Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 423 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Elizabeth Hawley. Strażniczka gór - Bernadette McDonald

Elizabeth Ann Hawley, amerykańska dziennikarka i kronikarka wypraw w Himalaje, to postać legenda, dzięki której ludzkość poznała najważniejsze wydarzenia światowego himalaizmu. Budowała renomę i popularność wspinaczy, takich jak choćby Edmund Hillary, Reinhold Messner, Chris Bonington, Tomaž Humar i Ed Viesturs. Była inspiracją, skarbnicą wiedzy i autorytetem w dziedzinie wypraw i opowieści o największych osiągnięciach, a także skandalach i katastrofach, które działy się w Himalajach i Karakorum. Zmarła w styczniu 2018 roku w Katmandu, pozostawiając po sobie archiwum Himalayan Database opisujące 9,5 tysiąca ekspedycji na 450 znaczących nepalskich szczytów oraz około 70 tysięcy uczestników tych wypraw, począwszy od 1905 roku. Ta książka to hołd oddany jej życiu.

„Dla mnie, kobiety, która na co dzień przełamuje stereotypy, ta opowieść stała się szczególnie ważna, ponieważ porusza tematy związane z trudami bycia kobietą w męskim gronie oraz z wykonywaniem pracy, która jest «zarezerwowana» dla mężczyzn. Elizabeth Hawley to świetna babka. Nie znałam jej osobiście, ale od pierwszych stron tej opowieści bardzo ją polubiłam!” – Ewelina Wiercioch, przewodniczka i ratowniczka Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, pierwsza po 30 latach kobieta w TOPR

„Liz Hawley była wyjątkowym graczem w historii wspinaczki himalajskiej. Choć sama się nie wspinała, ba – ledwie dotknęła góry – wyśledziłaby każdego w Katmandu, by opisać szczegóły jego wyprawy. Efektem pracy jej życia stała się nieoceniona baza danych o wspinaczce w Himalajach” – Greg Child, australijski wspinacz i pisarz

O Autorce:
Bernadette McDonald – ceniona kanadyjska autorka książek o tematyce górskiej, która ma na swoim koncie takie bestsellery, jak „Tomaž Humar” (2008), „Ucieczka na szczyt” (2011), „Alpejscy wojownicy” (2015), tłumaczone na wiele języków i często nagradzane. Ostatnią pozycją jej autorstwa, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym, jest jedyna autoryzowana biografia Wojtka Kurtyki.

Opinie o ebooku Elizabeth Hawley. Strażniczka gór - Bernadette McDonald

Fragment ebooka Elizabeth Hawley. Strażniczka gór - Bernadette McDonald

Tytuł oryginału:Keeper of the Mountains. The Elizabeth Hawley Story

Redakcja: Piotr Kępiński

Korekta: Jacek Bławdziewicz, Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcie na okładce: Khumbu Valley, Nepal/Getty images

Opracowanie graficzne: Maciej Trzebiecki

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

Copyright © 2018 by Bernadette McDonald

© copyright by Agora SA 2018

© copyright for Polish translation by Andrzej Górka

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2171-4 (epub), 978-83-268-2172-1 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

WSTĘP

Wracamy z zimowego Everestu, jest marzec 1980 roku. Miss Hawley zaprasza nas do swojego domu w starej dzielnicy Katmandu Dilli Bazar; nigdy więcej nie miałem takiej możliwości. Wieczór spędzony miło w towarzystwie amerykańskich alpinistów, którzy mieli plan wejścia w stylu alpejskim drogą Francuzów na Makalu.

Duża biblioteka, a przed domem charakterystyczny niebieski volkswagen „garbus”, z którym się nie rozstawała.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, kim jest miss Hawley, bo Andrzej Zawada poznał ją dużo wcześniej. Dziennikarka agencji Reuters i przede wszystkim chodząca encyklopedia, w domu szafa pełna sprawozdań napisanych przez alpinistów z całego świata, którzy mierzyli się z górami wysokimi.

Dzieliła małe biuro z Mountain Travel, najstarszą agencją turystyczną w Nepalu – tam zawsze można było otrzymać wszelkie niezbędne informacje o wyprawach. Nigdy nie pobierała za to opłat!

1984 rok, Katmandu, jak zwykle taksówka do hotelu Tukuche Peak w dzielnicy Thamel. Ładujemy się do pokojów, minęła może godzina i recepcjonista woła: „Dzwoni miss Hawley i chce rozmawiać z szefem wyprawy”. Podchodzę do telefonu i słyszę: „Cześć, Krzysztof, możemy się spotkać dziś o siedemnastej w hotelu?”. „Nie ma problemu”. Wracam do pokoju i rozmyślam. Skąd miss Hawley mogła wiedzieć, kiedy przylecimy i gdzie się zatrzymamy? No, może miejsce zatrzymania było łatwiejsze do określenia, bo polskie wyprawy zwykle tu się zatrzymywały, ale dzień i godzina przylotu? Satelita czy wiedza tajemna – coś było na rzeczy.

Każde spotkanie – a miałem ich tyle, ile razy przybywaliśmy z ekspedycją do Nepalu, czyli dziesiątki – zaczynało się w ten sam sposób: recepcja albo kawiarenka, miss Hawley zamawiała tylko wodę lub herbatkę. Po krótkiej rozmowie standardowe pytania o ekspedycję. Jaki cel, jaki skład, planowane biwaki, obozy, atak szczytowy etc., etc. Na koniec z wielkiej aktówki wyciągała przygotowane kwestionariusze z tytułem „Biodata” dla wszystkich uczestników wyprawy z prośbą o wypełnienie. Oprócz standardowych pytań o nazwisko, datę urodzenia, zawód, doświadczenie górskie na końcu zawsze było: żyjesz sam, z żoną czy z przyjaciółką. Koledzy nagminnie w tym punkcie podkreślali, że z żoną i z przyjaciółką, co irytowało ciągle miss Hawley i można było usłyszeć: „Wow!”.

Rok 1985, kolejne wyzwanie – południowa ściana Lhotse. Mieliśmy skąpe informacje o tej ścianie, bo i skąd, i wtedy zrozumiałem, jak ważną rolę odgrywa miss Hawley. Gdy opowiedzieliśmy jej o naszych planach, na drugi dzień otrzymaliśmy wszystkie raporty z poprzednich prób na tej ścianie, co z pewnością pomogło nam wybrać dobrze linię drogi. Myślę, że z takiej pomocy korzystało w tamtych czasach wiele wypraw. Oczywiście wraz z rozwojem cywilizacyjnym, upowszechnieniem internetu dziś już łatwiej dotrzeć do informacji o górach, ścianach i drogach. Z sentymentem jednak wracamy do spotkań, podczas których pisane ręcznie teksty, rzadko okraszone zdjęciami, były pochłaniane przez kolegów.

Miss Hawley doskonale znała filozofię wspinania polskich wypraw, wiedziała, że będziemy zawsze ostatnimi, którzy wracają z gór, bo przecież szczyt zapłacony, więc trzeba działać tak długo, aż go zdobędziemy. Potrafiła docenić nasze wejścia, odróżniała turystkę wysokogórską od wypraw sportowych.

Po każdej wyprawie, po powrocie do Katmandu, szybko nas odnajdywała, „Biodaty” nie wypełnialiśmy, bo nadal każdy żył z żoną i z przyjaciółką, ale sprawozdanie trzeba było sporządzić ze szczegółami.

Jak już wspomniałem, zwykle byliśmy ostatni po sezonie w Katmandu, ale raz, a to było chyba w 1987 roku, po Lhotse, pytana o wypadki górskie (robiła jak zwykle zestawienie po sezonie dotyczące sukcesów i porażek), miss Hawley powiedziała, że statystyka nie jest ostateczna, chociaż wszystkie wyprawy już wracają z gór, a to dlatego, że wyprawa Petera Hillary’ego jeszcze jest w drodze do Katmandu. Doświadczenie mówi jej, że coś się może wydarzyć, bo wyprawy Petera zwykle miały pecha.

W ostatnich latach życia w pozyskiwaniu informacji i sprawozdań z wypraw pomagała jej niemiecka dziennikarka Billi Bierling, myślę jednak, że miss Hawley panowała nad całością swojego archiwum, a po latach wydała cyfrową jego wersję – Himalayan Database. Każdy odchodzi, ale miss Hawley odeszła, zostawiając wielki dorobek, który będzie służyć następnym pokoleniom alpinistów. Chwała jej za to.

Krzysztof Wielicki

PRZEDMOWA

Znam Elizabeth od czterdziestu pięciu lat lub nawet dłużej. Gdy osiadła w Katmandu, szybko stała się częścią tej cudownej grupy ludzi, którzy nadają miastu koloryt i wigor. W skład tego „zespołu” wchodzili Inger i Borys Lissaniewiczowie, Desmond Doig, ojciec Moran, Barbara Adams, Jimmy Roberts oraz, zapewne w mniejszym stopniu, piszący te słowa.

W młodości zajmowała się badaniem źródeł dla redakcji w Nowym Jorku, ale szybko uznała to zajęcie za nudne. Zaczęła podróżować po świecie i chłonęła nowe doświadczenia i przygody. Była dzielną kobietą, nieobawiającą się nigdy stawić czoła wyzwaniom lub podróżować w rejony niepewne czy wręcz niebezpieczne.

W końcu Nepal stał się jej domem. Ludzie, kultura i tempo przemian politycznych – to wszystko przypadło jej tu do gustu. Znała wszystkich, których warto było znać, a gdy została korespondentką Reutersa, słała pełne dramatyzmu depesze o wyjątkowych zdarzeniach, które jakże często miały miejsce w Katmandu i na szczytach Himalajów. Jej mało nowoczesny volkswagen był dla wszystkich rozpoznawalny, a jeśli działo się coś godnego uwagi, natychmiast pojawiała się tam Elizabeth w swoim „garbusie”.

Elizabeth sama nigdy się nie wspinała, ale rozmawiała z przedstawicielami każdej wyprawy idącej w Himalaje, która zatrzymywała się w Katmandu. A gdy ci sami ludzie wracali, składali na jej ręce sprawozdanie ze swych sukcesów i niepowodzeń. Nikt nie ma szerszej wiedzy dotyczącej himalaizmu niż Elizabeth. Jest podziwiana i szanowana przez wszystkich wspinaczy.

Odegrała istotną rolę w stworzeniu agencji trekkingowej Mountain Travel należącej do płk. Jimmy’ego Robertsa. Jest niezrównaną damą, która nie ma cierpliwości do głupców, lecz jest pełna uprzejmości i wielkoduszności dla tych, których podziwia.

Gdy założyłem Himalayan Trust i zacząłem budować szkoły i szpitale dla ludzi żyjących w górach, Elizabeth okazała się dla nas darem niebios. Została kierownikiem naszych działań, nadzorowała nasze programy i kwestie finansowe z ogromną dozą rozsądku i roztropności. Pracujący dla nas Szerpowie podziwiali i szanowali ją na równi z nami, a ich praca przebiegała nad wyraz efektywnie.

Tak więc Elizabeth pracowała energicznie przy wszystkich swoich projektach, czy było to sporządzanie raportów o wspinaniu w Himalajach, czy kierowanie programami Himalayan Trust, czy też wypełnianie obowiązków konsul honorowej Nowej Zelandii w Nepalu. Jest kobietą skuteczną i odważną, która czymkolwiek się zajmie, robi to dobrze. Jest szanowana na świecie i, w rezultacie tego, otrzymała liczne odznaczenia i nagrody.

Jestem nad wyraz zadowolony, że jej niezwykłe i pełne wydarzeń życie w końcu zostaje opisane, żyła bowiem w zajmujących czasach, w fascynujących miejscach i pomiędzy niepowtarzalnymi ludźmi.

Niech na długo pozostanie tą niezwykłą, znakomitą osobą.

Ed Hillary,

2005

ROZDZIAŁ 1
ZAGADKA

Przybyłam do Nepalu i nie zamierzałam tu zostać. Po prostu nigdy nie wyjechałam.

– Elizabeth Hawley

Dobrze znana była mi renoma Elizabeth Hawley jako „wielkiej damy” Himalajów i niezrównanego autorytetu w sprawach wspinaczek w Nepalu. Opisywano ją jako najdoskonalsze źród­ło danych statystycznych na temat himalaizmu i „nepalską instytucję wspinaczkową mieszczącą się w ciele jednej kobiety”. Tak więc gdy wydawnictwo Mountaineering Books spytało mnie, czy byłabym zainteresowana napisaniem jej biografii, poczułam się zaintrygowana, przeczuwając, że poza ogromną sławą kryć się musi w niej niezwykła osobowość. Wcześ­niej zdarzało mi się wymieniać korespondencję z Elizabeth w związku z moją pracą dla festiwalu filmów górskich w Banff, lecz nasze kontakty można by opisać jako w najlepszym przypadku pobieżne. Jaka była jej historia? Jak – i dlaczego – kobieta pochodząca z samego serca Stanów Zjednoczonych wykuła sobie niespotykaną karierę arystokratki najwyższych gór świata? Mimo niezliczonych doniesień i artykułów o tematyce górskiej, które napisała na przestrzeni ponad czterdziestu lat, niemal nic nie napisano o niej. Byłam tym zaskoczona do czasu, aż zaczęłam rozmawiać z ludźmi, którzy ją znali.

Jej znajomi przestrzegali mnie zaskakująco zgodnie, że Elizabeth stanowczo strzeże swojej prywatności i mimo fascynującego życia, w Nepalu i nie tylko tam, wyrażali wątpliwości, czy zechce wyjawić mi cokolwiek godnego uwagi. Wszyscy, którzy pytali o jej przeszłość, otrzymywali jednostronicowy biogram stwierdzający podstawowe fakty z jej życia: urodzona w 1932 roku, obywatelka Stanów Zjednoczonych, zajęcia: dziennikarka, konsul honorowa, kronikarka himalaizmu. Pochodzący z Nowej Zelandii przewodnik Russell Bryce znał ją przez trzydzieści lat i nawet on nie był w stanie powiedzieć nic więcej o jej życiu osobistym.

Najwyraźniej dowiedzenie się czegokolwiek na temat Elizabeth Hawley nie miało być rzeczą łatwą. Amerykański wspinacz Carlos Buhler spotkał ją po raz pierwszy podczas wyprawy do Nepalu w 1979 roku, kiedy miał niewiele ponad dwadzieścia lat. Był zaprzątnięty wspinaniem i kwestiami logistycznymi, które musiał rozwiązać przed wyjazdem z Katmandu, gdy więc zadzwoniła do niego z pytaniami, nie był zachwycony. „Była wścibska, a ja w ogóle nie miałem pojęcia, kim ona jest, pomyślałem sobie: Boże mój, cóż to za kobieta?”. Rozpamiętując to, doszedł do wniosku, że potrzebował przynajmniej pięciu wypraw do Azji, by poznać ją na dobre i zrozumieć, czym się zajmowała. „Rozgryzienie jej wymaga czasu” – mówił. „Cieszę się, że wróciłem i przetrzymałem jakoś ten początkowy okres konsternacji, kiedy nie mogłem zrozumieć, kim właściwie była”. Lecz nawet po kilkunastu spotkaniach z Elizabeth Buhler nie był pewien, czy zdołał ją „rozszyfrować”. Jest w stosunku do niego tak samo szorstka teraz, jak była w 1979 roku. Zmieniła się jednak jego reakcja: „Już nie czuję się tym urażony, uwielbiam ją taką, jaka jest. Z początku po prostu brakowało mi życiowego obycia i nie miałem pojęcia, jak podejść do takiej osoby jak ona”.

Eleanor Schwartz, dobra przyjaciółka i koleżanka Elizabeth z jej lat młodości, nalegała, bym stworzyła coś więcej niż listę jej osiągnięć. „Postaraj się uchwycić jej osobowość” – przekonywała. I chociaż nie miało być to rzeczą łatwą, Elizabeth miała być „warta tego trudu”.

Heather Macdonald, pracująca przez pewien czas jako asystentka Elizabeth, zaproponowała jej napisanie jej biografii. Elizabeth odparła, że byłoby to marnotrawienie papieru. Heather zdawała sobie sprawę, że w głowie Elizabeth poukrywane były niesamowite historie, ale nie zdołała wydobyć ich na światło dzienne. Kiedy spytała, dlaczego Elizabeth zamieszkała w Nepalu, jej odpowiedź była niezbyt precyzyjna: „Przybyłam do Nepalu i nie zamierzałam tu zostać. Po prostu nigdy nie wyjechałam”. Mimo swej niechęci do opowiadania o sobie Elizabeth zawsze wywiera określone wrażenie – tajemnicy.

Żyła jako kobieta w świecie mężczyzn – wysportowanych, skoncentrowanych, egocentrycznych, pełnych determinacji i siły. Jednak większość z tych mężczyzn wydaje się albo odczuwać do niej nabożny szacunek, albo wręcz jej się obawiać. Przynajmniej jeden z nich rozważał umieszczenie jej w lekko tylko zawoalowanej formie jako postaci w swojej powieści. Postać ta miała być w typie wymagającej dyrektorki szkoły z lat trzydziestych czy czterdziestych ubiegłego wieku i miała roztaczać wokół siebie aurę strachu i grozy. Inni byli mniej liryczni: „Liz to po prostu Liz. Jest porywcza, ma swoje zdanie i nie boi się go wypowiadać. Jest ekscentryczna i dla wielu po prostu niemiła”. Niektórzy zatem nauczyli się „trzymać język za zębami” i schodzić jej z linii strzału.

Sir Edmund Hillary uważa, że „potrafi wystraszyć. Jeśli podejdzie się do Liz ze złej strony, może okazać się trudna. Jeśli jednak zaprzyjaźnić się z nią, ma się dobrego przyjaciela, i to na całe życie”. Zastanawia się, czy przypadkiem jedynymi ludźmi na świecie, którzy nie czują wobec niej lęku, nie są on i jego żona. Pewien pisarz wyznał, że „zawsze bawi go zastanawianie się, co też Liz robi, gdy nie spopiela ludzi strachem”. Brytyjski pisarz Ed Douglas przyznaje, że ludzie się jej boją, ale uważa ją za „seksowną, choć niemłodą już babkę”.

Conrad Anker, wspinacz ze Stanów Zjednoczonych, opisuje ją jako drobną, delikatną, upiornie dowcipną osobę będącą uosobieniem pewności siebie i do bólu rzeczową specjalistkę w swojej dziedzinie. Cały świat zna ją jako „pannę Hawley”. Anker widywał ją regularnie na przestrzeni czternastu lat, ale podczas swojej wizyty w 2002 roku zauważył, że „stała się zdecydowanie bardziej wiekowa i krucha. Nadal jest piękna i wysportowana, ale zaczęła nieco się garbić”. Ze śmiechem zauważa: „Uwielbia wspinaczy, szczególnie facetów!”. Przyznaje też, że zawsze ciekawiło go jej życie prywatne – a w szczególności plotki o romansach ze słynnymi himalaistami.

Istotnie, wiele osób ma skłonność do zachodzenia w głowę, jakież bajeczne życie osobiste Elizabeth musiała prowadzić: w ich wyobrażeniach przewijali się tajemniczy mężczyźni, jej złamane serce w Nowym Jorku, bliskie relacje z nepalską rodziną królewską i tym podobne. Do grupy dociekliwych zalicza się himalaista i pisarz Greg Child. Po przekazaniu jej informacji po zakończeniu wyprawy on i inni wspinacze dyskutowali między sobą na jej temat, puszczając wodze wyobraźni i spekulując: „Co ona tam właściwie robi? Z kim żyje? Co takiego ukrywa?”. Powstały niezliczone teorie, szczególnie o rzekomych kochankach, takich jak ppłk Jimmy Roberts, Eric Shipton czy sir Edmund Hillary.

Amerykański wspinacz i lekarz Charles Houston był przekonany, że Elizabeth nie była materiałem na żonę. Miała być na to zbyt niezależna. Istnieje wiele opowieści o tym, w jaki sposób i dlaczego przybyła do Katmandu, wliczając w to wersję o byciu porzuconą przez chłopaka oraz tę, w której osiadła w Katmandu, gdy podczas podróży skończyły się jej pieniądze. Włoski alpinista Reinhold Messner przyznaje, że Elizabeth jest całkowicie niezależną osobą, wolną i nowoczesną – i była taka od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Uważa, że zawsze wiedziała, czego chce, i nie obawiała się po to sięgnąć. Lecz jeśli to prawda, Elizabeth jest także kobietą pełną sprzeczności. Messner na własne oczy widział jej pruderyjność i przytacza jej rozmowę ze wspinaczem, który opowiadał o dzieciach, jakie miał ze swoją dziewczyną, i że zamierzał ją pewnego dnia poślubić. Elizabeth skarciła go za to i oznajmiła, że prawidłowa kolejność jest odwrotna: najpierw ślub, a dopiero potem dzieci.

Brytyjski filmowiec Leo Dickinson przeprowadził z nią wywiad w 1990 roku, kiedy był w Nepalu i zamierzał przelecieć balonem ponad Everestem, a także pracować nad filmem o brytyjskim wspinaczu Donie Whillansie. Dickinson wspomina ją jako „nieprzeniknioną” i „o obfitych kształtach”. Mówi też, że nie była osobą, z którą łatwo przeprowadzić wywiad. Ci, którzy spotkali ją w tym samym czasie, opisywali ją jako niską i przysadzistą, mocno zapracowaną kobietę, która nie zaprzątała sobie głowy wyglądem. Inni z kolei mówili, że była wysoka, szczupła, schludna i elegancka. Pewien wspinacz zapamiętał ją jako mierzącą dwa metry wzrostu i ważącą czterdzieści kilogramów – a przynajmniej takie na nim wywarła wrażenie. Czy na pewno mówili o tej samej osobie?

Zdaniem Dickinsona Elizabeth trzyma się faktów i liczb niczym encyklopedia. Wspomina, że poczuł, jak wyrasta między nimi bariera, gdy spróbował zadać jej nieco bardziej osobiste pytania. Porównał to wrażenie do fosy wokół średniowiecznego zamku: „Można wejść w jednym miejscu, ale nie da się wyjść w żadnym innym”. Jest przekonany, że jej zdaniem to, co robią inni, jest dużo bardziej godne uwagi niż cokolwiek, co dotyczy jej osoby. Przeszło mu przez myśl – lecz nie miał odwagi jej o to spytać – że zgodziła się na rozmowę o Donie Whillansie, ponieważ ona i Whillans przeżyli romantyczną przygodę.

Brytyjski wspinacz Doug Scott przyznaje, że teoria o romansie Elizabeth z Whillansem może nie być daleka od prawdy. Przypomina sobie rozmowę, jaką Elizabeth przeprowadziła z Whillansem, Hamishem McInnesem i nim samym na początku lat siedemdziesiątych, podczas której poświęcała szczególnie dużo uwagi Whillansowi, będąc, zdaniem Scotta, w nim zadurzona. Whillans był zresztą podobnego zdania. „Wydaje mi się, że mnie lubi... I chyba tego tak nie zostawię...”. Scott nie wie, co wydarzyło się potem, ale nie może powstrzymać śmiechu na myśl o nich dwojgu – rzekomo „biuściastej” Elizabeth i mierzącym niecałe 160 centymetrów Whillansie, nieco zaokrąglonym w pasie. Inna opowieść utrzymuje, że Elizabeth dotarła do Katmandu na początku lat sześćdziesiątych w towarzystwie wspinacza, który był również naukowcem. Chyba jednak najpopularniejsza plotka dotycząca jej romansów to ta, w którą wierzą niemal wszyscy himalaiści – że Elizabeth i sir Edmund mieli wieloletni romans. Doug Scott mówi krótko: „Oczywiście, to musiał być Ed!”. Elizabeth z zapałem broniła Hillary’ego przez lata życia w Katmandu, istnieje też historia o tym, że fizycznie stanęła w jego obronie w jednym ze schronisk Tiger Tops, kiedy usłyszała poniżającą go wypowiedź. Świadkowie twierdzą, że ruszyła na obrazoburcę z pięściami. Elizabeth gorąco temu zaprzecza.

Pozostawiając na boku kwestie romantycznych dociekań, Scott wyraża przekonanie, że większość wspinaczy i masa innych ludzi zainteresowanych jest opiniami i głęboką wiedzą Elizabeth na temat himalaizmu na terenie Nepalu. Potwierdza to Ed Viesturs. Każdy ze znanych mu wspinaczy, który ją spotkał i który z nią pracował, pragnie poznać historię i opinie Elizabeth Hawley. W końcu przecież przepytywała wspinaczy i pisała doniesienia o ich wyprawach w Nepalu przez ponad czterdzieści lat. Słyszała o niezliczonych niezwykłych historiach, a niektórych była świadkiem, jednak jej pisane regularnie raporty trzymały się ściśle faktów, nie zdradzając jej opinii. Co tak naprawdę myślała?

Po przeprowadzeniu rozmów z dziesiątkami wspinaczy i przyjaciół Elizabeth i przeczytaniu tysięcy jej listów przekazanych mi przez jej bratanka przyszedł czas, bym wybrała się do Katmandu i spotkała ją osobiście. Otrzymałam przestrogę, że „może sprawiać wrażenie robota”. Kilka osób poradziło mi, bym najpierw wypiła z nią drinka, by „przełamać lody”. Cokolwiek, od whisky do wina, miało się nadać.

Następnie doradzono mi, bym odrobiła zadanie domowe. „Musisz znać te wszystkie wielkie wydarzenia (...), te przełomowe”, ponieważ „jeśli nie będziesz tego wiedziała, potraktuje cię z góry”. Powiedziano mi, że jeśli zadam pytanie, jej typowym zagraniem będzie odwrócić je w taki sposób, żebym poczuła się ośmieszona dociekaniem o coś tak głupiutkiego. Stale wskazywano mi, bym pod żadnym pozorem nie zwracała się do niej inaczej niż „panno Hawley”. Przyjaciele ostrzegali mnie, że muszę przygotować się psychicznie na spotkanie z napastliwą, zajadłą i bezczelną kobietą. Polecono mi, bym była cierpliwa, skupiła się na swojej pracy i unikała konfrontacji.

Były też jednak pozytywne sygnały. Lady Hillary sugerowała, żebym „po prostu była sobą”. Elizabeth miała wcześniej skontaktować się z państwem Hillary w sprawie mojego projektu i chociaż z początku wydawała się oszczędna w słowach, obecnie była podobno „urzeczona” tym pomysłem. Elizabeth odbierała to jako komplement, ale nadal nie mogła zrozumieć, dlaczego chciałam o niej pisać, i zachodziła w głowę, któż mógłby chcieć o niej czytać. Sir Edmund zachęcił mnie, mówiąc, że to już najwyższy czas, by opowiedzieć jej historię. Był ponadto przekonany, że Elizabeth będzie ze mną współpracować.

Wspinacze raczyli mnie opowieściami, jak to tuż po dotarciu do Katmandu, w chwili gdy meldowali się w hotelu lub ledwo zaczęli rozpakowywać bagaż albo gdy wskakiwali pod prysznic, dzwonił telefon od Elizabeth, która chciała umówić się z nimi na spotkanie tak szybko, jak to było możliwe. Uznałam, że to dobry znak – być może ze mną też zechce się od razu zobaczyć. Różnica była jednak taka, że oni mieli coś, czego potrzebowała – informacje wspinaczkowe – ja natomiast nie. Z drugiej jednak strony ona miała coś, czego chciałam ja – historię jej życia.

Wyruszyłam więc ze swojego domu w kanadyjskich Górach Skalistych i rozpoczęłam długą podróż: Calgary, Londyn, Frankfurt, Bangkok i, w końcu, Katmandu. Kilka dni kiepskiego jedzenia, długich kolejek, niezmiernie ważnych papierowych świstków, niewygodnych foteli i stale rosnącej temperatury otoczenia. Lotnisko w Katmandu było pełne ludzi i panował w nim potworny upał. Wcisnęłam się do taksówki i potoczyłam w stronę hotelu położonego nieopodal rezydencji Elizabeth Hawley. Byłam w hotelu na tyle długo, by wypakować walizkę i umyć zęby, gdy zadzwonił telefon – to była ona! Uznałam, że to dobra wróżba.

Opisała mi, jak dotrzeć do jej domu, i wyraziła chęć jak najszybszego spotkania. Wrzuciłam więc do teczki butelkę whisky i ruszyłam w jej stronę. Nie zastosowałam się jednak wystarczająco dokładnie do jej wskazówek i zmarnowałam dodatkową godzinę, błąkając się po mieście w późnopopołudniowym upale pory monsunu. W Katmandu pełno było maleńkich sklepów, które sprzedawały wszystko, od armatury łazienkowej, przez jedwab, aż po aspirynę, a uliczni sprzedawcy wypełniali szczelnie chodniki, upłynniając świeże warzywa czy pieczoną kukurydzę. Ostre zapachy obezwładniały, a wrażenie to potęgowały nieustanny ruch drogowy i obłoki czarnych spalin. Dwa wąskie pasy jezdni zapchane były klekoczącymi autobusami, wymuskanymi SUV-ami, a także idącymi chyba w tysiące hałaśliwymi skuterami, z których wszystkie przemierzały miasto, nie przestając nawet na chwilę trąbić. Chodniki przypominały tor przeszkód składający się z niespodziewanych dziur czy wyrastających na zgubę stawom skokowym stopni, stert rozkładających się odpadków i gigantycznych, niezabezpieczonych otworów kanalizacji. Przyjemne dla oka, tradycyjne trzykondygnacyjne budynki z cegły kontrastowały ze stojącymi tuż obok cztero- czy pięciopiętrowymi cementowymi potworkami. Pięknie rzeźbione, wiekowe portale wychylały się nad głowami przechodniów, gryząc się ze swoimi aluminiowymi i betonowymi pobratymcami. Był to krajobraz przeobrażającego się miasta, odważnie odchodzącego od tradycji w stronę nowoczesności, z czasów średniowiecza do XXI wieku. Wszystko to graniczyło z całkowitym chaosem.

W końcu dotarłam do czarnego, żelaznego płotu z bramą w północnej części ulicy. Po prawej stronie od bramy widniała wyglądająca oficjalnie mosiężna tabliczka głosząca: „Himalayan Trust, Miss Elizabeth Hawley, Honorowy Konsulat Nowej Zelandii”. Tabliczka zwiastowała porządek w świecie chaosu. Przeszłam przez bramę, pozdrowiłam strażnika, zeszłam nieco spadzistym terenem i znalazłam się na dziedzińcu otoczonym kwitnącymi drzewami, żywopłotami i małym skrawkiem zielonego trawnika. Nagle wszystko ogarnęła niewiarygodna cisza.

Przy dziedzińcu stało kilka domów. Miejsce zamieszkania Elizabeth Hawley przez przeszło czterdzieści pięć lat znajdowało się w środku. Wejście na parterze prowadziło do głównego biura Himalayan Trust, organizacji założonej przez sir Edmunda Hillary’ego, która ma za cel wspieranie edukacji i stanu zdrowia Szerpów nepalskiego regionu Khumbu. Przeszłam w lewo i w górę schodkami do uchylonych drzwi z siatki ozdobionych sznurkiem pełnym dzwoneczków mających zapewne ogłaszać przybycie gości.

Po drugiej stronie siatkowych drzwi schody ostro wznosiły się do małej platformy, skąd zajrzeć można było do schludnego, uporządkowanego biura. I tam właśnie znajdowała się ona, grając w pasjansa na komputerze.

Spoglądając znad okularów, zwróciła głowę w moją stronę, by mnie przywitać: „Zgubiłaś się, co? Nie przejmuj się, to tak jak wszyscy”. Wstała od biurka i podeszła pewnym krokiem, by uścisnąć mi dłoń, wciąż spoglądając znad okularów do czytania. Była niższa, niż przypuszczałam, szczupła i zadbana. Jej oczy osiemdziesięcioletniej kobiety były ciemne i patrzyły bystro, zlustrowały mnie pewnym spojrzeniem. Przeniosłyśmy się do części, gdzie można było usiąść, tam zaproponowała mi coś zimnego do picia. Po półgodzinie spotkania panna Hawley poprosiła mnie, bym nazywała ją Elizabeth. I tak to się zaczęło.

ROZDZIAŁ 2
UMYSŁ ENCYKLOPEDYCZNY

Zagadka jest wciąż nierozwiązana, lecz jej upór nie pozwala tak tego zostawić.

Następnego dnia przyglądałam się, jak Elizabeth, Szerpa Pemba Dorje i dwóch jego towarzyszy brali udział w czymś w rodzaju przesłuchania, które najlepiej uzasadniało jej reputację osoby uczciwej, nieustępliwej i niedającej się wyprowadzić w pole. Pemba, żylasty, spalony słońcem, niezwykle pewny siebie sportowiec, przysiadł na jej kanapie niczym napięta sprężyna, gotów zostać tam jedynie tak długo, jak potrwa przekonanie jej o prawdziwości jego ostatniego wyczynu wspinaczkowego, który inni wspinacze podawali w wątpliwość.

Dla dwudziestosiedmiolatka specjalizującego się w nadzwyczajnie szybkich wyjściach na szczyty była to kwestia nie tylko dumy, ale też miejsca w historii. W świecie wspinaczkowym pojawił się efektownie: świat poznał go, kiedy został opisany przez takie magazyny jak „Rock & Ice” oraz „Gripped”. Czy jego wyczyn był jednak prawdą? Czy Elizabeth mu wierzyła? Pemba twierdził, że pokonał 3500 metrów w pionie z bazy na lodowcu Khumbu do wierzchołka Mount Everestu w osiem godzin i dziesięć minut nocą z 20 na 21 maja 2004 roku. Wspinał się samotnie, używając tlenu z butli powyżej ostatniego obozu położonego około 7900 metrów nad poziomem morza. Obwieszczenie tego zdumiewającego przejścia wywołało sceptyczną reakcję innych wspinających się Szerpów, a podważone zostało przez jego rywala, Szerpę Lhakpa Gelu, który miał na koncie pobicie rekordu Pemby z zeszłego roku.

Wydawało się niewiarygodne, by Pemba mógł poprawić swój czas zaledwie sprzed roku o cztery i pół godziny, i to tę właśnie kwestię drążyła Elizabeth. Przedstawił jej jednak wiarygodne wytłumaczenie: 16 maja, kilka dni przed swoim historycznym wyczynem, zdobył górę całkowicie bez wspomagania się tlenem z butli. Tamto wyjście miało go przygotować zarówno mentalnie, jak i fizycznie na szybkie wejście z 20 maja, które odbyło się z użyciem tlenu. Inni członkowie jego drużyny podawali jednakowoż, że na wcześniejszym wyjściu od czasu do czasu używał tlenu, i ta nieścisłość nie dawała Elizabeth spokoju.

Jednym z problemów, jakie nastręczała jego wersja, było to, że osiągnął wierzchołek w środku nocy, i to w nocy, kiedy w górnych partiach Everestu nie było nikogo. Ponieważ jego aparat się zepsuł, nie przyniósł ze szczytu żadnej fotografii. Spytała go zatem, w jaki sposób mógłby udowodnić, że rzeczywiście tam był. Odparł, że kiedy był na wierzchołku, zobaczył światła czołówek zbliżające się od strony południowej. Upewniła się, że dobrze usłyszała, co powiedział, i zapisała jego słowa, by porównać je potem z innymi źródłami i doniesieniami.

Po godzinnej sesji pytań, odpowiedzi, powtórzonych pytań i jeszcze bardziej szczegółowych odpowiedzi oraz po sporządzeniu obfitych notatek Elizabeth skonkludowała: „Gratuluję, udało ci się dokonać godnej podziwu rzeczy”. Pemba i jego towarzysze powstali z wyraźnym odgłosem ulgi i pożegnali tę niezwykłą, dociekliwą kobietę. Dla Elizabeth Hawley była to pierwsza z wielu rozmów na ten temat. W następnych tygodniach przejście to miało pochłonąć wiele jej uwagi i zaangażować mnóstwo jej detektywistycznych talentów.

Nim zabrałyśmy się poważnie do rozmowy, którą chciałam z nią przeprowadzić, Elizabeth oprowadziła mnie po swoim domu, wskazując co ciekawsze przedmioty. Jej biuro pełne jest pamiątek, zdjęć, książek o tematyce górskiej, są tam też dwa obrazy będące dziełem Szerpów z Khumbu. Większość mebli jest drewniana, o prostej konstrukcji. Niewielka sofa i dwa tapicerowane fotele wydają się lekko zużyte. Jedną trzecią pomieszczenia zajmuje ogromne biurko, mniejszy stolik, proste drewniane krzesła i zwyczajne wyposażenie biura. Pomieszczenie to, pełniące funkcję jej biura i pokoju dziennego, składa się wyłącznie z twardych powierzchni, niewiele jest tam miękkości, co sprawia wrażenie ogólnej surowości.

Staroświeckie drewniane szafki wspierające ściany biura wypchane są teczkami zawierającymi bazę danych o himalaizmie. Każde wyjście górskie tam opisane opatrzone jest informacją o roku, górze, jakiej dotyczy, oraz drodze wspinaczkowej. Każdy taki dokument zawiera część dotyczącą przyjazdu, biogramy każdego z członków wyprawy, część dotyczącą powrotu, listy, zdjęcia i szkice dróg. W przypadku interesujących bądź niezwykłych wspinaczek Elizabeth zanotowała dokładne położenie obozów, charakterystyczne formy terenu, odległości, czasy przejścia między obozami, informacje o użyciu tlenu i cokolwiek jeszcze uznała za godne uwagi. Jeśli przekazano jej jakiekolwiek listy lub zdjęcia, zostają one dołączone do dokumentacji. W niektórych przypadkach prosiła kierowników wypraw o szczegółowy raport z wyjścia na górę, krok po kroku i dzień po dniu. Takich teczek są tam tysiące. W nich zawiera się historia himalaizmu uprawianego w Nepalu. Gdy przyjrzałam się bliżej, spostrzegłam, że wszystkie półki i szafki są mocno przytwierdzone do ściany, komputer przykuty jest do ściany łańcuchem, a podobny łańcuch łączy faks ze stołem, na którym stoi. „To przez trzęsienia ziemi” – wyjaśniła. „Nie są tu rzadkością”. Z uśmiechem dodała: „W każdej chwili może nadejść jedno z poważniejszych”.

Do biura przylega jadalnia, urocza w swojej prostocie. Drewniany stół, przy którym wygodnie usiąść może sześć osób, zajmuje miejsce na środku pomieszczenia. Na jego blacie leży niewielki notatnik. W serwantce znajdują się naczynia. Ot, tyle, jest tu naprawdę prosto. Wysokie przeszklone podwójne drzwi otwierają się na nieduży balkon. Wyobraziłam sobie Elizabeth siedzącą niczym królowa u szczytu stołu, zabawianą opowieściami przez podróżników i himalaistów. Była to jadalnia przeznaczona dla interesujących ludzi, do nieśpiesznych obiadów, ekscytujących rozmów i śmiechu.

Korytarz prowadzi do ciekawej i malutkiej łazienki – mnóstwo tam zakamarków, a każde miejsce ma tam swoje przeznaczenie. Spore zagłębienie w ścianie mieściło w swoim czasie bojler, obok jest miejsce na ręczniki, na małej półeczce spoczywa kolejny notatnik. Przy toalecie znajduje się staromodny, wysoko zawieszony zbiornik na wodę ze spłuczką w formie długiego cienkiego łańcuszka. Wanna wygląda na taką, w jakiej z ledwością można by zażyć odprężającej kąpieli, szczęśliwie jednak Elizabeth jest kobietą drobną.

W sypialni nic nie jest w rozmiarze XL, L czy nawet zwyczajnie dużym. Szafy na odzież są konserwatywne, jest tam mała komódka, a jej łóżko z baldachimem, chociaż prezentuje się elegancko, jest malutkie. Zasłonięty moskitierą w ciepłych porach roku jej wąski materac wygląda na użyteczny, ale raczej nie luksusowy. Kolejny notatnik znajduje się pod ręką, na małym stoliku obok łóżka.

Przechodząc z pokoju do pokoju, zauważyłam, że wszystkie ściany pomalowane są na kość słoniową, chociaż Elizabeth wskazała mi nieznaczne różnice w odcieniach – wszystkie wybrane przez nią samą. Wejście do kuchni, całej w krzycząco jasnej, musztardowej żółcieni, było szokiem dla zmysłów. Czyżby ona także wybrała ten kolor? „O Boże, nie” – odparła z drwiną w głosie. „To mój kucharz za to odpowiada. To on spędza całe dnie w kuchni, już na pewno nie ja”. Kuchnia jest niewielka, lecz wygląda na dobrze zorganizowaną i wydajną.

Na balkonie znajdują się cztery ogromne akumulatory wymontowane z ciężarówek, gotowe w każdej chwili przejąć zasilanie rozmaitych sprzętów na wypadek awarii sieci elektrycznej, co nie należy tutaj do rzadkości. Elizabeth ma też zawsze pod ręką latarki na baterie, by móc poruszać się po pokojach niepodłączonych do zasilania z akumulatorów na balkonie. Gniazda elektryczne w jej mieszkaniu to eklektyczna mieszanka wariantów na dwa bolce, na trzy wąskie, trzy grube oraz takie, w jakie można wpinać wtyczki i wąskie, i szerokie. Słowem przegląd dziejów i obraz postępów elektryczności w Katmandu.

Zapytałam ją w końcu o notatniki. Znaczący błysk w jej oku dał mi do zrozumienia, że czekała na to pytanie. Wyjaśniła, że nigdy nie wie, kiedy coś ważnego może przyjść jej do głowy, a myśl, że mogłaby stracić jakiś pomysł, szczegół czy rzecz ważną do zrobienia, jest dla niej nie do przyjęcia. „Ja zawsze działam według jakichś systemów” – objaśniła. „Wiesz, kiedy zajrzałaś do łazienki, wszystko było tam czyste i na miejscu nie po to, by sprawić ci przyjemność”. Wróciliśmy więc do łazienki, by mogła wyjaśnić jej system użytkowania ręcznika: „Kiedy wychodzę z wanny, biorę do ręki ręcznik i składam go na cztery części. Każda z tych części służy do wytarcia określonej części ciała, bym miała pewność, że uniknę sytuacji, w której musiałabym się wycierać mokrym ręcznikiem”. Na koniec wskazuje, że notatnik znajduje się w zasięgu ręki osoby znajdującej się w wannie.

Chociaż jej umysł jest sprawny, a ona sama wydaje się mieć mnóstwo zabawy moim kosztem, Elizabeth sprawia wrażenie osoby drobnej i kruchej. Ma na sobie lekką, wykonaną z bawełny, pastelową i pełną wzorków sukienkę o krótkich rękawach. Jej włosy są zgrabnie ułożone, a ciągle te same okulary do czytania tkwią na jej nosie. Nogi ma szczupłe, nagie i opalone. Ma 160 centymetrów wzrostu, nie jest więc tak wysoka, jak tego się spodziewałam, ale swego czasu mogła być wyższa. Jej oczy są ciemnobrązowe, duże i czyste. Mam wrażenie, że nosi makijaż, a także szminkę o jasnym odcieniu.

Oprowadzanie dobiega końca, wracamy do jej biura, gdzie telefon wciąż dzwoni. Podnosząc słuchawkę, reaguje różnie – czasem jest gładka jak aksamit, czasem niecierpliwa, by nie powiedzieć nieprzyjemna. Jej głos brzmi raczej szorstko, zupełnie inaczej niż podczas prowadzenia rozmowy ze mną. Sporadycznie zjawia się ktoś z Himalayan Trust lub któryś z jej pracowników – do jednych i drugich zwraca się ostro. Jedynym wyjątkiem jest jej kierowca, przystojny młody człowiek imieniem Suben, który gawędzi z nią o jakiejś części w trzewiach silnika samochodu. Część nie działa, jak powinna, a on próbuje załatwić naprawę. Sprawia wrażenie człowieka, który wie, co mówi, więc Elizabeth przystaje na jego prośby i daje mu pieniądze na konieczne wydatki. Być może wynika to z jej braku doświadczenia w mechanice samochodowej, ale Suben jest jedynym tego popołudnia, kto nie zostaje przez nią skarcony.

Lubiany przez nią obraz spadł ze ściany i stoi oparty o jedną z szafek na dokumenty. Wyjaśnia, że wisiał przez blisko czterdzieści lat na sznurku, który w końcu się rozpadł. Jeden z pracowników wraz ze stolarzem przychodzą, by z powrotem powiesić obraz, a Elizabeth rzuca sucho komendy, po których słychać niemałą liczbę uderzeń młotkiem i trzasków. Po chwili obraz znowu wisi, na pierwszy rzut oka widać jednak, że krzywo. Elizabeth gniewnie przypomina sobie, że jedyny sposób, by coś zrobić dobrze, to zrobić to samemu.

Elizabeth opisuje mi typowy dzień w jej życiu, który zaczyna się wczesnym śniadaniem i gruntowną lekturą dwóch lokalnych dzienników. Spotkania zaczyna o ósmej rano, wtedy Ang Rita z Himalayan Trust przychodzi do niej z dołu, by omówić wydatki, jakie mogą być konieczne w związku ze szkołą lub szpitalem, nad którymi obecnie pracuje. Elizabeth przydziela środki z konta organizacji i zatwierdza zakres koniecznych prac.

Następnie dzwoni do kierowników wypraw himalajskich i umawia się na rozmowy. Woli sama udać się do ich hoteli, ponieważ im jakoś trudniej ją znaleźć (odczuwam ulgę, gdy dowiaduję się, że nie jestem jedyną, która tutaj się gubi). W ciągu ranka przeprowadza jedną lub dwie rozmowy, a kierowca wozi ją od hotelu do hotelu. Od wytwornych, drogich miejsc po marne hostele, zależnie od wyprawy.

Będąc z powrotem w domu, zjada wczesny lunch w jadalni: „Zajmuje mi dwie minuty, by przejść od biurka na lunch”. Ma świetnego kucharza, który przygotowuje jej lekką potrawę jak suflet czy krewetki z ryżem. Przychodzi pora, by zebrać wszystkie informacje, jakie uzyskała w czasie rozmów z członkami ekspedycji, i przepisać je podczas popołudnia, co czasem trwa i do wieczora. Popołudniami dzwoni też do agencji trekkingowych i hoteli: „Czy wyprawa przyjedzie jutro? Czy już się zameldowali? Może zmienili swoje plany?”. Wie dokładnie, kiedy jest codzienny rejs Thai Airways, więc kilka chwil po dotknięciu przez samolot ziemi już dzwoni do kierowników wypraw w ich hotelach, by umówić się na spotkania następnego dnia.

Kolacja jest o 17.30. Wieczory to dobra pora, by zadzwonić do ludzi, których nie była w stanie złapać za dnia, to także czas, by skończyć pisanie. Chociaż jej praca jest w dużej mierze skomputeryzowana, pewne rzeczy woli zrobić ręcznie. Prowadzi listy agencji trekkingowych, hoteli i wypraw uporządkowane według góry, nazwiska lidera, nazwy hotelu oraz spodziewanych dat przyjazdu i wyjazdu. By lepiej zorganizować swój czas, stworzyła dokument, który w chronologicznym porządku podaje daty przyjazdu wypraw. Kilka razy w ciągu tygodnia uaktualnia ten pięciostronicowy program, ponieważ plany nieustannie ulegają zmianie. Nie chce jednak tego robić na komputerze, „ponieważ dłużej by to trwało”. Opisuje tę pracę jako „świetną rozrywkę na wieczór”.

Kiedy Elizabeth kończy pracę, czyli około 21 lub 22, zabiera się do lektury „International Herald Tribune”, co jest codziennym rytuałem zapoczątkowanym we wczesnych latach jej wędrówek, czyta też dziennik wydawany w Indiach. By się odprężyć, rozwiązuje krzyżówkę z „Tribune”, a potem jeszcze może z godzinę zmaga się z pasjansem na komputerze. Później przychodzi pora, by wyłączyć komputer i umieścić zapasowe kopie plików w metalowej skrzynce obok łóżka – w razie trzęsienia ziemi będzie w stanie uciec z nimi przez tylną klatkę schodową. Wreszcie może teraz wybrać, w co ma się ubrać następnego dnia, i pójść spać. Szesnaście godzin aktywności dziennie to dla niej norma.

Zdarzają się jednak czasem odstępstwa. Na przykład w czwartkowe poranki odwiedza swojego fryzjera. Poza uczesaniem zagłębia się w miejscowych ploteczkach, a ponieważ ona i królowa Nepalu czeszą się u tej samej osoby, zawsze dowiaduje się czegoś godnego uwagi. „To, całkiem niezła rozrywka na czwartkowe, przedpołudnie” mówi. W soboty jej telefon dzwoni rzadziej i mniej osób jej przeszkadza. W weekendy pisze swoje comiesięczne raporty dla agencji Tiger Tops, opracowuje sezonowy raport o himalaizmie i kończy sprawy księgowe dla Himalayan Trust.

Raport dla Tiger Tops jest swego rodzaju „raportem o stanie Nepalu”, analizą zawierającą wątki polityczne, gospodarcze i turystyczne, którą pisze dla prezesa firmy. Przygotowując ją, wycina wszystko, co uzna za godne uwagi, z lokalnych gazet i zachowuje na weekendową sesję pisania. Twierdzi, że właściwie to nie lubi pisać, ale za to uwielbia zbieranie informacji.

Tłumaczy mi, że praktycznie nie ma dnia, kiedy nie pracuje, nawet w wieku osiemdziesięciu lat. Po chwili zastanowienia przyznaje, że raz na jakiś czas zdarza się jej dzień – zwykle jest to niedziela, pod koniec lipca – kiedy nie ma nic pilnego do zrobienia. Tego wspaniałego dnia pozwala sobie na luksus całodziennego czytania kryminału. Nie pamięta, by pozwoliła sobie na to w ciągu ostatnich lat, ale pamięta taki dzień jakiś czas temu i był on cudowny. Wybiera kryminały, ponieważ pełne są zagadek, a ona uwielbia je rozwiązywać.

Wszystkie wypady Elizabeth poza mieszkanie wynikają z jej pracy. Nigdy na przykład nie kupuje jedzenia. „Ja? Na zakupach?”. Często powtarza: „Moi pracownicy robią to, co potrafią, a to, czego nie potrafią, robię ja”. Robienie zakupów to coś, co potrafią oni. Nie zadaje sobie nawet trudu, by powiedzieć kucharzowi, co ma ugotować – on doskonale wie, co ona lubi, i zadba o to.

Większość czasu spędza na rozmowach z himalaistami. To dzięki nim powstają raporty, które pisze dla licznych gazet i magazynów górskich z całego świata: „American Alpine Journal” ze Stanów Zjednoczonych, „Desnivel” z Hiszpanii czy „Klettern” z Niemiec i innych. Od wspinających się popularnymi drogami nie wymaga wielu szczegółów, ale od tych, którzy robią rzeczy nadzwyczajne, chce opisów bogatych w detale. Pyta ich o dokładne położenie obozów – w szczelinie, przy skalnej turni czy na półce? Z tych faktów powstaje baza danych.

Jej formularze służące do zbierania informacji niewiele się zmieniły przez te wszystkie lata. „Podaj swój e-mail” pojawiło się po prośbie Christiana Beckwitha, redaktora „American Alpine Journal”. Dawniej pytała o „narodowość”, zastąpiła ją jednak „obywatelstwem”, a to dlatego, że problemy z narodowościami zaczęły pojawiać się w następstwie rozpadu wielkich państw na wiele małych. Doskonałym przykładem jest Anatolij Bukriejew. W formularzu podał, że jest Rosjaninem, zauważyła jednak, że posługuje się paszportem kazachskim. „Ale mimo to jestem Rosjaninem!” – upierał się. Zarówno jego ojciec, jak i matka byli Rosjanami, Anatolij jednak mieszkał w Kazachstanie. Podobnie jak Szerpa w rubryce narodowość podałby raczej Szerpa niż Nepalczyk, narodowość Bukriejewa w ustroju radzieckim pozostawała rosyjska z uwagi na jego rodziców. Kiedyś podano jej narodowość „żydowską” tylko dlatego, że w sowieckich dokumentach tożsamości rozróżniano ludzi „sowieckich” od „żydowskich”. W odpowiedzi na pytanie o narodowość ktoś kiedyś podał: „cygańska”.

Wspinacz amerykański Dave Hahn, który ma za sobą dwadzieścia wypraw na ośmiotysięczniki, spotyka się z Elizabeth przed każdym wyruszeniem w góry i po nim. Słysząc o jej niechęci do zmiany formularzy w odpowiedzi na zmieniające się czasy, reaguje śmiechem. Wciąż jest tam do zaznaczenia opcja „mieszkam z dziewczyną”, lecz nie ma „mieszkam z chłopakiem”. Elizabeth nie widzi potrzeby takiej zmiany, chociaż przyznaje, że istnieje nieskończona liczba kombinacji: kiedyś otrzymała formularz wypełniony przez wspinającą się kobietę, która zaznaczyła „mieszkam z dziewczyną”. Zakładając, że zakradł się błąd, Elizabeth poprawiła to w czasie, gdy wspinacze byli w górach. Gdy jednak wrócili, owa kobieta, śmiejąc się, wskazała, że „mieszkam z dziewczyną” było prawidłową odpowiedzią.

Elizabeth dokumentuje wszystkie wyprawy, które wspinają się po stronie Nepalu, a także po drugiej stronie gór znajdujących się na granicy. Wyjaśnia, że „nie da się opisać po prostu połowy Everestu”. Prowadzenie rozmów ze wspinaczami zajmuje jej corocznie około trzech i pół miesiąca podczas trzech wspinaczkowych pór roku: wiosny, jesieni i zimy. Najintensywniejsza jest wiosna, niesie cieplejszą pogodę, lecz także ciągłe niebezpieczeństwo wystąpienia monsunów. Kiedy sezony wspinaczkowe trwają, Elizabeth spędza „połowę swojego czasu na nogach”, przeprowadzając rozmowy i zapisując ich wyniki.

Amerykański wspinacz Ed Viesturs uwielbia chwile, gdy w jego hotelu, często tuż po zameldowaniu się, dzwoni telefon. „Wyczekujemy tego, to niezła uciecha”. Elizabeth przekazuje mu bieżące plotki, a on odwdzięcza się tym samym. W jego ocenie Elizabeth zazwyczaj zwraca się do niego w lekkim tonie, ale zdarza się jej być w marudnym nastroju i dopiec mu za to i owo. Przypomina sobie, jak przesłuchiwała go po jednej z wypraw, wypytując o położenie obozu II. Nie był sobie w stanie tego przypomnieć, ona jednak nalegała, argumentując, że potrzebuje tych danych do swojego raportu. Postanowił więc coś zmyślić. Niestety, lokalizacja, którą podał, była błędna i został zbesztany. Teraz wspomina to jako coś zabawnego. Viesturs twierdzi, że Elizabeth zawsze pojawia się w hotelu o czasie, zawsze elegancko ubrana i uczesana. W efekcie i on dba o to, by być dobrze ubranym i nie mieć włosów w nieładzie. „To normalna grzeczność i szacunek” – tłumaczy. Ma też poczucie, że musi uważać, co i w jaki sposób mówi.

Lecz nie każdy jest równie skory do współpracy jak Viesturs. Robin Houston, wspinacz, lekarz i syn dr. Charlesa Houstona, miał wiele okazji, by obserwować ją w działaniu. Potwierdza, że czasem himalaiści nie poświęcają jej należytej uwagi bądź nie darzą szacunkiem wskutek trudnych z nią relacji. Przyznaje jednak, że bardziej doświadczeni wspinacze, ci, którzy wiedzą, co i jak, jednak z nią współpracują i szanują jej dokładność oraz pilność. Doceniają to, że ułatwia im opowiedzenie swoich historii. Nie muszą się fatygować, to ona przychodzi do nich. Oni muszą jedynie podać swoje zamiary, przekazać dokładne informacje, powiedzieć, co tak naprawdę miało miejsce, a ona zajmie się resztą. Dokładnie i precyzyjnie.

Tashi Tenzing, wnuk Tenzinga Norgaya, nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego część himalaistów nie chce z nią współpracować. „Ich zdaniem zabiera im cenny czas, ale w rzeczywistości to ona im swój czas poświęca – podejmuje wysiłek, by spisać szczegółowo to, co jest dla nich tak istotne”.

Niektórzy jednak postrzegają ją jako osobę zimną i odpychającą. Wspinacz i filmowiec amerykański David Breashears przypomina sobie, jak zbeształa kiedyś kogoś za nieprzeczytanie pewnej konkretnej książki przed rozmową z nią. Widział, jak bywała odpychająca, by nie powiedzieć wręcz arogancka i niemal wroga. Jego zdaniem bierze się to z faktu, że od tylu lat obsługiwana jest przez czołobitnych i posłusznych Nepalczyków. Niektórzy uważają to za jej drażniącą cechę. Według niego to jedyna jej wada.

Australijski wspinacz Greg Child przypomina sobie, jak odwiedziła go po jego próbie zdobycia Melungtse. Zapytała go, czy zdobył szczyt, a kiedy odparł, że nie, rzuciła: „No proszę, i po robocie”, i wyszła. Zamówił jej wtedy dzbanek herbaty, ale nim go przyniesiono, już jej nie było. Sądzi, że w hotelu był ktoś inny, z kim chciała porozmawiać, ale do niego przyszła najpierw. Podsumowuje: „Dość trudna w obejściu starsza pani”.

Z drugiej strony Houston często był świadkiem tego, jak w pocie czoła dochodziła do sedna złożonych bądź kontrowersyjnych historii. Często przeprowadza wiele rozmów związanych z tą samą wyprawą, szuka różnych punktów widzenia i zbiera wszystkie dane, by dotrzeć do prawdy, szczególnie jeśli podejrzewa, że dokonano czegoś przełomowego lub że w zespole występowały tarcia. Houston przypomina sobie, jak w Summit Hotel zadawała serię trudnych pytań młodym wspinaczom i „odgrywała rolę trybunału”.

W ciągu następnych dni sama miałam być tego świadkiem. Po rozmowie z Pemba Dorje Elizabeth zmieniła się w detektywa – zaczęła od sprawdzenia w swoich dokumentach, czy ktoś w tym samym czasie wspinał się po północnej stronie Everestu. Żywa dusza nie wyszła wtedy na szczyt, aczkolwiek pewien Bułgar wspiął się na wysokość 8500 metrów, poszukując zaginionego partnera. Gdy zajrzała w swoje notatki, przypomniała sobie, że Pemba podawał, iż widział światła czołówek powyżej ostatniego obozu. Wracając do informacji od Bułgara, przekonała się, że na poszukiwanie zaginionego wyruszył tylko jeden człowiek. Skąd więc informacja o trzech światłach? Nie znajdując rozwiązania, odłożyła tę kwestię na jakiś czas.

Wieczorem tego samego dnia przypomniała sobie o znajomym Szerpie, który zdobył wierzchołek Everestu od północy. Zapytała go zatem o możliwość dostrzeżenia czołówek z tamtej okolicy. Dwa dni później Chuldim siedział na jej kanapie i przyglądał się fotografiom. Mówi jednoznacznie: „Nie da się zobaczyć tamtej części góry z rejonu wierzchołka”. Tłumaczy, że nie sposób zobaczyć świateł czołówek osób wspinających się po północnej stronie, ponieważ zasłania je niewielka grań.

Zagadka pozostaje bez rozwiązania, ale dociekliwość nie pozwala Elizabeth tak tego zostawić. Następnym krokiem jest sprawdzenie poszczególnych czasów Pemby, które – jak twierdzi – podawał przez całą noc przez radio człowiekowi z Sagarmatha Pollution Control Committee, Nuru Jangbu, który znajdował się w bazie. Tak właśnie działa Elizabeth Hawley, himalajska detektyw, wysokogórska kronikarka: bezlitosna, gdy zadaje pytania, zawzięta, gdy ustala fakty, i niezłomna w staraniach, by poznać prawdę.

Przez następne dziesięć dni, które spędziłam z Elizabeth Hawley, dowiedziałam się o jej niesłabnącej fascynacji polityką i historią, jej przekonaniu o wartości dobrego wykształcenia, jej licznych podróżach po całym świecie, różnorodnych przyjaciołach i znajomych, stalowej etyce pracy, osobliwym poczuciu humoru i, rzecz jasna, o jej głębokiej wiedzy na temat himalaizmu. Kurt Diemberger, pochodzący z Austrii wspinacz i realizator filmowy, powiedział mi kiedyś: „Jestem pewny, że gdyby zechciała, mogłaby opowiedzieć tyle historii o wspinaczach, że starczyłoby na całą książkę. Mam nadzieję, że uczyni to dla ciebie”. I tak właśnie się stało – poprzez jej opowieści poznałam całkowicie nowe spojrzenie na dzieje wspinania w Nepalu.

[...]

Pierwszy pojazd Elizabeth – drewniany trójkołowiec

Ze zbiorów Michaela i Meg Leonard

Młoda Elizabeth w posiadłości swej rodziny w Vermont

Ze zbiorów Michaela i Meg Leonard

[...]