Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 164 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Elizabeth i jej ogród - Elizabeth von Arnim

Co i rusz ukazują się książki o pięknych krainach odkrywanych przez turystów. Prowansja i Toskania doczekały się już wielu opowieści o sobie.

Elizabeth i jej ogród to opowieść Angielki, która pokochała Pomorze. Zamieszkała pod Szczecinem, w Rzędzianach, które nazywały się wtedy Nassenheide i stworzyła o tym miejscu piękną opowieść, a wokół domu równie piękny ogród. Kończył się wiek dziewiętnasty.

Elizabeth trafiła do Rzędzian w parę lat po ślubie z byłym oficerem pruskiej kawalerii. Przyjechała, by otworzyć miejscową szkołę i… postanowiła pozostać.

Ta autobiograficzna powieść dowcipnie i z lekką ironią opisująca codzienność pomorskiej wsi spodobała się angielskim czytelnikom. Pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie, recenzje w prasie były bardzo pochlebne. „Mała kometa na literackim niebie Londynu”- pisano. Krytycy chwalili oryginalny współczesny język, wnikliwość autorki w przedstawianiu ówczesnych obyczajów, bezkompromisowość w obronie uciskanych kobiet, od robotnic polnych poczynając, na nierozumianych damach z wyższych sfer kończąc. Wskazywano, że książka jest równocześnie fascynującym pamiętnikiem namiętnej ogrodniczki, która tworzy swój mały raj wśród pomorskich kartofli, łubinu i łanów zboża... Ktoś ironizował, że po tej lekturze Angielki chwytały za szpadel i biegły do ogrodu, bez względu na to, czy znały się na ogrodnictwie, czy nie.

 

Książka Elizabeth i jej ogród wciąż jest w Anglii wznawiana. Internauci piszą o niej: „Świeży oddech”, „Bardzo delikatne i głębokie”, „Ponadczasowe ...”.

Opinie o ebooku Elizabeth i jej ogród - Elizabeth von Arnim

Fragment ebooka Elizabeth i jej ogród - Elizabeth von Arnim

Elizabeth i jej ogród

Elizabeth von Arnim

Przekład: Elżbieta Bruska i Berenika Marta Lemańczyk

Wydawnictwo MG

Autorki tłumaczenia pragną podziękować

za pomoc, radę i wsparcie

Lisawecie von Zitzewitz, Agnieszce Radłowskiej

Korduli Falba i Januszowi Ławrynowiczowi

„Mała kometa na literackim niebie Londynu” – doniósł „Daily Mail” we wrześniu 1898 roku, gdy w londyńskich księgarniach ukazała się książka Elizabeth i jej niemieckiogród, której autorka podpisała się tylko imieniem Elizabeth. „Kim jest ta Elizabeth?” pytały inne gazety. Kim ona jest? – zastanawiały się londyńskie salony. Ona tymczasem wiodła spokojne życie pomorskiej ziemianki w podszczecińskiej wsi Nassenheide, która dzisiaj nazywa się Rzędziny. Była Angielką, żoną pruskiego junkra. Między tamtym wrześniem 1898 roku a następnym majem jej książka (pod skróconym już tytułem Elizabeth i jej ogród) doczekała się dwudziestu jeden wydań. Życie tej Angielki ułożyło się w niezwykle interesującą powieść. Nazywała się Mary Annette Beauchamp. Urodziła się w Nowej Zelandii w 1866 roku jako piąte dziecko angielskiego kupca. Kiedy miała kilka lat, cała rodzina przeniosła się do Londynu. Po latach jej siostra wspomni, że mała May, jak nazywano przyszłą pisarkę, była traktowana w domu jak Kopciuszek bujający w obłokach. Ojciec zadbał o edukację wszystkich dzieci, Mary uczyła się chętnie i tylko choroba przeszkodziła jej w zdawaniu na studia w Cambridge, wybrała więc Royal College of Music.

Miała 25 lat, skończone studia muzyczne i kompleksy, jako że czuła się już nieco lekceważoną w towarzystwie starą panną, gdy we Włoszech poznała starszego o piętnaście lat wdowca, byłego oficera pruskiej kawalerii Henninga von Arnima. Był on jedynym synem Harry’ego grafa von Arnim-Suckowa i Elisabeth Louise von Prillwitz, córki z morganatycznego związku księcia Augusta von Preussen i polskiej, jak twierdzą niektórzy biografowie, tancerki Auguste Arendt. Nazwisko Prillwitz pochodzi od nazwy miejscowości w zachodniopomorskiem, podarowanej przez księcia babce Henninga. Dzisiaj nazywa się ona Przelewice i słynie z pięknego ogrodu dendrologicznego.

Arnim oświadcza się May, ku radości jej rodziców. Po ślubie Elizabeth zostaje hrabiną. I wszystko się odmienia. „Jak tylko wzięli ślub, zmieniło się zachowanie Henninga w stosunku do angielskiej żony. Była już jego własnością – Niemką”, pisze jej angielska biografka. Być Niemką to znaczy nie myśleć samodzielnie i nie narzekać, o czym też wkrótce boleśnie przekonuje się młoda pani Arnim, gdy „z moralnego i patriotycznego” powodu odmawia się jej narkozy podczas dwóch pierwszych bardzo ciężkich porodów w Berlinie. Wie, że mąż oczekuje od niej jednego: by była prawdziwą pruską żoną i urodziła mu syna. W otoczeniu berlińskiej rodziny męża czuje się samotna, nieszczęśliwa, tęskni za swoimi bliskimi, których zostawiła w Londynie.

Aż nadchodzi ten dzień – 18 marca 1896 roku. Na szczecińskim dworcu, który do dzisiaj niewiele się zmienił, wysiada z pociągu hrabina von Arnim i jej mąż. Czeka na nich powóz, którym jadą do pomorskich włości hrabiego, do wsi Nassenheide. Do zwyczaju należy, by nową szkołę otwierała żona dziedzica. Później Elizabeth idzie na samotny spacer do opuszczonego ogrodu. „Nie wiem, czy to zapach mokrej ziemi a może zbutwiałych liści przypomniał mi nagle dzieciństwo i wszystkie szczęśliwe dni, które przeżyłam w ogrodzie (...) Wczesny marzec, szare, spokojne niebo i brunatna cicha ziemia; nagość i jakiś smutek na dworze w tej wilgoci i ciszy, ale ja tam stałam w dziecięcym zachwycie pierwszymi powiewami wiosny i pięć zmarnowanych lat opadło ze mnie jak płaszcz(...)” – napisze potem w swojej pierwszej książce. (Dzisiaj ten fragment umieszczony jest wśród cytatów z literatury światowej Z ducha ogrodów). Książkę zaczęła pisać 7 maja 1897 roku, a skończyła w marcu następnego roku. Zatytułowała ją Elizabeth i jejogród, podpisując się tylko imieniem. Niezbyt dobrze by przyjęto, gdyby hrabina podpisała się całym nazwiskiem pod jakąś książką... Sama zawiozła ją na niedaleką stacyjkę kolejową, na której zatrzymywał się pociąg do Berlina, stamtąd przesyłka trafiła do londyńskiego wydawnictwa Macmillan.

Autobiograficzna powieść dowcipnie i z lekką ironią opisująca codzienność pomorskiej wsi trafiła do angielskiego czytelnika. Pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie, recenzje w prasie były pochlebne,„Mała kometa na literackim niebie Londynu”, pisano. Krytycy chwalili oryginalny współczesny język, wnikliwość autorki w opisywaniu ówczesnych obyczajów, bezkompromisowość w obronie uciskanych kobiet, od robotnic polnych poczynając, na nierozumianych damach z wyższych sfer kończąc. To również fascynujący pamiętnik namiętnej ogrodniczki – podkreślano – która tworzy swój mały raj wśród pomorskich kartofli, łubinu i łanów zboża... Ktoś ironizował, że po tej lekturze Angielki chwytały za szpadel i biegły do ogrodu, bez względu na to, czy znały się na ogrodnictwie, czy nie. No i zastanawiano się, kim jest ta tajemnicza Elizabeth, która w dzisiejszych Rzędzinach pisała już swoją następną książkę. Było to Samotne lato, które też stało się bestsellerem.

Hrabina często wyjeżdżała do Londynu, gdzie bywała na tamtejszych salonach, brała udział w ciekawych dyskusjach o polityce, obyczajach. Był to czas przemian cywilizacyjnych, rozwoju przemysłu, zmian obyczajowych. W pomorskim domu czas płynął jej na pisaniu, opiece nad dziećmi, pracy w ogrodzie i scysjach z mężem. „Dzisiaj znowu była awantura, Henning chce dziecka, a ja nie”, zanotuje któregoś dnia w swoim pamiętniku. Cała wieś karmiąca się plotkami z dworu opowiada, jak hrabina każe swoim dzieciom biegać po długich parkowych alejach. Są w parku boiska do gry i korty tenisowe.

Na początku ubiegłego wieku w rzędzińskim pałacu pojawiają się nauczyciele angielskiego, głównie studenci Cambridge, a wśród nich przyszli pisarze Edward M. Forster i Hugh Walpole. Ten pierwszy tutaj kończy swoją debiutancką powieść Gdzie anioły lękają się stąpać, drugi swoją zaczyna. Obaj wioskę Nassenheide i gospodynię pałacu, z którą prowadzili intelektualne rozmowy, będą wspominać w swoich pamiętnikach.

W roku 1907 Elizabeth von Arnim rozstała się z mężem. Jest już czytywaną w Europie i Ameryce pisarką i wciąż publikuje pod pseudonimem Elizabeth. Wyjeżdża z dziećmi do Anglii. W 1909 roku ukazuje się jej kolejna książka Biuro podróży. Jest to satyra na środowisko pruskich oficerów. Podczas pierwszej wojny światowej książka trafia w Niemczech na czarną listę. W tym samym roku w Montreux grają sztukę Priscilla, będącą adaptacją tej powieści. Mimo iż nadal każdą książkę podpisuje Elizabeth albo „autorka Elizabeth i jej ogród”, widzowie rozpoznają ją i witają owacjami.

Pisarka buduje swój dom w Szwajcarii, w którym hol przypomina ten z Nassenheide i pokoje pomalowane są w takie jak tam kolory. Zmienia się też jej życie osobiste; salony plotkują o związku z pisarzem George’em H. Wellsem, później ślubie z Francisem Russellem, bratem słynnego filozofa. Zostaje księżną Elizabeth Russell i tym nazwiskiem podpisuje swoje następne powieści. Krytycy chwalą ją nieustannie za własny styl pisania, umiejętność wczuwania się w sytuację drugiego człowieka, ciepłą ironię, ale też ostrość spojrzenia, zwłaszcza gdy pisze o prawach kobiet, choć nie należy do wojujących feministek.

Swój następny dom Elizabeth buduje w Prowansji, rozwodzi się z Russellem, wielkim tyranem, o którym jego brat, słynny matematyk i filozof Bertrand Russell mówił:„zwariowany Earl”. Przy swoim nowym domu też ma wielki ogród. Ale w pamięci wciąż zachowuje tamten z dzisiejszych Rzędzin. Pisze do córki, że gdy jej ktoś podaruje milion, to w Anglii zbuduje dom na wzór tego z Pomorza. Ostatni raz jedzie tam w 1925 roku. Ale jej pięknego ogrodu już nie ma, park znowu zdziczał i wygląda jak w 1896 roku, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. „Nassenheide, gdzie tyle dni i wieczorów przesiedziałam w bibliotece, gdy w kominie płonął cieplutki ogień, stracone i mój ukochany ogród, gdzie tyle szczęśliwych lat na rozmyślaniach spędziłam” – pisze w pamiętniku.

W 1939 r. wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Nie byłaby w Europie bezpieczna, nie kryła się z tym, co myślała o nazistach, a jej powieść Christina wydana w 1917 roku pod pseudonimem Alice Cholmondeley, jeszcze dzisiaj niektórzy uznają za antyniemiecką. Bardzo tęskni za Europą. Jeździ od Nowego Jorku do Waszyngtonu, mieszka w hotelach, czasami odwiedza córkę. Jest chora, ma ciężki artretyzm w prawej ręce i narośl w okolicach oka. Ma 74 lata, kiedy pisze swoją ostatnią powieść Mr Skeffington (w Polsce wydana jako Urodziny Fanny). „Życie jest grą, którą każdy w końcu przegrywa” – mówi tam ustami swej bohaterki.

I ta książka odniosła sukces. „Wzniosła się w niej na wyżyny”, pisze krytyka.

Elizabeth von Arnim-Russell umiera w 1941 roku na grypę.

„Zmarła jedna z nielicznych dowcipnych pisarek Anglii. Mówię dowcipnych, a nie komediowych. Dla nas będzie zawsze autorką książki Elizabeth i jej ogród”, pisze Hugh Walpole, jej stary przyjaciel.

W dawnym Nassenheide, dzisiejszych Rzędzinach, historia po 1945 roku zmieniła swój bieg, przywiodła tutaj innych ludzi, rodaków dawnych robotników sezonowych, których Henning von Arnim (w książce jest Gniewnym) uznawał za ludzi podlejszego gatunku. Od kilku lat przybywają tu nowi mieszkańcy, stawiają swoje domy i stają się elementem historii tej ziemi. Stoi jeszcze budynek dawnej szkoły, którą hrabina von Arnim otwierała uroczyście w 1896 roku. Jest okazały dom rządcy Arnimów, służący obecnym mieszkańcom. Stoją mury dawnej gorzelni, stajni i obory, również chaty mieszkańców z tamtych lat oraz robotników rolnych.

Nic nie zostało po okazałym dworze Arnimów. Na pagórku skrywającym jeszcze cegły można znaleźć fragmenty kamiennych schodów. Zastąpiły one te drewniane, którymi niegdyś hrabina von Arnim zbiegała do swego ogrodu. Pozostał też fragment małego raju – park przywrócony do życia, z wytyczonymi dawno temu alejami, z jasnymi polanami. Najstarsze dęby mają tu po 400 lat, najstarsze buki około 270 lat. Zapewne to na nich 7 maja 1897 roku usiadły dwie sowy i toczyły ze sobą dialog podsłuchany przez młodą Angielkę, która na czystej kartce papieru zapisała pierwsze słowa: „Kocham mój ogród”. Książka Elizabeth i jej ogród wciąż jest wznawiana. Internauci piszą o niej: „świeży oddech”, „ bardzo delikatne i głębokie”, „ponadczasowe ...”.

7 maja

Kocham mój ogród. Tutaj właśnie piszę w urocze późne popołudnie, odrywana co chwilę od pracy przez bzyczące komary i kuszona do podziwiania przepychu młodej zieleni, którą pół godziny wcześniej zmoczyła zimna ulewa. W pobliżu mnie dwie sowy prowadzą ze sobą długą rozmowę, którą delektuję się tak samo jak śpiewem słowika. Pan sowa mówi:

a jego partnerka ze swego oddalonego nieco drzewa odpowiada:

pięknie uzupełniając to, co rzekł jej pan i władca, tak jak wypada zacnej niemieckiej pani sowie. Powtarzają wciąż to samo z takim naciskiem, dlatego zaczynam podejrzewać, że złośliwie rozprawiają na mój temat, ale mnie ten sowi sarkazm nie płoszy.

Tutejszy ogród bardziej przypomina pustkowie. Od dwudziestu pięciu lat nikt nie mieszkał w tym domu ani nie zajmował się ogrodem, a jest to taka urocza posiadłość, że ludzie, którzy mogliby tutaj żyć, a zamiast tego świadomie wybrali koszmar miasta, chyba byli ślepi i głusi, a na dodatek pozbawieni węchu. W każdym razie ja swoje wiosenne szczęście zawdzięczam woni mokrej ziemi i młodej zieleni.

Nieustająco czuję się szczęśliwa (na dworze, rzecz jasna, jako że w środku jest służba i meble), ale szczęście jest różne i to wiosenne nie jest podobne do letniego bądź jesiennego. Ostatniej zimy zdarzały się nawet dni, gdy ja, chociaż mam już swoje lata i dochowałam się dzieci, tańczyłam z wielkiej radości w mroźnym ogrodzie. Rzecz jasna ukryta za krzewami, ponieważ wiem, co wypada, a co nie.

Tyle wokół mnie dzikich czereśni, dużych drzew, których gałęzie muskają trawę. Prezentują się teraz w pełnej krasie białego kwiecia oraz delikatnej zieleni, tak że ogród wygląda jak podczas wesela. Nigdy jeszcze nie widziałam takiego mnóstwa dzikich czereśni; wydaje się, że są wszędzie, nawet za strumieniem przy wschodniej granicy ogrodu. W środku pola żyta stoi ogromne drzewo, uosobienie wdzięku i przepychu, odcinające się na tle chłodnego błękitu wiosennego nieba.

Ogród jest otoczony polami zbóż i łąkami; dalej rozpościera się szeroka równina piaszczystych wrzosowisk i las sosnowy, a tam gdzie lasy się kończą, zaczyna się znowu nagie wrzosowisko. Lasy są piękne w swej świetlistej wyniosłości, z czerwonawymi pniami, z koronami w najłagodniejszej szarej zieleni. Na ziemi połyskuje zielenią dywan z jagód, a wszędzie dokoła panuje głęboka cisza. Naga równina wrzosowiska jest równie piękna, i można tak ponad nią spoglądać aż po kres czasu do wieczności, a wędrowanie tam podczas zachodu słońca jest niczym spacer w obecności Boga.

W środku tej równiny znajduje się oaza dzikich czereśni i zieleni, gdzie przeżywam swoje szczęśliwe dni, a w środku tej oazy stoi szary kamienny dom z wieloma szczytowymi ścianami, gdzie z ociąganiem spędzam tylko noce. Dom jest bardzo stary i kilkakrotnie był powiększany. Przed wojną trzydziestoletnią był klasztorem. Kaplica ze sklepieniem i ceglaną podłogą całkowicie startą przez kolana pobożnych chłopów służy teraz jako hol.

Gustaw Adolf II i jego Szwedzi nieraz tędy maszerowali – co skrupulatnie odnotowano i do dziś zachowano w archiwum – ponieważ tutaj wiodła główna droga między Szwecją a nieszczęsną Brandenburgią. Lew Północy był niewątpliwie zacnym człowiekiem, postępującym zgodnie z własnymi przekonaniami, ale te ciche mniszki, które miały całkiem inne przekonania, doprowadził do strasznej rozpaczy, wyganiając je na daleką pustą równinę. Musiały szukać nowego miejsca do życia, a tu było im tak dobrze i spokojnie.

Prawie ze wszystkich okien domu mogę spoglądać na niezasłoniętą żadnym wzgórzem płaszczyznę, która rozciąga się aż do błękitnej linii dalekiego lasu, a po zachodniej stronie aż do zachodzącego słońca – jedna falująca zielona równina kontrastująca z zachodzącym słońcem.

Zachodnie skrzydło domu kocham bardziej niż pozostałe, dlatego wybrałam sobie sypialnię po tej właśnie stronie, żeby nawet nie marnować czasu przeznaczonego na szczotkowanie włosów. Pokojówka robi to wtedy, gdy pani zasiada przy otwartym oknie w fotelu i wie, że nie wolno bezcześcić paplaniną tej słodko świątecznej godziny. Ta dziewczyna martwi się, że nieustannie przebywam w ogrodzie i od kiedy jest u mnie, całe jej wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać życie niemieckiej damy o odpowiedniej pozycji społecznej, codziennie wystawiane jest na ciężką próbę.

Sąsiedzi, rzecz jasna, uważają mnie, delikatnie mówiąc, za skrajną ekscentryczkę, ponieważ krążą pogłoski, że spędzam całe dnie z książką na powietrzu i żaden śmiertelnik nie widział mnie przy szyciu czy gotowaniu. Ale dlaczego miałabym gotować, skoro może przyjść kucharka? A co dotyczy szycia, to dziewczyny obszywają prześcieradła lepiej i szybciej, niż ja mogłabym to robić, i całe to modne haftowanie jest wynalazkiem diabła, który chce powstrzymać głupich przed otwieraniem serc na mądrość.

Byliśmy już pięć lat po ślubie, kiedy przyszło nam na myśl, że moglibyśmy zamieszkać w tym majątku. Pięć lat przeżyliśmy w mieście i w tym czasie, który dłużył mi się w nieskończoność, byłam ustawicznie przygnębiona, choć przy tym całkowicie zdrowa, co uwalnia mnie od powracających niekiedy szkaradnych myśli, że moje szczęście tutaj zależy mniej od ogrodu, a bardziej od dobrego trawienia.

Podczas gdy my marnowaliśmy tam swoje życie, tutaj była ta piękna posiadłość, gdzie dmuchawce podchodziły aż do drzwi, trawa prawie całkiem zarosła ścieżki, tak bardzo samotne zimą, gdy jedynie północny wiatr poświęcał im choć trochę uwagi. W maju – podczas wszystkich tych pięciu ślicznych miesięcy majowych – nie było tam nikogo, kto przyglądałby się wspaniałym dzikim czereśniom i masie jeszcze wspanialszych bzów. Wszystko lśniło i rozkwitało; dzikie wino z każdym rokiem stawało się dziksze, w październiku wieńcząc dach czerwonokrwistym splotem. Sowy, wiewiórki i wszystkie szczęśliwe małe ptaki były jedynymi władcami posiadłości i żywa dusza nie wchodziła do opustoszałego domu, poza wężami, które wślizgiwały się po murze do pokojów, gdy stara gospodyni otwierała okna. To wszystko tutaj było – spokój, szczęście i życie pełne sensu, a mimo to wcześniej nie przyszło mi na myśl przenieść się. Dziwię się, kiedy wracam pamięcią do minionych lat, i nie mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego tak późno odkryłam, że w tym odległym zakątku znajduje się moje niebiańskie królestwo. Ani razu nie przyszło mi na myśl, żeby chociaż latem odwiedzić ten majątek, zamiast tego co roku godziłam się na kilkutygodniowy pobyt w strasznym nadmorskim kurorcie; aż wreszcie ostatniego przedwiośnia przyjechałam tutaj z miasta, by otworzyć wiejską szkołę, potem błąkałam się po pustym jeszcze i ponurym ogrodzie – i nie wiem, czy to zapach mokrej ziemi albo zbutwiałych liści przypomniał mi nagle dzieciństwo i wszystkie szczęśliwe dni, które przeżyłam w ogrodzie. Czy kiedykolwiek mogłabym zapomnieć ten dzień? To był początek mojego prawdziwego życia, dorastania do pełnoletności i wejścia do mojego królestwa. Wczesny marzec, szare, spokojne niebo i brunatna cicha ziemia; nagość i jakiś smutek dominowały na dworze w tej wilgoci i ciszy, ale ja tam stałam w dziecięcym zachwycie pierwszymi powiewami wiosny, pięć zmarnowanych lat opadło ze mnie jak płaszcz, świat przepełniała nadzieja, a ja poprzysięgłam wierność naturze. Od tamtej pory jestem szczęśliwa.

Moja lepsza połowa okazała się wyrozumiała. Zapewne małżonek po cichu pomyślał, że przydałoby się zatroszczyć o ten majątek, i zgodził się, byśmy tam zamieszkali przynajmniej przez pewien czas. A potem przyszło sześć rozkosznych tygodni, od końca kwietnia do czerwca, kiedy przebywałam tutaj zupełnie sama, podawszy jako pretekst nadzorowanie prac przy malowaniu i tapetowaniu, lecz do domu w zasadzie weszłam dopiero wtedy, gdy opuścili go robotnicy.

Jaka byłam szczęśliwa! Nigdy nie przeżyłam tak wspaniałych chwil od czasu, gdy będąc jeszcze zbyt mała na naukę, z kromką chleba posypaną cukrem na drugie śniadanie, zostałam wysłana na trawnik gęsto porośnięty mleczem i stokrotkami. Cukier na chlebie z masłem stracił już swój czar, ale dmuchawce i stokrotki kocham jeszcze namiętniej niż wtedy i nigdy nie pozwoliłabym, by wszystkie zostały skoszone, gdybym nie miała pewności, że wkrótce znowu odchylą swoje twarzyczki do góry, tak samo zuchwale jak wcześniej.

Podczas tamtych sześciu tygodni żyłam w świecie dmuchawców i czystej rozkoszy. Mlecze pokrywały jak dywan trzy trawniki – niegdyś był to rzeczywiście trawnik, ale już dawno przeobraził się w łąkę rozkwitającą różnymi ładnymi chwastami – i pośród bezlistnych dębów i brzóz rozrosły się gromadami niebieskie przylaszczki, białe anemony, fiołki i trędowniki. Te ostatnie zachwyciły mnie szczególnie swoim radosnym blaskiem; takie ładne i świeżo lakierowane, jakby i przy nich malarze pokojowi wykonali swoją pracę. Gdy anemony zniknęły, wynurzyły się miejscami barwinek i kokoryczka i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozkwitły wszystkie dzikie czereśnie. A potem, nim zdążyłam nacieszyć oczy ich kwiecistym przepychem, pod szerokim niebem wystrzelił bez – cały hufiec bzów rozrzuconych w pękach na trawniku i wzdłuż ścieżek razem z innymi krzewami i drzewami, i ten wielki, nieprzerwany wał bzu ciągnął się tuż za zachodnią fasadą domu na pół mili, odcinając się wspaniale na tle sosen. Ale nim to wszystko minęło, jeszcze akacje pokazały swoje kwiaty i cztery duże krzewy jasnych srebrzysto-czerwonych piwonii rozkwitły pod południowymi oknami. Byłam tak szczęśliwa, że nie potrafię tego opisać. Wydawało się, że moje dni rozpływają się w różoczerwonym śnie i purpurowym spokoju.

W domu była tylko stara gospodyni z pomocnicą, więc pod pretekstem, że nie chcę ich trudzić przyrządzaniem posiłków, mogłam oddawać się fantaisie deréglée – to znaczy wybierać najprostsze jedzenie, które wynosiłam na tacy pod bez. I żywiłam się przez cały czas sałatą, chlebem i herbatą, niekiedy na lunch pojawiał się delikatny gołąbek, by mnie, jak twierdziła pewna stara dama, przed śmiercią głodową ratować. Kto inny poza pewną kobietą chciałby zadowalać się przez sześć tygodni tylko sałatą, nawet gdyby była ona uświęcona obecnością i zapachem najwspanialszych bzów? Ja się zadowalałam i z każdym dniem rosłam i rozwijałam się dzięki łasce Bożej, chociaż od tamtego czasu straciłam apetyt na sałatę. I teraz, gdy jestem zmuszona spożywać posiłki trzy razy dziennie w jadalni, a dwa z nich podawane są przez służbę, która jest uważana za niezbędną dla pozycji i zachowania rodzinnego honoru, i jeszcze bezwarunkowo na środku staje pieczeń, często myślę o moich sałatkowych czterdziestu dniach i uczuciu rozkoszy, jaką dawała mi tamta samotność!

A później wieczorami, kiedy robotnicy zniknęli, a w domu zapanowała pustka i roznosiło się echo; kiedy stara gospodyni złożyła do łóżka swoje umęczone reumatyzmem kości i mój pokoik w innej części domu był już przygotowany – niechętnie rozstawałam się z żabami i sowami; przygnębiona zamykałam za sobą na klucz furtkę do ogrodu i szłam długą amfiladą w południowej części domu, mijając drabiny, kubły po farbach i cały ten upiorny bałagan! Potem nuciłam jakąś melodię i by samą siebie przekonać, że czynię to chętnie, przechodziłam nadzwyczaj powoli przez wejściowy hol z ceglaną podłogą, wchodziłam po skrzypiących schodach, szłam długim przedpokojem bielonym wapnem i w końcu z dreszczykiem strachu wbiegałam do mojego pokoju, gdzie zamykałam za sobą drzwi na dwa rygle.

W domu nigdzie nie było dzwoneczka, toteż zawsze brałam do łóżka ten duży obiadowy, żeby bić na alarm, gdyby jakiś szmer napędził mi w nocy strachu; jednak nie wiem, po co, i tak nikt by go nie usłyszał. Służąca spała w sąsiedniej izbie i obie byłyśmy jedynymi żywymi istotami w ogromnym pustym zachodnim skrzydle. Ona nie wierzyła w duchy, podobno ledwo się położyła, natychmiast zasypiała. Ja także nie wierzę w duchy, mais je les redoute, ale boję się ich, jak powiedziała pewna francuska dama, z której książek promieniuje siła woli.

Dzwonek obiadowy był dla mnie wielką pociechą; wprawdzie nie dzwonił, ale czułam się bezpiecznie, gdy widziałam go na krześle obok łóżka, ponieważ moje noce bynajmniej nie były spokojne; wszystko było takie niezwykłe, te dziwne trzaski i jakieś szmery. Zazwyczaj leżałam, czuwając przez długie godziny, wyrywana z lekkiego snu przez skrzypienie podłogi i słuchałam beztroskiego chrapania służącej w sąsiednim pokoju. Rano byłam naturalnie odważna jak lew i pokpiwałam z nocnych potów, a dzisiaj uważam nawet tamte noce za wspaniałe; byłam podobna do chłopców z opowieści, których ogarniała bojaźliwa radość, gdy słyszeli jakieś głosy w każdym powiewie wiatru. Bardzo chętnie jeszcze raz przeżyłabym tamte noce z dreszczykiem strachu, ale tylko ze względu na prawdziwe piękno tego domu. Bez służby i wyściełanych mebli.

Jak