Wydawca: Paganini Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2016

Eliasz. Kiedy nie chce mi się żyć, czyli depresja powołanego ebook

Debora Sianożęcka  

5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Eliasz. Kiedy nie chce mi się żyć, czyli depresja powołanego - Debora Sianożęcka

ELIASZ – charyzmatyczny prorok, cudotwórca, a zarazem kruchy psychicznie człowiek, walczący z pokusą wielkości, dramatycznie przeżywający swoje powołanie. Jego służba Bogu stała się wzorcowa dla wszystkich, którzy mają powołanie kapłańskie. Wbrew temu, co powszechnie sądzi się o ludzkich słabościach jako przeszkodach w realizacji celów powołania, okazuje się, że są one ułatwieniem dla objawienia się Bożej mocy.

Na pewno książka ta będzie pomocą dla osób powołanych, czy posługujących we wspólnotach ale też i wielką ulgą dla tych, którzy przygotowując się do kapłaństwa, lękają się czy poradzą sobie z wyzwaniami jakie niesie misja prezbitera. Zapewne też tym, którzy nie są kapłanami pozwoli z większą wyrozumiałością spojrzeć na usługujących w konfesjonałach i przy ołtarzach i otoczyć ich troskliwą modlitwą.

Opinie o ebooku Eliasz. Kiedy nie chce mi się żyć, czyli depresja powołanego - Debora Sianożęcka

Fragment ebooka Eliasz. Kiedy nie chce mi się żyć, czyli depresja powołanego - Debora Sianożęcka

Okładka

Strona tytułowa

Debora Sianożęcka

Eliasz

Kiedy nie chce mi się żyć, czyli depresja powołanego.

Strona redakcyjna

Korekta: Gabriela Kuc-Stefaniuk (www.twojtekst.eu)

Skład i łamanie: Marcin Jakimowicz

Projekt okładki: Anna Smak-Drewniak

Rysunek na okładce: „Eliasz” Augustyn Pelanowski OSPPE

© Debora Sianożęcka 2016

© paganini Kraków 2016

ISBN 978-83-89049-53-7

ISBN 978-83-89049-54-4 pdf

ISBN 978-83-89049-55-1 epub

ISBN 978-83-89049-56-8 mobi

Sklep: ul. Batorego 19

31-135 Kraków

Księgarnia internetowa: www.paganini.com.pl

Dział handlowy: dystrybucja@paganini.com.pl

tel. 12 423 42 77, 12 623 71 81

Zamiast wstępu...

Prawda ratuje od zgubyo. Adam Czuszel OSPPE

Jeśli kapłaństwo jest, cytując Deborę, „najwznioślejszą misją ludzkości”, to również zagrożenia z nim związane, ataki demonów, są najbardziej wyrafinowane i przebiegłe. Prawda o sobie, choć bolesna – wyzwala, bo objawiana jest mi w ramionach kochającego Ojca. Przed Nim mogę wylać swój lęk i złość, które są często związane z niezgodą na bycie „nikim specjalnym”. A przecież właśnie w oczach Boga jestem wyjątkowy i niepowtarzalny, wart krwi Jego Jedynego Syna! Prawda ratuje od zguby, gdy pokazuje, że moja gorliwość kapłańska może nie być motywowana pragnieniem chwały Boga, lecz pompowaniem swojego „ja”, a wręcz poszukiwaniem wielkości w oczach ludzi. Jan Chrzciciel, który „przyszedł w mocy Eliasza” mówił: „Trzeba by On wzrastał, a ja żebym się umniejszał”.

Czy Eliasz przez jakiś czas, do momentu kryzysu, nie stał się sam dla siebie „bogiem”? Gdy zasłaniam Jezusa swoim duszpasterskim cielskiem, mimowolnie staję się „panem”, który niestety nad niczym nie panuje. Efekt jest bolesny, zabarwiony rozpaczą i zwątpieniem...

Ta książka jest Dobrą Nowiną o wyzwoleniu w Jezusie! Jestem wzmocniony i pocieszony Eliaszem...

Debora „zamieszkała w Biblii” i ma autentyczną troskę o Kościół i jego przewodników. Bóg objawił jej wagę i wartość kapłaństwa. Ona naprawdę się modli i błaga Boga w intencji tych, którzy są pasterzami Jego ludu!

W ciemno za światłemMarcin Jakimowicz

Pewien znajomy zakonnik (o. Wojciech Ziółek, do niedawna prowincjał krakowskich jezuitów), odwiedzał z rekolekcjami zakony żeńskie. I robił zaskoczonym siostrom mały teścik. Podawał im kartkę z prośbą o uzupełnienie zdania: „W moim zgromadzeniu zakonnym jestem ..............”. Zdumiony zauważył, że najczęstszą odpowiedzią było stwierdzenie: „Szczęśliwa”. Po kilku dniach rekolekcji okazywało się, że nie wszystkie mniszki tryskały radością i szczęściem, bardzo wiele z nich było zniechęconych, zrezygnowanych, a niektóre pogrążone były w czarnej rozpaczy.

Dziwiłem się tym odpowiedziom – opowiadał ojciec Wojciech – Przecież mogły napisać: „W moim zgromadzeniu zakonnym jestem od 12 lat”. Albo „Jestem przełożoną”.

Ten test naprawdę sporo mówi o kondycji wybranych przez Pana. Czy mogą oni pozwolić sobie na „komfort depresji”? Na bezradność? Na niemy krzyk rozpaczy? Książka Debory Sianożęckiej pokazuje, że tak.

Z pierwszych w moim życiu lekcji angielskiego zapamiętałem, że na pytanie „How are you?” należy odpowiedzieć: „I’m fine, thank you”. Nie było innej opcji. Tylko polityczna poprawność pobielanych grobów. Szczerzenie ząbków. W życiu duchowym ta opcja, przypomina Debora, odpada na starcie. Tylko prawda wyzwala. Do żywego poruszają mnie zdania z książki: „Przyglądając się sylwetkom wszystkich proroków starotestamentalnych, możemy stwierdzić, że niekiedy ich życie psychiczne było źródłem cierpienia, poczucia wyobcowania, rozpaczy, zwątpień mieszczących się w kategoriach depresji, a nawet psychozy. Podobnie rzecz się przedstawia ze świętymi Kościoła – iluż to wśród nich ludzi niezrównoważonych psychicznie, choć wcale nie umniejsza im to zasług, ani nie niweluje ich wartości. Doświadczany przez nich kryzys psychiczny, niejednokrotnie przyczynił się do ich duchowego rozwoju, tym samym stając się darem”.

Bóg zapraszając „szukajcie Mnie, gdy się pozwalam znaleźć”, nie ułatwia nam zadania. Andre Frossard mawiał: „Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei”. Ci, którzy rzucają światło Ewangelii, zazwyczaj stoją w mroku. Po drugiej stronie reflektora. Szukają pociechy, a słyszą: „Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi”. „Śpiewajcie Panu pieśń nową, chwałę Jego od krańców ziemi! Niech Go sławi morze i co je napełnia, wyspy wraz z ich mieszkańcami! Niech głos podniesie pustynia z miastami, osiedla, które zamieszkuje Kedar. Mieszkańcy Sela niech wznoszą okrzyki, ze szczytów gór niech nawołują radośnie! Niech oddają chwałę Panu i niechaj głoszą cześć Jego na wyspach!” (Iz 42, 10-13).

Brzmi to porażająco, gdy czytamy, że rdzeń słowa Kedar oznacza „być ciemnym, brudnym, być w stroju żałobnym, odprawiać żałobę”, a Sela to „skała, być twardym, skalistym, skamieniałym, nieurodzajnym”.

Bóg podpowiada: jesteś twardy, wypalony, jałowy, skamieniały, nie widzisz owoców, odprawiasz żałobę, czujesz się zgnieciony, zdeptany, rozdarty? Błogosław! Niezwykle ważny jest dalszy ciąg tego cytatu. Opowiada o tym, co wydarza się, gdy zaczynasz wielbić „w ciemno”. W jaki sposób Bóg reaguje na ten modlitewny szturm? „Jak bohater posuwa się Pan, i jak wojownik pobudza waleczność; rzuca hasło, okrzyk wydaje wojenny, góruje męstwem nad nieprzyjaciółmi” – czytamy. To ciekawe, te właśnie słowa wracały do mnie nieustannie, gdy przed dwoma laty, w czasie potężnego kryzysu, starałem się wielbić przez łzy. Naprawdę nie trzeba było mnie przekonywać, że uwielbienie Boga nie jest emocją, ale decyzją, aktem woli. Uwielbiałem „drewnianymi wargami” i choć nie widziałem owoców, żadnego odgórnego odzewu, starałem się być wierny tej decyzji. To był naprawdę koszmarny rok. Dwa gigantyczne kryzysy. Pytania o śmierć i życie. Wybór: wóz albo przewóz. Wierzcie mi, to nie jest tania kokieteria. Miałem wrażenie, że mówię do ściany. Wołałem, a nie odpowiadał. Pamiętam, że 28 czerwca 2014 roku, w dniu największego kryzysu, będąc w samym środku „jaskini lwa”, wszedłem do kościoła w czasie ewangelizacji Mariacka Bless Night. Przy wejściu zastałem uśmiechniętych młodych ludzi z dominikańskiego duszpasterstwa (Boże, jak drażniły mnie te uśmieszki!). Każdy podchodził do nich i losował karteczki ze Słowem Bożym. Ja wyciągnąłem z kapelusza słowa: „Biadania moje zmieniłeś mi w taniec” (Ps 30). Brzmiało to jak wytoczenie armaty najcięższego kalibru, nafaszerowanej ironią, szyderstwem. Miałem wrażenie, że to kpina.

Słuchałem proroka Habakuka, który zachęcał: „Drzewo figowe wprawdzie nie rozwija pąków, nie dają plonu winnice, zawiódł owoc oliwek, a pola nie dają żywności, choć trzody owiec znikają z owczarni i nie ma wołów w zagrodach. Ja mimo to w Panu będę się radować, weselić się będę w Bogu, moim Zbawicielu” (Ha 17-18).

W końcu jednak przyszło uwolnienie. Odetchnąłem. Może dlatego z taką niecierpliwością rzuciłem się na książkę Debory? Na opowieść o depresji kapłanów, osób powołanych. O Eliaszu. O chwilach, gdy charyzmatyczni liderzy wielkich wspólnot zastanawiają się, po jaką cholerę żyją?

W książce znalazłem porażające wyznanie Ivesa Congara, który bez owijania w bawełnę wyznawał: „Piszący poniższe strony, ma pełną świadomość, że zwraca się do ludzi, do braci, którzy żyją w cierpieniu i pośród trudności czasem skrajnych, podczas gdy on sam żyje w poczuciu bezpieczeństwa, zaabsorbowany ciekawą pracą, a niekiedy nawet wielbiony jako człowiek sukcesu! Mimo to absolutnie szczerze oddaje on im swoją duszę. Sam przeżył trudne chwile, spotkał się ze sprzeciwem, nieufnością, był nawet na wygnaniu. Przeżył pokusę uwierzenia, że ta noc już nigdy się nie skończy. Jedynym wsparciem była dla niego niezwyciężona nadzieja, jaką modlitwa Psalmów codziennie kładła w jego serce i na jego wargi. W końcu wyszedł on z nocy, dzięki miłosierdziu Bożemu i dopiero wtedy, gdy pogodził się z tym, że jest niczym i że nic mu się nie udało”

Boże – pomyślałem – Skąd ja znam ten ton? Półtorej roku temu napisałem, że jestem zdolny. Do wszystkiego. Wówczas użyłem tej konstrukcji w znaczeniu pejoratywnym: nie ma takiego świństwa, którego nie mógłbym uczynić. Od jakiegoś czasu przywołuję te same słowa. Jako syn Boga, dziedzic królestwa jestem zdolny. Do wszystkiego. Tym razem nie w znaczeniu pejoratywnym. Czy twierdzenia te stoją wobec siebie w opozycji? Nie! Nie wykluczają się. Co więcej, odkrycie, że „jestem zdolny do wszystkiego” (czytaj: mogę mieć na sumieniu każde świństwo) jest stanem koniecznym, by przyjąć dar i zawołać: „Jestem zdolny do wszystkiego!” w chrześcijańskiej wersji dla Iniemamocnych. By wyszeptać: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, muszę odkryć, że bez Niego jestem całkowicie bezradny i nie mogę niczego osiągnąć. To On jest moim oddechem.

Niemal wszystkie duchowe uzdrowienia, których doświadczyłem były konsekwencją krzyku: nic cię nie obchodzi, że ginę? Nie musimy udawać wiecznie zadowolonych. Możemy pozwolić sobie na komfort bycia prawdziwym.

– Ja nigdy nie walczę ze smutkiem – opowiada trapista o. Michał Zioło – Mówię: „Jezu, dzisiaj jestem smutny”. Ktoś może być zdumiony: „Dlaczego ojciec jest smutny?”. A przecież człowiek ma prawo być smutny! I trzeba pozostawić go w tym smutku. A Pan Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: „Czego się smucisz?” „Bo jest smutno” – odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje. Ale On też mówi: W tym smutku możesz coś zrobić. A na końcu przypomni: Michał, przecież jestem!”.

O zmartwychwstaniu mogą wiarygodnie opowiadać jedynie ci, którzy doświadczyli zranienia śmiercią.

PS. Wczoraj dowiedziałem się, że kolejny znajomy kapłan zawiesił habit na kołku. Przeżywał zawirowania, trzęsienia ziemi, czuł się pomijany, niedoceniony. Szkoda, pomyślałem, że nie przeczytał tej książki. O Bogu, którego wychwalają doliny.

Kapłan zwrócony twarzą do mnie jest także człowiekiemDominik Kamiński, Wspólnota Neokatechumenalna

Patrząc na prezbitera, który stoi na podwyższeniu, oddzielony ołtarzem czy amboną, niejednokrotnie zapominałem o tym, że jest on także człowiekiem. Idealizacja obiektu może polegać nie tylko na błędnej ocenie, ale może, nie wiedzieć kiedy, przejść w niebotyczne wymagania.

Cieszę się czytając słowa Debory, bo choć niekiedy nie są łatwe, to w rzeczywistości działają uwalniająco. Z jednej strony – na mnie – żebym wrócił na ziemię w swoim postrzeganiu, ale przede wszystkim na tego, który przewodzi. To on jest wystawiony na największe ataki. Kiedyś z ust pewnego dobrego kapłana usłyszałem takie słowa: „Każda wspólnota w Kościele musi mieć pasterza, żeby nie popaść w herezję”. Mówił to z właściwym sobie humorem, ale ja wziąłem jego słowa bardzo poważnie. Po zastanowieniu zauważyłem jednak, jak bardzo były paradoksalne – przecież większość herezji przyszła przez osoby duchowne! Dlaczego? Bo to właśnie one są wystawione na największe pokusy. W grze w szachy matuje się króla, a bitwa często kończy się wyeliminowaniem dowódcy. Właśnie kapłan jest narażony na największy stres, ale czy są ludzie całkiem na niego nie podatni? Nie jeden raz doznałem wielkiej ulgi, słysząc z ust kapłana słowa otuchy, gdy wydawało mi się, że jestem beznadziejny i jakakolwiek zmiana jest niemożliwa. Takie słowa, pełne pokoju i delikatnej zachęty, bardzo pomagają. Chciałbym, żeby te słowa mogli usłyszeć także Ci, którzy przewodzą wspólnotom. Oni też mają prawo do kryzysu i do tego, żeby nie zawsze się uśmiechać. Nieraz można usłyszeć: „chrześcijanin musi być radosny”. A przecież bywają takie chwile, kiedy radość nie wyraża się w śmiechu i pomyłką jest mierzyć ją zadowoleniem z siebie.

Postać Eliasza, choć dzielą ją od nas wieki, okazuje się bliska. Obraz tego proroka, do pewnego momentu, wydaje się jakby z kamienia. Bardzo odpowiada to pozorom, jakie można mieć wobec lidera, a także wobec samego siebie. W pewnym momencie pozory runą, ale prawda ma moc wyzwolenia.

Czytając tę książkę, nie można nie zauważyć wielkiej troski Autorki o osoby duchowne. Jakże często zdarzało mi się słyszeć słowa krytyki i oskarżenia, które przecież nie zawsze są bezpodstawne. Jak mało natomiast zdarza się odnaleźć prawdziwej i mądrej troski, która nie ukrywając trudności i wymagań, buduje i stanowi zachętę. Chciałbym się do niej przyłączyć i życzyć, by odczytywanie i wracanie do Słowa Bożego stanowiło źródło mocy dla wszystkich osób wybranych do przewodniczenia Kościołowi.

Odnalazłem się w tym tekścieo. Tomasz Leśniewski OSPPE

Autorka doskonale zna i rozumie dusze kapłana. Odnalazłem się w tym tekście. W wielu fragmentach, czułem, jakbym czytał o sobie, o swoich doświadczeniach i problemach. Ten tekst był dla mnie dobrym wstępem do rachunku sumienia.

Ja bardzo lubię, gdy świeckie osoby w taki przepełniony troską i miłością sposób, krytykują kapłanów i wskazują na zagrożenia czekające na nas, w stanie duchownym. Jednocześnie w tekście pokazane są drogi wyjścia – pozytywne rozwiązania. Taka życzliwa krytyka zmusza do refleksji i zmiany,

Tekst jest życiowy, praktyczny, autorski i OSOBISTY! Jeśli tekst się ukaże drukiem, będzie to dobry prezent dla kapłanów. Ja chcę mieć tę książkę. Widać, że Autorka jest osobą kochaną i bliską Bogu oraz rozmiłowaną w Biblii, inteligentną, oczytaną. Świeżość myśli, aktualność spojrzenia! Super.

W dobie kryzysu kapłaństwa i kapłanów – co bardzo mocno widział i podkreślał papież Benedykt XVI – ta książka będzie cennym darem i pomocą dla nas, słabych kapłanów Jezusa Chrystusa i sług Jego Mistycznego Ciała – czyli Kościoła, w ponownym odkryciu głębin tożsamości kapłańskiej. Abyśmy na nowo przyodziali się w zbroję Bożą i złapali odważnie miecz Słowa Bożego!

Na którym etapie życia Eliasza obecnie jestem?Paulina Cofór, psychiatra

Książka Debory o starotestamentowej postaci Eliasza to opowieść o pełnym cierpienia kryzysie i trudzie podjętej przemiany wewnętrznej człowieka, okraszonej refleksją o posłudze kapłańskiej we współczesnym świecie. Wejście i zapoznanie się z jakże trudną i skomplikowaną naturą przeżyć duchowych proroka możliwe jest dzięki użyciu przez autorkę nie tylko języka teologii i psychologii, ale przede wszystkim języka pełnego miłości. Pozwala to zmierzyć się czytelnikowi z tekstem, odbierając go nie tylko jako starotestamentowy szkic, ale jako wciąż aktualną historię pobudzającą nas do stawiania sobie pytania na którym etapie życia Eliasza obecnie jestem? Zagłębiając się w treść wybrzmiewa kobieca wrażliwość na Eucharystię i Kościół, a także wielkie pragnienie dojrzałego wypełniania posługi kapłańskiej i wzrastania w duchowym ojcostwie. Historia tak wielkiego proroka, może stać się inspiracją zarówno dla osób konsekrowanych jak i świeckich, aktywnie uczestniczących w życiu Kościoła, do spojrzenia jak Eliasz w głąb własnego świata przeżyć i podjęcia decyzji otworzenia się na Głos Boga. Z drugiej strony poruszający dramat człowieka pogrążonego w kryzysie i podjęty trud wewnętrznej przemiany proroka, może stać się iskrą dającą nadzieję tym, którzy w tym momencie życia utożsamiają się z cierpieniem i depresją Eliasza. Przemyślenia autorki mogą stać się dla czytelnika przyczynkiem do rozbudzenia w sobie pragnienia narodzenia się na nowo. Pozostaje tylko pytanie czy zaryzykujemy i podejmiemy trud tej przemiany?

CO TY MOŻESZ WIEDZIEĆ O KAPŁAŃSTWIE, KOBIETO?

Wielu zapewne zapyta: skąd pomysł na taką książkę i komu ona w ogóle jest potrzebna, a przede wszystkim – dlaczego została napisana przez kobietę? Pojawić się może także pytanie o to, co taka kobieta jak ja może wiedzieć o kapłaństwie czy życiu zakonnym i czy może rozumieć, czym jest powołanie. Myślę, że moja książka pomoże odpowiedzieć na te pytania i – mam głęboką nadzieję – rozwiać wszystkie wątpliwości. A jeśli tak się nie stanie, to niech będzie potraktowana jako najszczerszy wyraz troski o kapłanów i przewodników Ludu Bożego. Być może została ona wyrażona w sposób niezbyt udany, niepełny, jednak wypływa z miłości do Kościoła. Nie chcę być też uważana za nieomylną, bowiem pragnienie nieomylności jest pułapką najtrudniejszą do pokonania.

Czy spojrzenie na kapłaństwo oczami zwykłej kobiety, patrzącej sprzed ołtarza, a nie zza niego, może być wartościowe? Może. Kościół jest dla mnie najdroższym skarbem, jest moim domem, w którym dzięki hojności i miłości Trójjedynego Boga mogę zamieszkać.

Jezus powiedział: „Mieszkajcie (gr. MEINATE od czasownika MENO) w miłości mojej!” (J 15,9) [1]. Jego Miłością jest Kościół, w którym posługują Jego słudzy – kapłani. Kapłan jest szczególną własnością Boga (por. Lb 3,5-13) i o kapłanów trzeba dbać tak, by oni mogli dbać o Kościół. Wszystko jest łaską – posługa kapłanów i modlitwa za nich.

Jestem zwykłym psychologiem, zwykłym czytelnikiem Biblii, zwykłym grzesznikiem korzystającym z sakramentów, które dają mi Życie. Jednakże leży mi na sercu dobro Kościoła i dobro kapłanów. Przed napisaniem tej książki nie wczytywałam się w rozliczne teologiczne opracowania na temat kapłaństwa – świadomie, żeby nie sugerować się teorią zagadnienia. Pragnęłam tylko, w oparciu o dotychczasową lekturę osobistą i własne doświadczenie, podzielić się wszystkim, co mogłoby być przydatne kapłanom. Skorzystałam najwyżej z kilku wypowiedzi papieskich i niewielu książek teologów. Nie było jednak moją intencją kierowanie mojej pracy jedynie do kapłanów, ale do wszystkich, którym dobro kapłaństwa leży na sercu.

Współczesny świat ulega szybkim i dramatycznym przemianom, uderzającym także w kapłana, który, na przykład, wychodząc z seminarium, może niejednokrotnie odczuwać w sercu rozdźwięk pomiędzy tym, na co patrzą jego oczy i co słyszą jego uszy, a tym, czego się nauczył. To jest zderzenie z rzeczywistością, która wcześniej nie miała mocy, by przedostać się przez seminaryjne mury i zaistnieć na wykładach, pozostając co najwyżej jedynie w sferze wyobrażeń. Świat przeobraża się niemal z prędkością światła i sama doświadczam tego również w swojej pracy terapeutycznej. Diagnozy, które jeszcze klika lat temu z wielką ostrożnością stawiałam ludziom dorosłym, dziś stawiane są – i to wcale nie z powodu pomyłki – młodym, często kilkunastoletnim osobom. Zaobserwować można pewien upadek wartości, zmianę w hierarchii umysłu i serca człowieka, a także większe przyzwolenie na to, co Biblia bez wahania nazywa grzechem. Biblii nie da się oszukać, bowiem słowo Boga sięga głęboko, najgłębiej, zadając cios prawdy fałszywym przekonaniom. Zadaje cios zawsze trafny! Bardzo często ludzie unikają bliskości Biblii i prawdziwie żywej więzi z nią, nie dlatego, że jej nie rozumieją, ale dlatego, że nie chcą poznać prawdy o sobie. Księga Słowa dotrze bowiem do najbardziej zakamuflowanych zakamarków serca. Nie dlatego nie czyta się Biblii, że jest archaiczna, ale dlatego, że uniemożliwia trwanie w hipokryzji. Wymownym tego przykładem jest choćby wystąpienie szwajcarskiego biskupa Vitusa Huondera na spotkaniu pt. „Radość w wierze” zorganizowanym pod koniec lipca 2015 roku w niemieckiej Fuldzie przez tradycjonalistyczne Forum Niemieckich Katolików. Biskup wypowiadał się na temat małżeństwa i rodziny, a także nawiązał do problemu homoseksualizmu, powołując się na Biblię i mówiąc między innymi, że „ostra starotestamentalna ocena stosunków jednopłciowych wystarcza, by nadać kierunek katolickiej odpowiedzi na ten problem. Zacytował między innymi te passusy Księgi Kapłańskiej, które mówią o „obrzydliwości” takich stosunków, wyznaczając za nie karę śmierci. Wokół wypowiedzi biskupa wybuchła ogromna medialna wrzawa. Szwajcarska „chrześcijańska” organizacja LGBT „Różowy Krzyż” pozwała biskupa do sądu, oskarżając go o wzywanie do nienawiści i aktów przemocy wobec homoseksualistów. Nie pomogły tłumaczenia, że cytując Księgę Kapłańską, chciał on jedynie wskazać na wagę, jaką Stary Testament przykłada do seksualności, oceniając homoseksualizm w tak wyraźnych słowach i nakładając za takie zachowania karę śmierci”[2].

Na szczęście szwajcarska prokuratura odrzuciła pozew przeciwko biskupowi. Prokurator zwyczajnie uznał, że w świetle wygłoszonego przez hierarchę wykładu zarzuty homolobby są nieuzasadnione. Nie jest to jedyny przypadek, kiedy oburzenie wzbudza powoływanie się na Biblię i naukę Kościoła. Nierzadko można usłyszeć głosy, że to, co zapisane jest w Piśmie Świętym, wymaga korekty i przeformułowania (!), bo nie przystaje do współczesnego świata i ludzi. Poprawianie Boga i roszczenie sobie praw do zmiany Jego słów może budzić prawdziwą trwogę!

Naprzeciw takiego świata staje kapłan – jak Eliasz wobec proroków Baala. Często próbując pomóc światu, wychodzi z tego zraniony, wewnętrznie rozbity, wyczerpany. Niejednokrotnie w swojej posłudze konfrontuje się boleśnie z tym, że budowanego przez lata ideału „Ja” nie można osiągnąć. Popada w rozpacz, depresję, wyczerpanie. Bywa i tak, że wsparcia nie znajduje nawet w najbliższej wspólnocie, która hasła miłości bliźniego, wzajemnej pomocy i miłosierdzia ma tylko zapisane w regule lub jedynie je deklaruje. Można bowiem otwierać drzwi miłosierdzia, ale serce i umysł mieć zamknięte jak zardzewiałą furtkę z napisem „Uwaga! Zły pies!”.

W swej pracy terapeutycznej jako psycholog miałam możliwość rozmawiania albo prowadzenia terapii indywidualnej osób konsekrowanych i kapłanów. Osoby te, często poranione, twierdziły, że nie mogą sobie poradzić, bo „wysiadają” psychicznie i jestem pełna uznania dla ich odwagi, bo odwagi wymaga wyznanie: „Jestem słaby”, „Nie daję sobie rady”, „To mnie przygniata”. Osoby te są powołane przez Boga nie tylko do wyjątkowej z Nim relacji, ale również wezwane do przyjęcia siebie samych w szczerości i prawdzie, szczególnie w kontekście trudnych wydarzeń z ich życia, wymagających konfrontacji i zweryfikowania dotychczasowych postaw. Moja rola polegała na udzieleniu pomocy tam, gdzie było to możliwe. Ta pomoc polegała na swoistym towarzyszeniu w drodze do zaakceptowania stanu doświadczanego przez konkretnego człowieka. W owo wsparcie psychologiczne wpisane było także umocnienie w dostrzeganiu dobrych stron tego, co zdaje się być niezmiernie trudnym i głębokim, depresyjnym doświadczeniem. Dlatego bardzo leży mi na sercu, aby ta książka mogła dotrzeć do tych, których nie znam i nie mam możliwości spotkać, aby przynieść im pewną ulgę w cierpieniu i skierować ich na drogę wzmacniania relacji z Bogiem.

Każde z wyznań kapłanów zapisane w tej książce zostało zanotowane za zgodą moich rozmówców. Zarówno ja, jak i osoby, którym służyłam pomocą, mamy na sercu dobro Kościoła i osób przeżywających podobne trudności.

POWOŁANIE

Celem powołania człowieka na kapłana, osobę zakonną, przewodnika duchowego, obdarzonego charyzmatami głosiciela Ewangelii, powołania osoby obdarzonej z łaski Boga zdolnością do prorokowania jest zawsze ustanowienie Ludu Bożego, który na etapie pojawienia się Mesjasza staje się Ciałem Chrystusa, Kościołem. Ostatecznie ten powołany lud poprzez komunię z Bogiem wchodzi we wspólne z Nim życie w Jego chwale.

W przypadku bohaterów Starego Testamentu powołanie miało charakter przygotowania na nadejście Mesjasza, ale też w wielu przypadkach przybierało figuratywny charakter. Mam na myśli nade wszystko proroków, niektórych królów, sędziów, charyzmatycznych wodzów. Jednym z tych, których Bóg powołał i jednocześnie uczynił z niego postać będącą projektem Mesjasza, na pewno był Eliasz. Co to znaczy być „projektem Mesjasza”? Mówiąc jak najprościej, Bóg pragnął, posługując się przykładami pewnych wyjątkowych postaci Starego Testamentu, nakreślić istotę przyszłej misji Chrystusa i różne jej aspekty zarysowywał w kolejnych osobach pojawiających się w historii zbawienia. Eliasz nie był kapłanem, ale był dla Narodu Wybranego prorokiem pełnym mocy Ducha Bożego. W pewnym sensie przewodził mu i wskazywał drogę nawrócenia. Starał się być odnowicielem religijnego życia Izraela.

Życie wielu kapłanów, osób zakonnych, charyzmatyków, przełożonych i liderów wspólnot jest ukierunkowane przez wołanie Boga, które rozlega się wewnątrz duszy. To wołanie jest potężnym wezwaniem do wejścia w jak najpełniejszą komunię z Jezusem Chrystusem. Wszyscy, zarówno konsekrowani, jak i osoby świeckie żyjemy na tym samym świecie i jesteśmy ludźmi – i łączy nas to, że jesteśmy słabi i grzeszni. Jedynie powołanie jest mocnym głosem rozlegającym się w słabym ciele człowieka. Ta moc Bożego wołania może jednak doprowadzić człowieka do zapomnienia, a nawet zaprzeczenia, wątłej natury ludzkiej. Uniesieni potęgą charyzmatu lub zwiedzeni władzą duchową możemy doznać czegoś bardziej przykrego niż rozczarowanie, gdy zza majestatycznych form powołania wyłoni się ludzka prawda o obliczu naznaczonym grymasem przerażenia lub złości spowodowanych poznaniem siebie samego jako kruchej i pełnej słabości istoty. Kościół składa się z ludzi nieustannie nawracających się, a nie ostatecznie nawróconych i prawda ta dotyczy wszystkich, również powołanych do życia konsekrowanego, do kapłaństwa albo do przewodniczenia wspólnotom czy inicjatywom Kościoła. Co to znaczy? To znaczy, że zanim Ewangelia głoszona ustami kapłana, przełożonego czy przewodnika dotknie Lud Boży, najpierw zawsze zrani uzdrawiająco głosiciela, a im bardziej jest on przekonany o swej nadzwyczajności i wyjątkowości swojej misji, tym bardziej upokarzająca będzie weryfikacja, sięgająca często dna depresji. Prawda o życiu słowem Boga jest taka, że jeśli człowiek naprawdę całym sercem je miłuje i wierzy w to, co głosi innym, to zawsze w pierwszej kolejności sam doświadcza tego rozdarcia w sercu, przeniknięcia serca żywym mieczem Bożego słowa [3]. I zapewne nie jest to tylko metafora, bowiem zderzenie ze słowem Boga, który „jest ogniem pochłaniającym” (Hbr 12,29) nie pozostaje bez echa. To, co głosisz, najpierw zweryfikuje ciebie samego po to, abyś był świadkiem wiarygodnym! Skuteczni jesteśmy tylko wtedy, gdy jesteśmy prawdziwi.

Być prawdziwym – to znaczy jakim? Być prawdziwym, to być samemu przekonanym, przetestowawszy to, o prawdziwości Bożej mowy, którą się innym głosi, i iść tą drogą, którą Bóg wyznaczył, a nie własnymi ścieżkami. Warto przypomnieć, że na miejsce Judasza wybrano ucznia, który był TESTIS – świadkiem śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Święty Piotr wyraził się o takim człowieku: „Trzeba więc, aby jeden z tych, którzy towarzyszyli nam przez cały czas, kiedy Pan Jezus przebywał z nami, począwszy od chrztu Janowego aż do dnia, w którym został wzięty od nas do nieba, stał się razem z nami świadkiem Jego zmartwychwstania” (por. Dz 1,15-26). Musiał to być więc ktoś, kto towarzyszył Jezusowi od chrztu Jana aż do wniebowstąpienia, czyli ktoś, kto nie opuścił nigdy wspólnoty podążających za Jezusem. Piotr jednak wyraźnie podkreślił, że miał to być ktoś, kto był świadkiem zmartwychwstania – MARTYRA TES ANASTASEOS – i kimś takim okazał się Maciej. To greckie słowo – MARTYREO – oznacza „dawać świadectwo”, „potwierdzać”, „wygłosić dobre świadectwo”, „mówić o kimś dobrze”. Jako chrześcijanin możesz być wiarygodnym apostołem Jezusa, gdy naprawdę doświadczyłeś śmierci i wskrzeszenia z grzechu i gdy żyjesz słowami Boga, znając je lepiej niż wyniki meczów piłkarskiej ligi albo plotki na portalach społecznościowych! Jesteś wiarygodnym świadkiem, jeśli Eucharystia jest dla ciebie największym wydarzeniem i gdy bardziej cenisz sobie szczere wyznanie własnych grzechów niż obmawianie tych, z którymi współpracujesz lub żyjesz we wspólnocie.

CIERPIENIE CONGARA

Pewnego dnia przeczytałam małą książeczkę napisaną przez Yves’a Congara, którą zadedykował on swoim braciom w kapłaństwie. Nie spotkałam tak szczerego wyznania kapłańskiego i jestem pełna podziwu dla tego zakonnika. Z tekstu przebija szczerość i moc absolutnie przekonująca, nie pozostawiająca wątpliwości, jaka czasem się rodzi, gdy czytam innych autorów – czy nie są zbyt wzniośli? Ojciec Yves Congar wyznaje: „Piszący poniższe strony ma pełną świadomość, że zwraca się do ludzi, do braci, którzy żyją w cierpieniu i pośród trudności czasem skrajnych, podczas gdy on sam żyje w poczuciu bezpieczeństwa, zaabsorbowany ciekawą pracą, a niekiedy nawet wielbiony jako człowiek sukcesu! Mimo to absolutnie szczerze oddaje on im swoją duszę. Sam przeżył trudne chwile, spotkał się ze sprzeciwem, nieufnością, był nawet na wygnaniu. Przeżył pokusę uwierzenia, że ta noc już nigdy się nie skończy. Jedynym wsparciem była dla niego niezwyciężona nadzieja, jaką modlitwa Psalmów codziennie kładła w jego serce i na jego wargi. W końcu wyszedł on z nocy, dzięki miłosierdziu Bożemu, i dopiero wtedy, gdy pogodził się z tym, że jest niczym i że nic mu się nie udało. Pomogła mu nie tylko łaska Boża i modlitwa Psalmów, ale również liczne przykłady życia chrześcijańskiego, przeżywanego pokornie w ubóstwie i całkowitym zapomnieniu o sobie; zwłaszcza od matki, która powtarzała mu to, co sama usłyszała od swych wychowawców: „tajemnica szczęścia polega na tym, by pełnić swą powinność i próbować czerpać stąd radość”. Podkreślała, że nie chodzi nawet o to, by rzeczywiście znaleźć radość, gdyż nigdy się to w pełni nie uda, ale po prostu starać się o to. Pewnego dnia, kiedy był w największej depresji i najczarniejszej nocy, pewien brat zakonny przysłał mu z daleka cytat z Rilkego, mówiący, że trzeba cierpliwie znosić próbę, „aż trudność stanie się całkowicie nie do zniesienia; wówczas nastąpi przesilenie, a jeśli jest to takie trudne, to właśnie dlatego, że jest prawdziwe”... Tak, często dopiero wtedy, gdy dojdziemy do kresu swego cierpienia i swych sił – jesteśmy bliscy osiągnięcia celu i spostrzegamy, że się rozwidnia, a noc się kończy...”[4].

Komu by nie zadrżało serce przy słowach Congara? Dlaczego? Bo jest prawdziwy! Pisze o tym, co stało się jego doświadczeniem, i pisze bardzo szczerze, bez upiększania, bez zakrywania własnej niemocy maską heroicznego znoszenia cierpienia. Istnieje taki ból, który można unieść tylko z Bogiem, inaczej się nie da. Jest to ból własny, a nie czyjś, ból zaprzeczenia powołaniu, które się otrzymuje do Boga, ale ludzie je negują, blokują i uniemożliwiają jego rozwój. Bóg dał ptakom skrzydła, ale ludzie potrafią je podcinać. Najwięcej na ten temat mogłyby może powiedzieć gołębie z Asyżu, ale nie umieją mówić. Może dowiedzielibyśmy się wiele od gołębia wypuszczonego przez papieża Franciszka w czasie audiencji w styczniu 2014 roku? Podczas modlitwy o pokój na świecie ptaka zaatakowała i poturbowała mewa, a potem próbowała go rozszarpać czarna wrona.

Pisząc o sobie, Congar używa trzeciej osoby liczby pojedynczej, podobnie jak apostoł Paweł, gdy pisał o swym wyniesieniu do Trzeciego Nieba i policzkowaniu przez szatana, które go upokarzało (por. 2 Kor 12,2-4). Dlaczego pojawiła się tak silna pokusa ocierająca się o zwątpienie, w chwili, gdy moc łaski wyniosła świętego Pawła aż do Trzeciego Nieba? Dlaczego gołębie pokoju są atakowane przez drapieżniki? Dlaczego kapłani, powołani do najwznioślejszej misji ludzkości, są najbardziej oskarżani, wyśmiewani, niszczeni i to nawet w swoim środowisku? Często na najwznioślejszych etapach życia duchowego, towarzyszą im najciemniejsze opary lęku, złości, pokus, zwątpień, odrzucenia, klęski, a nawet rozpacz.

Congar dzieli się swoim doświadczeniem największej depresji i najczarniejszej nocy – jak wielu współczesnych Eliaszów powiedziałoby po przeczytaniu tych słów: „To do mnie! To dla mnie te słowa! To o mnie są te słowa!”. To właśnie im wszystkim chcę zadedykować rozważanie o Eliaszu i przypomnieć im, że Bóg nie pozwoli im zginąć, a jeśli wydaje się, że są już zgubieni, to przypomnę, że Bóg potrafi cofnąć czas albo go przesunąć do przodu, potrafi wszystko dla tych, których powołał i ukochał, zanim zdali sobie oni z tego sprawę. I wszystko, co przychodzi z Jego ręki, jest tylko po to, by być prawdziwym, a nie wielkim. Jednak droga wiodąca do bycia prawdziwym najczęściej wiedzie przez utratę atrybutów wielkości i wymaga przetrwania oczyszczającego z czarujących mitów skandalu.

Eliaszu,

dasz radę, bo nie jesteś sam,

jesteś kapłanem Jezusa Chrystusa,

który uczynił cię swoją szczególną własnością!

Uwielbiaj i błogosław Boga w swoim sercu

za twoje kapłaństwo i za to, że tak umiłował ciebie!

ON nigdy nie zostawi cię samego!

jesteś JEGO synem, ON kocha cię,

jakbyś był jedyny na świecie.

Codziennie gdy wkładasz stułę

i gdy dotyka ona twego serca,

ON odnawia twoją miłość do NIEGO,

ON jest połączony z tobą mocniej

niż para zakochanych małżonków.

Twoja posługa jest ważna dla Kościoła,

bowiem przez twoje ręce Bóg karmi (Chleb Życia),

oczyszcza i okazuje miłosierdzie (sakrament spowiedzi),

przez twoje usta naucza i daje ludziom nadzieję,

daje Światło, by nie zagubili się w tym świecie.

Jest tylu ludzi na świecie, ale ON chce ciebie!

Wstań i walcz!

Bądź JEGO wojownikiem

o JEGO Królestwo w sercach ludzi,

wystarczy ci Jego łaski, tylko bądź mężny i mocny,

nie lękaj się i nie drżyj,

nieś swoją posługę z mocą Żywego BOGA,

którą masz w sobie,

nie zważaj na swój wygląd, nie zważaj, że się jąkasz,

nie zważaj, że jesteś gruby lub za chudy,

nie zważaj, że nie masz tytułów

(to bardzo dobrze, twój najważniejszy tytuł to

syn i kapłan JEDYNEGO BOGA!),

nie zważaj na to, że masz za sobą

ciężkie i raniące doświadczenia,

albo że przeżywasz właśnie największą

depresję swojego życia – moc w słabości się doskonali,

odkryj w swoich ranach

podobieństwo do TWOJEGO PANA.

Jeśli ja, zwykła kobieta, całym sercem wierzę, że dasz radę i podniesiesz się dzięki Światłu z największych ciemności i zranień, to jak bardzo musi wierzyć w to Bóg? Spróbuj wskrzesić nadzieję, zaryzykuj, nie umrzesz!

Przypisy

[1] Greckie MENO można tłumaczyć nie tylko jako „trwanie”, „pozostawanie”, ale też jako „zamieszkiwanie”, „zatrzymanie się w czymś” w znaczeniu przebywania w jakimś miejscu.

[2] Źródło: http://www.pch24.pl

[3] Por. Hbr 4,12-13: Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek.

[4] Y. Congar OP, Moim braciom, Wydawnictwo Cerf – Kairos: Wydawnictwo M – Znak, Kraków 1998, s. 210 -211.