Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Einstein. Jego życie, jego wszechświat ebook

Walter Isaacson  

5 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1103 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Einstein. Jego życie, jego wszechświat - Walter Isaacson

Cała prawda o genialnym fizyku!

Wiemy, kim był Albert Einstein. Znamy - przynajmniej pobieżnie - listę jego najważniejszych dokonań, łącznie z najsłynniejszym wzorem świata, pamiętamy o nagrodzie Nobla, a także bez trudu przywołujemy z pamięci wizerunek uśmiechniętego mężczyzny z bujną, niesforną czupryną.
Niezwykłość biografii Isaacsona polega nie tylko na tym, że dzięki niej uświadamiamy sobie, jak mało w gruncie rzeczy wiemy. I nie tylko na tym, że weryfikuje obiegowe opinie, jak choćby tę o Einsteinie niemiłosiernie ponoć rzępolącym na skrzypcach. Książka Waltera Isaacsona jest wyjątkowa, ponieważ jasno pokazuje, w jaki sposób Albert Einstein został wielkim Einsteinem. Bynajmniej nie było mu to przeznaczone. W trudnych i zniechęcających początkach kariery mógł równie dobrze obrać inną drogę; zostać dyrektorem urzędu patentowego w Bernie lub znakomitym konstruktorem nowatorskich urządzeń elektrycznych.

Opinie o ebooku Einstein. Jego życie, jego wszechświat - Walter Isaacson

Fragment ebooka Einstein. Jego życie, jego wszechświat - Walter Isaacson

Walter Isaacson

EINSTEIN

Jego życie, jego wszechświat

Przełożył Jarosław Skowroński

Tytuł oryginału: Einstein. His Life and Universe

Copyright © 2007 by Walter Isaacson

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie III

Warszawa

Mojemu ojcu, najmilszemu, najbardziej lotnemu i najporządniejszemu człowiekowi, jakiego znam.

Podziękowania

Diana Kormos Buchwald, czołowa obecnie edytorka pism Einsteina, przeczytała tę książkę bardzo wnikliwie, przekazując mi bardzo wiele uwag i poprawek. Pomogła mi ponadto w uzyskaniu dostępu do najświeższych wydań pism uczonego, które ukazały się w 2006 roku. Przyjęła mnie bardzo gościnnie w Einstein Papers Project w CaltechuI. Pani Buchwald podchodzi do swojej pracy z pasją, ale i cudownym poczuciem humoru, które spodobałoby się zapewne bohaterowi jej badań.

W zorientowaniu się w najnowszych publikacjach Einsteinowskich – a także w należytym docenieniu materiałów archiwalnych – pomogli mi bardzo dwaj jej współpracownicy. Tilman Sauer sprawdził faktografię zawartą w tej książce i opatrzył ją cennymi komentarzami; szczególnie dokładnie przyjrzał się części poświęconej próbom sformułowania równań ogólnej teorii względności i wypracowania jednolitej teorii pola. Natomiast Ze’ew Rosenkranz, który redaguje pisma Einsteina z perspektywy historycznej, wprowadził mnie w zagadnienia stosunku wielkiego fizyka do jego dziedzictwa żydowskiego i do Niemiec. Pan Rosenkranz był poprzednio kustoszem archiwum einsteinowskiego na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie.

Barbara Wolff, która obecnie sprawuje tę funkcję, przejrzała każdą stronę mojego manuskryptu, wyszukując nieścisłości, jakie się do niego wkradły. Uprzedziła mnie, że cieszy się reputacją łowczyni drobiazgów, ale jestem jej bardzo wdzięczny za wytropienie w moim tekście wszelkich błędów, nawet tych najdrobniejszych. Dziękuję za życzliwość Roni Grosz z tej samej instytucji.

Nieoceniony jest wkład – edytorski i przyjacielski – Briana Greene’a z Columbia University, autora Struktury kosmosu. Nakłonił mnie do wielu zmian w tekście i pomógł zredagować fragmenty o bardziej naukowym charakterze, bo jest nie tylko znawcą nauk ścisłych, ale też pięknego i klarownego języka. Zajmuje się teorią strun, a ponadto wraz z żoną, Tracy Day, organizuje doroczny festiwal nauki w Nowym Jorku, gdzie szerzy swój entuzjazm do nauk przyrodniczych.

Lawrence Krauss, profesor fizyki w Case Western Reserve i autor Hiding in the Mirror, również przeczytał maszynopis mojej książki, a zwłaszcza te partie, które dotyczą szczególnej i ogólnej teorii względności oraz kosmologii, proponując wiele poprawek i sugerując celne rozwiązania. Polecił mnie też Craigowi J. Copiemu, który wykłada w Case teorię względności. Nakłoniłem go do dokładnego sprawdzenia partii matematycznych i fizycznych, a za efekty jego pracy jestem głęboko wdzięczny.

Fragmenty te przejrzał również Douglas Stone, profesor fizyki w Yale. Zajmuje się on teorią materii skondensowanej i pisze książkę, która stanie się ważnym głosem na temat wkładu Einsteina do mechaniki kwantowej. Pomógł mi napisać rozdziały dotyczące słynnego artykułu o kwantowej naturze światła z 1905 roku, teorii kwantów, statystyki Bosego-Einsteina oraz teorii kinetyki.

Murray Gell-Mann, laureat Nagrody Nobla z 1969 roku, był dla mnie znakomitym przewodnikiem od początku do końca tego przedsięwzięcia. Pomógł mi poprawić pierwsze szkice, zredagował i skorygował rozdziały o względności oraz mechanice kwantowej. Pomógł mi również wstępnie opracować partie wyjaśniające zastrzeżenia Einsteina wobec zasady nieoznaczoności w mechanice kwantowej. Łącząc głęboką erudycję z poczuciem humoru i osobistą życzliwością, sprawił, że współpraca ta dała mi wiele radości.

Arthur I. Miller, emerytowany profesor historii i filozofii nauki w londyńskim University College, jest autorem książek Einstein, Picasso… orazImperium gwiazd. Przeczytał, nawet wielokrotnie, kolejne wersje moich bardziej „naukowych” rozdziałów, zwłaszcza dotyczących szczególnej teorii względności (na ten temat sam napisał pionierską pracę), ogólnej teorii względności i teorii kwantowej.

Sylvester James Gates Jr., profesor fizyki na University of Maryland, zgodził się przeczytać mój manuskrypt, kiedy przyjechał do Aspen na konferencję einsteinowską. Oddał mi tekst upstrzony błyskotliwymi komentarzami; przeredagował też kilka bardziej specjalistycznych fragmentów.

John D. Norton, profesor University of Pittsburgh, jest specjalistą od śledzenia procesów myślowych Einsteina podczas pracy nad szczególną i ogólną teorią względności. Do rozdziałów poświęconych tej problematyce wprowadził poprawki i cenne uwagi. Jestem też wdzięczny dwóm jego kolegom naukowcom, również badającym sposoby konstruowania przez Einsteina jego teorii: Jürgenowi Rennowi z Instytutu Maksa Plancka w Berlinie i Michelowi Janssenowi z University of Minnesota.

Na krytyczne przejrzenie mojego manuskryptu zgodził się także George Stranahan, założyciel Aspen Center for Physics. Okazał się szczególnie pomocny w redakcji tych partii tekstu, które dotyczą kwantowej teorii światła, ruchów Browna oraz szczególnej teorii względności.

Robert Rynasiewicz, filozof nauki z Johns Hopkins, udzielił mi cennych sugestii w kwestii prób sformułowania ogólnej teorii względności.

N. David Mermin, profesor fizyki teoretycznej w Cornell i autor Czas na czas: klucz do teorii Einsteina, dokonał korekt w ostatecznej wersji rozdziału wstępnego oraz rozdziałów piątego i szóstego, dotyczących prac Einsteina z 1905 roku.

Gerald Holton, profesor fizyki na Harvardzie, był jednym z pionierów badań einsteinowskich i do dziś wytycza kierunki w tej dziedzinie. Czuję się zaszczycony, że zechciał przeczytać moją książkę, udzielając ważnych rad i duchowego wsparcia. Na duchu podniósł mnie też jego kolega z Harvardu, Dudley Herschbach, który zrobił tak wiele dobrego w dziedzinie nauczania fizyki.

Ashton Carter, profesor nauk przyrodniczych i spraw międzynarodowych na Harvardzie, był tak uprzejmy, że przeczytał krytycznie wczesną wersję tej książki. Fritz Stern, autor Niemieckiego świata Einsteina, dodawał mi odwagi i służył radą na początku pracy. Podobnie Robert Schulmann, jeden z pierwszych redaktorów Einstein Papers Project. Jeremy Bernstein, autor świetnych książek o Einsteinie, uprzedził mnie o trudnościach tematu, za co jestem mu szczerze wdzięczny.

Skorzystałem też z pomocy dwojga nauczycieli fizyki, którzy dokładnie sprawdzili mój tekst od strony dydaktycznej, a ponadto poradzili mi, jak uczynić go zrozumiałym dla odbiorców, którzy nie mieli kontaktu z fizyką od szkoły średniej. Nancy Stravinsky Isaacson uczyła tego przedmiotu w Nowym Orleanie do czasu, gdy huragan Katrina przyniósł jej trochę więcej wolnego. Natomiast David Derbes nadal wykłada w Lab School przy University of Chicago. Ich uwagi były bardzo trafne i ukierunkowane na potrzeby czytelników laików.

Tak to już jednak jest, że choćby sprawdzało się jakąś książkę tysiąc razy, to i tak pozostaną w niej błędy. Z moją książką jest tak samo – i są to moje błędy.

Cenne uwagi uzyskałem również od kilku innych czytelników nienależących do kręgów naukowych. Są to między innymi William Mayer, Orville Wright, Daniel Okrent, Steve Weisman i Strobe Talbott.

Już od dwudziestu pięciu lat Alice Mayhew z wydawnictwa Simon & Schuster jest moją redaktorką, a Amanda Urban z ICM moją agentką. Nie mogę sobie wyobrazić lepszych współpracowniczek. Doceniam też pomoc Carolyn Reidy, Davida Rosenthala, Rogera Labriego, Victorii Meyer, Elizabeth Hayes, Sereny Jones, Mary Lurie, Judith Hoover, Jackie Seow i Dany Sloan z Simon & Schuster. Za wiele lat wsparcia wdzięczny też jestem Elliotowi Ravetzowi i Patricii Zindulce.

Natasha Hoffmeyer i James Hoppes przetłumaczyli dla mnie niemiecką korespondencję Einsteina i niektóre jego pisma nieprzełożone wcześniej na angielski. Zdjęcia do tej książki wyszukał Jay Colton, który opracował dla magazynu „Time” numer Człowiek stulecia.

Najwięcej znaczyło dla mnie jednak zdanie dwojga i pół innych czytelników. Pierwszym z nich był mój ojciec, irwin isaacson, inżynier, który zaszczepił mi miłość do nauk ścisłych i był dla mnie najlepszym nauczycielem. Wdzięczny mu jestem za ten świat, który mi stworzył razem z moją przedwcześnie zmarłą matką, a także ze swoją drugą żoną, mądrą i błyskotliwą Julanne.

Drugą szczególnie dla mnie ważną czytelniczką była moja żona Cathy, która przestudiowała ten tekst strona po stronie, wykazując się mądrością, zdrowym rozsądkiem i dociekliwością. A ową „półczytelniczką” była moja córka Betsy, która czytała wybrane fragmenty i komentowała je, nie bojąc się formułować dosadnych sądów. Kocham je obie bardzo.

Główne postaci

Michele Angelo Besso (1873–1955). Najbliższy przyjaciel Einsteina. Sympatyczny, choć trochę rozkojarzony inżynier. Poznał Alberta w Zurychu, potem pracował razem z nim w berneńskim urzędzie patentowym. W 1905 roku służył jako swoisty „rezonator”, gdy Einstein formułował swoją szczególną teorię względności. Żonaty z Anną Winteler, siostrą pierwszej przyjaciółki Einsteina.

Niels Bohr (1885–1962). Duński pionier teorii kwantów. Na Konferencjach Solvaya i podczas innych debat naukowych odpierał dzielnie zarzuty Einsteina wobec kopenhaskiej interpretacji mechaniki kwantowej.

Max Born (1882–1970). Niemiecki fizyk i matematyk. Przez czterdzieści lat prowadził bliską i błyskotliwą korespondencję z Einsteinem. Starał się nakłonić Alberta do pogodzenia się z mechaniką kwantową. Jego żona Hedwig krytykowała nieraz Einsteina w kwestiach osobistych.

Helen Dukas (1896–1982). Oddana sekretarka Einsteina, strzegąca niczym Cerber jego spokoju. Od 1928 roku aż do śmierci uczonego była jego domownicą, a później strażniczką jego spuścizny.

Arthur Stanley Eddington (1882–1944). Brytyjski astrofizyk. Jego obserwacje zaćmienia Słońca z 1919 roku potwierdziły pogląd Einsteina, że światło odchyla się pod wpływem grawitacji.

Paul Ehrenfest (1880–1933). Pochodzący z Austrii fizyk, który poznał Einsteina w 1912 roku w Pradze. Później został profesorem w Lejdzie, gdzie często gościł Alberta.

Eduard Einstein (1910–1965). Drugi syn Milevy Marić i Einsteina. Zdolny, o artystycznych zainteresowaniach. Zafascynowany Freudem, pragnął zostać psychiatrą, ale jako dwudziestoparolatek uległ własnym schizofrenicznym demonom i większość życia spędził w szwajcarskich zakładach psychiatrycznych.

Elsa Einstein (1876–1936). Kuzynka i druga żona Alberta. Matka Margot i Ilse Einstein (z jej pierwszego małżeństwa z kupcem tekstylnym Maksem Löwenthalem). Po rozwodzie w 1908 roku powróciła razem z córkami do swego panieńskiego nazwiska. Za Alberta Einsteina wyszła w 1919 roku. Była bystrzejsza, niż udawała, i potrafiła utrzymać męża w ryzach.

Hans Albert Einstein (1904–1973). Pierwszy syn Milevy Marić i Einsteina. Nie była to łatwa rola życiowa, ale wywiązał się z niej nader pomyślnie. Studiował inżynierię na politechnice w Zurychu. W 1927 poślubił Friedę Knecht (1895–1958). Mieli dwóch synów, Bernarda (ur. 1930) i Klausa (1932–1938), a także adoptowaną córkę Evelyn (ur. 1941). W 1938 roku wyjechał do USA, gdzie po pewnym czasie został profesorem inżynierii wodnej w Berkeley. Po śmierci Friedy ożenił się w 1959 roku z Elizabeth Roboz (1904–1995). Jego syn Bernard doczekał się pięciorga dzieci. Są to jedyne znane prawnuki Alberta Einsteina.

Hermann Einstein (1847–1902). Ojciec Alberta. Pochodził z żydowskiej rodziny zamieszkałej w wiejskich okolicach Szwabii. Razem ze swym bratem Jakobem prowadził firmy elektryczne w Monachium, a potem we Włoszech – jednak bez większego powodzenia.

Ilse Einstein (1897–1934). Córka Elsy Einstein z jej pierwszego małżeństwa. Przyjaciółka lekarza i łowcy przygód Georga Nicolaia. W 1924 roku wyszła za dziennikarza Rudolfa Kaysera, który później napisał – pod pseudonimem Anton Reiser – książkę o Albercie Einsteinie.

Lieserl Einstein (1902–?). Przedślubna córka Einsteina i Milevy Marić. Przypuszczalnie opuściła dom matki w Nowym Sadzie, oddana do adopcji, i zmarła na szkarlatynę w 1903 roku.

Margot Einstein (1899–1986). Córka Elsy Einstein z pierwszego małżeństwa. Nieśmiała rzeźbiarka. Jej mężem był Rosjanin Dimitri Marianoff. Nie mieli dzieci. Marianoff napisał później książkę o Albercie Einsteinie. Margot rozwiodła się w 1937 roku i przeniosła do domu ojczyma w Princeton. Mieszkała tam, przy 112 Mercer Street, aż do śmierci.

Maria „Maja” Einstein (1881–1951). Jedyna siostra i powiernica Alberta. Wyszła za Paula Wintelera. Nie miała z nim dzieci i w 1938 roku przeniosła się, bez męża, z Włoch do Princeton, gdzie zamieszkała z bratem.

Pauline Koch Einstein (1858–1920). Matka Alberta. Kobieta praktyczna, o silnej woli. Była córką zamożnego handlarza zbożem z Wirtembergii. Hermanna Einsteina poślubiła w 1876 roku.

Abraham Flexner (1866–1959). Amerykański reformator edukacji. Założył Instytut Studiów Zaawansowanych w Princeton i zatrudnił tam Einsteina.

Philipp Frank (1884–1966). Austriacki fizyk. Zastąpił swego przyjaciela Einsteina na uniwersytecie niemieckim w Pradze, a później napisał o nim książkę.

Marcel Grossmann (1878–1936). Sumienny kolega Alberta ze studiów na politechnice w Zurychu. Robił dla niego notatki z matematyki, a później pomógł mu zdobyć posadę w berneńskim urzędzie patentowym. Jako profesor geometrii wykreślnej udzielał Einsteinowi konsultacji w zakresie zagadnień matematycznych potrzebnych do opracowania ogólnej teorii względności.

Fritz Haber (1868–1934). Niemiecki chemik, pionier w dziedzinie gazów bojowych. Przyczynił się do ściągnięcia Einsteina do Berlina. Był też pośrednikiem między Albertem i Milevą Marić. Chcąc być dobrym Niemcem, przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo. Przekonywał Einsteina do korzyści płynących z asymilacji. Zmienił zdanie po dojściu nazistów do władzy.

Conrad Habicht (1876–1958). Matematyk i wynalazca amator, członek dyskusyjnego tria Akademia Olimpijska w Bernie. W 1905 roku otrzymał od Einsteina dwa słynne listy, zapowiadające najnowsze prace Alberta.

Werner Heisenberg (1901–1976). Fizyk niemiecki, pionier mechaniki kwantowej. Sformułował zasadę nieoznaczoności, wobec której Einstein wysuwał przez lata poważne zastrzeżenia.

David Hilbert (1862–1943). Matematyk niemiecki, który w 1915 roku ścigał się z Einsteinem w opracowaniu matematycznych równań ogólnej teorii względności.

Banesh Hoffmann (1906–1986). Matematyk i fizyk, który współpracował z Einsteinem w Princeton, a potem napisał o nim książkę.

Philipp Lenard (1862–1947). Węgiersko-niemiecki fizyk, którego obserwacje efektu fotoelektrycznego zostały wyjaśnione przez Einsteina w jego pracy z 1905 roku, dotyczącej kwantowej natury światła. Z czasem Lenard stał się antysemitą i nazistą pałającym nienawiścią do Einsteina.

Hendrik Antoon Lorentz (1853–1928). Genialny fizyk holenderski, którego idee utorowały drogę do szczególnej teorii względności. Dla Einsteina stał się kimś w rodzaju ojca duchowego.

Mileva Marić (1875–1948). Serbka, pierwsza żona Einsteina, którego poznała, studiując fizykę na politechnice w Zurychu. Matka Hansa Alberta, Eduarda i Lieserl. Pełna temperamentu, ale skłonna do depresji. Pokonała wiele przeszkód, jakie stawały wówczas na drodze kobiet pragnących zostać fizykami. Od 1914 roku żyła z Einsteinem w separacji, a w 1919 roku rozwiodła się z nim.

Robert Andrews Millikan (1868–1953). Amerykański fizyk, który potwierdził eksperymentalnie Einsteinowską teorię efektu fotoelektrycznego i ściągnął Einsteina na wykłady do Caltechu.

Hermann Minkowski (1864–1909). Uczył Einsteina matematyki na politechnice w Zurychu, nazywając go „leniwym psem”. Wypracował matematyczną formułę szczególnej teorii względności w warunkach czterowymiarowej czasoprzestrzeni.

Georg Friedrich Nicolai [Lewinstein] (1874–1964). Medyk, pacyfista, charyzmatyczny łowca przygód i uwodziciel. Przyjaciel oraz lekarz Elsy Einstein i zapewne kochanek jej córki Ilse.

Abraham Pais (1918–2000). Urodzony w Holandii fizyk, który stał się kolegą Einsteina w Princeton i napisał jego naukową biografię.

Max Planck (1858–1947). Pruski fizyk, patron młodego Einsteina. Przyczynił się do ściągnięcia Alberta do Berlina. Miał skłonności konserwatywne – tak w życiu, jak i w nauce – co kontrastowało z charakterem Einsteina. Jednak aż do przejęcia władzy przez nazistów ci dwaj uczeni utrzymywali ciepłe stosunki koleżeńskie.

Erwin Schrödinger (1887–1961). Fizyk austriacki. Choć należał do pionierów mechaniki kwantowej, podzielał obiekcje Einsteina wobec zasady nieoznaczoności, która leżała u jej podstaw.

Maurice Solovine (1875–1958). Rumuński student filozofii w Bernie, współzałożyciel – wraz z Einsteinem i Habichtem – Akademii Olimpijskiej. Później został wydawcą prac Einsteina we Francji. Do końca życia Alberta korespondował z nim.

Leó Szilard (1898–1964). Urodzony na Węgrzech fizyk, czarujący ekscentryk, który poznał Einsteina w Berlinie i opatentował z nim nowy typ lodówki. Przewidział możliwość przeprowadzenia nuklearnej reakcji łańcuchowej i wraz z Einsteinem napisał w 1939 roku list do prezydenta Roosevelta, w którym przestrzegał przed możliwością powstania bomby atomowej.

Chaim Weizmann (1874–1952). Urodzony w Rosji chemik, który wyemigrował do Anglii i został tam przewodniczącym Światowej Organizacji Syjonistycznej. W 1921 roku zabrał Einsteina do Ameryki i wykorzystał go jako atrakcję podczas zbiórki pieniędzy. Był pierwszym prezydentem Izraela. Po jego śmierci godność tę zaoferowano Einsteinowi.

Rodzina Wintelerów. Einstein mieszkał u nich podczas nauki w szwajcarskim Aarau. Jost Winteler był nauczycielem historii i greki, a jego żona Rosa zastępowała Albertowi matkę. Wintelerowie mieli siedmioro dzieci, z których Marie stała się pierwszą dziewczyną Einsteina, Anna wyszła za jego najlepszego przyjaciela Michelego Bessa, a Paul ożenił się z siostrą Alberta, Mają.

Heinrich Zangger (1874–1957). Profesor fizjologii na uniwersytecie w Zurychu. Przyjaźnił się z Einsteinem i Milevą Marić, godził ich ze sobą, a w końcu pomógł im się rozwieść.

1Jazda na promieniu światła

„Obiecuję ci cztery artykuły” – napisał ten młody inspektor patentowy do swego przyjaciela w liście, który zapowiadał jeden z najważniejszych przełomów w dziejach nauki, choć jego historyczne znaczenie przysłonięte było szelmowskim uśmiechem, tak typowym dla autora. Do adresata zwracał się Einstein per „ty mrożony wielorybie”, przepraszając za swą „chaotyczną paplaninę”. Dopiero przeszedłszy do wyjaśniania, czemu poświęcone są zapowiedziane artykuły, zaczął dawać do zrozumienia, że przeczuwa jednak znaczenie owych tekstów, które pisał w wolnych chwilach po pracy w urzędzie.1

„Pierwszy dotyczy promieniowania i energetycznych właściwości światła, i jest bardzo rewolucyjny”. Rzeczywiście, był rewolucyjny. Zawierał twierdzenie, że światła nie powinno się uważać po prostu za falę, ale także za strumień mikroskopijnych cząstek zwanych kwantami. Ewentualne implikacje tej teorii – wizja probabilistycznego kosmosu pozbawionego ścisłej przyczynowości – nurtowały i niepokoiły Einsteina do końca życia.

„W tym drugim tekście chodzi o wyznaczanie faktycznych wielkości atomów”. Choć samo istnienie atomów było wówczas wciąż tematem dyskusji, artykuł ten był stosunkowo „najbezpieczniejszy” i dlatego Einstein wybrał go na podstawę swojej późniejszej dysertacji doktorskiej. Dokonywał wówczas rewolucji w fizyce, ale nie udało mu się jeszcze uzyskać stanowiska akademickiego ani nawet doktoratu, dzięki któremu mógłby w swoim biurze patentowym awansować z inspektora technicznego trzeciej klasy na inspektora klasy drugiej.

Trzeci artykuł wyjaśniał chaotyczne ruchy mikroskopijnych cząstek zawieszonych w cieczy, a czynił to poprzez statystyczną analizę ich przypadkowych kolizji z cząsteczkami płynu. W trakcie wywodu autor ustalił faktyczne istnienie atomów i molekuł.

„Czwarty artykuł to obecnie jeszcze surowy szkic. Chodzi w nim o elektrodynamikę ciał w ruchu. Wykorzystałem tam modyfikację teorii przestrzeni i czasu”. To było bez wątpienia coś więcej niż „chaotyczna paplanina”. Bazując na eksperymentach myślowych – dokonywanych w głowie, a nie w laboratorium – postanowił Einstein podważyć koncepcję absolutnego czasu i przestrzeni, której zwolennikiem był Newton. Ta rewolucja miała przejść do historii jako szczególna teoria względności.

Nie powiadomił swego przyjaciela o jednej rzeczy, bo sam o niej jeszcze nie wiedział: że w tym samym „cudownym” roku napisze jeszcze jeden, piąty artykuł, będący krótkim uzupełnieniem czwartego. Ustali w nim wzór na równoważność masy i energii: E=mc2. To chyba najpopularniejszy wzór współczesnej nauki.

Gdy spoglądamy wstecz na to stulecie, które zapisało się w dziejach swym desperackim pragnieniem zburzenia klasycznych kanonów, a potem kierujemy wzrok naprzód, ku erze, która próbuje ze wszystkich sił wykształcić w sobie kreatywność potrzebną do odkryć naukowych, dostrzegamy, że jedna postać spina te dwie epoki, górując nad otoczeniem i symbolizując niejako nasze czasy: właśnie ów dobrotliwy uchodźca z aureolą rozwichrzonych włosów i żywym spojrzeniem, z twarzą znamionującą nadzwyczajną lotność umysłu. To jego nazwisko stało się synonimem geniusza. Albert Einstein był, jak majster-artysta, obdarzony niezwykłą wyobraźnią i zarazem głęboką wiarą w harmonię panującą w warsztacie natury. Jego fascynująca historia, będąca świadectwem szczęśliwego związku pomiędzy kreatywnością a wolnością, jest też opowieścią o naszych czasach, pełnych wzlotów, ale i dotkliwych upadków.

Teraz, kiedy archiwa Einsteina są całkowicie otwarte, można się dowiedzieć, jak prywatne oblicze uczonego – jego nonkonformizm, buntowniczy instynkt, nienasycona ciekawość, pasje i okresowa potrzeba samotności – wpływały na jego polityczną i naukową aktywność. Znając go lepiej jako człowieka, lepiej też rozumiemy jego myśl – i vice versa. Charakter, wyobraźnia i twórczy geniusz są tu ze sobą związane, jakby stanowiły elementy jakiegoś jednolitego pola.

Mówiono, że był człowiekiem wyniosłym. Ale w rzeczywistości był raczej pasjonatem – zarówno w życiu osobistym, jak w pracy naukowej. Na studiach zakochał się do szaleństwa w jedynej dziewczynie, która studiowała z nim fizykę – w ciemnowłosej i smagłej Serbce Milevie Marić. Mieli nieślubne dziecko, ale potem się pobrali i doczekali dwóch synów. Mileva była wdzięczną i rozumną słuchaczką swego męża; pomagała mu szlifować matematyczną stronę jego prac. W końcu jednak ich związek się rozpadł.

Einstein zaproponował żonie układ. Powiedział, że pewnego dnia może otrzymać Nagrodę Nobla, a jeśli Mileva da mu rozwód, to on przekaże jej pieniądze z nagrody. Zastanawiała się nad tą propozycją przez tydzień – i w końcu się zgodziła. Jednak teorie Alberta były tak radykalne, że od chwili, gdy zakończył pracę w urzędzie patentowym, do dnia, gdy Mileva mogła podjąć te „noblowskie” pieniądze, minęło siedemnaście lat.

W życiu Einsteina znajdowała odbicie atmosfera modernistycznych początków XX wieku – lat, gdy załamywały się stare pewniki społeczne i moralne. W powietrzu unosił się duch nonkonformizmu, stare więzy zrywali tacy ludzie jak Picasso, Joyce, Freud, Strawiński, Schönberg. Atmosferze tej odpowiadała wizja świata, w której przestrzeń i czas, a także właściwości cząstek zdawały się zależeć od kaprysów obserwacji.

Einstein nie był jednak relatywistą w sensie filozoficznym, choć wielu, czasami z pobudek antysemickich, go o to oskarżało. Bo u fundamentów jego teorii – w tym także teorii względności – leżało poszukiwanie praw stałych i absolutnych. Jego zdaniem za prawami rządzącymi kosmosem stała harmonijna rzeczywistość, do której chciał dotrzeć jako naukowiec.

To poszukiwanie zaczęło się w 1895 roku, kiedy jako szesnastolatek wyobraził sobie jazdę na promieniu światła. Dziesięć lat później przyszedł ów „cudowny rok”, anonsowany w liście do przyjaciela, kiedy położone zostały podwaliny pod dwa wielkie osiągnięcia dwudziestowiecznej fizyki: teorie względności i kwantów.

Minęła jeszcze jedna dekada i Einstein dał światu jedną z najpiękniejszych teorii w całej nauce – ogólną teorię względności. Podobnie jak w przypadku szczególnej teorii względności, uczony i tym razem posłużył się eksperymentem myślowym. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy zamknięci w jakiejś wielkiej windzie, poruszającej się coraz szybciej w przestrzeni kosmicznej. Efekty, jakie odczujemy, będą nie do odróżnienia od doświadczenia grawitacji.

Grawitacja, twierdził Einstein, jest zakrzywieniem przestrzeni i czasu, które zmienia się dynamicznie w zależności od współoddziaływania materii, ruchu i energii. Można tu skorzystać z jeszcze innego eksperymentu myślowego. Potoczmy kulę do kręgli po dwuwymiarowej powierzchni batutu. Potem puśćmy parę kul bilardowych. Potoczą się w kierunku kuli do kręgli – ale nie dlatego, by miała ona jakąś tajemniczą siłę przyciągania, lecz dlatego, że ta ciężka kula odkształca powierzchnię batutu. A teraz wyobraźmy sobie, że dzieje się to w czterowymiarowej czasoprzestrzeni… Zgoda – trudno to sobie wyobrazić, ale dlatego właśnie nie jesteśmy Einsteinami.

Półmetek jego kariery przypadł na rok 1925 – i był to jednocześnie punkt zwrotny. Rewolucja kwantowa, do której sam się przyczynił, przybrała postać probabilistycznej mechaniki kwantowej, gdzie obowiązywała zasada nieoznaczoności. Tego roku dokonał swego ostatniego wielkiego wkładu w tę teorię, ale jednocześnie zaczął ją krytykować. Przez kolejne trzy dekady uparcie atakował to, co uważał za niedociągnięcia mechaniki kwantowej, starając się jednocześnie wpisać ją w ramy swojej jednolitej teorii pola. Jeszcze na łożu śmierci, w 1955 roku, tworzył kolejne równania, mające doprowadzić do tego celu.

Jednakże zarówno w swym trzydziestoleciu „rewolucyjnym”, jak i w trzydziestoleciu „reakcyjnym” chciał być wciąż outsiderem z kpiącym uśmieszkiem na twarzy. Dobrze się czuł z nonkonformizmem. Był człowiekiem niezależnie myślącym, idącym za głosem wyobraźni nieskrępowanej konwencjonalnymi poglądami ani potocznym „zdrowym rozsądkiem”. Prowadziła go wiara – do której przyznawał się również z nieco ironicznym półuśmieszkiem – w Boga, który nie gra w kości, nie pozwalając, by sprawy toczyły się przypadkowo.

Nonkonformizm Einsteina objawiał się także w jego osobowości i działalności politycznej. Chociaż przyznawał się do socjalistycznych ideałów, był zbyt wielkim indywidualistą, by czuć sympatię do totalitarnej dyktatury jakiegoś państwa czy ideologii. Ta niesforność, która przydała mu się bardzo jako młodemu uczonemu, sprawiała też, że miał alergiczny stosunek do wszelkiego nacjonalizmu, militaryzmu i innych form stadnego myślenia. Aż do chwili, gdy Hitler zmusił go do pewnej korekty geopolitycznej orientacji, był również organicznym pacyfistą.

Jego myśl objęła rozległy obszar współczesnej wiedzy, sięgając od obiektów najmniejszych po największe, od emisji fotonów po ekspansję wszechświata. Od wielkich triumfów jego idei minęło już stulecie, a my wciąż żyjemy w uniwersum określonym w skali makro przez jego teorię względności, a w skali mikro – przez mechanikę kwantową, która okazała się wytrzymała na spory jej twórców.

Na wszystkich dzisiejszych technologiach da się odnaleźć „odciski palców” Einsteina. Komórki fotoelektryczne i lasery, energia atomowa i włókna światłowodowe, podróże kosmiczne i nawet półprzewodniki… – mają źródła w jego teorii. Einstein podpisał list do Franlina D. Roosevelta, ostrzegający przed możliwością zbudowania bomby atomowej, i teraz, kiedy widzimy zdjęcia atomowego grzyba, przez myśl przelatuje nam słynny Einsteinowski wzór na stosunek energii do masy.

Einstein zdobył sławę, gdy obserwacje zaćmienia Słońca z 1919 roku potwierdziły jego teorię, że grawitacja odchyla światło. Zbiegło się to w czasie z nowym zjawiskiem w kulturze – swoistym kultem celebrities. Einstein stał się gwiazdą, naukową „supernową” i humanistyczną ikoną, jedną z najsłynniejszych postaci naszego globu. Opinia publiczna nie miała zbytniej ochoty zgłębiać jego teorii, ale zaczęła go ochoczo czcić jako geniusza i kogoś w rodzaju świeckiego świętego.

Czy gdyby nie miał tej elektryzującej aureoli włosów i świdrującego spojrzenia, byłby wciąż ulubioną postacią z plakatów? Pozwólmy sobie na mały eksperyment – wyobraźmy sobie Einsteina wyglądającego jak Max Planck czy Niels Bohr… Czy i wówczas stałby się „celebrytą”? Czy trafiłby do panteonu nauki, obok Arystotelesa, Galileusza i Newtona2?

Z pewnością. Jego wielkość nie potrzebowała bowiem popkulturowej propagandy – to popkultura potrzebowała Einsteina. oczywiście jego dzieło nosi wyraźne indywidualne piętno. To tak, jak z obrazami Picassa – od razu widać, że to Picasso. Einstein dokonywał wielkich skoków intelektualnych i formułował wspaniałe teorie we własnej głowie, a nie dzięki metodycznej indukcji opartej na danych doświadczalnych.Teorie, które dzięki temu powstawały, były czasem szokujące i tajemnicze, często sprzeczne z utartymi poglądami, a jednak potrafiły zadziałać na wyobraźnię wielkich rzesz ludzi. Takie idee jak względność czasu i przestrzeni, wzór E=mc2, odchylenie światła, odkształcenie przestrzeni nie były powszechnie rozumiane, ale działały na emocje.

Do ukształtowania się szczególnej aury Einsteina przyczyniło się także jego ludzkie oblicze. Owszem, lubił trzymać dystans, ale był człowiekiem skromnym, i była to skromność płynąca z jego natury. Bywał wyniosły wobec znajomych, ale generalnie odnosił się do ludzi z autentyczną uprzejmością, delikatnością i sympatią.

Z drugiej strony, pomimo ujmującej powierzchowności i miłego sposobu bycia Einstein zaczął też symbolizować wizję współczesnej fizyki jako dziedziny nie do pojęcia dla laików, jako sfery zastrzeżonej dla „namaszczonych ekspertów”, jak się wyraził profesor Dudley Herschbach z Harvardu.3 Nie zawsze tak było. Galileusz i Newton to bez wątpienia genialni uczeni, ale ich mechaniczna, przyczynowo-skutkowa interpretacja natury docierała do umysłów co bystrzejszych laików. W wieku XVIII – wieku Benjamina Franklina – i w wieku XIX – za czasów Thomasa Edisona – nauki przyrodnicze nie stanowiły dla zwykłych, choć wykształconych ludzi jakiejś tajemniczej i niedostępnej sfery, jak to dzieje się obecnie. Wiele osób uprawiało je nawet po amatorsku.

To szerokie zainteresowanie postępami nauki powinno się dziś odrodzić, zważywszy na potrzeby XXI wieku. Nie znaczy to, że każdy humanista musi przechodzić dogłębny kurs fizyki, a każdy prawnik ma być za pan brat z mechaniką kwantową. Chodzi o to, że szacunek do metody naukowej bardzo się przydaje odpowiedzialnym obywatelom. Nauki przyrodnicze pozwalają zrozumieć, że istnieje ścisły związek między faktami cząstkowymi, dostępnymi dla nas w codziennym doświadczeniu, i ogólnymi teoriami. Widać to dobrze w biografii Einsteina.

Poza tym zainteresowanie sukcesami nauki jest pozytywną i sympatyczną cechą dobrego społeczeństwa. Pomaga zachować dziecięcy zachwyt wobec takich „cudów” codziennego życia jak spadające jabłko czy winda. Zachwyt ten był charakterystyczny dla Einsteina i wielu innych wielkich fizyków teoretycznych. Odświeża też myślenie każdego z nas.4

Dlatego warto studiować Einsteina. Nauka to inspirująca i szlachetna dziedzina ludzkiej aktywności, a jej uprawianie jest niezwykłą, porywającą misją – o czym przypominają nam sagi jej wielkich bohaterów. Pod koniec życia Einsteina Departament Edukacji stanu Nowy Jork zapytał go, na co powinno się kłaść szczególny nacisk w nauczaniu szkolnym. „Należy – odpowiedział uczony – mówić wiele o postaciach, które wzbogaciły ludzkość dzięki niezależności swego charakteru i sądów”. Sam Einstein należał do tej kategorii.

Obecnie, w warunkach światowej konkurencji, powinniśmy zwrócić uwagę na jeszcze inny fragment odpowiedzi Einsteina: „Krytyczne uwagi uczniów należy przyjmować z życzliwością. Gromadzenie materiału nie powinno krępować uczniowskiej niezależności”. Konkurencyjne zdolności jakiegoś społeczeństwa nie zależą od tego, jak skutecznie wbija się dzieciakom do głowy tabliczkę mnożenia czy układ okresowy pierwiastków, lecz od tego, jak szkoła stymuluje wyobraźnię i kreatywność.

Tu leży, jak myślę, klucz do geniuszu Einsteina i lekcji, jaką daje nam jego życie. Jako uczeń nigdy nie błyszczał, jeśli chodzi o pamięciowe opanowanie materiału. Później zaś, jako fizyk teoretyk, odnosił sukcesy nie dzięki bezwzględnej, żelaznej sile wnioskowania, ale dzięki swej wyobraźni i twórczemu myśleniu. Potrafił konstruować skomplikowane równania, ale ważniejsze było to, iż wiedział, że matematyka jest językiem, w którym natura opisuje swoje cuda. Umiał więc dostrzec w matematycznych wzorach odbicie rzeczywistości. Potrafił na przykład na równania pola elektromagnetycznego, odkrytego przez Jamesa Clerka Maxwella, spojrzeć oczami chłopca podróżującego na promieniu światła. Jak kiedyś powiedział: „Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy”5.

Takie podejście skłaniało do nonkonformizmu. „Niech żyje tupet! – zawołał kiedyś do swej kochanki, a późniejszej żony. – To mój anioł stróż na tym świecie”. Wiele lat później, gdy sądzono, że jego zastrzeżenia wobec mechaniki kwantowej świadczą, iż stracił swój „pazur”, skarżył się: „Za to, że nie poddaję się autorytetom, oskarżają mnie samego o autorytarne ciągoty”6.

Jego sukces wziął się z kwestionowania potocznej mądrości i autorytetów oraz z zadziwienia tajemnicami, które inni uważali za rzeczy zwyczajne. Dzięki temu jego zapatrywania moralne i polityczne oparte były na szacunku dla wolnej myśli, wolnego ducha i wolnej jednostki. Brzydził się tyranią, a tolerancji nie uważał jedynie za miłą cechę charakteru, lecz za nieodzowny warunek funkcjonowania twórczego społeczeństwa. „Ważne jest, by sprzyjać indywidualnościom, bo tylko indywidualności mogą stworzyć nowe idee”7.

Taki światopogląd sprawił, że Einstein był buntownikiem szanującym jednak harmonię natury, człowiekiem umiejącym połączyć we właściwy sposób wyobraźnię i mądrość, aby odmienić nasze rozumienie świata. Te przymioty były równie ważne w początkach XX wieku, gdy twórca teorii względności stał się akuszerem ery nowoczesnej, jak dzisiaj, w nowym stuleciu globalizacji, gdy sukces zależy od siły naszej kreatywności.

2Dzieciństwo 1879–1896

Szwabia

Mówić nauczył się późno. Jak wspominał po latach: „Moi rodzice tak się tym zaniepokoili, że szukali porady lekarza”. Dopiero po ukończeniu drugiego roku życia zaczął składać słowa, ale robił to tak nieporadnie, że służąca nazywała go „gamoniem”, a bliscy bali się, czy nie jest aby opóźniony w rozwoju umysłowym. Kiedy miał coś do powiedzenia, najpierw mówił to po cichu do siebie, a dopiero później powtarzał całą kwestię na głos. Uwielbiająca go młodsza siostra tak wspominała: „Każde zdanie, nawet najprostsze, wymawiał najpierw cichutko, ledwie ruszając ustami. Wszystkich to bardzo martwiło […]. Miał takie kłopoty z mówieniem, że obawiano się, czy zdoła podjąć naukę w szkole”8.

Ten powolny rozwój łączył się z żywiołową niechęcią do autorytetów, która prowadziła później do konfliktów z nauczycielami. Raz nawet wyleciał ze szkoły, co czyni z Einsteina patrona wszystkich niesfornych uczniów.9 Jednak te same cechy pomogły mu z czasem zostać najbardziej twórczym geniuszem czasów nowożytnych.

Gorąca niechęć do autorytetów skłaniała go do kwestionowania przyjętych powszechnie poglądów, nad słusznością których dobrze wytrenowani akademiccy akolici nigdy się nie zastanawiali. Co się zaś tyczy problemów z mówieniem, to Einstein zaczął z czasem wierzyć, że to właśnie dzięki nim mógł obserwować z takim zaciekawieniem zjawiska codziennego życia, które inni uważali za trywialne. „Kiedy pytam sam siebie, jak to się stało, że wpadłem na teorię względności, dochodzę do wniosku, że zadziałały tu następujące czynniki. Otóż zwyczajni dorośli nie zawracają sobie głowy kwestiami przestrzeni i czasu. O takich sprawach myśli się w wieku dziecięcym. Ja jednak rozwijałem się tak powoli, że zacząłem rozmyślać o czasie i przestrzeni już jako człowiek niemal dorosły. Dlatego mogłem zgłębić ten temat bardziej niż dziecko”10.

Można jednak sądzić, że problemy młodego Einsteina nie były w istocie aż tak poważne. Zachowały się bowiem pisane przez jego dziadków listy, z których wynika, że Albert nie wydał im się wcale zapóźniony w rozwoju. Inna rzecz, że dziadkowie bywają ślepi na niedoskonałości wnuków. W każdym razie Einstein przez całe życie cierpiał na łagodną postać echolalii i lubił powtarzać dwu- albo i trzykrotnie różne zdania, zwłaszcza gdy go bawiły. Ogólnie wolał myśleć obrazami, przede wszystkim w swoich eksperymentach myślowych, takich jak obserwowanie latarń z okna pędzącego pociągu czy odczuwanie grawitacji w jadącej windzie. „Ja w ogóle rzadko myślę słowami – opowiadał pewnemu psychologowi. – Wpadam na jakiś pomysł i dopiero potem staram się go wyrazić słowami”11.

Einstein wywodził się po ojcu i matce z żydowskich handlarzy i domokrążców, żyjących od co najmniej dwóch stuleci w wiejskich okolicach Szwabii, na południowym zachodzie Niemiec. Z pokolenia na pokolenie asymilowali się oni coraz bardziej – w każdym razie tak im się wydawało – z niemiecką kulturą, którą szczerze kochali. Czuli sentyment do żydowskiej tradycji i swych etnicznych korzeni, ale dość obojętnie traktowali religię mojżeszową i jej obrzędy.

Einstein konsekwentnie pomniejszał rolę swego pochodzenia w karierze naukowej. Pod koniec życia wyznał: „Studia nad moimi przodkami to droga donikąd”12. Ale nie jest to cała prawda. Bo Albert miał szczęście urodzić się w rodzinie ludzi inteligentnych, niezależnie myślących i ceniących wykształcenie, a na jego życiu odcisnęły się zarówno piękne, jak i tragiczne doświadczenia narodu o wysoce intelektualnej tradycji religijnej, narodu odwiecznych wędrowców i outsiderów. Oczywiście to, czego doświadczyli niemieccy Żydzi w XX wieku, uczyniło Einsteina jeszcze bardziej wędrowcem i outsiderem, niżby chciał, ale i wpłynęło bez wątpienia na rolę, jaką odegrał w dziejach świata.

Hermann Einstein, ojciec Alberta, urodził się w 1847 roku w szwabskiej miejscowości Buchau, gdzie dobrze prosperująca gmina żydowska cieszyła się prawem do wykonywania wszelkich zawodów. Hermann wykazywał „wybitne zdolności matematyczne”13, a jego rodzina mogła sobie pozwolić na posłanie go do szkoły w odległym o 75 mil na północ Stuttgarcie. Nie była już jednak w stanie zapewnić mu wykształcenia uniwersyteckiego. Zresztą większość uczelni wyższych nie przyjmowała wówczas Żydów. Wrócił więc do Buchau, by zająć się handlem.

Parę lat później Hermann Einstein przeniósł się wraz z rodzicami do oddalonego o 35 mil Ulm, którego dewiza głosiła dumnie, że Ulmenses sunt mathematici (mieszkańcy Ulm to matematycy).14 Warto zaznaczyć, że był to okres masowej migracji niemieckich Żydów z terenów wiejskich do ośrodków przemysłowych.

W mieście Hermann zaczął prowadzić wraz z kuzynem wytwórnię pierzyn. „To był niesłychanie przyjazny, łagodny i mądry człowiek” – wspominał ojca Albert Einstein.15 Ale ta niezwykła szlachetność, granicząca z potulnością, nie była cechą szczególnie użyteczną w biznesie. W sprawach finansowych Hermann nie radził sobie dobrze. Był za to znakomitym mężem dla swojej stanowczej żony i ojcem. W wieku dwudziestu dziewięciu lat poślubił bowiem młodszą o lat jedenaście Pauline Koch.

Ojciec Pauline, Julius Koch, zbił pokaźny majątek jako kupiec zbożowy i dostawca dworu wirtemberskiego. Córka odziedziczyła po nim zmysł praktyczny, ale nie miała ojcowskiego poczucia humoru, ciętego aż do granic sarkazmu, zaraźliwego, ale i potrafiącego zranić (te cechy odziedziczył za to Albert). Wedle wszelkich źródeł stosunki między Pauline i Hermannem układały się świetnie, gdyż jej mocna osobowość „doskonale harmonizowała” z uległością męża.16

Ich pierwsze dziecko urodziło się o godzinie 11.30 w piątek 14 marca 1879 roku w Ulm, które niedawno znalazło się wraz z resztą Szwabii w granicach nowego cesarstwa niemieckiego. Początkowo Pauline i Hermann chcieli dać pierworodnemu na imię Abraham, po jednym z pradziadków, ale uznali, że brzmi to „zbyt żydowsko”17. Zdecydowali się więc na „Alberta”.

Monachium

W 1880 roku, gdy Albert miał roczek, pierzynowy interes w Ulm splajtował. Rodzina przeniosła się więc do Monachium, gdzie brat Hermanna, Jakob, otworzył zakład dostarczający gaz i energię elektryczną. Jakob, najmłodszy z pięciorga rodzeństwa, miał już możność zdobycia wyższego wykształcenia i został inżynierem. W przedsiębiorstwie dostarczającym generatory i oświetlenie elektryczne miastom południowoniemieckim odpowiadał za sprawy techniczne, Hermann zaś służył swoimi umiarkowanymi zdolnościami handlowymi oraz – co może ważniejsze – kredytami udzielanymi przez zamożną rodzinę żony.18

W listopadzie 1881 roku Einsteinom urodziło się drugie i ostatnie dziecko – córeczka, której dali na imię Maria, choć przez całe życie używała zdrobnienia Maja. Gdy Albertowi pokazano po raz pierwszy siostrzyczkę, pomyślał, że to jakaś zabawka, i zapytał: „Ach tak, ale gdzie ona ma kółka?”19 Nie była to może najmądrzejsza uwaga, ale świadczyła o tym, że już w bardzo młodym wieku potrafił zdobyć się na wypowiedź, którą zapamiętano. Pomimo paru dziecięcych sprzeczek Maja stała się dla brata najbliższą osobą.

Einsteinowie mieszkali wtedy w komfortowym domu z ogrodem na przedmieściach Monachium. Miasto rozkwitło pod względem architektonicznym za panowania szalonego króla Ludwika II (1845–1886). Szczyciło się mnóstwem kościołów, galerii sztuki i sal koncertowych, gdzie szczególną estymą cieszyły się dzieła królewskiego protegowanego, a przez pewien czas także mieszkańca Monachium, Richarda Wagnera. W 1882 roku, wkrótce po przyjeździe Einsteinów, liczyło około trzystu tysięcy mieszkańców, z czego 85 procent stanowili katolicy, a 2 procent Żydzi. Tu również rozpoczęła się elektryfikacja niemieckich miast.

Ogród przy domu Einsteinów był często pełen gości – kuzynów i ich dzieci. Albert jednak unikał żywiołowych zabaw, pochłonięty „swoimi cichszymi zajęciami”. Jedna z guwernantek nazywała go „panem nudziarzem”. Był raczej samotnikiem – sam tak uważał – ale chwile izolacji przeplatały się u niego z okresami, gdy szukał przyjaźni i intelektualnego towarzystwa. Jego długoletni kolega Philipp Frank wspominał: „Od samego początku lubił się separować od dzieci w swoim wieku, oddając się marzeniom i rozmyślaniom”20.

Lubił układać puzzle, wznosić z klocków i kart skomplikowane budowle, bawić się parowym silniczkiem, ofiarowanym przez wuja. Według Mai potrafił budować z kart czternastopiętrowe wieże. Może jako siostra patrzyła ona na Alberta nazbyt życzliwie, ale zapewne wiele prawdy jest w jej słowach, że „wytrwałość i konsekwentne dążenie do celu były już od dzieciństwa stałymi cechami jego charakteru”.

Lecz był również, przynajmniej jako dziecko, skłonny do napadów złości. „W takich razach jego twarz robiła się całkiem żółta, a czubek nosa śnieżnobiały. Tracił wówczas panowanie nad sobą” – wspominała Maja. Kiedyś, gdy miała pięć lat, rzucił krzesłem w domowego nauczyciela, który uciekł i więcej się nie pokazał. Także głowa Mai bywała celem ataków. Jak później żartowała, „trzeba mieć mocną czaszkę, żeby być siostrą geniusza”. Na szczęście Albert wyrósł z czasem z tych napadów wściekłości.21

Psychologowie powiedzieliby, że zdolność młodego Einsteina do systematyzowania (odkrywania praw rządzących systemem) górowała znacznie nad jego zdolnością do empatii (troski o to, co czują inni). Może to skłonić niektórych do pytania, czy uczony nie wykazywał łagodnych symptomów pewnych zaburzeń rozwojowych.22 Warto jednak pamiętać, że pomimo swej wyniosłości i okresowych wybryków, umiał zdobywać sobie przyjaciół i wykazywał wiele empatii zarówno wobec kolegów, jak i ludzi w ogóle.

Wielkie odkrycia dzieciństwa ulatują zwykle z pamięci. Ale pewne doświadczenia, jakich doznał Einstein, gdy miał lat cztery czy pięć, pozostały w jego umyśle do końca życia – i odmieniły historię nauki.

Kiedyś zachorował i leżał w łóżku, a ojciec przyniósł mu wówczas kompas. Po latach uczony wspominał, że tajemnicza siła kierująca igłą kompasu tak go zafascynowała, że dostał dreszczy. Fakt, że igłą magnetyczną powodowało jakieś ukryte pole siłowe, a nie znajoma, mechaniczna zasada działania, wywołał w małym Albercie ów zachwyt „cudami” natury, który motywował go przez resztę życia. „Wciąż pamiętam – a przynajmniej sądzę, że pamiętam – że doświadczenie to zrobiło na mnie głębokie i trwałe wrażenie – napisał później. – W naturze rzeczy musiało tkwić coś głęboko ukrytego”23.

„To jest ikoniczna historia – zauważył Dennis Overbye w Einstein in Love. – Oto mały chłopiec drży, zetknąwszy się z niewidzialnym porządkiem kryjącym się za chaotyczną rzeczywistością”. Historię tę opowiedziano w filmie IQ, gdzie Einstein grany przez Walthera Matthaua nosi kompas na szyi. Jest też ona kluczowym motywem książki dla dzieci Rescuing Albert’s Compass, autorstwa Shulamith Oppenheim, której teść usłyszał tę historię od samego Einsteina w 1911 roku.24

Po tym, jak urzekła go igła kompasu, posłuszna jakiemuś niewidzialnemu polu, Albert zaczął postrzegać teorie polowe jako właściwy sposób opisywania natury. Pozostał im wierny do końca życia. Teorie pola wykorzystują matematyczne wielkości, takie jak liczby, wektory czy tensory, do opisywania, jak warunki występujące w poszczególnych punktach przestrzeni oddziałują na materię lub inne pola. Gdy na przykład w jakimś polu grawitacyjnym czy elektromagnetycznym istnieją siły oddziałujące na cząsteczki w poszczególnych punktach, to równania pola opisują, jak te oddziaływania rozkładają się na całym polu.

Pierwszy paragraf słynnego artykułu Einsteina z 1905 roku, poświęconego szczególnej teorii względności, rozpoczyna się od rozpatrzenia efektów działania pól elektrycznego i magnetycznego; jego ogólna teoria względności oparta jest natomiast na równaniach opisujących pole grawitacyjne. U samego zaś schyłku życia uparcie formułował dalsze równania pola w nadziei, że staną się one podstawą dla „teorii wszystkiego”. Jak zauważył historyk nauki Gerald Holton, Einstein uważał „klasyczną koncepcję pola za największy wkład do ducha nauki”25.

W tym samym mniej więcej czasie również matka Alberta, wykształcona pianistka, ofiarowała mu coś, co wpłynęło na całe jego życie. Zorganizowała mianowicie lekcje gry na skrzypcach. Z początku irytowała go mechaniczna dyscyplina nauki, ale kiedy zetknął się z sonatami Mozarta, muzyka zaczęła go pociągać jak jakaś magiczna, a zarazem emocjonalna siła. „Sądzę, że miłość jest lepszą nauczycielką niż poczucie obowiązku – powiedział. – Przynajmniej w moim przypadku”26.

Wkrótce zaczął grać w duecie z matką, akompaniującą mu na fortepianie. „Muzyka Mozarta jest tak czysta i piękna, że widzę w niej odbicie wewnętrznego piękna samego wszechświata – wyznał kiedyś przyjacielowi. – Oczywiście – dodał w duchu odzwierciedlającym jego poglądy zarówno na matematykę i fizykę, jak na Mozarta – jego muzyka jest czystą prostotą, tak zresztą jak każde wielkie piękno”27.

Muzyka nie była dla Einsteina zwykłą rozrywką, odskocznią od nauki. Wręcz przeciwnie – pomagała mu myśleć. „Zawsze, kiedy czuł, że zabrnął w ślepą uliczkę albo napotkał na swej drodze jakieś trudne wyzwanie – opowiadał syn uczonego Hans Albert – szukał wyjścia w muzyce i ostatecznie pokonywał trudności”. Skrzypce pomogły mu przetrwać samotne lata berlińskie, kiedy mocował się z ogólną teorią względności. „Często do późna w nocy grał na skrzypcach w kuchni, improwizując jakieś melodie i jednocześnie rozważając skomplikowane zagadnienia – wspominał jeden z przyjaciół Einsteina. – Nagle przerywał grę i wykrzykiwał: «Mam to!» Jakby odpowiedzi na trudne pytania spływały na niego dzięki muzyce”28.

Jego uznanie dla muzyki, zwłaszcza dla Mozarta, wydawało się współgrać z podziwem dla ogólnej harmonii wszechświata. Alexander Moszkowski, który w 1920 roku napisał biografię Einsteina opartą na rozmowach z uczonym, zanotował: „Muzyka, natura i Bóg stapiają się w nim, tworząc pewien emocjonalny kompleks, nieprzemijającą moralną jedność”29.

Przez całe swoje życie Einstein zachował intuicję i bojaźń dziecka. Nigdy nie przestał się dziwić cudom natury – takim jak pole magnetyczne, grawitacja, bezwładność, przyspieszenie, światło – które dorosłym wydają się czymś trywialnym. Zachował zdolność do jednoczesnego operowania dwiema przeciwstawnymi koncepcjami; konflikt pomiędzy nimi wprawiał go w zakłopotanie, ale tym większa przepełniała go radość, gdy wyczuwał głębszą jedność kryjącą się za tymi różnicami. W liście do pewnego przyjaciela napisał: „Tacy ludzie jak ty i ja nigdy się nie starzeją. Nigdy nie przestaniemy się dziwić jak dzieci tej wielkiej tajemnicy, pośród której się urodziliśmy”30.

Szkoła

W późniejszych latach Einstein opowiadał nieraz anegdotkę o swoim wuju agnostyku, który jako jedyny z rodziny chodził regularnie do synagogi. Gdy go spytano, czemu tak postępuje, odpowiadał: „No cóż… Nigdy nie wiadomo”. Natomiast rodzice Einsteina byli „całkowicie niereligijni” i nie czuli żadnej potrzeby, żeby się tak asekurować. Nie przestrzegali koszeru, nie chodzili do synagogi, a Hermann Einstein uważał żydowskie rytuały za „starożytne zabobony”31.

Kiedy więc Albert skończył sześć lat, jego rodzice nie martwili się bynajmniej, że w okolicy nie ma żadnej szkoły żydowskiej i posłali go do Petersschule, dużej katolickiej szkoły w sąsiedztwie. Jako jedyny Żyd wśród siedemdziesięciu chłopców z jego rocznika uczęszczał wraz ze wszystkimi na lekcje religii. Zgłębianie zasad katolicyzmu szło mu tak dobrze, że pomagał w tym przedmiocie swoim chrześcijańskim kolegom.32

Pewnego dnia katecheta przyniósł na lekcję duży gwóźdź i oświadczył: „Patrzcie, bardzo podobnymi gwoździami przybito do krzyża Jezusa”33. Einstein twierdził jednak później, że nie czuł żadnej dyskryminacji ze strony pedagogów. Jak pisał: „Nauczyciele byli liberalni i nie robili żadnych różnic”. Co innego uczniowie: „Wśród dzieci ze szkoły elementarnej antysemityzm był niemal powszechny”.

„Dzieci miały dziwnie dobre rozeznanie w rasowych stereotypach – wspominał. – Gdy wracałem ze szkoły do domu, często spotykałem się z wyzwiskami i zaczepkami, ale nie były one zbyt dotkliwe. Wystarczyły jednak, bym już jako dziecko czuł się outsiderem”34

W wieku lat dziewięciu Einstein zaczął chodzić do szkoły średniej – Gimnazjum Luitpolda, położonego w centrum Monachium. Placówka ta znana była z wysokiego poziomu nauczania, w którym równy nacisk kładziono na matematykę i nauki przyrodnicze, co na łacinę i grekę. Poza tym Albert i jego żydowscy koledzy mieli tu osobne lekcje religii mojżeszowej.

Pomimo religijnej obojętności rodziców – a może właśnie za jej sprawą – młody Einstein stał się gorącym wyznawcą judaizmu. Jak wspominała Maja: „Jego żarliwość była tak wielka, że stosował się do wszystkich żydowskich norm i zakazów”. Nie jadał wieprzowiny, przestrzegał ściśle koszeru i przepisów związanych z szabatem, co nie było łatwe, gdyż reszta rodziny podchodziła do tych spraw z obojętnością czy nawet lekceważeniem. Albert komponował nawet własne hymny sławiące Boga, które wyśpiewywał sobie pod nosem, wracając ze szkoły.35

Jedną z rozpowszechnionych opinii na temat Einsteina jest twierdzenie, jakoby nie bardzo radził sobie z matematyką. Twierdzenie to opatruje się często wstępem: „jak wszyscy wiedzą…” Istotnie, życie uczonego dostarcza wielu smacznych i do tego prawdziwych anegdot – ale ta akurat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. W 1935 roku rabin z Princeton pokazał mu uczelnianą gazetę z rubryką Ripley’s Belive It or Not, gdzie widniał nagłówek: Największy żyjący matematyk oblał matematykę. Einstein roześmiał się. „Nigdy nie oblałem matematyki. Już przed piętnastym rokiem życia byłem całkiem dobry w rachunku różniczkowym i całkowym”36.

Fakty są takie, że Albert był świetnym uczniem, przynajmniej pod względem intelektualnym. W szkole elementarnej był najlepszy w klasie. „Wczoraj przyniósł oceny – opowiadała jego matka ciotce. – I znów ma pierwszą lokatę”. W gimnazjum nie przepadał za wkuwaniem łaciny i greki. Jak wspominał: „Miałem słabą pamięć do słówek i tekstów”. Ale i z tych przedmiotów otrzymywał dobre stopnie. Po latach, gdy Einstein obchodził pięćdziesiątą rocznicę urodzin i z tej okazji opowiadano różne „pocieszne” historyjki o rzekomych kłopotach z nauką późniejszego geniusza, ówczesna dyrekcja Gimnazjum Luitpolda wydała oświadczenie, w którym ujawniła jego znakomite oceny.37

Jeżeli chodzi o matematykę, to umiejętności młodego Alberta „wykraczały dalece poza wymagania szkolne”. Nie było więc mowy o ocenie niedostatecznej. Jak wspominała jego siostra, już w dwunastym roku życia „lubił rozwiązywać skomplikowane zadania z arytmetyki stosowanej” i postanowił sprawdzić, czy może dokonać znacznego postępu w swej wiedzy matematycznej, ucząc się algebry i geometrii na własną rękę.

Rodzice kupili mu zawczasu podręczniki, więc mógł je przestudiować w czasie letnich wakacji. Nie tylko rozwiązał podane tam zadania, ale i wypróbował na sobie własne pomysły dydaktyczne. Jak wspominała Maja, „zrezygnował zupełnie z zabaw i towarzystwa kolegów. Całe dnie przesiadywał sam, starając się za wszelką cenę rozwiązać nowe zadania. Nigdy się nie poddawał – musiał postawić na swoim”38.

Stryj Jakob Einstein wprowadził Alberta w przyjemności algebry. „To wesoła nauka – wyjaśnił bratankowi. – Kiedy nie potrafimy na razie złapać zwierzęcia, na które polujemy, nazywamy je tymczasowo «iksem» i tropimy dalej, aż trafi wreszcie w nasze sidła”. Jak wspominała Maja, stryj dawał bratankowi coraz trudniejsze zadania, nie bardzo wierząc, że Albert sobie z nimi poradzi. Gdy jednak chłopiec triumfował – co nieodmiennie następowało – „ogarniało go wielkie szczęście. Już wtedy wiedział, w jakim kierunku popchną go jego talenty”.

Wśród zagadnień, z którymi stryj Jakob zapoznał Alberta, było twierdzenie Pitagorasa. Einstein wspomniał później: „Po wielkich wysiłkach udało mi się w końcu «udowodnić» to twierdzenie na podstawie podobieństwa trójkątów”. I tym razem myślał obrazami: „wydawało mi się «oczywiste», że stosunki boków trójkątów prostokątnych muszą być określone przez jeden z kątów ostrych”39

Maja, jak zawsze bardzo dumna z brata, nazwała jego dowód „całkowicie nowym i oryginalnym”. Może był rzeczywiście nowy dla Alberta, niemniej wykazywał wyraźne podobieństwo do standardowych rozwiązań, opartych na proporcji boków trójkątów podobnych. Ta historia świadczy jednak o tym, że Einstein już w bardzo młodych latach uważał, iż eleganckie twierdzenie może być wyprowadzone z prostych aksjomatów. Poza tym dowodzi, że młodemu Albertowi bardzo daleko było do oblania matematyki. „Jako dwunastoletni chłopiec chciałem koniecznie sprawdzić, jak bardzo mogę się zbliżyć do prawdy, rozumując samodzielnie, bez żadnej pomocy z zewnątrz – wyznał po latach reporterowi uczelnianej gazety w Princeton. – Nabierałem coraz silniejszego przekonania, że natura może być rozumiana jako relatywnie prosta struktura matematyczna”40.

Ważnej inspiracji dostarczył wtedy Albertowi ubogi student medycyny, który raz w tygodniu jadał obiady u Einsteinów. Zapraszanie uczonych w Piśmie do szabatowego stołu to stary żydowski zwyczaj, ale rodzice Alberta zmodyfikowali tę tradycję, zapraszając studenta, i to nie w piątki, lecz w czwartki. Młodzieniec ów nazywał się Max Talmud (później, osiedliwszy się w Ameryce, zmienił nazwisko na Talmey). Zaczął przychodzić na obiady do Einsteinów, kiedy miał dwadzieścia jeden lat. Albert był wówczas dziesięcioletnim brzdącem. „To był miły ciemnowłosy chłopak – wspominał Talmud. – W tamtych czasach nie widziałem go nigdy czytającego jakieś błahe książki. Nigdy też nie widywałem go w towarzystwie kolegów ze szkoły czy innych rówieśników”41.

Młody medyk przynosił chłopcu książki z serii Naturwissenschaftliche Volksbücher (przyrodnicze książki dla ludu). „Przeczytałem [je] z zapartym tchem” – wspominał Einstein. Autorem tych dwudziestu jeden tomów był Aaron Bernstein, który podkreślał wzajemne związki pomiędzy biologią a fizyką i relacjonował szczegółowo doświadczenia naukowe przeprowadzane w owym czasie, zwłaszcza w Niemczech.42

We wstępie do pierwszego tomu Bernstein poruszał kwestię prędkości światła. Ten temat ewidentnie go fascynował. Wracał do niego w kolejnych tomach, a w tomie ósmym zamieścił aż jedenaście krótkich esejów poświęconych temu zagadnieniu. Sądząc z eksperymentów myślowych dokonywanych przez Einsteina podczas pracy nad teorią względności, książki Bernsteina musiały na nim wywrzeć ogromne i trwałe wrażenie.

Bernstein zachęcał czytelników, by wyobrazili sobie, że jadą pędzącym szybko pociągiem. Gdyby ktoś strzelił w okno, wydawałoby się, że to strzał pod kątem, gdyż od chwili, gdy kula przebiłaby jedno okno, do chwili, gdy wyleciałaby drugim, po przeciwnej stronie wagonu, pociąg przemieściłby się po torach. Podobnie powinna wyglądać sprawa ze światłem przechodzącym przez teleskop – a to za sprawą ruchu Ziemi. Co jednak zastanawiające – pisał Bernstein – doświadczenia dawały ten sam efekt niezależnie od prędkości, z jaką poruszało się źródło światła. W zdaniu, które musiało zrobić na małym Albercie wielkie wrażenie, skoro znalazło odbicie w późniejszym słynnym wniosku Einsteina, Bernstein mówił: „Skoro każdy rodzaj światła ma dokładnie tę samą prędkość, to prawo określające tę prędkość może być uznane za najpowszechniejszą zasadę spośród wszystkich praw panujących w przyrodzie”.

W innym tomie Bernstein zabierał swych młodych czytelników w imaginacyjną podróż w kosmos. Środkiem transportu była fala sygnału elektrycznego. Wszystkie te książki były pochwałą radości, jaką dają odkrycia naukowe. Znajdowały się w nich passusy pełne emocji, a nawet patosu, jak ten mówiący o trafnym przewidzeniu położenia nowo odkrytej planety – Urana: „Chwała nauce! Chwała niech będzie człowiekowi, który tego dokonał. I chwała ludzkiemu umysłowi, który widzi ostrzej niż ludzkie oko!”43

Bernstein, jak później Einstein, widział jasno związek wszystkich sił natury. Na przykład po wyjaśnieniu, że wszystkie zjawiska elektromagnetyczne, takie jak światło, mogą być uznane za fale, Bernstein spekulował, że może tak być również w przypadku grawitacji. Za wszystkimi formami i pojęciami, którymi posiłkuje się nasza percepcja, kryje się jedność i prostota – pisał. Dociekanie prawdy naukowej to tworzenie teorii, które opisują tę głębszą rzeczywistość. Einstein wspominał później to objawienie – i nastawienie realistyczne – które zapadło mu głęboko w duszę, gdy był młodym chłopcem: „Przede mną był ten ogromny świat, który istnieje niezależnie od nas, ludzi, i stoi przed nami niczym olbrzymia, wieczna zagadka”44.

Po latach, gdy spotkali się ponownie w Nowym Jorku podczas pierwszej wizyty Einsteina w Ameryce – Talmud zapytał Alberta, co sądzi z perspektywy czasu o książkach Bernsteina. „Są świetne – odparł uczony. – Wywarły wielki wpływ na cały mój rozwój”45.

Talmud pomógł także młodemu Einsteinowi w eksploracji cudów matematyki, przynosząc mu podręcznik geometrii. Było to na dwa lata przed rozpoczęciem szkolnego kursu tego przedmiotu. Po latach Einstein nazywał ten podręcznik swoją „małą książeczką do geometrycznego nabożeństwa” i mówił o niej z najwyższym szacunkiem. „Miałem przed sobą twierdzenia, na przykład o przecięciu trzech wysokości trójkąta w jednym punkcie, które – aczkolwiek w żadnym razie nieoczywiste – można było udowodnić z taką pewnością, że wszelkie wątpliwości wydawały się wykluczone. Ta jasność i pewność zrobiła na mnie nieopisane wrażenie”. Jeszcze później, w trakcie wykładu w Oksfordzie, Einstein zauważył: „Ten, kto za młodu nie potrafił podziwiać tego dzieła [geometrii Euklidesa], nie urodził się na badacza teoretycznego”46.

Gdy Talmud przychodził co czwartek do Einsteinów, Albert z radością i dumą obwieszczał mu, jakie to problemy rozwiązał w ostatnim tygodniu. Początkowo student medycyny potrafił jeszcze pomagać swemu uczniowi, ale wkrótce został przez niego prześcignięty. „W ciągu paru miesięcy przerobił cały podręcznik – wspominał Talmud. – Potem poświęcił się wyższej matematyce. Wkrótce jego matematyczny geniusz wzniósł się na wyżyny dla mnie niedostępne”47.

W tej sytuacji młodzieniec zaczął wprowadzać Alberta w arkana filozofii. „W owym czasie był jeszcze dzieckiem, miał trzynaście lat, a jednak dzieła Kanta, niezrozumiałe dla wielu dorosłych śmiertelników, wydawały się całkiem proste dla tego chłopca”. Na jakiś czas Kant stał się ulubionym filozofem Einsteina, a Krytyka czystego rozumu zaprowadziła Alberta do lektury Davida Hume’a i Ernsta Macha – i do kwestii zasadniczej: czego właściwie możemy się dowiedzieć o rzeczywistości.

To całkowite oddanie się nauce wywołało u dwunastoletniego Alberta nagły kryzys wiary, a właściwie zupełne odwrócenie się od religii – i to wtedy, gdy przygotowywał się już do bar micwy. Bernstein w swych popularnych książkach godził naukę z religią. Jak pisał: „Uczucia religijne wypływają z głębin świadomości, gdzie kryje się cała natura człowieka, jego człowieczeństwo właśnie. Nie są żadną miarą sprawą przypadku, lecz prawa, które leży u podstaw całej egzystencji”.

Po latach Einstein zaczął czuć i myśleć podobnie. Ale jego młodzieńcze zerwanie z religią było rzeczywiście radykalne. „Lektura książek popularnonaukowych wyrobiła we mnie przekonanie, że wiele spośród biblijnych opowieści nie mogło się wydarzyć. Konsekwencją był szał fanatycznego wolnomyślicielstwa, połączonego z przekonaniem, że młodzież jest z premedytacją oszukiwana przez państwo; przekonanie to było dla mnie druzgoczące”48.

W rezultacie przez resztę życia Einstein unikał obrzędów religijnych. „Narosła w nim jakaś awersja do ortodoksyjnych praktyk żydowskich czy innych tradycyjnych religii. Nie chciał uczestniczyć w żadnych nabożeństwach. Tak było do końca życia” – stwierdził jego przyjaciel Philipp Frank. Uczony zachował jednak ze swej religijnej dziecięcej fazy wielką cześć dla harmonii i piękna tego, co nazywał boskim umysłem i co wyraziło się w stworzeniu świata i praw, które nim rządzą.49

Ta rebelia przeciw religijnym dogmatom miała też duży wpływ na ogólny stosunek Einsteina do wszelkiej narzucanej odgórnie mądrości. Reagował alergicznie na wszystkie powszechnie uznane poglądy i autorytety, co ujawniało się w jego poglądach politycznych i naukowych. „Z tego doświadczenia wyniosłem brak zaufania do wszelkich form władzy i sceptyczny stosunek do opinii panującej w każdym środowisku – sceptycyzm ten pozostał we mnie na całe życie” – napisał później. Rzeczywiście, do końca życia pozostał nonkonformistą, zarówno w nauce, jak i w sprawach społecznych. I dobrze mu z tym było.

W późniejszych latach Einstein mógł się obnosić ze swoją przekorą, a ludzie to akceptowali jako czarującą dezynwolturę, bo widzieli w nim geniusza. Ale w czasach, gdy był jedynie krnąbrnym uczniem gimnazjum, nie wszystko uchodziło mu płazem. „W szkole nie czuł się dobrze” – twierdziła jego siostra. Albert uważał styl, w jakim tam nauczano, ten niemal wojskowy dryl, za odpychający. „Militarny duch tej szkoły, systematyczny trening w kulcie władzy, który miał wdrażać uczniów do wojskowej dyscypliny, był szczególnie nieprzyjemny”50.

Swobodniejszy bawarski styl życia nie bardzo współgrał z „pruskim drylem”, ale i w Monachium wielu chłopców uwielbiało zabawę w wojsko. Gdy ulicami maszerowali żołnierze, którym dziarsko przygrywały orkiestry dęte, gromady dzieci wybiegały na ulice, by podziwiać wojaków, a potem maszerować ich śladem. Lecz nie Einstein. Kiedyś na widok takiej parady rozpłakał się. „Kiedy dorosnę, nie chcę zostać jednym z tych biednych ludzi” – powiedział rodzicom. W późniejszych czasach twierdził: „Jeśli ktoś potrafi z przyjemnością maszerować w szeregu w takt muzyki, to już nim pogardzam; swój wielki mózg otrzymał przez pomyłkę, wystarczyłby mu w zupełności rdzeń kręgowy”51.

Ta niechęć do wszelkich form zniewolenia czyniła edukację w monachijskim gimnazjum coraz trudniejszą do zniesienia. Albert narzekał, że preferowano tam mechaniczne wkuwanie, „przypominające bardzo metody pruskiej armii, gdzie dyscyplinę budowano przez wielokrotne wykonywanie bezsensownych rozkazów”. Po latach porównywał swych nauczycieli do żołnierzy: „nauczyciele w szkole elementarnej byli jak tępi sierżanci, a ci z gimnazjum jak porucznicy”.

Pewnego razu Einstein zapytał brytyjskiego pisarza i naukowca C.P. Snowa, czy zna niemieckie słowo Zwang. Snow przyznał, że, owszem, zna. Słowo to oznacza „przymus, obowiązek, zniewolenie”. A czemu Einstein o to pyta? Otóż w monachijskiej szkole – odparł uczony – urządziłem swój pierwszy protest przeciw „zwangowi”, co pomogło mi ukształtować się na całe życie.52

Sceptycyzm i opór wobec narzuconych poglądów stały się jego znakami firmowymi. Jak napisał do przyjaciela w 1901 roku, „głupia wiara w autorytety jest największym wrogiem prawdy”53.

Tak było w czasach, gdy dokonywał rewolucji kwantowej i w okresie, gdy ją kwestionował. „Jego młodzieńcza nieufność wobec autorytetów i władz nigdy go całkiem nie opuściła – powiedział Banesh Hoffmann, który był współpracownikiem starszego już Einsteina. – Bez tej nieufności nie mógłby uzyskać tak wielkiej niezależności umysłu, która dała mu odwagę, by zakwestionować zakorzenione poglądy naukowe i w konsekwencji zrewolucjonizować fizykę”54.

To buntownicze nastawienie nie przyniosło jednak Albertowi uznania w oczach gimnazjalnych „poruczników”. W końcu jeden z nauczycieli stwierdził, że chłopak jest zbyt krnąbrny, by nie powiedzieć bezczelny, żeby pozostać w klasie. Gdy Einstein upierał się, że w niczym nie uchybił profesorowi, ten odparł: „Tak, to prawda, ale kiedy tak siedzisz sobie w ławce z tyłu i uśmiechasz się, to sama twoja obecność podważa mój autorytet wobec reszty uczniów”55.

Samopoczucie Alberta, nadwerężone przykrymi doświadczeniami szkolnymi, miało się rychło jeszcze pogorszyć, aż do poziomu depresji czy nawet załamania nerwowego. Rodzinna firma popadła bowiem w poważne tarapaty. Upadek był dotkliwy. Przez większość szkolnych lat Einsteina przedsiębiorstwo stryja Jakoba radziło sobie całkiem dobrze. W 1885 roku zatrudniało dwustu pracowników i jako pierwsze zapewniło elektryczne oświetlenie słynnemu monachijskiemu Oktoberfest. W swoich najlepszych latach uzyskało kontrakt na elektryfikację gminy Schwabing, dziesięciotysięcznego przedmieścia bawarskiej stolicy. Do poruszania bliźniaczych prądnic użyto silników gazowych projektu braci Einsteinów. Jakob Einstein opatentował sześć swoich wynalazków, usprawniających działanie lamp łukowych, automatycznych bezpieczników prądu i liczników elektrycznych. Firma z powodzeniem konkurowała z Siemensem i innymi przedsiębiorstwami branży elektrycznej. Ale nowe zadania wymagały powiększenia kapitału. Bracia zastawili więc swoje domy i wzięli ponad sześćdziesiąt tysięcy marek kredytu hipotecznego, którego koszty wynosiły dziesięć procent. W ten sposób poważnie się zadłużyli.56

W 1894 roku, gdy Albert miał piętnaście lat, firma straciła kontrakt na elektryfikację centrum Monachim i innych jeszcze miejsc. Nastąpiło jej bankructwo. Rodzice i Maja wraz ze stryjem Jakobem przenieśli się do północnych Włoch – najpierw do Mediolanu, a potem do pobliskiej Pawii, gdzie włoscy wspólnicy widzieli bardziej sprzyjające pole działania dla mocno okrojonego przedsiębiorstwa. Elegancki dom Einsteinów w Monachium został zburzony, a na jego miejscu miała powstać kamienica. Albert pozostał jednak w mieście. Zamieszkał u dalekich krewnych. Miał przed sobą jeszcze trzy lata gimnazjum.

Nie jest całkiem jasne, czy tamtej smutnej jesieni 1894 roku był rzeczywiście zmuszony opuścić Gimnazjum Luitpolda, czy też jedynie zachęcono go do tego kroku. Po latach wspominał, że ów profesor, który oskarżał go o podważanie swego autorytetu, „wyraził życzenie, bym opuścił szkołę”. Lecz jeden z krewnych Alberta utrzymywał, że była to decyzja samego Einsteina, który „nie chciał pozostać w Monachium i dlatego uknuł pewien plan”.

Plan ten zakładał uzyskanie od lekarza rodzinnego, którym był starszy brat Maksa Talmuda, zaświadczenia stwierdzającego, że uczeń Albert Einstein cierpi na wyczerpanie nerwowe. Pismo to miało uzasadnić przerwanie nauki w monachijskim gimnazjum. Po feriach bożonarodzeniowych 1894 roku chłopiec nie wrócił już do szkoły, lecz udał się pociągiem na drugą stronę Alp, by zakomunikować swoim „przerażonym” rodzicom, że nie ma zamiaru wracać do Niemiec. Obiecał im natomiast, że będzie się dalej uczył sam, a jesienią spróbuje się dostać do szkoły technicznej w Zurychu.

Ważną rolę w podjęciu tej decyzji odegrał pewien czynnik życiowy. Otóż gdyby Einstein pozostał w Niemczech, to po ukończeniu siedemnastego roku życia musiałby stanąć do poboru, a perspektywa służby wojskowej napełniała go najwyższą odrazą. Tak więc po zadeklarowaniu, że nie wróci do Monachium, poprosił ojca, by pomógł mu w procedurze zrzeczenia się obywatelstwa niemieckiego.57

Aarau

Einstein spędził wiosnę i lato 1895 roku u swych rodziców w Pawii, pomagając w rodzinnej firmie. Mógł wtedy dobrze poznać działanie urządzeń prądotwórczych. Praca Alberta znalazła uznanie w oczach rodziny. Pewnego razu stryj biedził się z jakimiś obliczeniami potrzebnymi do projektu nowej maszyny – i wtedy do akcji wkroczył młody Einstein. „Męczyłem się z tym przez wiele dni, razem z moim pomocnikiem – pisał Jakob do przyjaciela – a ten chłopak poradził sobie z problemem w piętnaście minut. Usłyszysz jeszcze o naszym Albercie”58.

Lubiący samotność młodzieniec wyprawiał się na wielodniowe wędrówki po Alpach i Apeninach. Pojechał też z Pawii do Genui, by zobaczyć się z bratem matki, Juliusem Kochem. Podróżując po północnej Italii, zachwycał się nieteutońskim wdziękiem i „subtelnością” miejscowej ludności. Uważał, że „naturalność” Włochów kontrastuje z „duchowym okaleczeniem tych mechanicznie posłusznych automatów”, jakimi byli w jego oczach Niemcy.

Einstein obiecał rodzinie, że przygotuje się samodzielnie do egzaminów na szwajcarską uczelnię techniczną, politechnikę w Zurychu59. Kupił więc trzytomowy podręcznik fizyki Jules’a Violle’a i w trakcie studiów nad nim notował na marginesach własne spostrzeżenia. Jak wspominała Maja, Albert potrafił się skupić na pracy: „Nawet w dużym, hałaśliwym towarzystwie umiał się zaszyć w kąt sofy, wziąć do ręki pióro oraz papier i zatopić się w rozmyślaniach nad jakimś problemem. Potrafił się wyłączyć tak doskonale, że nawet ożywione rozmowy mu nie przeszkadzały, a wręcz stymulowały jego myśli”60.

W tym czasie, gdy miał lat szesnaście, napisał swój pierwszy artykuł z dziedziny fizyki teoretycznej, zatytułowany O poszukiwaniach stanu eteru w polu magnetycznym. Temat był o tyle ważny, że koncepcja eteru miała odegrać zasadniczą rolę w karierze naukowej Einsteina. W tamtych czasach naukowcy pojmowali światło jako falę, przyjmowali zatem, że kosmos wypełniony jest wszechobecną, ale niewidzialną substancją, zdolną do przenoszenia rozmaitych fal, tak jak woda stanowi medium, dzięki któremu rozchodzą się fale w oceanie. Tę substancję nazywano eterem. Einstein również poszedł tym tropem (choć później zmienił zdanie). W swym młodzieńczym artykule stwierdził, że „prąd elektryczny wprawia otaczający eter w rodzaj krótkotrwałego ruchu”.

Spisany ręcznie tekst, złożony z czternastu paragrafów, odzwierciedlał treści zawarte zarówno w podręczniku Violle’a, jak i w popularnonaukowych sprawozdaniach z ostatnich odkryć Heinricha Hertza, dotyczących fal elektromagnetycznych. Einstein postulował w tym artykule przeprowadzenie doświadczeń, które mogłyby wyjaśnić zjawisko „pola magnetycznego, tworzącego się wokół biegnącego prądu elektrycznego”. Byłoby to interesujące – argumentował – „gdyż zbadanie elastycznego stanu eteru dałoby nam wgląd w zagadkową naturę prądu elektrycznego”. Niedawny uciekinier ze szkoły przyznawał otwarcie, że jego przemyślenia to tylko sugestie i sam nie wie, dokąd mogłyby one zaprowadzić. „Jestem całkowicie pozbawiony środków, które umożliwiłyby mi głębsze wniknięcie w temat. Mogę jedynie rozmyślać. Proszę nie interpretować tego jednak jako czynnika przesądzającego o powierzchowności tych uwag”61.

Posłał swój tekst do wuja Caesara Kocha, belgijskiego kupca, który należał do jego ulubionych krewniaków, a czasami i finansowych dobroczyńców. „To rzecz dość naiwna i niedoskonała, jak można się spodziewać po autorze tak młodym jak ja” – wyznawał Albert z cokolwiek fałszywą skromnością. Dodał w liście, że ma zamiar wstąpić najbliższej jesieni na politechnikę w Zurychu, choć wie, że jest trochę za młody. Zgodnie z przepisami tej uczelni powinien być przynajmniej dwa lata starszy.62

Aby pokonać tę trudność, pewien przyjaciel rodziny napisał do dyrektora politechniki z prośbą, by dla Alberta zrobiono wyjątek. W odpowiedzi dyrektor wyraził swój sceptycyzm wobec przyjmowania na uczelnię „cudownych dzieci”. Niemniej zgodził się dopuścić Einsteina do egzaminu. W październiku 1895 roku Albert pojechał do Zurychu z „uzasadnionym brakiem wiary w siebie”.

Bez trudu poradził sobie z etapem matematyczno-fizycznym. Ale „poległ” na części ogólnej, obejmującej literaturę, język francuski, zoologię, botanikę i wiedzę polityczną. Szef uczelnianego wydziału fizyki, profesor Heinrich Weber, sugerował, by Einstein został w Zurychu i uczęszczał na jego zajęcia jako wolny słuchacz. Albert poszedł jednak za radą dyrektora politechniki, by przez rok przygotować się do powtórnego egzaminu w kantonalnej szkole w miejscowości Aarau, dwadzieścia pięć mil na zachód od Zurychu.63

Rzeczywiście, to była doskonała szkoła dla Einsteina. Nauczanie w tej placówce opierało się na filozofii szwajcarskiego reformatora edukacji z początków XIX wieku, Johanna Heinricha Pestalozziego, który wierzył w wizualizację jako skuteczną metodę dydaktyczną. Kładł również nacisk na „wewnętrzną godność” i indywidualność każdego dziecka. Uczniowie mieli dochodzić do własnych wniosków, postępując zgodnie z sekwencją kroków poznawczych: od percepcji zmysłowej poprzez etap intuicyjny, rozumowanie pojęciowe i wizualizację.64 W ten sposób można było poznać – i naprawdę zrozumieć – twierdzenia matematyczne oraz prawa fizyki. Unikano drylu i siłowego wkuwania materiału.

Einstein pokochał Aarau. Jak relacjonowała jego siostra, „zwracano tam większą uwagę na niezależne myślenie niż na celebrowanie wiedzy odziedziczonej po dawnych mędrcach, a młodzi ludzie nie widzieli w swym nauczycielu żadnego «guru», lecz człowieka o wyrazistej osobowości”. Różniło się to bardzo od niemieckiego stylu nauczania, którego Einstein tak nienawidził. „W porównaniu z sześcioma latami, jakie spędziłem w niemieckim autorytarnym gimnazjum, ta szwajcarska edukacja, oparta na spontaniczności i osobistej odpowiedzialności, wydaje mi się o niebo lepsza”65

Wizualizacja pojęć, zalecana przez Pestalozziego i jego następców w Aarau, stała się znaczącym rysem geniuszu Einsteina. „Rozumienie wizualne jest zasadniczym i jedynie słusznym środkiem do nauczenia właściwej oceny stanu rzeczy – pisał Pestalozzi. – Nauczanie liczbowe i językowe musi mu być podporządkowane”66.

Nic dziwnego, że w tej właśnie szkole Einstein po raz pierwszy zajął się wizualnymi eksperymentami myślowymi, które z czasem uczyniły z niego największego geniusza naukowego swoich czasów: spróbował wyobrazić sobie, jak by wyglądała podróż na promieniu światła. „W Aarau poczyniłem moje pierwsze, jeszcze dość dziecinne eksperymenty myślowe, które miały bezpośredni związek ze szczególną teorią względności – opowiadał później przyjacielowi. – Jeśli ktoś mógłby podążać za falą światła z tą samą prędkością co światło, mielibyśmy do czynienia z układem całkowicie niezależnym od czasu. Ale to, oczywiście, niemożliwe”67.

Ten rodzaj wizualizowanych eksperymentów myślowych – Gedankenexperiment