Elegancki morderca - Cezary Łazarewicz - ebook
Opis

Jedna z najgłośniejszych historii kryminalnych powojennej Polski.

Znajomi i sąsiedzi mówili o nim, że dobrze wychowany, kulturalny, uczynny, taki wrażliwy – często jeździł na grób swojego pieska, posadził tam nawet kwiaty. Na zdjęciach z prokuratorskich akt wygląda jak filmowy amant. Ciemne, zaczesane do góry włosy, wyniosła mina bez cienia uśmiechu; biała koszula, krawat, dobrze skrojona ciemna marynarka. Zajmował się szeroko pojętymi „interesami”, ale nikt dokładnie nie wiedział, z czego tak naprawdę żyje. Krążyły pogłoski, że w czasie wojny kolaborował z gestapo, przypuszczano, że współpracuje z UB, co zapewniało mu nietykalność. Jego proces elektryzował w latach 50. całą Polskę. Krążyły pogłoski, że Władysław Mazurkiewicz, pierwszy polski powojenny seryjny morderca, przyznał się podczas śledztwa do aż ponad trzydziestu morderstw. Jak to się stało, że Elegancki morderca mógł działać bezkarnie przez tak długi czas?

Cezary Łazarewicz pasjonująco odtwarza zbrodnie i proces Mazurkiewicza na tle realiów stalinowskich czasów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 195

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Cezary Łazarewicz

ELEGANCKI MORDERCA

Copyright © by Fundacja Bez Fikcji, MMXV

Wydanie I

Warszawa MMXV

Ilustracje wykorzystane we wnętrzu książki – 1, 2, 6, 7, 10, 11, 12, 13, 15 – pochodzą z rękopisu Zygmunta Hofmokl-Ostrowskiego Pitaval Polski XX wieku; t. XIV–XVI; Sprawa Władysława Mazurkiewicza. Część I–IV, znajdującego się w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej.

Grupa Wydawnicza Foksal informuje, że dołożyła należytej staranności w rozumieniu art. 355 par. 2 kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnego dysponenta autorskich praw majątkowych do ilustracji zamieszczonych we wnętrzu oraz na okładce książki.

Z uwagi na to, że przed opublikowaniem książki poszukiwania te nie przyniosły rezultatu, Grupa Wydawnicza Foksal zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystania ilustracji aktualnemu dysponentowi autorskich praw majątkowych, niezwłocznie po jego zgłoszeniu się do Grupy Wydawniczej Foksal.

Wydawca: Dorota Nowak

Redakcja: Grażyna Lubińska

Korekta: Dorota Nowak, Beata Wójcik

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Układ typograficzny, łamanie, redakcja techniczna: Anna Hegman

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

[email protected]

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2369-7

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Część IW okolicy potylicy

1955

Przed oczyma wirują mu ciemne plamy. Czuje, jak jego mózg pulsuje i rozsadza czaszkę. Tak od samego rana. Bez przerwy. Nie pomagają przeciwbólowe tabletki z krzyżykiem, napary, inhalacje ani zimne kompresy. Ból usadowił się z tyłu głowy i powoli wwierca się w czaszkę. Opuszkami palców łatwo można wymacać miejsce, z którego się rozchodzi – niewielką ranę u nasady potylicy. Niespodziewanie odkrył ją przedwczoraj w nocy podczas powrotu z niedawno poznanym znajomym z Zakopanego. Gdy dojechali do Krakowa, zgłosił się na pogotowie, ale lekarz założył jedynie opatrunek na ranę, po czym obiecał, że ból wkrótce ustąpi, i odesłał go do domu. Ból jednak nie tylko nie minął, ale się nasilił tak, że dziś, już w Warszawie, jest wprost nie do wytrzymania. Stanisław Łopuszyński przeczytał w gazecie, że ostry dyżur pełni teraz szpital na Solcu. Ze swojego mieszkania przy ulicy Starościńskiej na Mokotowie dojeżdża tam szarozielonym oplem olympią w kwadrans. Samochód, który ma od kilku dni, nie jest nowy, bo i skąd miałby się wziąć w Warszawie jesienią 1955 roku nowy samochód produkowany za żelazną kurtyną w Niemczech Zachodnich. Auto ma zaledwie piętnaście lat i w siermiężnych czasach końca stalinizmu za każdym razem robi wrażenie na przechodniach, nie tylko wśród ruin stolicy.

Dyżurujący w szpitalu na Solcu doktor Witold Szczęśniak długo ogląda skaleczenie na głowie, polewa wodą utlenioną, by je zdezynfekować, i delikatnie wyciera gazą. W karcie choroby zapisuje: „nieco ropiejąca, pokryta strzępami krwi ranka w okolicy potylicy”.

Podczas lekarskiego wywiadu zadaje pacjentowi mnóstwo technicznych pytań. Kiedy pojawił się ten guz na głowie? W jakich okolicznościach? Czy pacjent ostatnio się zranił? Czy był na wojnie? A może brał udział w powstańczej strzelaninie? Może dosięgła go zbłąkana kula albo odłamek pocisku? Pacjent słucha pytań lekarza i coraz szerzej otwiera oczy. Nic konkretnego nie może sobie przypomnieć.

W końcu dyżurny lekarz kieruje Stanisława Łopuszyńskiego, lat trzydzieści pięć, na prześwietlenie rentgenowskie. Na kliszy wyraźnie widać niewielki, podłużny obiekt wbity w czaszkę, coś, co przypomina wstrzyknięte pod skórę głowy wielkie ziarno pszenicy. Żeby je wyciągnąć, trzeba rozciąć skórę głowy. Jeszcze tej samej nocy Stanisław Łopuszyński trafia na stół operacyjny, anestezjolodzy poddają go narkozie, a chirurdzy wyjmują z jego potylicy kawałek metalu. O niezwykłym znalezisku ordynator każe natychmiast poinformować milicję. Milicjanci z wydziału kryminalnego opiszą później wydłubany kawałek metalu jako pocisk pistoletowy niewielkiego kalibru 6,35 milimetra, a przypadek Stanisława Łopuszyńskiego uznają za cud, który nie miał prawa się zdarzyć. Zdaniem śledczych, strzał został oddany w tył głowy z bardzo bliska, a pocisk, nie wiedzieć czemu, zamiast znaleźć sobie prostą drogę do mózgu i zabić, zatrzymał się na twardej kości potylicznej.

Nie tylko lekarze i milicjanci są zdziwieni odkryciem. Równie zaskoczony jest cudownie ocalały pacjent. Twierdzi, że w ogóle sobie nie przypomina, by ktokolwiek do niego strzelał.

– Ktoś miałby mi strzelić w głowę? – pyta z niedowierzaniem milicjanta stojącego przy jego szpitalnym łóżku. – Chyba musiałbym to zapamiętać? – przekonuje pacjent z zabandażowaną głową.

Szczegóły dotyczące zdarzenia próbuje ustalić posterunkowy Józef Romanowski, który rano 27 września, tuż po operacji zjawił się w szpitalu, by przesłuchać rannego. Zamiast o kuli i o tym, skąd się wzięła w jego głowie, Stanisław Łopuszyński opowiada milicjantowi o swoich krakowskich przygodach. Wciska mu bajeczkę o wyprawie po samochód i o tym, jak ściągnął do Warszawy swojego pięknego opla olympię. Przecież nie może powiedzieć, że pojechał do Krakowa po przemycane z Zachodu zegarki, żeby na nich zarobić, bo wpadłby w poważne kłopoty. W roku 1955 Polska przypomina obóz otoczony drutem kolczastym, brakuje tu wszystkiego: od mięsa po żyletki. Jedyną realną, ale nielegalną walutą jest dolar. Za dolary można kupić za granicą towar, wwieźć go do kraju i sprzedać z bardzo dużym zyskiem. Potem złotówki na czarnym rynku znów wymienia się na dolary, by sprowadzić nową partię towaru i pomnożyć swoje bogactwo. Tak rosną fortuny ludzi z półświatka, którzy w kawiarniach i restauracjach dobijają interesów, sporo przy tym ryzykując. Przecież za samo posiadanie dolarów można trafić do więzienia. Więc o takich sprawach nie rozmawia się z przedstawicielami ludowej milicji. Z powodu głupiej kuli w głowie Stanisław Łopuszyński – sprytny warszawski handlarz, waluciarz i kombinator – nie zwiększy ryzyka podejmowanego na co dzień w interesach. Wie, że za drobniejsze winy niż handel przemyconymi zegarkami można trafić na długie lata do więzienia.

* * *

Transakcja zapowiadała się rewelacyjnie. Przed kilkoma dniami znajomy zaprosił go na spotkanie biznesowe do luksusowej kawiarni w warszawskim hotelu Bristol. Wchodzi się do niej z rogu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Karowej. I choć wnętrza trochę się sypią, to w kryształowych żyrandolach zachowała się świetność sprzed drugiej wojny światowej.

Przy stoliku już siedział sympatyczny inżynier z Krakowa ubrany w modną marynarkę z importowanego angielskiego sukna. Łopuszyński wie, co jest modne, i umie to docenić, bo z grubsza modne jest wszystko, co przyjechało z Zachodu: dobre angielskie buty na słoninie, zagraniczne marynarki, kolorowe skarpety. Szczyt elegancji stanowi amerykański płaszcz wojskowy z podpinką. Na ciuchach w Warszawie kosztuje sumę astronomiczną – trzy tysiące złotych. To tyle, ile zarabia robotnik niewykwalifikowany przez cztery miesiące pracy. Połowę tego kosztuje amerykańska kurtka wojskowa battle dress z pagonami.

Łopuszyński wie też, skąd się bierze to modne ubranie w kraju, który jest oddzielony od zachodniego świata żelazną kurtyną, zerwał z nim wszelkie kontrakty handlowe i poza marynarzami i dyplomatami prawie nikt tam nie jeździ. Trzy czwarte odzieży, w której chodzą Polacy, dostarczają Stany Zjednoczone. Najpierw dzięki pomocy humanitarnej UNRRA, później przez Radę Polonii Amerykańskiej, organizację Joint i innych charytatywnych dostawców. To oni ubrali Polskę – pozbyli się z wojskowych magazynów niepotrzebnych zapasów, wysyłając je statkami do Europy. W Polsce modne wtedy były na przykład battle-dressy z odprutymi dystynkcjami, wojskowe koszule i krawaty khaki. Ale ludzie interesu nie ubierali się w tym stylu.

Kiedy pomoc humanitarna się skończyła, przyszedł czas na paczki przysyłane przez znajomych i krewnych. A że najwięcej krewnych za granicą mieli małopolscy chłopi, których rodziny emigrowały do Ameryki od dziesiątków lat, to w podhalańskich wsiach i miasteczkach ulokowała się stolica przemysłu odzieżowego. Do Nowego Sącza, Zakopanego, Kościeliska płynął ze Stanów luksus, najmodniejszy towar z amerykańskich supermarketów z cennymi metkami made in USA. Chłopom te dziwne prezenty od krewnych w ogóle się nie podobały. Ich zdaniem kolorowe, luźne marynary w kratę nadawały się bardziej do cyrku niż do kościoła, a pstrokate skarpety w prążki – co najwyżej do pasania owiec. Konserwatywni, nie tylko jeśli chodzi o modę, górale sprzedawali te prezenty na okolicznych jarmarkach. Wieść, że na podkarpackich wsiach można kupić taftowe sukienki, mokasyny, kolorowe blezery, płaszcze z wielbłądziej wełny, flanelowe spodnie, garnitury w elegancki wzór prince de galles, dotarła do Krakowa, a potem do Warszawy. I zaraz przybyli na Podkarpacie handlarze z krakowskiego Kazimierza i z tandety oraz warszawskich praskich straganów. Szybko na tych wyprawach do Tarnowa czy Bochni dorabiali się fortuny. Warszawiacy towar sprzedawali pokątnie, spod lady, na Pradze, na małym placyku nieopodal bazaru Różyckiego, który klienci nazwali „ciuchami”.

– Władysław – przedstawił się Łopuszyńskiemu nienagannie ubrany mężczyzna i opowiedział historię zegarków, które pewien marynarz, narażając się na aresztowanie i więzienie, przywiózł do kraju i próbuje sprzedać. Zegarków jest bardzo dużo, a ich cena niezwykle okazyjna, bo marynarz chce je szybko upłynnić. Wkrótce ponownie wypływa w rejs i potrzebuje gotówki. Stąd wizyta inżyniera w Warszawie i pytanie, czy pan Stanisław jest zainteresowany transakcją. Na samą myśl o niej Łopuszyńskiemu z ekscytacji zaświeciły się oczy, dopytuje o szczegóły i przelicza przyszłe zyski. W wyobraźni widzi górę pieniędzy.

– Tylko proszę przywieźć gotówkę – przypomina przy pożegnaniu inżynier, choć dla Stanisława to przecież oczywiste, że na tym rynku nie ma transakcji z odroczonym terminem płatności.

W poniedziałek, 19 września 1955 roku Stanisław Łopuszyński wysiada z pociągu na dworcu Kraków Główny. Pięćdziesiąt tysięcy złotych – średnia pensja wynosiła wówczas około tysiąca – owiniętych w szary pakowy papier, przewiązanych, wcisnął w wewnętrzną kieszeń marynarki. Inżynier czeka już na niego na peronie, prowadzi gościa do pobliskiego hotelu Polonia i prosi o gotówkę. Tłumaczy, że pieniądze musi dostarczyć natychmiast marynarzowi, by następnego dnia bezpiecznie odebrać towar. We wtorek inżynier przychodzi jednak bez zegarków. Mówi, że sprawa się komplikuje, bo marynarz nie chce złotówek, tylko dolary. Przecież wkrótce wypływa za granicę. Trzeba teraz znaleźć kogoś, kto wymieni złotówki na amerykańską walutę. Z tym nie będzie problemu, bo inżynier zna kogo trzeba i w mig to załatwi, ale zajmie to dodatkowy dzień. Dopiero jutro pan Stanisław będzie mógł z zegarkami wrócić do Warszawy.

– Nie ma tego złego – mówi inżynier z promiennym uśmiechem na twarzy i w ramach przeprosin zaprasza pana Stanisława następnego dnia do restauracji Wierzynek na krakowskim Rynku Głównym.

Znalezienie wówczas dobrej restauracji zakrawa na cud. Odradzającą się po drugiej wojnie gastronomię komuniści dobili domiarami, czyli horrendalnie wysokimi podatkami, więc dobre lokale znikły. Zastąpiły je państwowe restauracje i geesowskie knajpy zwane mordowniami, gdzie jedzenie jest tylko paliwem do napędzania robotniczych mas. Polacy jadają głównie w domach, w robotniczych stołówkach i barach mlecznych. Z menu znikają wszystkie produkty znane sprzed wojny: oliwa, parmezan, kapary, a nawet pieprz, bo jest towarem importowanym. Polskim kawiorem staje się kaszanka, królem warzyw – burak, ziół – natka pietruszki, przypraw – sól. Wierzynek to jedna z ostatnich redut przedwojennej kuchni.

Łopuszyński z radością przyjmuje zaproszenie. Inżyniera rekomendowali mu w Warszawie znajomi jako niezwykle solidnego, odpowiedzialnego człowieka z szerokimi horyzontami i jeszcze szerszymi znajomościami.

Inżynier gościć go będzie jeszcze w równie drogiej restauracji Europejska, a potem w następnych kilku krakowskich lokalach, ponieważ termin transakcji wciąż się odsuwa z powodu pojawiających się nowych komplikacji. A to marynarza w domu nie ma, a to towar trzyma w schowku tak tajnym, że go na razie otwierać nie może, aż nagle zostaje pilnie wezwany na statek.

Inżynier uspokaja Stanisława. Zapewnia, że nie ma czym się martwić, bo w sprawę marynarz wtajemniczył swoją siostrę i ona doprowadzi transakcję do szczęśliwego końca. Przyniesie zegarki, po które przyjechał.

Na spotkaniu z Łopuszyńskim kobieta, wyglądająca na podlotka, potwierdza każde słowo inżyniera. Opowiada o niespodziewanym wyjeździe brata, narzeka, że ma na głowie niedokończoną transakcję. Prosi o jeszcze chwilę cierpliwości, bo sama też musi wyskoczyć za miasto (Łopuszyński dopiero za kilka miesięcy dowie się, że w roli siostry marynarza wystąpiła Alinka – przyrodnia siostra inżyniera).

W tym czasie inżynier wychodzi z siebie, by gościowi zapewnić bogate życie towarzyskie. Bywają w restauracjach i u znajomych inżyniera, bawią się, piją, jedzą. Za wszystkie atrakcje płaci inżynier.

Co prawda raz pijanemu Łopuszyńskiemu przychodzi do głowy, że inżynier „coś kręci z tymi pieniędzmi”, ale z intratnego interesu nie zamierza rezygnować, a poza tym w Krakowie bardzo przyjemnie spędza czas.

Zgadza się też na wycieczkę samochodem do Zakopanego. Siostra marynarza ma do Krakowa wrócić dopiero w piątek, a w Zakopanem pan Władek chce obejrzeć auto do kupienia. W czwartkowy wieczór, 22 września, inżynier czeka na Stanisława przed swoim garażem na Marchlewskiego (obecnie aleja Beliny-Prażmowskiego). Ubrany jest w ciemny, lekko zniszczony garnitur.

– Na wypadek gdyby trzeba było zmienić gumę – tłumaczy.

Do Zakopanego docierają późnym wieczorem. I znów zabawa, tańce, pijaństwo. Szaleństwo do białego rana, jak przystało na rozrywkową stolicę Polski.

Czterdziestoczteroletni pan Władek okazuje się królem życia. Najlepsze towarzystwo wpływowych ludzi, najpiękniejsze kobiety, najdroższe alkohole. Kłaniają mu się kelnerzy, szatniarze i taksówkarze. Przyjmowany jest tu z honorami, wszystkich zna, z każdym jest po imieniu. Czy to w restauracji Watra, czy w Europejskiej, czy w luksusowym hotelu Orbis.

Bywa, że radosną atmosferę zabawy psuje Łopuszyński. Co jakiś czas ciągnie pana Władka za rękaw i mamrocze pod nosem: „Kiedy będą te zegarki? Bo jak nie dostanę ich już, zrywam transakcję” – straszy zbyt zmęczony, by bardziej zdecydowanie zaprotestować. Pan Władek reaguje na to prośbą o wyrozumiałość i cierpliwość. Nadal mami kontrahenta przyszłymi zyskami, zapewnia, że wszystko pójdzie dobrze zaraz po ich powrocie do Krakowa. Siostra marynarza, z którą przed chwilą rozmawiał telefonicznie, jest gotowa do przekazania towaru, tyle że do Krakowa dotrze nie w piątek, jak planowała, a w sobotę.

– To nawet dobrze – puentuje inżynier. – O jeden dzień zabawy dłużej.

Następną noc spędzają w Europejskiej. Łopuszyński ledwo się trzyma na nogach, gdy w środku nocy pan Władek zaprasza go do swojego samochodu. Pasażer jest tak pijany, że z trudem otwiera drzwi. Gdy mu się to w końcu udaje, bezwładnie zwala się na fotel obok kierowcy i zapada w pijacki sen. Kiedy ciemną nocą pustymi drogami wracają do Krakowa, w samochodzie rozlega się głośne chrapanie. Na wysokości Przełęczy Zbójnickiej Łopuszyńskiego budzi huk i przeszywający ból głowy. Jakby ktoś jednocześnie strzelił przy uchu z korkowca i wbił grubą igłę w czaszkę. Otwiera oczy. Samochód stoi na poboczu. W ciemności świecą białe zęby uśmiechniętego inżyniera.

– Ale pana nastraszyłem tą żabką1 – mówi, stojąc w otwartych drzwiach auta.

– Co pan robi?! – denerwuje się Łopuszyński.

Dotyka głowy i pod palcami wyczuwa lepką maź. Na biały kołnierz kapią rubinowe kropelki. Próbuje wygramolić się z wozu, stanąć obok, rozprostować nogi, ale są jak z waty. Trudno na nich ustać. Zatacza się, chwieje, jakby był wciąż pijany, a przecież nie jest. Wytrzeźwiał w trakcie jazdy, wie, gdzie się znajduje i z kim, tylko nie potrafi powiedzieć, co się właściwie dzieje z jego głową.

Oddycha głęboko. Drepcząc w miejscu, rozciera guza z tyłu czaszki, aż do uczucia małej ulgi.

– Bez takich głupich żartów – rzuca inżynierowi ze złością, choć wciąż nie ma pojęcia, co się stało.

* * *

W Krakowie są o świcie. Inżynier od razu podjeżdża pod pogotowie. Nalega, żeby pan Stanisław pokazał guza lekarzowi. „Rana tłuczona głowy. Uderzony kamieniem” – wpisuje lekarz do ambulatoryjnego dziennika pracy pogotowia. Dla Łopuszyńskiego w tym momencie większym problemem jest brak zegarków i brak pieniędzy, które na nie wyłożył. Po niemal tygodniu czekania na zakończenie transakcji domaga się konkretów. Koniec zabawy.

Pan Władek bezradnie rozkłada ręce. Zegarków nie ma, bo siostrę nawigatora aresztowali ludzie z Urzędu Bezpieczeństwa. W mieszkaniu kobiety trwa rewizja, więc lepiej się tam w ogóle nie pokazywać, nie dzwonić, żeby nie wplątać się w coś strasznego i nie wpaść w ręce bezpieki.

Wściekły Łopuszyński miesza pana Władka z błotem. Żąda natychmiastowego zwrotu pieniędzy.

Inżynier wije się i rozpacza. Niestety, nie może w tej chwili oddać, bo ich już nie ma. Spłacił nimi swoje długi. Błaga o zrozumienie trudnej sytuacji, w której niechcący się znalazł, a przede wszystkim prosi o dyskrecję. Wieść o nieudanej transakcji niechybnie zniszczyłaby jego handlową reputację i doprowadziła do ruiny. Zaklina się, że co do grosza odda Łopuszyńskiemu wszystkie pieniądze wpłacone na zegarki. A na razie niech weźmie jego przedwojenną olympię, która dobrze służyła nawet Wehrmachtowi. Solidna, niemiecka konstrukcja nie do zdarcia. Maszynę kupił w 1946 roku od Rosjan stacjonujących na Żeraniu, przywiózł pociągiem do Krakowa i od tej pory traktował samochód z miłością, jakby był członkiem rodziny. Wie, że auto jest mniej warte niż złożony przez Łopuszyńskiego depozyt, ale brakujące dwadzieścia tysięcy złotych inżynier dośle natychmiast, gdy tylko sprzeda swoje pianino i obrazy. Góra za kilka dni. Żeby uspokoić kontrahenta, ściąga z nadgarstka złotą omegę, wręcza Łopuszyńskiemu, mówiąc, że to wojenna pamiątka z wyprawy do czeskiej Pragi (przecież nie powie, że zegarek zdjął z trupa sąsiadki).

– Bardzo proszę się tym zadowolić – skomle.

Łopuszyński nie widzi innego wyjścia. Siada za kierownicą. Wraca do Warszawy. Podczas jazdy ból głowy się nasila.

Za kilka dni śledczy będą się gimnastykować nad rozwiązaniem zagadki: dlaczego pan Władek wypuścił z ręki żywy dowód przeciwko sobie?

* * *

Na pytania o kulę w głowie Stanisław Łopuszyński szczerze odpowiada posterunkowemu Romanowskiemu, że nic o niej nie wie. O inżynierze też w zasadzie niewiele może milicji powiedzieć. Od niedawna go zna. Blisko cmentarza Rakowickiego w Krakowie, przy ulicy Juliana Marchlewskiego 49 inżynier ma dobrze urządzony garaż. Bardziej nawet przypomina garsonierę niż warsztat. W lewym rogu pomieszczenia, za zieloną kotarą z pluszu stoją żelazne łóżko z materacem i taboret służący za stolik, a na nim karafka z kieliszkami i nocna lampka. Pan Władek czasami tam sypia, bo z żoną jest po rozwodzie. W nocy ze środy na czwartek zaproponował nocleg Łopuszyńskiemu, a sam się zdrzemnął na tylnym siedzeniu samochodu. Kiepsko się spało. Nad ranem Łopuszyńskiego obudził huk wystrzału korkowca bardzo podobny do tego, który wyrwał go ze snu w samochodzie w drodze powrotnej z Zakopanego.

„Z całokształtu rozmów wnioskuję, że rzeczony inżynier zachowuje się dziwnie oraz kombinuje” – alarmuje przełożonych w swoim raporcie posterunkowy Romanowski.

* * *

Protokół przesłuchania Stanisława Łopuszyńskiego i wyciągnięta z jego głowy kula sprawiły, że milicja zainteresowała się czterdziestoczteroletnim instruktorem jazdy, Władysławem Mazurkiewiczem. Z posterunku w Warszawie wysłano prośbę do Krakowa o przesłuchanie inżyniera. Gdy milicjanci wdrapali się na czwarte piętro kamienicy przy ulicy Biskupiej 14, gdzie inżynier wciąż mieszka z byłą żoną, słyszą od niej, że właśnie gdzieś przepadł. Od kilku dni nie odzywa się i nie daje znaków życia.

W ten sposób Władysław Mazurkiewicz dołącza do mieszkańców kamienicy, którzy w ostatnim czasie zaginęli bez wieści. Pierwszym był jego sąsiad z naprzeciwka Jerzy de Laveaux, po nim jego żona Jadwiga de Laveaux i jej siostra Zofia Suchowa. Mazurkiewicz jest czwarty. Czy zniknięcie czwórki ludzi mieszkających na jednym piętrze nie wydaje się milicji dziwne?

Chyba nie, bo zamiast zbadać ten wątek, rozsyłają za Mazurkiewiczem list gończy. 3 października 1955 roku naczelnik Wydziału Śledczego Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie postanawia wszcząć śledztwo (z artykułu 23 paragraf 1 kodeksu karnego w związku z artykułem 225 paragraf 1 kodeksu karnego) przeciwko Władysławowi Mazurkiewiczowi. Jest podejrzany o próbę zabicia Stanisława Łopuszyńskiego, zamieszkałego w Warszawie przy ulicy Starościńskiej 9, podczas podróży z Zakopanego do Krakowa. Od tej chwili Mazurkiewicz będzie ścigany jak pospolity bandyta. Milicja rozsyła za nim listy gończe po całej Polsce. Prasa drukuje apele z prośbą o pomoc w ujęciu przestępcy i ostrzeżenia, że za udzielanie mu wsparcia grozi pięć lat więzienia.

Sąsiedzi z kamienicy przy Biskupiej 14 nie dają wiary oszczerczym plotkom na temat pana Władka, kłamstwom o próbie zastrzelenia jakiegoś warszawskiego cwaniaka i waluciarza, o milicyjnych poszukiwaniach. To wszystko brzmi nieprawdopodobnie dla każdego, kto zna tego dobrego i uczynnego człowieka. Zabić to może jakiś oprych spod ciemnej gwiazdy, a nie pan Władek. Podejrzenie o próbę usiłowania zabójstwa kłóci się z jego miłą powierzchownością i przyjazną, wrażliwą naturą. Czy ktoś tak zdeprawowany jeździłby na grób swojego ulubionego pieska? Pan Władek systematycznie odwiedza miejsce wiecznego spoczynku czworonożnego pupila, choć leży on pochowany w podkrakowskiej Woli Justowskiej. Sąsiedzi się nawet z niego podśmiewają, że wozi zwierzęciu kwiaty.

– Delikatny, usłużny, grzeczny – tak charakteryzuje poszukiwanego sąsiad Franciszek Grabowski.

* * *

Pięćdziesięciopięcioletni mecenas Henryk Wallisch jest wówczas sławą krakowskiej palestry. Absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, przedwojenny prokurator w Stryju, Samborze i Lwowie. Wciąż otacza go nimb wojennego bohatera. W 1939 roku, tuż przed wkroczeniem bolszewików do Lwowa, nadał w miejscowym radiu apel do narodów świata, by ratowały Polskę przed zagładą. Aresztowany przez Rosjan uciekł z obozu, pod fałszywym nazwiskiem przedarł się przez granicę i ukrywał w okupowanym przez Niemców Krakowie.

Po wojnie otworzył praktykę adwokacką, by pomagać prześladowanym przez komunistów żołnierzom niepodległościowego podziemia, księżom, kupcom. Jednym z jego pierwszych klientów był Władysław Mazurkiewicz, z którym się zaprzyjaźnił.

Kancelarię mecenas prowadzi przy Szewskiej, jednej z ulic prowadzących do Rynku Głównego. Stąd w południe udaje się codziennie na obiad, idąc przez płytę Rynku w kierunku Bramy Floriańskiej. Podczas pokonywania tej trasy na początku października spotyka pod Sukiennicami poszukiwanego przez milicję Władysława Mazurkiewicza, zdruzgotanego swoją obecną sytuacją. Podejrzewa się go o coś, co zrujnuje mu życie, a jest niewinny i nie wie, jak swej niewinności dowieść, tłumaczy Wallischowi. Następnie w kancelarii mecenasa przez wiele godzin opowiada mu o niegodziwościach i pomówieniach, jakich dopuścił się jego warszawski kontrahent. Mówi o wizycie milicjantów w jego mieszkaniu, wysłanym za nim liście gończym, atmosferze zaszczucia, poniżenia, obawie aresztowania w każdej chwili. Tego ostatniego boi się najbardziej. Prosi Wallischa o pomoc.

Mecenas zgadza się zająć sprawą. Radzi, by Mazurkiewicz zaszył się gdzieś poza Krakowem, dopóki trwają poszukiwania. Sam natomiast sięga po słuchawkę i dzwoni do niedoszłego odbiorcy zegarków. Prosi o spotkanie. Łopuszyński wyznacza je w restauracji hotelu Polonia w Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Od chwili wybudowania hotelu w 1913 roku restauracja uchodzi za najbardziej ekskluzywną w stolicy. Przed wojną znakomitych gości obsługiwali ściągnięci z Paryża kucharze i kelnerzy. Bywali tu przyszli prezydenci Francji, Charles de Gaulle, i Stanów Zjednoczonych, Dwight Eisenhower, po wojnie przywódcy bloku socjalistycznego, a teraz Stanisław Łopuszyński z Henrykiem Wallischem.

To najbardziej reprezentacyjne miejsce stolicy, gdzie na stołach leżą śnieżnobiałe obrusy, kelnerzy chodzą we frakach po sali pełnej międzynarodowego towarzystwa zachodnich dyplomatów. I młodych, dobrze ubranych kobiet. Panie poniżej trzydziestki są wystylizowane na Joannę Madou, bohaterkę Łuku Triumfalnego Remarque’a – to najpopularniejsza książka wśród młodych w latach pięćdziesiątych. Obowiązkowy jest czarny beret ułożony lekko na bakier i długi płaszcz przeciwdeszczowy z wysoko podniesionym kołnierzem.

Ceny w Polonii przyprawiają o zawrót głowy. Adwokat uważnie słucha Łopuszyńskiego. Widać, że pozbył się już wątpliwości, co stało się feralnego wieczora na trasie Zakopane–Kraków.

– Mazurkiewicz był jedynym, który mógł to zrobić – upiera się rzekoma ofiara i uważnie patrzy w oczy rozmówcy. – Nikt inny. Tylko on mógł strzelić.

Adwokat uśmiecha się wyrozumiale.

– Pan był pijany – mówi spokojnie i prosi o wycofanie zeznań. – Niech pan się dobrze zastanowi i nie rzuca podejrzeń na niewinnego człowieka. Proszę nie działać pochopnie i wszystko na zimno przemyśleć. Ta sprawa również dla pana może mieć przykre konsekwencje.

Zawoalowana groźba tylko pogarsza sytuację. Rozsierdzony Łopuszyński odpowiada, że nie zamierza z niczego się wycofywać, bo Mazurkiewicz próbował go zabić i okraść.

Robi na doświadczonym prawniku fatalne wrażenie.

„Należałoby najpierw zbadać, kim jest ten Łopuszyński, czym się trudni, gdzie pracuje, czy istotnie pracuje, jakie ma dochody, z czego żyje, skąd czerpie takie wielkie zasoby na tak rozrzutny tryb życia, z kim się spotyka, gdzie bywa, w jakich lokalach, czy gra w karty (w pokera), jak wysoko, z kim, gdzie, czy zaciągał przed rzekomym zranieniem jakiś poważny dług i u kogo, co robił w Krakowie, co robił w Zakopanem i czy krytycznego dnia nie słyszano w Zakopanem strzału?” – radzi w liście prokuratorowi. I posługując się swoją żelazną logiką, obala punkt po punkcie – jego zdaniem – pomówienia Łopuszyńskiego.

„Czy to nie dziwne – pyta – że Łopuszyński, mimo rzekomej próby dokonania zbrodni przez Mazurkiewicza, nie obawia się jechać obok niego w dalszą drogę w jednym samochodzie i to w warunkach, które nie dałyby mu szans żadnej obrony, gdyby ten powtórnie próbował go zastrzelić?”

Pytań jest więcej.

Czy Mazurkiewicz naprawdę jest tak naiwny, że planując zbrodnię, przez wiele dni i nocy afiszowałby się w towarzystwie swojej przyszłej ofiary? Przecież po jej zniknięciu ściągnąłby na siebie wszystkie podejrzenia.

Jak to możliwe, że Łopuszyński, uchodzący za świetnego strzelca, nie był w stanie rozpoznać, że w jego głowie tkwi pistoletowa kula?

„Oceniam go – pisze Wallisch o Mazurkiewiczu – jako człowieka bardzo dobrego, niezdolnego do wyrządzenia komukolwiek krzywdy, nawet w obliczu sytuacji, kiedy świadoma, celowa plotka usiłuje plątać go w różne, najbardziej dramatyczne afery i doprowadzić do zupełnego zniweczenia bezbronnego i niewinnego człowieka”.

Mecenas zapewnia też, że jego klient przed nikim się nie ukrywa.

„Poszukiwanie go listem gończym jest zbyteczne, bo jedyne, czego pragnie, to stanąć przed prokuratorem wojewódzkim, wyjawić całą prawdę i oczyścić się z zarzutów usiłowania dokonania tak nikczemnej zbrodni, w którą próbuje go uwikłać milicja”.

Wallisch dołącza do swojego listu bardzo drobiazgowe wyjaśnienie własnoręcznie napisane przez Mazurkiewicza. Spisuje on historię pobytu Łopuszyńskiego w Krakowie i ich wspólnej podróży do Zakopanego w nocy z 23 na 24 września na szesnastu stronach maszynopisu, nie pomijając żadnego szczegółu. Jest ona niemal identyczna z tym, co opowiadał wcześniej milicji Łopuszyński. Jedyna niewielka różnica dotyczy kilku minut, gdy samochód zatrzymał się na wysokości Przełęczy Zbójnickiej i Stanisław Łopuszyński poczuł mocny ból w głowie.

List Władysława Mazurkiewicza do prokuratury:

Po powrocie z Murowanej Piwnicy Łopuszyński mówi, że chce się napić wódki. „Przecież pan ledwie siedzi” – mówię. Na co on mi odpowiedział, że się nie umiem bawić. Wobec tego – mówi – że pójdzie się odlać i żebym na niego zaczekał. Czekam i czekam, a jego nie ma. Myślę sobie: pewno znowu poszedł na wódkę. W końcu znużony zasnąłem. Obudził mnie pijacki zaśpiew i pukanie w szybę. Łopuszyński był tak pijany, że nie mógł wejść do samochodu.

„Teraz, panie Władziu, możemy już jechać” – powiedział. Nie zdążyliśmy jeszcze minąć Kościuszki, on już spał. Po wyjeździe z Zakopanego na drodze do Poronina potrząsnąłem nim, chciałem, żeby coś gadał, bo mnie znużenie ogarnęło. Obudził się, mówiąc, żebym go nie ruszał, bo strasznie głowa go boli. Powiedziałem, że się bardzo z tego cieszę i że nie trzeba było tyle chlać. Już go potem nie ruszałem, tylko od czasu do czasu wołałem: „Panie Staszku, nie śpij pan”, na co on mi odpowiadał stękaniem i słowami: „Oj, panie Władku, ale mnie ta głowa boli”. I znowu zasypiał. Po przejechaniu Chabówki zaczęło się już robić jasno, dzień był pochmurny. Na górze, gdzie szosa przechodziła przez tak zwaną Przełęcz Zbójecką Łopuszyński nagle się ocknął i powiedział: „Niech pan stanie, panie Władku. Będę rzygał”. Stanąłem. Zaczął wymiotować i cały się trząść. Mówił, że mu zimno i ta głowa go tak bardzo boli. Przyłożył sobie rękę z tyłu i powiada: „Zobacz pan, panie Władziu, jakiego mam guza”. Położyłem rękę na to miejsce, rzeczywiście, stwierdziłem opuchnięcie. Zapytałem go: „Kto pana tak urządził?”. Powiedział, że nic o tym nie wie. Widząc jednak jego stan, że ledwie żyje, trzęsie się cały i ma czkawkę, wziąłem kocyk, okryłem go. Był w stanie godnym pożałowania.

Gdy tak stałem w drzwiach i patrzyłem z politowaniem na niego, on nagle zapytał: „A może, pan, panie Władziu, mnie tak w głowę urządził?”.

Odpowiedziałem: „Niech pan