Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 500 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ekspedycja - James Rollins

Autor AMAZONII i OŁTARZA EDENU

Powieść idealna dla fanów sensacji i przygody!


Odkrycie liczących kilkaset lat zabalsamowanych zwłok może podważyć obowiązujące dotychczas poglądy na kulturę Inków.
Tymczasem podważa całą wiedzę o świecie.

Wypełniająca czaszkę mumii dziwna materia, absorbująca w nieznany sposób energię, nie jest ani płynnym złotem, ani  żadnym innym metalem, ani też substancją organiczną. Czym zatem jest?
Krwią samego diabła?

Podziemna piramida w peruwiańskiej dżungli, z ukrytą w niej komnatą,  to dla jednych prawdziwa archeologiczna sensacja, dla innych nieprawdopodobne źródło bogactwa,  dla innych jeszcze - klucz do zbawienia świata.
A dla wszystkich – śmiertelna pułapka.

Opinie o ebooku Ekspedycja - James Rollins

Fragment ebooka Ekspedycja - James Rollins

O książce

Słynny archeolog, profesor Conklin, podczas wykopalisk prowadzonych w peruwiańskich Andach odkrywa zabalsamowane zwłoki. W nadziei, że dzięki nim potwierdzi swoją teorię o prawdziwym pochodzeniu inkaskich budowli, udaje się do Baltimore, by poddać mumię badaniom laboratoryjnym.

Ich wyniki rozczarowują profesora. Zwłoki nie należą, tak jak się spodziewał, do członka plemienia podbitego przez Inków, lecz do szesnastowiecznego hiszpańskiego mnicha. To jednak nie koniec niespodzianek. W trakcie badania tomografem czaszka mumii eksploduje i okazuje się, że wypełniająca ją substancja ma nieznane dotąd właściwości.

Tajemniczą materią interesują się różni ludzie – nie tylko naukowcy – a profesor Conklin i jego przyjaciółka doktor Engel wkrótce przekonają się, że ci ludzie mogą być bardzo niebezpieczni. Nie tylko dla nich dwojga, ale dla grupy studentów, która w Peru dokonuje kolejnego przełomowego odkrycia.

JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Subterrean. KolejneMapa Trzech Mędrców, Czarny zakon, Wirus Judasza, Klucz zagłady, Ołtarz Edenu, Kolonia Diabła – których akcja toczy się częstow niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy.

www.jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKABURZA PIASKOWAAMAZONIAOŁTARZ EDENUEKSPEDYCJALINIA KRWIPODZIEMNY LABIRYNTOKO BOGA

Sigma

MAPA TRZECH MĘDRCÓWCZARNY ZAKONWIRUS JUDASZAKLUCZ ZAGŁADYOSTATNIA WYROCZNIAKOLONIA DIABŁA

James Rollins, Rebecca Cantrell

EWANGELIA KRWI

Tytuł oryginału:EXCAVATION

Copyright © Jim Czajkowski 2000All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Paweł Wieczorek 2014

Redakcja: Marta Bogacka

Zdjęcie na okładce: niall dunne/Shutterstock (pejzaż w tle)

Projekt graficzny okładki: © Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-096-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla absolwentówUniversity of Missouri Veterinary School z 1985 roku,szczególnie moich kolegów z pokoju:Dave’a Schmitta, Scotta Wellsa,Steve’a Brunnerta i Brada Gengenbacha

Podziękowania

Powieść ta nie powstałaby bez nieocenionej pomocy przyjaciół i kolegów. Przede wszystkim chciałbym wyrazić wdzięczność wobec mojej redaktorki Lyssy Keusch oraz mojej agentki Peshy Rubinstein. Ich determinacja, umiejętności i ciężka praca pomogły doprowadzić powieść do obecnej postaci. Nie mógłbym również pominąć przyjaciół, którzy pomogli rozłożyć na czynniki pierwsze i wypolerować pierwszy rękopis. Dziękuję Ingerowi Aasenowi, Chrisowi Crowe’owi, Michaelowi Gallowglassowi, Lee Garrettowi, Dennisowi Graysonowi, Debrze Nelson, Dave’owi Meekowi, Chrisowi Smithowi, Jane O’Rivie, Judy i Steve’owi Preyom oraz Caroline Williams. Najserdeczniejsze podziękowania dla Carolyn McCray i Johna Clemensa za trwanie u mego boku w trakcie wszystkich wzlotów i upadków ostatnich dwunastu miesięcy.

Za wsparcie techniczne muszę podziękować Frankowi Malaretowi — znawcy historii Peru — oraz Andie Arthur, która pomogła mi przy tłumaczeniach z łaciny. Chciałbym także podziękować doktorowi Ericowi Drexlerowi, którego książka Engines of Creation (Motory stworzenia) była inspiracją dla stanowiącej tło opowieści warstwy naukowej.

Wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił.

Księga Rodzaju, 1, 7-8, Biblia Tysiąclecia

PROLOG

Wschód słońcaAndy PeruwiańskieRok 1538

Nie było ucieczki.

Francisco de Almagro, przedzierający się przez zasnutą mgłą dżunglę, już dawno przestał modlić się o ratunek przed myśliwymi, którzy deptali mu po piętach. Zdyszany, walcząc o każdy oddech, ledwie szedł słabo widoczną ścieżką. Rękawem starł pot z czoła. Miał na sobie dominikański habit z barwionej na czarno wełny i jedwabiu, poplamiony i podarty. Inkowie, którzy go pojmali, zabrali mu wszystko poza habitem i krzyżem. W obawie przed obrażeniem bogów z nieznanej krainy plemienny szaman ostrzegł swoich, by nie dotykali obcych talizmanów.

Choć gruby i ciężki habit nie nadawał się do ucieczki przez zasnutą niskimi chmurami gęstą dżunglę północnych Andów, młody zakonnik nie chciał się go pozbywać. Strój poświęcił osobiście papież Klemens VII, kiedy Francisca wyświęcano na księdza, i nie zamierzał się z nim rozstawać. Mimo wszystko należało zmodyfikować go stosownie do sytuacji.

Zakonnik złapał skraj szaty i oderwał ją na wysokości ud.

Kiedy uwolnił nogi, wsłuchał się w dźwięki pogoni. Okrzyki inkaskich myśliwych były głośniejsze i odbijały się echem od ścian górskiej przełęczy, którą pokonał. Nawet skrzekliwe wrzaski przestraszonych małp w koronach drzew nie zagłuszały narastającej wrzawy ścigających. Wkrótce go dogonią.

Młodemu księdzu pozostała jedna nadzieja: zbawienie. Nie siebie jednak, lecz świata.

Ucałował postrzępiony skraj habitu i wypuścił go z rąk. Musiał się spieszyć.

Wyprostował się nieco zbyt szybko i na chwilę zrobiło mu się ciemno przed oczami. Aby nie upaść, złapał pień młodego drzewa i ciężko westchnął, z trudem łapiąc rozrzedzone powietrze. Przed oczami tańczyły mu jaskrawe punkciki. Na tej wysokości płuca nie wypełniały się powietrzem jak należy. Musiał często odpoczywać, jednak nie mógł pozwolić, by zatrzymał go brak tchu.

Odepchnął się od drzewa i znów ruszył ścieżką; potykał się i zataczał. Szedł chwiejnie nie tylko z powodu wysokości. Przed egzekucją, która miała się odbyć o świcie, został poddany rytualnemu upustowi krwi, zmuszono go też do wypicia gorzkiego napoju — chicha, sfermentowanego płynu, od którego ziemia natychmiast rozbujała się pod nogami. Nagły wysiłek związany z ucieczką nasilał efekt narkotyku.

Dżungla wydawała się pełna kończyn, które sięgały ku niemu, próbując go schwycić w pułapkę. Ścieżka zdawała się pochylać to na jedną, to na drugą stronę. Serce tłukło mu w gardle, uszy wypełniał coraz potężniejszy huk, zagłuszający nawet okrzyki jego prześladowców. Francisco wytoczył się z dżungli i mało brakowało, a spadłby z krawędzi skały. Daleko w dole widać było źródło huku: wśród czarnych kamieni kipiała spieniona biała woda.

Coś w zakamarku umysłu mówiło mu, że to jeden z dopływów potężnej rzeki Urabamba, jednak nie mógł sobie pozwolić na rozważania topograficzne. Rozpacz wypełniała mu pierś i uciskała serce. Od celu oddzielała go przepaść. Ciężko dysząc, Francisco oparł dłonie na podrapanych kolanach. Dopiero wtedy zauważył wąziutki, spleciony z traw most. Znajdował się z prawej strony i prowadził na drugi brzeg przepaści.

— Obrigado, meu Deus! — podziękował Panu po portugalsku. Od chwili przyjęcia święceń w Hiszpanii nie rozmawiał w ojczystym języku. Dopiero teraz, ze spływającymi po twarzy łzami rozpaczy i strachu, powrócił do mowy dzieciństwa.

Wyprostował się, podszedł do mostu i przesunął dłońmi po splecionych wiązkach trawy ichu. Nad dudniącą w dole rzeką przerzucono grubą linę, zaopatrzoną po bokach w dwa cieńsze sznury, służące jako poręcze. Kiedy indziej Francisco na pewno doceniłby inżynieryjny kunszt konstruktorów mostu, teraz jednak myślał wyłącznie o ucieczce — stawianiu stopy przed stopą i utrzymywaniu równowagi.

Całą nadzieję pokładał w dotarciu do ołtarza na szczycie najbliższej góry. Inkowie szanowali i czcili ten otoczony dżunglą wierzchołek, podobnie jak wiele innych w okolicy. Aby tam jednak dotrzeć, Francisco musiał pokonać przepaść, a potem wydostać się z zamglonej puszczy i wspiąć na skaliste zbocze.

Czy wystarczy mu czasu?

Kiedy ponownie się odwrócił, by posłuchać odgłosów pogoni, słyszał jedynie dudnienie rzeki w dole. Nie miał pojęcia, jak daleko są myśliwi, podejrzewał jednak, że skracają dystans. Nie wolno mu było się ociągać.

Przesunął spoconą dłonią po ogolonej głowie i złapał poręcz mostu. Na chwilę zacisnął powieki i chwycił drugą linę. Modląc się, wszedł na most. Nie pozwalał sobie spojrzeć w dół, skupiał tylko wzrok na przeciwległym brzegu.

Trwało to nieskończoność, w końcu jednak pod lewą stopą poczuł kamień. Z ulgi nogi się pod nim ugięły, ale wszedł na pewny grunt. Niemal opadł na kolana, gotów ucałować i błogosławić skalistą ziemię, kiedy za jego plecami rozległ się przypominający warknięcie okrzyk. W glinę tuż za piętą wbiło się ostrze dzidy. Drzewce dygotało od impetu.

Francisco zamarł niczym przestraszony królik; po chwili rozległ się kolejny krzyk. Po drugiej stronie przepaści — skąd właśnie uciekł — stał inkaski myśliwy. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały.

Myśliwy i ofiara.

Inka, którego głowę zdobił pióropusz z lazurowych i czerwonych piór, wyszczerzył zęby jak gdyby w uśmiechu. Na jego szyi błyszczały grube złote łańcuchy — w każdym razie Francisco miał nadzieję, że to złoto. Wzdrygnął się.

Bez chwili wahania wyjął zza pazuchy srebrny sztylet. Broń, którą ukradł czarownikowi Inków, posłużyła mu do ucieczki i teraz będzie musiała posłużyć mu ponownie. Złapał boczną linę mostu. Nie miał dość czasu na przecięcie głównej liny, ale zniszczenie poręczy utrudni prześladowcom przeprawę. Raczej ich nie powstrzyma przed kontynuacją pogoni, ale na pewno pozwoli Franciscowi zyskać nieco czasu.

Kiedy zaczął ciąć warkocz z wyschniętych traw, poczuł ból w barkach. Liny zrobiono chyba z żelaza. Inka coś zawołał, mówił spokojnie w swoim barbarzyńskim języku. Ksiądz nie rozumiał ani słowa, ale groźba i obietnica cierpienia były jasne.

Kolejna fala strachu dodała Franciscowi sił. Dźgał i ciął, nie zwracając uwagi na gorące łzy spływające mu po ubłoconej twarzy. Nagle lina pękła i oderwała się z trzaskiem. Jedna z końcówek smagnęła go po policzku. Odruchowo dotknął rany dłonią — palce zabarwiła krew, ale on nie czuł bólu.

Przełknął z trudem ślinę i zabrał się do drugiej liny. Kolejna dzida uderzyła w skałę na krawędzi skały i poleciała w dół. Zaraz potem nadleciała trzecia. Trafiła znacznie bliżej.

Francisco podniósł wzrok. Po drugiej stronie przepaści stało czterech myśliwych. Czwarty trzymał dzidę, pierwszy napinał łuk. Francisco popatrzył na nietknięte mocowanie drugiej poręczy. Skończył mu się czas — pozostanie na miejscu oznaczało śmierć. Musiał zaufać, że zniszczenie jednej liny wystarczająco spowolni pościg.

Rzucił się biegiem ku dżungli i wpadł między drzewa. Ścieżka wspinała się stromo, wysysając siłę z nóg i powietrze z płuc. Drzewa rosły rzadziej niż po drugiej stronie przepaści, zielony dach nad głową był bardziej ażurowy i z każdym z trudem przebytym odcinkiem drogi dżungla się przerzedzała. Ułatwiało to bieg, ale czyniło z uciekiniera łatwiejszy cel. Przy każdym kroku Francisco spodziewał się strzały w plecach.

Tak blisko… Panie, nie opuszczaj mnie teraz.

Starał się nie patrzeć przed siebie, skupiać wzrok tylko na gruncie pod nogami. Z trudem stawiał stopę za stopą. Nagle świat dookoła pojaśniał, jakby sam Pan odsunął drzewa na bok, aby oświecić go łaską. Francisco głośno westchnął i uniósł głowę. Nawet tak prosty ruch przychodził mu z trudem. Wystarczył kolejny krok, i dżungla była za nim. Promienie zachodzącego słońca rozpalały czerwone i czarne skały nagiego szczytu.

Był za słaby nawet na krótką modlitwę. Niemal na czworakach przebił się przez ostatnie krzewy ku szczytowi. To musiało się odbyć tutaj. Na ich świętym ołtarzu.

Płacząc — choć nie słyszał własnego łkania — podpełzł do granitowej płyty. Opadł przy niej ciężko na ziemię i uniósł wzrok do nieba. Krzyknął głośno, nie modlił się jednak, ale dawał znak, że jeszcze żyje — aby usłyszeli.

Natychmiast mu odpowiedzieli. Ostre krzyki myśliwych odbiły się echem w przełęczy. Pokonali przepaść i kontynuowali pogoń.

Francisco opuścił głowę. Wszędzie, aż po horyzont, widać było liczne szczyty Andów. Niektóre pokrywał śnieg, ale większość była naga jak ten, na którym klęczał. Przez chwilę niemal rozumiał inkaski kult tych gór. Tutaj — między chmurami a niebem — człowiek był blisko Boga. W ciężkiej ciszy zdawały się rozbrzmiewać ponadczasowość i obietnica wieczności. Nawet myśliwi przycichli — albo z szacunku wobec gór, albo po to, by zaskoczyć ofiarę.

Francisco był zbyt zmęczony, by się nad tym zastanawiać.

Skierował wzrok na dwa nietypowe dla tych gór wierzchołki: na zachodzie, nieco w dole, dymiły dwa wulkany, bliźniacze kratery wpatrywały się w poranne niebo. Z miejsca, gdzie stał, wyglądały jak kaprawe, przeklęte oczy.

Splunął w ich kierunku i uniósł pięść z kciukiem między palcem wskazującym a środkowym — w geście mającym odstraszyć diabła.

Francisco doskonale wiedział, co znajduje się w tamtej dolinie. Stojąc obok kamiennego ołtarza, nazwał bliźniacze wulkany.

— Ojos el de Diablo — szepnął. — Oczy diabła.

Wzdrygnął się i odwrócił plecami do wulkanów. Gdyby na nie patrzył, nie mógłby zrobić tego, co musiało zostać zrobione. Patrzył teraz ku wschodowi, na wznoszące się słońce.

Ukląkł przed blaskiem chwały, sięgnął za pazuchę i wyjął krzyż, który wisiał mu na szyi. Dotknął rozgrzanym metalem czoła. Złoto. Powód, dla którego Hiszpanie przedzierali się przez obcą i wrogą dżunglę — marzenie o bogactwie i dobrobycie. A teraz chciwość i pożądanie stanie się ich przekleństwem…

Francisco odwrócił krucyfiks i pocałował złotą postać. Po to tu przybył — by nieść poganom słowo Pana, a teraz krzyż pozostał jedyną nadzieją dla świata. Przesunął palcem z tyłu krzyża, by poczuć grawerunek, który starannie wykonał w miękkim metalu.

Oby ocalił nas wszystkich, pomodlił się w milczeniu i wsunął krzyż z powrotem za habit, tuż przy sercu.

Uniósł wzrok w kierunku świtu. Musiał mieć pewność, że Inkowie nie zabiorą mu krzyża. Choć dotarł do jednego z ich świętych miejsc — tego górskiego ołtarza — dla zapewnienia bezpieczeństwa krzyżowi konieczny był jeszcze jeden akt.

Ponownie wyjął spod habitu sztylet szamana.

Skruszony, z modlitwą na ustach, błagał o wybaczenie za grzech, który zamierzał popełnić. Nie miał wyboru — niezależnie od tego, czy skazywał swą duszę na potępienie, czy nie. Ze łzami w oczach uniósł sztylet i przeciągnął sobie ostrzem po gardle. Przeszywający ból sprawił, że wypuścił sztylet z dłoni. Jego ciało opadło i podparł się dłońmi. Krew z rozciętego gardła zalewała czarne kamienie.

W słońcu poranka czerwona krew błyszczała jaskrawo na czarnej skale. Ostatnim obrazem, jaki de Almagro widział w chwili śmierci, była jego krew płynąca po inkaskim ołtarzu, lśniąca jak złoto.

DZIEŃ PIERWSZYRUINY

Poniedziałek, 20 sierpnia, godzina 11.52Uniwersytet imienia Johnsa HopkinsaBaltimore w stanie Maryland

Palce profesora Henry’ego Conklina, który zdejmował ostatnią warstwę materiału, w jaki owinięto zamrożony skarb, lekko drżały. Profesor wstrzymał oddech. W jakim stanie była mumia po niemal pięciu tysiącach kilometrów podróży z Andów? W Peru najstaranniej, jak umiał, otulił zamrożone szczątki suchym lodem i zapakował je do skrzyni, w której miały dotrzeć do Baltimore, ale w trakcie tak długiego transportu różnie bywa.

Henry przeczesał palcami ciemne włosy — od sześćdziesiątych urodzin, które obchodził w minionym roku, coraz gęściej przetykane siwizną. Modlił się, by trzydzieści lat badań i pracy w terenie wreszcie się opłaciło. Nie dostanie drugiej szansy. Przewiezienie mumii z Ameryki Południowej kosztowało niemal wszystkie pieniądze z grantów, a w obecnych czasach nowe stypendia i subwencje przyznawano wyłącznie naukowcom młodszym od niego. Stawał się w Texas A&M dinozaurem i choć w środowisku nadal go szanowano, chociaż był na uczelni hołubiony, nie wiązano z nim wielkich nadziei.

Najnowsze odkrycie, jakiego dokonał w ruinach położonej wysoko w Andach małej inkaskiej wioski, mogło jednak wszystko zmienić — zwłaszcza gdyby dowiodło prawdziwości jego kontrowersyjnej teorii.

Ostrożnie odwinął ostatnią warstwę płótna i mgła wytwarzana przez topniejący lód natychmiast zasnuła mu widok. Rozwiał ją kilkoma ruchami dłoni i popatrzył na skuloną postać z ramionami obejmującymi przyciśnięte do piersi kolana, zamarłą w niemal płodowej pozycji, tak samo jak wtedy, gdy ją odkrył w niewielkiej jaskini niedaleko zamarzniętego wierzchołka góry Arapa.

Henry wpatrywał się w znalezisko. Spod pasm cienkich włosów, które się zachowały, patrzyły na niego starożytne oczodoły — otwarte i puste. Wargi — wyschnięte i obkurczone — ukazywały żółte zęby. Skórę, która wyglądała jak wygarbowana, oblepiały resztki pogrzebowego całunu. Ciało było tak dobrze zachowane, że w świetle laboratoryjnych reflektorów jaskrawo połyskiwała nawet czerń postrzępionej szaty.

— Boże! — rozległo się tuż przy jego ramieniu. — Idealne!

Henry drgnął — był tak zamyślony, że zapomniał o obecności innych ludzi. Odwrócił się i natychmiast oślepił go błysk flesza. Reporterka z „Baltimore Heralda” wysunęła się zza jego pleców, by zrobić zdjęcie pod innym kątem, nawet na chwilę nie odsuwając nikona od oka. Blond włosy miała związane w ciasny koński ogon. Robiła zdjęcia i równocześnie mówiła:

— Ile dałby mu pan lat, profesorze?

Henry zamrugał, aby odzyskać widzenie, i cofnął się o krok, by odsłonić widok pozostałym obecnym. Dwoje naukowców z instrumentami w rękach podeszło bliżej.

— Powiedziałbym, że mumifikacja… moim zdaniem to szesnasty wiek. A więc dałbym mu jakieś czterysta, pięćset lat.

Reporterka opuściła aparat, ale nie odwróciła wzroku od skulonej postaci na stole tomografu komputerowego. Z lekkim obrzydzeniem skrzywiła górną wargę.

— Nie, nie, chodzi mi o to, ile lat miał zmarły…

— Och… — profesor poprawił okulary na nosie. — Około dwudziestu… Trudno o dokładną diagnozę na podstawie ogólnych oględzin.

Spojrzała na nich kobieta należąca do pary patologów, którzy badali głowę mumii. Była drobna, brakowało jej kilku lat do sześćdziesiątki, ciemne długie włosy opadały jedwabistymi pasmami na plecy.

— W chwili śmierci miał trzydzieści dwa lata — stwierdziła obojętnym tonem. Doktor Joan Engel była kierowniczką wydziału patologii sądowej na Uniwersytecie imienia Johnsa Hopkinsa i od wielu lat przyjaźniła się z Henrym Conklinem. Jej stanowisko było jednym z powodów, dla których postanowił sprowadzić mumię do Hopkinsa. — Jego trzecie zęby trzonowe dopiero zaczynały się wyrzynać — ciągnęła — i na tej podstawie, a także biorąc pod uwagę stopień zużycia drugich trzonowych, zakładam, że mój szacunek jest trafny z dokładnością do trzech lat. Oczywiście tomografia określi wiek bardziej precyzyjnie.

Jadeitowe oczy doktor Engel błyszczały, kontrastując z jej spokojnym wyglądem, a w ich kącikach pojawiały się zmarszczki. Podczas oględzin mumii ani razu nie okazała śladu niesmaku, nawet gdy obmacywała zasuszone szczątki. Henry dostrzegał jej ekscytację, dokładnie odpowiadającą temu, co sam odczuwał. Świadomość, że entuzjazm Joan dla tajemnic nauki nie osłabł od czasu, kiedy poznali się na studiach, była bardzo przyjemna. Zanim Joan wróciła do dalszego badania mumii, rzuciła mu przepraszające spojrzenie — że zanegowała jego opinię.

Henry poczuł, że czerwienią mu się policzki — bardziej z zażenowania niż z irytacji. Była jak zawsze gorliwa i bystra.

Przełknął ślinę i spróbował się uspokoić. Odwrócił się do reporterki.

— Mam nadzieję udowodnić, że choć stanowisko, na którym znaleźliśmy mumię, jest inkaskie, ten człowiek należał do innego peruwiańskiego ludu.

— Co ma pan na myśli?

— Od dawna wiadomo, że do Inków należały wojownicze plemiona, które często atakowały sąsiednie społeczności i dosłownie je zjadały. Budowali swoje miasta w miejscach siedzib poprzedników w taki sposób, by nie pozostawić po nich śladu. Na podstawie badań Machu Picchu i innych ruin na wyżynach Andów wysnułem teorię, że tych podniebnych miast nie zbudowały nizinne plemiona Inków, lecz przejęły je one od ludów, które istniały przed nimi, i w ten sposób skradły tym wybitnym architektom miast na szczytach gór należne im miejsce w historii. — Henry skinął głową w kierunku mumii. — Mam nadzieję, że ten osobnik pomoże skorygować historyczny błąd.

Reporterka zrobiła kolejne zdjęcie i musiała się cofnąć, gdy para patologów zaczęła badać dolną część ciała mumii.

— Na jakiej podstawie sądzi pan, że mumia potwierdzi tę teorię?

— Grobowiec, w którym ją odkryliśmy, jest przynajmniej sto lat starszy od inkaskich ruin, co sugeruje, że być może znaleźliśmy jednego z prawdziwych budowniczych górskich cytadel. Poza tym ten zmumifikowany człowiek był przynajmniej o głowę wyższy od przeciętnego Inki z regionu… ma nawet inne rysy twarzy. Sprowadziłem tu mumię, aby udowodnić, że nie jest to Inka, ale jeden z prawdziwych twórców tych wyjątkowych miast. Dzięki genetycznemu mapowaniu, jakim dysponujemy, mogę uzasadnić każdą…

— Profesorze Conklin — przerwała mu Joan. — Na pewno zechce pan to zobaczyć.

Reporterka odsunęła się na bok, aby przepuścić profesora, nikon ponownie się uniósł i zasłonił jej pół twarzy. Henry przecisnął się między dwójką naukowców. Obmacywali brzuch i klatkę piersiową mumii. Asystent doktor Engel, młody człowiek o wielkich oczach i płowych włosach, pochylał się nad znaleziskiem. Ostrożnie wydobywał sznurek ukryty w fałdzie skóry na szyi mumii.

Joan Engel wyciągnęła palec.

— Ma rozpłatane gardło — powiedziała i rozsunęła wyschniętą skórę, ukazując kości. — Żeby mieć pewność, potrzebne będzie badanie mikroskopowe, ale moim zdaniem rana została zadana ante mortem. — Popatrzyła na Henry’ego i reporterkę. — Przed śmiercią. Najprawdopodobniej to ona spowodowała śmierć.

Henry skinął głową.

— Inkowie lubili krwawe rytuały — stwierdził. — Wiele z nich obejmowało obcinanie głów i składanie ludzi w ofierze.

Asystent doktor Joan Engel po chwili wyciągnął z rany sznurek. Zamarł w pół ruchu i popatrzył na szefową.

— Moim zdaniem to jakiś naszyjnik… — mruknął i pociągnął. Coś się poruszyło pod strzępami szaty.

Joan podniosła wzrok na Henry’ego, milcząco pytając o zgodę na dalsze działanie.

Profesor skinął głową.

Asystent zaczął ostrożnie ciągnąć i przedmiot powoli wysuwał się z ukrycia. To, co zamocowano na końcu sznurka, przesuwało się pod zniszczonym materiałem. Nagle prastara tkanina pękła i przedmiot ukazał się w pełnej krasie.

Ze wszystkich czterech gardeł wydobyło się głośne westchnienie. W jaskrawym halogenowym świetle laboratorium zalśniło złoto. Kiedy reporterka zaczęła migać fleszem, robiąc serię szybkich zdjęć, oczy obecnych oślepiły błyski.

— To krzyż — powiedziała Joan Engel, stwierdzając oczywisty fakt.

Henry jęknął i się pochylił.

— I to nie pierwszy lepszy. To dominikański krucyfiks.

— Co to oznacza? — spytała reporterka, nie odsuwając aparatu od twarzy.

Henry wyprostował się i pomachał dłonią nad łacińskim napisem.

— Dominikańscy misjonarze towarzyszyli hiszpańskim konkwistadorom w trakcie najazdu na Indian z Ameryki Środkowej i Południowej.

Reporterka opuściła aparat.

— A więc to mumia hiszpańskiego księdza?

— Tak jest.

— Nieźle!

Joan Engel dotknęła krzyża trzymaną w ręku szpatułką.

— Ale przypadki mumifikowania przez Inków hiszpańskich zdobywców nie są znane.

— Do dziś — gorzko powiedział Henry. — Podejrzewam, że odkrycie zasłuży przynajmniej na wzmiankę w jakimś czasopiśmie. — Jego marzenie o udowodnieniu swojej teorii gasło w blasku złotego krucyfiksu.

Joan dotknęła palcem jego dłoni.

— Jeszcze nie rozpaczaj. Może krzyż został ukradziony jakiemuś Hiszpanowi? Zróbmy najpierw tomografię i sprawdźmy, czego się dowiemy o naszym przyjacielu.

Henry skinął głową, w jego sercu nie było jednak wielkiej nadziei. Popatrzył na Joan Engel — w jej oczach dostrzegł szczerą troskę. Lekko się uśmiechnął i, ku jego zaskoczeniu, odwzajemniła uśmiech. Pamiętał go sprzed wielu lat — byli na kilku randkach, jednak oboje zbytnio poświęcali się studiom, aby ich znajomość przerodziła się w coś więcej. Kiedy zrobili magisteria, ich drogi się rozeszły, stracili kontakt i tylko posyłali sobie świąteczne kartki. Ale Henry nigdy nie zapomniał jej uśmiechu.

Poklepała go po dłoni, po czym zwróciła się do asystenta:

— Brent, zawiadomisz doktora Reynoldsa, że jesteśmy gotowi do skanu? — Odwróciła się do Henry’ego i reporterki. — Muszę was poprosić o przejście do pokoju obok. Obejrzymy procedurę zza szyby w pomieszczeniu kontrolnym.

Przed opuszczeniem pokoju Henry sprawdził, czy mumia jest prawidłowo zamocowana do stołu tomografu, po czym zdjął z jej szyi złoty krucyfiks. Ściskając go w dłoni, poszedł za pozostałymi do sąsiedniego pomieszczenia.

Pod ścianami boksu stały szeregi komputerów i monitorów. Zespół badawczy zamierzał wykorzystać popularną metodę tomografii komputerowej, w skrócie TK, pozwalającą uzyskać zdjęcia radiograficzne, z których komputer tworzy trójwymiarowy obraz ukazujący wnętrze obiektu. Metoda pozwala dokonać wirtualnej sekcji bez naruszania znaleziska. Poza zawodowym kontaktem z Joan był to drugi ważny powód, dla którego Henry wlókł mumię przez pół świata: Uniwersytet Hopkinsa prowadził już analizy peruwiańskich mumii lodowych i nadal miał wsparcie organizacji National Geographic. Uniwersytet dysponował także znakomitym laboratorium genetycznym, pozwalającym mapować geny przodków i tworzyć genealogię. Laboratorium mogło dostarczyć konkretnych danych na poparcie jego kontrowersyjnej teorii. Dominikański krzyż, który trzymał w dłoni, był jednak wyraźnym świadectwem, że nie powinien robić sobie nadziei.

Kiedy weszli do środka, ciężkie od ołowiu drzwi gładko się zamknęły.

Joan Engel przedstawiła wszystkich doktorowi Robertowi Reynoldsowi, który wskazał przybyszom krzesła, tymczasem technik zaczął kalibrować urządzenie.

— Siadajcie, proszę.

Troje gości przysunęło sobie krzesła do szyby, za którą widać było tomograf, ale Henry stał, by równocześnie obserwować okno widokowe i monitory. Wielki biały tomograf zajmował połowę pomieszczenia, stół z mumią był u wlotu wąskiego tunelu prowadzącego do wnętrza urządzenia.

— No to zaczynamy — powiedział doktor Reynolds i zaczął wciskać klawisze na panelu obsługi.

Kiedy z głośników przekazujących dźwięk z sąsiedniego pomieszczenia doleciał ostry metaliczny klekot, Henry aż podskoczył i o mało nie wypuścił z dłoni krucyfiksu. Jednak nie było czym się denerwować: stół, na którym leżała mumia, zaczął powoli wsuwać się w tomograf. Kiedy głowa mumii wjechała do środka, do klekotu maszyny dołączył chór głośnych trzasków — urządzenie zaczęło rejestrować obrazy.

— Bob, daj najpierw powierzchniowy widok kości twarzy — powiedziała Joan Engel. — Zobaczmy, czy uda się ustalić, skąd facet pochodzi.

— Może to pani określić po wyglądzie czaszki? — spytała reporterka.

Joan skinęła głową, nie odwróciła jednak wzroku od monitorów.

— Kształty łuku jarzmowego, czoła i kości nosowej są dobrymi markerami pochodzenia i rasy.

— Zaraz będziemy je mieli… — oznajmił doktor Reynolds.

Henry odwrócił się od szyby i spojrzał Joan przez ramię. Na monitorze pojawił się czarno-biały obraz — przekrój czaszki mumii.

Joan założyła okulary do czytania i przysunęła krzesło do monitora. Pochyliła się, by przestudiować obraz.

— Bob, możesz obrócić o trzydzieści stopni?

Żujący ołówek radiolog skinął głową. Nacisnął kilka klawiszy i czaszka na ekranie obróciła się przodem. Joan wzięła małą linijkę i zaczęła mierzyć. Zmarszczyła czoło i postukała w ekran paznokciem.

— Ten cień nad prawym oczodołem… możemy bliżej mu się przyjrzeć?

Znowu wciśnięto kilka klawiszy i obraz się powiększył. Radiolog wyjął ołówek spomiędzy zębów. Gwizdnął z uznaniem.

— Co to jest? — spytał Henry.

Joan odwróciła się i opuściła nieco okulary, by popatrzeć znad szkieł.

— Dziura. — Postukała w ekran, wskazując trójkątny cień na płaszczyźnie kości. — Nienaturalna. Ktoś mu ją wywiercił w czaszce. A ponieważ wokół rany nie ma zgrubienia, sądzę, że stało się to po śmierci.

— Trepanacja… wiercenie otworu w czaszce — stwierdził Henry. — Widywałem to w wielu starych czaszkach z różnych stron świata, najbardziej skomplikowane zabiegi robili jednak Inkowie. Uważano ich za największych ekspertów od trepanacji. — Henry pozwolił sobie na cień nadziei. Jeśli czaszka została przewiercona, może jednak był to peruwiański Indianin.

Joan musiała czytać mu w myślach.

— Niechętnie gaszę twoje nadzieje, ale trepanacja czy nie, zmarły z pewnością nie pochodzi z Ameryki Południowej. To Europejczyk.

Henry przez kilkanaście sekund nie mógł wydobyć z siebie głosu.

— Jesteś… jesteś pewna?

Joan zdjęła okulary, schowała je do kieszeni i cicho westchnęła, zdecydowana postawić niekorzystną diagnozę.

— Owszem. Moim zdaniem pochodzi z Europy Zachodniej. Prawdopodobnie z Portugalii. Jeśli dostanę czas na bliższe badania, prawdopodobnie uda mi się nawet określić, z jakiego regionu. — Pokręciła głową. — Przykro mi, Henry.

Widział w jej oczach współczucie. Choć serce przepełniała mu rozpacz, starał się zachować spokój. Popatrzył na dominikański krzyż w ręku.

— Musiał zostać pojmany przez Inków — stwierdził. — I złożony ich bogom w ofierze na górze Arapa. Ponieważ jego krew rozlano w świętym miejscu, mieli obowiązek go zmumifikować niezależnie od tego, kim był. Prawdopodobnie dlatego zostawili mu krzyż. Kto umarł w świętym miejscu, temu należał się szacunek, a okradanie ciała z wartościowych przedmiotów było tabu.

Reporterka robiła pospieszne notatki, chociaż nagrywała ich rozmowę.

— Będzie z tego świetny artykuł.

— Artykuł może tak… albo i dwa. — Henry wzruszył ramionami, próbując się uśmiechnąć.

— Ale miałeś nadzieję na coś więcej — powiedziała Joan Engel.

— To tylko intrygująca ciekawostka. Nie rzuca nowego światła na Inków.

— Może twoje wykopaliska w Peru przyniosą coś bardziej znaczącego — próbowała go pocieszyć.

— Nadzieja jest zawsze. Mój bratanek i kilku studentów próbują właśnie wejść do ruin świątyni. Może będą mieli dobre wieści.

— Zawiadomisz mnie w razie czego? — spytała Joan z uśmiechem. — Wiesz chyba, że śledzę twoje odkrycia w „National Geographic” i w „Archaeology”.

— Naprawdę? — Henry nieco się wyprostował.

— Oczywiście, każde było bardzo ciekawe.

Jego twarz rozjaśnił uśmiech.

— Na pewno będę dawał ci znać. — Nie była to czcza obietnica. Mimo wieku Joan emanowała urokiem, który go rozbrajał. Nie dało się też nie zauważyć jej kobiecych kształtów, których nie zdołał ukryć nawet laboratoryjny kitel. Henry znowu poczuł, że czerwienieją mu policzki.

— Joan, lepiej tu podejdź i popatrz — powiedział radiolog ściszonym głosem. — Coś jest nie tak z tomografią.

Joan odwróciła się do monitora.

— Co się dzieje?

— Bawiłem się obrazem szwu strzałkowego, żeby ocenić gęstość kości, ale wszystkie zdjęcia wnętrza ciała okazały się puste. — Kiedy i Henry skierował wzrok na ekran, doktor Reynolds pokazał serię obrazów mających ukazywać coraz głębsze warstwy w czaszce, tyle tylko, że każdy był identyczny: biała plama.

Joan Engel dotknęła ekranu, jakby jej palce mogły zrozumieć naturę zjawiska.

— Skalibrujmy urządzenie od nowa i spróbujmy jeszcze raz — powiedziała.

Radiolog wcisnął klawisz i dochodzący od strony tomografu klekot ucichł. Zastąpił go ostrzejszy odgłos, przebijający się przez stuk rotujących magnesów. Z głośników popłynął wysokotonowy pisk, przypominający odgłos powietrza wylatującego z balonu.

Wszystkie spojrzenia skierowały się ku źródłu dźwięku.

— A to co? — spytał Reynolds. Wcisnął kolejne klawisze. — Skaner się zablokował.

Reporterka z „Heralda”, która siedziała najbliżej okna z widokiem na tomograf, skoczyła na nogi, przewracając krzesło.

— Boże drogi!

— Co się stało? — Joan Engel podeszła do niej.

Henry zrobił to samo, zaniepokojony o kruchą mumię.

— O co…? — Nie dokończył pytania, ponieważ zobaczył, co się dzieje. Mumia leżała na stole, ale głowa podskakiwała, uderzając rytmicznie o metalową powierzchnię. Szczęki szeroko się otworzyły i wydobywał się z nich pisk. Henry poczuł, jak miękną mu kolana.

— To żyje! — z przerażeniem zawołała reporterka.

— Niemożliwe… — wyjąkał Henry Conklin.

Konwulsyjne ruchy mumii robiły się coraz gwałtowniejsze. Czarne włosy latały wokół szarpiącej się na boki głowy niczym kłębowisko węży. Wydawało się, że głowa zaraz oderwie się od szyi. Jednak to, co się stało, było gorsze. Znacznie gorsze.

Niczym zgniły arbuz, góra czaszki mumii eksplodowała i wystrzelił z niej żółty płyn, opryskując ścianę, tomograf i szybę.

Reporterka odeszła od szyby, zataczając się jak pijana, nogi się pod nią ugięły. Z ust wydobywał jej się niekontrolowany bełkot.

— O mój Boże, o mój Boże, o mój Boże…

Joan pozostała profesjonalna i chłodna.

— Bob, potrzebujemy natychmiast kwarantanny, poziom drugi! Szybko!

Radiolog jak sparaliżowany gapił się na mumię, której drgawki zamierały.

— Niech mnie cholera… — szepnął w końcu. — Co to było?

Joan, nadal opanowana, pokręciła głową.

— Może eksplozja nagromadzonego gazu. Ciało zamarzło na dużej wysokości, nagłe rozmrożenie mogło spowodować szybki rozkład z wytworzeniem się metanu. — Wzruszyła ramionami.

Reporterka w końcu się pozbierała i próbowała zrobić zdjęcie, ale Joan zasłoniła obiektyw jej nikona dłonią i pokręciła głową. Koniec ze zdjęciami.

Od chwili eksplozji Henry Conklin nawet nie drgnął. Stał przy szybie, przyciskając do niej dłoń. Wpatrywał się w pozostałości mumii i jaskrawe rozbryzgi na ścianach oraz tomografie. Błyszczały soczystą żółcią.

Reporterka pomachała dłonią w kierunku opryskanej szyby.

— Co to jest?

Henry mocniej zacisnął w dłoni dominikański krucyfiks i odpowiedział zszokowany, głuchym głosem.

— Złoto.

Godzina 17.14Andy Peruwiańskie

— Jak się uważnie posłucha, niemal słychać głosy umarłych.

Na te słowa Sam Conklin podniósł wzrok. Popatrzył na młodego freelancera z „National Geographic”. Norman Fields siedział obok z otwartym laptopem na kolanach i wpatrywał się w porośnięte dżunglą ruiny. Od policzka po szyję biegła po jego twarzy smuga błota. Choć miał na sobie australijski płaszcz, jaki nosi się w buszu, i skórzany kapelusz, nie robił wrażenia zaprawionego w bojach, awanturniczego fotoreportera. Na nosie miał okulary z grubymi szkłami, które lekko powiększały mu oczy i sprawiały, że wyglądał na nieustannie zaskoczonego, i choć miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, był chudy jak tyczka i przypominał obciągnięte skórą kości.

Leżący na trzcinowej macie Sam uniósł się na łokciu.

— Co takiego, Norm?

— Jest tak cicho — szepnął jego towarzysz, którego bostoński akcent dodawał słowom szczególnej melodii. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech. — Niemal słychać prastare głosy odbijające się echem od gór.

Sam starannie położył mały pędzelek obok niewielkiego kamiennego przedmiotu, który właśnie oczyszczał, i usiadł. Zsunął zabłocony kowbojski kapelusz jeszcze bardziej na tył głowy i wytarł dłonie w dżinsy. Ponownie — jak tyle razy przedtem, gdy przez wiele godzin zajmował się jednym kamieniem z ruin — uroda starożytnego inkaskiego miasta zadziałała na niego niczym pierwszy łyk zimnego piwa w upalne teksańskie popołudnie. Łatwo było się zagubić w drobnych ruchach pędzelka na kamieniu, stracić z oczu całość, jej ogrom i rozległość. Aby lepiej docenić pełen powagi majestat, Sam usiadł wyprostowany.

Zatęsknił nagle za swoim koniem, appaloosą z „lamparcim” umaszczeniem, który został na zakurzonej farmie wuja pod Muleshoe w Teksasie. Korciło go, aby pojechać krętymi ścieżkami wśród ruin i podążyć splątanym szlakiem ku tajemnicom kryjącym się w gęstej dżungli za miastem. Siedział z cieniem uśmiechu na ustach i chłonął widok.

— W tym miejscu jest coś mistycznego — powiedział Norman. — Wysokie szczyty. Snująca się mgła. Soczyście zielona dżungla. Nawet powietrze pachnie życiem, jakby wiatr niósł substancję, która dodaje duchowi witalności.

Sam poklepał dziennikarza po ramieniu w geście przyjaznej akceptacji. Widok naprawdę był zdumiewający.

Odkryte niedawno w andyjskiej dżungli miasto zostało zbudowane na wysoko położonym siodle między dwoma szczytami. Tarasy rozpościerały się na powierzchni około stu dwudziestu hektarów, połączone schodami o stu stopniach. Sam, siedzący na Placu Słońca, widział całe prekolumbijskie ruiny: od domów dolnego miasta, zaznaczonych liniami kruszącego się kamienia, po Schody Chmur, prowadzące do Placu Słońca, na którym się znajdowali. Podobnie jak w siostrzanym mieście Machu Picchu, Inkowie zaprezentowali tu pełnię mistrzostwa architektonicznego, łącząc formę z funkcją, wykuwając w skałach wśród chmur miasto fortecę.

W odróżnieniu od intensywnie badanych ruin Machu Picchu te ruiny były dziewicze. Odkrył je wuj Hank ledwie kilka miesięcy temu i większa część kryła się jeszcze wśród drzew i winorośli. Na myśl o odkryciu Sam poczuł łaskotanie dumy.

Wuj Hank wskazał lokalizację miasta na podstawie analizy starych podań, przekazywanych z ust do ust przez miejscowych Indian Kiczua. Wykorzystując ręcznie szkicowane mapy i fragmenty legend, wyruszył z zespołem badawczym z Machu Picchu, poprowadził go wzdłuż rzeki Urubamba i po dziesięciu dniach dotarł do znajdujących się pod górą Arapa ruin. Odkrycie opisano we wszystkich fachowych i popularnych czasopismach, nadając miastu przydomek Ruin w Chmurach, a wuj pojawił się na wielu okładkach. Zasłużył sobie — to, czego dokonał, było zadziwiającą demonstracją umiejętności łączenia faktów oraz wiedzy archeologicznej.

Oczywiście — ta duma mogła wynikać z uczuć, jakimi Sam darzył wuja, to on bowiem go wychowywał po śmierci rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym, kiedy Sam skończył dziewięć lat. Żona Henry’ego zmarła w tym samym roku — mniej więcej cztery miesiące wcześniej. Ponieważ obaj byli pogrążeni w żałobie, wytworzyła się między nimi głęboka więź, stali się wręcz nierozłączni. Nikogo nie zdziwiło, że Sam zaczął studia archeologiczne na Texas A&M.

— Słowo daję, że jak dobrze się wsłuchasz — powiedział Norman — usłyszysz wycie wojowników wysoko na szczytach, szepty domokrążców i klientów z dolnego miasta i pieśni robotników z pól na tarasach za murami.

Sam próbował słuchać, ale docierały do niego tylko strzępy rozmów prowadzonych podniesionymi głosami oraz drapanie szpadla i kilofa, dolatujące głuchym echem z pobliskiej dziury w ziemi. Nie były to głosy martwych Inków, lecz robotników i studentów pracujących głęboko w sercu ruin. Wielka dziura prowadziła do szybu, który opadał prostu w dół i sięgał dziesięciu metrów. Kończył się w przypominającym plaster miodu kilkupoziomowym kompleksie odkopanych pomieszczeń i korytarzy. Sam jeszcze bardziej wyprostował plecy.

— Powinieneś być poetą, Norman, nie dziennikarzem.

Norman westchnął.

— Spróbuj tylko posłuchać sercem, Sam.

Sam odpowiedział z silnym akcentem jak wieśniak z Teksasu, bo doskonale wiedział, jak bardzo irytuje to Normana, który pochodził z Bostonu.

— Tera mogę słuchać tylko brzuchem. A on gada, że go wkurza czekanie na obiad.

Norman popatrzył na niego spode łba.

— Wy, Teksańczycy, nie macie w duszy poezji. Tylko żelazo i kurz.

— I piwo. Nie zapominaj o piwie.

Laptop nagle zapiszczał, informując, że minęła szósta, i przerwał ich przekomarzanki.

— Lepiej opuśćmy stanowisko, zanim zajdzie słońce — powiedział przez ściśnięte gardło Sam. — Po zmroku zrobi się gęsto od szabrowników.

Norman skinął głową i odwrócił się po torbę z aparatami.

— Tak à propos hien cmentarnych, to wczoraj w nocy słyszałem strzelaninę.

Szybko chowając pędzle i inne przybory, Sam zmarszczył czoło.

— Guillermo musiał wystraszyć bandę huaqueros. Próbowali przebić tunel do naszych ruin. Gdyby Gil ich nie znalazł, przedostaliby się przez ściany wykopu i zmarnowali nam kilka miesięcy pracy.

— Dobrze, że twój wuj pomyślał o zatrudnieniu ochrony.

Sam skinął głową, słysząc w głosie Normana wyraźną niechęć do Guillerma Sali, byłego policjanta z Cuzco, którego zatrudniono jako szefa ochrony wykopalisk. Sam wcale mu się nie dziwił — czarnowłosy i czarnooki Guillermo miał blizny, które raczej nie zostały mu po służbie policyjnej. Sam nieraz widział spojrzenia, jakimi ten mężczyzna wymieniał się z compadres, kiedy obok przechodziła Maggie. Hiszpańskie słowa, które wypowiadali, rechocząc gardłowo, doprowadzały krew Sama do wrzenia.

— Ktoś został ranny? — spytał Norman.

— Nie, oddali tylko kilka ostrzegawczych strzałów, żeby wystraszyć złodziei.

— Naprawdę wierzysz w to, że znajdziemy grobowiec pełen skarbów? — Norman nie przestawał pakować sprzętu.

Sam odpowiedział uśmiechem.

— I odkryjemy Tutenchamona Nowego Świata? Nie sądzę. Marzenie o złocie przyciąga złodziei, ale nie mojego wuja. Zwabiła go tu możliwość zdobycia wiedzy. I poznania prawdy.

— Czego właściwie tak wytrwale szuka? Obiło mi się o uszy, że dowodu na to, że przed Inkami żyło inne plemię, ale po co ta tajemniczość? Przed zamknięciem numeru będę musiał przedstawić „Geographic” fakty.

Sam zmarszczył brwi. Nie miał dla Normana odpowiedzi — te same pytania i jemu krążyły po głowie. Wuj Hank trzymał karty przy orderach i niechętnie zdradzał informacje. We wszystkich innych sferach był otwartym człowiekiem, ale w sprawach zawodowych nie puszczał pary z ust.

— Nie mam pojęcia — rzucił Sam. — Ale mu ufam. Jeśli coś wywęszył, będziemy musieli poczekać.

Z dziury wykopanej w sąsiednim tarasie nagle dobiegł głośny krzyk.

— Sam! Chodź, zobacz!

Z szybu wychynęła osłonięta kaskiem głowa Ralpha Isaacsona, oczy błyszczały mu z podniecenia. Wielki Afroamerykanin dostał się na Uniwersytet Stanu Alabama dzięki stypendium futbolowemu. Na pierwszym roku okazał się prymusem i udało mu się uzyskać stypendium naukowe, dzięki któremu zrobił magisterium z archeologii. Bystrość jego umysłu nie ustępowała sile mięśni.

— Musisz to zobaczyć! — Karbidowa lampa na kasku Ralpha zaświeciła w ich kierunku. — Dotarliśmy do hermetycznie zamkniętych drzwi z napisem!

— Są całe?! — odkrzyknął Sam i szybko wstał.

— Całe! Maggie twierdzi, że nikt przy nich nie manipulował, nie ma na nich śladu!

To mógł być przełom, którego oczekiwali od miesięcy — nienaruszony grobowiec lub komora królewska w obrębie ruin. Sam pomagał obciążonemu aparatami Normanowi wejść stromymi schodami prowadzącymi na najwyższy taras Placu Słońca.

— Sądzisz, że…? — wydyszał Norman.

Sam uniósł dłoń.

— To może być tylko piwnica którejś ze świątyń, ale nie traćmy nadziei.

Kiedy dotarli do tarasu, w którym wykopano dziurę, Norman głośno dyszał. Widząc to, Ralph z lekceważeniem zmarszczył czoło.

— Coś nie tak, Norman? Może poproszę Maggie, żeby cię trochę poniosła?

Fotograf przewrócił oczami i nic nie powiedział, zbyt zmęczony, aby marnować energię na czcze gadanie.

Na szczycie dołączył do nich Sam, który także ciężko oddychał — każdy wysiłek na tej wysokości obciążał serce i płuca.

— Daj mu spokój, Ralph. Pokaż lepiej, co znaleźliście.

Ralph pokręcił głową i poszedł przodem, świecąc sobie lampą na kasku. Kiedy schodził po drabinie, jego szerokie bary niemal całkowicie wypełniały wąski szyb. W odróżnieniu od Sama, Ralph nie był na przyjacielskiej stopie z Normanem. Napięcie między nimi powstało w chwili, gdy fotograf ujawnił swoją orientację seksualną. Wychowany na konserwatywnym południu Stanów Ralph miał trudności z odrzuceniem pewnych uprzedzeń niezwiązanych z kolorem skóry. Henry jednak zdecydował, że mają pracować razem i tworzyć zespół, współpracowali więc ze sobą, ale obaj byli naburmuszeni.

· · ·

— Dupek… — mruknął Norman pod nosem i poprawił niesiony sprzęt.

Sam klepnął fotografa w ramię i zajrzał do wykopu. Drabina niknęła dziesięć metrów niżej w gąszczu korytarzy.

— Nie daj się sprowokować — poradził mu i machnął ręką w kierunku drabiny. — Idź pierwszy. Ja za tobą.

Kiedy schodzili, Ralph zaczął z podnieceniem opowiadać:

— Rano dostaliśmy wynik datowania węglowego najgłębszej warstwy. Słyszałeś, Sam? Dwunasty wiek! Cholerne dwa wieki przed epoką Inków!

— Słyszałem, ale niedokładność tej metody pozostawia pewne wątpliwości.

— Może… ale poczekaj, aż zobaczysz grawerunki!

— Inkaskie?

— Jest za wcześnie, żeby to ocenić. Kiedy odkryliśmy drzwi, od razu po was pobiegłem. Maggie jest na dole i próbuje je oczyścić. Pomyślałem sobie, że powinniśmy być przy tym wszyscy.

Schodzili dalej. Płynące z dołu światło sprawiało, że na ścianach szybu tańczyły ogromne cienie. Sam wyobrażał sobie Maggie z nosem dwa centymetry od drzwi, za pomocą szczotki oraz pęsety starannie uwalniającą historię z okowów prastarej gliny i mułu. Niemal widział jej kasztanowe włosy, podczas pracy związane w długi koński ogon, i charakterystyczny sposób, w jaki marszczyła nos, kiedy się skupiała, a także słyszał ciche westchnienia, gdy odkryła coś nowego. Gdyby potrafił wzbudzić w niej choć niewielką część atencji, jaką darzyła ruiny…

Noga zsunęła mu się ze szczebla i musiał się przytrzymać uchwytu.

Po kilku następnych szczeblach poczuł, że dotyka stopą skały. Zszedł z drabiny do ciasnej jamy na pierwszym poziomie. Światło sodowych lamp kłuło w oczy, nozdrza wypełniał ostry zapach świeżo rozkopanej ziemi i wilgotnej gliny. Nie był to zapylony, suchy egipski grobowiec. Nieustanne mgły i częste burze w wysokich Andach nasączały grunt wodą. Aby odkryć sekrety podziemnej budowli, archeologowie musieli walczyć z pokrytymi pleśnią korzeniami i mokrą gliną. W świetle jaśniały wytwory rąk starożytnych inżynierów — cegły i kamienie zostały tak kunsztownie ze sobą połączone, że nie dałoby się wsunąć między nie ostrza noża, jednak nawet tak znakomita konstrukcja nie oparła się czasowi. W wielu miejscach podziemną budowlę osłabiły wijące się korzenie i nanoszona przez wieki gliniasta ziemia.

Z ruin dokoła raz za razem dobiegał odgłos kamieni osadzających się po usunięciu ziemi i gliny. Kiczuańscy robotnicy ustawili misterną konstrukcję z drewnianych stempli podpierających prastare mury i sklepienia naruszone przez korzenie. Ciężar ziemi był jednak tak duży, że podziemna budowla cała pojękiwała.

— Tędy — powiedział Ralph i poszli za nim do kolejnej drabiny, prowadzącej na niższy poziom. Jeszcze nie byli u celu — musieli pokonać dwie kolejne drabiny, by dotrzeć na najniższy poziom, mniej więcej piętnaście metrów pod powierzchnią. Strefa ta nie została całkowicie oczyszczona i skatalogowana. W kłębowisku wąziutkich tuneli, podpieranych przez drewniane stemple, krążyli mężczyźni nadzy od pasa w górę, dźwigając worki ziemi i odpadków. Zwykle tunele wypełniał śpiew robotników, lecz teraz panowała całkowita cisza. Nawet tubylcy domyślali się wagi odkrycia.

Cisza spowijała ruiny jak całun. Rozgadany Ralph wreszcie przestał mówić o tajemniczym odkryciu i cała trójka pokonała ostatni tunel w milczeniu. Kończył się on szerszą komorą, mogli więc rozejść się na boki. W końcu Sam zobaczył coś więcej niż pochylone plecy Normana Fieldsa.

Komora była nie większa niż garaż na jeden samochód, ale od razu dało się wyczuć, że w tym głęboko ukrytym miejscu zaraz wydarzy się coś ważkiego. Jedna ze ścian komory była zrobiona z ciosanego kamienia, tak kunsztownie ułożonego, że granitowe bloki pasowały do siebie jak elementy puzzli. Choć w wielu miejscach mur wciąż pokrywały muł i glina, wyglądało na to, że wspaniałe dzieło ludzkich rąk oparło się działaniu czasu i żywiołów. Mur był zachwycający, ale uwagę przyciągało to, co znajdowało się pośrodku: masywny kamienny łukowaty portal, w który wstawiono idealnie dopasowaną kamienną płytę. W poprzek biegły trzy poziome metalowe sztaby, każda szerokości ludzkiej dłoni, przynitowane do drzwi i framugi.

Od chwili, gdy starożytni zamknęli wrota, nikt na pewno nie przeszedł przez próg.

Sam przypomniał sobie, by wziąć oddech. Cokolwiek znajdowało się za drzwiami, na pewno nie było jedynie przejściem do kolejnego podpiwniczenia. Ktokolwiek zamknął drzwi, zamierzał chronić i zachować coś o ogromnym znaczeniu dla swojego ludu. Za portalem musiały być tajemnice ukrywane przez stulecia.

Ciszę przerwał Ralph:

— Cholerstwo jest zamknięte lepiej niż Fort Knox!

Prysnął czar, pod którego wpływem znajdował się Sam. Dopiero teraz dostrzegł on Maggie, siedzącą przed portalem ze skrzyżowanymi nogami. Oparła łokieć o kolano, podbródek o dłoń. Wpatrywała się w drzwi i badała je. Nawet gestem nie dała do zrozumienia, że zauważyła przybycie kolegów.

Kiedy weszli, skinieniem głowy powitał ich jedynie Denal, trzynastoletni Indianin Kiczua, który w obozie pełnił rolę tłumacza. Wuj Sama znalazł go na ulicy w Cuzco. Wychowany w katolickim sierocińcu chłopak niemal płynnie mówił po angielsku, na dodatek odnosił się do archeologów z szacunkiem. Stał teraz oparty o stempel, z niezapalonym papierosem w ustach. Na dole nie wolno było palić, aby nie skazić powietrza i nie narazić znalezisk na uszkodzenia.

Sam rozejrzał się i stwierdził, że nie wszyscy są na miejscu.

— Gdzie Philip? — spytał. Kiedy profesor wyjechał do Stanów, na stanowisko kierownika wykopalisk mianowano Philipa Sykesa, doktoranta. On też powinien być na dole.

— Sykes? — Maggie zmarszczyła czoło. W jej mowie słychać było lekki irlandzki akcent. — Zrobił sobie przerwę. Wyszedł godzinę temu i jeszcze nie wrócił.

— Jego strata — mruknął Sam. Nikt nawet przez chwilę nie zamierzał szukać absolwenta Harvardu. Po mianowaniu na stanowisko kierownika zdążył wyniosłą postawą zrazić do siebie każdego; udało mu się zdenerwować nawet stoickich Indian. — Maggie, Ralph wspomniał, że na drzwiach są jakieś napisy. Da się je odczytać?

— Jeszcze nie. Zdjęłam wierzchnią warstwę gliny, ale bałam się szorować powierzchnię, żeby nie uszkodzić grawerunku. Denal posłał robotnika po zestaw do mycia z alkoholem.

Sam pochylił się ku drzwiom i uważnie się im przyjrzał.

— Moim zdaniem to polerowany hematyt — orzekł, kiedy potarł dłonią krawędź jednej z metalicznych sztab. Cofnął się, aby Norman mógł zrobić kilka zdjęć drzwi przed czyszczeniem.

— Hematyt? — spytał fotograf, mierząc światło.

— Inkowie nigdy nie opanowali sztuki wytapiania żelaza, ale okoliczne góry są pełne hematytu, metalicznej rudy, pochodzącej z dawnych meteorytów — wyjaśnił Ralph. — Wszystkie narzędzia Inków, które do tej pory znaleziono, były zrobione z kamienia albo z hematytu. Tym trudniej uwierzyć, że zbudowali tak niesamowicie skomplikowane miasta.

Kiedy Norman zrobił zdjęcia, Maggie wyciągnęła palec w kierunku górnej sztaby i zatrzymała go dwa centymetry przed nią, jakby bała się jej dotknąć. Po chwili przesunęła palcem po jej powierzchni, tam gdzie była zamocowana do kamiennej framugi. Każdy nit miał grubość męskiego kciuka.

— Budowniczy byli zdecydowani nie dopuścić, aby ktokolwiek zobaczył, co kryje się wewnątrz.

Nikt nie zdążył odpowiedzieć, bo do komory wszedł ciemnowłosy robotnik. Niósł zestaw składający się z kilku szczotek oraz buteleczek z alkoholem i wodą destylowaną.

— Może grawerunki podpowiedzą, co jest w środku — powiedział Sam.

On, Maggie i Ralph wzięli po szczotce i zaczęli przecierać metaliczne sztaby alkoholem rozcieńczonym odpowiednią ilością wody. Norman przyglądał się pracującym studentom. Sama, który zajmował się środkową sztabą, od oparów piekły oczy i nos, ale nie zwracał na to uwagi, bo płyn powoli wypłukiwał brud z grawerunku. Na koniec spłukali alkohol wodą destylowaną i cała trójka wzięła świeże szmaty, aby zetrzeć resztki zanieczyszczeń.

Sam delikatnie tarł swoją sztabę małymi kolistymi ruchami.

Maggie pracowała nad górną sztabą, Ralph nad dolną. Po chwili z ust Ralpha wydobył się cichy jęk. Zaraz potem zawtórowała mu zaskoczona Maggie.

— Boże drogi… to po łacinie… — powiedziała. — Ale… to niemożliwe!

Tylko Sam zachował milczenie. Nie dlatego, że na jego sztabie niczego nie wygrawerowano, ale z powodu szoku. Odsunął się o krok od drzwi i tylko w milczeniu wskazywał palcem środek oczyszczonego wzmocnienia.

Norman przysunął się bliżej stanowiska Sama. Też nie powiedział słowa, jedynie się wyprostował i szeroko otworzył usta.

Sam nie mógł odwrócić wzroku od znaleziska: pośrodku metalowej sztaby znajdował się głęboko wyryty krzyż, na którym zamocowano maleńką postać Ukrzyżowanego.

— Jezus Maria… — jęknął Sam.

· · ·

Guillermo Sala stał na skraju dżungli, stopę oparł na pniu ściętego drzewa, a na kolanie postawił kolbę karabinu. Słońce obniżało się ku horyzontowi, a młode drzewka wokół ruin rzucały coraz dłuższe cienie, wyciągające się w stronę wykopu piętnaście metrów dalej. Płynące z dołu światło połykało je i Gil pomyślał, że nawet wygłodniałe cienie wiedzą, co kryje się pod ziemią. Złoto.

— Moglibyśmy im wszystkim poderżnąć teraz gardła — powiedział stojący obok Juan. Skinął głową w kierunku kręgu namiotów, do których pochowali się studenci, aby analizować grawerunki na odkrytych pod ziemią drzwiach. — I zwalić wszystko na hieny cmentarne.

— Nie. Zabójstwo gringos zawsze ściąga wielką uwagę. Trzymamy się planu. Czekamy na nadejście nocy. Kiedy zasną. — Gil stał spokojnie, nie zwracając uwagi na podrygującego obok Juana. Cztery lata w chilijskim więzieniu nauczyło go sporo o cenie pośpiechu.

Juan zaklął pod nosem, Gil słuchał budzącego się deszczowego lasu. W nocy dżunglę budzi światło księżyca. Co wieczór wśród czarnych cieni odbywa się ta sama gra między stadami drapieżników i potencjalnych ofiar. Uwielbiał tę porę, kiedy las ożywał, zrzucał zielony płaszczyk niewinności i ukazywał mroczne serce.

O tak… podobnie jak dżungla, bez niepokoju czekał na noc i księżyc. W końcu odczekał już niemal rok. Najpierw zatrudnił się jako szef ochrony obozu, potem dobrał odpowiednich ludzi. Chronił grobowce i wypełniał obowiązki bardzo sumiennie nie dlatego, by zabezpieczyć jankesom świadectwo przeszłości, ale żeby zapewnić skarby sobie.

Ci amerykańscy maricones doprowadzali go do szału głupotą i ślepotą na otaczającą ich biedę. Wybebeszanie grobowców w imię badania historii, podczas gdy najmniejsza grudka złota mogła przez lata wyżywić rodzinę, było kompletną głupotą. Gil pamiętał skarby znalezione w 1988 roku w Pampa Grande, w nienaruszonym grobowcu plemienia Mochica. Strumień złota i kosztowności. Wieśniacy próbujący wyrwać okruch z obfitego żniwa ginęli z rąk strażników, a skarby trafiały do zagranicznych muzeów.

Taka tragedia tu się nie zdarzy, pomyślał Gil. To dziedzictwo naszego narodu! To my powinniśmy korzystać z własnej przeszłości!

Jego dłoń powędrowała do wypukłości pod kamizelką: prezentu od działających w górach lewicowych partyzantów, którzy mu pomagali. Granat tkwił spokojnie w kieszeni.

Po zaatakowaniu grobowca miał służyć do usunięcia śladów, jeśli ci pelotudo amerykańscy naukowcy jednak spróbują się wtrącić… no cóż, jest wiele szybszych sposobów, by umrzeć, niż nóż…

· · ·

Maggie O’Donnel nienawidziła łaciny. Nie była to zwykła niechęć do martwego języka, ale wstręt pochodzący z głębi serca. Jako uczennica katolickich szkół w Belfaście była przez lata zmuszana do nauki łaciny i mimo wielokrotnych kar wymierzanych przez sadystyczne zakonnice, które tłukły linijką po kostkach dłoni, nic nie zapamiętała. Wpatrywała się w skopiowane za pomocą węgla drzewnego napisy z podziemnych drzwi, rozłożone na stole w głównym namiocie.

Sam zamocował nad filigranowymi grawerunkami z górnej hematytowej sztaby szkło powiększające, a nad nim zawiesił latarnię. Był najlepszym w grupie epigrafikiem, biegle odszyfrowywał starożytne języki.

— Moim zdaniem to jest Nos Christi defenete, ale głowy bym nie dał.

Norman Fields stał tuż za nim, z gotowym do zdjęć aparatem.

— A co to, do cholery, znaczy? — spytała kwaśno Maggie, czując się jak piąte koło u wozu.

Ralph Isaacson, który był z łaciny tak samo słaby jak ona, przynajmniej umiał gotować. Był na zewnątrz i próbował rozpalić piec, by zabrać się do robienia kolacji.

Od wyjazdu profesora zespół starał się oczyścić stanowisko i skatalogować najwięcej jak się da. Każdy miał swój zakres obowiązków: Ralph co wieczór gotował, Norman i Sam sprzątali po jedzeniu, a Maggie i Philip wpisywali do komputera codzienne raporty.

Sam po chwili odpowiedział, marszcząc nos.

— Moim zdaniem: „Chrystusie, obroń ich” albo: „Chrystusie, chroń ich”. Coś w tym stylu.

Doktorant Philip Sykes leżał na łóżku polowym z zimnym ręcznikiem na oczach. Jeszcze nie przeszła mu uraza, że został wykluczony podczas odkrycia.

— Błąd — rzucił zgryźliwie, nie ruszając się z miejsca. — „Boże, chroń nas”. Nie „ich”. — Prychnął lekceważąco.

Maggie westchnęła. Nic dziwnego, że Philip tak dobrze znał łacinę. Kolejny powód, aby nienawidzić tego martwego języka. Zawsze był kopalnią trywialnych informacji i przy każdej okazji poprawiał błędy kolegów. Choć był przygotowany teoretycznie, miał poważne niedostatki, jeśli chodzi o pracę w terenie — dlatego cały zespół uważał go za zawalidrogę. Do uzyskania doktoratu musiał jednak zaliczyć pracę na stanowisku wykopaliskowym i Maggie podejrzewała, że kiedy to nastąpi, palant nigdy nie wytknie nosa poza szacowne mury Harvardu, gdzie na wydziale archeologii z pewnością już czekała na niego katedra po zmarłym ojcu. Ivy League w dalszym ciągu była klubem dla dużych chłopców, a Philip — syn szanowanego kolegi — miał do niego klucz.

Przeciągnęła się i przysunęła do Sama. Mimowolnie ziewnęła — dzień był długi, a zakończył się gorączkową aktywnością: obfotografowywaniem drzwi, robieniem odlewów hematytowych belek, kopiowaniem grawerunków, dokumentowaniem wszystkiego. Sam lekko się do niej uśmiechnął i odsunął na bok kalkę środkowej belki. Znajdował się na niej jedynie wyryty w hematycie krucyfiks, żadnych napisów. Sam przesunął lupę na trzecią kalkę.

— Mnóstwo tu napisów, ale litery są mniejsze i grawerunek nie najlepiej się zachował. Mogę odczytać tylko część.

— Czyli co? — spytała Maggie, opadając na składane krzesło. Za prawą skronią poczuła narastający ból.

— Daj mi kilka minut. — Przechylił głowę na bok i wpatrywał się w lupę. Kapelusz, zwykle tkwiący na jego głowie, leżał na stole. Profesor Conklin nalegał, aby także w dżungli zachowywać maniery i w namiotach zdejmować nakrycia głowy, i choć wuj wyjechał, Sam respektował tę zasadę. Z uśmieszkiem pod nosem Maggie pomyślała, że Sam jest naprawdę dobrze wychowany. Patrzyła na bratanka profesora. Lekko pociemniałe blond włosy przylegały do głowy w miejscach, gdzie wcześniej przyciskał je kapelusz.

Musiała się powstrzymać, żeby nie podejść do niego i nie zmierzwić mu ich, by znowu przypominały splątanego mopa.

— I co sądzisz? — spytała. — Naprawdę myślisz, że te belki wygrawerowali hiszpańscy konkwistadorzy?

— A któż inny? Musieli przeszukać piramidę i zostawili swój znak. — Uniósł głowę. Miał zmarszczone czoło. — A jeśli byli tu Hiszpanie, możemy zapomnieć, że znajdziemy nienaruszony grobowiec. Miejmy tylko nadzieję, że konkwistadorzy zostawili po sobie resztki, które pozwolą potwierdzić teorię mojego wuja.

— Ale z literatury wynika, że Hiszpanie nie odkryli w tej okolicy żadnego miasta. Nie ma nawet wzmianki o tym, aby wyciągnęli złodziejskie łapy aż tak daleko od Cuzco.

Sam wskazał na stół pełen skopiowanych łacińskich napisów.

— Tu leży dowód. Przynajmniej tyle mamy. Konkwistadorzy, którzy tu dotarli, mogli nie wrócić do garnizonu w Cuzco. Mogli zostać wybici przez tubylców, zanim zeszli z gór, i nikt nie dowiedział się o odkryciu miasta.

— Może więc nie mieli też okazji splądrować grobowca.

— Może.

Maggie zdawała sobie sprawę z tego, że jej słowa nikogo nie przekonują. Dobrze wiedziała, że jeśli konkwistadorzy znaleźli czas na wygrawerowanie napisów, to mieli go aż nadto na splądrowanie świątyni. Nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć, i opadła ciężko na krzesło.

— No dobrze — rzekł Sam. — Mogę przeczytać tyle: Domine sospitate coś tam coś tam hoc sepulcrum caelo relinquemeus. Potem kilka linijek, które nic mi nie mówią, kończące się ne peturbetur. To wszystko.

— I co to znaczy? — spytała Maggie.

Sam wzruszył ramionami i obdarował ją uśmiechem mądralińskiego.

— Wyglądam jak Rzymianin?

— O Boże! — wrzasnął Philip, skupiając na sobie uwagę. Wyprostował się jak dźgnięty, ręcznik spadł mu z twarzy.

— Co jest? — spytał Sam, opuszczając lupę.

— Ostatni fragment znaczy: „Zostawiamy ten grobowiec Niebiosom. Niech nikt go nigdy nie niepokoi”.

Do namiotu nagle wszedł Ralph z czterema kubkami w dłoniach.

— Kto chce kawy? — Zobaczył, że wszyscy zamarli i wytrzeszczyli oczy. — Co się stało?

Sam jako pierwszy odzyskał mowę.

— Może lepiej otworzymy szampana? Wypijemy za starych dobrych konkwistadorów, którzy zabezpieczyli naszą inwestycję?

— Słucham? — Ralph ze zdumienia uniósł brwi.

— Panie Isaacson, nasz grobowiec może być nietknięty — powiedział Philip tonem, w którym słychać było i rezerwę, i podniecenie.

— Skąd…?

Maggie podniosła kalkę i wyciągnęła ją w jego stronę.

— Na Boga, powinieneś pokochać łacinę.

· · ·

Czekając na połączenie ze stroną internetową uniwersytetu za pośrednictwem satelity, Sam z trudem ukrywał podniecenie. Siedział w namiocie komunikacyjnym, otoczony ciasnym wianuszkiem studentów. Namiot był wodoszczelny i odporny na wpływ żywiołów, dobrze chronił delikatny sprzęt przed wiecznymi mgłami wyżynnej dżungli.

Sam po raz setny sprawdził zegarek. Zostały dwie minuty do dziesiątej. O tej porze on lub Philip zwyczajowo przekazywali profesorowi najnowsze wieści z wykopalisk. Kiedy nawiązali połączenie, Sam pospiesznie zaczął wciskać klawisze. Włączył przekaz wideo. Na zamocowanej na komputerze kamerce zaczęła migać czerwona dioda. Satelitarne łącze wideo było prezentem od National Geographic Society.

— Wszyscy się uśmiechnijcie — mruknął Sam, kiedy wybrał adres internetowy wuja.

Komputer chwilę popracował i w prawym górnym rogu ekranu pojawiła się mała migocząca twarz Henry’ego Conklina. Sam wcisnął kilka klawiszy i twarz wypełniła cały ekran. Połączenie było słabe, obraz drżał i migotał. Kiedy wuj machnął dłonią na powitanie, smugi palców zostały przez chwilę na jego twarzy.

Sam przyciągnął bliżej mikrofon.

— Cześć, Doktorze.

Henry uśmiechnął się.

— Widzę, że wszyscy są z tobą. Pewnie coś dla mnie masz.

Sam uśmiechnął się szeroko, nie zamierzał jednak tak łatwo puszczać farby.

— Najpierw ty powiedz, co z mumią. Wczoraj mówiłeś, że dziś rano przeprowadzą tomografię. Jak poszło?

Na widok miny wuja Sam od razu pożałował swojego pytania. Mimo złego obrazu od razu zauważył, że starszy pan nie ma dobrych wieści. Samowi zrzedła mina.

— Co się stało?

Henry pokręcił głową i obraz znów się rozmazał, słowa popłynęły jednak wyraźnie.

— Mieliśmy rację, oceniając, że to nie Inka. Niestety, to był Europejczyk.

— Co takiego?! — Wiadomość wstrząsnęła Samem i jego towarzyszami.

Henry uniósł dłoń.

— Prawdopodobnie był to dominikański duchowny, ksiądz albo zakonnik.

Maggie przysunęła usta do mikrofonu.

— Inkowie zmumifikowali jednego z największych wrogów? Duchownego służącego obcemu Bogu?

— Wiem, to dziwne, ale zamierzam przeprowadzić badania i przed powrotem chciałbym prześledzić losy księdza. Nie to chciałem udowodnić, ale sprawa jest intrygująca.

— Zwłaszcza biorąc pod uwagę, co myśmy odkryli — powiedział Sam.

— Co masz na myśli?

Opowiedział o odkryciu drzwi i łacińskich napisów.

Pod koniec relacji Henry energicznie kiwał głową.

— A więc konkwistadorzy znaleźli miasto. Cholera! — Powoli zdjął okulary i pomasował nos. Kiedy ponownie się odezwał, wydawało się, że tylko głośno myśli. — Co się tam stało pięćset lat temu? Odpowiedź musi być za tymi drzwiami.

Sam niemal słyszał obracające się w głowie wuja trybiki.

Philip chwycił mikrofon.

— Mamy je jutro otworzyć?

Sam odpowiedział przed wujem.

— Oczywiście, że nie. Moim zdaniem powinniśmy zaczekać do powrotu Doktora. Jeśli to ważne znalezisko, będziemy potrzebować jego doświadczenia i wiedzy.

Philip poczerwieniał.

— Poradzę sobie ze wszystkim, co odkryjemy.

— Nie poradziłbyś sobie nawet z…

Henry przerwał im spór poważnym tonem:

— Sam, pan Sykes ma rację. Otwórzcie jutro drzwi. Cokolwiek za nimi się kryje, może wspomóc moje badania tutaj, w Stanach. — Jego wzrok przebiegł po obecnych. — Ufam nie tylko Philipowi. Liczę, że wszyscy będziecie postępowali tak, jak was uczyłem, starannie i metodycznie.

Nawet te słowa nie zgasiły płomienia na twarzy Philipa. Wyglądało na to, że absolwent Harvardu zrobi się naprawdę niemiły. Sam ze złością ścisnął palcami skraj stołu, nie śmiał jednak kwestionować decyzji wuja. Nie chciał sprawić wrażenia małostkowego.

— Sam, chciałbym zamienić z tobą kilka słów na osobności — powiedział Henry. Jego słowa zabrzmiały poważnie i karcąco. — Reszta niech idzie spać. Macie przed sobą długi dzień.

Rozległy się mamrotania, zaczęto się żegnać i opuszczać namiot.

— Życzę owocnej pracy, kochani! — dobiegł wychodzących głos Henry’ego.

Sam czekał, aż zostanie sam. Philip wyszedł ostatni, żegnając się triumfalnym uśmiechem. Dłoń Sama mimowolnie zacisnęła się w pięść.

— Sam… wszyscy poszli? — spytał w końcu Henry.

Sam rozluźnił pięść i skierował wzrok na wuja.

— Tak, wujku — powiedział, przechodząc na bardziej poufały ton.

— Zdaję sobie sprawę, że Philip może świętego doprowadzić do pasji, ale to bystry dzieciak. Jeśli stanie się choć w połowie tak dobrym archeologiem jak jego ojciec, będzie świetnym naukowcem. Trochę mu odpuść.

— Jeśli tak uważasz…

— Tak uważam. — Henry przysunął krzesło bliżej komputera i rozdygotany obraz jego twarzy powiększył się. — A teraz dlaczego chciałem rozmawiać z tobą w cztery oczy. Chociaż aprobuję Philipa, chcę, abyś to ty jutro był moimi oczami i uszami. Masz znacznie więcej doświadczenia praktycznego, więc liczę na to, że poprowadzisz Philipa.

Sam nie mógł powstrzymać głośnego westchnienia.

— On nigdy mnie nie posłucha. Uważa się za wielką szychę.

— Znajdź jakiś sposób. — Henry poprawił okulary na nosie, co oznaczało koniec tematu. Przez chwilę patrzył w milczeniu na Sama, jakby go oceniał. — Jeśli masz być moimi oczami i uszami, musisz wiedzieć o wszystkim, Sam. Jest kilka spraw, o których nikomu nie mówiłem. Aby odpowiednio ocenić to, co jutro zobaczysz, musisz mieć pełne informacje.

Sam wyprostował się na krześle. Jego złość na Philipa zniknęła w okamgnieniu.

— O co chodzi?

— O dwie sprawy. Po pierwsze, z mumią stało się coś dziwnego. — Henry opowiedział o eksplozji czaszki i złotej substancji, która z niej trysnęła.

Z każdym zdaniem wuja brwi Sama wędrowały coraz wyżej.

— Boże, co się stało? — spytał w końcu.

— Szefowa patologii uważa, że mogło dojść do wybuchu metanu, który nagromadził się w wyniku szybkiego odmrażania, ale ja przez czterdzieści lat pracy jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. A materiał, który się wydobył… Doktor Engel go bada. Za kilka dni będziemy wiedzieć więcej, chciałbym jednak, abyś miał oczy otwarte. Tajemnica o tym, co stało się w tym mieście pięćset lat temu, może się wyjaśnić, kiedy otworzycie drzwi.

— Będę zwracał uwagę na wszystko i postępował ostrożnie, nawet gdybym musiał założyć Philipowi lejce i uzdę.

Henry się roześmiał.

— Ale pamiętaj, że doświadczony jeździec kontroluje konia jedynie lekkimi ruchami cugli. Niech Philip uważa, że rządzi, to wszystko będzie dobrze.

Sam zmarszczył czoło.

— Ale… po co robić z tego tajemnicę, wujku?

Henry westchnął i pokręcił głową. Jakby się postarzał, w jego oczach pojawiło się zmęczenie.

— W świecie badań naukowych tajemnice są niezbędne. Pamiętaj o szabrownikach. Nawet w najdalszej dziczy Andów nieopatrznie wypowiedziane słowa ściągają hieny jak padlina. Tak samo bywa wśród naukowców. Niepotrzebne słowa powodują utratę grantów, stypendiów i etatów. To niemiła lekcja, której udzielam z niechęcią.

— Możesz mi ufać.

— Wiem, Sam — odparł Henry z uśmiechem. — Ufam ci całkowicie. Chętnie podzieliłbym się z tobą wszystkim, co wiem, ale nie chcę obciążać cię tajemnicami. Jeszcze nie teraz. Szybko się dowiesz, jaki to ciężar na sercu, nie móc otwarcie rozmawiać z kolegami. Sytuacja zmusza mnie jednak, żebym przerzucił część ciężaru na twoje barki. Musisz poznać ostatni element układanki. Ten, dzięki któremu wiem, że to miasto zbudowało znacznie starsze plemię. — Henry przysunął się jeszcze bliżej ekranu. — Uważam, że wiem nawet kto.

— O czym ty mówisz? Kto? To miasto wszędzie nosi na sobie inkaskie piętno!

Henry uniósł dłoń.

— Wiem. Nigdy nie kwestionowałem, że Inkowie w którymś momencie je przejęli. Ale kto był tu przed nimi? Czytałem różne opowieści, zapisy historii ustnych, przekazywanych z ojca na syna, o tym, jak pierwszy król Inków udał się w święte góry i znalazł w cudownym mieście narzeczoną. Wrócił z nią i założył imperium, które przetrwało wieki. Nawet w prastarych legendach Inkowie przyznają, że ich korzenie wyrastają z obcego plemienia. Tylko kto to był? Badam tę tajemnicę od dziesięcioleci i odkryłem to miasto dzięki zdobytej przez lata wiedzy. Odpowiedź na pytanie, kto zbudował miasto, poznałem jednak dopiero w zeszłym miesiącu.

Sam siedział niemy, oszołomiony tym, jak wiele wuj ukrywał.

— I… i naprawdę wiesz, kto zbudował to miasto?

— Pozwól, że coś ci pokażę. — Henry sięgnął po myszkę i zaczął ją przesuwać. — Chciałbym móc powiedzieć, że to moje własne błyskotliwe odkrycie, ale tak naprawdę to szczęśliwy traf, który co rusz popycha archeologię do przodu.

Obraz wuja zmalał do prostokącika w rogu ekranu, pojawił się za to trójwymiarowy schemat stanowiska w Andach. Barwne linie oddzielały od siebie poszczególne poziomy. Szczegółowość komputerowego modelu zaskoczyła Sama. Henry przesunął myszą strzałkę i powiększył ruiny na Placu Słońca, widziane jakby z lotu ptaka. Czarny prostokąt wskazywał wejście do niższych poziomów.

— Oto nasze stanowisko. Tunel do podziemnej budowli.

— Wiem, ale co to ma wspólnego z…?

— Cierpliwości, chłopcze. — Henry uśmiechnął się krzywo. — W zeszłym miesiącu doszło do szczęśliwego zdarzenia. Od kolegi z Uniwersytetu Waszyngtona w Saint Louis dostałem płytę CD z komputerowymi mapami piramid Mochica na Pampa Grande, rozmieszczonymi wzdłuż wybrzeża. Trwają tam teraz prace wykopaliskowe. Tysiąc kilometrów od was.

— Stanowiska Mochica? — Sam pamiętał wiedzę, jaką wyniósł z tamtego regionu. Wiele stuleci przed pojawieniem się cywilizacji Inków plemię Mochica zamieszkiwało trzystukilometrowy pas u wybrzeży dzisiejszego Peru. Ci budowniczy piramid i mistrzowie skomplikowanych wyrobów metalowych prosperowali mniej więcej od setnego do siedemsetnego roku po narodzinach Chrystusa. Potem — z nieznanych powodów — ich cywilizacja zniknęła.

Henry wcisnął klawisze i ekran komputera Sama podzielił się na pół, ukazując dwa równoległe obrazy. Z lewej strony był ujęty z lotu ptaka widok ruin, w których pracowali, z prawej obraz piramidy z płaskim szczytem. Henry wskazał na nią palcem.

— Oto jedna z piramid w Pampa Grande. — Nałożył zdjęcia na siebie.

— Boże! — westchnął Sam.

— Teraz znasz moją małą tajemnicę. — Wizerunki zlały się w całość, pasowały do siebie w każdym szczególe. — Plac Słońca to płaski szczyt zagłębionej w ziemi budowli Mochica. Te ruiny to w rzeczywistości podziemna piramida. Jedno z ich świętych miejsc.

— Boże, wujku! Dlaczego trzymasz to w tajemnicy? Powinieneś to ogłosić!

— Nie. Dopiero gdy zdobędę więcej materialnych dowodów. Miałem nadzieję, że badacze z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa skorelują markery genetyczne z mumii z linią Mochica, co potwierdziłoby moje tezy, ale… — Henry wzruszył ramionami. — Wygląda na to, że wraz z każdym nowym elementem układanki tajemnice tych ruin tylko się zagęszczają.

— Mochica… — Sam znów westchnął, przytłoczony nadmiarem informacji. Zmumifikowani księża, eksplodujące złotem czaszki, zakopane w ziemi piramidy, dziwne ostrzeżenia po łacinie… Jak to wszystko połączyć?

— Sam, odpowiedzi na te pytania znajdują się za tymi drzwiami — powiedział Henry Conklin, jakby czytał mu w myślach. — Czuję to. Bądź ostrożny.

· · ·

Guillermo przyglądał się ciemnemu obozowi. Zbliżała się północ i wszyscy studenci oraz kiczuańscy robotnicy zdążyli udać się do namiotów na spoczynek. Świeciły się tylko latarnie wyznaczające granice obozu.

Uniósł karabin, dając znak Juanowi i Miguelowi.

Juan, którego chuda jak szkielet postać była ledwie widoczna pod osłoną nisko zwisających gałęzi, pchnął towarzysza łokciem. Szeroki w ramionach, ale niski Miguel wyszedł poza skraj dżungli, uginając się pod ciężarem wielkiej płóciennej torby. Były w niej narzędzia potrzebne do otwarcia podziemnych drzwi. Juan — z kilofem zarzuconym na ramię — poszedł za nim.

Gil dał znak, by weszli na najwyższy taras. Wiedzieli, że będą musieli działać szybko, ale nikt się nie skarżył. Do świtu było dość czasu, a wieść, że grobowiec jest być może nietknięty, zwiększyła nadzieję na obfity łup.

Dołączył do Juana i Miguela przy wylocie szybu.

— Zachowujcie się cicho, hijos de putas — syknął do nich. Nacisnął łącznik między generatorem a lampami w dole. Skinął głową Juanowi, aby ruszył przodem, Miguel poszedł drugi.

Kiedy schodzili na dół, Guillermo obserwował obóz. W dżungli, której skraj oświetlały cztery punktowce, umieszczone wokół ruin zgodnie z różą wiatrów, niosło się echo wrzasków zwierząt. Odgłosy dżungli oraz kaszlący terkot generatora prądu powinny przytłumić hałas, który spowodują.

Zadowolony Gil zarzucił karabin na ramię i zszedł po drabinie na dół, gdzie czekała pozostała dwójka.

— Aj, Dios mio, co za pieprzony labirynt… — jęknął Juan.

Miguel tylko stęknął i wypluł porcję hoja de coca. Przeżute liście plasnęły o granit.

Żaden z nich nie był jeszcze na dole, jedynie Gil znał rozkład tuneli i pomieszczeń podziemnej budowli. Pochylił się i poprowadził towarzyszy w kierunku ostatniego korytarza, kończącego się tajemniczymi drzwiami.

Juan przez całą drogę mamrotał — do chwili, aż zajrzeli do komory.

— Jesu Christo!

Gil lekko się uśmiechnął. Łukowato zwieńczone wrota, osadzone w surowo ciętym kamieniu, wiele mówiły o prastarych czasach i ukrytych skarbach. Zamocowane w poprzek metaliczne sztaby błyszczały w świetle lampy sodowej. Napisy i krucyfiks wyglądały jak ciemne skazy na srebrzystym tle.

— Nie mamy całej nocy — przypomniał im Gil.