Ekonomia dobra i zła - Tomas Sedlacek - ebook
Opis

Czy da się opowiedzieć historię myśli ekonomicznej poprzez książkę, która przebija sprzedażą Kod da Vinci i Harry’ego Pottera, a później zrobić z tego sztukę teatralną? Tomáš Sedláček udowadnia, że tak.W fascynującej książce „Ekonomia dobra i zła”, która przebojem podbiła czeski i słowacki rynek wydawniczy autor prowadzi czytelnika od eposu o Gilgameszu do myśli, które współcześnie napędzają światowe rynki. W jasny i przystępny sposób, a jednocześnie erudycyjny i angażujący czytelnika tłumaczy najważniejsze zjawiska światowej ekonomii i stawia tezę: wszystko sprowadza się do ludzkich motywacji, do ekonomii dobra i zła. Książka została wydana przez Oxford University Press, a swoje wydania przygotowują również wydawnictwa m.in. w Chinach, Niemczech i Rosji.

 

 

 

Po sukcesie wydawniczym i entuzjastycznych recenzjach nie tylko w krajowych mediach, ale także w Financial Times, The New York Times i Washington Post, książka została adaptowana jako sztuka teatralna i wystawiona ponad 100 razy, głównie w Czechach i na Słowacji i w Wielkiej Brytanii (wszystkie bilety na przedstawienia w Teatrze Narodowym w Pradze, ale też m.in. londyńskim Soho Theatre zostały sprzedane).

 

Książkę Tomáša Sedláčka miałem okazję czytać jeszcze przed publikacją i od razu zrozumiałem, że zawiera niekonwencjonalne podejście do dziedziny uchodzącej powszechnie za nadzwyczaj nudną. Lektura pochłonęła mnie i cały czas zadawałem sobie pytanie, jakie zainteresowanie wzbudzi u innych czytelników. Autor nie udziela przemądrzałych i stanowczych odpowiedzi, lecz skromnie zadaje fundamentalne pytania: Czym jest ekonomia? Co stanowi jej treść? Skąd się wzięła ta nowa religia, jak czasami jest określana? Dlaczego jesteśmy tak bardzo uzależnieni od ciągłego wzrastania wzrostu i wzrostu wzrastania wzrostu? Skąd się wzięła i dokąd nas prowadzi koncepcja postępu? Dlaczego w tak wielu dyskusjach ekonomicznych pojawiają się obsesje i fanatyzm? Człowiek myślący musi zadawać sobie te wszystkie pytania, ale ekonomiści rzadko udzielają na nie odpowiedzi.
Vaclav Havel, prezydent Czechosłowacji (1989-1992) i Republiki Czeskiej (1993-2003)

 

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 641

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Ty­tuł ory­gi­na­łu: Eko­no­mie do­bra a zła

Ty­tuł wy­da­nia ame­ry­kań­skie­go: Eco­no­mics of Good and Evil

Prze­kład: Da­riusz Ba­ka­larz

Pro­jekt pol­skiej wer­sji okład­ki:

Mag­da­le­na Mu­szyń­ska, Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

Re­dak­tor: Anna Ra­tuś

Re­dak­tor tech­nicz­ny: Pa­weł Żuk

Co­py­ri­ght © 2011 To­máš Se­dláček

Pu­bli­shed by Oxford Uni­ver­si­ty Press, Inc.

First pu­bli­shed in Czech as Eko­no­mie do­bra a zla, 2009 by 65, pole Pu­bli­shing.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion

by Stu­dio EMKA, War­sza­wa 2012

Wszel­kie pra­wa, włącz­nie z pra­wem

do re­pro­duk­cji tek­stów w ca­ło­ści lub w czę­ści,

w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strze­żo­ne.

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Kró­lo­wej Al­do­ny 6,03-928 War­sza­wa

tel./fax 22 628 08 38,616 00 67

wy­daw­nic­[email protected]­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-62304-44-8

Skład i ła­ma­nie: www.an­ter.waw.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­je­mu syn­ko­wi Chri­so­wi, któ­ry – jak prze­czu­wam – ro­zu­mie wię­cej,

niż mnie się kie­dy­kol­wiek uda i za­pew­ne niż sam daw­no temu

ro­zu­mia­łem. W każ­dym ra­zie – oby pew­ne­go dnia na­pi­sał lep­szą książ­kę.

Po­zna­waj więc sie­bie, nie zaj­muj my­śli Bo­giem,

Przed­mio­tem ludz­kie­go ba­da­nia jest sam czło­wiek.

W sta­nu po­śred­nie­go cie­śni­nie po­rzu­co­ny,

Zu­chwa­ły wiel­ko­ścią, mą­dro­ścią za­mro­czo­ny

Za wie­le ma wie­dzy, by stro­nę wziąć scep­ty­ka,

Za dużo sła­bo­ści, by w dumę wpaść sto­ika.

Roz­pię­ty po­mię­dzy; wąt­pi – spo­cząć czy dzia­łać;

Nie­pew­ny – za Boga czy zwie­rzę się uzna­wać.

Nie­pew­ny, co du­sza jego i cia­ło są­dzi,

Zro­dzon po śmierć tyl­ko, ro­zu­mem jeno błą­dzi.

Tak czy owak, umysł swój w nie­wie­dzy zo­sta­wia,

Gdy my­śli za mało lub zbyt wie­le roz­pra­wia.

W cha­osie my­śli i na­mięt­no­ści zgu­bio­ny,

Raz po­chła­nia­ny przez nie, raz znów od­rzu­co­ny.

Stwo­rzo­ny, by na pół wzla­tać, na pół upa­dać,

Wiel­ki pan wszech­rze­czy, ofia­rą wszyst­kich pada.

Praw­dy sam szu­ka­jąc, ule­ga wciąż pu­łap­kom,

Dla świa­ta jest chwa­łą, drwi­ną oraz za­gad­ką.

Ale­xan­der Pope Za­gad­ka świa­ta

tłum. Da­riusz Ba­ka­larz

Vác­lav Ha­velPrzed­mo­wa

Książ­kę To­máša Se­dláčka, któ­ra w Cze­chach wy­szła pod tym sa­mym ty­tu­łem w 2009 roku, mia­łem oka­zję czy­tać jesz­cze przed pu­bli­ka­cją i od razu zro­zu­mia­łem, że za­wie­ra nie­kon­wen­cjo­nal­ne po­dej­ście do dzie­dzi­ny ucho­dzą­cej po­wszech­nie za nad­zwy­czaj nud­ną. Lek­tu­ra mnie po­chło­nę­ła i cały czas za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie, ja­kie za­in­te­re­so­wa­nie wzbu­dzi u in­nych czy­tel­ni­ków. Ku zdu­mie­niu za­rów­no au­to­ra, jak i wy­daw­cy od razu osią­gnę­ła w Cze­chach ta­kie po­wo­dze­nie, że po kil­ku ty­go­dniach sta­ła się be­st­sel­le­rem i te­ma­tem roz­mów za­rów­no spe­cja­li­stów, jak i ogó­łu od­bior­ców. Przy­pad­ko­wo To­máš Se­dláček na­le­żał w tym cza­sie do ist­nie­ją­cej przy cze­skim rzą­dzie Kra­jo­wej Rady Go­spo­dar­czej, któ­rej dzia­łal­ność i per­spek­ty­wicz­ne po­glą­dy ostro kon­tra­stu­ją z kłó­tli­wym śro­do­wi­skiem po­li­tycz­nym, zwy­kle nie się­ga­ją­cym my­śla­mi da­lej niż do ter­mi­nu ko­lej­nych wy­bo­rów.

Au­tor nie udzie­la prze­mą­drza­łych i sta­now­czych od­po­wie­dzi, lecz skrom­nie za­da­je fun­da­men­tal­ne py­ta­nia: Czym jest eko­no­mia? Co sta­no­wi jej treść? Skąd się wzię­ła ta nowa re­li­gia, jak cza­sa­mi jest okre­śla­na? Dla­cze­go je­ste­śmy tak bar­dzo uza­leż­nie­ni od cią­głe­go wzra­sta­nia wzro­stu i wzro­stu wzra­sta­nia wzro­stu? Skąd się wzię­ła i do­kąd nas pro­wa­dzi kon­cep­cja po­stę­pu? Dla­cze­go w tak wie­lu dys­ku­sjach eko­no­micz­nych po­ja­wia­ją się ob­se­sje i fa­na­tyzm? Czło­wiek my­ślą­cy musi za­da­wać so­bie te wszyst­kie py­ta­nia, ale eko­no­mi­ści rzad­ko udzie­la­ją na nie od­po­wie­dzi.

Więk­szość na­szych par­tii pre­zen­tu­je bar­dzo za­wę­żo­ne, ma­te­ria­li­stycz­ne po­dej­ście i w pro­gra­mach po­li­tycz­nych na pierw­szym miej­scu sta­wia go­spo­dar­kę oraz fi­nan­se, a gdzieś na sza­rym koń­cu lo­ku­je kul­tu­rę, trak­to­wa­ną jak pią­te koło u wozu lub eks­tra­wa­gan­cję garst­ki świ­rów. Więk­szość tych par­tii, za­rów­no pra­wi­co­wych, jak i le­wi­co­wych, świa­do­mie lub nie­świa­do­mie przyj­mu­je i upo­wszech­nia mark­si­stow­ską tezę o eko­no­micz­nej ba­zie i du­cho­wej nad­bu­do­wie.

Wszyst­ko to być może wy­ni­ka stąd, że dzie­dzi­na na­uko­wa, jaką jest eko­no­mia, czę­sto bywa my­lo­na ze zwy­kłą ra­chun­ko­wo­ścią. Ale co nam po ra­chun­ko­wo­ści, je­śli to, co kształ­tu­je na­sze ży­cie, jest trud­ne lub cał­kiem nie­moż­li­we do po­li­cze­nia? Cie­ka­we, co by zro­bił taki eko­no­mi­sta-księ­go­wy, gdy­by do­stał za­da­nie opty­ma­li­za­cji pra­cy or­kie­stry sym­fo­nicz­nej. Naj­praw­do­po­dob­niej wy­eli­mi­no­wał­by wszyst­kie pau­zy z kon­cer­tów Beetho­ve­na. W koń­cu do ni­cze­go nie są przy­dat­ne i tyl­ko wszyst­ko spo­wal­nia­ją. A prze­cież nie moż­na pła­cić mu­zy­kom za to, że nie gra­ją.

Swo­imi py­ta­nia­mi au­tor pod­wa­ża ste­reo­ty­py. Sta­ra się wy­cho­dzić poza wą­ską spe­cja­li­za­cję i prze­kra­czać gra­ni­ce dys­cy­plin. W XXI wie­ku po­ko­ny­wa­nie gra­nic eko­no­mii i łą­cze­nie jej z hi­sto­rią, fi­lo­zo­fią, psy­cho­lo­gią i mi­to­lo­gią nie tyl­ko dzia­ła ożyw­czo, lecz jest wręcz nie­zbęd­ne do zro­zu­mie­nia świa­ta. Jed­no­cze­śnie książ­kę tę czy­ta się tak ła­two, że na­wet ama­tor pod­cho­dzi do eko­no­mii jak do przy­go­dy in­te­lek­tu­al­nej. Nie za­wsze znaj­du­je­my od­po­wiedź na sta­wia­ne py­ta­nia, za to czę­ściej po­ja­wia­ją się in­spi­ra­cje do głęb­szych roz­wa­żań o świe­cie i roli, jaką od­gry­wa w nim czło­wiek.

Gdy peł­ni­łem urząd pre­zy­denc­ki, To­máš Se­dláček na­le­żał do gro­na mo­ich ko­le­gów z mło­de­go po­ko­le­nia, któ­re do pro­ble­mów współ­cze­sne­go świa­ta pre­zen­to­wa­ło po­dej­ście nowe i nie­ob­cią­żo­ne czter­dzie­sto­ma la­ta­mi to­ta­li­tar­ne­go re­żi­mu ko­mu­ni­stycz­ne­go. Mam po­czu­cie, iż ta książ­ka speł­ni­ła moje ocze­ki­wa­nia, i wie­rzę, że wy tak­że ją do­ce­ni­cie.

Vác­lav Ha­vel,

były pre­zy­dent Cze­skiej Re­pu­bli­ki,

wcze­śniej Cze­cho­sło­wa­cji

Po­dzię­ko­wa­nia

W cze­skim wy­da­niu tej książ­ki na­pi­sa­łem bar­dzo krót­kie po­dzię­ko­wa­nia. To był nie­do­bry po­mysł i te­raz będę bar­dziej wy­lew­ny. Ta książ­ka doj­rze­wa­ła kil­ka lat, wy­ma­ga­ła nie­zli­czo­nych roz­mów, se­tek wy­kła­dów i dłu­gich nocy po­świę­co­nych na prze­czy­ta­nie mnó­stwa lek­tur.

Za­wdzię­czam ją moim dwóch wspa­nia­łym na­uczy­cie­lom, pro­fe­so­ro­wi Mi­la­no­wi Soj­ce (któ­ry wpro­wa­dził mnie w swo­ją pra­cę) i H.E. Mi­la­no­wi Mi­sko­vskie­mu „Mi­ke­owi” (któ­ry wie­le lat temu za­in­spi­ro­wał mnie do za­in­te­re­so­wa­nia się tym te­ma­tem). De­dy­ku­ję tę książ­kę ich pa­mię­ci. Żad­ne­go z nich nie ma już wśród nas.

Po­dzię­ko­wa­nia wi­nien je­stem mo­je­mu wspa­nia­łe­mu na­uczy­cie­lo­wi, pro­fe­so­ro­wi Lu­bo­mi­ro­wi Mlčo­cho­wi, któ­re­mu mia­łem za­szczyt asy­sto­wać na jego za­ję­ciach z ety­ki biz­ne­su. Dzię­ku­ję tak­że pro­fe­so­ro­wi Ka­re­lo­wi Ko­ubie, pro­fe­so­ro­wi Mi­cha­ło­wi Mej­stříko­wi i pro­fe­so­ro­wi Mi­la­no­wi Ża­ko­wi. Za uwa­gi i prze­my­śle­nia dzię­ku­ję moim stu­den­tom fi­lo­zo­fii eko­no­mii z 2010 roku.

Chcę po­dzię­ko­wać tak­że pro­fe­sor Ca­the­ri­ne Lan­glo­is i Stan­ley­owi Nol­le­no­wi z Geo­r­ge­town Uni­ver­si­ty za to, że na­uczy­li mnie pi­sać, a tak­że pro­fe­so­ro­wi Ho­war­do­wi Hu­soc­ko­wi z Ha­rvard Uni­ver­si­ty. Chciał­bym wy­ra­zić tak­że wdzięcz­ność Yale Uni­ver­si­ty za przy­zna­nie mi sty­pen­dium, dzię­ki któ­re­mu na­pi­sa­łem znacz­ną część tej książ­ki. Dzię­ku­ję Yale World Fel­lows i wszyst­kim z Betts Ho­use.

Dzię­ku­ję wspa­nia­łe­mu Jer­ry’emu Ro­oto­wi za to, że przy­jął nas na mie­siąc do swo­jej su­te­re­ny, aby­śmy mo­gli pra­co­wać nad tą książ­ką w ci­szy, tak­że za faj­kę i dym. Da­vi­do­wi Swe­eno­wi za to, że wszyst­ko się uda­ło, a tak­że Ja­me­so­wi Hal­te­ma­no­wi za wszyst­kie książ­ki. Dzię­ku­ję Ci Du­šan Dra­bi­na za wspar­cie w naj­trud­niej­szych chwi­lach.

Jest jesz­cze wie­lu in­nych fi­lo­zo­fów, eko­no­mi­stów i my­śli­cie­li, któ­rym mam za­szczyt po­dzię­ko­wać: pro­fe­sor Jan Švej­nar, pro­fe­sor To­máš Ha­lik, pro­fe­sor Jan So­kol, pro­fe­sor Era­zim Ko­hák, pro­fe­sor Mi­lan Ma­cho­vec, pro­fe­sor Zde­něk Neu­bau­er, Da­vid Bar­toń, Mi­rek Záme­čník i mój młod­szy brat, wiel­ki my­śli­ciel Lu­káš. Dzię­ku­ję Wam i po­dzi­wiam Was. Dzię­ku­ję tak­że mo­jej ro­dzi­nie, zwłasz­cza ma­mie i ta­cie.

A naj­więk­sze po­dzię­ko­wa­nia za spe­cy­ficz­ną po­moc przy tej książ­ce kie­ru­ję do ze­spo­łu, któ­ry współ­pra­co­wał nad cze­ską i an­giel­ską wer­sją. To­ma­so­wi Bran­dej­so­wi za po­my­sły, wia­rę i od­wa­gę. Ji­ře­mu Nádo­bie za re­dak­cję i kie­row­nic­two. Bet­ce So­čůvko­vej za cier­pli­wość i wy­trwa­łość. Mi­la­no­wi Sta­rý za ry­sun­ki, kre­atyw­ność i życz­li­wość. Do­ugo­wi Arel­la­ne­so­wi za sta­ran­ny prze­kład, a tak­że Jef­frey­owi Oster­ro­tho­wi za rze­tel­ną i dro­bia­zgo­wą re­dak­cję an­giel­ską.

I jesz­cze dwaj lu­dzie wiel­kich umy­słów, któ­rzy po­ma­ga­li i pi­sać, edy­to­wać tę książ­kę, moi part­ne­rzy in­te­lek­tu­al­ni: Mar­tin Po­spíšil i Lu­káš Tóth. Nie zdo­łam wy­ra­zić po­dzię­ko­wań za ich bły­sko­tli­we my­śli, peł­ne pa­sji dys­ku­sje i zdo­by­wa­nie ma­te­ria­łów, a tak­że za cięż­ką pra­cę przy roz­dzia­łach, któ­rych są współ­au­to­ra­mi. Chciał­bym tak­że po­dzię­ko­wać moim ko­le­gom z ČSOB, a.s. za wspar­cie i kre­atyw­ne śro­do­wi­sko pra­cy.

Moja żona Mar­kéta wy­trzy­my­wa­ła ze mną w chwi­lach, w któ­rych nie wy­trzy­ma­ła­by żad­na inna oso­ba. Dzię­ku­ję Ci za wszyst­kie uśmie­chy i my­śli (jest so­cjo­loż­ką, mo­że­cie so­bie wy­obra­zić, o czym roz­ma­wia­my przy ko­la­cji). Ta książ­ka w du­żej mie­rze na­le­ży do niej.

A naj­więk­sze po­dzię­ko­wa­nia dla tego, któ­re­go imie­nia na­wet nie znam…

Wpro­wa­dze­nieHi­sto­ria eko­no­mii – od po­ezji do na­uki

Rze­czy­wi­stość skła­da się z opo­wie­ści, a nie z ma­te­rii.

Zde­něk Neu­bau­er

Każ­da idea, choć­by naj­star­sza i naj­bar­dziej ab­sur­dal­na,

jest w sta­nie po­sze­rzyć na­szą wie­dzę…

Wszyst­ko się krę­ci…

Paul Fey­era­bend

Czło­wiek za­wsze dą­żył do zro­zu­mie­nia ota­cza­ją­ce­go go świa­ta. Po­ma­ga­ły w tym opo­wie­ści, któ­re nada­wa­ły sens jego rze­czy­wi­sto­ści. Z na­sze­go punk­tu wi­dze­nia brzmią one dzi­wacz­nie – po­dob­nie jak na­sze będą brzmia­ły dla przy­szłych po­ko­leń. Nie­mniej jed­nak za­wie­ra­ją głę­bo­ko uta­jo­ną siłę.

Jest wśród nich roz­po­czę­ta bar­dzo daw­no temu opo­wieść o eko­no­mii. Oko­ło czte­ry­stu lat przed na­szą erą Kse­no­font pi­sał, że na­wet je­śli czło­wiek ma nie­wie­le bo­gac­twa, to na­uka o eko­no­mii i tak ist­nie­je1. W daw­nych cza­sach była to na­uka o pro­wa­dze­niu go­spo­dar­stwa do­mo­we­go2. Póź­niej sta­ła się czę­ścią ta­kich dzie­dzin, jak re­li­gia, teo­lo­gia, ety­ka i fi­lo­zo­fia. Stop­nio­wo jed­nak za­czy­na­ła się wy­od­ręb­niać. Nie­kie­dy od­no­si­my wra­że­nie, że w tech­no­kra­tycz­nym świe­cie, w któ­rym wszyst­ko ma być albo czar­ne, albo bia­łe, z cza­sem tra­ci­ła wszyst­kie swo­je od­cie­nie sza­ro­ści. Ale hi­sto­ria eko­no­mii ma znacz­nie wię­cej barw.

Eko­no­mia w dzi­siej­szym kształ­cie sta­no­wi zja­wi­sko kul­tu­ro­we, pro­dukt na­szej cy­wi­li­za­cji. Ale nie pro­dukt w tym sen­sie, że zo­sta­ła ce­lo­wo wy­pro­du­ko­wa­na, tak jak ze­ga­rek albo sil­nik od­rzu­to­wy. Róż­ni­ca po­le­ga na tym, że ze­ga­rek i sil­nik od­rzu­to­wy są dla nas zro­zu­mia­łe – wie­my, skąd się wzię­ły. Po­tra­fi­my (pra­wie) roz­ło­żyć je na po­szcze­gól­ne czę­ści, a póź­niej zło­żyć z po­wro­tem. Wie­my, jak dzia­ła­ją i jak się za­trzy­mu­ją3. In­a­czej w przy­pad­ku eko­no­mii. Roz­wi­ja­ła się nie­świa­do­mie, spon­ta­nicz­nie, bez kon­tro­li, bez pla­nu, bez dy­ry­genc­kiej ba­tu­ty. Za­nim sta­ła się osob­ną dys­cy­pli­ną, cał­kiem do­brze jej się wio­dło w roli jed­nej z pod­dzie­dzin fi­lo­zo­fii – ta­kiej jak na przy­kład ety­ka – z dala od współ­cze­snej kon­cep­cji eko­no­mii poj­mo­wa­nej jako kie­ro­wa­na ma­te­ma­ty­ką na­uka, któ­ra szy­dzi z „nauk mięk­kich” z ty­po­wo po­zy­ty­wi­stycz­ną aro­gan­cją. Ale na­sza ty­siąc­let­nia „edu­ka­cja” ma głęb­sze, szer­sze i czę­sto znacz­nie so­lid­niej­sze po­sta­wy. War­to o tym wie­dzieć.

MITY, OPO­WIE­ŚCI I DUM­NA NA­UKA

Nie­mą­drze by­ło­by wy­cho­dzić z za­ło­że­nia, że do­cie­ka­nia eko­no­micz­ne po­ja­wi­ły się do­pie­ro w epo­ce na­uki. Po­cząt­ko­wo lu­dziom, któ­rzy za­da­wa­li so­bie mniej wię­cej ta­kie same py­ta­nia jak dzi­siaj, świat wy­ja­śnia­ły mity i re­li­gie. Obec­nie ich rolę prze­ję­ła na­uka. Żeby do­strzec po­wią­za­nia mię­dzy jed­nym a dru­gim, mu­si­my się­gnąć głę­bo­ko do sta­ro­żyt­nych mi­tów i fi­lo­zo­fii. I wła­śnie po to ta książ­ka po­wsta­ła – aby przyj­rzeć się my­śli eko­no­micz­nej w sta­ro­żyt­nych mi­tach i – od­wrot­nie – mi­tom we współ­cze­snej eko­no­mii.

Po­czą­tek no­wo­żyt­nej eko­no­mii da­tu­je się na rok 1776, w któ­rym uka­za­ło się Bo­gac­two na­ro­dów Ada­ma Smi­tha4. Jed­nak na­sza post­mo­der­ni­stycz­na epo­ka (któ­ra wy­ka­zu­je się znacz­nie więk­szą po­ko­rą niż jej po­przed­nicz­ka, era no­wo­żyt­nej na­uki)5 się­ga da­lej wstecz i w więk­szym stop­niu uświa­da­mia so­bie zna­cze­nie hi­sto­rii (sa­mo­wa­run­ku­ją­ca się ścież­ka roz­wo­ju), mi­to­lo­gii, re­li­gii i ba­śni. „Roz­dź­więk po­mię­dzy hi­sto­rią na­uki, jej fi­lo­zo­fią a samą na­uką za­ni­ka, po­dob­nie jak roz­gra­ni­cza­nie mię­dzy czymś, co jest na­uką i co nią nie jest”6. Dla­te­go się­gnie­my tak głę­bo­ko, jak tyl­ko po­zwa­la nam pi­sa­ne dzie­dzic­two na­szej cy­wi­li­za­cji. Pierw­szych śla­dów do­cie­kań eko­no­micz­nych bę­dzie­my szu­kać w epo­sie o su­me­ryj­skim wład­cy Gil­ga­me­szu, zba­da­my, jak spra­wy eko­no­micz­ne roz­pa­try­wa­li my­śli­cie­le ży­dow­scy, chrze­ści­jań­scy, kla­sycz­ni i śre­dnio­wiecz­ni. Poza tym po­sta­ra­my się sta­ran­nie prze­ana­li­zo­wać teo­rie gło­szo­ne przez tych, któ­rzy kła­dli fun­da­men­ty pod współ­cze­sną eko­no­mię.

Hi­sto­rycz­ne uję­cia róż­nych dzie­dzin na­uko­wych nie są – jak się po­wszech­nie uwa­ża – bez­u­ży­tecz­ną pre­zen­ta­cją śle­pych uli­czek ani zbio­rem re­la­cji z prób i błę­dów ro­bio­nych w ja­kiejś dys­cy­pli­nie (do­pie­ro my wy­ko­na­li­śmy to do­brze), lecz naj­peł­niej­szą ana­li­zą wszyst­kich po­zy­cji z menu, ja­kie dzie­dzi­na ma do za­ofe­ro­wa­nia. Poza hi­sto­rią nie mamy ni­cze­go. Hi­sto­ria my­śli po­ma­ga uni­kać in­te­lek­tu­al­ne­go pra­nia mó­zgu ty­po­we­go dla ja­kiejś epo­ki, wzno­sić się po­nad ak­tu­al­ne mody i zro­bić kil­ka kro­ków do tyłu.

Ba­da­nie sta­rych opo­wie­ści nie słu­ży tyl­ko hi­sto­ry­kom i nie cho­dzi w nich je­dy­nie o zro­zu­mie­nie spo­so­bu my­śle­nia na­szych przod­ków. One za­wie­ra­ją pew­ną wła­sną siłę na­wet wów­czas, gdy na ich miej­scu po­ja­wi­ły się nowe, cza­sem sprzecz­nie z nimi. Weź­my przy­kład naj­słyn­niej­szej hi­sto­rycz­nej dys­pu­ty – po­mię­dzy geo­cen­try­zmem a he­lio­cen­try­zmem. Jak wia­do­mo, w spo­rze tym wy­grał he­lio­cen­tryzm, cho­ciaż w mo­wie po­tocz­nej nadal geo­cen­tryzm prze­ja­wia się w po­wie­dze­niach: słoń­ce „wscho­dzi” lub „za­cho­dzi”. Ono nie po­ru­sza się w górę ani w dół – je­śli już, to Zie­mia (wo­kół Słoń­ca), a nie Słoń­ce (wo­kół Zie­mi). Do­wie­dzie­li­śmy się, że to Zie­mia krą­ży wo­kół Słoń­ca, ale w po­wie­dze­niach po­tocz­nych za­cho­wał się jesz­cze geo­cen­tryzm, czy­li, „słoń­ce za­cho­dzi”.

Poza tym, jak po­ka­że­my w pierw­szej czę­ści tej książ­ki, te sta­ro­żyt­ne opo­wie­ści, ob­ra­zy i ar­che­ty­py trwa­ją do dzi­siaj i wy­wie­ra­ją wpływ na na­sze po­dej­ście za­rów­no do świa­ta, jak i sie­bie sa­mych. Jak to ujął C.G. Jung: „Praw­dzi­wa hi­sto­ria du­cha nie za­wie­ra się w uczo­nych księ­gach, lecz w ży­wym or­ga­ni­zmie psy­chicz­nym każ­de­go czło­wie­ka”7.

PRA­GNIE­NIE PRZE­KO­NY­WA­NIA

Eko­no­mi­ści po­win­ni wie­rzyć, że opo­wie­ści mają sil­ną moc od­dzia­ły­wa­nia. Adam Smith wie­rzył. W Teo­rii uczuć mo­ral­nych na­pi­sał: „Pra­gnie­nie, by być wia­ry­god­nym, pra­gnie­nie prze­ko­ny­wa­nia, prze­wo­dze­nia i kie­ro­wa­nia in­ny­mi zda­je się jed­nym z naj­sil­niej­szych z wszyst­kich na­szych na­tu­ral­nych pra­gnień”8. War­to zwró­cić uwa­gę, że sło­wa te wy­szły spod pió­ra pa­tro­na twier­dze­nia, że na­szym naj­sil­niej­szym in­stynk­tem jest ego­izm. Inni dwaj zna­ko­mi­ci eko­no­mi­ści, Ro­bert J. Shil­ler i Geo­r­ge A. Aker­lof, pi­sa­li nie­daw­no: „umysł ludz­ki zbu­do­wa­ny jest w taki spo­sób, że my­śli nar­ra­cyj­nie, (…) Wie­le przy­czyn ludz­kie­go dzia­ła­nia z ko­lei po­cho­dzi z do­świad­cza­nia hi­sto­rii na­sze­go ży­cia, któ­rą so­bie opo­wia­da­my i któ­ra sta­no­wi szkie­let na­szej mo­ty­wa­cji i wia­ry w sie­bie. Ży­cie mo­gło­by być prze­cież se­rią „jed­nej rze­czy po dru­giej”, gdy­by nie było ta­lach hi­sto­rii. To samo do­ty­czy prze­ko­na­nia o war­to­ści swo­je­go kra­ju, fir­my czy in­sty­tu­cji. Wiel­cy przy­wód­cy są pierw­szy­mi i naj­waż­niej­szy­mi mi­to­twór­ca­mi tych hi­sto­rii”9.

Au­to­rzy od­wo­łu­ją się tam do cy­ta­tu: „Ży­cie to nie jed­na cho­ler­na rzecz po dru­giej. To ta sama cho­ler­na rzecz sta­le i na nowo”. Do­brze uję­te, a mity (na­sze wiel­kie hi­sto­rie i opo­wie­ści) to „ob­ja­wie­nia tu i te­raz do­ty­czą­ce­go tego, co za­wsze było i bę­dzie wiecz­nie”10. In­ny­mi sło­wy, na­sze mity „nig­dy się nie zda­rzy­ły w ja­kim­kol­wiek mo­men­cie, ale za­wsze są”11. Na­sze no­wo­żyt­ne teo­rie eko­no­micz­ne, opar­te na ści­słych mo­de­lach, są ni­czym in­nym jak tymi sa­my­mi me­ta­nar­ra­cja­mi tyl­ko opo­wia­da­ny­mi in­nym ję­zy­kiem (ma­te­ma­ty­ki?). Trze­ba więc po­znać te opo­wie­ści od po­cząt­ku – i w szer­szym kon­tek­ście – po­nie­waż „do­brym eko­no­mi­stą nig­dy nie bę­dzie ktoś, kto jest tyl­ko eko­no­mi­stą”12.

A po­nie­waż eko­no­mia chce ro­zu­mieć wszyst­ko, mu­si­my wy­kra­czać poza gra­ni­ce na­szej dzie­dzi­ny i pró­bo­wać zro­zu­mieć wszyst­ko. I je­śli choć czę­ścio­wo praw­dą jest, że „zba­wie­nie po­le­ga te­raz na skoń­cze­niu z nie­do­stat­kiem ma­te­rial­nym i pro­wa­dze­niu ludz­ko­ści do no­wej ery go­spo­dar­ki ob­fi­to­ści, za­tem lo­gicz­nie rzecz bio­rąc, do no­wej kla­sy ka­pła­nów po­win­ni na­le­żeć też eko­no­mi­ści”13, mu­si­my być świa­do­mi, jak waż­ną od­gry­wa­my rolę i brać na sie­bie więk­szą od­po­wie­dzial­ność za spo­łe­czeń­stwo.

DO­BRO I ZŁO W EKO­NO­MII

W eko­no­mii cho­dzi w grun­cie rze­czy o do­bro i zło i eko­no­mię pa­nu­ją­cych mię­dzy nimi re­la­cji. Eko­no­mia po­le­ga na tym, że lu­dzie lu­dziom opo­wia­da­ją o lu­dziach. Na­wet naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne mo­de­le ma­te­ma­tycz­ne sta­no­wią de fac­to przy­po­wieść o na­szych dą­że­niach do ra­cjo­nal­ne­go zro­zu­mie­nia ota­cza­ją­ce­go świa­ta. Po­sta­ram się po­ka­zać, że do dziś dnia opo­wie­ści za­war­te w me­cha­ni­zmach eko­no­micz­nych do­ty­czą w swej isto­cie „do­bre­go ży­cia” i są zro­dzo­ne z tra­dy­cji sta­ro­żyt­nych Gre­ków i He­braj­czy­ków. Spró­bu­ję wy­ka­zać, że ma­te­ma­tycz­ne kal­ku­la­cje, mo­de­le, rów­na­nia i sta­ty­sty­ki to za­le­d­wie wierz­cho­łek góry lo­do­wej, jaką jest eko­no­mia, a dys­ku­sje eko­no­micz­ne to nic in­ne­go tyl­ko bi­twy na opo­wie­ści i me­ta­nar­ra­cje. Współ­cze­śni lu­dzie ocze­ku­ją – jak za­wsze – że eko­no­mi­ści im po­wie­dzą, co jest do­bre, a co – złe.

My, eko­no­mi­ści, je­ste­śmy ucze­ni uni­ka­nia nor­ma­tyw­nych ocen i opi­nii su­ge­ru­ją­cych, że coś jest do­bre, a coś złe. Jed­nak wbrew temu, co gło­szą na­sze tek­sty na­uko­we, eko­no­mia jest dzie­dzi­ną w lwiej czę­ści nor­ma­tyw­ną. Nie tyl­ko opi­su­je świat, ale czę­sto mówi tak­że, jak on po­wi­nien wy­glą­dać (po­wi­nien być efek­tyw­ny, mamy ide­ał do­sko­na­łej kon­ku­ren­cji, ide­ał wy­so­kie­go wzro­stu PKB przy ni­skiej in­fla­cji, dą­że­nie do osią­ga­nia wy­so­kiej kon­ku­ren­cyj­no­ści…). W tym celu two­rzy­my mo­de­le – ta­kie no­wo­cze­sne przy­po­wie­ści – któ­re są jed­nak nie­re­ali­stycz­ne (czę­sto ce­lo­wo) i mają nie­wie­le wspól­ne­go z praw­dzi­wym świa­tem. Oto przy­kład z co­dzien­ne­go ży­cia: gdy eko­no­mi­sta w te­le­wi­zji ma od­po­wie­dzieć na po­zor­nie nie­win­ne py­ta­nie o po­ziom in­fla­cji, to na­tych­miast pada dru­gie py­ta­nie (czę­sto on sam je so­bie za­da­je) o to, czy ten po­ziom jest do­bry czyzły oraz czy in­fla­cja po­win­na być wyż­sza czy niż­sza. Na­wet w ta­kich czy­sto tech­nicz­nych kwe­stiach spe­cja­li­ści na­tych­miast po­ru­sza­ją kwe­stię do­bra i zła i przed­sta­wia­ją nor­ma­tyw­ną oce­nę: in­fla­cja po­win­na być niż­sza (albo wyż­sza).

Mimo to sta­ra­ją się – cza­sem na­wet pa­nicz­nie – uni­kać ta­kich słów jak „do­bro” i „zło”. Ale to nie­wy­ko­nal­ne, po­nie­waż „gdy­by eko­no­mia na­praw­dę nie war­to­ścio­wa­ła, za­pew­ne przed­sta­wi­cie­le tej dzie­dzi­ny zgro­ma­dzi­li­by już ogół my­śli eko­no­micz­nej”14. A do tego nie do­szło. Moim zda­niem to do­brze, ale mu­si­my w koń­cu przy­znać, że eko­no­mia jest w du­żej mie­rze dzie­dzi­ną nor­ma­tyw­ną. We­dług Mil­to­na Fried­ma­na (Es­says in Po­si­ti­ve Eco­no­mics) eko­no­mia po­win­na być na­uką po­zy­tyw­ną, nie war­to­ściu­ją­cą, lecz opi­su­ją­cą świat taki, jaki jest, a nie jaki być po­wi­nien. Ale już samo stwier­dze­nie, że „eko­no­mia po­win­na być na­uką po­zy­tyw­ną”, jest twier­dze­niem nor­ma­tyw­nym. Nie opi­su­je świa­ta ta­kie­go, jaki jest, lecz – jaki po­wi­nien być. W re­al­nym ży­ciu eko­no­mia nie jest na­uką po­zy­tyw­ną. Gdy­by była, nie mu­sie­li­by­śmy sta­rać się o to. „Oczy­wi­ście więk­szość lu­dzi na­uki i fi­lo­zo­fów uni­ka ko­niecz­no­ści roz­wa­ża­nia kło­po­tli­wych, fun­da­men­tal­nych py­tań – za­tem, mó­wiąc krót­ko, uni­ka me­ta­fi­zy­ki”15. Na­wia­sem mó­wiąc, nie­war­to­ścio­wa­nie samo w so­bie sta­no­wi war­tość, a w eko­no­mii wiel­ką war­tość. Pa­ra­dok­sal­nie dzie­dzi­na, któ­ra zaj­mu­je się ba­da­niem war­to­ści, chce być nie­war­to­ściu­ją­ca. A ko­lej­ny pa­ra­doks po­le­ga na tym, że dzie­dzi­na wie­rzą­ca w nie­wi­dzial­ną rękę ryn­ku oba­wia się kon­tak­tu z me­ta­fi­zy­ką.

Dla­te­go za­da­ję w tej książ­ce na­stę­pu­ją­ce py­ta­nie: Czy ist­nie­je eko­no­mia w re­la­cjach mię­dzy do­brem a złem? Czy opła­ca się być do­brym, czy też do­bro nie ma nic wspól­ne­go z ra­chun­kiem eko­no­micz­nym? Czy ego­izm jest wro­dzo­ną ce­chą czło­wie­ka? Czy moż­na go uspra­wie­dli­wiać, je­śli w jego wy­ni­ku po­wsta­je do­bro wspól­ne? War­to o to py­tać, bo in­a­czej eko­no­mia może za­mie­nić się w je­dy­nie me­cha­nicz­no-alo­ka­cyj­ny mo­del eko­no­me­trycz­ny, po­zba­wio­ny głęb­szych tre­ści (oraz moż­li­wo­ści za­sto­so­wa­nia).

Na­wia­sem mó­wiąc, ani sło­wa „do­bro”, ani sło­wa „zło” nie trze­ba się bać. Ich sto­so­wa­nie nie ozna­cza mo­ra­li­zo­wa­nia. Każ­dy kie­ru­je się ja­kąś swo­ją ety­ką. Na tej sa­mej za­sa­dzie każ­dy wy­zna­je ja­kąś wia­rę (ate­izm to taka sama wia­ra jak każ­da inna). Po­dob­nie z eko­no­mią, jak na­pi­sał John May­nard Key­nes: „Prak­ty­cy prze­ko­na­ni, że nie pod­le­ga­ją żad­nym wpły­wom in­te­lek­tu­al­nym, są za­zwy­czaj nie­wol­ni­ka­mi idei ja­kie­goś daw­no zmar­łe­go eko­no­mi­sty. (…) Prę­dzej czy póź­niej wła­śnie idee, a nie in­te­re­sy i przy­wi­le­je, sta­ją się groź­nym orę­żem do­brej lub złej sła­wy”16.

O CZYM JEST TA KSIĄŻ­KA: ME­TA­EKO­NO­MIA

Książ­ka ta skła­da się z dwóch czę­ści. W pierw­szej szu­ka­my eko­no­mii w mi­tach, re­li­gii, teo­lo­gii, fi­lo­zo­fii i na­uce. W dru­giej szu­ka­my mi­tów, re­li­gii, teo­lo­gii, fi­lo­zo­fii i na­uki w eko­no­mii. Szu­ka­my od­po­wie­dzi na prze­strze­ni ca­łych dzie­jów – od za­ra­nia na­szej kul­tu­ry, po współ­cze­sne cza­sy post­mo­der­ni­zmu. Na­szym ce­lem nie jest pod­da­nie ana­li­zie każ­de­go mo­men­tu, któ­ry po­mógł wpro­wa­dzić zmia­ny w eko­no­micz­nej per­cep­cji świa­ta ko­lej­nych po­ko­leń (tak­że na­sze­go), lecz przyj­rzeć się prze­sto­jom w roz­wo­ju; za­rów­no w róż­nych epo­kach hi­sto­rycz­nych (cza­sy Gil­ga­me­sza, he­braj­czy­ków, chrze­ści­jan itd.), jak i pod wpły­wem waż­nych oso­bo­wo­ści (Kar­te­zjusz, Man­de­vil­le, Smith, Hume, Mill i inni), któ­re wpły­wa­ły na roz­wój eko­no­micz­ne­go poj­mo­wa­nia świa­ta przez czło­wie­ka. Na­szym ce­lem jest przed­sta­wie­nie opo­wie­ści o eko­no­mii.

In­ny­mi sło­wy, sta­ra­my się na­kre­ślić wy­kres roz­wo­ju eko­no­micz­nej ety­ki. Za­da­je­my py­ta­nia, któ­re wy­prze­dza­ją wszel­kie eko­no­micz­ne my­śle­nie – za­rów­no py­ta­nia fi­lo­zo­ficz­ne, jak i do pew­ne­go stop­nia hi­sto­rycz­ne. Oma­wia­na tu­taj pro­ble­ma­ty­ka leży na ru­bie­żach eko­no­mii, a czę­sto wy­kra­cza poza jej gra­ni­ce. Okre­śla­my ją mia­nem pro­to­eko­no­mii (na wzór pro­to­so­cjo­lo­gii) albo – chy­ba bar­dziej pre­cy­zyj­nie – me­ta­eko­no­mii (w na­wią­za­niu do me­ta­fi­zy­ki)17. W tym sen­sie „Przed­miot nauk eko­no­micz­nych jest zbyt wą­ski, zbyt frag­men­ta­rycz­ny, by mo­gły one od­po­wie­dzieć na py­ta­nia rze­czy wi­ście waż­ne. Dla­te­go eko­no­mia musi być uzu­peł­nio­na i wzbo­ga­co­na meta-eko­no­mią”18. Waż­niej­sze ele­men­ty kul­tu­ry i ba­da­nej dzie­dzi­ny moż­na zna­leźć w fun­da­men­tal­nych za­ło­że­niach, któ­re od­zwier­cie­dla­ją róż­ne sys­te­my my­śle­nia, nie­świa­do­mie przyj­mo­wa­ne w da­nej epo­ce. Ta­kie za­ło­że­nia wy­da­ją się tak oczy­wi­ste, że wła­ści­wie ich so­bie nie uświa­da­mia­ją, bo inny spo­sób poj­mo­wa­nia rze­czy w ogó­le nie przy­cho­dzi im do gło­wy, jak za­uwa­żył Al­fred Whi­te­he­ad w Ad­ven­tu­res of Ide­as.

Co do­kład­nie ro­bi­my? I dla­cze­go? I czy z etycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia mo­że­my ro­bić wszyst­ko to, co je­ste­śmy w sta­nie zro­bić pod wzglę­dem tech­nicz­nym?19. I co sta­no­wi isto­tę eko­no­mii? Po co te wszyst­kie sta­ra­nia? W co tak na­praw­dę wie­rzy­my i skąd się te na­sze wie­rze­nia (czę­sto nie­uświa­da­mia­ne) bio­rą? Je­śli na­uka to „sys­tem wie­rzeń, któ­rym hoł­du­je­my”, to czym te wie­rze­nia są?20. Po­nie­waż we współ­cze­snym świe­cie eko­no­mia sta­ła się naj­waż­niej­szą dzie­dzi­ną wy­ja­śnia­ją­cą i zmie­nia­ją­cą świat, trze­ba so­bie za­dać te wszyst­kie py­ta­nia.

Na nie­co post­mo­der­ni­stycz­ną mo­dłę pró­bu­je­my sto­so­wać do me­ta­eko­no­mii po­dej­ście fi­lo­zo­ficz­ne, hi­sto­rycz­ne, an­tro­po­lo­gicz­ne, kul­tu­ro­we i psy­cho­lo­gicz­ne. Ta książ­ka chce uka­zać, w jaki spo­sób u czło­wie­ka roz­wi­ja­ła się per­cep­cja aspek­tu eko­no­micz­ne­go i co z tego wy­ni­ka. Pra­wie wszyst­kie kon­cep­cje przyj­mo­wa­ne przez eko­no­mię – świa­do­mie i nie­świa­do­mie – mają dłu­gą hi­sto­rię, a ich ko­rze­nie wy­kra­cza­ją poza za­kres eko­no­mii, a czę­sto tak­że zu­peł­nie poza gra­ni­ce na­uki.

Spró­buj­my te­raz prze­ana­li­zo­wać po­cząt­ki wie­rzeń eko­no­micz­nych; ich po­cho­dze­nie i wpływ na całą dzie­dzi­nę.

WSZYST­KIE BAR­WY EKO­NO­MII

Twier­dzę, że wie­le głów­nych nur­tów eko­no­mii po­zba­wia tę dzie­dzi­nę wie­lo­barw­no­ści i ob­se­syj­nie od­da­je cześć czar­no-bia­łe­mu homo eco­no­mi­cus, któ­ry igno­ru­je kwe­stie do­bra i zła. Sami so­bie za­sło­ni­li­śmy oczy i nie wi­dzi­my naj­waż­niej­szych sił na­pę­dza­ją­cych ludz­kie dzia­ła­nia.

Twier­dzę, że z mi­tów i re­li­gii i od po­etów, i od fi­lo­zo­fów mo­że­my czer­pać nie mniej mą­dro­ści niż z do­kład­nych i sztyw­nych ma­te­ma­tycz­nych mo­de­li za­cho­wań go­spo­dar­czych. Twier­dzę, że eko­no­mia po­win­na po­szu­ki­wać, od­kry­wać i oma­wiać swo­je sys­te­my war­to­ści, cho­ciaż uczo­no nas, że jest na­uką nie­war­to­ściu­ją­cą. Twier­dzę, że to nie­praw­da, a w eko­no­mii jest wię­cej mi­to­lo­gii, re­li­gii i ar­che­ty­pów niż ma­te­ma­ty­ki. Twier­dzę, że współ­cze­sna eko­no­mia zbyt duży na­cisk kła­dzie na me­to­dę, a za mały – na treść. Twier­dzę i po­sta­ram się wy­ka­zać, że za­rów­no eko­no­mi­ści, jak i ogół spo­łe­czeń­stwa sko­rzy­sta na czer­pa­niu wie­dzy z sze­ro­kie­go za­kre­su źró­deł – z epo­su o Gil­ga­me­szu, Sta­re­go Te­sta­men­tu, nauk Je­zu­sa, a tak­że Kar­te­zju­sza. Kie­dy się­ga­my do hi­sto­rycz­nych po­cząt­ków, gdy spo­so­by my­śle­nia były – rzec moż­na – bar­dziej od­sło­nię­te, le­piej ro­zu­mie­my me­cha­ni­zmy wła­sne­go my­śle­nia i ła­twiej do­strze­ga­my ich źró­dła. Tyl­ko w ten spo­sób mo­że­my do­trzeć do na­szych za­sad­ni­czych wie­rzeń (eko­no­micz­nych), któ­re w za­gma­twa­nej sie­ci współ­cze­sne­go spo­łe­czeń­stwa nadal po­zo­sta­ją bar­dzo sil­ne, cho­ciaż są nie­do­strze­ga­ne.

Twier­dzę, że aby zo­stać do­brym eko­no­mi­stą, trze­ba być albo do­brym ma­te­ma­ty­kiem, albo do­brym fi­lo­zo­fem, albo i jed­nym, i dru­gim. Twier­dzę, że prze­ce­nia­my po­dej­ście ma­te­ma­tycz­ne i nie do­ce­nia­my hu­ma­ni­stycz­ne­go. To pro­wa­dzi do two­rze­nia sztucz­nych, wy­pa­czo­nych mo­de­li, któ­re czę­sto w je­dy­nie nie­wiel­kim stop­niu moż­na wy­ko­rzy­stać do zro­zu­mie­nia rze­czy­wi­sto­ści.

Twier­dzę, że ba­da­nie me­ta­eko­no­mii jest rze­czą waż­ną. Po­win­ni­śmy wy­kra­czać poza gra­ni­ce eko­no­mii i ba­dać „za­ku­li­so­we” wie­rze­nia i idee, któ­re czę­sto sta­ją się do­mi­nu­ją­cy­mi, choć nie­ujaw­nia­ny­mi za­ło­że­nia­mi na­szych teo­rii. W eko­no­mii jest za­ska­ku­ją­co dużo tau­to­lo­gii, któ­rych eko­no­mi­ści prze­waż­nie so­bie nie uświa­da­mia­ją. Twier­dzę, że po­mi­ja­nie per­spek­ty­wy hi­sto­rycz­nej, któ­re zdo­mi­no­wa­ło współ­cze­sną eko­no­mię, to błąd. Twier­dzę, że do lep­sze­go zro­zu­mie­nia ludz­kich za­cho­wań waż­niej­sze jest ba­da­nie ewo­lu­cji idei, któ­re kształ­to­wa­ły nas na prze­strze­ni dzie­jów.

Książ­ka ta wpi­su­je się w trwa­ją­cy od daw­na spór po­mię­dzy eko­no­mią po­zy­tyw­ną a nor­ma­tyw­ną. Twier­dzę, że taką samą rolę, jaką w sta­ro­żyt­no­ści od­gry­wa­ły nor­ma­tyw­ne mity i przy­po­wie­ści, te­raz gra­ją mo­de­le na­uko­we. Nic w tym złe­go, ale po­win­ni­śmy mó­wić o tym otwar­cie.

Twier­dzę, że py­ta­nia o kwe­stie eko­no­micz­ne czło­wiek za­da­wał so­bie dłu­go przed Ada­mem Smi­them. Twier­dzę, że od nie­go nie za­czę­ło się po­szu­ki­wa­nie war­to­ści w eko­no­mii, lecz osią­gnę­ło ono pe­wien punkt kul­mi­na­cyj­ny. Współ­cze­śnie głów­ne nur­ty eko­no­mii rze­ko­mo kon­ty­nu­ują kla­sycz­ne po­dej­ście Smi­tha, ale zu­peł­nie po­mi­ja­ją ety­kę. W kla­sycz­nych spo­rach do­mi­no­wa­ły kwe­stie do­bra i zła, a dzi­siaj mó­wie­nie o nich za­kra­wa na he­re­zję. Twier­dzę tak­że, że upo­wszech­nio­ny spo­sób od­czy­ty­wa­nia Smi­tha to nie­po­ro­zu­mie­nie. Twier­dzę, że wniósł do eko­no­mii znacz­nie wię­cej niż kon­cep­cję nie­wi­dzial­nej ręki ryn­ku i homo eco­no­mi­cus kie­ru­ją­ce­go się ego­istycz­ny­mi po­bud­ka­mi – zwłasz­cza że sam Smith nie uży­wał ta­kich okre­śleń. Twier­dzę, że jego naj­waż­niej­szy wpływ na eko­no­mię do­ty­czy spraw etycz­nych. Inne jego kon­cep­cje – łącz­nie ze spe­cja­li­za­cją i nie­wi­dzial­ną ręką ryn­ku – były wy­raź­nie przed­sta­wia­ne dużo wcze­śniej. Po­sta­ram się wy­ka­zać,że za­sa­dę nie­wi­dzial­nej ręki ryn­ku za­uwa­żo­no już w sta­ro­żyt­no­ści i roz­wi­nię­to dłu­go przed Smi­them. Jej śla­dy wi­dać na­wet w epo­sie o Gil­ga­me­szu, my­śli he­braj­skiej i chrze­ści­jań­skiej, na­to­miast przez Ary­sto­te­le­sa i To­ma­sza z Akwi­nu zo­sta­ła wy­ra­żo­na expres­sis ver­bis.

Twier­dzę, że mamy obec­nie do­bry czas na zwe­ry­fi­ko­wa­nie swo­je­go po­dej­ścia do eko­no­mii, bo te­raz, w epo­ce kry­zy­su i za­dłu­że­nia, lu­dzie chęt­niej po­słu­cha­ją. Twier­dzę, że nie na­uczy­li­śmy się czer­pać wie­dzy eko­no­micz­nej z naj­prost­szych przy­po­wie­ści, przed­sta­wia­nych w nie­dziel­nych szkół­kach – na przy­kład o Jó­ze­fie i fa­ra­onie – a dys­po­nu­je­my skom­pli­ko­wa­ny­mi mo­de­la­mi ma­te­ma­tycz­ny­mi. Twier­dzę, że po­win­ni­śmy zwe­ry­fi­ko­wać swo­je po­glą­dy na te­mat nie­prze­rwa­ne­go wzro­stu. Twier­dzę, że eko­no­mia to pięk­na dzie­dzi­na, któ­ra może być atrak­cyj­na dla sze­ro­kiej rze­szy od­bior­ców.

Książ­ka ta w pew­nym sen­sie sta­no­wi stu­dium ewo­lu­cji za­rów­no homo eco­no­mi­cus, jak i – co waż­niej­sze – drze­mią­cych w nim zwie­rzę­cych in­stynk­tów. Po­dej­mu­je pró­bę ana­li­zy ewo­lu­cji za­rów­no ra­cjo­nal­ne­go, jak i emo­cjo­nal­ne­go oraz ir­ra­cjo­nal­ne­go aspek­tu isto­ty ludz­kiej.

GRA­NI­CE CIE­KA­WO­ŚCI I WY­JA­ŚNIE­NIE

Sko­ro eks­pan­sjo­ni­stycz­na eko­no­mia ośmie­li­ła się na­rzu­cić swo­je sys­te­my my­śle­nia do­me­nom pod­le­ga­ją­cym tra­dy­cyj­nie ba­da­niom re­li­gio­znaw­czym, so­cjo­lo­gicz­nym i po­li­to­lo­gicz­nym, to dla­cze­go nie od­wró­cić ról i nie przyj­rzeć się eko­no­mii z punk­tu wi­dze­nia re­li­gio­znaw­stwa, so­cjo­lo­gii i po­li­to­lo­gii? Sko­ro no­wo­żyt­na eko­no­mia po­zwa­la so­bie na tłu­ma­cze­nie dzia­łal­no­ści ko­ścio­łów i pro­wa­dzi eko­no­micz­ne ana­li­zy wię­zi ro­dzin­nych (czę­sto wy­su­wa­jąc nowe i in­te­re­su­ją­ce spo­strze­że­nia), to dla­cze­go nie prze­ana­li­zo­wać teo­rii eko­no­mii tak jak sys­te­mów re­li­gij­nych czy wię­zi ro­dzin­nych? In­ny­mi sło­wy, dla­cze­go nie spoj­rzeć na eko­no­mię z an­tro­po­lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia?

Aby to zro­bić, naj­pierw mu­si­my na­brać do niej pew­ne­go dy­stan­su. Mu­si­my za­pu­ścić się na jej obrze­ża, a jesz­cze le­piej poza jej gra­ni­ce. W myśl me­ta­fo­ry Lu­dwi­ga Wit­t­gen­ste­ina o oku, któ­re ob­ser­wu­je oto­cze­nie, ale nig­dy nie wi­dzi sie­bie (Wit­t­gen­ste­in, Trac­ta­tus Lo­gi­co-Phi­lo­so­phi­cus, sek­cja 5.6), aby obej­rzeć ja­kiś przed­miot, trze­ba po­pa­trzeć na nie­go z boku, a je­śli jest to nie­moż­li­we, to w osta­tecz­no­ści po­pa­trzeć w lu­stro. W tej książ­ce za­sto­su­je­my zwier­cia­dło an­tro­po­lo­gicz­ne, mi­to­lo­gicz­ne, re­li­gij­ne, fi­lo­zo­ficz­ne, so­cjo­lo­gicz­ne i psy­cho­lo­gicz­ne – i każ­de inne, któ­re umoż­li­wia re­flek­sję.

W tym mo­men­cie na­le­ży prze­pro­sić za przy­najm­niej dwie rze­czy. Po pierw­sze, je­śli przy­glą­da­my się oto­cze­niu w od­bi­ciu, to czę­sto uzy­sku­je­my ob­raz po­szat­ko­wa­ny i nie­spój­ny. Ta książ­ka nie przed­sta­wia jed­no­li­te­go, mi­ster­nie uple­cio­ne­go sys­te­mu (z tego pro­ste­go po­wo­du, że taki sys­tem nie ist­nie­je). Waż­ną rze­czą jest do­da­nie, że ko­rzy­sta­my tu­taj wy­łącz­nie z za­chod­nie­go dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go i cy­wi­li­za­cyj­ne­go, a po­mi­ja­my inne (na przy­kład kon­fu­cja­nizm, is­lam, bud­dyzm, hin­du­izm i po­zo­sta­łe, cho­ciaż z pew­no­ścią zna­leź­li­by­śmy tam wie­le in­spi­ru­ją­cych idei). Poza tym nie ana­li­zu­je­my na przy­kład ca­łe­go pi­śmien­nic­twa su­me­ryj­skie­go. Oma­wia­my he­braj­skie i chrze­ści­jań­skie my­śli do­ty­czą­ce eko­no­mii, ale nie pod­da­je­my stu­diom ca­łej sta­ro­żyt­nej i śre­dnio­wiecz­nej teo­lo­gii. Na­szym ce­lem bę­dzie wy­do­by­cie naj­bar­dziej wpły­wo­wych ele­men­tów i re­wo­lu­cyj­nych kon­cep­cji skła­da­ją­cych się na dzi­siej­szy eko­no­micz­ny mo­dus vi­ven­di. Ta­kie sze­ro­kie i nie­co bez­ład­ne po­dej­ście uspra­wie­dli­wia myśl Pau­la Fey­era­ben­da, któ­ry daw­no temu tłu­ma­czył, że „any­thing goes”21. Nig­dy nie da się prze­wi­dzieć, skąd na­uka za­czerp­nie in­spi­ra­cję do dal­sze­go roz­wo­ju.

Ko­lej­ne prze­pro­si­ny do­ty­czą ewen­tu­al­nych uprosz­czeń i wy­pa­czeń wzglę­dem dzie­dzin, któ­re au­tor uznał za waż­ne, cho­ciaż sta­no­wią zu­peł­nie od­ręb­ną dys­cy­pli­nę. Dzi­siej­sza na­uka kry­je się za mu­ra­mi z ko­ści sło­nio­wej wznie­sio­ny­mi tu przez ma­te­ma­ty­kę, tam przez ła­ci­nę i gre­kę, jesz­cze gdzie in­dziej przez hi­sto­rię, ak­sjo­ma­ty i inne po­boż­ne ry­tu­ały, aby na­ukow­cy mie­li nie­za­słu­żo­ny azyl przed kry­ty­ką opi­nii pu­blicz­nej i przed­sta­wi­cie­li in­nych dzie­dzin. Ale na­uka musi się otwo­rzyć, bo w prze­ciw­nym ra­zie – jak słusz­nie za­uwa­żył Fey­era­bend – sta­nie się eli­tar­ną re­li­gią dla wta­jem­ni­czo­nych, ema­nu­jąc to­ta­li­tar­nym bla­skiem na spo­łe­czeń­stwo. Od­wo­łu­jąc się do słów uro­dzo­ne­go w Cze­chach ame­ry­kań­skie­go eko­no­mi­sty Ja­ro­sla­va Va­ňka: „štěty lub nie­ste­ty, cie­ka­wość czło­wie­ka nie ogra­ni­cza się tyl­ko do jego wła­snej dzie­dzi­ny za­wo­do­wej”22. Je­śli książ­ka ta za­in­spi­ru­je do szu­ka­nia no­wych po­wią­zań po­mię­dzy eko­no­mią i in­ny­mi dzie­dzi­na­mi, to speł­ni swo­je za­da­nie.

Nie za­wie­ra ona jed­nak hi­sto­rii my­śli eko­no­micz­nej. Au­tor sta­wia so­bie za cel uzu­peł­nić nie­któ­re roz­dzia­ły w dzie­jach eko­no­mii o szer­szą per­spek­ty­wę i o ana­li­zy wpły­wów, któ­re uszły uwa­dze eko­no­mi­stów i ogó­ło­wi od­bior­ców.

Za­pew­ne trze­ba też do­dać, że w tek­ście zna­la­zło się wie­le cy­ta­tów. Mają one przy­bli­żać cen­ne idee z od­le­głych stu­le­ci za po­mo­cą ory­gi­nal­nych słów au­to­rów. Gdy­by­śmy po­prze­sta­li je­dy­nie na na­wią­za­niach do sta­ro­żyt­nych tek­stów, umknął­by duch ich au­ten­tycz­no­ści, co sta­no­wi­ło­by nie­po­we­to­wa­ną stra­tę. Przy­pi­sy umoż­li­wia­ją głęb­sze prze­ana­li­zo­wa­nie przed­sta­wia­nych pro­ble­mów.

TREŚĆ: SIE­DEM EPOK, SIE­DEM TE­MA­TÓW

Książ­ka ta dzie­li się na dwie czę­ści. Pierw­sza obej­mu­je całe dzie­je, za­trzy­mu­jąc się w sied­miu miej­scach i po­ru­sza­jąc sie­dem te­ma­tów, któ­re po­tem są pod­su­mo­wa­ne w czę­ści dru­giej. Dru­ga in­te­gru­je te­ma­ty opi­sa­ne w czę­ści hi­sto­rycz­nej. Pod tym wzglę­dem książ­ka przy­po­mi­na tro­chę ma­cierz. Moż­na po­dą­żyć wąt­kiem hi­sto­rycz­nym, moż­na te­ma­tycz­nym, a moż­na i jed­nym, i dru­gim. Oto sie­dem po­ru­sza­nych te­ma­tów.

Po­trze­ba chci­wo­ści. Hi­sto­ria kon­sump­cji i pra­cy

Za­czy­na­my od naj­star­szych mi­tów, w któ­rych pra­ca sta­no­wi pier­wot­ne po­wo­ła­nie czło­wie­ka, jest przy­jem­no­ścią, a póź­niej – prze­kleń­stwem. Bóg lub bo­go­wie rzu­ca­ją prze­kleń­stwo w po­sta­ci pra­cy (Księ­ga Ro­dza­ju, mity grec­kie) albo jej nad­mia­ru (Gil­ga­mesz). Prze­ana­li­zu­je­my na­ro­dzi­ny pra­gnień i żą­dzy, czy­li po­py­tu. Po­tem przyj­rzy­my się róż­nym kon­cep­cjom asce­ty­zmu. W póź­niej­szym cza­sie świat zdo­mi­no­wa­ły idee Au­gu­sty­na, gdy jed­nak ster prze­jął To­masz z Akwi­nu, więk­szą uwa­gę za­czę­to po­świę­cać świa­tu ma­te­rial­ne­mu. Wcze­śniej pra­gnie­nia i po­trze­by były zdo­mi­no­wa­ne przez du­szę, a po­trze­by cie­le­sne od­su­wa­no na mar­gi­nes. Da­lej wa­ha­dło znów zmie­ni­ło po­zy­cję i świat skło­nił się ku in­dy­wi­du­ali­stycz­ne­mu, prak­tycz­ne­mu kon­sump­cjo­ni­zmo­wi. Tak czy in­a­czej, czło­wiek od sa­me­go po­cząt­ku był isto­tą od­bie­ga­ją­cą od na­tu­ry i prze­ja­wia­ją­cą skłon­ność do ota­cza­nia się ma­jąt­kiem po­cho­dzą­cym z ze­wnętrz­ne­go świa­ta. Nie­na­sy­ce­nie ma­te­rial­ne i du­cho­we jest więc pod­sta­wo­wą, cha­rak­te­ry­stycz­ną dla czło­wie­ka me­ta­ce­chą, któ­ra prze­ja­wia się już w naj­star­szych mi­tach i przy­po­wie­ściach.

Po­stęp (na­tu­ral­ny i cy­wi­li­za­cyj­ny)

W dzi­siej­szych cza­sach odu­rza­my się ideą po­stę­pu, lecz u za­ra­nia dzie­jów ona zu­peł­nie nie ist­nia­ła23. Czas był cy­klicz­ny, a od czło­wie­ka nikt nie ocze­ki­wał żad­ne­go hi­sto­rycz­ne­go po­stę­pu. Póź­niej he­braj­czy­cy wpro­wa­dzi­li czas li­ne­ar­ny, a chrze­ści­ja­nie prze­ka­za­li go (po­głę­bia­jąc kon­cep­cję he­braj­czy­ków) nam. Póź­niej po­stęp zla­icy­zo­wa­li kla­sycz­ni eko­no­mi­ści. Ale ja­kim cu­dem do­szli­śmy do dzi­siej­sze­go po­stę­pu i wzro­stu dla sa­me­go wzro­stu?

Do­bro i zło w eko­no­mii

Roz­pa­trzy­my tu­taj spra­wę za­sad­ni­czą: czy do­bro się opła­ca pod wzglę­dem eko­no­micz­nym. Za­cznie­my od Epo­su o Gil­ga­me­szu, w któ­rym kwe­stia mo­ral­no­ści oraz kwe­stie do­bra i zła są po­ru­sza­ne, ale nie wią­żą się ze sobą. Na­to­miast póź­niej, w fi­lo­zo­fii he­braj­skiej, ety­ka sta­no­wi­ła czyn­nik tłu­ma­czą­cy roz­wój dzie­jów. Sta­ro­żyt­ni sto­icy nie po­zwa­la­li li­czyć na ko­rzy­ści, ja­kie moż­na wy­nieść z do­bra, na­to­miast he­do­ni­ści uwa­ża­li, że co­kol­wiek się opła­ca, jest z za­sa­dy do­bre. Fi­lo­zo­fia chrze­ści­jań­ska roz­bi­ła ja­sny układ przy­czy­no­wo-skut­ko­wy do­ty­czą­cy do­bra i zła, wpro­wa­dza­jąc ła­skę bo­ską, a na­gro­dę oraz karę za do­bro i zło prze­nio­sła do ży­cia przy­szłe­go. Kul­mi­na­cja tego wąt­ku znaj­du­je się w słyn­nym spo­rze Ber­nar­da de Man­de­vil­lea i Ada­ma Smi­tha na te­mat in­dy­wi­du­al­nych wad pro­wa­dzą­cych do pu­blicz­nych ko­rzy­ści. Póź­niej na za­sa­dzie po­dob­nej do he­do­ni­stycz­nej opar­li swój uty­li­ta­ryzm John Stu­art Mill i Je­re­my Ben­tham. Cała hi­sto­ria ety­ki to dą­że­nie do stwo­rze­nia za­sad etycz­ne­go za­cho­wa­nia. W ostat­nim roz­dzia­le po­ka­zu­je­my tau­to­lo­gię w wy­ra­że­niu „mak­sy­ma­li­za­cja uży­tecz­no­ści” i oma­wia­my ter­min „mak­sy­ma­li­za­cja do­bra”.

Hi­sto­ria nie­wi­dzial­nej ręki ryn­ku i homo eco­no­mi­cus

Jak sta­ra jest kon­cep­cja nie­wi­dzial­nej ręki ryn­ku? Jak daw­no przed Ada­mem Smi­them to­wa­rzy­szy­ła ludz­ko­ści? Po­sta­ram się wy­ka­zać, że wcze­sne śla­dy nie­wi­dzial­nej ręki ryn­ku moż­na zna­leźć pra­wie wszę­dzie. Kon­cep­cja wy­ko­rzy­sty­wa­nia wro­dzo­ne­go ego­izmu oraz moż­li­wość za­sto­so­wa­nia tego zła w zboż­nych ce­lach po­ja­wia się już w sta­ro­żyt­nej fi­lo­zo­fii i mi­to­lo­gii. Przyj­rzy­my się tak­że roz­wo­jo­wi eto­su homo eco­no­mi­cus i na­ro­dzi­nom „czło­wie­ka eko­no­micz­ne­go”.

Hi­sto­ria zwie­rzę­cych in­stynk­tów – ma­rze­nia nig­dy nie ga­sną

Tu­taj omó­wi­my dru­gą stro­nę homo sa­piens – nie­prze­wi­dy­wal­ną, czę­sto ara­cjo­nal­ną i ar­che­ty­picz­ną. Na­sze zwie­rzę­ce in­stynk­ty (czy­li prze­ci­wień­stwo ra­cjo­nal­no­ści) ule­ga­ją wpły­wom ar­che­ty­pu bo­ha­te­ra i kon­cep­cji do­bra.

Ma­te­ma­ty­ka

W jaki spo­sób eko­no­mia do­szła do prze­ko­na­nia, że pod­sta­wę świa­ta sta­no­wią licz­by? Chce­my tu po­ka­zać, jak i dla­cze­go eko­no­mia sta­ła się dzie­dzi­ną me­cha­ni­stycz­no-alo­ka­cyj­ną. Dla­cze­go uwa­ża­my, że naj­lep­szym spo­so­bem na opi­sa­nie świa­ta (na­wet in­te­rak­cji spo­łecz­nych) jest ma­te­ma­ty­ka? Czy ma­te­ma­ty­ka sta­no­wi isto­tę eko­no­mii, czy też opi­su­je tyl­ko jej po­wierzch­nię i jest za­le­d­wie wierz­choł­kiem góry lo­do­wej pro­ble­ma­ty­ki ca­łej dzie­dzi­ny?

Wład­cy praw­dy

W co wie­rzy eko­no­mia? Co jest re­li­gią eko­no­mi­stów? Jaki cha­rak­ter ma praw­da? Sta­ra­nia o od­dzie­le­nie na­uki od mitu to­wa­rzy­szą nam od cza­sów Pla­to­na. Czy eko­no­mia to dys­cy­pli­na nor­ma­tyw­na czy po­zy­tyw­na? Daw­niej praw­dą zaj­mo­wa­ła się po­ezja i przy­po­wie­ści, dzi­siaj po­strze­ga­my praw­dę bar­dziej ma­te­ma­tycz­nie jako coś bar­dziej na­uko­we­go. Do­kąd uda­je się czło­wiek chcą­cy po­znać praw­dę? I kto w na­szych cza­sach „zna praw­dę”?

DE­FI­NI­CJE I SPRA­WY PRAK­TYCZ­NE

Gdy uży­wa­my w tej książ­ce sło­wa eko­no­mia, mamy na my­śli jej głów­ne nur­ty, któ­rych naj­lep­szym uoso­bie­niem jest chy­ba Paul Sa­mu­el­son. Pod po­ję­ciem homo eco­no­mi­cus ro­zu­mie­my głów­ną kon­cep­cję eko­no­mii an­tro­po­lo­gicz­nej. Do­ty­czy ona ra­cjo­nal­nej jed­nost­ki, któ­ra, kie­ru­jąc się wą­ski­mi po­bud­ka­mi eko­no­micz­ny­mi, dąży do mak­sy­ma­li­za­cji swo­ich ko­rzy­ści. Bę­dzie­my tu uni­kać roz­trzą­sa­nia, czy eko­no­mia jest czy nie jest na­uką. Dla­te­go cho­ciaż cza­sem mó­wi­my, że jest na­uką o spo­łe­czeń­stwie, jed­nak naj­czę­ściej mamy na my­śli eko­no­mię jako sze­rzej ro­zu­mia­ną dzie­dzi­nę. W po­ję­ciu „eko­no­mia” do­strze­ga­my coś wię­cej niż tyl­ko pro­duk­cję, dys­try­bu­cję i kon­sump­cję to­wa­rów oraz usług. Ro­zu­mie­my ją jako na­ukę o re­la­cjach mię­dzy­ludz­kich, któ­re je­dy­nie cza­sa­mi moż­na przed­sta­wić za po­mo­cą liczb; na­ukę zaj­mu­ją­cą się nie tyl­ko do­bra­mi zby­wal­ny­mi, lecz i nie­zby­wal­ny­mi (przy­jaźń, wol­ność, sku­tecz­ność, wzrost).

Mia­łem szczę­ście zdo­być trzy ro­dza­je do­świad­czeń. Wie­le lat pra­co­wa­łem dla licz­nych uczel­ni, po­zna­jąc i ba­da­jąc teo­rię eko­no­mii, a tak­że na­ucza­jąc jej (zma­ga­jąc się z dy­le­ma­ta­mi me­ta­eko­no­micz­ny­mi). Przez wie­le lat by­łem też do­rad­cą eko­no­micz­nym: by­łe­go pre­zy­den­ta Czech Vác­la­va Ha­vla, mi­ni­stra fi­nan­sów, a tak­że pre­mie­ra (zaj­mu­jąc się eko­no­mią od stro­ny prak­tycz­nej). Do mo­ich obo­wiąz­ków (a czę­sto i przy­jem­no­ści) na­le­ży tak­że re­gu­lar­ne ko­men­to­wa­nie na­szej co­dzien­nej eko­no­mii – pi­szę za­rów­no o prak­tycz­nych, jak i fi­lo­zo­ficz­nych aspek­tach eko­no­mii dla sze­ro­kiej rze­szy od­bior­ców (w uprosz­cze­niu pró­bu­ję do­ko­ny­wać po­łą­czeń mię­dzy róż­ny­mi dzie­dzi­na­mi ba­daw­czy­mi). Dzię­ki tym do­świad­cze­niom po­zna­łem sła­be i moc­ne stro­ny każ­de­go aspek­tu eko­no­mii. Taka po­trój­na schi­zo­fre­nia (Co jest tre­ścią eko­no­mii? Jak wy­ko­rzy­sty­wać ją w prak­ty­ce? Jak w zro­zu­mia­ły spo­sób łą­czyć ją z in­ny­mi dzie­dzi­na­mi?) to­wa­rzy­szy mi przez cały czas. Jej efek­tem – do­brym czy złym – jest pre­zen­to­wa­na tu książ­ka.

Część pierw­szaEKO­NO­MIA STA­RO­ŻYT­NA I PÓŹ­NIEJ­SZA

Roz­dział 1.Epos o Gil­ga­me­szuO sku­tecz­no­ści, nie­śmier­tel­no­ści i eko­no­mii przy­jaź­ni

Gil­ga­me­szu! Na co ty się po­ry­wasz? Ży­cia, co go szu­kasz, nig­dy nie znaj­dziesz! (…) dniem i nocą obyś wciąż był we­sół, co­dzien­nie spra­wiaj so­bie świę­to, dnie i noce spę­dzaj na grach i plą­sach!

Gil­ga­mesz24

EposGil­ga­mesz po­cho­dzi sprzed po­nad czte­rech ty­się­cy lat25 i jest naj­star­szym zna­nym czło­wie­ko­wi dzie­łem li­te­rac­kim. Pierw­sze za­pi­ski, po­dob­nie jak naj­star­sze śla­dy czło­wie­ka, po­cho­dzą z Me­zo­po­ta­mii. Nie tyl­ko czło­wie­ka cy­wi­li­zo­wa­ne­go, ale tak­że ogól­nie ro­dza­ju ludz­kie­go26. Epos ten sta­no­wił in­spi­ra­cję dla wie­lu póź­niej­szych przy­po­wie­ści, któ­re w tej czy in­nej for­mie do dziś dnia są obec­ne w mi­tach – na przy­kład mo­tyw po­to­pu albo po­szu­ki­wa­nia nie­śmier­tel­no­ści. Jed­nak na­wet w tym naj­star­szym dzie­le czło­wie­ka waż­ną rolę od­gry­wa­ją py­ta­nia, któ­re dzi­siaj uzna­je­my za eko­no­micz­ne. W po­szu­ki­wa­niu śla­dów my­śli eko­no­micz­nych głę­biej do hi­sto­rii nie je­ste­śmy w sta­nie się­gnąć. To naj­niż­sza war­stwa stra­ty­gra­ficz­na.

Z okre­su po­prze­dza­ją­ce­go po­wsta­nie tego epo­su po­zo­sta­ły za­le­d­wie szcząt­ko­we ar­te­fak­ty ma­te­rial­ne i je­dy­nie frag­men­ty za­pi­sków do­ty­czą­cych głów­nie eko­no­mii, dy­plo­ma­cji, woj­ny, ma­gii i re­li­gii27. Hi­sto­ryk eko­no­mii Niall Fer­gu­son stwier­dził (nie­co cy­nicz­nie), że „są to do­wo­dy, że gdy czło­wiek za­czął opi­sy­wać swo­ją dzia­łal­ność, nie ro­bił tego, aby spi­sy­wać hi­sto­rię, po­ezję lub fi­lo­zo­fię, lecz aby ro­bić biz­nes”28. Jed­nak Gil­ga­mesz świad­czy o czymś prze­ciw­nym – wpraw­dzie pierw­sze za­pi­sa­ne frag­men­ty gli­nia­nych ta­bli­czek (no­tat­ki i za­pi­ski księ­go­we) na­szych przod­ków do­ty­czą biz­ne­su i woj­ny, ale pierw­sza za­pi­sa­na opo­wieść mówi o przy­go­dach i przy­jaź­ni.

O dzi­wo nie wspo­mi­na ani o pie­nią­dzach, ani o woj­nie. Na przy­kład w ca­łym epo­sie nikt ni­cze­go nie ku­pu­je ani nie sprze­da­je29. Ża­den kraj nie do­ko­nu­je na­jaz­du na inny, nie ma na­wet sło­wa o za­gro­że­niu prze­mo­cą. To opo­wieść o na­tu­rze, cy­wi­li­za­cji, bo­ha­ter­stwie, nie­po­słu­szeń­stwie, złu, wal­ce z bo­ga­mi, jak rów­nież o mą­dro­ści, nie­śmier­tel­no­ści i da­rem­no­ści dzia­łań.

Cho­ciaż jest to tekst ogrom­nie waż­ny, naj­wy­raź­niej zu­peł­nie umknął uwa­dze eko­no­mi­stów. Nie ma eko­no­micz­ne­go pi­śmien­nic­twa po­świę­co­ne­go Gil­ga­me­szo­wi. A tu wła­śnie na­po­ty­ka­my pierw­sze w na­szej cy­wi­li­za­cji my­śli eko­no­micz­ne, po­cząt­ki ta­kich kon­cep­cji jak ry­nek i nie­wi­dzial­na ręka, a tak­że pro­blem wy­ko­rzy­sty­wa­nia bo­gactw na­tu­ral­nych w celu mak­sy­ma­li­za­cji wy­daj­no­ści. Po­ja­wia się dy­le­mat do­ty­czą­cy roli uczuć, ter­min „po­stęp”, stan na­tu­ral­ny oraz te­mat po­dzia­łu pra­cy pod­czas bu­do­wa­nia daw­nych miast. To pierw­sza pró­ba zro­zu­mie­nia tego epo­su z punk­tu wi­dze­nia eko­no­mii30.

Na po­czą­tek za­ry­suj­my krót­ko hi­sto­rię epo­su o Gil­ga­me­szu (wkrót­ce zaj­mie­my się tym bar­dziej szcze­gó­ło­wo). Gil­ga­mesz to wład­ca mia­sta Uruk, po­sia­da nad­ludz­kie, pół­bo­skie wła­ści­wo­ści: „w dwóch trze­cich bo­giem bę­dą­cy”31. Opo­wieść za­czy­na się od opi­su im­po­nu­ją­cych, do­sko­na­łych, nie­śmier­tel­nych mu­rów ota­cza­ją­cych mia­sto zbu­do­wa­ne przez Gil­ga­me­sza. W ra­mach kary za bez­li­to­sne trak­to­wa­nie ro­bot­ni­ków i pod­wład­nych bo­go­wie stwa­rza­ją dzi­kie­go En­ki­du, aby po­wstrzy­mał Gil­ga­me­sza. Oni jed­nak za­przy­jaź­nia­ją się, sta­ją się nie­zwy­cię­żo­ną parą i wspól­nie do­ko­nu­ją bo­ha­ter­skich czy­nów. Póź­niej En­ki­du umie­ra, a Gil­ga­mesz wy­ru­sza na po­szu­ki­wa­nie nie­śmier­tel­no­ści. Omi­ja wie­le prze­szkód i pu­ła­pek, ale nie­śmier­tel­ność mu umy­ka – choć­by o włos. Opo­wieść koń­czy się tam, gdzie mia­ła swój po­czą­tek: pie­śnią wy­chwa­la­ją­cą mury Uruk.

BEZ­PRO­DUK­TYW­NA MI­ŁOŚĆ

Głów­ny wą­tek opo­wie­ści do­ty­czy tego, że Gil­ga­mesz bu­du­je mur, ja­kie­go nie uda­ło się zbu­do­wać jesz­cze ni­ko­mu. Sta­ra się wy­do­być ze swo­ich pod­wład­nych jak naj­wię­cej i chcąc za wszel­ką cenę pod­no­sić wy­daj­ność, za­ka­zu­je im na­wet kon­tak­tów z żo­na­mi i dzieć­mi. Lud skar­ży się więc bo­gom:

Ro­dzi­com Gil­ga­mesz sy­nów od­bie­ra! (…) Dzie­wi­ce od ich ma­tek bie­rze Gil­ga­mesz, po­czę­te z wo­jow­ni­ków, prze­zna­czo­ne dla męża32.

Po­wsta­ją­ce mia­sto ma bez­po­śred­ni wpływ na ota­cza­ją­ce je oko­li­ce. „Te­raz są­sia­dów z wio­ski dzie­lił dy­stans, nie byli zna­jo­my­mi ani rów­ny­mi so­bie. Zo­sta­li zre­du­ko­wa­ni do pod­mio­tów, któ­re żyją pod nad­zo­rem i kie­run­kiem żoł­nie­rzy, urzęd­ni­ków, rząd­ców, we­zy­rów i skarb­ni­ków, bez­po­śred­nio pod­le­głych kró­lo­wi”33.

Re­gu­ła niby tak od­le­gła, a jed­no­cze­śnie tak bli­ska. Do dzi­siaj re­la­cje mię­dzy­ludz­kie – a więc i sama ludz­kość – przy­po­mi­na­ją wi­zję z Gil­ga­me­sza. Na­wet dzi­siaj zga­dza­my się z po­glą­dem Gil­ga­me­sza, że re­la­cje mię­dzy­ludz­kie – a za­tem samo czło­wie­czeń­stwo – prze­szka­dza­ją w pra­cy i osią­ga­niu sku­tecz­no­ści. Że lu­dzie osią­ga­li­by lep­sze wy­ni­ki, gdy­by nie „mar­no­wa­li” cza­su i ener­gii na bez­pro­duk­tyw­ne rze­czy. Na­wet dzi­siaj cały aspekt czło­wie­czeń­stwa (re­la­cje mię­dzy­ludz­kie, mi­łość, przy­jaźń, za­mi­ło­wa­nie do pięk­na i sztu­ki itp.) uwa­ża­my za rze­czy nie­pro­duk­tyw­ne – z wy­jąt­kiem je­dy­nie spra­wy repro­duk­cji, któ­ra jako je­dy­na i to w sen­sie do­słow­nym jest pro­duk­tyw­na.

Mak­sy­ma­li­za­cja efek­tyw­no­ści za wszel­ką cenę przed­kła­da eko­no­micz­ny aspekt czło­wie­ka po­nad hu­ma­ni­stycz­ny i re­du­ku­je go do pro­duk­tyw­nej jed­nost­ki. Ide­al­nie wy­ra­ża to pięk­ne, po­cho­dzą­ce z ję­zy­ka cze­skie­go okre­śle­nie „ro­bot”Jako pierw­szy ter­mi­nu tego użył w 1920 roku cze­ski pi­sarz Ka­rel Ča­pek w dra­ma­cie scien­ce-fic­tion R. U.R. (Ros­sum’s Uni­ver­sal Ro­bots) o bun­cie sztucz­nych istot zbu­do­wa­nych do wy­ko­ny­wa­nia pra­cy za lu­dzi. Po­cząt­ko­wo Ča­pek chciał je na­zwać la­bo­ri, lecz jego brat Jo­seph (wy­bit­ny ar­ty­sta) uznał, że bar­dziej pa­su­je „ro­bot”.: wy­wo­dzi się ono ze sta­re­go cze­skie­go i sło­wiań­skie­go sło­wa „ro­bo­ta”, czy­li pra­ca. Czło­wiek trak­to­wa­ny je­dy­nie jako pra­cow­nik to „ro­bot”. Epos mógł­by świet­nie po­słu­żyć Ka­ro­lo­wi Mark­so­wi za przy­kład pre­hi­sto­rycz­ne­go wy­zy­sku i alie­no­wa­nia jed­nost­ki od ro­dzi­ny i sie­bie sa­me­go34.

Ty­ra­ni od nie­pa­mięt­nych cza­sów ma­rzy­li o rzą­dze­niu ludź­mi zre­du­ko­wa­ny­mi do funk­cji ro­bo­tów. Każ­dy de­spo­ta uwa­ża, że re­la­cje czło­wie­ka z przy­ja­ciół­mi i ro­dzi­ną szko­dzą jego wy­daj­no­ści. Pró­by re­du­ko­wa­nia go do jed­nost­ki pro­duk­cyj­no-kon­sump­cyj­nej wi­dać wy­raź­nie rów­nież w spo­łecz­nych uto­piach – czy ra­czej dys­to­piach. Eko­no­mii jako ta­kiej wy­star­cza tyl­ko czło­wiek-ro­bot, co pięk­nie – i bo­le­śnie – po­ka­zu­je mo­del homo eco­no­mi­cus, któ­ry jest je­dy­nie jed­nost­ką pro­duk­cyj­no-kon­sump­cyj­ną35. Oto kil­ka przy­kła­dów ta­kiej uto­pii albo dys­to­pii: Pla­ton w wy­obra­że­niu ide­al­ne­go pań­stwa nie po­zwa­lał ro­dzi­nom wy­cho­wy­wać wła­snych dzie­ci, któ­re, jego zda­niem, za­raz po uro­dze­niu po­win­ny tra­fiać do spe­cjal­nej in­sty­tu­cji36. Przy­po­mi­na to dys­to­pię z No­we­go wspa­nia­łe­go świa­ta Al­do­usa Hux­leya oraz Roku 1984 Geo­r­ge’a Or­wel­la. W oby­dwu po­wie­ściach uczu­cie i re­la­cje mię­dzy­ludz­kie (po­dob­nie jak wszel­kie prze­ja­wy oso­bo­wo­ści) są za­ka­za­ne i pod­le­ga­ją su­ro­wym ka­rom. Mi­łość i przy­jaźń są „nie­po­trzeb­ne”, bo bez­pro­duk­tyw­ne, a dla ustro­ju to­ta­li­tar­ne­go mogą być de­struk­cyj­ne (co szcze­gól­nie wi­dać w Roku 1984). Przy­jaźń jest nie­po­trzeb­na, bo za­rów­no jed­nost­ka, jak i spo­łe­czeń­stwo mogą się bez nich oby­wać37. Tak to ujął Cli­ve Sta­ples Le­wis: „Przy­jaźń jest tak samo nie­po­trzeb­na jak fi­lo­zo­fia albo sztu­ka (…) Nie jest to war­tość, któ­ra sprzy­ja­ła­by wal­ce o prze­trwa­nie, lecz ra­czej na­le­ży do tych rze­czy, któ­re na­da­ją tej wal­ce war­tość”38.

Kon­cep­cja ta jest w du­żym stop­niu bar­dzo bli­ska współ­cze­snym głów­nym nur­tom eko­no­mii. W neo­kla­sycz­nych mo­de­lach go­spo­dar­ki pra­ca ucho­dzi za wkład do pro­duk­cji. Jed­nak teo­rie eko­no­micz­ne nie po­tra­fią wpa­so­wać do tego mo­de­lu czło­wie­ka (ja­kież to ludz­kie!), lecz zna­ko­mi­cie pa­su­je do nich ro­bot. Jo­seph Sti­glitz mówi:

Jed­na z naj­więk­szych „sztu­czek” (nie­któ­rzy twier­dzą, że to „spo­strze­że­nie”) neo­kla­sycz­nych teo­rii eko­no­micz­nych po­le­ga na trak­to­wa­niu pra­cy jak każ­de­go in­ne­go ele­men­tu pro­duk­cji. Wy­nik jest za­pi­sy­wa­ny jako funk­cja wkła­du w po­sta­ci: sta­li, ma­szyn i pra­cy. Ma­te­ma­ty­cy trak­tu­ją pra­cę jak każ­dy inny to­war, bo dali się zwieść prze­ko­na­niu, że jest ona tym sa­mym co pla­stik albo stal. Ale pra­ca to do­bro zu­peł­nie in­ne­go ro­dza­ju. Stal nie wy­ma­ga spe­cjal­nych wa­run­ków pra­cy. Nie trosz­czy­my się o za­do­wo­le­nie sta­li39.

CE­DRY POD TO­PÓR

Ist­nie­je jed­nak coś, co czę­sto jest my­lo­ne z przy­jaź­nią, a cze­go spo­łe­czeń­stwo i go­spo­dar­ka bar­dzo po­trze­bu­je. Na­wet naj­star­sze kul­tu­ry zda­wa­ły so­bie spra­wę z war­to­ści zna­jo­mo­ści na ro­bo­czym po­zio­mie. Obec­nie mówi się o zna­jo­mo­ściach, so­li­dar­no­ści, ko­le­żeń­stwie, ko­lek­tyw­no­ści; albo je­śli ktoś woli okre­śle­nie bar­dziej tech­nicz­ne – „re­la­cje mniej­sze”. Są one dla spo­łe­czeń­stwa i firm waż­ne, bo gdy lu­dzie zna­ją się pry­wat­nie i są wo­bec sie­bie bar­dziej otwar­ci, pra­ca może być wy­ko­ny­wa­na szyb­ciej i sku­tecz­niej. Pra­ca ze­spo­ło­wa daje na­dzie­je na lep­sze wy­ni­ki i po­wsta­ły na­wet spe­cjal­ne fir­my świad­czą­ce usłu­gi w za­kre­sie team-bu­il­ding40.

Jed­nak praw­dzi­wa przy­jaźń, któ­ra jest głów­nym wąt­kiem Gil­ga­me­sza, to coś zu­peł­nie in­ne­go niż „pra­ca ze­spo­ło­wa”. Przy­jaźń, jak traf­nie za­uwa­żył C.S. Le­wis, to re­la­cja nie­eko­no­micz­na, nie­bio­lo­gicz­na, nie­po­trzeb­na cy­wi­li­za­cji (w od­róż­nie­niu od sto­sun­ków sek­su­al­nych lub mi­ło­ści ma­cie­rzyń­skiej, któ­re są ko­niecz­ne z punk­tu wi­dze­nia re­pro­duk­cji)41. Jed­nak to w re­la­cjach przy­ja­ciel­skich po­wsta­ją po­my­sły i kon­cep­cje – czę­sto jako przy­pad­ko­wy pro­dukt ubocz­ny – któ­re po­tra­fią zmie­nić ob­li­cze ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa42. Przy­ja­cie­le mogą wy­stę­po­wać wspól­nie prze­ciw­ko ja­kie­muś za­ko­rze­nio­ne­mu sys­te­mo­wi na­wet wów­czas, gdy każ­dy z nich osob­no nie miał­by od­wa­gi tego do­ko­nać.

Po­cząt­ko­wo Gil­ga­mesz uwa­ża przy­jaźń za coś zbęd­ne­go i bez­pro­duk­tyw­ne­go. Od­kry­wa jed­nak w niej nie­spo­dzie­wa­ne rze­czy, gdy sam za­przy­jaź­nia się z En­ki­du. Mamy tu wspa­nia­ły przy­kład re­la­cji, któ­ra po­tra­fi prze­kształ­cić (lub roz­bić) sys­tem i zmie­nić czło­wie­ka. En­ki­du zo­stał wy­sła­ny do Gil­ga­me­sza przez bo­gów w ra­mach kary, lecz w koń­cu sta­je się jego wier­nym przy­ja­cie­lem i wspól­nie wy­stę­pu­ją prze­ciw­ko bo­gom. Sam Gil­ga­mesz nig­dy nie ze­brał­by się na od­wa­gę, aby coś ta­kie­go uczy­nić, po­dob­nie jak En­ki­du. Przy­jaźń po­ma­ga­ła im prze­cho­dzić przez sy­tu­acje, w któ­rych osob­no ża­den z nich nie dał­by so­bie rady. W mi­tycz­nych dra­ma­tach czę­sto mamy do czy­nie­nia z sil­ny­mi wię­za­mi przy­jaź­ni. Re­li­gio­znaw­cy tak to opi­su­ją: przy­ja­cie­le „boją się i za­chę­ca­ją na­wza­jem do boju, szu­ka­ją po­ciech w swo­ich ma­rze­niach i pa­ra­li­żu­je ich nie­uchron­ność śmier­ci”43.

Wię­zy przy­jaź­ni i wspól­ne dą­że­nia po­wo­du­ją, że Gil­ga­mesz za­po­mi­na o bu­do­wa­niu muru obron­ne­go (po­rzu­ca w ten spo­sób swój naj­więk­szy cel) i, wy­ru­sza­jąc z mia­sta, opusz­cza bez­piecz­ne schro­nie­nie, swo­ją cy­wi­li­za­cję, zna­ny grunt (któ­ry sam stwo­rzył). Wy­ru­sza do dzi­kich la­sów, w któ­rych chce po­pra­wiać ład świa­ta – za­bić Chum­ba­bę, uoso­bie­nie zła.

Góry Lab­na­nu ce­dra­mi po­ro­słe, gdzie okrut­ny prze­by­wa Chum­ba­ba (…) Chodź, ubij­my go, przy­ja­cie­lu, wy­pędź­my ze świa­ta wsze­la­kie zło! (…) Wy­bio­rę się w góry, na­rą­bię ce­dru, imię swe utwier­dzę po wsze cza­sy44.

Za­trzy­maj­my się chwi­lę przy wy­ci­na­niu ce­drów. W sta­ro­żyt­nej Me­zo­po­ta­mii drew­no ce­dru było wy­so­ko ce­nio­ne. Wy­pra­wy po nie wią­za­ły się z nie­bez­pie­czeń­stwem i wy­ru­sza­li na nie tyl­ko naj­dziel­niej­si. W epo­sie nie­bez­pie­czeń­stwo to sym­bo­li­zu­je miesz­ka­ją­cy w le­sie Chum­ba­ba. „Straż­ni­kiem Ce­dro­we­go Boru był Chum­ba­ba, któ­re­go El­lil wy­zna­czył do obro­ny cen­ne­go Drew­na przed in­tru­za­mi”45. W epo­sie od­wa­gę Gil­ga­me­sza wzmac­nia za­miar wy­cię­cia ca­łe­go lasu (i zdo­by­cia w ten spo­sób ogrom­ne­go bo­gac­twa, do któ­re­go bo­ha­te­ro­wie mają pra­wo).

Oprócz tego ce­dry ucho­dzi­ły za drze­wa świę­te, a ce­dro­we lasy za świą­ty­nię boga Sza­ma­sza. Dzię­ki przy­jaź­ni Gil­ga­mesz i En­ki­du od­wa­ży­li się sta­wić czo­ło bo­gom i za­mie­nić świę­te drze­wa w zwy­czaj­ny, po­zy­ska­ny nie­mal dar­mo, bu­du­lec słu­żą­cy do bu­do­wy mia­sta bę­dą­ce­go czę­ścią cy­wi­li­za­cji ma­te­rial­nej, a za­tem „za­pa­no­wa­li” nad czymś, co było ele­men­tem dzi­kiej na­tu­ry. To pięk­ny przy­kład prze­su­wa­nia gra­nic po­mię­dzy sa­crum i pro­fa­num, a do pew­ne­go stop­nia tak­że sta­ro­żyt­na ilu­stra­cja kon­cep­cji, że na­tu­ra ist­nie­je, aby do­star­czać su­row­ców i środ­ków pro­duk­cji lu­dziom i mia­stom46. „Ścię­cie ce­drów ucho­dzi za­zwy­czaj za «cy­wi­li­za­cyj­ny suk­ces», po­nie­waż w Uruk bra­ko­wa­ło drew­na na bu­do­wę. Gil­ga­mesz ucho­dzi za tego, któ­ry za­pew­nił mia­stu ten ma­te­riał. Czyn ten za­po­wia­da tak­że na­sze «suk­ce­sy cy­wi­li­za­cji» któ­re za­mie­nia­ją w su­row­ce, pół­pro­duk­ty i to­wa­ry nie tyl­ko drze­wa, ale i or­ga­ni­zmy żywe. (…) Prze­kształ­ca­jąc ko­smicz­ne drze­wo w ma­te­riał bu­dow­la­ny, Gil­ga­mesz dał nam przy­kład, któ­ry gor­li­wie na­śla­du­je­my”47.

Tu­taj je­ste­śmy świad­kiem waż­nej zmia­ny dzie­jo­wej: lu­dzie za­czy­na­ją bar­dziej na­tu­ral­nie czuć się w nie­na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku – czy­li w mie­ście. W Me­zo­po­ta­mii lu­dzie miesz­ka­li w mia­stach, He­braj­czy­cy (jak zo­ba­czy­my póź­niej) nadal żyli bli­żej na­tu­ry, bo po­cząt­ko­wo pro­wa­dzi­li ko­czow­ni­czy tryb ży­cia. Za­czę­ło się od Ba­bi­loń­czy­ków, dla któ­rych te­re­ny za­miej­skie sta­ły się źró­dłem za­so­bów na­tu­ral­nych (a lu­dzie – źró­dłem za­so­bów ludz­kich). Na­tu­ra nie była ogro­dem, w któ­rym czło­wiek zo­stał stwo­rzo­ny, o któ­ry po­wi­nien dbać i w któ­rym po­wi­nien miesz­kać, a sta­ła się zwy­kłym ma­ga­zy­nem su­row­ców.

Opo­wieść o wy­pra­wie Gil­ga­me­sza i En­ki­du do Chum­ba­by ma jesz­cze je­den aspekt, któ­ry przy­spa­rzał Gil­ga­me­szo­wi chwa­ły. Le­gen­dy przy­pi­sy­wa­ły mu od­kry­cie kil­ku pu­styn­nych oaz, któ­re uła­twia­ły kup­com po­dró­żo­wa­nie po sta­ro­żyt­nej Me­zo­po­ta­mii. „Od­kry­cie róż­nych źró­deł i oaz, któ­re umoż­li­wia­ły prze­mie­rza­nie pu­sty­ni ze środ­ko­we­go Eu­fra­tu do Li­ba­nu mu­sia­ło zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać po­dró­żo­wa­nie w Me­zo­po­ta­mii na da­le­kie od­le­gło­ści. Sko­ro zgod­nie z tra­dy­cją Gil­ga­mesz jako pierw­szy wy­ru­szył w po­dróż do Ce­dro­we­go Boru, to zgod­nie z lo­gi­ką jemu na­le­ża­ło przy­pi­sać od­kry­cie tech­nik prze­trwa­nia umoż­li­wia­ją­cych po­dró­żo­wa­nie po pu­sty­ni”48. Gil­ga­mesz zo­stał bo­ha­te­rem nie tyl­ko ze wzglę­du na swą siłę, ale tak­że dzię­ki czy­nom i od­kry­ciom, któ­re były waż­ne dla znacz­nej czę­ści go­spo­dar­ki – wy­cię­ciu ce­dro­we­go boru po­zwa­la­ją­ce­go na bez­po­śred­nie po­zy­ska­nie su­row­ca bu­dow­la­ne­go, po­wstrzy­ma­niu En­ki­du przed zruj­no­wa­niem go­spo­dar­ki Uruk i od­kry­ciu pod­czas wy­praw no­wych szla­ków przez pu­sty­nię.

PO­MIĘ­DZY ZWIE­RZĘ­CIEM I RO­BO­TEM: CZŁO­WIEK

Pod­po­rząd­ko­wa­nie so­bie dzi­kiej na­tu­ry było czy­nem, na któ­ry Gil­ga­mesz zdo­był się dzię­ki przy­jaź­ni z En­ki­du. Ge­ne­ral­nie jed­nak bunt prze­ciw­ko bo­gom pa­ra­dok­sal­nie po­mógł w re­ali­za­cji ich pier­wot­ne­go pla­nu: dzię­ki przy­jaź­ni z dzi­kim En­ki­du Gil­ga­mesz zre­zy­gno­wał z bu­do­wy muru. Jed­no­cze­śnie na wła­snym przy­kła­dzie udo­wod­nił swo­ją teo­rię, że związ­ki z ludź­mi prze­szka­dza­ją w bu­do­wie słyn­ne­go muru. Gil­ga­mesz zo­sta­wił mur nie­do­koń­czo­ny i wraz z przy­ja­cie­lem wy­ru­szył „za mur”. Za­miast dą­żyć do uzy­ska­nia nie­śmier­tel­no­ści dzię­ki mu­ro­wi, chciał do­ko­nać tego bo­ha­ter­ski­mi czy­na­mi.

Przy­jaźń zmie­ni­ła za­rów­no Gil­ga­me­sza, jak i En­ki­du. Gil­ga­mesz z zim­ne­go i znie­na­wi­dzo­ne­go ty­ra­na, któ­ry trak­tu­je lu­dzi jak ro­bo­ty, zmie­nił się w czło­wie­ka uczu­cio­we­go. Zo­sta­wił swą py­chę za mu­ra­mi Uruk i, słu­cha­jąc swo­ich zwie­rzę­cych in­stynk­tów, udał się na po­szu­ki­wa­nie przy­gód w dzi­czy49. Wpraw­dzie J.M. Key­nes ro­zu­miał pod tym okre­śle­niem spon­ta­nicz­ny im­puls do dzia­ła­nia; nie­ko­niecz­nie cho­dzi­ło mu o my­śle­nie ka­te­go­ria­mi zwie­rzę­cy­mi. Jed­nak w ta­kim kon­tek­ście po­win­ni­śmy za­pew­ne za­sta­no­wić się nad zwie­rzę­cym aspek­tem na­szej (rze­ko­mo ra­cjo­nal­no-eko­no­micz­nej) oso­bo­wo­ści. Zwie­rzę­cość En­ki­du prze­nio­sła się na Gil­ga­me­sza (od­po­wie­dzie­li na zew przy­go­dy i wy­ru­szy­li z mia­sta do dzi­kiej na­tu­ry).

A na czym po­le­ga­ła zmia­na En­ki­du? O ile Gil­ga­mesz był sym­bo­lem nie­mal bo­skiej do­sko­na­ło­ści, cy­wi­li­za­cji i ty­ra­na, któ­ry za­miast pod­da­nych wi­dzi ma­szy­ny, o tyle En­ki­du na po­cząt­ku re­pre­zen­to­wał zu­peł­nie prze­ciw­ny bie­gun. Był uoso­bie­niem zwie­rzę­co­ści, nie­prze­wi­dy­wal­no­ści, nie­ujarz­mie­nia i dzi­ko­ści. Jego ani­ma­li­stycz­ny cha­rak­ter prze­ja­wiał się tak­że w wy­glą­dzie: „Na ca­łym cie­le swo­im sier­ścią po­ro­sły (…) Wło­sy mu ster­czą jak psze­ni­ca”50. W przy­pad­ku En­ki­du przy­jaźń z Gil­ga­me­szem ozna­cza­ła kul­mi­na­cję pro­ce­su sta­wa­nia się czło­wie­kiem. Oby­dwaj – choć z zu­peł­nie in­nych po­zy­cji – sta­li się bar­dziej ludz­cy.

Tu­taj war­to spoj­rzeć na tę opo­wieść z psy­cho­lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia: „En­ki­du jest al­ter ego Gil­ga­me­sza, ciem­nym, zwie­rzę­cym aspek­tem jego du­szy, nie­spo­koj­nym uzu­peł­nie­niem ser­ca. Spo­ty­ka­jąc En­ki­du, Gil­ga­mesz zmie­nia się ze znie­na­wi­dzo­ne­go ty­ra­na w obroń­cę mia­sta. (…) Przy­jaźń uczło­wie­cza każ­de­go z nich i za­rów­no pół­bóg, jak i pół­zwierz sta­ją się bar­dziej po­dob­ni do nas”51. Naj­wy­raź­niej ist­nie­ją w czło­wie­ku dwie skłon­no­ści – eko­no­micz­na, ra­cjo­nal­na skłon­ność do kon­tro­li, opty­ma­li­za­cji, po­pra­wy wy­daj­no­ści itd., a dru­ga dzi­ka, zwie­rzę­ca, nie­prze­wi­dy­wal­na i bru­tal­na. Być czło­wie­kiem ozna­cza być gdzieś po­mię­dzy albo być i jed­nym, i dru­gim. Wró­ci­my do tego te­ma­tu w dru­giej czę­ści książ­ki.

PIĆ PIWO ZGOD­NIE ZE ZWY­CZA­JEM KRA­JU

W jaki spo­sób En­ki­du sta­wał się czło­wie­kiem cy­wi­li­zo­wa­nym? Na po­cząt­ku Gil­ga­mesz za­sta­wił na nie­go pu­łap­kę. Nie­rząd­ni­ca Szam­chat do­sta­ła po­le­ce­nie: „uczyń mu, dzi­kie­mu, spra­wę ko­bie­cą”52, a gdy po sze­ściu dniach i sied­miu no­cach upra­wia­nia sek­su En­ki­du wstał, nic już nie było ta­kie jak daw­niej.

Aż mi­ło­ścią się na­sy­ciw­szy, na zwie­rzę­ta swo­je zwró­cił ob­li­cze. Zo­ba­czyw­szy En­ki­du, w skok pierz­chły ga­ze­le. Od cia­ła jego w trwo­dze pierz­chła zwie­rzy­na ste­pu53.

Cia­ło ma sła­be! Nogi mu w zie­mię wro­sły54.

Ob­ła­ska­wił się En­ki­du, już nie bę­dzie bie­gał jak nie­gdyś, zy­skał za to ro­zum i sły­sze­nie swo­je roz­sze­rzył55.

W koń­cu En­ki­du tra­ci swą zwie­rzę­cą na­tu­rę, bo „od jego cia­ła w trwo­dze pierz­chła zwie­rzy­na ste­pu”56. Zo­stał spro­wa­dzo­ny do mia­sta i odzia­ny, do­stał chle­ba i piwa.

Jedz chleb, En­ki­du, tak to jest w ży­ciu!

Pij na­pi­tek chmie­lo­ny, taki jest świat!57.

Co ta­kie­go za­szło, że „do lu­dzi stał się po­dob­ny”?58. Zo­stał przy­ję­ty do spo­łe­czeń­stwa (wy­spe­cja­li­zo­wa­ne­go), któ­re dało mu coś, cze­go nie była w sta­nie za­pew­nić dzi­ka na­tu­ra. Od­su­nął się od niej i wkro­czył za mury mia­sta. W ten spo­sób stał się czło­wie­kiem. I była to zmia­na bez­pow­rot­na. Nie mógł wró­cić do po­przed­nie­go ży­cia, bo „od cia­ła jego w trwo­dze pierz­cha zwie­rzy­na ste­pu”59. Na­tu­ra nie po­zwa­la wró­cić do sie­bie ko­muś, kto opu­ścił jej łono. „Na­tu­ra, od któ­rej daw­no temu czło­wiek się od­su­nął, po­zo­sta­ła na ze­wnątrz, poza miej­ski­mi mu­ra­mi. Po­zo­sta­je obca i ra­czej nie­przy­ja­zna”60.

Tym mo­men­tem przej­ścia ze sta­nu zwie­rzę­ce­go do ludz­kie­go naj­star­szy za­cho­wa­ny epos świa­ta prze­ka­zu­je nam coś bar­dzo waż­ne­go. Wi­dzi­my tam, jak wcze­sne kul­tu­ry po­strze­ga­ły po­czą­tek cy­wi­li­za­cji. Epos po­ka­zu­je tak­że róż­ni­cę po­mię­dzy ludź­mi i zwie­rzę­ta­mi – lub ra­czej ludź­mi cy­wi­li­zo­wa­ny­mi a dzi­ki­mi. Opi­su­je na­ro­dzi­ny świa­do­mo­ści cy­wi­li­zo­wa­ne­go czło­wie­ka. Je­ste­śmy świad­ka­mi wy­zwo­le­nia czło­wie­czeń­stwa ze zwie­rzę­co­ści, któ­re przy­po­mi­na ocio­sy­wa­nie rzeź­by z ka­mie­nia. Ze sta­nu, w któ­rym En­ki­du za­spo­ka­ja swo­je po­trze­by za po­mo­cą na­tu­ry, jed­nak bez dą­że­nia do jej prze­kształ­ca­nia, prze­no­si się do mia­sta – pro­to­ty­pu cy­wi­li­za­cji i ży­cia w sztucz­nym śro­do­wi­sku poza na­tu­rą. „Da­lej bę­dzie żył w mie­ście, w świe­cie stwo­rzo­nym przez czło­wie­ka, bę­dzie wiódł ży­cie bo­ga­te, bez­piecz­ne i wy­god­ne, bę­dzie miał chleb i piwo, nie­zna­ne stra­wy pra­co­wi­cie przy­go­to­wy­wa­ne ludz­ką ręką”61.

W ca­łej hi­sto­rii kul­tu­ry do­mi­nu­ją dą­że­nia do unie­za­leż­nie­nia się od ka­pry­sów na­tu­ry62. Im bar­dziej roz­wi­nię­ta cy­wi­li­za­cja, tym bar­dziej czło­wiek jest chro­nio­ny przed na­tu­rą i jej wpły­wa­mi; i tym le­piej wie, jak stwo­rzyć wo­kół sie­bie sta­bil­ne i moż­li­we do opa­no­wa­nia śro­do­wi­sko, któ­re bę­dzie mu się po­do­bać. Na­sze menu nie za­le­ży już od zbio­rów, pór roku ani po­lo­wa­nia. W do­mach uda­je nam się utrzy­my­wać sta­łą tem­pe­ra­tu­rę nie­za­leż­nie od tego, czy na dwo­rze mamy prze­ni­kli­wy chłód czy nie­zno­śny skwar.

Pierw­sze pró­by sta­bi­li­za­cji wa­run­ków ży­cia do­strze­ga­my już w Gil­ga­me­szu. Naj­lep­szym przy­kła­dem jest sam mur oka­la­ją­cy Uruk, dzię­ki któ­re­mu mia­sto to mo­gło stać się ko­leb­ką cy­wi­li­za­cji63. Sta­bi­li­za­cja do­ty­czy tak­że dzia­łal­no­ści czło­wie­ka i jego pra­cy. Czło­wiek osią­ga lep­sze wy­ni­ki, je­śli wy­spe­cja­li­zu­je się w jed­nej dzie­dzi­nie, a je­że­li może po­le­gać, że dzię­ki pra­cy in­nych lu­dzi za­spo­koi swo­je po­zo­sta­łe po­trze­by, spo­łe­czeń­stwo się bo­ga­ci. Daw­no mi­nę­ły cza­sy, w któ­rych każ­dy sam mu­siał szyć so­bie ubra­nia i buty, sam po­lo­wać, upra­wiać rolę, przy­go­to­wy­wać je­dze­nie, znaj­do­wać źró­dło pit­nej wody i bu­do­wać dach nad gło­wą64. Role te prze­ję­ła spe­cja­li­za­cja ryn­ko­wa (funk­cjo­nu­ją­ca dłu­go przed Ada­mem Smi­them, któ­ry uwa­żał ją za głów­ne źró­dło bo­gac­twa na­ro­dów65). Tak więc każ­dy spe­cja­li­zu­je się w tym, co, jego zda­niem, bę­dzie dla spo­łe­czeń­stwa naj­cen­niej­sze, a za­spo­ko­je­nie resz­ty swo­ich po­trzeb po­zo­sta­wia in­nym.

Epos o Gil­ga­me­szu po­ka­zu­je je­den z więk­szych sko­ków w po­stę­pie po­dzia­łu pra­cy. Samo Uruk na­le­ży do naj­star­szych miast, a hi­sto­ria opi­sa­na w epo­sie przed­sta­wia dzie­jo­wy krok na dro­dze do no­wej or­ga­ni­za­cji spo­łecz­nej w mie­ście. Dzię­ki mu­rom miej­skim lu­dzie mogą po­świę­cać się rze­czom in­nym niż oba­wy o swo­je bez­pie­czeń­stwo, mogą też jesz­cze bar­dziej za­wę­żać swo­ją spe­cja­li­za­cję. Wi­dać rów­nież, o ile trwal­sze jest mia­sto oto­czo­ne mu­ra­mi. Za nimi ży­cie ludz­kie osią­ga inny wy­miar i na­tu­ral­ne sta­je się po­dej­mo­wa­nie rze­czy, któ­re wy­kra­cza­ją poza dłu­gość ży­cia po­je­dyn­czej jed­nost­ki. „Miej­skie mury nie tyl­ko sym­bo­li­zo­wa­ły, ale fak­tycz­nie za­pew­nia­ły trwa­łość mia­sta jako in­sty­tu­cji, któ­ra bę­dzie ist­nieć za­wsze i daje swo­im miesz­kań­com po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, a jed­no­cze­śnie po­zwa­la im in­we­sto­wać z my­ślą znacz­nie wy­kra­cza­ją­cą poza gra­ni­ce ży­cia in­dy­wi­du­al­ne­go czło­wie­ka. Mury wspie­ra­ły po­wo­dze­nie i bo­gac­two Uruk. Lu­dzie z pro­win­cji będą ich po­dzi­wiać, a na pew­no będą im za­zdro­ścić”66.

Z punk­tu wi­dze­nia eko­no­mii bu­do­wa for­ty­fi­ka­cji miej­skich wpro­wa­dza istot­ne zmia­ny. Oprócz za­wę­ża­nia spe­cja­li­za­cji miesz­kań­ców po­ja­wia się tak­że „moż­li­wość upra­wia­nia rze­miosł i han­dlu, dzię­ki któ­rym czło­wiek może się bo­ga­cić – i oczy­wi­ście może po­pa­dać w bie­dę. Moż­li­wość za­ra­bia­nia na ży­cie tych, któ­rzy nie mają zie­mi, młod­szych sy­nów, wy­rzut­ków, spe­ku­lan­tów i po­szu­ki­wa­czy przy­gód z ca­łe­go świa­ta”67.

Wszyst­ko ma jed­nak swo­ją cenę. Dar­mo­wych obia­dów nie ma, na­wet w cza­sach pro­spe­ri­ty, któ­re za­pew­nia spe­cja­li­za­cja. Za unie­za­leż­nie­nie od ka­pry­sów na­tu­ry za­pła­ci­li­śmy uza­leż­nie­niem od spo­łe­czeń­stwa i cy­wi­li­za­cji. Im bar­dziej za­awan­so­wa­ne spo­łe­czeń­stwo jako ca­łość, tym słab­sze zdol­no­ści jego przed­sta­wi­cie­li do prze­ży­cia in­dy­wi­du­al­ne­go. Im da­lej po­su­nię­ta spe­cja­li­za­cja w spo­łe­czeń­stwie, tym od więk­szej licz­by osób je­ste­śmy za­leż­ni68.

En­ki­du był w sta­nie prze­żyć w na­tu­rze nie­za­leż­nie, bez ni­czy­jej po­mo­cy, swo­bod­nie, po­nie­waż:

O lu­dziach i świe­cie nie wie­dział (…) Z ga­ze­la­mi po­spo­łu kar­mi się tra­wą, wodę chłep­tać się tło­czy ze zwie­rzę­ta­mi, z dzi­kim by­dłem wodą cie­szy swe ser­ce69.

Przy­po­mi­nał zwie­rzę. Nie na­le­żał do żad­ne­go na­ro­du, nie był przy­pi­sa­ny do żad­nej zie­mi. Wła­sny­mi czy­na­mi za­spa­ka­jał wszyst­kie swo­je po­trze­by. Był bez cy­wi­li­za­cji. Nie­cy­wi­li­zo­wa­ny. I znów do­strze­ga­my za­sa­dę „coś za coś”. En­ki­du jest sa­mo­wy­star­czal­ny (jak wie­le zwie­rząt), ale w za­mian (i do­kład­nie z tego po­wo­du), jego po­trze­by ogra­ni­cza­ją się do mi­ni­mum. Po­trze­by zwie­rząt w po­rów­na­niu z ludz­ki­mi są zni­ko­me. Na­to­miast lu­dzie nie są w sta­nie za­spo­ko­ić swo­ich po­trzeb na­wet dzię­ki bo­gac­twu i tech­no­lo­gii dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku. Moż­na za­tem po­wie­dzieć, że En­ki­du w swo­im na­tu­ral­nym sta­nie był szczę­śli­wy, bo miał za­spo­ko­jo­ne wszyst­kie po­trze­by. Z ko­lei w przy­pad­ku lu­dzi, im ktoś bo­gat­szy i bar­dziej za­awan­so­wa­ny w roz­wo­ju, tym wię­cej ma po­trzeb (w tym tych nie­na­sy­co­nych). Teo­re­tycz­nie je­śli kon­su­ment coś ku­pu­je, to po­wi­nien za­spo­ko­ić jed­ną ze swo­ich po­trzeb i suma rze­czy po­trzeb­nych po­win­na zmniej­szyć się o jed­ną. W rze­czy­wi­sto­ści suma „chcę mieć” ro­śnie rów­no­cze­śnie z sumą wszyst­kich „mam”. War­to tu za­cy­to­wać eko­no­mi­stę Geo­r­gea Sti­gle­ra, któ­ry zda­wał so­bie spra­wę z tego nie­na­sy­ce­nia czło­wie­ka. „Prze­cięt­ny czło­wiek pra­gnie nie za­spo­ko­je­nia po­sia­da­nych pra­gnień, lecz pra­gnień lep­szych i więk­szych”70.

Przed­sta­wio­na w Gil­ga­me­szu zmia­na wa­run­ków ze­wnętrz­nych (przej­ście z dzi­kiej na­tu­ry do mia­sta) ści­śle wią­że się ze zmia­na­mi we­wnętrz­ny­mi – z dzi­ku­sa w oso­bę cy­wi­li­zo­wa­ną. Mury wo­kół mia­sta Uruk sym­bo­li­zu­ją mię­dzy in­ny­mi we­wnętrz­ne dy­stan­so­wa­nie się od na­tu­ry, bunt prze­ciw­ko pod­le­ga­niu pra­wom, nad któ­ry­mi czło­wiek nie pa­nu­je, lecz może je naj­wy­żej od­kry­wać i wy­ko­rzy­stać z ko­rzy­ścią dla sie­bie.

„Prak­tycz­ny cel ist­nie­nia muru ma swo­je od­zwier­cie­dle­nie we wnę­trzu czło­wie­ka: for­mo­wa­nie się świa­do­mo­ści swo­je­go ego rów­nież słu­ży w pew­nym sen­sie od­dzie­le­niu się od psy­chi­ki in­nych. Waż­ną ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną ego jest jego de­fen­syw­ność. Gil­ga­mesz po­ka­zu­je tak­że izo­la­cję czło­wie­ka od śro­do­wi­ska na­tu­ral­ne­go, za­rów­no ze­wnętrz­ną jak we­wnętrz­ną”71. Na­to­miast izo­la­cja umoż­li­wia roz­wi­ja­nie się no­wych, nie­zna­nych do­tąd form re­la­cji z miej­skim spo­łe­czeń­stwem. „Wzmoc­nie­nie ener­gii czło­wie­ka, roz­rost jego ego (…) oraz dy­fe­ren­cja­cja w wie­lu punk­tach struk­tu­ry miej­skiej, to aspek­ty tej sa­mej trans­for­ma­cji: roz­wo­ju cy­wi­li­za­cji”72.

NA­TU­RAL­NA NA­TU­RA

Gdy roz­ma­wia­my o mie­ście i na­tu­rze, na­sze sko­ja­rze­nia mogą po­dą­żyć w jesz­cze jed­nym kie­run­ku, któ­ry oka­zu­je się bar­dzo przy­dat­ny; zwłasz­cza przy póź­niej­szych po­rów­na­niach my­śli he­braj­skiej i chrze­ści­jań­skiej. Na­tu­rę sym­bo­li­zu­je nam pe­wien na­tu­ral­ny stan, w któ­rym się ro­dzi­my, a mia­sto sta­no­wi sym­bol kom­plet­ne­go prze­ci­wień­stwa – cy­wi­li­za­cji, roz­wo­ju, po­stę­pu i wy­pa­cza­nia na­tu­ry.

W ca­łym epo­sie po­ja­wia się nie­wy­po­wie­dzia­ne prze­sła­nie, że po­stęp i roz­wój cy­wi­li­za­cji za­cho­dzi w mie­ście, któ­re sta­no­wi praw­dzi­we „na­tu­ral­ne” miej­sce za­miesz­ka­nia czło­wie­ka. Z tej per­spek­ty­wy na­tu­ra nie jest dla nas śro­do­wi­skiem na­tu­ral­nym. Do­mem nie tyl­ko lu­dzi, ale i bo­gów jest mia­sto.

Rzekł Utna­pisz­tim,do Gil­ga­me­sza: (…) Mia­sto Szu­rup­pak, gród to­bie zna­jo­my, na brze­gu Pu­rat­tu po­ło­żo­ny, to sta­re mia­sto, bli­sko tam do bo­gów. (…) ser­ce ich pra­gnę­ło po­top uczy­nić73.

W na­tu­rze żyją zwie­rzę­ta i dzi­kus En­ki­du. W na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku czło­wiek cho­dzi na po­lo­wa­nie, zbie­ra dary na­tu­ry albo zbie­ra plo­ny. Na­tu­ra ma za­spo­ka­jać po­trze­by i nic wię­cej. Po­tem czło­wiek wra­ca do mia­sta spać i być „czło­wie­kiem”. W na­tu­rze miesz­ka zło. Chum­ba­ba re­zy­du­je w ce­dro­wym bo­rze, któ­ry z tego po­wo­du na­le­ży cał­ko­wi­cie wy­ciąć. Na ło­nie na­tu­ry miesz­ka dzi­ki En­ki­du, któ­ry wy­glą­da jak czło­wiek, lecz ze wzglę­du na swo­je po­wią­za­nia z na­tu­rą jest zwie­rzę­ciem – nie miesz­ka w mie­ście, nie moż­na nad nim pa­no­wać74 i po­wo­du­je szko­dy. Mia­sto sym­bo­li­zu­ją­ce lu­dzi, cy­wi­li­za­cję i ze­rwa­nie z na­tu­rą trze­ba od­se­pa­ro­wać od oto­cze­nia za po­mo­cą po­tęż­ne­go muru. Wpro­wa­dza­jąc się do mia­sta, En­ki­du sta­je się czło­wie­kiem.

W epo­sie na­tu­ral­ny stan rze­czy, taki jak przy na­ro­dze­niu, jest więc nie­do­sko­na­ły i zły. Na­szą na­tu­rę trze­ba pod­dać trans­for­ma­cji, ucy­wi­li­zo­wać, ukul­tu­ral­nić i wal­czyć z nią. Za­tem z punk­tu wi­dze­nia sym­bo­li­ki pre­zen­to­wa­nej w epo­sie mo­że­my wnio­sko­wać, że na­sza na­tu­ra jest nie­wy­star­cza­ją­ca i zła, a do­bro (czło­wie­czeń­stwo) po­ja­wia się do­pie­ro wów­czas, gdy od­ci­na­my się od na­tu­ry po­przez wy­kształ­ce­nie i ukul­tu­ral­nie­nie. Czło­wie­czeń­stwo jest utoż­sa­mia­ne z cy­wi­li­za­cją.

Aby jesz­cze peł­niej przed­sta­wić kon­trast, po­rów­naj­my du­alizm mia­sto-na­tu­ra z póź­niej­szą fi­lo­zo­fią he­braj­czy­ków. W Sta­rym Te­sta­men­cie te re­la­cje wy­glą­da­ją zu­peł­nie in­a­czej. Czło­wiek (ludz­kość) zo­stał stwo­rzo­ny przez na­tu­rę w ogro­dzie. Po­wi­nien dbać o Ogród Ede­nu i żyć w har­mo­nii z na­tu­rą oraz zwie­rzę­ta­mi. Za­raz po stwo­rze­niu czło­wiek bez wsty­du cho­dził nagi, czy­li de fac­to jak zwie­rzę­ta. Cha­rak­te­ry­stycz­ne, że czło­wiek ubie­ra się (stan na­tu­ral­ny mu nie wy­star­cza) i po upad­ku ze wsty­du się okry­wa75 (do­słow­nie i w prze­no­śni)76. Za­kła­da­nie ubio­ru ze wsty­du za nasz stan na­tu­ral­ny, za stan przy­ro­dzo­ny, za na­gość, od­dzie­la czło­wie­ka od zwie­rząt i swo­je­go przy­ro­dzo­ne­go sta­nu. Gdy póź­niej pro­ro­cy Sta­re­go Te­sta­men­tu mó­wią o po­wro­cie do raju, rów­nież przed­sta­wia­ją ży­cie w har­mo­nii z na­tu­rą:

Wte­dy wilk za­miesz­ka wraz z ba­ran­kiem, pan­te­ra z koź­lę­ciem ra­zem le­żeć będą, cie­lę i lew paść się będą spo­łem i mały chło­piec bę­dzie je po­ga­niał. Kro­wa i niedź­wie­dzi­ca prze­sta­wać będą przy­jaź­nie, mło­de ich ra­zem będą le­ga­ły. Lew też jak wół bę­dzie ja­dał sło­mę. Nie­mow­lę igrać bę­dzie w no­rze ko­bry, dziec­ko wło­ży swą rękę do kry­jów­ki żmii77.

I GRZESZ­NA CY­WI­LI­ZA­CJA?

Na­to­miast spo­mię­dzy wer­se­tów Sta­re­go Te­sta­men­tu moż­na wy­czy­tać nie­chęć do cy­wi­li­za­cji miej­skiej i osia­dłe­go try­bu ży­cia. To „zły” rol­nik Kain (upra­wa roli wy­ma­ga­ła osia­dłe­go, miej­skie­go sty­lu ży­cia) za­bi­ja pa­ste­rza Abla (ło­wiec­two i wy­pa­sa­nie zwie­rząt to za­ję­cia zwią­za­ne z ży­ciem wę­drow­nym, nie­wy­ma­ga­ją­ce za­kła­da­nia miast, na­to­miast po­le­ga­ją­ce na cią­głym prze­miesz­cza­niu od jed­nych te­re­nów ło­wiec­kich i pa­ster­skich do dru­gich). Po­dob­ny wy­dźwięk ma opo­wieść o ży­ją­cym w sta­bi­li­za­cji Ja­ku­bie, któ­ry wy­wo­dzi w pole78 bra­ta Eza­wa79, po­zba­wia­jąc go przy­wi­le­jów pier­wo­ródz­twa.

Czę­sto mia­sto było (zwłasz­cza w sta­rych tek­stach ży­dow­skich) sym­bo­lem zła, de­ge­ne­ra­cji i de­ka­den­cji – rze­czy nie­ludz­kich. He­braj­czy­cy byli na­ro­dem no­ma­dów uni­ka­ją­cych miast. Nie przy­pad­kiem pierw­sze waż­ne mia­sto80 wy­mie­nio­ne w Bi­blii to Ba­bi­lon81, któ­ry wkrót­ce Bóg za­mie­nia w pył. Gdy dla Abra­ha­ma i Lota pa­stwi­ska oka­za­ły się za małe, Abra­ham wy­ru­szył da­lej na pu­sty­nię, aby wieść ży­cie wę­drow­ne, a Lot po­sta­no­wił zwią­zać swo­ją przy­szłość z mia­stem (So­do­ma i Go­mo­ra). Ze­psu­cia pa­nu­ją­ce­go w tych mia­stach nie trze­ba ni­ko­mu przy­po­mi­nać.

Sta­ry Te­sta­ment uwznio­śla na­tu­rę za po­mo­cą po­ezji. W Gil­ga­me­szu to rzecz nie­spo­ty­ka­na. Sta­ro­te­sta­men­to­wa Pieśń Sa­lo­mo­na opi­su­je stan za­ko­cha­nych za po­mo­cą sym­bo­li na­wią­zu­ją­cych do świa­ta na­tu­ry. Nie przy­pad­kiem wszyst­kie pięk­ne chwi­le za­ko­cha­ni prze­ży­wa­ją na ło­nie na­tu­ry, za mia­stem, w win­ni­cy albo ogro­dzie. W mia­stach zaś do­cho­dzi do nie­przy­jem­nych zda­rzeń: straż­nik bije i po­ni­ża swo­ją ko­chan­kę, za­ko­cha­ni nie mogą od­na­leźć się w mie­ście. Na­to­miast na ło­nie na­tu­ry, w win­ni­cy, ogro­dzie (przy­po­mi­na­ją­cym chwi­le stwo­rze­nia) jest bez­piecz­nie; ko­chan­ko­wie mogą być sam na sam ze sobą i nikt im nie prze­szka­dza.

Krót­ko mó­wiąc, dla He­braj­czy­ków na­tu­ra i na­tu­ral­ność mają po­zy­tyw­ny wy­dźwięk, a cy­wi­li­za­cja miej­ska – ne­ga­tyw­ny. Pierw­szy oł­tarz dla Boga cią­gle wę­dro­wał, a był usta­wia­ny tyl­ko w na­mio­cie (stąd na­zwa ta­ber­na­ku­lum). Zu­peł­nie jak­by cy­wi­li­za­cja wy­łącz­nie psu­ła czło­wie­ka – im bli­żej na­tu­ry, tym wię­cej czło­wie­czeń­stwa. Czło­wiek w swym na­tu­ral­nym sta­nie nie po­trze­bu­je cy­wi­li­za­cji, aby być do­bry. Naj­wy­raź­niej dla He­braj­czy­ków, in­a­czej niż w Gil­ga­me­szu, zło znaj­du­je się w ob­rę­bie miej­skich mu­rów i w cy­wi­li­za­cji.

Ten po­gląd na na­tu­ral­ność oraz cy­wi­li­za­cję miał, i nadal ma, skom­pli­ko­wa­ny wpływ na roz­wój kul­tu­ry nie tyl­ko ży­dow­skiej, ale i na­szej. Póź­niej He­braj­czy­cy rów­nież wy­bie­ra­li kró­la (wbrew jed­no­myśl­ne­mu sprze­ci­wo­wi wszyst­kich Bo­żych pro­ro­ków) i za­kła­da­li mia­sta, w któ­rych usta­wia­li ta­ber­na­ku­la i bu­do­wa­li Bogu świą­ty­nie. Je­ro­zo­li­ma zy­ska­ła waż­ne miej­sce we wszyst­kich re­li­giach. Po­nad­to mia­sto to (w któ­rym znaj­do­wa­ła się Świą­ty­nia) było rów­nież waż­ne dla fi­lo­zo­fii he­braj­skiej, któ­ra w dal­szym roz­wo­ju co­raz bar­dziej zbli­ża­ła się do mo­de­lu miej­skie­go, co wi­dać już u pierw­szych chrze­ści­jan. Wy­star­czy na przy­kład prze­czy­tać Księ­gę Apo­ka­lip­sy, aby zo­ba­czyć, jak wi­zja raju bar­dzo zmie­ni­ła się od cza­sów sta­ro­te­sta­men­to­wych, gdy był on ogro­dem. W opi­sie Jana nie­bem jest mia­sto – Nowe Je­ru­za­lem, któ­re ma zło­te uli­ce i per­ło­we bra­my, a wy­mia­ry mu­rów zo­sta­ły po­da­ne bar­dzo szcze­gó­ło­wo. Wpraw­dzie ro­śnie w nim drze­wo ży­cia i wy­pły­wa­ją z nie­go rze­ki, ale oprócz tego ostat­nia księ­ga Bi­blii nie wspo­mi­na o świe­cie na­tu­ry.

Ten ob­ra­zek ide­al­nie uka­zu­je trans­for­ma­cję per­cep­cji czło­wie­ka i roli, jaką w jego ży­ciu od­gry­wa na­tu­ra. Trze­ba do­dać, że w tym sa­mym cza­sie chrze­ści­jań­stwo (po­dob­nie jak grec­kie wpły­wy) nie uwa­ża­ło na­tu­ral­no­ści czło­wie­ka za coś tak jed­no­znacz­nie do­bre­go i nie mia­ło tak idyl­licz­nych re­la­cji z na­tu­rą jak pro­ro­cy sta­ro­te­sta­men­to­wi.

Jak to wszyst­ko ma się do eko­no­mii? Bar­dziej niż nam się wy­da­je. Je­śli przyj­mie­my na­tu­rę ludz­ką za z grun­tu do­brą, wte­dy wszel­kie zbio­ro­we dzia­ła­nia po­dej­mo­wa­ne przez spo­łe­czeń­stwo wy­ma­ga­ją słab­sze­go nad­zo­ru. Sko­ro na­tu­ra skła­nia lu­dzi do czy­nie­nia do­bra, to nie musi tego ro­bić pań­stwo, wład­ca czy też – je­śli ktoś chce – le­wia­tan82. Je­śli jed­nak przyj­mie­my wi­zję Tho­ma­sa Hob­be­sa, we­dług któ­rej ludz­ka na­tu­ra sta­le za­chę­ca do sto­so­wa­nia prze­mo­cy i woj­ny wszyst­kich ze wszyst­ki­mi, homo ho­mi­ni lu­pus, a czło­wiek rzu­ca się czło­wie­ko­wi do gar­dła, to ludz­kość trze­ba cy­wi­li­zo­wać (za­mie­nić wil­ki w lu­dzi) przy uży­ciu sil­nej ręki wład­cy. Sko­ro na­tu­ral­ne skłon­no­ści nie po­py­cha­ją czło­wie­ka do czy­nie­nia do­bra, to trze­ba mu to na­rzu­cić siłą, a przy­najm­niej groź­bą uży­cia siły. W ta­kim sta­nie „nie ma wie­dzy na po­wierzch­ni zie­mi”, a ży­cie jest „sa­mot­ne, bied­ne, bez słoń­ca, zwie­rzę­ce i krót­kie”83. Je­śli na­to­miast wład­ca wie­rzy, że ludz­ka na­tu­ra sama z sie­bie dąży do do­bra, a to dą­że­nie wy­ma­ga je­dy­nie ko­or­dy­na­cji i wspar­cia, wów­czas po­li­ty­ka go­spo­dar­cza może być znacz­nie swo­bod­niej­sza.

Z punk­tu wi­dze­nia roz­wo­ju my­śli eko­no­micz­nej war­to zwró­cić uwa­gę na do­dat­ko­we róż­ni­ce po­mię­dzy Sta­rym Te­sta­men­tem a Gil­ga­me­szem, cho­ciaż wy­stę­pu­ją one w nie­co po­dob­nych przy­po­wie­ściach. Na przy­kład w epo­sie kil­ka razy po­ja­wia się na­wią­za­nie do po­wo­dzi, któ­ra w ude­rza­ją­cy spo­sób przy­po­mi­na bi­blij­ny po­top.

Bu­rza idzie sześć dni, sie­dem nocy, bu­rza po­łu­dnio­wa zie­mię rów­na po­to­pem.

Kie­dy siód­my dzień się uczy­nił, po­nie­cha­ła bu­rza po­łu­dnio­wa po­to­pu, zma­gań, co sro­ży­ły się ja­ko­by woj­ska, co mio­ta­ły się jak żona ro­dzą­ca. Mo­rze się uspo­ko­iło, uci­chła bu­rza, po­top wa­lić prze­stał.

Otwar­łem dym­nik: na ob­li­cze świa­tło mi pa­dło. Na mo­rze spoj­rza­łem: ci­sza na­sta­ła i za­praw­dę cała ludz­kość gli­ną się sta­ła. Zie­mia płod­na była jak dach pła­ska84.

W Gil­ga­me­szu po­wódź na­stą­pi­ła znacz­nie wcze­śniej niż czas, w któ­rym to­czy się opo­wieść. Prze­trwał je­dy­nie Utna­pisz­tim, po­nie­waż zbu­do­wał ko­rab, któ­ry ura­to­wał wszyst­kie żywe isto­ty.

Co tyl­ko mia­łem, wło­ży­łem nań sre­bra, co tyl­ko mia­łem, wło­ży­łem nań zło­ta, co tyl­ko mia­łem, wło­ży­łem nań zwie­rząt. Pod­nio­słem na ko­rab ro­dzi­nę, krew­nych, dzi­kie by­dło i zwie­rzy­nę oraz wsze­la­kie­go sy­nów rze­mio­sła85.

W od­róż­nie­niu od No­ego Utna­pi­szi­ti naj­pierw za­ła­do­wał zło­to i sre­bro, o któ­rych przy­po­wieść bi­blij­na nie wspo­mi­na. Sko­ro w Gil­ga­me­szu mia­sto sta­no­wi miej­sce chro­nią­ce „przed wszel­kim złem za mu­ra­mi”, po­zy­tyw­ne na­sta­wie­nie do bo­gac­twa i sta­wia­nie go na pierw­szym miej­scu jest lo­gicz­ne. W mia­stach do­cho­dzi do kon­cen­tra­cji bo­gac­twa. W koń­cu Gil­ga­me­szo­wi chwa­łę przy­no­si mię­dzy in­ny­mi po­ko­na­nie Chum­ba­ba, dzię­ki cze­mu uzy­skał bo­gac­two w po­sta­ci drew­na ze ścię­tych ce­drów.

UJARZ­MIA­NIE DZI­KIE­GO ZŁA I NIE­WI­DZIAL­NA RĘKA RYN­KU

Wróć­my jesz­cze raz do uczło­wie­cza­nia dzi­kie­go En­ki­du, a więc pro­ce­su, któ­ry przy odro­bi­nie wy­obraź­ni mo­że­my uznać za za­lą­żek nie­wi­dzial­nej ręki ryn­ku i po­rów­na­nie do jed­ne­go z osio­wych sche­ma­tów my­śli eko­no­micz­nej.

Daw­niej En­ki­du siał po­strach wśród wszyst­kich my­śli­wych. Krzy­żo­wał ich pla­ny, prze­szka­dzał w ło­wach i wy­ko­rzy­sty­wa­niu na­tu­ry. We­dług słów pew­ne­go prze­ra­żo­ne­go my­śli­we­go:

Strasz­ny mi jest, nie śmiem do nie­go po­dejść! Ja wy­ko­pię jamę, on ją za­sy­pie, ja pa­ści za­sta­wiam, on je po­nisz­czy! Z rąk mych wy­pro­wa­dza dzi­ką zwie­rzy­nę! Mie­sza moje za­ję­cia na ste­pie86.

Jed­nak po jego uczło­wie­cze­niu i cy­wi­li­zo­wa­niu na­stą­pił zwrot o sto osiem­dzie­siąt stop­ni:

Lwy szedł wo­jo­wać, pa­ste­rze po nocy spa­li w spo­ko­ju. Wil­ki po­skra­miał, lwy zwy­cię­żał, spo­czy­wa­li bło­go star­si z pa­stu­chów: En­ki­du stał na stra­ży, mąż wciąż bez­sen­ny87.

Ukul­tu­ral­nia­nie i „oswa­ja­nie” En­ki­du spo­wo­do­wa­ło po­wstrzy­ma­nie dzi­kie­go i cha­otycz­ne­go zła, któ­re wcze­śniej sta­le po­wo­do­wa­ło szko­dy i dzia­ła­ło na nie­ko­rzyść mia­sta. En­ki­du nisz­czył wy­two­ry mia­sta (po­wsta­ją­ce poza ob­rę­bem mu­rów). Póź­niej jed­nak zo­stał po­skro­mio­ny i wal­czył po stro­nie cy­wi­li­za­cji prze­ciw­ko na­tu­rze, na­tu­ral­no­ści i na­tu­ral­ne­mu sta­no­wi rze­czy. In­ter­pre­ta­cja tego zja­wi­ska może być bar­dzo waż­na z punk­tu wi­dze­nia eko­no­mii. En­ki­du czy­nił szko­dy i nie dało się z nim wal­czyć. Jed­nak dzię­ki pod­stę­po­wi zło prze­kształ­ci­ło się w coś nie­zwy­kle ko­rzyst­ne­go dla cy­wi­li­za­cji.

Ła­two mo­że­my tu­taj do­strzec ob­raz ludz­kich wro­dzo­nych złych cech (na przy­kład ego­izmu i przed­kła­da­nia wła­sne­go in­te­re­su po­nad in­te­re­sy bliź­nich). En­ki­du nie dało się po­ko­nać, ale moż­na było wy­ko­rzy­stać go do po­zy­tyw­nych rze­czy. Ty­siąc lat po tej prze­mia­nie po­ja­wia się po­dob­ny mo­tyw, o któ­rym na­wet nie­eko­no­mi­ści wie­dzą, że jest osio­wą kon­cep­cją eko­no­mii – nie­wi­dzial­na ręka ryn­ku. Cza­sa­mi le­piej „za­prząc dia­bła do orki”, za­miast z nim wal­czyć. Za­miast tra­cić ogrom­ną ener­gię na wal­kę ze złem, le­piej wy­ko­rzy­stać jego siłę do re­ali­za­cji swo­ich ce­lów. Za­miast zmie­niać nurt rze­ki, le­piej po­sta­wić na niej młyn. W po­dob­ny spo­sób po­stą­pił świę­ty Pro­kop w jed­nej z naj­star­szych cze­skich le­gend88


Jednak prawdziwa przyjaźń, która jest głównym wątkiem Gilgamesza, to coś zupełnie innego niż „praca zespołowa”. Przyjaźń, jak trafnie zauważył C.S. Lewis, to relacja nieekonomiczna, niebiologiczna, niepotrzebna cywilizacji (w odróżnieniu od stosunków seksualnych lub miłości macierzyńskiej, które są konieczne z punktu widzenia reprodukcji) 41 . Jednak to w relacjach przyjacielskich powstają pomysły i koncepcje – często jako przypadkowy produkt uboczny – które potrafią zmienić oblicze całego społeczeństwa

yjaciele mogą występować wspólnie przeciwko jakiemuś zakorzenionemu systemowi nawet wówczas, gdy każdy z nich osobno nie miałby odwagi tego dokonać. Początkowo Gilgamesz uważa przyjaźń za coś zbędnego i bezproduktywnego. Odkrywa jednak w niej niespodziewane rzeczy, gdy sam zaprzyjaźnia się z Enkidu. Mamy tu wspaniały przykład relacji, która potrafi przekształcić (lub rozbić) system i zmienić człowieka. Enkidu został wysłany do Gilgamesza przez bogów w ramach kary, lecz w końcu staje się jego wiernym przyjacielem i wspólnie występują przeciwko bogom. Sam Gilgamesz nigdy nie zebrałby się na odwagę, aby coś takiego uczynić, podobnie jak Enkidu. Przyjaźń pomagała im przechodzić przez sytuacje, w których osobno żaden z nich nie dałby sobie rady.

całej historii kultury dominują dążenia do uniezależnienia się od kaprysów natury 62 . Im bardziej rozwinięta cywilizacja, tym bardziej człowiek jest chroniony przed naturą i jej wpływami; i tym lepiej wie, jak stworzyć wokół siebie stabilne i możliwe do opanowania środowisko, które będzie mu się podobać. Nasze menu nie zależy już od zbiorów, pór roku ani polowania. W domach udaje nam się utrzymywać stałą temperaturę niezależnie od tego, czy na dworze mamy przenikliwy chłód czy nieznośny skwar.

Wszys tko ma jednak swoją cenę. Darmowych obiadów nie ma, nawet w czasach prosperity, które zapewnia specjalizacja. Za uniezależnienie od kaprysów natury zapłaciliśmy uzależnieniem od społeczeństwa i cywilizacji. Im bardziej zaawansowane społeczeństwo jako całość, tym słabsze zdolności jego przedstawicieli do przeżycia indywidualnego. Im dalej posunięta specjalizacja w społeczeństwie, tym od większej liczby osób jesteśmy zależni

Problematykę przekształcania zła w kreatywną siłę podejmuje ekonomista Michael Novak w swojej książce Duch demokratycznego kapitalizmu 91 . Twierdzi, że demokratyczny kapitalizm, w przeciwieństwie do wszelkich alternatywnych systemów – najczęściej utopijnych – doskonale rozumie naturalne zło, głęboko zakorzenione w ludzkiej duszy, i zdaje sobie sprawę, że żaden system nie jest w stanie wykorzenić tego „grzechu”. Jednak demokratyczny kapitalizm potrafi „ujarzmić siłę grzechu, czyli przełożyć jej energię na kreatywną siłę (i w ten sposób dokonać zemsty na Szatanie)” 92 . Podobną opowieść (o przemianie zwierzęcej, nieujarzmionej dzikości w osiągnięcie cywilizacyjne) przedstawił w swoich naukach Tomasz z Akwinu. Kilka wieków później koncepcję tę pełniej wyłożył Bernard Mandeville w Bajce o pszczołach . Polityczne i ekonomiczne aspekty tej koncepcji przypisuje się – często niesłusznie – Adamowi Smithowi. Idea, która przysporzyła mu sławy, mówi o społecznym dobru, które wywodzi się z egoizmu rzeźnika i jego dążeniu do zysków 93 . Ocz ywiście stanowisko Smitha jest bardziej wnikliwe i krytyczne, niż dzisiaj się uważa. Wrócimy do tego później. W tym momencie pozwolę sobie na drobną uwagę. W legendzie

Dzisiaj ranga pieniędzy i zadłużenia urosła do tego stopnia, że osiągnęła w społeczeństwie pozycję dominującą do tego stopnia, że oddziaływanie na zadłużenie (polityka fiskalna), stopy procentowe lub poziom podaży pieniądza (polityka pieniężna) oznacza silny wpływ na całość społeczeństwa i gospodarki. Pieniądze odgrywają nie tylko swoją klasyczną rolę (jako środek wymiany, lokata wartości), lecz także znacznie szerszą i silniejszą: mogą pobudzać lub spowalniać całą gospodarkę. Jest nawet cała teoria ekonomiczna, której nazwa pochodzi od pieniędzy: monetaryzm. Twierdzi ona, a zwłaszcza Milton Friedman, że zarządzanie podażą pieniądza to najważniejszy środek wpływania na gospodarkę. Odnosi

koniunkturalnych. Dzięki zaporom doprowadzamy do takiego uregulowania przepływu wody, że jest niemal stały. Regulujemy rzekę (dodatkowo możemy pozyskiwać z niej energię), cywilizujemy ją, przestaje być dzika, zaczyna zachowywać się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Z pewnością przez pewien czas tak się dzieje. Jeśli jednak uregulowanie nie jest zbyt rozsądne, może dojść do przepełnienia zbiornika i przerwania tamy. Dla miejscowości leżących w dolinie to gorsze niż brak zapory. Podobnie rzecz wygląda, gdy polityka fiskalna i pieniężna stara się panować nad energią pieniądza. Manipulacje nadwyżką i deficytem budżetowym państwa, manipulacja stopami procentowymi to prawdziwy dar cywilizacyjny, który może czynić i czyni wspaniałe rzeczy. Jeśli jednak stosujemy je nierozważnie, to narobią więcej szkody, niżby ich nie było wcale.