Eksplozje króla Kaszub - Bruno Banino - ebook
Opis

Za przedstawienie swojej historii Bruno Banino otrzymał wyrok śmierci od bezwzględnych ludzi z Wejherowa Śmiechowa i od najbrutalniejszych rzeźników z Półwyspu Helskiego. To jednak nie wszyscy, którzy woleliby, aby ta książka nigdy nie ujrzała światła dziennego. Konsekwentnie szukają go też byli więźniowie ze sztumskiego ośrodka wypoczynkowego i członkowie pionów menadżerskich z wielkich korporacji. Wszyscy są wściekli na to, że jego kontrowersyjna, „brudna” relacja rzuca nowe światło na wydarzenia dziejące się w Polsce. Król Kaszub bez tabu odkrywa nam sekrety hermetycznie zamkniętych środowisk, o których do tej pory niewielu ośmieliło się cokolwiek napisać.

Możecie być pewni, że jego barwne wspomnienia rozluźnią wasze spracowane i stłamszone szarą codziennością neurony niczym literacka kokaina. Książka bowiem ma za zadanie zrelaksować, porwać Was z ekskluzywnego niczym masło mieszkania i przekazać prawdę o wydarzeniach, które działy się tuż obok Was. Dzięki połączeniu powieści awanturniczej z elementami szczerej autobiografii, która bez wątpienia nigdy nie zasłuży na nagrodę Nike, doznacie wielu niezapomnianych chwil. Chwil może czasem bardziej wybuchowych niż afgański bojownik z pasem szahida na polu walki, ale potrafiących wycisnąć łzy nawet z najmniej wrażliwych czytelników.

Przygotujcie się zatem na najgorsze – na bezdech i na osłupienie!

Bimber, chętna młódka i tabakiera,

tak wygląda ciężkie życie kaszubskiego kawalera!

***

The Wieżyca Times:Eksplozje króla Kaszub to elektryzująca i hipnotyzująca opowieść”

Prorok korporacji: „Wreszcie ktoś obnażył prawdę o czelendżowaniu kejsów, karach za fakapy i wszechobecnym wyścigu szczurów. "

Panorama Kościerzyny: „Kaszubski Forrest Gump”, „ Kaszubski Monty Python”, „Kaszubscy "Chłopcy z Ferajny". Nie da się przejść obojętnie wobec tej historii.

Gryf Lęborski: „podczas czytania omal nie umarłem ze śmiechu, potem zacząłem pić i kiedy wszystko na nowo poukładałem w swojej głowie, ponownie zatabaczyłem z królem w poszukiwaniu prawdy o Polsce w której żyje”

Radio Bardzo Kaszëbë: „Cała prawda o Królu Kaszub. Bez tabu i laurek. Porażająco ujmujące sekrety wielkiego człowieka. Albo go kochasz, albo nienawidzisz”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Bruno Banino

Eksplozje króla Kaszub

© Copyright by Bruno Banino & e-bookowo

Korekta: dr Katarzyna Wróbel

Fotografia na okładce: shutterstck

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN e-book 978-83-7859-881-7

ISBN druk 978-83-7859-883-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2017

Książka ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca, organizacje i zdarzenia są tworem

wyobraźni autora lub zostały użyte w całkowicie fikcyjnym kontekście. Jakiekolwiek podobieństwo do zdarzeń, organizacji czy osób – żyjących lub zmarłych – jest zupełnie przypadkowe.

Ponadto utwór, który masz przed sobą zawiera treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich oraz takie, które mogą urazić niektórych dorosłych. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Autor pragnie poinformować, że powieść ta ma na celu promocję Kaszub i Pomorza.

W jego zamierzeniach nie była i nie jest obraza kogokolwiek lub czegokolwiek, a tylko sarkastyczne przedstawienie rzeczywistości w latach 1982-2015.

Jeżeli po tych wszystkich ostrzeżeniach chcesz nadal przyjąć solidną dawkę literackiej kokainy, 
to zapraszamy do wspólnej przygody!

ZAPRASZAM NA BLOG: jagermajster.blogspot.com

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Patronat medialny:

WSTĘPNIAK – ZASŁYSZANE O KRÓLU W KASZËBSKÔ CHËCZ

Bruno Banino – to dość niecodzienny jegomość, który tańczył na pogrzebie swojej prababci. W jego rodzinnych stronach jest bardziej popularny niż herbata popularna i bardziej złożony niż tekst piosenki Kieliszki Jacka Stachurskiego. Kiedy tylko pojawia się na horyzoncie, krowy przestają dawać mleko, a dziewczyny zaczynają dawać… dobre rady. Od zawsze dość przesadnie dba o zdrowie, dlatego też ochoczo odwiedza wszystkie obwoźne gabinety medycyny naturalnej. W niektórych salonach ma poważne zniżki, a z niektórych przywlekł liczne wysypki czy inne dziadostwo. Czego jednak się nie robi, aby być tak krzepkim jak zimowe biegaczki norweskie. Pozdrawiam cię, Marit B.! Dbaj o swoje płuca!

Przekorny los chciał, aby kompletnie bez przygotowania, w jednej chwili, został wyrwany ze swojego poukładanego życia i stał się władcą Kaszubów Błotnych. Nowe obowiązki spadły na niego tak niespodziewanie jak samobójca skaczący z gdańskiego falowca.

Bruno od chwili poczęcia jest człowiekiem z kaszubskiej stali – nie boi się wyzwań i cierpienia, dlatego ta beznadziejna sytuacja do tej pory go nie przerosła. Król codziennie i konsekwentnie spłaca kredyt zaufania, który dał mu jego biedny, ale mądry lud. W sytuacjach spornych pomiędzy zwaśnionymi poddanymi stara się być zawsze prawy i sprawiedliwy. Wzorce czerpał, śledząc wszystkie odcinki audycji telewizyjnej prowadzonej przez sędzię Annę Marię Wesołowską, a więc prawa uczył się od najlepszych. Tak jak każdy z nas nie jest krystaliczny. Miewa szalone chwile i momenty podobne do tych, które przeżywali kiedyś Bill Cosby czy Donek Trump. Pomimo jego wad, wszyscy, którzy go znają, kochają go bez pamięci. Takich charyzmatycznych ludzi po prostu nie da się nie kochać!

Władca to wesoły kamrat, z którym bez namysłu napijesz się bimberku, nawet jeśli chodzisz na spotkania do klubu AA. Jego życie można porównać do nieustannej ostrej jazdy… oczywiście kolejką górską. Aby poczuć się jak król, wystarczy tylko pamiętać, by w trakcie tej jazdy opracować butelkę księżycówki i zażyć parę niuchów dobrej jakości tabaki. Jeśli los wyjątkowo ci sprzyja i jedziesz w wagoniku razem z dziewczyną, pamiętaj, żeby koniecznie użyć lateksowych skórek miłości i dać się ponieść chwili. Gdy spełnisz te warunki, będziesz taki jak jego wysokość Bruno Banino!

DZIECIŃSTWO, CZYLI CYRK NA KÓŁKACH

Na wstępie rozwieję wszelkie wasze wątpliwości – tak, mam czarne podniebienie, przesadzam z tabaką i lubię samogon. Dobry alkohol i bliski kontakt z młodymi piersiastymi córami ziemi kościerskiej to coś, co mnie definiuje. Wydaje się wam pewnie, że bycie królem Kaszubów Błotnych to same przyjemności, permanentna sielanka, czyż nie? Nie zaprzeczajcie. I nie zakrywajcie twarzy książką, gniotąc przy tym jej piękną okładkę, ona nie jest niczemu winna! Ustalmy coś na początku. Jesteśmy tu sami, rozmawiajmy więc szczerze, tak jak mają to w zwyczaju dorośli ludzie, mogę was o to prosić? Dziękuję.

W nagrodę za współpracę z moją charyzmatyczną osobą posłuchacie o moim życiu i bujnym jak czupryna Zbyszka Wodeckiego pożyciu. Od razu przyznam, że nie będę was mamił prezentami, często dołączanymi na zachętę do książek. Nie dostaniecie zatem podgrzewacza do parówek, odstraszacza psów czy masujących w sekretnym miejscu rajstop dla kobiet (drogie panie, znam wasze potrzeby i wiem, że czasem taka bielizna by się przydała, szczególnie wtedy, gdy zdenerwuje was szef lub rozsiądziecie się błogo przy popołudniowej kawce i ciasteczku, odliczając gorączkowo minuty do zakończenia szychty w korpo).

W zamian za towarzystwo mam wam do zaoferowania coś niemierzalnego i niematerialnego. Otóż jeżeli skupicie się dobrze na tej pasjonującej lekturze, to może pod jej wpływem staniecie się lepszymi ludźmi! Tak, to chciałem napisać – lepszymi ludźmi albo przynajmniej bardziej uśmiechniętymi. Nie śmiejcie się, jestem w tym momencie śmiertelnie poważny i głęboko wierzę w to, co piszę, dlatego gwarantuję wam, że zaczniecie mi współczuć, widząc jak wielkie życiowe kłody spadały do tej pory pod moje szlachetne nogi. Czy to była cena za to, kim teraz jestem? Nie wiem. Przekonajcie się sami, czy moja korona jest tego warta. Gotowi, by Eksplozje odcisnęły piętno na Waszej psychice?

***

Złota Góra. Brodnica Górna. Lata 80. XX wieku

Noc była ciepła i bezgwiezdna. Gęstą suknią swej odwiecznej tajemnicy zakrywała wspaniałą mozaikę lasów, jezior, łąk, pól i kaszubskich wioseczek. Światło księżyca odbijało się w srebrnym lustrze jeziora na tyle silnie, że nie trzeba było biegać z latarką, aby dojrzeć coś w tym zielonym gąszczu. Miejsce corocznego festynu wyznaczał naturalny amfiteatr uwięziony w zboczach farm truskawek. W leśnym kompleksie parkingowym specjalnie wydzielonym dla gości odwiedzających tę imprezę, wśród lasu namiotów i przyczep kampingowych, mój biologiczny tatuś głuszył równo i rytmicznie moją biologiczną mamusię. Bez pytań i odpowiedzi. Bez zbędnych słów, tak często oczekiwanych przez partnerki podczas zbliżenia. Robili to tak, jakby w tej chwili nie istniał cały świat. Byli zamroczeni tanim winem i nakręceni rozbrzmiewającymi z oddali hitami Krzysztofa Januarego Krawczyka. Jak minął dzień, Rysunek na szkle, Parostatek – to były ponadczasowe przeboje, które już zawsze będą mi się kojarzyć z tym pięknym aktem miłości. Wiedząc, czego słuchali, mogę wysnuć śmiały wniosek, że pod wpływem tych skocznych melodii wykształcił się u mnie wysublimowany gust muzyczny. Disco polo to przecież muzyka miłości i nie próbujcie o tym dyskutować z królem!

Radzieccy naukowcy dowiedli, że dziecko w brzuchu matki jest jak kulka gliny. Przyjmuje gusta matki, daje się formować i przechodzi w dowolnie pożądany kształt. Odnosi się to przede wszystkim do preferencji żywieniowych i gustu muzycznego. Myślicie, że to niemożliwie, żebym już w tamtym momencie przejął fascynację taką muzyką? No cóż, widocznie jestem wyjątkowy!

Biologiczny tatuś był wielkim romantykiem, tak jak zresztą i ja. Poderwał mamusię parę dni wcześniej na tzw. łabędzia. Jak to jest na łabędzia? Już wam powiem, ale zaklinam, nie nadużywajcie tej tajemnej wiedzy. Otóż aby skutecznie wyrwać pannę na łabędzia, trzeba wyciągnąć głowę do góry, tak mocno jak tylko się da, i charknąć „chrrrr… chrrrr…”. Ten odgłos imituje dźwięki wydawane w okresie godowym przez tego pięknego ptaka. Gwarantuję wam, że siedemdziesiąt pięć procent populacji kobiet w wieku reprodukcyjnym, a o takie nam przecież chodzi, odwróci się choćby z czystej ciekawości. A jak przykujesz już uwagę, to od słowa do słowa i nawet nie wiadomo kiedy będziecie parzyć się ze swoją wybranką częściej, niż parzy się herbatę na Wyspach Brytyjskich.

Żałuję, że nie żyłem w czasach, kiedy mnie spłodzono. Wtedy łatwiej było osiągnąć erotyczny sukces. Nie było komputerów, tabletów, Pokémon Go i reszty tego badziewia. Ludzie mieli inne rozrywki, nie rozpraszali się niczym innym niż sobą. Można było skupić się na czystej przyjemności i radości z obcowania z bliźnim. Wyobraźcie sobie: tylko alkohol, natura i miłość. Czy czegoś więcej potrzeba do szczęścia? Przecież tak można było żyć wiecznie. Jedynym minusem tamtych czasów był brak depilacji u pań, ale mając na uwadze wszystkie pozytywy tamtych lat, gotów byłbym przyjąć taki „dziki” stan rzeczy.

Wracając jednak do meritum. Dziewięć miesięcy później z eksplozji ciał i burzy hormonów narodziłem się ja, Bruno Banino. To, co mi zostało po moich szalonych twórcach, to właśnie nazwisko. Ładne, prawda?

Po porodzie, który był ponoć tak hardcorowy jak filmy Quentina Tarantino, mieszkałem trzy miesiące zamknięty w mikrofalówce. Tam dojrzałem i nabrałem barw. Nie dziwcie się, wtedy w szpitalach nie było inkubatorów i innych cudów kupowanych przez Owsiaka. To były lata 80., a nie XXI wiek. Biedna, szara Polska, verstehen? Przepraszam już na początku, że czasami rzucę jakimś niemieckim słowem. Kaszuby i Pomorze to tereny staropruskie, naleciałości germańskie siedzą w nas głęboko. Znacie przecież historię Polski, więc nie będę wam tłumaczył, o co chodzi. Moi czytelnicy to inteligentni ludzie, wiem o tym i wcale się nie podlizuję.

Po wyjściu ze szpitala zamieszkałem z rodzicami w szarym FSO Nysa model 522. To był dopiero czad. Każdy dzieciak marzy o tym, aby mieszkać w samochodzie. Z tego, co wiem, to także marzenie połowy emerytów w USA. Ja to miałem na starcie.

Mój pierwszy dom (fot. Archiwum prywatne Bruna Banina)

Jak mówi stare przysłowie, dom twój tam, gdzie serce twoje. To prawda. Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Podpisuję się pod nim rękami i nogami. W nysie stawiałem pierwsze kroki i robiłem pierwsze kupy. Z informacji uzyskanych z wywiadu środowiskowego wiem, że moi biologiczni żyli ze zbieractwa. Zbierali głównie złom, miód i truskawki. Mama, ponieważ była pokaźną kobietą, pomagała także gospodarzom na roli. Orała, młóciła, ganiała hodowlane zwierzęta. Czasem pomagała wykańczać chałupy, ale z tym było dosyć słabo, bo Kaszubi oszczędzają na czym się da i niechętnie robią remonty. Tatuś też pomagał nas wykarmić, głównie wędrował za pszczołami i zbierał wspomniany wyżej złom, ale był mniej efektywny od mamusi. Na szczęście była z niej dobra kobieta i nigdy mu tej jego niezaradności nie wypominała. Większość na jej miejscu stawiałaby mu coraz wyżej poprzeczkę i w konsekwencji chłop by się załamał, a jego męskie ambicje wylądowałyby na gałęzi drzewa.

Kiedy skończyłem roczek, podczas tradycyjnego losowania przedmiotów, mającego określić charakter dziecka, z zestawu: różaniec, kieliszek, pieniądze, książka, obrączka, długopis i karty do gry wybrałem kieliszek, książkę i talię kart. Wróżba w moim przypadku się sprawdziła, także jeśli chodzi o książkę, bo z zastosowania nowatorskiej metody in vitro na zamarzniętych zarodkach mojej wyobraźni powstał ten oto własnoręcznie napisany i przepisany na komputerze przez moją prawą rękę Aleksandrę rękopis.

Od zawsze rozpierała mnie energia. Teraz określa się to mianem ADHD, ale w tamtym czasie mówiono na mnie „żywe sreberko”. Wpływ na moje zachowanie mógł mieć fakt, że mama bardzo często z biedy gotowała dla całej naszej rodzinki zupkę z barszczu Sosnowskiego. Po jej spożyciu nie musieliśmy pić kawy, bo przez jakiś czas od zjedzenia nosiło nas na wszystkie strony prawie tak jak po wódce z red bullem. Mając dzięki temu większą wydajność, rodzice zaczęli się bogacić. Z każdym tygodniem ich fortuna rosła i przed moimi drugimi urodzinami biologiczni zaczęli się oglądać za jakąś działkową altaną. Niestety nie było mi dane dzielić wielu chwil z moją biologiczną rodziną. Sporo nas ominęło. Nie zdążyłem im kupić na święta koszulek z napisami super tata i super mama, a bardzo chciałem. Dajcie mi chwilę… (płacz). OK. OK. Już dobrze. Łatwo się wzruszam, to przez to trudne jak sudoku dzieciństwo.

Rodzina mojej mamusi była bardzo liczna. Wynikało to z tego, że byli biedni i lubili w nudne popołudnia zabawić się po alkoholu. Część z nich poznałem osobiście, o części słyszałem. Ludzi tego typu najlepiej można określić jako dwudźwiękowe agregaty. Dlaczego agregaty? Ponieważ są pasywni i wydają z siebie głównie dwa dźwięki: „eee…” (w tłumaczeniu na język polski: „nie”) i „jo” („tak”), nie licząc rzecz jasna przekleństw. Dużo z nimi nie pogadasz, ale przynajmniej masz się z kim napić. Do rodziny tatka nie dotarłem, ale pracuję nad tym intensywnie. Wracając do kuzynów od strony matuli – część z nich siedzi w więzieniu, część kradnie jedzenie w Biedronce, a część robi zadymy. Dobrze mieć takie znajomości, czasem można dostać alkohol lub perfumy w dobrej cenie. To złe towarzystwo, tak powtarzała mamusia i tak jest, ale ja nigdy nie skreślam ludzi. Ludzie to najcenniejszy skarb na świecie i siła wielu firm, organizacji i wspólnot. Nie trzeba mieć MBA z zarządzania, aby to wiedzieć. Niby to takie obłędnie proste, ale większość menadżerów myśli, że każdy jest łatwy do zastąpienia bez straty jakości dla zespołu.

Paru z owianych złą sławą na mieście kuzynów spotkałem na swej życiowej ścieżce, z niektórymi czasem się spotykam, a u jednego nawet bawiłem się na weselu. Pewnie liczył na grubą kopertę i dlatego mnie zaprosił. W zaproszeniu podkreślił nawet, że jestem jego gościem specjalnym. Trochę się przeliczył, zapomniał bowiem, że pochodzę z kaszubskiego ludu, a my nie rozdajemy pieniędzy na prawo i lewo. W trakcie wspomnianej imprezy, po którymś z toastów, poszedłem lekko zamroczony do toalety. Po przejściu przez próg przetarłem oczy ze zdziwienia, widząc jednego z kuzynów, który żywiołowo walił koks ze zlewu. Kiedy mnie dojrzał, zaczął krzyczeć wniebogłosy, żebym szybko zamknął drzwi. Nie chciał, by jego mama, a moja ciocia dowiedziała się o tym haniebnym procederze. Trudno to przyznać, ale niewiele pamiętam z tego wesela. Rodzinka kazała mi pić do odcięcia, bo jakbym tego nie robił, oznaczałoby to, że jestem z policji. No cóż, nie jestem, więc uległem. Mundury od zawsze wywoływały u mnie napady agresji, chyba coś przeniosło się w matczynych genach. Kiedy zemdlałem na parkiecie tak niespodziewanie, jakby przed sekundą snajper strzelił mi w głowę, okazało się, że mój żołądek również nie dotrzymał tempa mojemu piciu i obrzygałem całą posadzkę. Jak przez mgłę przypominam sobie słowa kogoś z rodzinki: „Widzicie? Brunek jest szczęśliwy, tak gości się rodzinę”. Grono było zgodne i dumne z obrotu spraw, które wywołały u mnie największego kaca mordercę w życiu.

Pamiętam tyle, co ma się brudu pod paznokciem, z tego, co mówili do mnie rodzice. Szkoda, bo słowa matki to najlepsza nauka dla dziecka. Ze strzępków zatartych obrazów przypominam sobie słowa tatusia wypowiadane w chwili, kiedy wyrażałem sprzeciw wobec spożywania jakiegoś przysmaku serwowanego mi przez mamę: „Bruno, jedz, bo inaczej przyjedzie tu twój prawdziwy tata i zrobi z tobą porządek. Porwie twoją matkę, a mnie skatuje na śmierć”. Nie miałem ochoty poznawać tego pana, bałem się go, więc bez wahania grzecznie jadłem posiłek. To dopiero była siła perswazji.

Nasze drogi, moja i tych poczciwców, rozłączyły się przed tym, gdy miałem pójść do przedszkola. Miałem wtedy trzy latka, a wydarzyło się to w Kartuzach. Po cotygodniowej niedzielnej mszy zgubiłem się w tłumie wiernych i milicjantów, którym nie podobało się, że razem z innymi chwalimy Boga. Za karę za ciapowatość trafiłem do policyjnej izby dziecka. Wówczas zdarzyła się pierwsza niezwykła rzecz w moim życiu. Po raz pierwszy zastosowałem technikę manipulacji, oczywiście bezwiednie, ale odruchowo. Pech chciał, że trafiło na funkcjonariusza na służbie, więc jak na pierwszy raz było to nie lada wyzwanie. Lepiej zaczynać od prostszych tematów, ale najwidoczniej tak musiało być. Powoli, ale tak, aby to było widoczne, sięgnąłem do kieszeni swoich czerwonych portek i zacisnąłem pięść tak mocno, jak to tylko możliwe. Poczułem własny puls, ale na razie jej nie wyciągałem. Zagroziłem wpatrującemu się we mnie z osłupieniem mundurowemu, że rozsypię sól na podłogę celi, co później spowoduje furię u jego lepszej połówki. Milicjant wystraszył się, bo tak jak każdy prawdziwy facet panicznie boi się swojej kobiety. Nie chcąc ryzykować, pospiesznie wypuścił mnie na wolność. Kaszubi to bardzo przesądni ludzie, zanotujcie to, bo ta informacja przyda się wam później.

Po wyjściu z izby dziecka nogi poniosły mnie tam, gdzie poszedłby chyba każdy berbeć, mianowicie pod wielki złoto-czerwony cyrkowy namiot. Tam moja przyszła macocha porwała mnie z widowni. Chciała, abym uczestniczył w numerze ze znikaniem, niby taka zabawa. Miałem wejść do szafy i pojawić się po drugiej stronie widowni. Niestety znalazłem się w wozie mojej macochy, z którego nie sposób było się wydostać. Niezły numer, co? Nawet Houdini by się go nie powstydził. Nic w moim życiu nie dzieje się jednak bez przyczyny, przeznaczenie prowadzi mnie za rękę na każdym zakręcie i życiowej prostej. Wiem, że parę dni po tym, jak się zawieruszyłem, moi rodzice mieli śmiertelny wypadek. Niełatwo mi o tym pisać, to dla mnie bardzo trudne, ale postanowiłem podzielić się z wami wszystkimi wspomnieniami bez żadnych wyjątków. Biologiczni złapali fuchę przy obsłudze imprezy dla ratowników wodnych WOPR nad Jeziorem Ostrzyckim. Niestety alkohol w połączeniu z rozpaczą po stracie dziecka zbyt mocno ich zamroczył. Zaczęli szukać mnie w jeziorze, bo ponoć słyszeli moje wołanie o pomoc. Jako że nie byli w stanie nawet chodzić, a co dopiero pływać, łatwo domyślić się, że próba mojego odnalezienia zakończyła się utonięciem tych wspaniałych ludzi. Z racji tego, że była to już kolejna godzina imprezy, to część ratowników, którzy próbowali ich ratować, skończyła razem z nimi pod srebrną taflą jeziora, zasilając zastępy Posejdona. Ich ciał nigdy nie znaleziono, pewnie dlatego że wszystkie zjadły ryby albo wyłowili wędkarze. W tamtych czasach trudno szukało się zwłok, nie było baz danych, elektronicznych sond, a jasnowidze mieli mnóstwo roboty, toteż w takich sytuacjach na nieszczęśników czekał tylko grób nieznanego pływaka.

Naszą nysę sprzedano ukraińskim budowlańcom, którzy przyjechali stawiać betonowe domy. Wyobrażacie sobie, jaka to była profanacja? Smród, wódka, stosunki z wieloma kobietami podejrzanego pochodzenia w waszym domu. Chcielibyście tak? Przecież dom to świątynia, ostoja, ognisko domowe. Obrzydliwe rzeczy działy się na tym świecie.

Tak więc podsumowując ten fragment mego dziennika: jestem synem kaszubskiej ziemi. Ziemi, która przetrwała okupację, niewolę i wydanie na rozstrzelanie mnogością stereotypów o moim ludzie. Jak powszechnie wiadomo, charakter Kaszuba jest tak twardy i skomplikowany jak charakter Koziołka Matołka. Podobnie jak on w drodze do Pacanowa, tak i my każdego dnia korzystamy z wielu sposobów, aby zachować swoją inność. Aby ocalić od zapomnienia nasz piękny język, niepowtarzalną kulturę i wielokolorowy haft.

Istnieje wiele teorii naszego zachowania. Jedna z nich mówi o tym, że ukształtowała nas niewola pruska, inni twierdzą, że to morze i bieda. Jaka jest prawda, nie wie nikt, ale najważniejsze, że powstają o nas książki!

***

Kamienne kręgi w Węsiorach. Obóz cyrku TRAPEZ. Początek lat 90. XX wieku

Zgasło światło i cała arena pogrążyła się w półmroku. Tylko uważny obserwator mógł dostrzec gorączkowo biegające cienie skrupulatnie przestawiające elementy scenografii. Na widowni pomimo końca występu temperamentnego linoskoczka z Kuby słychać było jeszcze długo oklaski i komentarze. Za chwilę wraz z Siergiejem – synem połykacza ognia z Moskwy i Tatianą – córką kobiety gumy z Pragi mieliśmy zadebiutować przed prawdziwą publiką. Nieraz fantazjowaliśmy z Siergiejem na temat Tatiany. Zakładaliśmy, że mając tak dobre geny, powinna być choć w połowie tak rozciągliwa jak jej matka. Byliśmy jednak zbyt mali, aby wykorzystać jej specjalne umiejętności, dlatego rozmyślania te dotyczyły niedalekiej przyszłości. Tymczasem w naszych głowach gościła zmora wszystkich artystów – trema, nieproszona niczym niezapowiedziana wizyta teściowej. Nasz pierwszy występ oceniany okiem dojrzałego widza nie był pewnie niczym niecodziennym. Uwierzcie mi jednak, że dla kilkulatków to było naprawdę coś ważnego. Te parę minut, które zaraz miało nastać, stanowiło zwieńczenie naszych wielomiesięcznych wyrzeczeń i przygotowań, swoistą nagrodę za wytrwałość. Ćwiczenia, które odbyliśmy, były trudniejsze od skalpela Chodakowskiej i bardziej skomplikowane od potężnej pompy Hany’ego Ramboda, więc moc silnego Kartuza była z nami! Orkiestra zaczęła grać przygrywkę z Benny Hilla, wiedzieliśmy, że nie ma już odwrotu. Zewsząd rozbłysło światło, zwiastując początek naszego występu. Żwawo i bez wahania wbiegliśmy na arenę. Zrobiliśmy próbne kółko, machając rączkami do widowni przebrani za trzy brakujące pierwiastki z tablicy Mendelejewa. Po chwili na arenę wybiegła sfora dzikich psów, które zaczęły nas gonić. Lawirując wśród wygłodniałego stada, dopiero co wypuszczonego z wielkiej stalowej klatki, poczuliśmy, że stajemy się częścią tego beztroskiego i magicznego cyrkowego świata. Częścią czegoś wielkiego! Siergiej z racji swoich większych gabarytów został przez najlepszych przyjaciół ludzi trochę podrapany, ale padając na ziemię, zasłonił głowę rękami, tak aby wszystko pozostało pod kontrolą, a czworonogi nie pogryzły mu twarzy. Po zakończeniu melodii psy zostały zwabione przez jednego z klaunów i zniknęły za areną. My ukłoniliśmy się tak, jak na prawdziwych artystów przystało. Ku naszemu zdziwieniu nie dostaliśmy zbyt wielu braw. Ludzie wpatrzeni byli w nas jak rodzina oglądająca występ Zbyszka Nowaka z kasety VHS. Może ich nazbyt zszokowaliśmy, może czuli mrowienie w kończynach, kto to wie? Byliśmy zawiedzeni i bardzo zmęczeni, dlatego pospiesznie udaliśmy się do swoich wozów mieszkalnych. Nie mieliśmy ochoty na żadną zabawę, chcieliśmy tylko podzielić się wrażeniami z bliskimi.

Kobieta, która uprowadziła mnie z widowni cyrkowej dwa lata wcześniej, przygotowywała mi i mojemu ojczymowi zupę pomidorową. Jak pewnie się domyślacie, poprzedniego dnia był rosół, toteż dziś przygotowanie tej staropolskiej potrawy nie wymagało wielkiej filozofii. Przeczuwałem, że w najlepszym przypadku po skosztowaniu tego płynu o smaku starej ściery znów będę miał biegunkę. Czego jednak nie możesz zmienić, musisz zaakceptować. Zgodnie z tymi słowami musiałem zjeść ową dziwną miksturę z udawanym smakiem.

Moja macocha pochodziła z miejscowości Rozkosz w Czechach. W cyrku mówili na nią Kicia. W sumie nie wiem do końca dlaczego, przecież na imię miała Radka. Jak widzicie na zdjęciu, obietnica pojawienia się przed waszymi spragnionymi piękna oczami kobiety pochodzącej z Rozkoszy prawdopodobnie nie do końca została spełniona, ale każdy lubi to, co dyktuje mu mózg limbiczny.

Moja macocha Radka z Rozkoszy vel Kicia 
(fot. Archiwum prywatne Bruna Banina)

Oprócz charakterystycznego wąsa, który był jej najbardziej zadbaną częścią, miała dosyć pokaźne gabaryty. Do cyrku trafiła przypadkiem. Jej niespełnionym marzeniem były sztuczki z hula-hoopem. Niestety jej fizyczność nie pozwalała na szalone wirowanie kolorowymi obręczami wokół bioder, jako że kółko zazwyczaj klinowało się już na piersiach. Patrząc na nią pierwszy raz i oceniając jako kobietę, nie do końca można było ją sklasyfikować jako seksowną Czeszkę z filmów oglądanych po 23.00 w TV Polonia. W sumie to była za brzydka na Angielkę i za ładna na Holenderkę – coś tak pośrodku. Na plecach, na wysokości lędźwi, miała fikuśny tatuaż z napisem Carpe Diem, który ojczym bardzo lubił. Z perspektywy czasu bardzo dobrze, że nie żyliśmy w czasach pokolenia 500+, bo wtedy swoimi metodami wychowawczymi mogłaby skrzywdzić więcej dzieci.

Co do ojczyma – to dopiero była barwna postać. Wiele mnie nauczył, wiele ze mną rozmawiał. Dzięki niemu stałem się mężczyzną. Kiedy gasił na mnie papierosy i katował kablem w przedpokoju, nabywałem cech twardziela. José Morales vel Maczetka jako młody chłopak wiódł ciężki żywot na biednych i brudnych ulicach Meksyku. Z racji jego długich włosów i chamskiej, prostackiej mordy podobnej do filmowego Maczety nazwano go Maczetką. Był trochę bardziej puszysty od swego pierwowzoru i chciano zapewne pieszczotliwie napiętnować jego niedoskonałość. Tatko miał latynoski temperament i silny cios. Był też bezwzględny. Ze swojego kraju musiał uciekać, ponieważ z zimną krwią zabił kiedyś cały oddział policji, próbujący złapać szefa kartelu narkotykowego, dla którego pracował. W ucieczce z ojczyzny na pokładzie kontenerowca pomagała mu ponoć pruszkowska mafia, z którą kontakt utrzymywał do dziś. Aby nie zdradzić swej prawdziwej tożsamości, wstąpił w szeregi cyrku Trapez, a swą twarz skrył pod maską. Maska może faktycznie wyglądała, jakby została skradziona dziewczynie z Pussy Riot, ale taki był jego pomysł na pozostanie anonimowym.

Mój ojczym José Morales vel Maczetka z Meksyku 
(fot. Archiwum prywatne Bruna Banina)

Patrząc na postać z powyższej fotografii, łatwo dostrzec, że José wprost ociekał testosteronem. W ciele czterdziestolatka uwięzione zostało tak duże skupisko męskości, że można by nim obdzielić całe pokolenie metroseksualnych facetów w rurkach. Jednak nic za darmo. Maczetka tak jak każdy mężczyzna musiał szukać ujścia swoich frustracji. Z racji tego, że wyrósł już z kręcenia śmigłem, zdecydował się na stały związek i występy w duecie z Kicią. Czasem bił ją, czasem bił cyrkowego konia. Wszystko po to, aby trochę się uspokoić. Lubił też alkohol, szczególnie tequilę. Do cyrku trafił niby przypadkiem kilka lat przed moją „adopcją”, choć sam nauczał mnie łamanym polskim, że w życiu nie ma przypadków. Mówił, też, że nigdy, w żadnej sytuacji życiowej, nie wolno mi płakać i być ciotą. Mam z podniesioną głową kroczyć przez życie, cokolwiek by się działo. Zastanawiałem się zawsze, jak on się dostał do Trapezu. Przecież do cyrkowej rodziny nie przyjmują każdego z ulicy. Receptą na dobrego cyrkowca są mozolne treningi, lata praktyki i pierwiastek szczęścia. Poprzedniego nożownika, który rzucał nożem w kręcącą się na kole skrępowaną macochę, zagryzła małpa. Trochę to dziwne, ale tym, którzy go znaleźli, nie było do śmiechu. Widok był odrażający – mężczyzna nie miał połowy twarzy. José próbował go ratować, ale jakoś nie dał rady. Dziwnym trafem obaj znajdowali się przy otwartej klatce goryli w tym samym miejscu i tym samym czasie.

Życie wśród cyrkowców nauczyło mnie adaptacji do ciągłych zmian. Żyliśmy w drodze, co miesiąc gdzie indziej. Miało to swoje wady i zalety. Dzięki temu jednak jestem elastyczny i nie boję się żadnej ewolucji.

Kartuzy, Wieżyca, Białowieża –

taki żywot wędrownego nietoperza.

***

Łąka pod Kościerzyną. Obóz cyrku TRAPEZ. Początek lat 90. XX wieku

Cyrkowy dom króla (fot. Archiwum prywatne Bruna Banina)

Przez zasłonięte roletami okno wozu cyrkowego typu presidential wdzierały się powiewy ciepłej bryzy. Był chyba piątek, bo wiatr przyniósł z dworu obrzydliwy zapach ryby smażonej na starym oleju. Tylko rodzina żonglerów z wozu obok lubiła takie kulinarne eksperymenty. W letnie piątkowe popołudnia koniecznie chcieli nam przypomnieć, że pochodzą z Wielkiej Brytanii. Fish and chips, I love it! Te słowa definiowały ten dziwny ród.

Salon zamieszkiwany przeze mnie i moich opiekunów miał ściany w kolorze grejpfruta. Na podłodze leżał gumolit w jasnym kolorze przykryty szpetnym dywanikiem z frędzlami, cuchnący dymem papierosowym i tequilą. Na środku pokoju stał stolik, lampka, obok niej znajdowała się kanapa, a za nią wojskowe nosze polowe, na których zazwyczaj spałem. Nie mieliśmy za dużo przestrzeni, ale na to nie narzekałem, pamiętałem przecież jak ciasno potrafiło być w nysie. W przyczepie znajdowała się jeszcze sypialnia rodziców, w bardzo pstrokatym kolorze, łazienka oraz przedpokój. Po wejściu do naszego lokum od razu rzucał się w oczy gwóźdź, na którym wisiał pas. Znałem doskonale zapach tego kawałka skóry, musiałem go wąchać, gdy nieodpowiednio się zachowywałem, ale nie zasługiwałem na karę cielesną. Były to rzadkie przypadki, ale takowe się zdarzały.

Leżałem sobie w salonie na prześcieradle, z którego ojczym zrobił mi flamastrem makietę. Można było na niej dojrzeć namalowane ronda, ulice, bloki, no i oczywiście plac cyrkowy. Na miniaturze stały budynki zbudowane z kolorowych drewnianych klocków, a pomiędzy nimi, na dwupasmowych szosach, radośnie bawiłem się resorakami, imitując pościgi samochodów czy – w zależności od nastroju – zwykły dzień w mieście. Byłem trochę opluty, bo naśladowałem dźwięki całym sobą: „brumm… brumm… brumm…”. Wyobrażałem sobie, że to ja i moi zmyśleni mieszkańcy jeździmy tymi samochodami.

Nie myślcie sobie, że biedną cyrkową rodzinkę stać było na takie zabawki. Wiecie, ile musieliśmy miesięcznie wydawać na tequilę i maszynki do golenia? Po odliczeniu tych kosztów ledwie starczało nam na jedzenie. Zgodnie z wytycznymi Maczetki, wsparty wiedzą generała Sun Tzu z czytanej mi przez ojczyma do poduszki książki Sztuka wojny, pożyczałem sobie co jakiś czas po jednym klocku czy samochodziku. Przedszkola od tego nie bankrutowały, a ja dzięki temu budowałem swoją małą aglomerację. Rabowałem, póki trwał pożar, tak jak radził mistrz. Zawsze z zaskoczenia odwracałem uwagę na przeróżne sposoby i dokonywałem tych godnych pożałowania czynów. Naturalnie z racji tego, że nie jestem i nigdy nie byłem złym człowiekiem, zamierzałem później zwrócić te wszystkie rzeczy. Niestety życie mi tego nie ułatwiało. Gdy w końcu zebrałem się w sobie i już zapakowałem pożyczone skarby do przedszkolnego woreczka, to na ogół okazywało się, że musieliśmy w pośpiechu zmienić miejsce zamieszkania. W efekcie zostawałem z łupem i ogromnymi wyrzutami sumienia.

Koledzy z cyrku, a nie było tam wtedy zbyt wiele dzieci oprócz wspomnianych wcześniej Siergieja i Tatiany, wpadali do mojej przyczepy pobawić się w miasto. Czasem, jak przybrani rodzice wyrzucali nas z domu, zmęczeni krzykami chmary dzieciaków, chodziliśmy do wróżbity Jacka z Przywidza posłuchać kaszubskich bajek czy do żonglera Mehmeda II pobawić się jego kręglami. Gdy pogoda na to pozwalała, jedną ekipą spędzaliśmy czas razem na podwórku. Nie było miejsca na nudę. Wyobraźcie sobie wozy cyrkowe, klatki ze zwierzętami, wszędzie gwar i harmider, po prostu raj dla spragnionych zabawy berbeci. Niekiedy z rodzicami trenowaliśmy sztuki cyrkowe, ale głównie tylko broiliśmy. W ten sposób radośnie upływały nam kolejne lata naszego beztroskiego życia.

Pierwsza eksplozja wspomnień, o której chciałem wam dziś opowiedzieć, to sytuacja, którą przeżył w dzieciństwie pewnie każdy z was, ale nie każdy chce się do tego przyznać lub pospiesznie wymazał to bolesne wspomnienie z pamięci za pomocą wizyty u psychologa. To coś, co odcisnęło piętno na mojej już mocno wtedy zszarganej młodej psychice i ma na nią wpływ nawet do dziś.

Nadeszła godzina siódma wieczór. Pogrążony w bezpiecznym kokonie marzeń i dziecięcych iluzji bawiłem się samochodami. Nagle z sypialni dobiegły mnie głośne okrzyki, podobne do usłyszanych w radiu bojowych zawołań wikingów. Pospiesznie rzuciłem samochodziki i przestraszony pobiegłem do pokoju obok. To, co zobaczyłem, na początku mnie zaciekawiło, potem jednak wprawiło w osłupienie. Macocha z ojczymem robili to, co my na gimnastyce korekcyjnej w przedszkolu, kiedy pani kazała udawać pieski goniące koty. Tylko dlaczego byli goli? Przecież lepiej udawać ubrane zwierzątka, jest wygodniej i się nie marznie. Nie rozumiałem tego. José miał na sobie wyłącznie maskę, z którą chyba nigdy się nie rozstawał, tak jak prawdziwy Kaszub nigdy nie rozstaje się z tabaką. Ojczym trzymał kurczowo macochę za kark, jego brzuch leżał oparty na jednym z jej wielkich pośladków. Byli spoceni i przyklejeni do siebie jak psy podczas zbliżenia. Kicia patrzyła z podniesioną głową na mapę Meksyku wiszącą na jednej ze ścian, a Maczetka krzyczał jak oparzony w niezrozumianym języku, drugą ręką klepiąc konkubinę w nieobciążony pośladek. Oczy płonęły im pożądaniem. Ich ciała pogrążone były w bezgranicznej rozpuście. José uderzał w macochę z dużą prędkością, a jej bardzo się to podobało. Delektowała się jego twardością, męskością i stanowczością. Mruczała z rozkoszy. Na szczęście ten miłosny epizod nie trwał zbyt długo.

Musiałem wyglądać dosyć dziwnie, stojąc w osłupieniu z otwartymi szeroko oczami i nie mogąc się ruszyć. Gdy ich ciała zastygły w obojętności po tej miłosnej uczcie, zorientowali się, że chyba widziałem zbyt wiele. Lekko zawstydzeni kazali mi natychmiast pójść na dwór. Posłusznie i z niekłamaną ochotą wykonałem ich polecenie. Nawet dla tak dziwnego dzieciaka jak ja było to dość krępujące doświadczenie.

Później, grając w gumę, opowiedziałem o wszystkim Siergiejowi i Tatianie. Kolega powiedział, że nie mam się czym przejmować. Jest to mniej podejrzane niż sytuacja, którą on ostatnio odkrył. Otóż do jego mamy podczas nieobecności taty coraz częściej przychodził temperamentny linoskoczek z Kuby i nadmuchiwał ją ustami w sekretnym miejscu. Mama powiedziała, że to po to, aby lepiej unosić się na wodzie podczas występów z delfinami. Nie roztrząsaliśmy tego tematu i nie ocenialiśmy jego matki. Tylko Tatiana śmiała się z naszej nieświadomości i mówiła, że niedługo to my będziemy chcieli ją nadmuchiwać lub żeby ona nadmuchiwała nas. Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale nie zaprzeczaliśmy, bo nie wiedzieliśmy, co przyniosą nam koleje życia.

***

Przedszkole Promyczek. Grupa Krabiki. Żukowo. Początek lat 90. XX wieku

Od zawsze wyróżniałem się czymś spośród rówieśników. Wygrałem jednogłośnie plebiscyt na najbrzydszego przedszkolaka roku, byłem także autorem poczytnego bestsellera opatrzonego trochę tendencyjnym tytułem Spis rodów małego Trójmiasta. W swojej pierwszej książce, z pomocą żony szefa cyrku Adrianny, byłej polonistki, skrupulatnie opisałem wzajemne relacje najważniejszych rodzin Rumi, Redy i Wejherowa. Odsłoniłem przed całą Polską ukrywane przez lata zdrady, intrygi i problemy dnia codziennego mieszkańców tej aglomeracji. Większość informacji posiadłem od bardzo miłych starszych pań, które całymi dniami lubiły siedzieć w oknach i swymi stęsknionymi za młodzieńczymi latami oczami bacznie obserwowały szarą kaszubską rzeczywistość. Nazywałem je strażniczkami moralności i prawości. Jeszcze w długiej historii tych miast nie zdarzyło się, aby ich czujnemu wzrokowi umknął nawet najcichszy włamywacz. „Oczy osiedla”, bo tak określali je okoliczni, były po prostu bardziej potrzebne społeczeństwu niż przepłacana i wiecznie znudzona swą służbą straż miejska! Szczyciły się większą skutecznością niż ta, którą chwali się amerykański SWOT. Najpiękniejsze jednak w tym wszystkim było to, że kobiety robiły to bezinteresownie, z czystej potrzeby serca. W rozmowach z nimi zawsze zwracałem się do nich per „babciu”, „ciociu”, w zależności od wieku, robiąc przy tym słodkie minki. To była moja przekorna i nikogo niekrzywdząca metoda „na wnuczka”. Dzięki swoistej grze na emocjach, do której się uciekłem, babcie zaznawały nieco tak bardzo im potrzebnej uwagi i ciepła, a ja w zamian otrzymywałem trudno dostępne informacje, słodycze i drobne kieszonkowe. Wszystko, czego się dowiedziałem, starannie i wiernie odtworzyłem na łamach Spisu, stając się poniekąd małym ewangelistą historii Kaszubów Morskich. Najtrudniej jednak być prorokiem we własnym kraju, więc zgodnie z tymi słowami nikt nie docenił moich szczerych intencji. Parę dni po wydaniu i rozpowszechnieniu się pokaźnej części nakładu (polonistka mi pomogła w całym procesie wydawniczym, ale nie wiedzieć czemu nie chciała, aby jej nazwisko znalazło się na okładce tego dzieła) zaczęły sypać się w moją stronę straszliwe wyzwiska. Dostawałem także pisemne i ustne groźby mówiące o niechybnej deportacji mojej skromnej osoby poza granice moich ukochanych Kaszub. Ludzie byli bezlitośni, nikt nie zważał na to, że byłem bardzo wrażliwym pięciolatkiem i każdy rodzaj krytyki działał na mnie demotywująco. Żeby jeszcze istniał dobry powód usprawiedliwiający to karygodne zachowanie. Widzicie, jacy niewdzięczni byli mieszkańcy małego Trójmiasta. W taki oto sposób dziękowali mi za przekazanie prawdy o nich. Ja, młodzieniec, który ledwie nauczył się pisać, bardzo chciałem im pomóc. Zarchiwizowałem ich życie, dałem im nieśmiertelność, a oni w podzięce szczuli mnie psami, z którymi na marginesie było się trudniej dogadać niż z nimi. Czy tak powinna wyglądać wdzięczność za literacki dar? Chyba nie. Trudno jest zrozumieć zwierzęta, a co dopiero ludzi. Dlatego ja nawet nie próbowałem. Nie dziwcie się zatem, że byłem załamany. No cóż, może nie zostanę nigdy prezydentem Wejherowa czy szefem schroniska zwierząt w Redzie, ale za to mogę spojrzeć w lustro dumny z tego, co napisałem, pamiętając jednak, że za błędy, nawet popełnione w dobrej wierze, płaci się nieraz ogromną cenę.

Ojczym