Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 127 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Egzotyczne cywilizacje - Opracowanie zbiorowe

O egzotycznych cywilizacjach można przeczytać w każdym numerze miesięcznika „Focus”. Fascynujące plemiona, ciekawe kultury i niesamowite obrzędy z zachodniej perspektywy nie zawsze są  rozumiane. Nasza cywilizacja jest tylko jedną z wielu. Warto poznać inne.  Opisywane w tej książce obyczaje są i zabawne i szokujące, ale wszystkie są prawdziwe.

W tym tomiku znajdziesz odpowiedzi na pytania:
– W jakim kraju kobiety miały swoje pismo?
– Gdzie ludzie poślubiają zwierzęta?
– Skąd się wzięły tatuaże?
– Czy można zmumifikować się za życia?
– Dlaczego niektórzy jedzą ziemię?

Opinie o ebooku Egzotyczne cywilizacje - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Egzotyczne cywilizacje - Opracowanie zbiorowe

Copyright for the Polish edition © 2011 G+J

Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.

G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy:

tel. (48 22) 360 38 38

fax (48 22) 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77

Korekta:Dorota Miller

Projekt graficzny okładki: Paweł Rafa

Zdjęcia na I stronie okładki: Art Wolfe/agefotostock.com/BE&W

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt i skład: IT WORKS, Warszawa

Redaktor prowadzący: Joanna Nikodemska

ISBN:978-83-7778-124-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Zapatrzeni w kulki

Hałas jak w fabryce lub dyskotece, jaskrawe światło, migające lampki, dym papierosów, rzędy ciasno ustawionych krzeseł – w takich warunkach najchętniej relaksują się zapracowani Japończycy.

autor Kazimierz Pytko

Na próbach zrozumienia fenomenu pachinko połamał już sobie zęby niejeden socjolog. Cudzoziemcy, którzy zaglądają do salonów pachinko, wychodzą z nich po kilku minutach oszołomieni i ogłuszeni. Japończycy spędzają w nich całe wieczory, najbardziej zapamiętali potrafią wytrwać do świtu. 40 mln mieszkańców najbardziej nowoczesnego kraju świata nałogowo wpatruje się w maszyny losujące kulki. I robi to z taką pasją, że zapomina o stanowiącej podstawę japońskiego stylu życia uprzejmości.

„Zasady są proste” – wyjaśniała Midori, pracownica jednego z salonów pachinko w Tokio. „Gracz kupuje pojemnik z metalowymi kulkami, które po wrzuceniu do automatu przesuwają się między rzędami bolców. Większość po pokonaniu labiryntu przepada, ale niektóre trafiają do specjalnego otworu. I wówczas na ekranie pokazują się różne symbole. Jeśli pojawią się trzy identyczne – grający wygrywa. Następne kulki”.

Gra wydaje się bezmyślnym zabijaniem czasu. To nawet nie automatyczny bilard, w którym gracz kontroluje ruch spadających bil. W pachinko wszystkim steruje komputer, a człowiek może co najwyżej regulować pokrętłem prędkość przesuwania się i dorzucania kulek.

Uważniejsza obserwacja pozwala jednak dostrzec, że ruch połyskujących metalicznie kul, hałas, jaki wywołują, wpadając na rozmaite przeszkody, i obrazy migocące na ekranie działają hipnotyzująco. A to może uzależniać. Pachinko to także hazard, a ci, którym dopisze szczęście, pomnażają wielokrotnie liczbę kupionych kulek. Ponieważ japońskie prawo zakazuje gier na pieniądze, nie mogą ich wymienić na gotówkę. Otrzymują nagrody rzeczowe, zazwyczaj drobiazgi: długopisy, zapalniczki, książki, maskotki; kiedy jednak fortuna naprawdę się uśmiechnie, także odtwarzacze mp4, rowery, notebooki. W sąsiedztwie salonów gier znajdują się punkty skupu tych gadżetów. Należą do innych właścicieli niż automaty, więc handel odbywa się zgodnie z prawem.

Szansa na zarobienie paru jenów zwiększa siłę pachinko. Wielu graczy wraca do salonów co wieczór z nadzieją na powetowanie strat lub pomnożenie zysków. Co prawda matematycy przekonują, że nie można opracować systemu zwiększającego szanse w grach losowych, jednak nie wszyscy w to wierzą. I, podobnie jak u nas fanatycy Lotto, starają się go znaleźć. Wychodzą z założenia, że skoro ruchem kulek steruje komputer, wystarczy rozszyfrować program jego działania. Szans na to nie ma, gdyż odpowiednie kody nieustannie się zmieniają, ale wiara jest silniejsza niż logika. Co pewien czas pojawiają się pogłoski, że któryś z automatów został rozpracowany, i przed „dobrą” maszyną ustawiają się kolejki.

W Japonii działa ponad 15 tys. salonów i pałaców pachinko. Hioroko Tashiro z magazynu „Business Week” szacuje ich roczne obroty na 250-300 mld dolarów! To najbardziej dochodowa gałąź przemysłu rozrywkowego. Hazardowe emocje rozładowują stres, hałas zagłusza myśli o pracy i problemach, nadzieja na wygraną uzależnia, a przy automatach zanikają podziały społeczne. Przez kilka godzin można marzyć, kląć, palić papierosy, nie troszczyć się o opinię innych. W społeczeństwie rygorystycznie przestrzegającym surowych zasad hierarchii i etykiety to prawdziwy luksus. Dlatego pachinko, które nas jedynie oszałamia, Japończyków uspokaja.

Kazimierz Pytko

Dziennikarz, publicysta, podróżnik, z wykształcenia politolog. Publikował m.in. we „Wprost”, w „Sukcesie”, „Życiu Warszawy”. Laureat Nagrody Kisiela z 1990 roku.

Sekretna kaligrafia

Jedni nazywali je pismem czarownic, inni pierwszym językiem kobiecego wyzwolenia. W Chinach kobiety porozumiewały się między sobą za pomocą sekretnych znaków, które przetrwały na haftach i wachlarzach.

autorka Zuzanna Kisielewska

„Bądź dobrą żoną, dużo wyszywaj i staraj się, jak możesz, wytrzymać z rodziną twojego męża”. W czasach kiedy chińskim kobietom wiązano stopy, zabraniano się uczyć i przymusowo wydawano za mąż, wypowiedzenie takich słów groziło surową karą. Pochodzące z powiatu Jiangyong w prowincji Hunan kobiety znalazły jednak sposób, aby przekazać sobie to, czego nie mogły powiedzieć na głos. Właśnie tam, w południowo-wschodnich Chinach, powstał jedyny na świecie system znaków używany i rozumiany wyłącznie przez jedną płeć. Przez wieki kobiety dokładały wszelkich starań, aby zachować je w tajemnicy przed mężczyznami. Dziś w Chinach robi się wszystko, aby pismo nüshu nie zostało zapomniane.

Pomysłowa konkubina

Strzeżona od wieków tajemnica kobiet wyszła na jaw przez przypadek, gdy w 1982 roku badająca zwyczaje prowincji Hunan grupa naukowców natrafiła na nieznaną kaligrafię.

Po zebraniu próbek pisma i przeprowadzeniu wywiadów z mieszkańcami wioski okazało się, że za tajemniczymi znakami kryje się przekazywane z pokolenia na pokolenie pismo nüshu (w dosłownym tłumaczeniu „pismo kobiet”). Było ono odzwierciedleniem lokalnego języka i kobiecą odpowiedzią na język chiński (nanshu – „pismo mężczyzn”), do nauki którego kobiet przez wiele lat nie dopuszczano.

Kulisy powstania kobiecego pisma wziąż są nieznane. Według jednej z teorii cesarz pochodzący z dynastii Song (960-1279) przybył kiedyś do miasta Yong Zhou. Poznał tam piękną córkę rolnika i zabrał ją ze sobą na dwór jako konkubinę. Dziewczyna żyła w luksusach, ale była bardzo samotna. Przez siedem lat widziała władcę tylko trzy razy. Aby opowiedzieć o swoich smutkach rodzinie, wymyśliła tajne pismo, za pomocą którego pisała listy. Według bardziej prozaicznej teorii nüshu jest pozostałością języka zlikwidowanego przez pierwszego władcę Chin – Qin Shi Huanga. W celu zjednoczenia kraju zarządził on wprowadzenie jednego zestandaryzowanego języka, a każdy, kto używał innego, podlegał karze śmierci. Niski status społeczny kobiet sprawiał jednak, że nie przywiązywano wagi do ich poczynań. Paradoksalnie więc, jako dzieło kobiet, pismo nüshu miało sprzyjające warunki do rozwoju.

Kroniki cierpienia

Zmarła w 2004 roku Yang Huanyi była ostatnią kobietą, która posługiwała się nüshu w tajemnicy przed mężczyznami. Co więcej, było to jedyne pismo, jakie znała. Wychowana w feudalnych Chinach Yang nie miała lekkiego życia. Nie mogła się uczyć, była też wykluczona z prawa dziedziczenia. Po ślubie stała się własnością męża, którego jej wybrano. W jaki sposób więc zdołała nauczyć się tajnego pisma? Pierwsze znaki stawiała pod czujnym okiem matki, jednak biegłość w nüshu zawdzięczała siedmiu siostrom przyrodnim. „Przed ślubem zbierałyśmy się, aby razem wyszywać, śpiewać i rozmawiać. To wtedy, jedna od drugiej, uczyłyśmy się nüshu” – opowiadała Yang. Składana sobie przez przyjaciółki siostrzana przysięga, czyli obietnica dozgonnej wierności, umożliwiała rozwój tajnego pisma. Podczas spotkań „siostry” wyszywały znaki nüshu na paskach, rzemieniach, chustach i ubraniach, dzieląc się smutkami i obawami związanymi z zamążpójściem. Jako gest wsparcia podarowywały sobie wachlarze, na których figurowały znaki nüshu zakamuflowane jako ornamenty. Siostrzana przysięga stała się też punktem wyjścia do wymiany listów i pisania pamiętników.

ROZMOWA Z DOKTOREM MACIEJEM GACĄ, SINOLOGIEM Z UNIWERSYTETU AM W POZNANIU

Czym różni się pismo nüshu od pisma chińskiego?

Pismo nüshu czerpie uproszczone formy graficzne z języka chińskiego, jednak zakres jego znaków jest dużo mniejszy.

Biorąc pod uwagę wszystkie warianty znaków pisma nüshu, jest ich okoto 1500, podczas gdy znaków pisma chińskiego jest okoto 48 tysięcy. Znaki nüshu są wydłużone, pisane pochyłą kreską, mają szereg wariantów. Największa różnica polega na tym, że znaki nüshu stanowią pismo fonetyczne, reprezentują sylaby, podczas gdy pismo chińskie jest ideograficzne.

Dlaczego nüshu powstało akurat w prowincji Hunan?

Ten górski region zamieszkany był zarówno przez Hanów (główny „składnik etniczny” dzisiejszych Chińczyków), jak i lud Yao, znany z barwnie haftowanych ubiorów oraz wielowiekowej tradycji tworzenia krótkich pieśni i wierszy, nawiązujących do scen z życia codziennego. Najprawdopodobniej któraś ze światłych kobiet pochodzenia Yao (lub pochodząca z mieszanej rodziny Han-Yao – takich małżeństw było stosunkowo dużo) przysposobiła zapożyczone formy znaków chińskich dla oddania mówionego języka. Następnie, z pewnością potajemnie, kobiety zaczęły uczyć się przelewania dźwięków mowy na pismo, które było nieczytelne dla mężczyzn. Fakt, że w regionie Hunanu kobiety zajmowały się w wolnych chwilach przędzeniem nici, wyszywaniem i haftowaniem, też nie jest bez znaczenia. Gromadząc się, miały okazję do przekazywania sobie tajnego pisma. Opowiadały sobie też wtedy historie swojego życia. Najczęściej smutne…

Dlaczego smutne?

W patriarchalnym społeczeństwie chińskim rola kobiety była nie do pozazdroszczenia. Dziewczynki nie posiadały nawet własnych imion, były balastem dla rodziny. Nabierały znaczenia dopiero wtedy, kiedy trzeba było je wydać za mąż. Po ślubie zaś wpadały w sidła presji i szykan ze strony rodzin mężów – zwłaszcza teściowych. Co więcej, w większości przypadków kobiety nie znały swoich mężów przed ślubem, a znośną pozycję w rodzinie zapewniały sobie dopiero po urodzeniu męskiego potomka.

Co kobiety przekazywały sobie za pomocą pisma nüshu, czego nie mogły powiedzieć na głos?

W nüshu kobiety pisały listy, poezje, opisy przyrody, wspomnienia z dzieciństwa, a także pamiętniki będące najczęściej wyrazem ich niedoli po zamążpójściu. Pismo musiało być tajne z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na brak przyzwolenia na kształcenie kobiet wśród warstw chłopskich. Kobieta znająca pismo u boku niepiśmiennego męża stawiałaby go w bardzo niekomfortowej sytuacji, narażałaby go na śmieszność. Drugim powodem był brak społecznej akceptacji dla publicznego wyrażania niezadowolenia ze swojego życia czy też krytyki swojej rodziny. „Swoje brudy pierzemy w domu” – takie myślenie do dziś jest bardzo mocno zakorzenione w umysłach Chińczyków.

Czy w dzisiejszych Chinach można się jeszcze spotkać z „siostrzaną przysięgą”?

Współcześnie zjawisko „jiebai zimei”, czyli sióstr przyrodnich, funkcjonuje w formie szczątkowej. Od czasu nagłośnienia w latach 80. badań nad pismem nüshu były różne próby jego reaktywacji. Wydaje mi się jednak, że w dobie współczesnych przemian, zarówno obyczajowych, jak i cywilizacyjnych, taka akurat forma „siostrzeństwa” nie ma już racji bytu.

Po ślubie, wraz z przenosinami do domu męża, panna młoda traciła kontakt z siostrami. Zgodnie z tradycją trzy dni po ceremonii dostawała od nich prezent. Kolorową, obłożoną haftowaną tkaniną „książkę trzeciego dnia” wypełniały puste kartki, na których młoda żona miała prowadzić swój pamiętnik. Na kilku pierwszych stronach siostry przyrodnie spisywały dla niej życzenia, pieśni i wiersze o przyjaźni, miłości, szczęściu i losie kobiet. Demonstracje niezależności i frustracji czy też protesty przeciwko przymusowym małżeństwom i poniżaniu kobiet były częstym motywem dzieł pisanych w nüshu. „Coś, co powstało jako prosty sposób wyrażania własnych myśli, stało się kroniką udręki i cierpienia” – twierdzi prof. Zhao Liming z Uniwersytetu Qinghua w Pekinie.

Pech chciał, że na trop pisma kobiet po raz pierwszy natrafiono w czasach Rewolucji Kulturalnej. Badania zostały więc natychmiast zduszone w zarodku, a Czerwona Gwardia zniszczyła większość z zachowanych cennych eksponatów. Co więcej, kobiety, które spisywały swoją twórczość za pomocą nüshu, wierzyły, że mogą zabrać ją ze sobą do następnego życia. Ponieważ grzebano je z ich dziełami, liczba zachowanych pism jest znikoma.

Odkąd edukacja w Chinach stała się udziałem kobiet, rola nüshu ograniczyła się do lokalnej atrakcji. Muzea prezentują manuskrypty, powstają szkoły uczące „tajnego pisma”, miejscowe kobiety sprzedają turystom gadżety z wyszytymi tajnymi znakami.

Yang Huanyi bardzo zależało, żeby pismo kobiet nigdy nie zostało zapomniane. Przez całe życie zbierała wszelkie materiały z nim związane i przekazała je naukowcom z uniwersytetu Qinghua. Wydane w formie książki służą dziś jako nieocenione źródło wiedzy na temat życia kobiet w feudalnych Chinach. A czym były dla ich autorek? Yang Huanyi odpowiadała na to pytanie jednym zdaniem: „W czasie pisania cierpienie znikało”.

Zuzanna Kisielewska

Dziennikarka, podróżniczka, z wykształcenia kulturoznawca, w wolnym czasie podróżuje, najchętniej do Azji.

Azja się wybiela

Cały kontynent oszalał na punkcie poprawiania urody. By dorównać idolom z MTV i Hollywood, trzeba zmienić prawie wszystko.

autor Kazimierz Pytko

To, co zachwyca zachodnich kreatorów mody, na Chińczykach nie robi wrażenia. Gdy przed czterema laty na okładce francuskiego „Vogue’a” pojawiła się ich pierwsza rodaczka – Du Juan, przyjęli to ze zdumieniem. W kraju uchodziła za zbyt wyrośnięte (180 cm) szare kaczątko. Skośne oczy, pucołowate policzki, krótki podbródek – nie tak wyobrażają sobie ideał piękna. Nie tylko oni.

Łydki bez nerwów

Azjatki są z natury bardziej filigranowe i smukłe niż Europejki, utrzymanie zgrabnej sylwetki nie stanowi więc dla nich problemu. Jedynym wyjątkiem są nogi, a zwłaszcza masywnie umięśnione łydki.

„Dziewczyny noszą ciężkie, długie buty lub getry, żeby zamaskować ten mankament. Sprawdzają się też legginsy, w ostateczności spodnie” – tłumaczyła Midori Takeda, która oprowadzała mnie po Harajuku, najbardziej ekstrawaganckiej dzielnicy Tokio.

Na zbyt grube łydki długo nie było innego sposobu. Liposukcja jest nieskuteczna, gdyż rzecz nie w nadmiarze tłuszczu, lecz mięśni. Dlatego aerobik czy inne rodzaje ćwiczeń fizycznych, zamiast pomóc, mogą jeszcze pogorszyć sytuację.

Pomoc nadeszła z Korei Południowej. W roku 1996 chirurg kosmetyczny Suh In Sok przeprowadził w swojej klinice eksperymentalny zabieg polegający na przecięciu odgałęzień jednego z nerwów pod kolanem. Skutkiem był stopniowy zanik niektórych mięśni. Po udoskonaleniu metody już nie przecina nerwu, lecz go usuwa. Reporterka tygodnika „Time”, która dotarła do gabinetu doktora Soka, przeżyła szok, gdy pokazał jej butelkę z zawartością przypominającą zupę z makaronem. Okazało się, że to zakonserwowane w alkoholu nerwy pacjentek.

Suh In Sok przekonuje, że po zabiegu zanika do 40 proc. mięśni, a nogi stają się zgrabne jak u modelki. Z jego usług skorzystało już niemal tysiąc kobiet, nie tylko z Korei. Seul stał się jednym z centrów azjatyckiej chirurgii plastycznej. W handlowej dzielnicy Apgujeong działa ponad 400 klinik przyciągających klientów z Japonii, Singapuru, Hongkongu. Oferują konkurencyjne ceny, a współpracujące z nimi biura podróży przewożą pacjentów prosto z lotniska do gabinetu zabiegowego. Kto przyleci na własną rękę, też trafi bez trudu pod właściwy adres, na „ulicę Chirurgii Plastycznej”. Numer nie ma znaczenia, praktycznie w każdym budynku mieści się przynajmniej jeden gabinet.

Smalec w biuście

Jeszcze niedawno Azjatki nie miały kompleksów z powodu małych piersi i nie traktowały ich jak erotycznego wabika. Ale zmieniły zdanie. W Japonii wszczepienie silikonowych implantów kosztuje pięć tysięcy dolarów, w Korei – połowę mniej. Dla większości mieszkańców kontynentu zarabiających kilka dolarów dziennie to sumy niewyobrażalne.

Biedni oglądają jednak te same filmy, co bogaci, i też chcą wyglądać jak gwiazdy. Gdy pojawia się popyt, znajdują się spryciarze gotowi go zaspokoić. W Indonezji działa zaledwie 50 licencjonowanych chirurgów plastycznych, a policja zamyka rocznie 400 nielegalnych gabinetów.

„Powiększanie biustu to operacja poważna, grożąca powikłaniami, dość urazowa, wymagająca ogólnego znieczulenia” – wyjaśnia dr Bartłomiej Noszczyk, specjalista chirurgii plastycznej. Ocena ta odnosi się do operacji wykonywanych przez wykwalifikowanych lekarzy w dobrze wyposażonych europejskich gabinetach. Jeśli nawet w takich warunkach zabieg jest ryzykowny, to przeprowadzany pokątnie staje się śmiertelnie niebezpieczny. Z ujawnianych przez azjatyckie media informacji wieje grozą.

W biedniejszych krajach wciąż nagminnie stosuje się płynny silikon, wstrzykiwany bezpośrednio do piersi. Ze względu na skłonność do zbrylania się i wywoływania stanów zapalnych, Europa i Ameryka zrezygnowały z tego zabiegu wieki temu. Nawet ten produkt jest jednak zbyt drogi, więc samozwańczy medycy zbijają koszty, dodając do niego tańsze surowce. W skonfiskowanych przez indonezyjską policję pojemnikach z silikonem stwierdzono domieszki tranu, oleju jadalnego i smalcu. Aż strach pomyśleć, czym może grozić obecność w ciele takich substancji. Ryzykują jednak nie tylko kobiety. Odnotowano kilka przypadków śmierci indonezyjskich mężczyzn i tajlandzkich transwestytów, którym wstrzyknięto tę miksturę w celu… powiększenia penisa.

Fastryga na powiekach

Natura obdarzyła mieszkańców Dalekiego Wschodu skośnymi oczami. A przecież japońskie komiksy i kreskówki najłatwiej rozpoznać po dużych okrągłych oczach ich bohaterek. To wschodni ideał piękna.

Przez wieki korygowano ten mankament ostrym makijażem, którego mistrzyniami były gejsze. Pod koniec minionego stulecia zauważono, że znacznie lepszy efekt można osiągnąć, tworząc na powiece dodatkową fałdkę. My ją mamy, u dużej części Azjatów zanikła.

Po tym odkryciu w kosmetyczkach dalekowschodnich elegantek pojawiły się mikroskopijne paseczki – nasączone kropelką kleju „zlepiały” powiekę tuż nad rzęsą. Ukryte pod tuszem i pudrem były niedostrzegalne. Miały tylko jedną wadę – nieustanny ruch powiek osłabiał spoiwo i w każdej chwili okrągłe oko mogło stać się ponownie skośne. Groziło to publiczną kompromitacją, więc panie co chwila zerkały w lusterko, żeby sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu.

Dziś już nie