Ekomąż - Michal Viewegh - ebook
Opis

Kiedy Mojmirowi pęka aorta, jego świat oraz światopogląd ulegają gwałtownym zmianom. Mojmir zmienia się z butnego racjonalisty w… no właśnie, w kogo?

 

W mistrzowskiej narracji Michal Viewegh z humorem i autoironią opowiada o byciu pacjentem VIP oraz o poszukiwaniu nowej drogi życiowej po osobistym kataklizmie. Luźna kontynuacja słynnej „Ekożony” – błyskotliwej powieści o kobietach i mężczyznach.

 

Michal Viewegh jest najpopularniejszym czeskim pisarzem. Jego powieści zostały przetłumaczone na dwadzieścia cztery języki, a ich nakład przekroczył dwa miliony egzemplarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 181

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Podziękowania Zazwyczaj unikam dedykacji, ale tym razem byłaby to wielka niewdzięczność. Dlatego muszę w tym miejscu podziękować swoim córkom Michaeli, Sarze i Basi – bez ich wsparcia i miłości tę pozornie humorystyczną powieść, powstającą w najcięższym okresie mojego życia, pisałoby mi się jeszcze trudniej. Dziękuję również Rudolfowi Biermannowi, obu braciom: Józkowi, Jankowi i ich żonom Alenie i Janie oraz Martinowi Reinerowi, bez którego przyjacielskiej, pełnej poświęceń pomocy ta książka z pewnością by nie powstała – i właściwie dziękuję też mojej byłej żonie Veronice, o której w pewnym sensie można powiedzieć to samo…o

Michal Viewegh

Prolog

To ja – staruszka. La Loba. Nie jestem królową, czarodziejką ani amazonką – jestem doulą. Tańczę z życiem i śmiercią. Jestem kobietą, która odrzuciła czółenka, i teraz biega z wilkami. Biegnijcie ze mną, moje siostry, zabiorę was z powrotem w rejony duszy, które kiedyś należały do nas.

Jak już wiele z was, drogie czytelniczki, wie – od początku byłam przekonana, że małżeństwo Mojmira i Hedviki było nowoczesną wersją soft pradawnej opowieści o Sinobrodym mordującym swoje żony. Na pewno ją znacie: niedoświadczona piękność poślubia lubieżne, bogate monstrum, które pozornie daje swej wybrance wolność, lecz w rzeczywistości zabija jej naturalny urok, talent i wolność… Jakby tego było mało – zaraz po pięćdziesiątych urodzinach tej cudzołożnej i wiecznie pijanej ludzkiej bestii pęka aorta i Mojmir beztrosko umiera, pozostawiając Hedvikę, obie córki i oczywiście mnie niemal bez środków do życia. A do tego potem – pięć minut po dwunastej i bynajmniej o to nieproszony – cudownie ożywa, ale śmierć kliniczna na wiele lat zmienia tego byłego mistrza świata w niezdarną, marudną ruinę. W pacjenta VIP.

Bajka się skończyła.

Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że sposób, w jaki postanowił umrzeć ten zmęczony życiem czechosłowacki donżuan i alkoholik – tak, naprawdę z uwagi na dokładność historyczną trzeba nazwać go czechosłowackim, ponieważ dawny federacyjny slogan rozkrzyczany i przepity od zawsze pasuje do Mistrza jak ulał, należałoby go tylko uzupełnić o słowacki przymiotnik pretrtkaný czyli przepieprzony, cha cha cha! ( Jeśli sięgnięcie do języka słowackiego wydaje się wam nieuzasadnione czy wręcz bezsensowne, uświadomcie sobie, drogie damy, że błyskawiczny wzrost popularności Mojmira zaczął się już w 1990 roku, czyli jeszcze przed definitywnym rozpadem federacji, zatem użycie słowackiego słowa jest elementem świadomej i kreatywnej stylizacji – cytując świetną książkę Celii Brayfield Jak napisać bestseller.) Na czym to skończyłam? Już wiem. Obiektywnie trzeba przyznać, że sposób, w jaki ten federalny kurwiarz i moczymorda postanowił umrzeć, nie był pozbawiony pewnej turpistycznej elegancji – chociaż potem Mojmir jak zwykle wszystko spaprał i zostawił niedokończone… Co? Czy wy naprawdę nie wierzycie, że nasz najpopularniejszy pisarz mógł chcieć odejść z tego świata dobrowolnie? Ależ oczywiście, że swój efektowny zgon Mojmir zaplanował sam! I to po długich rozważaniach! Czy może wy, naiwne duszyczki, myślicie, że pęknięta aorta zaraz po pięćdziesiątych urodzinach, i to tuż za metą praskiego maratonu (czyli przed dziesiątkami kamer telewizyjnych, aparatów fotograficznych i tysiącami kibiców) to naprawdę przypadek? W takim razie dlaczego nie zaczął krwawić dziesięć minut wcześniej, bez widzów, na pustym brzegu Wełtawy lub jeszcze wcześniej, na całkowicie wyludnionym Karlinie? Powiem wam:

Bo nie było tam wystarczająco dużo reporterów.

Bo nie było tam wystarczająco dużo gapiów.

Dlatego!

I dlatego, że nie było tam Hedviki i dzieci. Nie było tam teścia siedzącego w swojej czarnej karecie z dwoma zmęczonymi końmi – gdzie…? No zgadnijcie! Gdzież by indziej, jak nie na Rynku Staromiejskim, wypełnionym od rana do późnej nocy turystami, którzy po męczących romantycznych spacerach stają się dla woźniców łatwym łupem.

Instynkt dramaturga, wybujałe ego oraz słabość do kiczowatych melodramatów po prostu nie pozwoliły Mojmirowi umrzeć bez widzów… Nasz wieczny pozer próbował odejść na oczach tysięcy osób, wśród których znajdował się wspomniany już teść, żona Hedvika oraz Sara i Basia – dwie córeczki wchodzące w okres dojrzewania. Cóż za bezwzględność! I samolubność!

A do tego ten wypełniony po brzegi Rynek Staromiejski. Brakuje tylko kata i kosza, do którego po krwawej egzekucji pomocnicy wrzuciliby znaną całemu narodowi głowę Mistrza… Cha cha! Nawet ja muszę przyznać, że moment samobójstwa Mojmir wybrał naprawdę genialnie. Miało to wyglądać na tak zwane nagłe pogorszenie stanu zdrowia – co dzięki wysokiemu ubezpieczeniu na życie zapewniłoby wdowie i sierotom spłacenie hipoteki domu w Sazawie i jeszcze by nam, pogrążonym w żałobie, sporo zostało (jak zdołałam szybko obliczyć).

Ale przede wszystkim Mistrz wybrał idealne miejsce! Bo czyż można wyobrazić sobie lepsze plenery do nakręcenia kiczowatego melodramatu?

Ta lokalizacja ma wręcz hollywoodzkie parametry! Wyobraźcie to sobie: Mojmir ostatkiem sił wybiega z ulicy Paryskiej, gdzie – jak wszystkich innych zawodników – dopingują go tłumy kibiców odpowiednio poinformowanych, że nie jest ważne zwycięstwo, tylko udział, i że dziś zwycięzcami są właściwie wszyscy, czyli każdy, kto pokonał własne ograniczenia i tak dalej, bla bla bla – a wśród nich na wyraźne życzenie Mistrza znajduje się Hedvika z dziećmi i, o dziwo (nie cierpię sportu!), nawet moja stukilowa skromna osoba. Cha! W czasie tego długiego, nudnego widowiska nie udaje mi się znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś dobrowolnie przez kilka godzin obserwuje wychudzonych, sapiących i do tego obleśnie spoconych facetów.

Wąż z zawodników zmierzających do mety nawet po czterech godzinach wciąż wydaje się nie mieć końca. Zwycięzca, obaj pozostali medaliści oraz setki innych biegaczy od dawna są pod prysznicami, czy może nawet na kolacji – a mimo to do mety wciąż doczłapują kolejni uczestnicy. Mam wrażenie, że czym później panowie sportowcy przybiegają, tym bardziej są zmęczeni. Pierwsza dwudziestka wyglądała całkiem nieźle, jak po lekkiej przebieżce – ale godzinę później dobiegają ledwo przytomne wywłoki. Nie powinno być na odwrót? – zastanawiam się. Przecież logicznie rzecz biorąc, zwycięzcy powinni być zmęczeni najbardziej, prawda?

Nawet nadbiegający Mistrz – ku mojej złośliwej radości – nie różni się zbytnio od tych wyczerpanych biedaków: wargi ma całkiem suche i ledwo powłóczy nogami, ale – tak jak przewidywałam – fałszywa duma nie pozwala mu przejść do chodu. Kiedy przygłupi spiker, który z jakiegoś niezrozumiałego powodu przedstawia widzom wszystkie tak zwane znane osoby, odczytuje na ohydnej, jaskrawozielonej koszulce Mojmira numer i dzięki liście startowej orientuje się, że to ledwo człapiące truchło to wielki Mistrz we własnej osobie (bez numeru by go nie poznał, chi chi chi!), zaczyna wykrzykiwać jego nazwisko, jakby nie był to zupełnie przeciętny pisarzyna, tylko przynajmniej przedstawiciel najwyższej szlachty, przybywający właśnie na bal Ludwika XVI. A tępa większość widzów natychmiast do niego dołącza.

A potem zaczyna się widowisko.

Akurat kiedy to żenująco służalcze skandowanie zmienia się w lizusowskie brawa, Mistrz wyraźnie zwalnia, zaczyna iść, a potem staje. Widać jak się zatacza. Wszyscy widzowie (oprócz mnie, rzecz jasna) szepczą przestraszeni. Chleba i igrzysk – myślę. Mojmir robi się całkiem blady. Wygląda, jakby chciał coś powiedzieć, więc od razu zaczynam się bać, jaką narcystyczną brednię zaraz usłyszymy, ale z ust Mistrza tym razem nie wylatuje żadna złota myśl, tylko odrobina krwi, cha cha! Nie jest to bynajmniej krwawy gejzer, raczej słabiutki strumyczek, niemniej swoje wątpliwe przesłanie spełnia bez zarzutu. Większość ludzi – oczywiście wraz z Hedviką i dziećmi – zgodnie z oczekiwaniami wydaje z siebie krzyk, a przez całą publiczność przebiega słyszalna fala lęku podszytego ekscytacją – jak na przykład wtedy, gdy tenisista psuje kluczowe uderzenie, a piłeczka zatrzymuje się na siatce.

Mistrz pada na ziemię.

– Kochanie? – krzyczy wystraszona Hedvika, i to niestety tak głośno, że dwaj fotografowie bulwarowych gazet natychmiast kierują na nas długie obiektywy swoich Canonów. Jednak po kilku kliknięciach znów obracają swe działa ku bardowi narodowemu leżącemu na bruku (jestem tym dość rozczarowana, miałam odrobinę nadziei, że poproszą nas o położenie się obok Mistrza i zapozowanie do rodzinnego zdjęcia). Kiedy Mojmir doświadczonym okiem dostrzega, że jest fotografowany, zaczyna poniekąd teatralnie kaszleć – i nawet efektownie wypluwa krew.

Idealne wyczucie czasu! – myślę.

Teraz nie mam już wątpliwości, że na widok pisarza plującego krwią w miejscu, przez które kroczyła czeska historia, żadne oko nie pozostanie suche… Operatorzy wszystkich głupich telewizji uświadamiają sobie przy akompaniamencie nasilającej się syreny pogotowia, jaki kapitał spadł im właśnie z nieba: ujęcia przedwczesnej śmierci literackiego celebryty w samym sercu Pragi jeszcze tego wieczora zobaczą nie tylko całe Czechy, ale również Słowacja, a może nawet widzowie w krajach, w których zostały kiedyś wydane płytkie powieścidła Mistrza. Jednocześnie fotografowie słusznie podejrzewają, że dzięki doskonałym ujęciom twarzy umierającego barda (z dość idiotyczną miną), leżącego w czarno-zielonym stroju Adidasa na zimnym bruku najsłynniejszego czeskiego placu, wzrośnie nie tylko wartość ich reportażu, ale – na krótką chwilę – również wartość samego pisarza. Nie po raz pierwszy zdarzyłoby się przecież, że niespodziewana śmierć podrzędnego gryzipiórka zmienia jego nędzne wypociny w bestsellery… A tym bardziej śmierć tak efektowna wizualnie!

Lecz mimo że oczekiwane dochody ze sprzedaży książek Mojmira z każdą sekundą rosną – Hedvika płacze. Rozumiem to: jej bezinteresowna i poniekąd sentymentalna dusza jest zdolna do ronienia łez nad tyranem… Ja, w odróżnieniu od niej, czuję jedynie wewnętrzną, głęboką radość. Wieloletnie okowy pękają – ale Hedvika jeszcze tego nie wie. Jej myśl wciąż jest zaciemniana przez irracjonalny smutek. Nie zrozumiała jeszcze, że śmierć Mojmira nie jest tragedią, tylko radosną reanimacją naszych pradawnych rejonów duszy. Nie wie, że nad rzekomymi stratami przeważają zyski. Biegnij ze mną, siostro ma, zabiorę cię w miejsca, które kiedyś należały do nas!

Od dawna nie byłam taka szczęśliwa.

Syrena karetki robi się coraz głośniejsza, a zgromadzony tłum rozstępuje się usłużnie przed jej błyskającym światłem. Auto hamuje, kierowca i lekarz wychodzą dumnie, odpychają gapiów, otwierają tylne drzwi, wyciągają nosze na kółkach, kładą je na bruku – i zaraz potem wyuczonym ruchem przenoszą na nie bezwładne ciało Mojmira. Cha! Przypinają go pasami i podnoszą, przy czym wysuwają się kółka i dokładnie w chwili, kiedy nosze osiągają wysokość podłogi karetki, sanitariusz szybkim ruchem zabezpiecza je i jedną ręką wsuwa do środka (tylko dla waszej informacji: wprawdzie w liceum już od pierwszej klasy byłam lepsza raczej w klasycznej narracji, ale również forma opisu – jak możecie się teraz przekonać – nigdy nie sprawiała mi większych problemów). Nagle Mistrz efektownie otwiera oczy, a jego wystraszony wzrok szuka Hedviki, która jednak stoi teraz po przeciwnej stronie karetki. Kiedy więc zamiast małżonki widzi mnie, uśmiecha się łobuzersko, a jego wargi zaczynają się poruszać.

– Cholera – stęka.

Hedvika natychmiast przybiega i staje obok mnie, żeby Mistrz ją widział.

– Co jest, kochanie? – pyta roztrzęsiona. – Co jest? Co się dzieje?

Mistrz kręci głową.

– Cholera – powtarza zachrypniętym głosem.

Po czym ten prostak podnosi rękę i wskazuje na mnie palcem.

– Już… jestem… w piekle…! – mówi.

Potem śmieje się przygłupio, ale zaczyna kaszleć i znów pluje krwią. Dusi się, a w jego oczach pojawia się tchórzliwy strach.

– Kochanie! – krzyczy Hedvika dość teatralnie.

Lekarz delikatnie ją odsuwa, siada obok Mojmira i sięga do drzwi karetki, by je zamknąć.

– Musimy jechać – mówi nam z poważną miną. – Wieziemy go do kliniki IKEM.

Drzwi zatrzaskują się głośno i rycząca karetka odjeżdża.

Nagle pojmuję, co to wszystko oznacza.

Jest to zupełnie jasne. Życie tego powierzchownego humorysty właśnie się skończyło – a wszystko, co się teraz dzieje, to tylko naturalny element rozpoczynającej się reinkarnacji Mojmira.

Był już najwyższy czas.

I

I

– Łatwe zwycięstwo, szybkie przekleństwo – mawiałam w  przeszłości Mistrzowi tysiąckroć, na przykład gdy z tą typową dla siebie szowinistyczną dumą (przy okazji – czy też zauważyliście, że słowa szowinista i faszysta brzmią wręcz podejrzanie podobnie?) chwalił się swoim nowym volvo, nowo wymurowanym grillem ogrodowym, nowymi fotelami ratanowymi na taras (tak bezwstydnie drogimi, że natychmiast zapragnęłam sprzedać je po kryjomu i wysłać te sześćdziesiąt tysięcy koron naszemu adoptowanemu na odległość Tamilowi do Indii) albo kiedy z tym swoim zadufanym uśmiechem podawał Hedvice kopertę z potwierdzeniem wykupienia rodzinnych wczasów na Malediwach. Mnie jednak nigdy tam nie zabrał, tak jakbym do rodziny nie należała (i jakby nie wiedział, że uwielbiam te malownicze atole o wielkości większego boiska do piłki nożnej i że gdy w telewizji leci jakikolwiek reportaż o Malediwach – zawsze go oglądam!). Równie śmieszny bywał, gdy swoim przyjaciołom czy nawet zwykłym znajomym rozdawał bilety na premiery tych głupich filmów, które z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nakręcono na podstawie jego płytkich powieścideł – albo kiedy tak zwanych kolegów obdarowywał świeżym wydrukiem swojej najnowszej książki (i jeszcze tym zakłopotanym biedakom nieproszony podpisywał się na pierwszej stronie z miną, jakby dzięki tym bazgrołom wartość dziełka wzrastała wielokrotnie…).

Ale tego, że ów rzekomy olśniewający sukces mógł być wspomnianym łatwym zwycięstwem, Mistrz nie zamierzał do siebie dopuszczać.

– Łatwo przyszło, łatwo poszło – ostrzegałam go innym razem, ale nawet w tej formie najwyraźniej niczego nie pojmował i tylko szczerzył się do mnie bez słowa, jakbym nie była warta żadnej odpowiedzi.

– Kto wysoko lata, ten nisko spada! – nie wytrzymałam, mimo iż przeczuwałam, że znów zostanę pogardliwie nazwana skarbnicą wiedzy ludowej (albowiem właśnie tak Mistrz nazwał mnie bezczelnie kilka lat temu i od tego czasu powtarzał to zawsze, gdy przypominałam mu jakiekolwiek przysłowie, choć wbrew swej pozornej trywialności są one – jak wiemy wszyscy z wyjątkiem Mojmira – głęboką studnią ludzkiej mądrości i niewysychającym źródłem potwierdzanych przez pokolenia ludzkich doświadczeń). Kto się śmieje, ten się śmieje ostatni – myślałam, ale wolałam już nic nie mówić.

Zresztą osądźcie sami, kto z nas dwojga się mylił: czyż to nie było łatwe zwycięstwo (mam oczywiście na myśli ten szybki sukces, który wprawdzie trwa już ćwierć wieku, ale ostatecznie wywiał Mistrzowi nie tylko pieniądze z kieszeni, ale najwyraźniej również rozum z głowy? Cha cha! (Ale mam dziś wenę!) I czyż nie było pychą to, co – w fascynującej zgodności z innym rzekomo banalnym przysłowiem – kroczyło przed upadkiem Mistrza?

Upadek Mistrza nie nadszedł przecież zupełnie niespodziewanie. Oprócz wspomnianej pychy poprzedzały go również inne sygnały ostrzegawcze, z łatwością rozpoznane przez tych, którzy widzą i słyszą, lecz przeoczone przez butnego racjonalistę, od lat nonszalancko lekceważącego wszelkie przestrogi.

– Ten pański dziki rajd przez życie pewnego pięknego dnia skończy się wyjątkowo bolesnym karambolem! – ostrzegałam Mojmira wielokrotnie. – Wie pan, kim pan jest? Chwalipiętkiem nadętkiem!

– A pani jest strasznie nędzną poetką – odparł obojętnie.

I tak było prawie zawsze.

Ostrzeżenia – nie tylko te moje – pojawiały się, ale Mistrz pozostawał ślepy i głuchy.

Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie – myślałam.

II

Przykładów tego z roku na rok coraz obrzydliwszego przedmaratońskiego hedonizmu Mojmira jest bez liku – choćby wspomniane już snobistyczne urlopy na Malediwach czy w Dolomitach, wszystkie te garniturki Hugo Bossa i olbrzymie volva, ale najwięcej według mnie mówią o Mistrzu te dwa: upodobanie do wina i ogólnie do alkoholu oraz dwie obrośnięte już żałosną legendą imprezy z okazji pięćdziesiątych urodzin.

Zatem najpierw coś na temat: Mojmir i alkohol.

Mam wyjątkowo dobrą pamięć i na nieszczęście Mojmira nie zapomniałam ani jednej rzekomo zabawnej pijackiej historyjki z jego młodości, na przykład jak w wieku szesnastu lat na wiejskiej potańcówce w Bystrzycy koło Beneszowa wraz z kolegą Feliksem upili się kilkoma kieliszkami Starej myśliwskiej albo jak rok później podczas tułaczki uwalili się po południu dwoma litrami wina Krew byka tak, że Mojmir narzygał sobie do śpiwora. Dlatego bez najmniejszych problemów mogę przy każdej okazji demaskować jego obecny winiarski snobizm z należytą uszczypliwością. Kiedy po raz sto pięćdziesiąty przegląda Światowy atlas win (wiedzieliście, że coś takiego istnieje?) albo wpycha swój grymaśny, snobistyczny ryj do jednego z tych absurdalnie dużych kieliszków z Flaccianellem, Brunellem di Montalcino lub Verrazzanem (żeby napisać te idiotyczne nazwy poprawnie, musiałam wygrzebać butelki z worka na szklane śmieci, bo Mistrz jak na złość akurat w tym tygodniu opróżnił całą lodówkę na wino), zawsze zgryźliwie przypominam mu wszystkie te Klasztorne tajemnice i inne trzynaste komnaty jego sommelierstwa.

– Niech pan się łaskawie ocknie, Mistrzu – mówię. – Przecież przez całą młodość pił pan, jak my wszyscy, wina z Praskiej Fabryki Win! Albo nawet te najtańsze bełty! Proszę teraz obłudnie nie udawać sommeliera!

– To nie jest obłuda, tylko zupełnie naturalna ewolucja, madame. E-wo-lu-cja – sylabizuje mi. – Nie wiem, czy słyszała pani to słowo podczas któregoś z tych waszych weekendowych kursów kobiecego rozwoju osobistego…

– Oczywiście, że wiem, co to jest ewolucja – mówię spokojnie. – Ale pan, Mistrzu, chyba nie wie, że ewolucja to również karkołomna figura akrobatyczna… Cóż za zbieg okoliczności, czyż nie?

– Takiego znaczenia tego słowa nie słyszałem – nie zgadza się Mojmir stanowczo.

– Aha. A niesłyszenie o czymś to przecież jasny dowód, że to nie istnieje, prawda? – odcinam się sarkastycznie. – Najwyraźniej jest pan kimś w rodzaju Kopernika gnozeologii!

Mojmir najwyraźniej nie zrozumiał mojej błyskotliwej riposty, bo nawet się nie uśmiechnął i wciąż siedzi ze skwaszoną miną.

– Bzdura – upiera się przy swoim.

– Wcale nie!

– Jasne, że tak! Zapytam o to kiedyś przy okazji szefa cyrku narodowego – mówi Mistrz, żeby przynajmniej, skoro już przegrał tę bitwę, zaimponować mi swoimi znajomościami (ale tym razem tylko wśród cyrkowców).

– Świetny pomysł – mówię. – Ale zajrzenie do słownika mogłoby w zupełności wystarczyć, cyrkowcu jeden…

I jeszcze coś: opis tego aspektu hedonizmu Mojmira nie byłby pełny, gdybym nie wspomniała o wszystkich tych wybornych winach, oczywiście tylko z absurdalnie drogich sklepów – ich właściciele chyba największą hańbą okryliby się, gdyby sprzedali jakąś butelkę za mniej niż tysiąc koron – bo jeśli ktoś zobaczyłby, że Mistrz kupuje wino w Tesco czy nie daj Boże w Makro, byłoby to porównywalne do przyłapania radykalnego muzułmanina na obżeraniu się golonką w ramadanie. Cha, niezłe zdanko mi wyszło, co? Bo ja, w odróżnieniu od naszego słynnego autora prostych zdań o piciu i cudzołóstwie, wiem, co znaczy prawdziwie rosochaty styl autorski, a także w odróżnieniu od niego jestem świadoma, że (jak niezwykle dowcipnie stwierdziła moja koleżanka po fachu Susan Sontag), sztuka to uwodzenie, a nie gwałt.

Nie mogę też przynajmniej krótko nie wspomnieć o wszystkich tych degustacjach , których prawdziwym celem nie jest (jak uparcie przekonywał nas Mojmir) porównywanie różnych win krajowych i zagranicznych oraz ocena poszczególnych odmian czy roczników… Mojmirowi, Feliksowi i  innym jego kompanom nigdy nie chodziło o  te pseudospecjalistyczne farmazony na temat cukru resztkowego, taniny, przyjemnej kwasowości czy wspaniałego bukietu – tak naprawdę od zawsze interesowało ich, interesuje i będzie interesować tylko to, żeby napruć się jak bydło i ewentualnie resztką sił poderwać którąś z ładniejszych uczestniczek degustacji (też nawaloną jak stodoła)… I te alkoholowo-sodomistyczne orgie Mojmir ma czelność nazywać niewinnym hobby… Czy ktoś może się dziwić, że Hedvika w końcu od niego odeszła?

III

Drugim doskonałym przykładem wszechogarniającego hedonizmu Mistrza są dwa snobistyczne rauty z okazji pięćdziesiątych urodzin. Dobrze słyszycie: dwa. Bowiem nasza osobistość, w odróżnieniu od was – zwykłych śmiertelników, nie zadowoli się jedną, choćby nawet najbardziej wystawną imprezą. Nie, najpopularniejszy czeski pisarz musi przecież swój życiowy jubileusz świętować podwójnie…

Tę żałosną megalomanię Mojmir na próżno próbuje wytłumaczyć tym, że są to okrągłe urodziny – i podobno w dodatku abrahamowiny, zatem święto wyjątkowo istotne, może nawet najistotniejsze, i tak dalej. Lecz za wszystkimi tymi banialukami skrywa się coś zupełnie innego: nasz gwiazdor w ten sposób demonstruje Hedvice, mnie i pozostałym gościom swoją rzekomą popularność… Niestety jestem tak popularny i mam tak wielu przyjaciół, że po prostu muszę zorganizować dwie imprezy… – tak brzmi ukryte przesłanie Mistrza. Bardzo go cieszy (jak kiedyś powiedział), że na jego urodziny wybiera się taka masa ludzi, że na JEDNYM przyjęciu po prostu by się nie zmieścili, choćby Mojmir wyszedł z siebie… Cha! Przecież nie urządzi urodzin w Arenie O2, to byłoby nieco megalomańskie – twierdzi obłudnie, choć wszyscy wiedzą, że właśnie tam świętowałby najchętniej.

W końcu wybiera modny (jakżeby inaczej) klub Jazz Dock i bez namysłu zaprasza tam około trzystu osób, a drugą, bardziej „kameralną" imprezę dla około pięćdziesięciu sąsiadów organizuje tydzień wcześniej w Karkonoszach, gdzie na dwie noce wynajmuje cały hotel. (Nie chcę być przesadnie zgryźliwa, ale patrząc na te wszystkie przygotowania, tak bardzo wymagające pod względem organizacyjnym, logistycznym i oczywiście finansowym, mam wrażenie, że nie szykowaliśmy urodzin Mojmira, tylko powitanie Adolfa Hitlera przy jego pierwszym przyjeździe do Reichstagu… Cha cha! Dziś mam znowu wenę!)

Mnie niestety przypada w udziale obecność na obu imprezach… Ale nikt nie może mieć wątpliwości, iż Mistrzowi wiedzącemu z góry, że na obu rautach urżnie się jak świnia, chodzi przede wszystkim o to, żebym pilnowała mu żony i dzieci, prawda?

Ach, męska zazdrości!

Sądzę ciebie podług siebie, czyż nie?

Jubileusz we wspomnianym i zgodnie z oczekiwaniami skrajnie snobistycznym hoteliku w Karkonoszach (miał nawet własne pole golfowe…) dało się jako tako przeżyć – a kiedy córki Mojmira wraz z grupką zaprzyjaźnionych dzieci śpiewają Mistrzowi hit o super tacie, ani ja, ani nawet nasz butny racjonalista nie uchronimy się przed lekkim wzruszeniem. Świadomość, że to falliczne prosię jest w wyjątkowych sytuacjach zdolne do przejawienia ludzkich uczuć, napełnia mnie ostrożnym optymizmem.

– To było wzruszające – pociąga nosem Mojmir.

– Rzeczywiście – przyznaję mu rację, ale zaraz szeptem dodaję: – Czy teraz wreszcie widzi pan, ośle patentowany, co kładzie pan na szalę przez swoje miłostki. Naprawdę nie może pan sobie odmówić tych dziwek?

– Oczywiście, że widzę! – niespodziewanie przyznaje Mistrz szeptem.

Obserwujemy się wzajemnie. Przez krótką chwilę po raz pierwszy w życiu zaczynam mieć nadzieję, że nareszcie usłyszę od Mojmira coś prawdziwego – lecz on, jakby przestraszywszy się wypowiedzianej przed chwilą prawdy, tradycyjnie ucieka w tanie bon moty.

– Ale wie pani, jak to jest – szepcze z grymasem, a nawet tandetnie rozkłada ręce. – Mogę oprzeć się wszystkiemu prócz pokusy…

– Znam. Oscar Wilde. Cytował to pan już ze sto razy – karcę go tak głośno, że Hedvika i kilku innych gości spoglądają na nas pytająco. – Tyle że pan nie jest sybaryckim brytyjskim wykolejeńcem, tylko wciąż sobą… Tutaj. W Czechach. Ze swoją cudowną żoną i tymi wspaniałymi dziećmi. Kiedy wreszcie to pan zrozumie?

Mruga zaskoczony.

– Nie wiem – mruczy.

Już nawet nie jest w stanie mnie obrazić. Jego sytuacja zaczyna robić się poważna – myślę.

– To niech się pan postara – krzyczę na niego. – Jeśli jeszcze nie jest za późno – dodaję.

I jak się wkrótce okaże – bardzo proroczo.

IV

Jeśli po tej intymnej karkonoskiej debacie zaczęłam żywić skrytą nadzieję, że Mojmir mógłby znaleźć w sobie resztki ludzkich uczuć, czy wręcz że to poligamiczne bydlę mogłoby się jeszcze zmienić, jubileusz w Pradze brutalnie sprowadził mnie na ziemię.

Jazz Dock! Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym klubie na smichowskim (czy może małostrańskim) brzegu Wełtawy, położonym na ogromnym molu. Niemniej zachowanie wszystkich gości ostentacyjnie sugeruje, że jest tu naprawdę in, trendy i ogólnie bardzo cool. Chwalą Mistrza za świetny wybór miejsca… To obrzydliwe lizanie tyłka ma logiczny powód: większość gości stanowią dziewczyny i kobiety, z którymi Mojmir w przeszłości sypiał … Według moich obliczeń jest tu około pięćdziesięciu jego byłych kochanek, zatem na każdy rok życia (wraz z najwcześniejszym dzieciństwem) symbolicznie przypada jedna (niech mnie piekło pochłonie, jeśli nie stoi za tym narcystyczne ego!). Dzięki wysportowanym postawom i skandalicznie młodemu wiekowi trochę przypominają mi (i wierzcie, że nie tylko mi) zespół gimnastyczek ze spartakiady, z jakiegoś absurdalnego powodu złożony z około piętnastu dorosłych kobiet, trzydziestu starszych juniorek, czterech młodszych juniorek i nawet jednej starszej żaczki (chi chi!), które – przy głośnym akompaniamencie kapeli o wstrząsająco lubieżnej nazwie G-Point Hunters – w niezbyt udanej choreografii kręcą się po klubie, zamawiają sobie koktajle z parasoleczkami, śmieją się symultanicznie i ciągle formują najróżniejsze kręgi, gwiazdy i romby. Ale jedna rzecz łączy wszystkie te figury geometryczne: chcą natychmiast porozmawiać z Mojmirem.

A naszemu głupkowi bzyczenie tych pilnych pszczółek niezmiernie schlebia, więc z każdą dyskretnie rozmawia, permanentnie się uśmiecha, przytula je lubieżnie, a niektóre wybrane juniorki nawet całuje w policzki!

Aż wreszcie – wierzcie lub nie – bezwstydnie prosi zamówionego fotografa o duże zdjęcie grupowe, a temu biedakowi nie pozostaje nic innego, niż tę perwersyjną prośbę spełnić.

– Fotografował pan już kiedyś porno? – pytam go bez ogródek.

– Nie – mówi zakłopotany fotograf.

– Szkoda – odpowiadam sarkastycznie. – Takie doświadczenie mogłoby się panu teraz przydać…

Tymczasem Mistrz już naprawdę władczo zwołuje wszystkie swoje kochanki i byłe kochanki, a kiedy liczna grupa jego odalisek szokująco chętnie i szybko się ustawia, Mojmir bez grama wstydu zajmuje miejsce pośrodku – i jeszcze ciągnie ze sobą broniącą się (na próżno) Hedvikę, którą potem przy wszystkich obejmuje niczym swoją własność, bowiem nawet jej nie może zabraknąć wśród trofeów łowieckich, czyż nie? Hedvika jest przecież – jak wszyscy widzą – doskonałym okazem!

– Obrzydlistwo! – komentuję wraz z garstką pozostałych kobiet i dziewczyn, które podobnie jak ja nie zostały zaproszone do zdjęcia, ponieważ najwyraźniej nigdy z Mistrzem nie spały (albo spały, ale dziś znalazły w sobie odwagę, by sprzeciwić się temu odpychającemu pyszałkowi).

– Uwaga, wyleci ptaszek – mówi fotograf.

Co za idiota – myślę. Nie moglibyście, niekreatywne przygłupy, wymyślić wreszcie czegoś bardziej oryginalnego, na przykład choćby: uwaga, zniknie chmurka i wyjdzie słonko? Ale fotograf przerywa na kilka sekund pracę, ponieważ jedna z tych kurew w ostatniej chwili się ruszyła, więc całą tę żałosną scenę musimy przeżyć ponownie.

– Ten ptaszek wylatywał już z tysiąc razy – mówię półgłosem, więc słyszą mnie tylko najbliżej stojące damy. I śmieją się.

Harem śmieje się z sułtana – myślę z żądzą zemsty.

Chi chi.

Ten niesmaczny występ podrywacza Mojmir prezentuje później na przemian jako odważne, choć niedosłowne przyznanie się, jako częściowy urodzinowy coming out lub (jeszcze bardziej bezczelnie) jako niewinny przyjacielski gest wobec kobiet, z którymi kiedyś przeżył coś tak intymnego (sic!), że niezaproszenie ich byłoby draństwem, a nawet jako gest pojednania – jak kiedy na budowę pomnika ofiar holokaustu wpłaca datek związek niemieckich weteranów wojennych, cha cha cha! Wszyscy wiemy, że przede wszystkim chodziło o tchórzliwą służalczość: po prostu bał się nie zaprosić wszystkich tych zdzir, z którymi kiedyś wymieniał nie tylko płyny ustrojowe, ale czasem też chlamydię i rzeżączkę – i dzięki temu automatycznie znalazły się na jego GUEST LIST…

Dlatego najprawdopodobniej pojawiła się tu każda, która dała Mistrzowi przynajmniej dwa razy – bo przecież pozwolić przelecieć się dwukrotnie to już pełnowartościowy związek, prawda? Natomiast jeśli Mistrz miałby zaprosić wszystkie, które dały mu chociaż raz, musiałby zorganizować urodziny w Hali Sportowej! Cha cha! (Chciałam napisać, że w Arenie O2, o której wszyscy wiedzą, jak jest olbrzymia, więc mój sarkazm byłby jeszcze boleśniejszy, ale potem przypomniałam sobie, że już raz tej nazwy użyłam, a pisarz zdecydowanie nie powinien się powtarzać – nie jestem jak nasz Mistrz, który od lat kradnie swoje własne pomysły!)

Przez cały czas stoję – razem z innymi najprawdopodobniej nieprzelecianymi przez Mistrza biedulkami – z boku całej tej sceny. Hedvika również domyśla się, dlaczego tu stoję – tylko na razie nie dopuszcza tego do świadomości… A ja wiem, że tak, jak jest czas siewu i czas zbioru, tak również jej czas dopiero nadejdzie – i tak jak zawsze, tym razem również się nie mylę!

V

Jeśli myślicie, że pijackie i miłosne ekscesy Mojmira ograniczały się do wspomnianych degustacji win i imprez urodzinowych, powinniście wiedzieć, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Mówiąc szczerze i bez ogródek: Mojmir zawsze był, jest i będzie alkoholikiem i kurwiarzem, i to bez względu na to, czy akurat ma, czy też nie ma urodzin. Oczywiście najróżniejsze jubileusze, podobnie jak wesela, pogrzeby, gale czy nawet wywiadówki i spotkania wspólnoty mieszkaniowej – nie mówiąc już o tak zwanych spotkaniach autorskich czy targach książki – dramatycznie zwiększają ryzyko kolejnych ekscesów. Podobnie jak imprezy masowe przyciągają kieszonkowców, tak również Mojmir z cynicznym pragmatyzmem najchętniej polował w wodach, w których jest najwięcej ryb – czyli na spotkaniach ze swoimi czytelnikami. Po co miałby ganiać za ofiarą, skoro przypływa do niego dobrowolnie, prawda?

I po drugie: jeśli myślicie, że Mojmir choć raz poczuł wstyd za swój „przedaortowy" hedonizm – również jesteście w błędzie. Nie tylko, że nigdy nie czuł potrzeby przeproszenia – on był z tych gorszących przygód dumny!

– Hedonizm to dystans do życia – przekonuje mnie nawet dzisiaj, kiedy na wielkim stole w jadalni sazawskiego domu na próżno próbuje uporządkować dokumenty do zeznania podatkowego. – A ponadto jest to dzielny bój z Nicością. Hedonizm to zwycięstwo człowieka nad przerażającą krótkością ludzkiej wędrówki.

– Bzdura! – odpowiadam mu z kuchni. – Hedonizm to ordynarny sybarytyzm! Proszę więc nie stroić go w te pseudofilozoficzne banialuki!

– Hedonizm to synonim adoracji życia! – podnosi głos Mojmir i z jakiegoś niezrozumiałego powodu macha mi przed oczami plikiem rachunków za zakupione książki i artykuły biurowe, jakby były to sztandary jego wiecznego sybarytyzmu. – To triumf człowieka nad śmiercią!

– Brednie! – nie daję się ogłupić. – Hedonizm to pseudofilozoficzne alibi zwykłego życiowego egoizmu! Alibi nieodpowiedzialności. Męskiej nieodpowiedzialności!

Mam wrażenie, że Mojmir naprawdę zastanawia się nad moim stwierdzeniem – kiwa głową i stuka paznokciami w blat stołu.

– Znam też kilka hedonistek – odpowiada po chwili zmęczony. – Alkoholiczek, szybkodajek…

Mieszam sos, jeszcze trochę go zagęszczam.

– Ja niestety też, z pańskiego prywatnego portfolio – mówię kąśliwie, ale on jak zwykle słyszy tylko siebie.

– Znam też sporo kobiet, które potrafią wydać fortunę na parę butów lub torebkę… Powtarzam pani po raz sto pięćdziesiąty, że granica między sybarytyzmem i ascetyzmem nie prowadzi między płciami!

– Z tym się zgadzam – kończę triumfalnie. – Prowadzi między egoizmem i charakterem.

– O! – Mistrz uśmiecha się na pozór szyderczo, ale widać po nim, że trafiłam w czuły punkt. – Każę wyciosać tę złotą myśl w kamieniu!

Nawet kiwa głową, ale ten gest najwyraźniej dotyczy jakiegoś już zapomnianego rachunku, w który teraz wpatruje się z niedowierzaniem.

– Nie musi pan – odpowiadam, machając drewnianą łyżką, by trochę mu pogrozić, przy czym odrobina sosu koperkowego ląduje na nierdzewnych drzwiach wysokiej lodówki, a ja po chwili ścieram go chusteczką. – Już ja zadbam o to, by została zapamiętana.

Kolejny rachunek Mistrza – podobnie jak wiele poprzednich – ląduje zgnieciony w koszu. Taki płatnik VAT byłby prawdziwym skarbem dla każdego urzędu skarbowego – myślę, ale nie mówię nic.

– Doprawdy? A jak zamierza to pani osiągnąć? – pyta Mojmir.

– Piszę o panu książkę – zdradzam obojętnie, oblizując łyżkę.

– W takim razie powodzenia – odpowiada skwaszony. – Jeśli przypadkiem by się nie sprzedawała, może pani chodzić po domach i rozdawać ją, tak jak świadkowie Jehowy rozdają „Strażnicę"…

Tylko Bóg wie, dlaczego Mistrz uważa to za dobry żart. Uderza dłonią w stół i śmieje się tak głośno, że rozdmuchuje rachunki po całym stole.

I wreszcie po trzecie (przyznaję, że czasem naprawdę bywam dość rozwlekła): jeśli wciąż sądzicie, że przedchorobowy hedonizm ograniczał się tylko do opisanych powyżej kwestii, musicie wiedzieć, że na tym grzechy śmiertelne Mojmira bynajmniej się nie kończą.

Doliczcie do nich uprzejmie jeszcze obżarstwo (obejmujące luksusowe restauracje i posiłki z pięciu dań, wszystkie te food festiwale, najróżniejsze imprezy sezonowe, na przykład Uczta św. Marcina w Trafionej Gęsi, Boże Narodzenie w Ambiente, czy Wielkanocne Jajko w Intercontinentalu, cha cha), wszystkie winiarnie, degustacje, sklepy z  winami, Salony Win, Narodowe Banki Win, a do tego oczywiście narkotyki (marihuana, a kilka razy nawet haszysz i kokaina), czy wreszcie – jakżeby inaczej! – bary ze striptizem, kluby go-go, peep show, no i oczywiście burdele – od luksusowych, horrendalnie drogich domów publicznych aż po stosunkowo tanie, ordynarne speluny, o których nawet nie wstydzi się co jakiś czas mi wspomnieć, licząc na mój nieposzlakowany charakter (czyli w  tym przypadku konkretnie na to, że – jak kiedyś to grubiańsko określił – chyba nie jestem taką świnią, żeby nakablować na niego Hedvice).

Nie, nie jestem – ale czasami naprawdę tego żałuję.

Przypominam mu o tym wszystkim, kiedy porządkuje swoją księgowość.

– Haszysz paliłem tylko raz, a kokainę brałem łącznie jakieś trzy razy – protestuje bez emocji Mojmir. – Proszę więc, żeby łaskawie przestała mnie pani kreować na Hugona Haasa literatury czeskiej!

– Czyli jednak brał pan narkotyki! – krzyczę z kuchni radośnie. – Sam pan to przyznaje!

Mojmir nie odpowiada. Zastanawia się nad czymś, podczas gdy ja myję naczynia i wycieram płytę kuchenki. To się nazywa tradycyjny podział ról!

– Z rozrzewnieniem wspomina pan w  duchu swój szczęśliwy okres narkotykowy, prawda? – mówię po chwili. – Niech się pan przyzna.

– Jasne – przytakuje trochę wyzywająco. – Ten króciutki epizod kokainowy był całkiem fajny.

– Doprawdy? – mówię kąśliwie. – Niestety raz byłam świadkiem pańskiego rauszu...

Wizja obiektywnej, trzeźwej relacji natychmiast Mojmira ożywia.

– Naprawdę? I co na przykład mówiłem?

Kładę pokrywkę na garnek z sosem, otwieram zmywarkę – jak zwykle cieszy mnie widok lśniących nierdzewnych drzwiczek – i z dziecięcą radością pozwalam, by twarz pogłaskał mi gwałtowny podmuch gorącego powietrza.

– Tego już nie pamiętam. Ale żadne słowne perły to nie były – mówię z przymkniętymi oczami. – Pamiętam tylko, że mówił pan najszybciej ze wszystkich, nikogo nie dopuszczał pan do głosu i plótł pan coś piąte przez dziesiąte...

– Świetna relacja, dzięki.

Przez chwilę milczymy. Wyciągam naczynia ze zmywarki i zbieram siły do kolejnej bitwy słownej. Do boju!

– Zatem marną apologetykę pańskiego okresu narkomańskiego mamy chyba za sobą, prawda? – mówię. – A co z burdelami?

– Jaką znów apologetykę? Kobieto, co ty bredzisz?

W takim razie niech te naczynia powyciąga sobie ze zmywarki sam – myślę obrażona i wycieram ręce w papierowy ręcznik.

– Apologetyka czyli obrona – wyjaśniam Mistrzowi uprzejmie – historyczna i racjonalna. Związku z teologią w pańskim przypadku raczej bym się nie doszukiwała.

– Hm – mruczy Mojmir bez zainteresowania. – Dobra.

Ale milczy.

– To co z tymi burdelami? – przypominam mu i gaszę w kuchni światło.

– A co ma być? Mam szczegółowo opisać pieprzenie? Nie podejrzewałem, że do pani zboczeń należy również podglądactwo...

Tak głupi dowcip nie jest wart żadnego komentarza.

– Idiota z pana – podsumowuję całą dyskusję i idę włączyć sobie program podróżniczy o Malediwach.