Elect. Eagle Elite. Tom 2 - Rachel Van Dyken - ebook

Elect. Eagle Elite. Tom 2 ebook

Rachel Van Dyken

4,6
26,90 zł

lub
Opis

Miłość za miłość. Życie za życie.

Nixon Abandonato dokonał wyboru. Teraz musi zapłacić za to wysoka cenę.

Tracey jest miłością jego życia, ale związek z nim sprawił, że stała się celem wrogów jego rodziny. Jedynym sposobem na utrzymanie jej przy życiu jest przekonanie świata, że znaczy dla niego tyle co nic.

Tracey Rooks zakochała się w synu odwiecznego wroga swoich bliskich. Jednak gdy Nix zaczyna pchać ją w ramiona swojego najlepszego przyjaciela, traci grunt pod nogami. Nieświadomy niczego Chase nawet nie przypuszcza, że jest tylko jednym z elementów układanki Nixona.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 336

Popularność




Elita

„To jak na razie najlepsza książka tej autorki”. 

– Book-Whisperer.blogspot.com

„Dobrze się zapowiada, więc na razie 4 gwiazdki!

To bardzo świeża, szalona i zabawna książka, po prostu inna. Nie mogę się doczekać, by przeczytać następną część

pod tytułem Elect… Sądząc po pierwszej części,

kolejne będą fantastyczne”. 

– NewAdultAddiction.com

Elect

„Sekrety, poświęcenia, krew, strach, oddanie…

Ta książka ma wszystko, co kocham! Rachel Van Dyken

to wspaniała autorka!” 

– GirlBookLove.com

„Ta książka zabierze cię na przejażdżkę emocjonalnym

rollercoasterem. Opowiada o jednej z najlepszych

historii miłosnych. Nixon oczywiście trafił na moją listę

książkowych chłopaków”. 

– SoManyReads.com

The Bet

„Już dawno nie śmiałam się tak bardzo przy książce.

The Bet to ciepła, czasami komiczna historia.

Tak naprawdę przeczytałam ją dwukrotnie”. 

– RecommendedRomance.com

The Wager

„Rachel Van Dyken szybko stała się jedną

z moich ulubionych autorek i nie mogę się doczekać,

by zobaczyć, co szykuje dla nas w przyszłości.

The Wager to książka, którą muszą poznać wszyscy ci,

którzy kochają historie miłosne z humorem.

Po przeczytaniu tej pozycji jeszcze długo będziecie pod wrażeniem, a uśmiech nie zejdzie Wam z twarzy”. 

– LiteratiBookReviews.com

Dla wszystkich dziewczyn, które chcą zobaczyć, jak zły chłopak zostaje zbawiony… I dla moich cudownych czytelniczek, dzięki którym moja praca jest

Prolog

Ukryłem się w kącie, mając nadzieję, że mnie nie zobaczy, gdy znowu pobije mamę. Obiecał jej, że przestanie pić. Obiecał, że już nie będzie podły, ale on nie dotrzymuje obietnic. Już nie.

– Ty głupia suko! Wiem, że dzisiaj wieczorem się na niego gapiłaś! Myślisz, że tego nie widziałem?

– Nie gapiłam się! – Mama otarła oczy i próbowała złapać ojca za ręce, ale on popchnął ją na podłogę i kopnął w brzuch.

Przestraszony rozejrzałem się po pokoju, szukając czegoś, co mogłoby mi pomóc. Chase siedział obok mnie. Widziałem, jak jego knykcie bieleją, gdy mocno zaciskał dłoń w pięść. Był równie bezradny jak ja. Przełknąłem ślinę i skupiłem wzrok na wuju Tonym, a on powoli pokręcił głową. Stał nieruchomo w kącie, a jego wzrok niczego nie wyrażał. Czy zamierzał tam stać i patrzeć, jak mój ojciec zabija mamę? Czy mężczyźni nie powinni chronić rodziny, którą kochają? Moje nozdrza zafalowały, bo gotowałem się ze złości w milczeniu. Ktoś musiał coś zrobić.

Usłyszałem kolejny krzyk, a potem dźwięk roztrzaskującego się na podłodze szkła. Odwróciłem się w chwili, gdy mama upadała na podłogę. Po jej twarzy ciekła krew.

– Mamo! – Rzuciłem się w jej stronę, spychając z drogi ojca. Musiałem ją uratować, musiałem ją ochronić. – Mamo!

– Nixon. – Ktoś wyciągnął do mnie rękę i mnie zatrzymał. – Przestań.

Spojrzałem w smutne oczy Chase’a.

– Muszę ją uratować.

– Nie możesz.

– Właśnie że mogę! Muszę…

– Nixon, jesteś moim najlepszym przyjacielem, ale tata powiedział, że jeśli znowu rozgniewasz swojego ojca, to rzuci się na ciebie. Z tego, co widzę, on niedługo i tak straci przytomność.

– Ale… – Spojrzałem na moją mamę. Zerknęła na mnie przerażona i w milczeniu skinęła głową, a potem ojciec uderzył ją w twarz. Zamknęła oczy, jej głowa uderzyła o podłogę. Patrzyłem, czy jej usta się poruszają, żeby sprawdzić, czy wciąż oddycha.

Jej pierś unosiła się i opadała.

Żyła. Przeżyła to – tym razem. Sparaliżowany ze strachu patrzyłem, liczyłem sekundy pomiędzy kolejnymi słabymi oddechami, mając nadzieję, modląc się, by to nie był jej ostatni oddech.

– Nixon, chodź tutaj. – Chase pociągnął mnie za ramię w stronę drzwi wyjściowych. Gdy tylko moje stopy dotknęły trawy, rzuciłem się przed siebie.

Biegłem, dopóki nie rozbolały mnie nogi, i w końcu zatrzymałem się przy drzewie znajdującym się w najbardziej oddalonym punkcie naszej posiadłości.

– Nixon. – Chase znalazł się za mną. Nie mógł złapać oddechu. – Tak mi przykro, Nixon.

Pokiwałem głową. Wiedziałem, że tak należy powiedzieć. I może naprawdę było mu przykro. Ale mnie też. Było mi przykro, że nie posłuchałem Chase’a i któregoś dnia zabiję ojca za to, co zrobił mojej mamie. Zabiję go i trafię za to do piekła… Ale nie obchodziło mnie to. Tata powiedział, że i tak tam wyląduję.

– Zawrzyjmy pakt. – Chase położył dłoń na moim ramieniu.

– Pakt? – Pociągnąłem nosem i odwróciłem się w jego stronę. – Jaki pakt?

– Taki na zawsze. Taki, który będzie chronić ludzi, a nie ich krzywdzić.

– A jak to zrobimy? – Nagle mnie to zaciekawiło. A co, jeśli mogę sprawić, że krzywda zniknie? A co, jeśli uda mi się uratować wszystkich?

– Tak. – Chase wyciągnął scyzoryk z kieszeni i rozciął sobie dłoń, a potem skinął głową, bym zrobił to samo. Bez zastanowienia wykonałem małe nacięcie i oddałem mu nóż. – Bracia krwi. Nigdy nie skrzywdzimy siebie nawzajem i będziemy chronić słabszych, jak twoja mama, Nixon. Tych, którzy nie potrafią ochronić się sami. My będziemy ich chronić.

– Jak? – Patrzyłem, jak krew ścieka z mojej dłoni.

– Dzięki zasadom. – Chase wzruszył ramionami. – Dzięki nim ludzie są bezpieczni, prawda? A przynajmniej tak mówi moja mama. – Uśmiechnął się. – Ustalimy zasady i założymy nasz własny klub. Dzięki temu nie będziemy musieli słuchać się innych.

Spodobało mi się to. Przygryzłem dolną wargę.

– Jak się będziemy nazywać?

– Wybrani? – zasugerował Chase.

– Nie, to słabe. To musi się kojarzyć… z czymś potężniejszym niż to.

Rozejrzałem się i zauważyłem wbity w ziemię znak przy drodze. Dotyczył wyborów.

– Elect – powiedziałem. – Nasza grupa będzie się nazywać Elect. – To miało sens. W końcu prezydent jest elektem, prawda? Nie jesteśmy wybrani, ale sami dokonujemy wyborów i wybieramy siebie do roli opiekunów. Właśnie tym jesteśmy.

– Kto jeszcze może do nas dołączyć?

– Tex i Phoenix. Będą chcieli być w grupie. – Nagle poczułem się tak, jakby z moich dwunastoletnich ramion zniknął wielki ciężar. – Czy powinniśmy uścisnąć sobie dłonie?

– Tak. – Chase złapał moją dłoń i nasza krew się wymieszała. – Teraz już nie możemy tego cofnąć.

– Nie. – Pokręciłem głową. – Nie możemy.

Przycisnąłem palce do skroni, odtwarzając tę scenę w głowie po raz setny, i patrzyłem, jak sylwetki Chase’a i Tracey migają w świetle księżyca. Czy naprawdę by mi to zrobili? Po tym wszystkim, przez co przeszliśmy?

Oceniłem jej reakcję, mając nadzieję, że się mylę. Modliłem się do Boga o to, by Trace chociaż raz mnie posłuchała. W jej oczach błysnęło zainteresowanie, a potem spuściła głowę.

– Cholera. – Czekałem, ukryty w mroku. Część mnie wiedziała, że to się wydarzy. Ta część kazała mi posłać moje uczucia do diabła i zignorować wszystkie znaki ostrzegawcze, które widziałem. Ale teraz było chyba za późno. Stałem w miejscu, obserwując, czekając.

– Chase, nie możesz… – Trace pokręciła głową. – Nie możesz się tak zachowywać. Nie możemy tego zrobić!

– Niczego nie robimy – odparł Chase niskim głosem, sięgając po dłoń Trace. – Nie czujesz tego samego? – Spojrzał prosto na mnie, chociaż zobaczył tylko cień. Wiedziałem, że dobrze się ukryłem.

Trace wyrwała dłoń z uścisku Chase’a.

– To, co czuję, nie ma znaczenia. Tu nie chodzi o mnie, Chase.

– Właśnie że chodzi. – Chase znowu wyciągnął dłoń w jej stronę. Tym razem jej dłoń zamknęła się na jego w tak intymny sposób, że mnie zemdliło i myślałem, że się porzygam. Powietrze było cholernie zimne, a małe fragmenty lodu próbowały dostać się pod mój wełniany płaszcz.

– Wcale nie. – Trace westchnęła. – Nigdy nie chodziło o mnie.

Chase przyciągnął ją do siebie. Oparła się o jego klatkę piersiową i spojrzała mu w oczy.

– Co ty wyprawiasz?

Chase westchnął.

– To, co powinienem był zrobić bardzo dawno temu. – Położył jej dłoń z tyłu głowy i zbliżył jej twarz do siebie. Ich usta się zetknęły.

Musiałem odwrócić wzrok. Jedynym dźwiękiem rozchodzącym się w ciemności był cichy stukot moich kroków, gdy odchodziłem… zostawiając swoje złamane serce w miejscu, w którym stałem. Już jej nie odzyskam. I to nawet nie Sycylijczycy mi ją odebrali, a mój najlepszy przyjaciel.

Rozległ się wystrzał z broni, głośny i wyraźny w nocnej ciszy. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak Trace osuwa się w ramionach Chase’a.

Rozdział 1

Trzy tygodnie wcześniej

– Chase – warknąłem. – Zajmij się tym, czym powinieneś, do cholery.

Mój kuzyn przewrócił oczami i zasalutował, po czym biegiem ruszył w stronę Trace. Wszyscy uznaliśmy, że najlepiej będzie, jeśli Trace zostanie w szkole. W końcu ochrona w Eagle Elite jest niezła. I nikt nie odważyłby się zrobić czegoś za dnia.

Ale tak naprawdę to w nocy zaczynało mi odbijać. Nie wiedziałem, komu ufać. Nawet nie wiedziałem, czy mogę ufać sobie. Jeśli znowu coś złego stałoby się Trace, to nigdy bym sobie tego nie wybaczył. W tej chwili nawet nie potrafiłem spojrzeć sobie w oczy w lustrze po tym, jak ją traktowałem w ciągu ostatnich tygodni.

Mogła zostać zgwałcona. Niewiele brakowało, a zgwałciłby ją ktoś, kogo kiedyś nazywałem przyjacielem. A teraz… jej dziadek znowu się ukrywał. Nie można tak po prostu zastrzelić szefa mafii, trzeba mieć ku temu dobry powód, a on nie miał żadnego. Musimy się dowiedzieć, kto zabił rodziców Trace, bo jeśli okaże się, że to rodzina De Lange, jak podejrzewałem, to przynajmniej jej dziadek nie otrzyma kulki lub nie będzie torturowany za to, że zrobił, co należało.

Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że od początku to wszystko było moją winą. Gdybym trzymał się z dala od niej, jak żądał jej dziadek, to teraz Trace byłaby bezpieczna. A jednak Trace przyciągała mnie do siebie jak magnes i zakochałem się w niej. Nim się zorientowałem, poczułem, że jestem w stanie rozpętać wojnę przeciwko głowie rodziny Alfero, byle tylko zdobyć jego wnuczkę. Co więcej, byłem gotowy ją porwać.

Jęknąłem, kiedy Chase podbiegł do Trace i złapał ją za rękę. Okej, zniosę naprawdę wiele rzeczy – broń, przemoc, ludzi, którzy nie znają swojego miejsca w tym przeklętym świecie, ale mój najlepszy przyjaciel całujący w dłoń moją dziewczynę? Tę samą, w której byłem zakochany od zawsze? Tak, zamierzam go zabić, jeśli zrobi cokolwiek, by to zepsuć.

Ona jest jedyną bliską mi osobą. Oczywiście mam jeszcze siostrę, ale moi rodzice nie żyją. Mama umarła, gdy byłem mały – zginęła z rąk tego drania, mojego ojca, a on… cóż, zatańczyłbym na jego grobie, ale wyszedłbym na prawdziwego dupka. Rzecz w tym, że potrzebuję Trace. Ona nie była dla mnie tylko dziewczyną, była moim życiem. Przerażało mnie to, że jeśli ją stracę, to stracę również siebie – stracę wszystko, dzięki czemu zachowuję zdrowe zmysły i twardo stąpam po ziemi.

– Nie przeszkadza ci to? – zapytał stojący obok mnie Tex, przeczesując dłońmi ciemnorude włosy i kiwając głową w stronę szczęśliwej pary.

Wzruszyłem ramionami, próbując wyglądać luźno i nonszalancko.

– Kwestionujesz moje decyzje?

– Hej. – Tex uniósł dłonie w poddańczym geście. – Ja tylko zadałem pytanie, Nixon, niczego nie kwestionuję. Weź coś na uspokojenie, chłopie.

– Mam wziąć… – Przygryzłem dolną wargę, ssąc metalowy kolczyk. – Nic mi nie jest.

– Jasne. Ze mną wszystko w porządku, z tobą wszystko w porządku i ze wszystkimi. Och, patrz, chyba właśnie pierdnąłeś tęczą.

– Przypomnij mi, co ty tutaj w ogóle robisz?

Tex uśmiechnął się szeroko i włożył ręce do kieszeni spodni.

– Och, no wiesz, chcę ci tylko uprzykrzyć życie. W dodatku twoja seksowna siostra obiecała spotkać się ze mną przed swoimi pierwszymi zajęciami.

– Proszę cię, nie używaj słowa „seksowna” i „siostra” w tym samym zdaniu.

– Przepraszam. – Tex odchrząknął. – Jestem tu, bo twoja gorąca siostra obiecała się ze mną spotkać przed swoimi pierwszymi zajęciami.

– A ja stąd spadam. – Przewróciłem oczami. – Przekaż mojej nieseksownej, niegorącej siostrze, że ma odbierać swój pieprzony telefon.

– Jasne! – Tex zasalutował. – Tylko nie potknij się o tęczę, słońce!

Pokazałem mu środkowy palec i potruchtałem w przeciwną stronę, do budynku biznesowego. Tak naprawdę byłem na ostatnim roku studiów, chociaż zostały mi tylko trzy przedmioty do zaliczenia, zanim będę mógł go ukończyć. Zapisałem się na przedmioty fakultatywne tylko po to, by pozostać studentem jeszcze do końca zimowego semestru. Ale zaczynałem poważnie się zastanawiać nad tym, by zawalić przedmioty i zostać jeszcze na semestr letni. Musiałem coś zrobić – nie mogłem jako jedyny nie studiować w Eagle Elite, nie teraz, gdy Sycylijczycy przemierzają Atlantyk.

Zyskałem kontrolę nad szkołą tylko dlatego, że moja rodzina była jej właścicielem. Oczywiście to wszystko dla przykrywki. Musiałem mieć dostęp do wszystkiego i to dlatego dziekan odwracał wzrok, gdy zapisywałem się na niektóre przedmioty, a z innych rezygnowałem. Od czterech lat próbowałem dowiedzieć się, kto zabił rodziców Trace, gdy miała sześć lat. I po tych wszystkich latach starań mających na celu oczyszczenie nazwiska mojej rodziny zaczynałem mieć wrażenie, że się cofam i wszystko wymyka mi się spod kontroli. A ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałem, to czuć na karku oddech Sycylijczyków po tym piekle, które rozpętało się kilka tygodni temu.

– Panie Abandonato – odezwał się profesor prowadzący seminarium, gdy tylko postawiłem stopę w klasie. To była mała sala, składająca się z około piętnaściorga studentów, a wszyscy byli zbyt pochłonięci rozmowami lub wysyłaniem esemesów, by zwrócić uwagę na moje spóźnienie. Żaden z nich nawet nie zauważył, że wyglądałem tak, jakbym wrócił z siódmego kręgu piekła i spotkał się z samym szatanem.

– Tak? – Próbowałem nie sprawiać wrażenia tak zirytowanego, jak się czułem. Bo wiedziałem, że jeszcze piętnaście sekund i nie wytrzymam. – Co mogę dla pana zrobić?

Moje słowa niosły ze sobą podwójne znaczenie. Pytałem, co mógłbym dla niego zrobić, bo on wiedział, kim jestem i czym zajmuje się moja rodzina. Z tego powodu zawsze ostrożnie dobierałem słowa – większość ludzi prosi o przysługi w miejscach publicznych. Więc sztuka podstępu to moja specjalność. Jeśli odpowiedziałby, że ma do mnie jakąś sprawę, to wtedy wiedziałbym, że potrzebuje Nixona Abandonata, szefa mafii. Jeśli zacząłby się śmiać i wydawać bezsensowne polecenia związane ze szkołą, to wtedy chciałby rozmawiać ze zwykłym Nixonem.

Czasami zastanawiałem się, jak to jest być normalnym. Na przykład jak to jest nosić dżinsy, nie mając w nich ukrytej broni? Albo nie być podejrzliwym w stosunku do każdej osoby, która krzywo na ciebie spojrzy? Spanie jest przereklamowane – w tej chwili wiedziałem, że jadę na czystej adrenalinie.

– Mamy w klasie nowego studenta. – Pan Ryan skupił wzrok na ławce z przodu klasy. Podążyłem za jego spojrzeniem. Gniew wymieszał się z adrenaliną, przez co dłonie zaczęły mi drżeć. Zacisnąłem je w pięści.

– Cholera. – Kilkoro studentów spojrzało w moją stronę, a potem znowu skoncentrowali wzrok na swoich telefonach, gdy ja powoli lustrowałem wzrokiem nowego. Pewnie mógłbym krzyknąć „pali się!”, a oni i tak nie odkleiliby dup od krzeseł. Co za idioci.

– Słucham? – odezwał się pan Ryan. – Czy wy się znacie?

– Och. – Powietrze uciekło z sykiem z moich ust i ruszyłem w stronę ławki. – Można tak powiedzieć.

– Cóż – odezwał się za mną pan Ryan. – Będę wdzięczny, jeśli pokażesz mu szkołę. W końcu jesteś przewodniczącym ostatniej klasy.

– To prawda – odparłem, zatrzymałem się przed ławką nowego studenta i wyszeptałem: – Jak się tu, do cholery, dostałeś? – Znalazłem się tak blisko jego twarzy, że zobaczyłem blednące siniaki na jego nosie – i to powiedziało mi jedno: nie znalazł się tu z wyboru, ale został zmuszony. Chociaż nigdy nie przyznałby się do przegranej. Moje nozdrza zafalowały, gdy oblizał wargi, nie spiesząc się z odpowiedzią.

Rozparł się na krześle. Jego długie ciemne włosy zakrywały część jego twarzy.

– Sądzisz, że tylko ty masz znajomości, Abandonato?

– Oczywiście, że nie. – Złapałem za brzeg jego ławki i pochyliłem się tak, że moja twarz znalazła się kilka centymetrów od jego. – Po prostu nie sądziłem, że będziesz na tyle głupi, by wybrać stronę.

– Ja nie wybrałem. Ja zostałem wybrany. Potrzebowali kogoś, kto przeprowadzi śledztwo. Kogoś godnego zaufania, kto będzie działał od wewnątrz. Bo przecież oni nie dostaliby się do college’u.

– Naprawdę? – Włożyłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem nóż, po czym przesunąłem nim po blacie w stronę jego brzucha. – A ja nie jestem godny zaufania? – Przekrzywiłem głowę na bok. – Uważaj na słowa, Fauście. Nie zawahałbym się wybebeszyć cię w miejscu, w którym teraz siedzisz.

Odkąd Faust zasugerował, że Trace „sama się o to prosiła”, kiedy prawie ją zgwałcono, znalazł się na mojej czarnej liście. Pochodził z jednej z sycylijskich rodzin założycieli i był prawdziwym wrzodem na dupie.

Pochylił się tak, że moje ostrze dosłownie wbiło się w materiał jego białej koszuli.

– Zrób to. A wtedy nikt nie będzie chronić Trace ani jej dziadka. Rodzina Alfero oficjalnie wszczęła wojnę z resztą z nas. Wybierz, po której jesteś stronie, Nixon, albo ja wybiorę za ciebie.

– Klaso! – Pan Ryan klasnął w dłonie. – Wszyscy na miejsca.

Zabrałem nóż i ukryłem ostrze po wewnętrznej stronie dłoni.

– To jeszcze nie koniec.

– Oczywiście, że nie. – Faust się uśmiechnął, a jego oczy pociemniały z satysfakcji. Skinął głową w moim kierunku i odpowiedział: – To dopiero początek.

Rozdział 2

Kiedy tylko zajęcia dobiegły końca, podszedłem do ławki Fausta. Powinienem był się tego spodziewać – i to kolejny powód, dla którego Chase jest ochroniarzem Tracey, a nie ja. Ja nie myślałem jasno, a to wszystko przez nią. Skupiałem się na chronieniu jej, ale w trakcie stałem się miękki.

A to oznaczało jedno.

Musiałem wzbudzić w Fauście prawdziwy strach, zanim wróci i zda raport rodzinie, którą Sycylijczycy tu przysłali.

Zamknąłem drzwi. Powoli przekręciłem w nich klucz. Zdjąłem ze ściany plakat i zakryłem nim małe okienko pośrodku drzwi, a potem odwróciłem się w stronę Fausta.

Opierał się o swoją ławkę.

– Nie możesz mnie zabić.

Uśmiechnąłem się, czując adrenalinę przepływającą przez moje ciało. Mocno zacisnąłem dłonie w pięści i zachwycałem się tym uczuciem, które dawała bulgocząca w żyłach krew.

– Och, nawet bym o tym nie śnił.

Uśmiech Fausta zniknął z jego twarzy, gdy rzuciłem się na niego i wbiłem jego ciało w ceglaną ścianę. Uniósł ręce, by mnie powstrzymać, ale ja przytrzymałem go ciężarem swojego ciała. Przyłożyłem ostrze noża do jego gardła.

– Kogo przysłali?

Faust przełknął ślinę, a jego jabłko Adama podskoczyło przy ostrzu, przez co skóra lekko się zadrapała. Kropla krwi zaczęła spływać z nacięcia. Faust zamarł.

Nie odpowiadał.

Dobra. To zagrajmy.

Wyrzuciłem nóż za siebie i uderzyłem go w szczękę. Rozległ się trzask, gdy jego głowa uderzyła w ceglaną ścianę. Nie chciałem jeszcze znokautować gościa, więc odsunąłem go od ściany i rzuciłem nim w stronę ławek. Zaklął, gdy upadł na podłogę, ale szybko wstał.

– Tylko na tyle cię stać, Nixon? Słabniesz?

O nie. Rzuciłem się na niego. Próbował uciec, ale zdążyłem złapać go za stopę. Przewrócił się na podłogę. Zaciągnąłem go za nogę do najbliższego okna i otworzyłem je.

Znajdowaliśmy się na pierwszym piętrze. Upadek pewnie nie wyrządziłby mu zbyt wielkiej krzywdy; może gdyby wylądował na stopach, to miałbym szczęście i połamałby sobie tylko obie nogi. W każdym razie miałem nadzieję, że po tej stronie kampusu nie ma teraz nikogo. Stwierdziłem, że większość ludzi już znajduje się w klasach. Stękając, podniosłem go tak, by oprzeć na parapecie, i złapałem za przód jego koszuli.

– Zrobimy tak. – Uśmiechnąłem się kpiąco. – Albo powiesz mi, kto cię przysłał, albo urządzimy sobie lekcję fizyki. Jak myślisz, z jaką prędkością spadniesz z sześciu metrów? I jak wiele kości sobie połamiesz, jeśli w ogóle przeżyjesz ten upadek?

– Nie zabiłbyś mnie.

– Zrobiłbym to. – Zamrugałem. – Właściwie ten pomysł staje się tym bardziej kuszący, im dłużej patrzę na twoją parszywą twarz.

Nozdrza Fausta zafalowały. Zniecierpliwiony uderzyłem go w nos i złapałem go za koszulę, zanim upadł.

– Zastanów się, Faust.

– Nicolosi – warknął. – Rodzina Nicolosi zajmuje się dochodzeniem. Przyjechali dwa dni temu.

Oszołomiony, nie byłem w stanie nic zrobić poza trzymaniem go. Zapomnijmy o zabijaniu go – sam chciałem wyskoczyć przez okno.

Każda rodzina, byle nie Nicolosi. Myślałem, że wyślą którąś z rodzin założycieli, ale nie pierwszą rodzinę założycielską.

Nie rodzinę, którą dziadek Trace sam wyrzucił z Ameryki – kiedy jeszcze rodzina Alfero miała pieniądze i coś do powiedzenia. A co gorsza – nasza rodzina im w tym pomogła. Oczywiście miało to miejsce, jeszcze zanim z naszymi rodzicami doszło do dramatu w stylu Romea i Julii.

Ja pierdolę.

– Sądząc po twojej przerażonej minie, liczyłeś na kogoś innego – stęknął Faust.

Wciągnąłem go do klasy i uderzyłem w szczękę tak mocno, że padł nieprzytomny na podłogę. Wytarłem zakrwawione ręce w spodnie i wyszedłem z sali.

Pan Ryan czekał na korytarzu.

– Czy ja w ogóle chcę wiedzieć, co się tam wydarzyło?

– Niee… – Pokręciłem głową i uśmiechnąłem się do niego. – Może pan przez to zginąć.

– Czy w mojej sali jest trup? – Jego ton głosu był tak spokojny, jakby właśnie pytał, czy chcę wodę, czy napój gazowany.

– Nie jestem pewny. – Wzruszyłem ramionami. – Ale będzie lepiej, jeśli odwoła pan popołudniowe zajęcia.

Pan Ryan pokiwał głową i wyciągnął telefon.

– Już wysyłam maila. I umieszczę kartkę na drzwiach.

– Dziękuję. – Ruszyłem korytarzem, ale wtedy usłyszałem głos pana Ryana:

– Eee… w nogę wbił ci się nóż.

Cholera. Spojrzałem w dół. Więc dlatego Faust się uśmiechał. Nawet tego nie poczułem. Tak bardzo przywykłem do tego, że ktoś mnie bije, że prawie nie reagowałem, gdy ktoś mnie atakował. Kiedy reagujesz z powodu bólu lub strachu, na chwilę zamierasz, a wtedy dajesz przeciwnikowi okazję, by cię zabił.

– Najwyraźniej tak, panie Ryan. Miłego dnia.

Wyciągnąłem niewielki nóż z uda i otarłem ostrze w spodnie. Musiałem się przebrać, nim Trace mnie zobaczy, bo spanikuje.

Rozdział 3

Naprawdę muszę przestać wkurzać Nixona. Ale kiedy pocałowałem Trace w dłoń, to zrobiłem to na zasadzie odruchowej reakcji. Jeśli nie chciał, żebym zbliżył się do jego dziewczyny, to nie powinien był zatrudniać mnie jako jej osobistego ochroniarza, którym mam być dwadzieścia cztery na siedem.

Żyłem w prawdziwym piekle i nie wiedział o tym nikt poza mną.

– Czy możemy urwać się z lekcji? – zapytała Trace, gdy szliśmy na trzecią tego dnia lekcję. To były zajęcia z samoobrony. Wiedziałem, że ich nienawidzi. Ale jeśli mam być szczery, ona tego potrzebowała, a nawet czegoś więcej, dlatego musiałem postawić na swoim, chociaż jej boski uśmiech zabijał mnie od środka.

– Nie. – Otoczyłem ją ramieniem. – Po prostu wyobraź sobie twarz Phoenixa, gdy będziesz uderzać Spike’a.

Trace zadrżała.

– Taa, tylko że gdy wyobrażam sobie Phoenixa, trzymam nóż przy jego jajach. Jestem pewna, że Spike miałby przez to traumę do końca życia albo zostałabym wyrzucona z Elite.

– W sumie racja. – Przytuliłem ją do siebie. – Już się nim zajęliśmy, Trace. Nikt nie widział go od dwóch tygodni. Albo się ukrywa, albo znajduje się po drugiej stronie oceanu. Nie jest na tyle głupi, by znowu cię zaatakować. Pozwól Nixonowi się tym zająć. Nie jesteśmy w stanie zabić go za to, co ci zrobił, ale możemy mu uprzykrzyć życie.

Trace pokiwała głową, ale nic nie powiedziała. Wiedziałem, że wciąż przeżywa tamtą sytuację. Ja sam ją przeżywałem, a zrobiłem w życiu wiele złych rzeczy dla rodziny Abandonato. Jednak kiedy znalazłem ją na podłodze z zakrwawionymi i podartymi ubraniami, doświadczyłem największej traumy w życiu.

Wciąż chciałem zabić Phoenixa. Jednak Nixon mi na to nie pozwalał. To na pewno miało coś wspólnego z zakazem zabijania bezpośrednich krewnych szefów mafii i tym, że są następni w kolejce. Więc teraz mieliśmy związane ręce, bo kilka tygodni temu dziadek Trace zabił ojca Phoenixa.

Ale to nie oznaczało, że nie mogę marzyć o jego śmierci każdego pieprzonego dnia. Wydawało mi się niesprawiedliwe to, że ten drań może oddychać tym samym powietrzem, co Trace, a tym bardziej chodzić wolno, jakby wcale nie próbował jej zabić.

– Spóźniłaś się – oznajmił profesor do Trace, gdy weszliśmy do klasy.

– To moja wina – skłamałem. – But mi się rozwiązał, upadłem, pociągnąłem za sobą Trace, a jej koszula ubrudziła się… błotem, więc musiała się przebrać.

Wykładowcy mnie nienawidzili. Nixon był w tej szkole złotym chłopcem, trochę jak bóg. A ja byłem tylko jego asystentem, tym, który odwalał brudną robotę. Nie pomagało mi również to, że moje oceny się pogorszyły, odkąd odrabiałem lekcje tylko wtedy, gdy Trace spała. Bo tylko wtedy miałem na to czas.

Pilnowanie jej to praca na cały etat. Chociaż nie narzekałem.

Ostry wzrok profesora skupił się na mnie z chłodną obojętnością.

– Masz na sobie buty bez sznurowadeł, a dzisiaj świeci słońce, Chase. I jeszcze jedno spóźnienie, Tracey, a twoje oceny spadną.

– Auć – wymamrotałem do niej. – Mogę zlecić zabicie każdego wykładowcy. Pamiętaj o tym. – Poklepałem ją po plecach i puściłem oko do profesora.

Trace przewróciła oczami, ale i tak się uśmiechnęła.

– Twój partner zachorował, więc będziesz dzisiaj pracować z Chase’em – oznajmił marudny wykładowca i stanął przed klasą. – Dzisiaj będziemy skupiać się na pracy nóg i technikach samoobrony. Pliki z instrukcjami znajdują się na biurku. Pamiętajcie, że macie przerobić każdy scenariusz, zanim wyjdziecie z tych zajęć.

Trace mruknęła obok mnie niezadowolona i poszła po kartki. Mina jej zrzedła, gdy przeczytała pierwszą stronę.

– N-nie mogę, Chase. N-nie dam…

Nagle Trace, do której przywykłem, stała się tylko cieniem samej siebie. Drżąc, otoczyła ramionami moją szyję, jakbym był jej kołem ratunkowym, wybawcą, wszystkim. Mimo że bardzo nie lubiłem patrzeć na nią, gdy była w takim stanie, moje ciało zareagowało na jej bliskość od razu. Znowu zadrżała. Delikatnie odsunąłem ją od siebie i spojrzałem w jej przerażone oczy.

– Co, u diabła? – Wziąłem od niej kartki i szybko przejrzałem pierwszy scenariusz.

Dziewczyna i chłopak znajdują się sami w jego mieszkaniu. On próbuje ją wykorzystać, ona próbuje uciec, ale jemu udaje się złapać ją za nadgarstek i siłą powalić na podłogę.

Co robisz?

Ja pierdolę. Złapałem Trace za rękę i uściskałem ją.

– Jesteśmy tylko ty i ja, Trace, okej? Dasz sobie z tym radę, a wiesz dlaczego?

Jej dłoń zadrżała w mojej.

– Bo jesteś z rodziny Alfero. – Zacisnąłem zęby i przyciągnąłem ją bliżej siebie. – Czy członkowie rodziny Alfero się poddają?

– Nie – wyszeptała Trace.

– Co proszę? Nie dosłyszałem.

– Nie! – Pokiwała głową.

– Czy pozwolisz ludziom sobą pomiatać? Czy pozwolisz, by cię atakowano, Trace?

– Nie! – Jej nozdrza zafalowały, gdy wyrwała dłoń z mojego uścisku. Jej wzrok się wyostrzył.

– Dobra dziewczynka. – Pokiwałem głową. – A teraz postaraj się pamiętać, że to tylko ja, a nie Phoenix. Jestem naprawdę związany ze swoją anatomią i kiedyś chciałbym mieć dzieci, wiesz?

Przewróciła oczami i stanęła obok mnie. Zmówiłem modlitwę i szybko powaliłem ją na matę. Wierzgała się, ale mocno trzymałem jej nadgarstki nad głową – tak samo jak Phoenix. Cholera, ta sytuacja mnie dobijała. Jej twarz ściągnęła się w bólu, zamknęła oczy i zaczęła kręcić głową na boki. Czekałem, aż strach minie – aż jej ciało przestanie się bać i poczuje gniew. Ale było to dla niej cholernie trudne.

Potrafiłem z zimną krwią zabić faceta dwa razy starszego od siebie.

Zakopałem więcej ciał, niż jestem w stanie zliczyć.

Dorastałem w świecie narkotyków, prostytucji i hazardu.

Nic, naprawdę nic nigdy nie było dla mnie tak trudne jak zmuszenie Trace, by jeszcze raz przeżyła najgorsze chwile swojego życia. Ale też wiedziałem, że musi przez to przejść, więc trzymałem ją mocno.

– Walcz – powiedziałem, pochylając się.

Wiła się pode mną, widziałem panikę w jej oczach. Może się myliłem, może załamie się pod presją, ale musiała nauczyć się bronić. Mimo że bardzo tego pragnąłem, wiedziałem, że nie będę częścią jej przyszłości, nie zawsze będę w stanie ją chronić. Złapałem ją mocniej. Nozdrza Trace zafalowały i kilkukrotnie odetchnęła głęboko.

– Trace – wyszeptałem zachrypniętym głosem, gdy jej ciało otarło się o moje. Cholera, nie chciałem zareagować na to, jak cholernie blisko mnie się znajdowała… Szlag, próbowałem się skupić. – Myśl, Trace, myśl o tym, jak mnie odepchnąć lub wykorzystać mój ciężar na swoją korzyść.

Zmrużyła oczy, a potem otoczyła mnie nogami w pasie, przyciągając mocno do siebie, tak że już nie mogłem zyskać przewagi. To był mądry ruch; większość ludzi traci energię, próbując zepchnąć z siebie napastnika, a potem się poddaje.

W takich sytuacjach zawsze rozsądniej jest walczyć z czymś, a nie przeciwko czemuś. Trace wykorzystała drugą nogę, oplatając ją wokół mojego ciała, a potem powoli mnie popchnęła, aż znalazłem się na boku, a ona na mnie. Jednak nie zdobyła wystarczająco przewagi, bo kilka sekund później znowu przewróciłem ją na plecy.

W tej chwili, gdy zobaczyłem na jej twarzy odrobinę potu, znowu znienawidziłem Nixona. Bo on wiedział, że torturuje nas oboje. Doskonale wiedział, jak trudno jest mi trzymać ręce przy sobie, z dala od tego, co nie jest moje, a mimo to zaufał mi na tyle, bym każdego dnia chronił Trace i znosił tę cholerną sytuację. Jej ciało tak idealnie pasowało do mojego, że niemal zapomniałem, że to wszystko nie jest realne – zapomniałem, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, i wyobrażałem sobie więcej. Ścisnęło mnie lekko w piersi, gdy Trace założyła mi ręce na szyi i delikatnie pociągnęła. Moje usta znalazły się tuż przy jej kości obojczykowej i lekko jej dotknęły – to było tylko muśnięcie, ale wystarczyło, bym stracił nad sobą panowanie.

Już jej nie uczyłem.

Teraz walczyłem sam ze sobą.

Przeżywałem piekło, a ona o tym nie wiedziała.

– Dość tego – powiedziałem ochryple. – Użyj teraz swoich nóg.

Trace znowu spróbowała i tym razem udało jej się przewrócić mnie na plecy, ale ponownie szybko to zmieniłem.

Wykończona zamknęła oczy i westchnęła, kiedy znowu znalazłem się na niej.

– Jestem zmęczona… Chyba mi się…

– Nie ma mowy – wycedziłem i pochyliłem się nad nią tak, że przyciskałem się do niej całym ciałem. – Nie udało ci się. Nawet się nie postarałaś. Przysięgam na Boga, będę cię przyciskał do tej cholernej podłogi przez cały dzień, jeśli nie będziesz ze mną walczyć tak, jakby od tego zależało twoje życie. Jeszcze raz.

W jej oczach zabłysnął gniew i znowu otoczyła mnie rękami wokół szyi. Nasze usta dzieliły centymetry i oboje oddychaliśmy szybko z wysiłku.

Poprawka: ona oddychała z wysiłku. Ja oddychałem z trudem, ponieważ z wielkim trudem powstrzymywałem się od tego, by jej nie pocałować i się nie rozebrać.

Jęknęła ze złością.

Ja pierdolę.

Znowu jęknęła. Poważnie, w tej chwili zastanawiałem się, czy śmierć będzie tego warta. Czy trwająca całe życie przyjaźń z Nixonem była aż tak bezwartościowa, bym porzucił ją, byle tylko raz spróbować z tą dziewczyną?

Tracey chyba wyczuła, że straciłem czujność. Wykorzystała okazję, otoczyła mnie nogą i z głośnym okrzykiem przycisnęła mnie do ziemi.

– Niezła robota. – Cholera. Cholera. Cholera. Muszę sobie znaleźć dziewczynę lub coś, na czym będę mógł się skupić. Cokolwiek. Jeszcze chwila, a wszystko bym zepsuł.

– Udało mi się! – Klatka piersiowa Trace unosiła się i opadała z wysiłku, a spocona biała koszulka kleiła się do jej ciała.

– Tak. – Zwalczyłem w sobie pożądanie. – Prawdziwy z ciebie Tito Ortiz.

– Kto?

Zachichotałem.

– Nieważne. A teraz złaź ze mnie, zanim znowu rzucę cię na ziemię.

Zaśmiała się.

Ale ja nie.

Byłem cholernie poważny.

Moje poczucie samokontroli wisiało na włosku. Hmm, do tej pory nigdy nie rozumiałem tego wyrażenia. Fantastycznie.

Rozdział 4

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Elect

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Małgorzata Święcicka

Redakcja: Aleksandra Zok-Smoła

Korekta: Katarzyna Kusojć

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Alex Volot/Shutterstock.com

Copyright © 2013 by Rachel Van Dyken

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Sylwia Chojnacka, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-14-3

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek