowanych i ograbionych, których mieszkańcy zostali wygnani w pierwszych latach dzieciństwa Roberta.

W roku 1536 zlikwidowano małe londyńskie klasztory, jak Kilburn Priory. Taki sam los spotkał w 1539 r. większe: Southwark i św. Bartłomieja. W 1540 r. nastąpiło ostatecznie zamknięcie opactwa Westminster. Nikt nie znajdował się w lepszej pozycji w czasie tych wywłaszczeń niż królewski stronnik – John Dudley. Jednak głowa straconej za przepowiadanie katastrofalnych skutków ślubu króla z Anną Boleyn Świętej Dziewicy z Kentu na Moście Londyńskim i członki zabitego przeora z Charterhouse, przybite gwoździami do bram jego klasztoru, musiały być swego rodzaju ostrzeżeniem dla rodu. Tym bardziej że jeszcze świeża była pamięć o śmierci Edmunda Dudleya. Egzekucje w następstwie procesów sądowych dosięgły zarówno Tudorów, jak i Dudleyów.

W późniejszym czasie Robert i Elżbieta wystosowali udokumentowane oświadczenie odnośnie ich relacji z okresu poprzedzającego wstąpienie Elżbiety na tron. W roku 1566 Robert zwierzył się francuskiemu ambasadorowi, że zna Elżbietę „od ósmego roku jej życia”, „zna ją lepiej niż ktokolwiek na Ziemi” i że od tamtego czasu zawsze deklarowała zamiar pozostania w stanie panieńskim. Z tego wynika, że poznali się jesienią 1541 roku, kiedy swój początek miało wiele ważnych wydarzeń.

W roku 1542 ojciec Roberta został wyniesiony do godności para, co tym samym zwiększyło szanse jego synów na wejście do świty młodego księcia Edwarda. Natomiast Elżbieta po raz pierwszy od czasów niemowlęctwa spędzała czas ze swym ojcem Henrykiem. Przez kilka następnych lat oboje, Robert i Elżbieta, okresowo obracali się w dworskich kręgach. Dzieci prominentnych dworzan często towarzyszyły w nauce młodocianym potomkom królewskim, a grupa uczonych pod patronatem Johna Dudleya powiększyła się o Johna Cheke, tutora królewskiego dziecka. Nie można naszkicować nieomylnego obrazu dziecięcej przyjaźni Roberta i Elżbiety, jak robią to niektórzy autorzy. Pewne jest jednak, że środowiska, w których wzrastali, bardzo się przenikały, w związku z czym na pewno się znali i kontaktowali ze sobą. Trzeba również pamiętać o przyjaźni łączącej Katarzynę Parr, ostatnią żonę króla, i Jane Dudley.

W roku 1542 wydarzyło się coś jeszcze. W lutym powinowata Elżbiety – płocha i pełna zmysłowego powabu Katarzyna Howard – została stracona na szafocie. Okazała przy tym nadzwyczajną odwagę. Kiedy jej kuzynka Anna przed swoją śmiercią stroiła sobie żarty na temat małej szyi, Katarzyna poprosiła o zrobienie próby ceremonii egzekucji. Przynajmniej odejść chciała właściwie. Elżbieta nie była jednak z Katarzyną na tyle blisko, by cierpieć z powodu jej upadku (w przeciwieństwie do swej ciotki, wdowy po Jerzym Boleynie, lady Rochford). Latem 1543 r. król poślubił Katarzynę Parr, a Jane Dudley była jedną z nielicznych obecnych na tej ceremonii. Pierwszy zachowany list zawierający wzmianki na ten temat napisany został przez Johna Dudleya. Donosił on, że Katarzyna jest „tu na dworze” w Greenwich z Marią i Elżbietą. Po tym ślubie, gdy Maria pozostawała na dworze, Elżbietę skłoniono do powrotu do szkoły – jako towarzyszkę Edwarda i innych uczniów. Wraz z młodą parą przybyła więc do Ashridge, do królewskich sal lekcyjnych. Za granicą wypytywano ambasadorów angielskich o skandale: czy to prawda, że angielska rodzina królewska zamieszkuje obecnie jeden wspólny dwór? Dla Elżbiety mogła to być pierwsza okazja do zakosztowania normalnego życia rodzinnego. Na początku 1544 r. Henryk – obecnie pięćdziesięciodwuletni i pozbawiony złudzeń, że doczeka się drugiego syna – zredagował następny Akt sukcesji