Eleanor & Grey - Brittainy C. Cherry - ebook

Eleanor & Grey ebook

Brittainy C. Cherry

4,5

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Greyson East mnie naznaczył.

Zakochałam się w nim jako młoda dziewczyna, która nie wiedziała nic o życiu.
Dni były idealne… aż wszystko się zepsuło i musieliśmy się rozstać. Pozostawiając za sobą pierwszą miłość, trzymałam się wspomnień i pragnienia, aby móc go odnaleźć.

A kiedy moje marzenie się spełniło, nic nie było takie, jak sobie wyobrażałam.
Zgłaszając się na rozmowę w sprawie posady niani, nie spodziewałam się, że moim nowym szefem będzie chłopak, którego znałam, a który był teraz zimnym, zamkniętym w sobie, samotnym mężczyzną.
Zniknął uśmiech, który tak kochałam, zbladły wspomnienia. Każdą jego cząstkę spowijał świeży ból.

Kiedy Greyson zorientował się kim jestem, wymógł na mnie obietnicę profesjonalizmu w pracy, abym nie próbowała się do niego zbliżać, nie odkurzała wspomnień.
Czasami jednak w jego burzliwych oczach dostrzegałam przebłyski dawnego chłopca. Widziałam tego, który się uśmiechał, który skradł dziewczynie serce i nie miałam wątpliwości, że warto było o niego walczyć.

Dostałam drugą szansę z tym, który mnie naznaczył, więc miałam nadzieję, że w jakiś sposób ja również odcisnę się w jego duszy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mamie

Dziękuję, że we mnie wierzysz

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

Kiedy byłem mały i widziałem w wiadomościach straszne rzeczy, mama mówiła: „Szukaj tych, którzy pomagają. Zawsze znajdą się osoby, które udzielą pomocy”.

 

~ Fred Rogers

 

 

PROLOG

 

 

 

Eleanor

 

 

 

 

 

8.04.2003

 

Wszystkiego, co mama wiedziała o życiu, nauczyła się od pana Rogersa.

Nazywała go najwspanialszym nauczycielem życiowych lekcji i zarzekała się, że uratował ją już niezliczoną ilość razy. Ilekroć była zdenerwowana, rozwiązywała problemy za pomocą słów. Ilekroć była szczęśliwa, cieszyła się w pełni. Ilekroć cierpiała, badała to, co doprowadziło do jej bólu.

Nigdy nie spotkałam kobiety, która do tego stopnia kontrolowałaby swoją energię. Jej samoświadomość była naprawdę godna podziwu. Nigdy nie podnosiła głosu, była najspokojniejszą osobą na całym świecie. Nie można było złościć się w jej towarzystwie. Naprawdę wierzyłam, że to niemożliwe.

I to jej zawdzięczaliśmy wtorki z panem Rogersem.

Tylko we wtorki nie jedliśmy w jadalni, ale zabieraliśmy tace i siadaliśmy przed telewizorem. Nie było wtorku, kiedy mama, tata i ja nie oglądalibyśmy programu zatytułowanego Mister Rogers’ Neighborhood. Ten zwyczaj był dziwaczny, ale mimo to mama kontynuowała go, odkąd była mała. Oglądała każdy odcinek z babcią, a kiedy poznała tatę, skłoniła go do złożenia obietnicy, że tej tradycji stanie się zadość, nawet gdy będą mieli dzieci.

Uwielbiałam to. Zapewne nie istniało zbyt wielu szesnastolatków, którzy znaliby i lubili pana Rogersa, ale, szczerze mówiąc, wiele przez to tracili. Nawet jeśli program miał już swoje lata, życiowe lekcje wciąż były bardzo aktualne.

To wtorkowe popołudnie niczym się dla mnie nie różniło. Zjedliśmy pieczeń z ziemniakami, rozmawialiśmy o muzyce, śmialiśmy się z kiepskich dowcipów taty i komentowaliśmy kolekcję swetrów pana Rogersa, które wyglądały podobnie do moich. Mama co roku robiła mi nowy na urodziny.

Wszystko było dobrze, aż padły dwa wstrząsające słowa.

– Mam raka.

Moje ciało zareagowało w bardzo niespodziewany sposób. Wcisnęłam się w kanapę, jakby ktoś uderzył mnie pięścią w brzuch, a całe powietrze zostało wypompowane z moich płuc.

Spojrzałam na mamę zdezorientowana, oszołomiona bólem. Spociły mi się dłonie, a żołądek związał się w supeł i jego treść podeszła mi do gardła.

– Co? – szepnęłam, a pytanie to ledwie wydostało się z moich ust.

Dwa słowa.

Padły przecież tylko dwa wyrazy, ale całkowicie zmieniły mój nastrój. Dwa słowa złamały mi serce i były tymi, których przenigdy nie chciałam usłyszeć.

Mam raka.

Popatrzyłam na usta mamy, gdy do mnie mówiła. A przynajmniej tak mi się wydawało. Czy w ogóle coś powiedziała? Czy to sobie wymyśliłam? Miałam jakieś omamy słuchowe? Prześladowało mnie echo przeszłości?

Dziadek miał raka.

Walczył.

Ale z jego powodu umarł.Z tych słów nie wynikało nic dobrego.

Pokręciłam głową, wciąż zdezorientowana, gdy po policzkach mamy powoli popłynęły łzy. Spojrzałam na tatę i dostrzegłam, że również znajdował się na granicy płaczu.

– Nie.

Tylko tyle udało mi się wydusić.

Tylko to przyszło mi do głowy.

Potrząsnęłam nią.

– Nie, nie, to nieprawda.

Tata ucisnął nasadę nosa.

– To prawda.

– Nie – powtórzyłam. – Wcale nie.

Nie było mowy, by mama była chora.

Tacy ludzie nie chorowali na nowotwory. Przecież była najzdrowszą kobietą na świecie. Koktajle z marchewki,jabłek i ogórka uważała za przekąski. Gdyby się skaleczyła, krwawiłaby zapewne sokiem z brokuła. Ludzie odżywiający się tak zdrowo jak mama nie chorowali. Byli coraz zdrowsi. Nie było więc możliwe…

O nie.

Teraz tata też płakał.

A nigdy mu się to nie zdarzało. No może na palcach jednej ręki mogłabym policzyć chwile, gdy zaszkliły mu się oczy.

– Eleanor. – Tata rzadko porzucał żarty, dlatego zwracał się do mnie pełnym imieniem, gdy sytuacja była naprawdę poważna. Pociągnął nosem i zamknął oczy. – To trudne dla nas wszystkich. Chcieliśmy ci powiedzieć, gdy się dowiedzieliśmy, ale nie wiedzieliśmy, jak to zrobić. W dodatku trzeba było przeprowadzić więcej badań i…

– Jak źle jest? – zapytałam.

Oboje milczeli.

To nie mógł być dobry znak.

Czułam, jakby po kawałku wyrywano mi serce z piersi.

Mama zakryła usta dłonią, gdy łzy nie przestawały płynąć.

Ponownie odezwał się tata i znowu padło moje pełne imię.

– Eleanor, zrozum, proszę. Będziemy musieli się zjednoczyć, aby to przetrwać.

– Będziemy walczyć – przyrzekła mama drżącym głosem, w którym dało się słyszeć strach, niepewność i rozbicie. – Będziemy z tym walczyć. Ellie, przyrzekam. Ty, twój tata i ja. Zwalczymy to.

Nie mogłam oddychać. Miałam ochotę uciec. Wstać, wybiec z pokoju, z domu, z rzeczywistości. Jednak mama tak na mnie patrzyła, tak cierpiała, tak drżała ze strachu i bólu, że nie mogłam tego zrobić.

Nie w ten sposób.

Przysunęłam się do niej na kanapie i ją objęłam. Wtuliłam się w nią, oparłam głowę o jej klatkę piersiową, wsłuchując się w galop jej serca.

– Przykro mi – szepnęłam, gdy z moich oczu popłynęły łzy i przygniótł mnie smutek. Nie wiedziałam, co jeszcze mogłabym zrobić, więc po prostu ją ściskałam i powtarzałam: – Przykro mi, przykro mi, przykro mi…

Objęła mnie mocniej i tuliła, jakby nigdy nie chciała mnie puścić. Tata przytulił nas obie i trwaliśmy tak, jakbyśmy walczyli o życie.

Łzy płynęły, a my byliśmy jednością.

Kiedy ból nie ustawał, mama pocałowała mnie w czoło i odezwała się miękko, przez co rozpłakałam się jeszcze bardziej.

– Przykro mi, Ellie.

Ale wszystko miało być dobrze, bo mieliśmy z tym walczyć.

Chcieliśmy walczyć razem.

I zamierzaliśmy wygrać.

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

Eleanor

 

 

 

 

 

21.06.2003

 

Wszystkiego, co wiedziałam o życiu, nauczyłam się z Harry’ego Pottera.

Nazywałam go najwspanialszym nauczycielem życiowych lekcji i zarzekałam się, że uratował mnie już niezliczoną ilość razy. Kiedy byłam zdenerwowana, pisałam zaklęcia, dzięki którym mogłam zmienić ludzi w szczury, ślimaki czyżaby.

Nie trzeba dodawać, że brakowało mi umiejętności społecznych, co jednak nie przeszkadzało, ponieważ naprawdę świetnie potrafię unikać ludzi – cóż, przynajmniej dopóki nie zostaję zmuszona, by mieć z nimi do czynienia.

– Masz szlaban na swój pokój – oświadczyła mama, stając w drzwiach mojej sypialni i pocierając twarz. Brązowe włosy spięła w luźny kok, w pasie miała przewiązany fartuszek malarski, nałożony na koszulkę z logo Pink Floydów. Na jasnozielonych trampkach widniały krople farby, okulary w grubej różowej oprawie odsunęła na czubek głowy i uśmiechała się do mnie promiennie.

Cały dzień malowała w garażu, ponieważ w weekendy mogła się rozluźnić i zatracić w miłości do sztuki. W tygodniu była przyjazną nianią, ratującą dzieciaki przed nudną egzystencją. Jednak wolne przeznaczała dla siebie.

Od diagnozy minęły dwa miesiące. Uwielbiałam, gdy malowała. Póki poświęcała się sztuce, wydawało się, że wszystko jest dobrze. Dopóki wciąż była sobą, dni były łatwe.

I przeważnie pozostawała sobą. Czasami bywała zmęczona, ale wciąż była moją mamą. Po prostu drzemała w ciągu dnia częściej niż zazwyczaj.

Zmrużyłam oczy, spoglądając na nią znad książki.

– Nie można dać komuś szlabanu na jego pokój.

– Tak, można. Rozmawiałam o tym z twoim ojcem i uzgodniliśmy, że masz szlaban na te cztery ściany. Są wakacje! Musisz spędzać czas z kolegami.

Oderwałam od niej wzrok i powróciłam do lektury.

– A co niby robię? – Bardzo kochałam mamę. Ze wszystkich rodzicielek, moja była najlepsza, ale tego popołudnia zachowywała się zupełnie niedorzecznie. Mimo wszystko to nie był jakiś tam letni dzień. To był dwudziesty pierwszy czerwca dwa tysiące trzeciego roku, dzień, na który czekałam od trzech lat.

Od trzech długich bolesnych lat.

Mama naprawdę zachowywała się, jakby zapomniała, że dziś była premiera Harry’ego Pottera i Zakonu Feniksa. Zadziwiające, że w ogóle miała czelność rozmawiać ze mną o kimkolwiek innym niż Harry, Ron czy Hermiona.

– Eleanor, masz wakacje, a nie wyszłaś jeszcze z pokoju.

– To dlatego, że muszę przeczytać pierwsze cztery tomy przygód Harry’ego Pottera, aby przygotować się na piąty. – Serio, powinna to rozumieć. Można to było porównać z sytuacją, gdy za jej czasów wychodził nowy album Black Sabbath, a ona zamiast go słuchać, wypełniałaby polecenie babci, idąc do sklepu po mleko.

Całkowicie niefajnie.

Black Sabbath był ważniejszy niż mleko.

Harry Potter był ważniejszy niż życie towarzyskie.

– Shay mówiła, że dziś ma być jakaś impreza – oznajmiła mama, siadając na moim łóżku. – Będzie tam pewnie alkohol i trawka – zażartowała, szturchając mnie w ramię.

– Sama radocha – zadrwiłam. – Jakżebym mogła przepuścić tak świetną okazję.

– Okej, wiem, że nie jesteś imprezowiczką, ale wydaje mi się, że szesnastolatka powinna choć raz pójść na niepilnowaną przez dorosłych balangę.

– A dlaczego miałabym tego chcieć? Dlaczego ty chcesz, bym to zrobiła?

– Nie uprawialiśmy seksu od początku wakacji – stwierdził rzeczowo tata, dołączając do rozmowy.

– Tato… – jęknęłam, zatykając sobie uszy. – No weź!

Wszedł do mojego pokoju, usiadł na łóżku obok mamy i objął ją.

– Sama weź, Ellie. Przecież wszyscy wiemy, że stosunek seksualny jest pięknym, naturalnym aktem, którym wszyscy powinni się cieszyć, gdy odbywa się za obopólną zgodą i jest pełen szacunku.

– Rety, przestań o tym gadać. Poważnie. Stop. – Zacisnęłam ręce na uszach, a rodzice parsknęli śmiechem.

– Tata tylko się z tobą droczy, ale mieliśmy nadzieję, że zrobimy sobie maraton horrorów – wyznała mama, a ja byłam naprawdę wdzięczna, że mogłam odetkać uszy.

Kiedy byłam mała, zastałam ich, gdy oglądali Laleczkę Chucky i przez wiele dni byłam przekonana, że lalki chcą mnie dorwać. Pozbyłam się z domu każdej pluszowej maskotki. Nikt nigdy nie zrozumie, jak bardzo przerażające są małe lalki, póki nie wyobrazi ich sobie z nożami rzeźniczymi w szmacianych dłoniach.

I nawet nie chcę mówić o tym, co się działo, gdy tata stwierdził, że jestem już na tyle duża, by obejrzeć Lśnienie.

Uwaga, spoiler: nie byłam na to gotowa.

Od tamtej pory, ilekroć oglądali horror, szłam do Shay. I dziś by mi to nie przeszkadzało, gdyby wieczór nie był tak wyjątkowy.

– A nie możecie poczekać kilku dni? – zapytałam.

– Moglibyśmy, ale skoro to nasza rocznica… – Urwała, najwyraźniej sądząc, że to wystarczający argument, by mnie przekonać.

Spoiler: wcale taki nie był.

– O rety, to dziś? – zdziwiłam się. – A to nie było w zeszłym roku?

Tata się uśmiechnął.

– To szalone, że pamiętasz daty premier książek, ale zapominasz o rocznicy ślubu własnych rodziców.

– Zrozumiałbyś, gdybyś przeczytał którąkolwiek z tych powieści, tato.

– Kiedyś to zrobię – zażartował. Mówił tak od premiery pierwszego tomu Harry’ego Pottera. Już mu nie wierzyłam.

– Chcę tylko powiedzieć, Ellie, że byłoby fajnie, gdybyśmy mieli dziś dom tylko dla siebie. W dodatku wiesz, jak trudno znaleźć nam czas sam na sam, aby… no wiesz – ciągnęła mama.

– Uprawiać seks – dodał gwoli wyjaśnienia tata. – Poważnie, możesz zostać, ale wiesz, jakie są te ściany. Jeżeli więc chcesz nasłuchać się krzyków ofiar z horrorów, a potem krzyków twojej matki, zostań.

– Na miłość… Po prostu przestańcie gadać.

Ulubioną rozrywką rodziców było sprawianie, bym czuła się możliwie jak najbardziej niezręcznie. Byli w tym niedorzecznie dobrzy. Zawsze czerpali nieopisaną rozkosz z mojego bólu.

Tata nie mógł się powstrzymać przed kolejnymi docinkami.

– Jeśli chcesz, możesz wsadzić sobie słuchawki do uszu, gdy…

Poderwałam się z łóżka i krzyknęłam:

– Okej! Dobra, wygraliście. Idę z Shay na imprezę.

Uśmiechnęli się z zadowoleniem.

– Chociaż uważam, że to nieładnie wykorzystywać rozmowy o seksie, abym poczuła się niekomfortowo i wyszła.

– O skarbie. – Mama uśmiechnęła się i oparła głowę o ramię taty, gdy ten objął ją mocniej. Byli tak bardzo zakochani. – Najlepsze w rodzicielstwie jest to, że można drażnić swoje nastoletnie dziecko. Pamiętaj o tym.

– Okej. Wrócę o dziesiątej, więc wyróbcie się do tej pory.

– Ale dziś możesz wrócić o północy! Jesteś młoda. A teraz idź, bądź dzika i wolna! – wykrzyknął tata. – I przypilnuj Shay, proszę.

– Oczywiście.

– O, a chcesz trochę gumek? – zapytała mama, przez co się skrzywiłam. Uwielbiała mnie dręczyć.

– Nie, najdroższa matulu. Nie trzeba.

 

* * *

 

– Dobrze się czujesz? – zapytała Shay, patrząc w małe lusterko i nakładając kolejną warstwę błyszczyka na usta, gdy stałyśmy na ganku domu jakiegoś dzieciaka. Moja kuzynka była piękna. Tak ładna, że wydawało się to niesprawiedliwe wobec reszty licealistek, a miała taka pozostać na całe życie. Ciocia Camila była wspaniałej urody Hiszpanką, a Shay odziedziczyła po niej więcej niż po wujku Kurcie, co było dobre, ponieważ wujek Kurt był dupkiem. Im mniej łączyło Shay z jej ojcem, tym lepiej.

Ale, rety, dziewczyna była bardzo podobna do matki. Byłam pewna, że gdy się urodziła, rozłożyła się na czerwonym dywanie, a paparazzi pytali, co włożyła, na co odparła, że śpioszki firmy JC Penney.

Miała włosy Królewny Śnieżki – czarne, a jej oczy miały odcień bogatej czekolady, okolone rzęsami, o których marzyła każda dziewczyna. Była kształtna w miejscach, w których ja byłam płaska jak deska, ale najlepsze w Shay było to, że nie polegała na swoim pięknie. Była jedną z najbardziej praktycznych i zabawnych osób, jakie znałam. W dodatku dzięki ojcu padalcowi stanowiła wyznawczynię kobiecej mocy.

Nie rozmawiałyśmy za wiele o wujku Kurcie, odkąd jej rodzice się rozeszli, ale według mnie tak było lepiej. Ilekroć dziewczyna wspominała o ojcu, mówiła o nim „podły gnojek, który zniszczył życie jej i jej matce”.

Tata wciąż nazywał wujka Kurta bratem, choć nie był z tego dumny. To było jak w relacji Mufasy ze Skazą, nawet jeśli ten pierwszy wiedział, że jego brat to nikczemny drań.

Sprawy miałyby się zapewne inaczej, gdyby Mufasa umieścił Skazę na swojej czarnej liście.

Hakuna matata, jak przypuszczałam.

Shay nie mówiła, że nienawidzi mężczyzn, ale nie identyfikowała się też jako kochająca kobiety.

Lubiłam to w niej, ponieważ zbyt wiele dziewczyn w naszym wieku okazywało pogardę sobie nawzajem tylko po to, by chłopcy je bardziej lubili. Co za strata energii. Wydawało się, jakby szkoła średnia sprawiła, że całkowicie zapomniały o szkoleniach Spice Girls z podstawówki.

Shay stała wyprostowana na szpilkach i potrafiła nie połamać sobie w nich nóg.

Mnie bolały piszczele na samą myśl o przymierzeniu butów na takich obcasach.

– Tak, dobrze – odparłam, patrząc na swój żółty kardigan z ważkami, który zrobiła mi mama. Pod spodem miałam starą koszulkę z logo Metaliki, którą zwędziłam tacie, bo nie pasowała na niego od osiemdziesiątego ósmego roku. Jeansy z dziurami i żółte trampki dopełniały mojego wizerunku.

Włosy o barwie kakao zebrałam w kucyk, a najbliższym, co przypominało makijaż na mojej twarzy, były pozostałości mydła, którym się rano myłam. Przynajmniej aparat na moich zębach był czysty i lśniący.

Powinnam włożyć biustonosz typu push-up. Nie żeby miał pomóc. One działały, tylko jeśli miały, co podnosić.

Na ramieniu miałam dzianinową torebkę – również zrobioną przez mamę i w głowie już odliczałam minuty do końca tej imprezy.

– Są tu właściwie tylko koszykarze z naszej drużyny i ich znajomi – ciągnęła Shay, jakby to miało zmienić mój pogląd na domówkę, którą miałam znienawidzić.

– Okej.

– Ale jest też kilka fajnych osób – dodała. – Nie wszyscy to dupki.

– Zapowiada się obiecująco.

– Dobra, dajmy czadu – powiedziała. Otworzyła drzwi i weszła do domu wypełnionego osobami, których nie chciałam oglądać. Widok kolegów poza szkołą wydawał się okrutną karą. Podczas roku szkolnego wystarczająco się na nich napatrzyłam, więc naprawdę nie pragnęłam znaleźć się z nimi w jednym pomieszczeniu, upakowana jak sardynki w puszce.

Moją wizją imprezy było oglądanie powtórek serialu Whose Line is it Anyway w piżamie, z rodzicami, zajadając się popcornem i tłustymi cheeseburgerami. Mama oczywiście jadłaby wegańską kanapkę. Obejrzała kiedyś dokument o zwierzętach hodowlanych, który zmienił jej życie.

Tata również go oglądał, ale wciąż jadał średnio wysmażone steki.

– Przyniosę ci colę – zaproponowała Shay.

– A ty będziesz pić alkohol?

Pokręciła głową.

– Nie po tym, co stało się z Landonem. Wolę być trzeźwa, niż znów się z nim obmacywać po pijaku.

– Naprawdę mądrze, ale jeśli skończysz pijana, przypilnuję, byś nie całowała się z tym kutafonem.

– Właśnie dlatego jesteś moją ulubioną kuzynką.

– Jestem twoją jedyną kuzynką. Sprawdzisz, czy będzie tam też lód do coli? Będę w…

– Kącie. – Uśmiechnęła się. – Założę się o piątaka, że zastanę cię z książką w dłoni.

– Jakbyś znała mnie przez całe życie, czy coś.

Zaśmiała się i odeszła, choć nie wprost do celu. Ilekroć gdzieś wchodziła, wszyscy domagali się jej uwagi i była na tyle miła, że im ją poświęcała.

Ja po prostu szłam dalej.

Minęła dłuższa chwila, nim dostałabym swój napój, choć miałam na tyle szczęścia, że udało mi się znaleźć fajny zakątek pod schodami – bardzo potterowe miejsce do czytania.

Założyłam słuchawki – nie dlatego, że czegoś słuchałam, ale ludzie nie zaczepiali, gdy widzieli je u kogoś na uszach. Przydatna wskazówka dla introwertyków: wyglądaj, jakbyś był zajęty, aby unikać interakcji z ludźmi. Dwa zajęcia naraz są jeszcze lepsze.

Sama książka nie wystarcza, by być ignorowanym, ale książka i słuchawki? Cóż, równie dobrze można być duchem. Trudno być introwertykiem w ekstrawertycznym świecie, w którym normy społeczne to uczestnictwo w domówkach, szkolnych klubach, tygodniach z duchami i spotykanie się z ludźmi mówiącymi tylko o tym, że żyją pełnią życia, choć tak naprawdę tego nie robią.

Społeczeństwo było okrutne dla introwertyków, ale byłam pewna, że to się kiedyś zmieni. Nie mogłam się doczekać, aż media będą promowały pomysł siedzenia w domu jako najnowszą fajną modę, a socjalizowanie się z nielubianymi pozostanie zapomniane. Wszyscy introwertycy byliby zachwyceni!

Cisza, spokój, kubek dobrej kawy, książka i wierne koty.

Umościłam się na podłodze, siadając ze skrzyżowanymi nogami, opierając się plecami o ścianę. Im bardziej wcisnę się w ciemny kąt, tym mniej ludzi mnie zauważy. Kontynuujcie swoje zajęcia, mugole. Mnie tu nawet nie ma. Jestem tylko częścią ściany.

Wyjęłam książkę i zatonęłam w świecie magii. Potrzebowałam chwili, aby wyciszyć dźwięki, ale J.K. Rowling pomogła mi poświęcić pełną uwagę każdemu zapisanemu słowu.

Zaskakująco, impreza nie była dzika. Niektórzy pili, ale większość interesowała się muzyką i próbowała nawet tańczyć. Kilka metrów ode mnie jakieś osoby rozmawiały o statystykach w koszykówce i treningach.

Sądziłam, że mniej osób będzie miało problemy z aklimatyzacją, choć chyba oparłam swoje założenia o licealne domówki w serialach i programach telewizyjnych.

Czytająca dziewczyna nie wydawała się tak niezwykłym zjawiskiem. Co dziwne, w pewnym sensie tu pasowałam.

Uniosłam wzrok znad lektury dopiero, gdy dwóch chłopaków próbowało szeptać o Shay. Ponieważ nie mówili jedynie o mojej kuzynce, ale i o mnie.

O mnie.

A to nie było normalne. Przez wszystkie lata w szkole udawało mi się chodzić z opuszczoną głową i przeważnie nikt mnie nie zaczepiał. Byłam niemal pewna, że nikt właściwie nie wiedział kim jestem, poza dziwnie ubraną dziewczyną, z którą Shay codziennie jada lunch.

– Koleś, przyszła Żelazna Szczęka – rzucił jeden z nich scenicznym szeptem, by ten drugi usłyszał go pomimo muzyki.

– Nie musisz jej tak nazywać – upomniał tamten.

– Eee, widziałeś jej usta? Chyba wszyscy widzieli. To kuzynka Shay, nie?

– Tak. Eleanor – odparł kolega.

Hmm…

Użył mojego pełnego imienia. Większość osób mówiło na mnie Żelazna Szczęka lub kuzynka Shay.

Dziwne.

– Zaprzyjaźnij się z nią. Wtedy Shay zobaczy, że dogadujesz się z jej rodziną, przez co znowu z nią będę.

Spojrzałam na tych dwóch, starając się zachowywać nonszalancko, nim wróciłam wzrokiem do książki.

Oczywiście to Landon Harrison próbował odnaleźć drogę do serca mojej kuzynki – a może lepiej byłoby powiedzieć, do jej majtek.

W poprzednim roku Shay i Landon grali główne role w szkolnym przedstawieniu. Podczas tygodnia prób, gdy kuzynka nieco wypiła, coś się między nimi wydarzyło. Później dziewczyna popełniła najbardziej banalny błąd, jaki aktorka mogła zrobić i zakochała się w fikcyjnej postaci, którą odgrywał aktor. Klasyczna pomyłka początkujących.

Landon definitywnie nie był panem Darcym.

Byli razem przez tydzień, nim zdradził ją w wieczór po premierze sztuki. Kiedy z nim zerwała, chłopak uparł się, że ją odzyska, ale głównie dlatego, że nie mógł sobie poradzić w sytuacji, gdy to dziewczyna go nie chciała przez jego podłe zdradzieckie nawyki.

Na szczęście Shay była zbyt silną kobietą, aby się nim przejmować. Prawie nie zwracała na niego uwagi, prócz chwil, w których do gry wkraczała wódka.

– A to nie ty powinieneś z nią pogadać, aby nawiązać relację? – zapytał ten drugi.

Dyskretnie na niego zerknęłam. Greyson East był jednym z najlepszych uczniów w naszej klasie. I, podobnie jak Shay, był przez wszystkich lubiany.

Greyson był irytująco przystojny, dobrze ubrany i świetny na boisku, więc mógł mieć dosłownie każdą dziewczynę na świecie. Kiedy mówiło się o szkolnej popularności, był osobą, która od razu nasuwała się na myśl. To właśnie jego twarz znajdowała się na stronie internetowej naszej szkoły. Był kimś ważnym.

– Koleś, nie mogę rozmawiać z tym czymś. Przeraża mnie. Zawsze tylko czyta i nosi te dziwaczne swetry.

Mogłabym się obrazić za to, że nazwał mnie „tym czymś”, ale po prostu miałam to gdzieś. Mugol to tylko mugol. Tacy nie wiedzieli, jak zachować się inaczej niż idiotycznie.

– Co za marnotrawstwo życia. – Grey wykpił kumpla, brzmiąc na znudzonego. Przez jego sarkazm niemal się uśmiechnęłam, ale nienawiść przyćmiła wesołość.

– Wyświadcz mi przysługę – nalegał Landon.

– Nie zrobię czegoś takiego – odparł Greyson. – Zostaw ją w spokoju.

– No weź – upierał się ten pierwszy. – Wisisz mi to za Stacey White.

Greyson westchnął dwa razy, po czym zrobił to przeciągle po raz trzeci.

– No dobra.

O nie.

Nie, nie, nie, nie…

Próbowałam przyswajać słowa z książki, ale kątem oka spostrzegłam zbliżające się buty. Oczywiście chłopak nosił najki, ponieważ musiał być tandetny. Równie dobrze mógłby być modelem w ich reklamie. Kiedy śnieżnobiałe, zupełnie niepopękane buty zatrzymały się przede mną, niechętnie uniosłam wzrok.

Wpatrywał się we mnie.

Te jego szare oczy…

Miały taki odcień, który mógł istnieć jedynie w przerysowanych romansach, w których bohater był nieco zbyt idealny. Nikt tak naprawdę nie miał szarych oczu. Żyłam na tym świecie szesnaście lat i nie spotkałam nigdy drugiej osoby, która miałaby tak szare tęczówki. Jasnoniebieskie? Pewnie. Zielone? Tak, czasami, ale oczy Greysona były jak żadne inne. Rozumiałam, skąd brała się jego atrakcyjność.

Kiedy poczułam na sobie spojrzenie tych szarych oczu i dostrzegłam jego uśmiech, zrozumiałam, dlaczego większość dziewczyn roztapiała się przy nim z bezradnością.

Boże, ratunku.

Kiedy nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, pomachał mi lekko i posłał krzywy uśmieszek, który mnie zirytował. Te uśmieszki mogły działać na Stacey White i jej podobne, ale z pewnością nie na mnie. Spojrzałam na lekturę, próbując go ignorować.

Ale buty nie ruszyły się z miejsca. Kątem oka dostrzegłam, że chłopakpochylił się, aż klęknął tuż obok. Ponownie pomachał i znów posłał mi ten wymuszony uśmiech.

– Cześć, Eleanor. Co tam? – powiedział, niemal jakbyśmy się przyjaźnili i chciał sprawdzić, co u mnie.

Mruknęłam odpowiedź pod nosem.

Uniósł brwi.

– Mówiłaś coś?

Na wszystko, co właściwe! Czy nie widział moich słuchawek i książki? Czy nie wiedział, że był dwudziesty pierwszy czerwca dwa tysiące trzeciego roku? Dlaczego nikt nie rozumiał, jak ważne było czytanie powieści, gdy ta tylko trafi w twojeręce?

Czasami tak bardzo nienawidziłam tego świata.

– Powiedziałam „przestań”. – Zdjęłam słuchawki. – Po prostu tego nie rób.

– Ale czego?

– Tego. – Wskazałam między nami. – Wiem, że Landon polecił ci ze mną pogadać, by wkraść się w łaski Shay, ale to na nic. Nie jestem zainteresowana i ona również.

– Jakim cudem słyszałaś, o czym rozmawialiśmy, mając na uszach słuchawki?

– To łatwe, nie słuchałam w nich żadnej muzyki.

– W takim razie, po co je założyłaś?

O mamuniu, a nie możesz sobie iść?!

Nie było nic gorszego niż sytuacja, w której ekstrawertyk próbował zrozumieć głębokie zakamarki umysłu introwertyka.

Westchnęłam ciężko.

– Słuchaj, rozumiem, próbujesz być dobrym kumplem i w ogóle, ale, szczerze mówiąc, ja tu próbuję przeczytać w spokoju książkę, więc wolałabym, byś mnie zostawił.

Greyson przeczesał włosy palcami, jak jakiś cholerny model w reklamie szamponu. Przyrzekam, zrobił to w zwolnionym tempie, gdy powiała na niego nieistniejąca bryza.

– Okej, ale czy mogę posiedzieć przy tobie przez chwilę? Żeby Landon pomyślał, że jednak wyświadczam mu tę przysługę?

– Mam gdzieś, co zrobisz. Tylko się nie odzywaj.

Uśmiechnął się i, cholibka, łatwo było złapać się na jego urok.

Wróciłam do czytania, a Greyson usiadł obok mnie. Zaraz jednak stwierdził:

– Powiedz coś, by Landon myślał, że się zaprzyjaźniliśmy.

– Po prostu coś mówię, żebyś nie wyglądał tak głupio, jak naprawdę teraz wyglądasz – odparłam.

Ponownie się uśmiechnął, co zauważyłam i wróciłam uwagą do tekstu.

W końcu przyszła Shay z moją colą, plastikowym kubkiem i z lodem na patyku.

– Nie mogłam znaleźć lodu, ale stwierdziłam, że to też jest zimne, więc może ochłodzić ci napój. W dodatku jest wiśniowy, więc voilà! To cola cherry! – Spojrzała na chłopaka i uniosła brwi. – O, cześć Grey. Co tam?

– A nic. Poznajemy się z Eleanor. – Uśmiechnął się, a Shay dała się na to złapać, jak cholerna gazela w jaskini lwa.

– O, milusio! To moja ulubiona osoba na całym świecie, więc masz u mnie plusa. Dam wam pogadać. – Pomachała do mnie, jakby nie widziała w moich oczach paniki i błagania: „Odwrót! Odwrót! Ocal mnie!”. Odfrunęła jak społeczny motyl, a ja utknęłam w swoim kokonie z Greysonem.

– Jak długo musi to trwać? – zapytałam.

Wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Tyle, żeby Landon przestał mi wypominać Stacey White.

– A co jej zrobiłeś?

Zmrużył oczy i uniósł brwi.

– Co masz na myśli, mówiąc, że coś jej zrobiłem?

– Powiedziałeś to tak, jakby coś się stało.

Przesunął się i zerwał kontakt wzrokowy.

– Właściwie było odwrotnie. Nic się nie stało, choć to naprawdę nie twoja sprawa.

– Wydaje się moją, odkąd zacząłeś się na mnie gapić.

– Tak, rozumiem. – Ucichł na chwilę, po czym rozchylił usta. – Dlaczego Shay nie da Landonowi kolejnej szansy?

– Zdradził ją. Po tygodniu.

– Tak, wiem, ale…

Zamknęłam książkę. Było jasne, że w najbliższym czasie nie poczytam.

– Nie ma żadnego „ale”. Nie potrafię pojąć, jak możecie uważać, że dostaniecie kolejną szansę tylko przez wzgląd na wasz wygląd. Shay nie jest kretynką. Wie, na co zasługuje.

Greyson wepchnął język w policzek.

– Czy w ten bardzo okrężny sposób powiedziałaś, że jestem przystojny?

– Niech ci to nie uderzy do głowy.

– Wierz mi, już uderzyło. – Bębnił palcami o nogi. – To o co ci chodzi?

– Myślałam, że tylko udajemy, że rozmawiamy.

– Tak, ale znudziło mi się. To… Lubisz czytać? – Ruchem głowy wskazał na książkę.

– Jesteś bardzo spostrzegawczy, Kapitanie Oczywistość – wytknęłam.

Parsknął śmiechem.

– Jesteś przemądrzała.

– Mam to po mamie.

– Podoba mi się.

Zarumieniłam się, a nie cierpiałam, gdy to się działo. Moje ciało reagowało na jego irytującą, niecelowo uroczą osobowość, nawet jeśli mój umysł podpowiadał, by go nie lubić. Przez ostatni rok obserwowałam takich chłopaków i dziewczyny, które topniały w ich rękach, nie angażując w to żadnego procesu myślowego.

Mój umysł nie chciał, abym kiedykolwiek stała się jedną z takich dziewczyn, choć najwyraźniej serce nie przejmowało się pragnieniami głowy.

Odwróciłam wzrok, ponieważ puls mi przyspieszał, gdy patrzyłam mu w oczy.

– Nigdy nie czytałem Harry’ego Pottera – oznajmił i po raz pierwszy w życiu zrobiło mi się żal Greysona Easta. Cóż za smętną egzystencję wiódł.

– To chyba dobrze – odparłam. – Bo gdybyś go czytał, musiałabym zapewne głupio i nierealistycznie się w tobie zadurzyć, a to sprzeczne ze wszystkim, za czym się opowiadam.

– Jesteś przemądrzała i bezpośrednia.

– Bezpośredniość mam po tacie.

Uśmiechnął się.

Był śliczny.

O rany.

– Zatem książki i ważki? – zapytał.

Uniosłam brwi.

– Skąd wiesz o ważkach?

– Masz jedną na swetrze, drugą wpiętą we włosy.

O, tak. Mogłam się założyć, że byłam jedyną dziewczyną na tej imprezie z ważką we włosach.

– Lubimy je z mamą.

– Ważki?

– Tak.

– To dziwne.

– Jestem dziwna.

Zmrużył oczy, jakby mi się bacznie przyglądał, próbując przeskanować wzrokiem moje DNA.

– No co? – zapytałam, gdy skurczył mi się żołądek.

– Nic, tylko… Mógłbym się założyć, że skądś cię znam.

– Cóż, chodzimy razem do szkoły – odparłam z sarkazmem.

– No tak, wiem, ale to… – Urwał szybko i pokręcił głową. – Nie wiem. Zapewne nie byłaś na imprezie Claire Wade,co?

– Na pewno nie.

– A u Kenta Feda?

Popatrzyłam pustym wzrokiem.

– No tak. To dziwne, bo mógłbym przysiąc… – Zanim zdołał skończyć, przerwał mu podchodzący Landon.

– Misja przerwana, koleś. Shay to zdzira – zrzędził, krzywiąc się. Najwyraźniej dziewczyna sponiewierała jego wybujałeego.

– Jeszcze raz nazwiesz moją kuzynkę zdzirą, a dowiesz się, kto nią naprawdę jest – warknęłam.

Landon spojrzał na mnie i przewrócił oczami.

– Jak chcesz, dziwaczko.

– Nie musisz być chamem, Landon – skarcił go Greyson, podnosząc się. – I ma rację, Shay nic ci nie zrobiła. To ty ją zdradziłeś. Nie jest zdzirą, bo nie chce dać ci szansy.

Chwila. Co?

Czy Greyson East właśnie wstawił się za mną i Shay?

No okej.

Chyba jednak pewnego dnia będę miała z nim dzieci.

Głupie motyle nie chciały zniknąć z mojego brzucha, więc każdy mógł sobie wyobrazić moją ulgę, gdy Greyson wstał, aby odejść. Normalnie byłam dość blada, więc kiedy się zarumieniłam, było to dość oczywiste. Zmieniłam się w najbardziej dojrzałego pomidora znanego ludzkości. Nie potrzebowałam, by był tego świadkiem.

– Nieważne. Chodźmy – powiedział Landon, patrząc obok mnie, jakbym nie istniała. Jednak mi to nie przeszkadzało. Patrzyłam na niego w ten sam sposób.

– Porozmawiamy później, Eleanor. – Greyson pomachał mi na do widzenia. – Udanej lektury.

Wyburczałam pożegnanie pod nosem i wróciłam do książki. Co jakiś czas Greyson pojawiał się w mojej głowie zaraz obok Rona Weasley’a.

Niedługo później wróciła Shay i poszłyśmy do domu.

– Wyglądało, jakbyś przeprowadziła z Greysonem całkiem miłą rozmowę – zauważyła.

Wzruszyłam ramionami.

– Było spoko.

– To naprawdę fajny chłopak, Ellie. Niepodobny do Landona. Greyson jest autentyczny.

Brzmiała, jakby próbowała przekonać mnie, bym pozwoliła motylom pozostać w moim brzuchu, choć ja starałam się powyrywać im skrzydełka.

Ponownie wzruszyłam ramionami.

– Jest w porządku.

– Tylko w porządku? – przedrzeźniała, szturchając mnie w ramię, zapewne widząc moje czerwone policzki.

– Tak.

Tylko w porządku.

Shay miała zostać tej nocy u mnie. Gdy weszłyśmy do domu, ekran telewizora błyszczał jasno. Leciał jakiś horror, więc pospieszyłam po pilota i szybko go wyłączyłam. Rodzice spali na kanapie. Tata leżał płasko, mama się do niegotuliła.

– Powinnyśmy ich obudzić? – zapytała kuzynka.

Nakryłam ich kocem.

– Nie. Do rana dotrą do łóżka.

To było normalne w przypadku moich rodziców – mama w objęciach taty, gdy spali przed telewizorem. Za każdym razem, kiedy się poruszała, tata uśmiechał się, poprawiając uchwyt, aby ponownie było jej wygodnie. Nie widziałam innej pary, która tak całkowicie by się dopełniała. Gdyby nie moi rodzice, sądziłabym, że bratnie dusze to ściema.

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

Greyson

 

 

 

 

 

– Mówię tylko, że nie rozumiem. Jestem przystojny, ona jest ładna! Nie kapuję, dlaczego nie chciałaby ze mną być – powiedział Landon, wyrzucając ręce w górę jak szaleniec, gdy wracaliśmy na piechotę z imprezy. – No przecież pasujemy do siebie jak Nick Lachey i Jessica Simpson tylko mieszkający w Raine w Illinois. Naszym przeznaczeniem jest bycie razem!

Powiedział to z taką pasją, że naprawdę nie potrafiłem stwierdzić, czy żartował, czy też nie.

Prawdę mówiąc, jego związek z Shay byłby o wiele lepszy, gdyby miał tę obsesję na jej punkcie, kiedy naprawdę z nią był. Ale strzelił sobie w kolano, zachowując się jak dupek.

– Wydaje mi się, że powinieneś ją sobie odpuścić. Nie sądzę, by była tobą zainteresowana.

– Jeszcze nie wie, że jest zainteresowana. Zobaczysz. Wszyscy zobaczycie!

Przewróciłem oczami, ale pozwoliłem mu nawijać. Nie było sensu próbować przemówić do rozsądku komuś tak pijanemu, jak on w tej chwili.

– W każdym razie, przepraszam, że zmusiłem cię do rozmowy z tą jej dziwaczną kuzynką – wyznał, przeczesując włosy palcami.

– Nie jest taka dziwna.

– Codziennie nosi swetry. Zawsze patrzy w książkę. Jest dziwna.

– Tylko dlatego, że ktoś jest inny, nie oznacza, że jest dziwakiem – powiedziałem, stając w obronie Eleanor. Jasne, miała swoje dziwactwa, ale Landon również. Przygryzał widelce i wyciągał je z ust, wytwarzając przy tym nieprzyjemne dźwięki. Nie potrafił obejrzeć filmu, nie rzucając: „Hej, przewiń, coś mi umknęło”. Nie potrafiłpogodzić się z odrzuceniem przez Shay, bo poobijała jegoego.

Jasne, może Eleanor nosiła kardigany, ale przynajmniej nie była chamska.

– Dobra, dobra. Widzę, że się z nią zaprzyjaźniłeś – powiedział, ponownie unosząc ręce. – Wciąż uważam, że to dziwna samotniczka, ale jak tam sobie chcesz.

W pewnym sensie była samotniczką. Zawodowo trzymała się z dala od innych, nie dopuszczała do siebie nikogo prócz kuzynki.

Czasami żałowałem, że tak nie potrafiłem.

Życie w ten sposób wydawało się mniej skomplikowane.

Landon mieszkał niedaleko mnie, więc kiedy dotarliśmy pod mój dom, jego energia zniknęła, gdy usłyszał wrzaski dochodzące z budynku.

W środku było oboje rodziców.

A to zawsze stanowiło wątpliwą przyjemność.

Landon wsadził ręce do kieszeni i posłał mi żałosną namiastkę uśmiechu.

– Chcesz spać dziś u mnie?

Pokręciłem głową.

– Nie, w porządku. Pójdę szybko do swojego pokoju. Jestem pewny, że ojciec i tak zaraz wyjdzie z byle powodu.

– Na pewno chcesz wejść do tego domu?

– Tak. Na razie.

Podrapał się po karku z wahaniem, ale ruszył do siebie.

– Na razie, Greyson. – Zatrzymał się jednak i obrócił do mnie. – Zostawię uchylone okno w salonie na parterze, gdybyś potrzebował z niego skorzystać, okej?

Nawet jeśli czasami był dupkiem, dla mnie zawsze był dobrym przyjacielem.

– Dzięki, Landon.

– Spoko. Nara.

Stanąłem na ganku, ale nie wszedłem do środka. Wiedziałem, że nie wyjdzie z tego nic dobrego.

Rodzice znów się na siebie wydzierali.

To akurat nie było niczym nowym. Ilekroć oboje byli w domu, potrafili się tylko kłócić. Mama zapewne upiła się winem i klęła na ojca, który zapewne upił się whisky, mówiąc, by się wreszcie zamknęła.

Byłem jednak pewien, że cokolwiek się działo, wynikało z winy ojca. Był dobry w psuciu wszystkiego i wrabianiu w to matkę. Nie znałem nikogo innego, kto byłby tak dobry w manipulowaniu drugą osobą. W zeszłym roku pan Hander omawiał z nami to pojęcie na angielskim. Kiedy je usłyszałem, wiedziałem, że tym właśnie zajmował się mój ojciec.

Był zawodowym manipulatorem, zarówno w pracy, jak i w domu. Był dobry w przekonywaniu matki, że oszalała. Jeśli wyczuła damskie perfumy na jego ubraniu, wmawiał jej, że należały do niej. Jeżeli znalazła szminkę na koszuli, przekonywał, że to jej sprawka. Gdyby powiedział jej, że niebo jest zielone, zwątpiłaby we własny wzrok.

Pewnego razu zmusił ją do odwiedzenia szpitala, aby przebadała swoją psychikę.

Wyniki pokazały, że jest zdrowa. Po prostu wyszła za palanta.

Tata zachowywał niesamowity spokój podczas załamań nerwowych mamy. To również było taktyką – sprawić, by wyszła na wariatkę, nawet jeśli to on doprowadzał ją do obłędu. Czasami wydawało mi się, że celowo zostawiał numery telefonów innych kobiet w miejscach, w których mogła je znaleźć. Nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.

Kiedy byłem mały, próbował mnie wykorzystywać, aby wyżyć się na mamie. Nigdy jednak mu nie pomogłem. Wiedziałem, że mama zrobiła tylko jeden błąd – zakochała się w potworze.

Ojciec kłamał, zdradzał i był popieprzony.

Właściwie mama zrobiła źle dwie rzeczy. Została z nim.

Nie potrafiłem tego zrozumieć.

Nie wiedziałem, czy trwała przy nim, bo go kochała, czy lubiła swoje wygodne życie, które dla nas stworzył. Tak czy inaczej, ich związek nie był zdrowy. Chyba właśnie dlatego rzadko bywała w domu. Może podobały jej się pieniądze ojca. Może wydawanie ich, w jakiś sposób sprawiało, że czuła, jakby wygrywała.

– Wiem, że coś cię z nią łączy, Greg! – wykrzyknęła mama, gdy siedziałem na schodach ganku. Zakryłem uszy dłońmi, próbując ze wszystkich sił zagłuszyć dźwięki.

Chciałbym, by dziadek wciąż tu był. Przeważnie starałem się nie myśleć o tym, że umarł, bo rzeczywistość mieszała mi w głowie, ale czasami pragnąłem móc wślizgnąć się nocą do jego domu i pooglądać stare filmy kung-fu, jedząc popcorn.

Najlepsze w dziadku było to, że zupełnie nie był podobny do mojego ojca.

Był na wskroś dobry, więc świat bez niego wydawał się zupełnie do kitu.

Minęło kilka tygodni od jego śmierci i, szczerze mówiąc, wciąż nie potrafiłem przestać za nim tęsknić.

Szkolny pedagog powiedział mi, że strata z czasem stanie się łatwiejsza, ale na razie nie wydawało mi się, aby była to prawda. Nie czułem, by było łatwiej, za to bardziej samotnie.

Obróciłem głowę i zajrzałem przez okno. Coś rozbiło się w salonie. Mama rzuciła w tatę butelką wina, ale nie trafiła – nigdy nie trafiała.

Sprzątaczka znów się natrudzi, aby zetrzeć plamę z dywanu.

– Po prostu odejdź, Greg! Idź! – krzyczała. – Bądź z tą kurwą!

Ojciec, jak zawsze, wybiegł z domu.

Chyba było lepiej, kiedy nakazywała mu wyjść. Był wtedy wolny i mógł robić, co chciał z tą, z którą aktualnie sypiał za plecami mamy.

Zatrzymał się, gdy zobaczył mnie na ganku.

– Greyson. Co tu robisz? – Wyjął papierosa i go odpalił.

Unikam cię.

– Właśnie wróciłem do domu, bo byłem z Landonem.

– Twoja matka znów zachowuje się jak niespełna rozumu. Zastanawiam się, czy bierze leki.

Nie skomentowałem tego, bo ilekroć nazywał ją szurniętą, miałem ochotę obić mu gębę.

Zmrużył oczy i pokiwał głową.

– Słyszałem, że Landon zaczyna staż w kancelarii prawniczej ojca.

– Tak. – Wiedziałem, dokąd zmierzała ta rozmowa.

– A kiedy ty przyjdziesz do EastHouse, by się czegoś nauczyć, co? Nie dam rady prowadzić tej firmy w nieskończoność, a chyba już czas, byś opanował podstawy. Im szybciej je przyswoisz, tym szybciej będziesz gotów, by pewnego dnia przejąć firmę.

No i znów się zaczyna.

Ojciec był zdeterminowany, aby zatrudnić mnie w EastHouse Whiskey, pewny, że któregoś dnia przejmę po nim kierownictwo. Firmę założył dziadek. Nim przeszedł na emeryturę, przez wiele lat wkładał w to przedsięwzięcie serce i duszę. Ojciec poszedł w jego ślady. To był rodzinny interes i chciałem go kiedyś przejąć, aby uczcić pamięć dziadka, ale nie chciałem tego robić w najbliższym czasie.

– Jesteś głuchy, chłopcze? Nie mówię po angielsku? – grzmiał.

Wstałem i włożyłem ręce do kieszeni.

– Nie sądzę, bym był na to gotowy.

– Nie jesteś gotowy? Masz szesnaście lat i nie masz czasu do stracenia. Jeśli uważasz, że zrobisz karierę w koszykówce, to się grubo mylisz. Nie masz wystarczająco talentu, by utrzymać się tylko z tego sportu.

Należało zwrócić uwagę na trzy szczegóły w tych słowach.

Po pierwsze miałem siedemnaście, nie szesnaście lat.

Nie chciałem zostać gwiazdą koszykówki.

Odwal się tato.

Ucisnąłem nasadę nosa i ominąłem go, zmierzając do domu. Wrzeszczał, że nie skończyliśmy rozmawiać o moim stażu i wrócimy do tego, kiedy indziej, ale jakoś się tym nie przejąłem. Nigdy nie zostawał w domu na tyle długo, aby cokolwiek na mnie wymóc.

Wszedłem do domu i zastałem mamę zbierającą potłuczone szkło.

– Daj, ja to zrobię, zanim się skaleczysz – powiedziałem, przyglądając się, jak pijana się chwieje.

– Odwal się – rzuciła, odpychając mnie. Uniosła twarz, po której spływały strużki tuszu do rzęs i się skrzywiła. Położyła mokrą od wina dłoń na moim policzku. – Wyglądasz jak ojciec. Wiesz, jak mnie to wkurza? Sprawia, że nienawidzę cię niemal tak bardzo jak jego.

– Jesteś pijana – oznajmiłem. Była tak napruta, że nawet nie przypominała samej siebie. Miała dzikie spojrzenie i zmierzwione włosy. – Chodź spać.

– Nie! – Zabrała rękę i uderzyła mnie w twarz, mamrocząc: – Wal się, Greg.

Zacisnąłem powieki, gdy zapiekł mnie policzek. Jej oczy zaszły łzami i zakryła usta obiema dłońmi.

– O rety. Przepraszam, Greysonie. Przepraszam. – Zaczęła szlochać w drżące palce. – Ja już tak nie mogę. Po prostu nie mogę.

Objąłem ją i ścisnąłem lekko, ponieważ byłem pewien, że jeśli ja jej nie przytulę, nikt tego nie zrobi.

– To nic, mamo. Jesteś zmęczona. Idź spać, dobrze? Wszystko w porządku.

Gdy mama poczłapała do łóżka, pozbierałem co większe kawałki szkła i wyrzuciłem do kubła. Zapewne znowu zniknie z domu, zanim rano wstanę i uda się na lotnisko, by ruszyć w kolejną podróż. Gdy zapragnie comiesięcznej kłótni z tatą i rzucania butelkami wina, znów się spotkamy.

Poszedłem do łazienki, aby się umyć, a kiedy spojrzałem w lustro, widok mi się nie spodobał.

Ponieważ wyglądałem jak ojciec i też się za to nienawidziłem.

Kiedy udałem się do łóżka, próbowałem wyrzucić rodziców z głowy, ale gdy to zrobiłem, pojawił się w niej dziadek i to jeszcze bardziej mnie zasmuciło.

Pomyślałem więc o Eleanor Gable.

Dziewczynie, która czytała książki na imprezach i naprawdę lubiła ważki.

Te myśli nie były tak ponure, jak wszystkie inne. Więc pozwoliłem im zostać.

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

Eleanor

 

 

 

 

 

Od imprezy minęły dwa dni, a ja nie skończyłam czytać Harry’ego Pottera i Zakonu Feniksa. Nie mogłam się skupić i nie potrafiłam wyrzucić Greysona z głowy.

Nie chodziło nawet o to, jak wyglądał, ani co mówił. Chodziło o szczegóły.

Nie rozmawiałam z wieloma osobami, ale bardzo wiele zauważałam.

Dostrzegłam, że chłopak czuł się nieswojo z pewnymi rzeczami, bębnił palcami o uda i nie potrafił ustać nieruchomo.

I to, że pachniał czerwoną lukrecją.

Myślenie o nim było jak zły sen na jawie, z którego nie mogłam się obudzić. Zastanawiałam się nawet, czy on również o mnie myśli.

A dla mnie to była zupełnie nowa idea.

Nie podkochiwałam się w nikim, no chyba że chodziło o bohaterów książek. Chłopaków w moim wieku miałam za płytkich i głupich. Liceum było najgorszym z banałów.Wydawało mi się, że wszystko w nim było zmyślone i fałszywe. Oparte na powierzchownych rzeczach jak wygląd, popularność i kasa rodziców. Nie chciałam brać w tym udziału.

Aż pojawił się Greyson z tym swoim głupkowatym uśmiechem. Teraz byłam jedną z rozmyślających o nim dziewczyn, gdy wcale nie powinnam tego robić. Zaczęłam czytać artykuły o zauroczeniu.

– Cześć, Snickersiku – powiedział tata, wchodząc do mojego pokoju i obracając ołówek między palcami.

– Co?! Nic. Przestań. Co? – rzuciłam pospiesznie, zamykając okno przeglądarki na pulpicie. Oddychałam głęboko, aby uspokoić nerwy. – Cześć, tato – odparłam na wydechu, posyłając mu szeroki uśmiech.

Uniósł brwi.

– Co ukrywasz?

– Nic. Co chcesz? Co tam?

Pogłaskał się po brzuchu i zmrużył oczy. Tata miał spory bębenek, nazywał go Doritosem, na cześć sprawcy powstania sadełka. Mama była wegetarianką i od zawsze próbowała nakłonić męża do tego rodzaju jedzenia, ale nie potrafił zrezygnować z boczku – co całkowicie rozumiałam. Mamie przeważnie udawało się zapanować nad dietą ojca. Zanim nakłoniła go do przestrzegania określonego planu żywieniowego, popadł w stan przedcukrzycowy. Oznajmiła, że zrobiłby jej przyjemność, gdyby jadł surówkę do obiadu, więc tak też postępował, bo uszczęśliwianie jej było jego ulubionym zajęciem.

Zawsze chciało mi się śmiać, gdy głaskał się po Doritosie, kiedy się nad czymś zastanawiał, jakby jego brzuch był jakąś magiczną lampą zawierającą wszystkie odpowiedzi świata.

– Chciałem ci tylko dać znać, że na obiedzie zostaliśmy sami. Mama nie czuje się za dobrze.

Żołądek skurczył mi się ze zmartwienia.

– Tak? Wszystko z nią dobrze?

– Jest tylko trochę zmęczona. – Uśmiechnął się. – Nic jej nie jest, Ellie. Przyrzekam.

Nazwał mnie zdrobniale, więc mu uwierzyłam.

Podrapał się po podbródku.

– To co z tym obiadem?

– Nie mogę dziś. Niańczę Molly. – Dwa razy w tygodniu opiekowałam się dzieckiem państwa Lane – w poniedziałki i piątki – gdy nie chodziłam do szkoły. Molly była żywiołową pięciolatką, mieszkającą kilka przecznic dalej, która nie dawała mi spokoju. – Niedługo będę się zbierać.

– A to dziś jest poniedziałek? – Zmarszczył nos. – No to chyba na obiedzie będę ja, Frasier i McDonald’s.

– Mama o tym wie? – zapytałam, znając plan dietetyczny ojca.

Wyjął portfel, a z niego dwie dychy.

– A musi wiedzieć?

– Przekupujesz mnie?

– Nie wiem. A to działa?

Podeszłam i wzięłam od niego pieniądze.

– Tak, działa.

Objął mnie i pocałował w czoło.

– Zawsze byłaś moją ulubioną córką.

– Jestem twoją jedyną córką.

– O której wiemy. Na początku lat osiemdziesiątych było tyle koncertów rockowych…

Przewróciłam oczami i zachichotałam.

– Wiesz, że mama wyczuje od ciebie frytki. Zawsze tak jest.

– Czasami warto zaryzykować. – Ponownie pocałował mnie w czoło. – To na razie. Pozdrów ode mnie Molly i jej rodziców.

– Pozdrowię.

– Kocham cię, Snickersiku. – Nazwał mnie tak po swoim ulubionym batonie.

– Też cię kocham, tato.

Wyszedł, a ja zaczęłam się przygotowywać, by udać się do Molly. Zabierałam do niej książki, które uwielbiałam w dzieciństwie, aby poczytać jej do snu. Mała uwielbiała historie niemal tak samo jak ja i czasami zazdrościłam jej tego, że pewnego dnia przyjdzie jej po raz pierwszy przeczytać całą sagę Harry’ego Pottera.

Co ja bym dała za uczucie zagłębiania się w tę opowieść po raz pierwszy!

 

* * *

 

Raine w Illinois dzielił na dwie części – wschodnią i zachodnią – most. Mieszkałam w tej drugiej, a Molly w pierwszej, na Brent Street. Nawet jeśli dzieliło nas zaledwie kilka przecznic, kiedy przemierzyło się mostek, od razu można było wyczuć różnicę. Moja rodzina była zamożna, ale nie tak bogata jak te mieszkające po wschodniej stronie miasta. Wszystkie domy tutaj były warte niebotyczne sumy. Nazwałabym je raczej rezydencjami – i to naprawdę sporymi. Raine było miastem klasy średniej, prócz właśnie jego wschodniej części. To tutaj mieszkali wszyscy bogacze, pracujący w Chicago, którzy chcieli spędzać wolny czas na przedmieściach. Mama była nianią dzieci z tej dzielnicy i całkiem sporo zarabiała. Mogłam przysiąc, że tutaj nawet powietrze pachniało studolarówkami. Gdyby nie Molly, nikt nie zastałby mnie po tej stroniemostu.

– Opiekujesz się córką Lane’ów! – wykrzyknął ktoś, gdy stanęłam na pierwszym stopniu ich domu. Obróciłam się szybko, by sprawdzić kto to. Po drugiej stronie ulicy, trzy domy na lewo, stał chłopak z głupim choć świetnym uśmiechem. Greyson mi pomachał.

Zerknęłam przez ramię, aby się upewnić, że macha do mnie. Rety, naprawdę tak było.

Podrapałam się po karku i odparłam:

– No tak.

Tylko to zdołałam wymyślić. Kiedy zaczął schodzić z ganku, moje serce fiknęło koziołka i coraz bardziej przyspieszało, gdy się zbliżał.

Znowu przeczesał włosy, jakby w zwolnionym tempie, a moje serce jakimś cudem jednocześnie zatrzymało się i przyspieszyło.

– Pilnujesz jej już od dłuższego czasu, prawda? – dociekał.

– Tak, kilka miesięcy. – Spociły mi się dłonie. Dlaczego miałam wilgotne ręce? Widział we mnie poczucie winy? Czy wiedział, że o nim myślałam? Czy potrafił wyczuć mój strach?! O rety, łokcie też mi się spociły? Nawet nie wiedziałam, że łokcie mogą się pocić!

– Kiedy była mniejsza, chodziłem z nią do kościoła. Było super, bo gdy panował porządek i zapadała cisza, mała krzyczała: „Daj wskazówkę, daj wskazówkę!”, cytując Śladem Blue, po czym biegła pod ołtarz i tańczyła.

Prychnęłam śmiechem. Brzmiało jak Molly, którą znałam i kochałam.

Wsadził ręce do kieszeni spodni dresowych i zakołysał się na piętach w swoich nikach.

– Ale nie stąd cię kojarzę. Doszedłem w końcu skąd.

– Tak? A skąd?

– Z kliniki leczenia nowotworów Shermana. – Jego uśmiech się ulotnił, a moje serce załkało. – Widziałem cię tam kilkarazy.

O.

To było niezręczne.

Chodziłam tam z rodzicami, gdy mama miała chemioterapię. Przez długi czas nie chciała, bym jej towarzyszyła, ponieważ sądziła, że to mnie zdenerwuje, ale, prawdę mówiąc, czułam się gorzej nie będąc tam z nią.

Nie odpowiedziałam.

– Jesteś chora? – zapytał.

– Nie. Nie jestem.

Zmarszczył nos.

– Ktoś z rodziny jest chory?

– Eee, mama. Ma raka piersi – wydusiłam i kiedy to paskudne słowo opuściło moje usta, zapragnęłam wessać je z powrotem. Za każdym razem, gdy je wypowiadałam, do moich oczu napływały łzy.

– Przykro mi, Eleanor – powiedział i czułam, że mówi szczerze. Widziałam to w jego oczach.

– Dzięki. – Wciąż się w niego wpatrywałam, choć żołądek wywracał mi się do góry nogami. – Czy ktoś z twojej rodziny również choruje?

Tym razem to jemu zrobiło się nieswojo.

–