Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 404 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Egzekutor - Jesse Kellerman

 

 

Joseph Geist znalazł się w sytuacji beznadziejnej. Uczelnia nie chce dłużej utrzymywać wiecznego studenta. Dziewczyna, z którą mieszkał zrywa z nim, pozostawiając go bez dachu nad głową. Jest samotny, bez grosza przy duszy i bez planów na przyszłość.

Na ratunek przychodzi mu lokalna gazeta, a w niej nietypowe ogłoszenie. Ktoś szuka osoby biegłej w konwersacji. Wyłącznie poważni kandydaci. Joseph Geist będąc bezrobotnym filozofem nie ma nic do stracenia. W ten sposób poznaje Almę Spielman - błyskotliwą starszą kobietę, która staje się nie tylko jego pracodawczynią, ale i bratnią duszą. Po krótkim czasie Geist wprowadza się do jej pięknego domu, coraz bardziej zafascynowany sytuacją, w której niespodziewanie się znalazł. Szybko jednak sprawy przybiorą nieoczekiwany obrót, a Joseph Geist będzie musiał zmierzyć się z nowymi trudnościami.

W prozie Jesse’ego Kellermana nic nie jest takie jakie się wydaje. Autor wciąga czytelnika w mroczny, niejednoznaczny świat każąc mu zmierzyć się z niewygodnymi nieraz konsekwencjami naszych życiowych wyborów.

Z recenzji Egzekutora:

Oszałamiająca.

„The New York Times Book Review”

Największym talentem [Kallermana] jest zdolność przekształcania przewidywalnej, konwencjonalnie ukształtowanej historii w podstępne i pełne niespodzianek pole minowe…

„Los Angeles Times”

Świetna i niezapomniana… Głębokie i mroczne dzieło… Kellerman, będący zjawiskiem literackim od swojej pierwszej książki , kontynuuje budowanie sieci własnych odniesień, nawet jeżeli każda z jego książek stwarza całkowicie autonomiczny świat.

bookreporter.com

Nadzwyczajnie złożone i ambitne dzieło… Kup, przeczytaj i przeczytaj raz jeszcze.

„The Chicago Sun-Times”

 

Rewelacyjna powieść pełna psychologicznego napięcia… Fabuła buduje atmosferę w równym stopniu niesamowitą co przekonywującą. Niewielu współczesnych autorów thrillerów jest tak utalentowanych jak Kellerman, aby za pomocą przejrzystej i poruszającej prozy opowiedzieć intensywną i trzymającą w napięciu historię.

„Publishers Weekly”

Opinie o ebooku Egzekutor - Jesse Kellerman

Fragment ebooka Egzekutor - Jesse Kellerman

EG­ZE­KU­TOR

JES­SE KEL­LER­MAN

prze­ło­żył

Le­szek Kar­nas

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu The Exe­cu­tor

Co­py­ri­ght © 2010 by Jes­se Kel­ler­man

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Prze­kład Le­szek Kar­nas

Re­dak­cja Elż­bie­ta Sze­lest

Ko­rek­ta Na­ta­lia Kra­szew­ska, Mał­go­rza­ta De­nys

Pro­jekt okład­ki Elż­bie­ta Choj­na

Ad­iu­sta­cja Ma­ria Kar­piń­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny iskład TYPO

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. zo.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-187-9

Wy­da­nie I

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Ga­vrie­mu

Fi­lo­zof, rzecz ana­li­zu­jąc,

Do­wo­dzi, że tak być mu­sia­ło:

Po pierw­szym dru­gie na­stą­pi­ło,

Przez co się trze­cie, czwar­te sta­ło…

Lecz sko­ro pierw­szej pary brak,

Nie ma i dru­giej – bo i jak?

W to wła­śnie każ­dy uczeń wie­rzy,

Lecz nie wie, jak się wić na­le­ży.

GO­ETHE, FAUST [PRZE­KŁAD TŁUM.]

– Wy­bie­raj! – po­wie­dział Głu­piec.

KSIĘ­GA STA­RYCH MY­ŚLI, 17:19

1

By­łem wła­ści­cie­lem po­łów­ki po­pier­sia Nie­tz­sche­go. Je­dy­nej rze­czy, któ­rą uwa­ża­łem za praw­dzi­wie moją, a tego wie­czo­ru, kie­dy Yasmi­na mnie wy­rzu­ci­ła – ostat­niej, jaką za­bra­łem, za­nim pod­sze­dłem do drzwi i od­wró­ci­łem się, żeby po­dzie­lić się swo­imi koń­co­wy­mi my­śla­mi.

Ode­zwa­ła się pierw­sza.

– Za­wsze jej nie­na­wi­dzi­łam.

Nie od­po­wie­dzia­łem.

– Przy­kro mi – po­wie­dzia­ła. – Wiem, że ją uwiel­biasz. Ale jest na­praw­dę dziw­na.

Od­rze­kłem, że nie chcę się już kłó­cić.

Spy­ta­ła, czy so­bie po­ra­dzę. Po­wie­dzia­łem jej, że to nie ma zna­cze­nia. Upie­ra­ła się, że jed­nak ma, więc po­wie­dzia­łem: tak, po­ra­dzę so­bie. Skła­ma­łem. Po­wie­dzia­łem tak tyl­ko dla­te­go, by nie czu­ła się win­na. Nie moż­na prze­żyć z kimś dwóch lat, nie roz­wi­nąw­szy pew­ne­go ro­dza­ju re­flek­syj­ne­go współ­czu­cia, i wie­dzia­łem, że gdy­bym jej o tym nie za­pew­nił, spę­dzi­ła­by bez­sen­ną noc, mar­twiąc się o mnie. Nie bez po­wo­du: wy­sta­wia­ła mnie za drzwi w sa­mym środ­ku śnie­ży­cy. Po­win­na czuć się win­na. Lecz duma nie po­zwo­li­ła mi tego wy­ko­rzy­stać.

– Po­ra­dzę so­bie – po­wtó­rzy­łem.

– Im wię­cej razy to po­wta­rzasz, tym mniej ci wie­rzę.

Mimo to nie wy­da­wa­ło się, że jest skłon­na wpu­ścić mnie z po­wro­tem, choć wciąż sta­ła w drzwiach. Za nią było miesz­ka­nie, w któ­rym ży­li­śmy i pra­co­wa­li­śmy, spa­li­śmy, roz­ma­wia­li­śmy i ko­cha­li­śmy się. Przy­glą­dam się kor­ko­wej ta­bli­cy ob­wie­szo­nej fo­to­gra­fia­mi i kar­tecz­ka­mi z za­pi­ska­mi – to do­wo­dy na­szej wspól­nej hi­sto­rii. Ko­la­cje z przy­ja­ciół­mi. Week­en­dy w Sa­lem i New­port. Pa­mię­tam sto­lik ka­wo­wy – zmal­tre­to­wa­ny ku­fer obi­ty skó­rą, wy­grze­ba­ny gdzieś na wy­prze­da­ży. Gwóźdź wy­sta­ją­cy ze ścia­ny tuż obok fron­to­wych drzwi. Cza­sa­mi coś na nim wisi, te­raz jest pu­sty i przy­po­mi­na o wszyst­kim, co po­szło nie tak.

Nie je­stem czło­wie­kiem, któ­re­mu ła­two od­bie­ra mowę, ale sto­jąc tam, nie po­tra­fi­łem wy­my­ślić nic, co mógł­bym po­wie­dzieć. Po jej bez­na­mięt­nej twa­rzy od cza­su do cza­su sta­cza­ły się łzy, czy­niąc to jak­by z obo­wiąz­ku. Nie mo­gli­by­śmy róż­nić się od sie­bie bar­dziej niż w tej chwi­li. Ona – drob­na i ciem­no­wło­sa, ob­wie­szo­na bi­żu­te­rią, peł­na bla­sku i ele­ganc­ka. A ja? Metr osiem­dzie­siąt osiem, ru­mia­ny, gru­bo­ko­ści­sty, zdol­ny utrzy­mać swój cały do­by­tek – wszyst­kie fi­zycz­ne do­wo­dy mo­je­go ist­nie­nia – w dwóch rę­kach, nie uro­niw­szy ani kro­pli potu.

Świad­czy to głów­nie o tym, jak mało po­sia­da­łem. Pa­ko­wa­nie trwa­ło przy­gnę­bia­ją­co krót­ko – wszyst­ko zmie­ści­ło się w spor­to­wej tor­bie, któ­rą mu­sia­łem po­ży­czyć od Yasmi­ny. Po­ło­wę miej­sca za­ję­ły mój lap­top, książ­ki i nie­do­koń­czo­na dy­ser­ta­cja, resz­tę – ko­szu­le z po­strzę­pio­ny­mi man­kie­ta­mi, ma­ry­nar­ki wy­świech­ta­ne na łok­ciach, po­gnie­cio­ne spodnie kha­ki i dżin­sy. W bocz­nej kie­sze­ni tkwi­ła para zdar­tych do nie­moż­li­wo­ści brą­zo­wych mo­ka­sy­nów. Cała ta nie­szczę­sna gar­de­ro­ba od­zwier­cie­dla­ła mój pie­lę­gno­wa­ny przez lata ob­raz sa­me­go sie­bie: wy­mię­te­go na­ukow­ca. Ubra­nia na­le­ża­ły do świa­ta przed­mio­tów, ja – do świa­ta idei. Za­mar­twia­nie się wy­glą­dem by­ło­by rów­no­znacz­ne z przy­zna­niem się, że to, jak po­strze­ga­ją mnie inni, ma dla mnie zna­cze­nie. Uzna­łem jed­nak kie­dyś ten po­mysł za od­py­cha­ją­cy. Do pew­ne­go stop­nia wciąż tak uwa­żam. Mimo wszyst­ko ja­kaś cząst­ka mnie nie po­tra­fi wy­zbyć się prze­ko­na­nia, że znaj­du­ję się poza spo­łe­czeń­stwem, po­nad jego osą­da­mi.

To cząst­ka, któ­ra ma­le­je z każ­dym dniem.

W koń­cu było też po­pier­sie Nie­tz­sche­go. Pół po­pier­sia. Do­kład­niej mó­wiąc, jego lewa po­łów­ka. Zna­la­złem je na pchlim tar­gu w Ber­li­nie Wschod­nim. Za nic nie po­tra­fię po­wie­dzieć, co tam ro­bi­łem. To zna­czy, na pchlim tar­gu. Wiem za to, co ro­bi­łem w Ber­li­nie: wy­da­wa­łem pie­nią­dze z ko­lej­ne­go sty­pen­dium, pro­wa­dząc ko­lej­ne ba­da­nia, by na­pi­sać ko­lej­ną część swej nie­koń­czą­cej się roz­pra­wy. Nig­dy nie by­łem skłon­ny do ro­bie­nia bez­sen­sow­nych za­ku­pów, a bez­sen­sow­ne jest w za­sa­dzie wszyst­ko, co moż­na zna­leźć w ta­kich miej­scach. Je­śli do­brze pa­mię­tam, wra­ca­łem wła­śnie zeSta­ats­bi­blio­thek do swej ma­leń­kiej ka­wa­ler­ki w Pren­zlau­er Berg, prze­my­śli­wa­jąc to, co prze­czy­ta­łem tego dnia. Mu­sia­łem zbo­czyć ze swej zwy­kłej dro­gi, bo kie­dy przy­sta­ną­łem, stwier­dzi­łem, że sto­ję w ha­ła­śli­wym przej­ściu (nie pa­mię­ta­łem, jak się w nim zna­la­złem), przed stra­ga­nem (nie pa­mię­ta­łem, jak do nie­go pod­sze­dłem), i trzy­mam ja­kiś przed­miot (nie pa­mię­ta­łem jed­nak, jak po nie­go się­gną­łem).

Zim­ny i cięż­ki, od­la­ny z że­li­wa, z kwa­dra­to­wą pod­sta­wą, z któ­rej wy­ra­sta­ła ludz­ka gło­wa prze­łu­pa­na wpół: jed­no ucho, jed­no oko, lewa po­ło­wa nosa. Nie­sta­ran­ność wy­ko­na­nia świad­czy­ła o nie­zgrab­nych dło­niach trzy­ma­ją­cych kiep­skie na­rzę­dzia: bra­ko­wa­ło pro­por­cji, a po­wierzch­nie były nie­rów­ne. Szcze­gól­nie nie­re­al­nie wy­glą­da­ło oko, tkwią­ce za­trwa­ża­ją­co głę­bo­ko w oczo­do­le i jak­by świ­dru­ją­ce z pust­ki oto­czo­nej twa­rzą po­ora­ną bruz­da­mi. Ten brak wy­ra­fi­no­wa­nia przy­czy­niał się jed­nak w ja­kiś spo­sób do ogól­ne­go efek­tu, po­dob­nie jak wąsy, a ra­czej tyl­ko ich po­ło­wa. Któż inny mógł­by to być?

– Sehr lu­stig, ja?

Pod­nio­słem wzrok na sprze­daw­cę. Wy­ka­zy­wał wy­bit­ne po­do­bień­stwo do Jó­ze­fa Sta­li­na, co było sur­re­ali­stycz­ne, gdyż z po­kry­wa­ją­cych stół po­kła­dów ki­czu ty­po­we­go dla ery ra­dziec­kiej wy­zie­rał czaj­nik w sier­py i mło­ty, na do­da­tek ozdo­bio­ny por­tre­tem sa­me­go ge­ne­ra­lis­si­mu­sa.

Przy­tak­ną­łem i od­wró­ci­łem przed­miot, uwi­dacz­nia­jąc jego pod­sta­wę po­kry­tą zie­lo­nym ły­sie­ją­cym ak­sa­mi­tem.

Sprze­daw­ca po­wie­dział mi, że to pod­pór­ka do ksią­żek. Jej przy­ja­ciel – użył wła­śnie ta­kie­go sło­wa: Freund – za­gi­nął. Nie wie­dział, skąd się wzię­ła, cho­ciaż teo­re­ty­zo­wał, że mu­sia­ła kie­dyś na­le­żeć do pro­fe­so­ra.

– Ein Ge­nie – rzekł. Ge­niusz. I do­dał, że bez nie­go świat nie był­by taki sam. Te sło­wa wy­po­wie­dzia­ne przez ko­goś, kto spra­wiał wra­że­nie jak­by się nie go­lił ani nie wi­dział prysz­ni­ca od cza­sów pie­re­stroj­ki, wy­da­ły mi się cu­dow­ną opi­nią in­te­lek­tu­ali­sty. Po­ru­szy­ły mnie: jako fi­lo­zof chcia­łem zo­ba­czyć, jak idee Nie­tz­sche­go, czę­sto tak błęd­nie ro­zu­mia­ne, wciąż po­tra­fią za­in­spi­ro­wać zwy­kłe­go czło­wie­ka.

– E=mc² – po­wie­dział. – Ja?

Są­dzę, że wy­ko­na­łem do­brą ro­bo­tę, ukry­wa­jąc swą kon­ster­na­cję, choć w tym mo­men­cie po­czu­łem, że je­stem od­po­wie­dzial­ny za dal­sze losy pod­pór­ki. Nie moż­na ufać ni­ko­mu, kto myli Nie­tz­sche­go z Ein­ste­inem. Spy­ta­łem o cenę. Sprze­daw­ca oce­niał mnie przez se­kun­dę, kon­fron­tu­jąc pod­pór­kę z moją tan­det­ną spor­to­wą ma­ry­nar­ką, za­nim od­po­wie­dział: trzy­dzie­ści euro. Za­pro­po­no­wa­łem dzie­sięć, po­dzie­li­li­śmy róż­ni­cę na pół i od­sze­dłem wnie­bw­zię­ty, z tor­bą cięż­szą o sześć ki­lo­gra­mów.

W cią­gu ostat­nich kil­ku lat pod­pór­ka sta­ła się dla mnie czymś w ro­dza­ju to­te­mu, wspo­mnie­nia szczę­śliw­szych cza­sów, w któ­rych otrzy­my­wa­łem sty­pen­dia i mo­głem po­dró­żo­wać. Lecz tego wie­czo­ru, kie­dy zo­sta­łem wy­rzu­co­ny przez Yasmi­nę, znaj­do­wa­łem się już oczy­wi­ście w zu­peł­nie od­mien­nej sy­tu­acji. Moje źró­dło fi­nan­so­wa­nia wy­schło i nie było wi­do­ków na ko­lej­ne fun­du­sze. Moje sta­no­wi­ska na­uczy­ciel­skie przy­dzie­lo­no tym, któ­rzy ich bar­dziej po­trze­bo­wa­li i za­wsze do­trzy­my­wa­li obiet­nic, a dok­to­ry­zo­wa­li się od trzech lub czte­rech, lecz nie ośmiu lat, do któ­rych mo­gły przy­być ko­lej­ne. Mój tak zwa­ny kon­sul­tant nie ode­zwał się do mnie od mie­się­cy. W Emer­son Hall zy­ska­łem sta­tus co naj­mniej chy­bio­nej in­we­sty­cji, je­śli nie per­so­na non gra­ta.

Dla­te­go ho­łu­bi­łem pod­pór­kę i trzy­ma­łem ją na szaf­ce ze sprzę­tem ste­reo w sa­lo­nie, gdzie mo­głem spo­glą­dać na nią, sie­dząc przy swym biur­ku w ką­cie. Pod­pór­ka do­da­wa­ła mi otu­chy. Była po­nad­to moim je­dy­nym udzia­łem, jaki wnio­słem w wy­strój domu. Yasmi­na nig­dy nie pro­te­sto­wa­ła, więc za­sko­czy­ła mnie, mó­wiąc, co na­praw­dę czu­je. Kie­dy tam sta­łem i usi­ło­wa­łem wy­cza­ro­wać od­po­wied­nio bły­sko­tli­wą uwa­gę na od­chod­ne, przy­ci­ska­łem pod­pór­kę do pier­si, chro­niąc ją przed nią.

– Wy­glą­da jak­by miał bor­su­ka na twa­rzy – ode­zwa­ła się Yasmi­na.

– Pół­bor­su­ka – od­rze­kłem ogól­ni­ko­wo.

Po­my­ślę o niej jak naj­le­piej i po­wiem, że nie są­dzę, by swo­im za­cho­wa­niem chcia­ła wy­rzą­dzić ko­muś krzyw­dę. Była po­chło­nię­ta samą sobą, ale wie­dzia­łem o tym i ko­cha­łem ją tak samo. Na­wet wte­dy, kie­dy po­czu­łem, że nasz zwią­zek stop­nio­wo ob­umie­ra, po­wta­rza­łem so­bie raz za ra­zem, że nie by­ła­by nig­dy tak bez­myśl­na, by wy­rzu­cić mnie bez ostrze­że­nia. My­li­łem się.

Chcia­łem wyjść, wy­gło­siw­szy coś uszczy­pli­we­go, ale je­dy­ną rze­czą, na któ­rą zdo­ła­łem się zdo­być, była iro­nia.

– Ży­cie umy­słu – po­wie­dzia­łem, trzy­ma­jąc swój skrom­ny do­by­tek.

– Baw się do­brze! – od­rze­kła i za­mknę­ła mi drzwi przed no­sem.

Drew cze­kał na dole w sa­mo­cho­dzie. Odło­żył su­do­ku, otwo­rzył ba­gaż­nik i wy­siadł. Wi­dząc, jak nie­wie­le nio­sę, za­trza­snął kla­pę i otwo­rzył tyl­ne drzwi.

Prze­je­cha­li­śmy więk­szość dro­gi w kie­run­ku So­me­rvil­le, za­nim ści­szył ra­dio i po­wie­dział:

– Mam na­dzie­ję, że wiesz, że mo­żesz zo­stać tak dłu­go, jak ci się po­do­ba.

Wte­dy wie­dzia­łem już, że mu­szę się wy­nieść jak naj­szyb­ciej.

Le­żąc na skrzy­pią­cej so­fie – z lu­na­tycz­nym okiem Nie­tz­sche­go wga­pia­ją­cym się we mnie z pa­ra­pe­tu, za któ­rym płat­ki śnie­gu kłę­bi­ły się ni­czym chmu­ra idei – za­czą­łem ukła­dać li­stę ście­żek do zba­da­nia: stro­ny in­ter­ne­to­we z ofer­ta­mi pra­cy, cra­ig­slist… Krót­ko mó­wiąc, sta­ło się dla mnie ja­sne, że po­wi­nie­nem przej­rzeć ogło­sze­nia. Po­mysł wy­szu­ka­nia swe­go prze­zna­cze­nia w ga­ze­tach wy­dał mi się oso­bli­wy – praw­dę mó­wiąc, śmiesz­ny – to­też, po­mi­mo nie­szczę­snych oko­licz­no­ści, w ja­kich się zna­la­złem, uśmiech­ną­łem się do sie­bie w ciem­no­ści. Te­raz, spo­glą­da­jąc wstecz, ro­zu­miem, że na­wet je­śli się­gnię­cie po tam­tą ga­ze­tę nie było pierw­szą zna­czą­cą de­cy­zją w moim ży­ciu, to sta­no­wi­ło pierw­szy krok ku wszyst­kie­mu, co na­stą­pi­ło póź­niej – krok ku każ­dej z mo­ich ka­ta­strof.

2

Przez ko­lej­ne trzy ty­go­dnie prze­no­si­łem się z jed­nej ka­na­py na dru­gą. Do­sta­tecz­nie wcze­śnie zro­zu­mia­łem, że ceną, któ­rą mu­szę za­pła­cić za kil­ka nocy w każ­dym ko­lej­nym domu, jest moja łza­wa hi­sto­ria opo­wia­da­na od po­cząt­ku – za­zwy­czaj pani domu, cza­sem też jej i jej mę­żo­wi. Sie­dzą­cym na­prze­ciw­ko, ze ścią­gnię­ty­mi brwia­mi oznaj­mia­ją­cy­mi za­in­te­re­so­wa­nie i ukła­da­ją­cym ręce tak, jak gdy­by chcie­li się osło­nić przed moim za­raź­li­wym ka­wa­ler­stwem. Wziąw­szy pod uwa­gę swe pra­wo wy­bo­ru, po­zo­stał­bym z in­ny­mi ka­wa­le­ra­mi. Lecz nie zna­łem żad­ne­go in­ne­go poza Drew. Tak się wła­śnie dzie­je, gdy jest się w związ­ku od dwóch lat: zna się tyl­ko inne pary. Nie mo­głem się też wpro­wa­dzić z po­wro­tem do Drew. Nie dla­te­go, że mógł­by się na to nie zgo­dzić, lecz dla­te­go, że jego miesz­ka­nie przy­po­mi­na­ło chlew. Było to rów­nie nie­zno­śne, jak by­cie zmu­sza­nym po raz ko­lej­ny do wy­ja­śnie­nia, dla­cze­go Yasmi­na zre­zy­gno­wa­ła ze mnie, sko­ro za­wsze wy­da­wa­li­śmy się tak szczę­śli­wi.

Po­trze­bo­wa­łem swe­go wła­sne­go miej­sca. To było pew­ne. Mniej pew­ne było to, jak je zna­leźć, kie­dy ma się na kon­cie nie­wie­le po­nad dwie­ście do­la­rów. Moje stan­dar­dy były wy­so­kie, wręcz wy­nisz­cza­ją­ce. Wszyst­ko, co czy­ni­łem, mu­sia­ło choć­by w mi­ni­mal­nej mie­rze wy­ma­gać my­śle­nia, a za­ra­zem po­zo­sta­wiać mi mnó­stwo cza­su na do­koń­cze­nie dok­to­ra­tu. Nie­któ­rzy z mo­ich przy­ja­ciół uwa­ża­li, że po­wi­nie­nem być otwar­ty na pro­po­zy­cję pra­cy, po­wiedz­my, w księ­gar­ni: pra­cy w at­mos­fe­rze uczo­no­ści, a ja, za­miast zaj­mo­wać się wy­kła­da­mi, spę­dza­łem czas na prze­glą­da­niu stron sie­ci aka­de­mic­kiej.

– Albo mógł­byś da­wać ko­re­pe­ty­cje – po­wie­dzie­li.

Od­rze­kłem, że wo­lał­bym ra­czej umrzeć z gło­du.

W tym mo­men­cie nie wi­dzia­łem jesz­cze po­wo­du do pa­ni­ki. Prę­dzej czy póź­niej Yasmi­na za­dzwo­ni, bła­ga­jąc, bym wró­cił. Kom­for­to­we urzą­dza­nie się gdzie­kol­wiek nie mia­ło sen­su, sko­ro za­mie­rza­łem pod­jąć wy­zwa­nie i wpro­wa­dzić się do niej z po­wro­tem. Wy­dzwa­nia­łem więc do przy­ja­ciół, pro­sząc o przy­słu­gi i wy­ko­rzy­stu­jąc ich całą życz­li­wość, na jaką za­pra­co­wa­łem w cią­gu swych dwu­na­stu lat w Cam­brid­ge. Każ­de­go ran­ka wsta­wa­łem z nie­co sfa­ty­go­wa­nej ka­na­py, na któ­rej spa­łem, i uda­wa­łem się z lap­to­pem do Yar­du.

Emer­son Hall, w któ­rym mie­ści się wy­dział fi­lo­zo­fii, ma swą od­dziel­ną bi­blio­te­kę. Do­wo­dem na to, w ja­kim stop­niu wy­ob­co­wa­łem się z gro­na ko­le­gów i na­uczy­cie­li, była ab­so­lut­na ko­niecz­ność uni­ka­nia tego miej­sca; wo­la­łem od­osob­nie­nie w za­po­mnia­nym ką­cie na szó­stym pię­trze bi­blio­te­ki Wi­de­ne­ra, gdzie się dą­sa­łem i uda­wa­łem, że pi­szę.

Jed­ne­go z ta­kich po­po­łu­dni prze­glą­da­łem bez prze­ko­na­nia „Crim­son”, by­łem na­sta­wio­ny bar­dziej na roz­ryw­kę niż co­kol­wiek in­ne­go. Pi­smo to za­wsze wy­wo­ły­wa­ło mój uśmiech – na­pu­sze­ni stu­den­ci przed dy­plo­mem ogła­sza­ją­cy swe do­mo­ro­słe roz­wią­za­nia glo­bal­nych pro­ble­mów – do­pó­ki nie zda­łem so­bie spra­wy, że za pięć lat ci sami stu­den­ci będą wy­da­wać opi­nio­twór­czą stro­nę w „New York Ti­me­sie”.

Ogło­sze­nia w ga­ze­tach Ivy Le­ague ad­re­so­wa­ne są do mło­dych, zdol­nych i zde­spe­ro­wa­nych. Kil­ka z nich do­ty­czy­ło atrak­cyj­nych, nie­pa­lą­cych ko­biet w wie­ku od dwu­dzie­stu do dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat, któ­re zgo­dzi­ły­by się zo­stać daw­czy­nia­mi ko­mó­rek ja­jo­wych. Bez­płod­ne mał­żeń­stwa były go­to­we wy­pła­cić za to dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy do­la­rów oraz po­kryć wszel­kie kosz­ty; od tej sumy za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Moje rocz­ne sty­pen­dium – kie­dy jesz­cze je mia­łem – wy­no­si­ło mniej niż po­ło­wę tej kwo­ty. Wszyst­ko to za jed­ną je­dy­ną ko­mór­kę. Za­no­to­wa­łem w pa­mię­ci, że będę mu­siał za­dzwo­nić do ban­ku sper­my i do­wie­dzieć się o ak­tu­al­ne staw­ki.

W jed­nym z ogło­szeń ofe­ro­wa­no zwy­cza­jo­we tor­by na ra­mię dla żeń­skich kor­po­ra­cji uczel­nia­nych, w in­nym – dzie­się­cio­let­nie­go volks­wa­ge­na jet­ta w do­brym sta­nie, tań­sze­go niż w ka­ta­lo­gu uży­wa­nych wo­zów. Trze­cie zda­wa­ło się pro­mo­wać książ­kę o hi­sto­rii Wszech­świa­ta wy­da­ną wła­snym na­kła­dem, do ku­pie­nia na stro­nie jej au­to­ra. Po­wie­dzia­łem „zda­wa­ło się”, po­nie­waż re­pro­duk­cja była nie­wy­raź­na, a au­tor to oso­ba naj­wy­raź­niej fik­cyj­na. Ogło­sze­nie w „Crim­son” może za­mie­ścić każ­dy. Wszyst­ko, cze­go po­trze­ba, to nie mniej niż pięt­na­ście słów, po sześć­dzie­siąt pięć cen­tów za każ­de.

Nie mo­głem za­tem so­bie po­zwo­lić na za­miesz­cze­nie ogło­sze­nia w „Crim­son”.

Ósme, ostat­nie ogło­sze­nie spro­wa­dza­ło się do mi­ni­mum:

Po­szu­ki­wa­na oso­ba do kon­wer­sa­cji.

Tyl­ko po­waż­ni kan­dy­da­ci.

Pro­szę dzwo­nić 617–xxx–xxx

od siód­mej do czter­na­stej.

Żad­nych ad­wo­ka­tów.

Głów­nym za­ję­ciem współ­cze­snej fi­lo­zo­fii jest su­ro­wa ana­li­za ję­zy­ka. Prze­czy­ta­łem tekst jesz­cze kil­ka razy, ro­zu­mie­jąc go i nie ro­zu­mie­jąc za­ra­zem. Ja­kie­go ro­dza­ju roz­mów­ca? Przez kogo po­szu­ki­wa­ny? Je­dy­nie „po­szu­ki­wa­ny” – w zna­cze­niu „ko­niecz­ny”, tak jak „po­szu­ki­wa­ne” bywa ta­nie źró­dło ener­gii al­ter­na­tyw­nej? Czy coś może być po­szu­ki­wa­ne bez po­szu­ku­ją­ce­go? Rzecz ja­sna nie; nie w taki spo­sób dzia­ła ten cza­sow­nik. Po­szu­ku­ją­cym jest w tym przy­pad­ku przy­pusz­czal­nie oso­ba, któ­ra za­mie­ści­ła ogło­sze­nie. Po­nie­waż mia­ło nie być ad­wo­ka­ta, czu­łem się, jak­bym czy­tał ra­czej opis czy­je­goś sa­mo­po­czu­cia niż ofer­tę pra­cy.

Jak kan­dy­dat mógł­by oce­nić jej po­wa­gę, nie wie­dząc cze­go wy­ma­ga pra­ca? Czy „po­waż­ni” ozna­cza, że to ja mam być po­waż­ny, czy też to moje zgło­sze­nie po­win­no ucho­dzić za ta­kie w oczach przy­szłe­go pra­co­daw­cy? Mógł­bym na przy­kład po­waż­nie pra­gnąć zo­stać zie­ją­cą ogniem les­bij­ską astro­naut­ką, ale ra­czej nie moż­na by­ło­by okre­ślić mo­ich szans jako po­waż­ne.

Ton ogło­sze­nia za­rów­no ostrze­gał, jak i za­pra­szał: wy­cią­ga­ło do mnie jed­ną rękę, trzy­ma­jąc dru­gą go­to­wą do obro­ny. Kto po­wie­dział coś o ad­wo­ka­tach? Może po­szu­ku­ją­cy bał się, że ktoś ukrad­nie mu toż­sa­mość? Ale po co w ta­kiej sy­tu­acji za­miesz­czać nu­mer te­le­fo­nu? Dla­cze­go nie ad­res ma­ilo­wy albo – z my­ślą o praw­dzi­wych tra­dy­cjo­na­li­stach – nu­mer skryt­ki pocz­to­wej? Coś tu nie pa­so­wa­ło i mia­łem wra­że­nie, że spo­glą­dam w pasz­czę prze­krę­tu. W tych dniach trud­no być zbyt po­dejrz­li­wym, pa­ra­no­ja nie jest już pa­to­lo­gią, ale ozna­ką zdro­we­go roz­sąd­ku.

Wsze­la­ko brzmia­ło to tak dziw­nie, tak uro­czo dziw­nie…

Mo­głem za­dzwo­nić z bi­blio­te­ki – wo­kół nie było ży­we­go du­cha – ale za­wsze trak­to­wa­łem ją jako świą­ty­nię, a za­kłó­ce­nie jej prze­siąk­nię­tej ku­rzem ci­szy jako świę­to­kradz­two. Spa­ko­wa­łem swo­je rze­czy i po­sze­dłem, mi­ja­jąc Ter­cen­te­na­ry The­ater, w kie­run­ku Ca­na­day Hall, po­kracz­ne­go aka­de­mi­ka zna­ne­go jako „The Pro­jec­tus”, w któ­rym miesz­ka­łem na pierw­szym roku. Śnieg wo­kół Scien­ce Cen­ter był brud­ny od se­tek stą­pa­ją­cych po nim stóp. Za­trzy­ma­łem się, by po­pa­trzeć na gru­pę stu­den­tów wy­kań­cza­ją­cych ol­brzy­mie śnież­ne ucho w sty­lu Da­le­go. Bę­dąc już w środ­ku, chuch­ną­łem w zmar­z­nię­te dło­nie, wy­ją­łem ko­mór­kę i wy­bra­łem nu­mer. Głos z na­gra­nia po­in­for­mo­wał mnie, że kon­to zo­sta­ło za­wie­szo­ne, wia­do­mość je­den–je­den–czte­ry–sie­dem.

Spró­bo­wa­łem po­now­nie i usły­sza­łem ten sam głos, a kie­dy po­wtó­rzy­ło się to po raz trze­ci, zro­zu­mia­łem, że to się dzie­je na­praw­dę. Yasmi­na mnie od­cię­ła. To, że opła­ca­ła wszyst­kie ra­chun­ki, wy­da­ło mi się aku­rat wte­dy nie­istot­ne; jesz­cze raz wpa­ko­wa­ła mnie na mie­li­znę bez sło­wa ostrze­że­nia, a ja by­łem wście­kły. Nie­mal rzu­ci­łem te­le­fo­nem o ścia­nę. Zsze­dłem na dół, by po­szu­kać au­to­ma­tu te­le­fo­nicz­ne­go.

Mia­ła głos star­szej pani. Po­my­śla­łem, że mówi z ak­cen­tem, cho­ciaż mu­siał­bym usły­szeć wię­cej niż po­je­dyn­cze „wi­tam”.

– Tak, dzień do­bry, dzwo­nię w spra­wie ogło­sze­nia w „Crim­son”.

– Ach, tak. A z kim roz­ma­wiam?

– Na­zy­wam się Jo­seph Ge­ist.

– Miło mi pana po­znać, pa­nie Ge­ist.

– Dzię­ku­ję. Mnie pa­nią rów­nież, pani…

Prze­rwa­łem, by mo­gła się przed­sta­wić. Nie uczy­ni­ła tego, za­tem po­wie­dzia­łem:

– Je­stem za­in­te­re­so­wa­ny. Ja­kie­go ro­dza­ju oso­by do kon­wer­sa­cji pani po­trze­bu­je?

– Ka­to­li­ka. Przez małe k. Czy tak wła­śnie mógł­by pan o so­bie po­wie­dzieć?

– Są­dzę, że tak. Cho­ciaż ofi­cjal­nie je­stem tak­że ka­to­li­kiem przez wiel­kie K.

Ro­ze­śmia­ła się ła­god­nie.

– Cóż, nie będę mia­ła panu tego za złe.

Zde­cy­do­wa­łem się na nie­miec­ki, mimo że mó­wi­ła w spo­sób zde­cy­do­wa­nie róż­nią­cy się od tego, z któ­rym spo­tka­łem się w Ber­li­nie. Być może po­cho­dzi­ła z pro­win­cji albo z in­ne­go mia­sta.

– Nie prak­ty­ku­ję już, co­kol­wiek by to zna­czy­ło.

– A, nie­prak­ty­ku­ją­cy ka­to­lik. To mi bar­dziej od­po­wia­da.

– Miło mi to sły­szeć.

– Za­tem, pa­nie Ge­ist, nie­prak­ty­ku­ją­cy ka­to­li­ku, prze­czy­tał pan moje ogło­sze­nie. Jest pan stu­den­tem Ha­rvar­du, jak mnie­mam?

Wy­ja­śnie­nie mo­je­go obec­ne­go sta­tu­su za­bra­ło­by zbyt dużo cza­su. Rze­kłem za­tem, w więk­szo­ści zgod­nie z praw­dą:

– Dok­to­ran­tem.

– Tak? W czym się pan spe­cja­li­zu­je?

– W fi­lo­zo­fii.

Na­stą­pi­ła krót­ka prze­rwa.

– To na­praw­dę bar­dzo in­te­re­su­ją­ce, pa­nie Ge­ist. Ja­kim pan jest ro­dza­jem fi­lo­zo­fa?

Mimo wiel­kiej po­ku­sy na­dę­cia się po­sta­no­wi­łem za­cho­wać się ostroż­nie.

– Ka­to­lic­kim – po­wie­dzia­łem – Przez małe k.

Ro­ze­śmia­ła się zno­wu.

– Chy­ba po­win­nam pana spy­tać, kto jest pań­skim ulu­bio­nym fi­lo­zo­fem.

– Oczy­wi­ście ja sam.

W rze­czy­wi­sto­ści po­wie­dzia­łem:

Ich, na­tür­lich.

– Och, już do­brze – po­wie­dzia­ła.

Zdo­ła­łem jed­nak usły­szeć, jak się ro­ze­śmia­ła.

– Bę­dzie mi miło pana po­znać, pa­nie Ge­ist. Ma pan czas o trze­ciej?

– O trze­ciej dziś?

– Tak, dziś o trze­ciej.

Pra­wie po­wie­dzia­łem, że nie. Nie chcia­łem wyjść na ko­goś bę­dą­ce­go w po­trze­bie.

– Zna­ko­mi­cie.

– Bar­dzo do­brze. Po­zwo­li pan, że po­dam mu swój ad­res.

Za­pi­sa­łem.

– Dzię­ku­ję.

– Dan­ke schön, Herr Ge­ist.

Kie­dy tam sta­łem ze słu­chaw­ką w ręku, do­tar­ło do mnie, że nie usta­li­li­śmy żad­nych wa­run­ków. Nie wie­dzia­łem, jak dłu­go ani o czym chcia­ła roz­ma­wiać. Żad­ne z nas nie wspo­mnia­ło o pie­nią­dzach, nie wie­dzia­łem za­tem, ile – je­śli w ogó­le – chce mi za­pła­cić. Nie wie­dzia­łem na­wet, jak się na­zy­wa. Cała ta umo­wa była nie­wia­ry­god­nie dzi­wacz­na i za­sta­na­wia­łem się, czy to nie ja­kiś prze­kręt. Wszyst­ko wy­glą­da­ło jed­nak nie­groź­nie.

Te­le­fon za­czął się od­zy­wać prze­ry­wa­nym sy­gna­łem. Wci­sną­łem wi­deł­ki te­le­fo­nu, wy­grze­ba­łem resz­tę drob­nych i po­łą­czy­łem się z in­for­ma­cją, by po­pro­sić o nu­mer miej­sco­we­go ban­ku sper­my.

3

Może to się wy­da­wać nie­doj­rza­łe, żeby nie po­wie­dzieć – nie­prak­tycz­ne, by trzy­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna wo­lał ra­czej wstrzy­mać od­dech i zsi­nieć, niż zna­leźć pra­cę jak wszy­scy inni. Moją staw­ką było jed­nak coś wię­cej niż duma. Przez całe lata okre­śla­łem się we­dług swo­ich ide­ałów. Mu­sia­ło tak być. Po­nie­waż ni­cze­go nie opu­bli­ko­wa­łem, zy­ska­łem mi­zer­ne uzna­nie i od­pie­ra­łem bez­u­stan­ną kry­ty­kę swych wy­bo­rów. Wszyst­ko, co osią­gną­łem w cią­gu po­nad dzie­się­ciu lat stu­diów, moż­na by­ło­by po­trak­to­wać jako stra­tę cza­su. Oczy­wi­ście nie do­ro­bi­łem się też pie­nię­dzy. Kie­dy więc za­sy­pia­łem albo bu­dzi­łem się rano, wszyst­kim, co mu­sia­łem znieść, była świa­do­mość, że je­stem wier­ny za­sa­dzie: żyć zgod­nie z wła­snym umy­słem i tyl­ko z nim. To, co wy­glą­da jak le­ni­stwo, hi­ste­ria obi­bo­ka od­ma­wia­ją­ce­go pój­ścia na ustęp­stwa w rze­czy­wi­stym świe­cie, było fak­tycz­nie ak­tem sa­mo­za­cho­waw­czym. Ry­zy­ku­jąc po­są­dze­nie o sen­ty­men­ta­lizm, po­wiem: były to zma­ga­nia o moją du­szę.

Moż­na to jed­nak naj­le­piej zro­zu­mieć, spo­glą­da­jąc w prze­szłość.

Dłu­gi ciąg przy­czyn i skut­ków się­ga bar­dzo da­le­kich cza­sów i je­dy­nie ko­smo­log zbli­ża się do praw­dy, twier­dząc, że na­le­ży za­cząć od po­cząt­ku. W od­nie­sie­niu do resz­ty z nas – wrzesz­czą­cych, kie­dy mio­ta­my się w środ­ku spraw – bę­dzie mu­siał wy­star­czyć do­wol­ny punkt wyj­ścia.

Uro­dzi­łem się w ma­łym mia­stecz­ku. Naj­bliż­sze mia­sto uwa­ża­ło się za przed­mie­ścia ko­lej­ne­go, więk­sze­go mia­sta, co czy­ni­ło nas de­mo­gra­ficz­nym od­po­wied­ni­kiem gwiazd­ki przy przy­pi­sie na dole stro­ny. Mie­li­śmy dwa bary Da­iry Qu­een, trzy re­stau­ra­cje oraz na­le­śni­kar­nię – In­ter­na­tio­nal Ho­use of Pan­ca­kes. Sześć­dzie­siąt pięć pro­cent krzep­kiej nie­miec­kiej i ir­landz­kiej po­pu­la­cji mia­stecz­ka sta­no­wi­li re­pu­bli­ka­nie. Pra­wo po­sia­da­nia bro­ni było tu re­gu­łą, człon­ko­stwo w Kra­jo­wym Związ­ku My­śli­stwa Spor­to­we­go było po­wszech­ne, o ate­izmie zaś nie było mowy. Na­sze zimy były dusz­ne, a lata zwię­dłe. Prze­ni­kli­wie chłod­ny­mi po­po­łu­dnia­mi włó­czy­łem się po la­sach za na­szym do­mem, dep­cząc li­ście i za­ska­ku­jąc je­le­nie, któ­re po­ja­wia­ły się, by osku­by­wać kwia­to­we ra­ba­ty mo­jej mat­ki. Jako mały chło­piec umia­łem roz­po­zna­wać dzie­siąt­ki ga­tun­ków pta­ków po ich gło­sie lub wy­glą­dzie; bę­dąc w pią­tej kla­sie, za­czą­łem no­sić ze sobą or­ni­to­lo­gicz­ny prze­wod­nik Si­bleya. Od kie­dy opu­ści­łem dom, cała ta wie­dza gdzieś się ulot­ni­ła, a głę­bo­kie po­czu­cie stra­ty, któ­re od­czu­wa­łem, po­wra­ca­jąc, spra­wi­ło, że nie wró­ci­łem już nig­dy wię­cej.

Po­bie­ra­jąc się, mój oj­ciec i moja mat­ka byli mło­dzi, na tyle mło­dzi, że jej ro­dzi­ce mu­sie­li iść z nimi do sądu, by za­ła­twić zgo­dę na ślub. Nie mu­szę do­da­wać – ślub z ko­niecz­no­ści, z po­wo­du cią­ży. Oj­ciec był dzie­więt­na­sto­lat­kiem, wy­rzu­co­nym ze szko­ły śred­niej i od­se­pa­ro­wa­nym od swo­jej wła­snej ro­dzi­ny; miał nie­wie­le wię­cej poza pod­ra­so­wa­nym sa­mo­cho­dem. Mat­ka le­d­wie go zna­ła, jej ro­dzi­ce jesz­cze mniej; i choć przy­pusz­czam, że nie­moż­li­we jest usta­le­nie ceny przy­zwo­ito­ści, za­wsze będę się za­sta­na­wiał, czy nie by­ło­by le­piej, gdy­by każ­dy zro­bił so­bie cza­sem krót­ką prze­rwę, po­li­czył do dzie­się­ciu i wziął kil­ka głę­bo­kich od­de­chów, za­miast czy­nić co­kol­wiek w po­śpie­chu. Czy mał­żeń­stwo jest z na­tu­ry czymś tak cen­nym, że war­to po­świę­cić dla nie­go szczę­ście wszyst­kich, któ­rzy się w nie an­ga­żu­ją?

Oczy­wi­ście jest moż­li­we – cho­ciaż mało praw­do­po­dob­ne – że moja mat­ka i jej ro­dzi­na po­trak­to­wa­li to mał­żeń­stwo na­praw­dę en­tu­zja­stycz­nie. Nig­dy się tego nie do­wiem, po­nie­waż nie po­ja­wi­łem się na świe­cie przez ko­lej­ne sie­dem lat, a kie­dy by­łem już wy­star­cza­ją­co do­ro­sły, by za­da­wać ta­kie py­ta­nia, nikt nie pa­mię­tał już, ja­kie były pier­wot­ne in­ten­cje, a emo­cje daw­no opa­dły.

Dwu­dzie­ste­go trze­cie­go kwiet­nia, pół roku przed na­ro­dzi­na­mi mo­je­go star­sze­go bra­ta, pre­zy­dent Ri­chard Ni­xon pod­pi­sał za­rzą­dze­nie 11527, któ­re za­wie­ra­ło po­praw­ki do­ty­czą­ce służ­by woj­sko­wej i spra­wi­ło, że uzy­ska­nie od­ro­cze­nia z po­wo­du oj­co­stwa nie było już ta­kie ła­twe. Mój oj­ciec mógł pró­bo­wać wy­krę­cić się od po­bo­ru, po­wo­łu­jąc się na fakt, że choć nie był jesz­cze oj­cem, to wkrót­ce miał nim zo­stać. Mógł też po­słu­żyć się ar­gu­men­tem, że dziec­ko zo­sta­ło po­czę­te jesz­cze w okre­sie obo­wią­zy­wa­nia sta­re­go pra­wa. O ile wiem, z ja­kichś po­wo­dów nig­dy się jed­nak nie od­wo­łał, nie uczy­ni­ła tego tak­że moja mat­ka ani jej ro­dzi­na. No­wo­rod­ka płci mę­skiej po­wi­ta­no w paź­dzier­ni­ku; w li­sto­pa­dzie mój oj­ciec od­pły­nął do Nha Trang na pierw­szą z trzech tur swej służ­by.

Nie wi­dzę po­trze­by roz­wo­dze­nia się nad jego do­świad­cze­nia­mi wy­nie­sio­ny­mi z walk.

Zdję­cia wy­ko­na­ne po po­wro­cie ojca po­ka­zu­ją go wgry­za­ją­ce­go się w ka­wa­łek cia­sta, sto­ją­ce­go ra­zem z in­ny­mi żoł­nie­rza­mi na li­nii pięć­dzie­się­ciu jar­dów bo­iska Stan­ton Co­un­ty High Scho­ol (ostat­ni zwy­cię­ski se­zon: 1951/1952) i przyj­mu­ją­ce­go owa­cję na sto­ją­co od przy­by­łych na otwar­cie se­zo­nu, ha­mu­ją­ce­go swe­go roz­bry­ka­ne­go syna, któ­ry te­raz jest już na tyle duży, że czu­je się za­wsty­dzo­ny uści­skiem. Oj­ciec na tych zdję­ciach nie ma jed­nak cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla wra­ca­ją­cych z woj­ny nie­obec­ne­go spoj­rze­nia. Prze­ciw­nie: kie­dy się na nie­go pa­trzy, ma się wra­że­nie, że z tru­dem pa­nu­je nad sobą i do­ko­nu­je nad­ludz­kich wy­sił­ków, by stać w miej­scu, a na na­stęp­nym zdję­ciu bę­dzie mu­siał eks­plo­do­wać jak ar­buz, obry­zgu­jąc wszyst­kie ścia­ny.

Po­la­ro­id to kiep­skie me­dium do po­ka­zy­wa­nia czło­wie­ka, któ­ry nie za­trzy­mał się w ży­ciu na­wet na chwi­lę, a naj­le­piej opi­su­ją­cą go ce­chą była fi­zycz­ność, tak zwie­rzę­ca, mu­sku­lar­na, ki­ne­tycz­na i upo­rczy­wa, że szu­ka­ła każ­de­go do­stęp­ne­go uj­ścia, choć czy­ni­ła to w spo­sób de­struk­tyw­ny.

Być może wy­wo­łał to u nie­go Wiet­nam. Być może był tam za dłu­go. Ale to py­ta­nie do psy­cho­lo­ga, nie fi­lo­zo­fa, zresz­tą – py­ta­nie po­zo­sta­ją­ce bez od­po­wie­dzi. Te­raz to ro­zu­miem. Ale kie­dy by­łem młod­szy i jesz­cze wie­rzy­łem, że ludz­kie ży­cie moż­na prze­czy­tać jak opo­wia­da­nie, usi­ło­wa­łem go roz­szy­fro­wać. Nie po­przez roz­mo­wę, rzecz ja­sna. Lu­dzie rzad­ko zna­ją sa­mych sie­bie na tyle do­brze, by po­tra­fić mó­wić o so­bie w szcze­gó­łach, a je­śli jest in­a­czej – rzad­ko są do tego skłon­ni; kon­fe­sjo­nał nie jest na­tu­ral­ną for­mą spo­ty­ka­ną w przy­ro­dzie. Przy­glą­da­łem się na­to­miast jego wpły­wo­wi na mnie i na tych, któ­rzy mnie ota­cza­li i– łą­cząc to z tym, cze­go do­wie­dzia­łem się od mo­jej mat­ki, dziad­ków, cio­tek i wu­jów – pra­co­wa­łem, by po­znać jego du­szę, roz­kła­da­jąc ją na czę­ści.

Wy­ma­ga­ją­cy, nie­prze­wi­dy­wal­ny, ob­da­rzo­ny nie­wy­mu­szo­ną cha­ry­zmą, cał­kiem in­te­li­gent­ny, acz­kol­wiek wy­jąt­ko­wo kon­kret­ny. Praw­do­po­dob­nie do­brze się sta­ło, że nig­dy nie roz­ma­wiał ze mną o mo­jej pra­cy. Nie zro­zu­miał­by, a ja nie był­bym w sta­nie mu wy­ja­śnić. (Inną spra­wą jest to, że po­tra­fi ro­bić rze­czy, o któ­rych ja nie mam po­ję­cia – pro­wa­dzić in­te­res albo na­pra­wić pral­kę.) Kie­dy orze­ka, że ktoś jest zły, jest to nie­od­wra­cal­ne. Ci, któ­rych uzna­je za do­brych, nie mogą po­stę­po­wać nie­wła­ści­wie – przy­najm­niej przez pe­wien czas. Lu­dzie tacy jak on stwo­rze­ni są do udrę­ki, gdyż sta­ją w ob­li­czu tego sa­me­go dwo­ja­kie­go wy­bo­ru, gdy oce­nia­ją sa­mych sie­bie. To, że po­tra­fi być za­baw­ny, cza­sem wręcz za­ska­ku­ją­co, nie po­win­no sta­no­wić nie­spo­dzian­ki, gdyż praw­dzi­wym ob­li­czem hu­mo­ru jest okru­cień­stwo. Moja mat­ka nie była ostat­nią, któ­rą uwiódł. Ka­sjer­ka, moja na­uczy­ciel­ka w czwar­tej kla­sie – pa­mię­tam, jak z nim flir­to­wa­ły, śli­niąc się i po­chy­la­jąc w jego stro­nę ko­cim ru­chem. O ile mi wia­do­mo, nig­dy nie miał ro­man­sów, lecz któż może za­rę­czyć, że było tak na­praw­dę? (Wier­ność mo­jej mat­ki – prze­ciw­nie – nie bu­dzi żad­nych wąt­pli­wo­ści.) Wie­le draż­nią­cych cech mo­je­go ojca za­ni­kło, kie­dy sta­nął u pro­gu sta­ro­ści, lecz wte­dy sta­no­wił siłę, z któ­rą na­le­ża­ło się li­czyć, i cho­ciaż nie na­zwał­bym go po­two­rem, przy­zna­ję, że czę­sto bar­dzo go przy­po­mi­nał.

Po po­wro­cie z Wiet­na­mu szko­lił się na hy­drau­li­ka, zdo­był w koń­cu dy­plom i za­czął dzia­łać na wła­sną rękę. Wie­czo­ra­mi i w week­en­dy do­ra­biał też na boku jako zło­ta rącz­ka, co było do­bre dla wszyst­kich, po­nie­waż za­pew­nia­ło mu ak­tyw­ność i za­ję­cie i po­zwo­li­ło odło­żyć dość pie­nię­dzy, by mógł ku­pić dom z trze­ma sy­pial­nia­mi, alu­mi­nio­wym si­din­giem i żwi­ro­wym pod­jaz­dem. Moja mat­ka zro­bi­ła wszyst­ko, co mo­gła, by ucy­wi­li­zo­wać to miej­sce – po­sa­dzi­ła kwia­ty, o któ­rych już wspo­mnia­łem, za­ło­ży­ła wa­rzyw­nik i po­wie­si­ła ha­fty na klat­ce scho­do­wej – lecz w mo­ich oczach dom nig­dy nie był czymś wię­cej niż tym, czym był na­praw­dę: chy­bio­nym wy­two­rem ame­ry­kań­skiej drob­no­miesz­czań­skiej wy­obraź­ni. Wra­że­nie to po­twier­dza­ło się póź­niej za każ­dym ra­zem, kie­dy do nie­go wra­ca­łem. Jest jesz­cze je­den po­wód, dla któ­re­go, wy­je­chaw­szy, sta­ra­łem się trzy­mać z da­le­ka od nie­go: nie jest to miej­sce, z któ­rym wią­żą się szczę­śli­we wspo­mnie­nia.

Wie­lu męż­czyzn re­zy­gnu­je z pra­cy rąk, kie­dy tyl­ko zo­ba­czy swój pa­sek wy­pła­ty. Mój oj­ciec tak nie po­stą­pił. Co­dzien­nie wra­cał do domu śmier­dzą­cy po­tem, wy­głod­nia­ły i jak się mówi w tych stro­nach, spuch­nię­ty. Wy­obra­żam so­bie żyły na jego pra­wym przed­ra­mie­niu, pul­su­ją­ce w taki spo­sób, że wy­ta­tu­owa­na tru­pia głów­ka zda­je się po­ru­szać żu­chwą w górę i w dół. Pa­mię­tam go sto­ją­ce­go w sa­lo­nie i zrzu­ca­ją­ce­go mo­krą ko­szu­lę ro­bo­czą, ze splą­ta­ny­mi wło­sa­mi na pier­si. Pa­mię­tam, w jaki spo­sób wrzesz­czał na mat­kę, je­śli jej tam nie było, by go przy­wi­tać. Pa­mię­tam go klę­ka­ją­ce­go, przy­cią­ga­ją­ce­go mnie do sie­bie i du­szą­ce­go swym smro­dem te­sto­ste­ro­nu. Cią­gły wy­si­łek wy­ssał z nie­go tyl­ko odro­bi­nę ko­tłu­ją­cej się w nim wście­kłej ener­gii, a on usi­ło­wał dać jej upust na inne spo­so­by. Upra­wiał ama­tor­sko boks. Był za­pa­lo­nym my­śli­wym. Ostro pił przez czte­ry lub pięć wie­czo­rów w ty­go­dniu. A kie­dy wszyst­ko to nie przy­no­si­ło mu uko­je­nia, wy­ży­wał się na ro­dzi­nie.

Naj­go­rzej do­sta­wa­ło się mo­jej mat­ce, przy­najm­niej w po­cząt­ko­wym okre­sie. Wie­le rze­czy czy­ni­ło ją ide­al­nym ce­lem: nie­chęć do re­wan­żu i skłon­ność do hi­ste­rii, ro­dzą­ca wzgar­dę i agre­sję we wście­kłym już męż­czyź­nie. Wy­cho­dząc za mo­je­go ojca, była jesz­cze dziec­kiem i za­wsze wi­dzia­ła w nim ra­czej au­to­ry­tet niż mał­żon­ka. Trzy lata sa­mo­dziel­ne­go wy­cho­wy­wa­nia dziec­ka nie wzmoc­ni­ły jej cha­rak­te­ru, jak są­dzę dla­te­go, że moc­no po­le­ga­ła na swo­ich ro­dzi­cach. Cza­sa­mi my­ślę, że od­pro­wa­dza­jąc go, mia­ła na­dzie­ję, że już nig­dy nie wró­ci. I czy by­ło­by to ta­kie złe? Moja mat­ka, awan­so­wa­na z la­ta­wi­cy z przed­ostat­niej kla­sy szko­ły śred­niej na wdo­wę wo­jen­ną, moi dziad­ko­wie nie­bo­ry­ka­ją­cy się już z kon­se­kwen­cja­mi swej pru­de­rii i nie­roz­wa­gi… Na­wet mój oj­ciec wo­lał­by, żeby spra­wy po­to­czy­ły się w taki spo­sób. Mu­szę roz­wa­żyć tę sy­tu­ację z jego per­spek­ty­wy. Je­stem pe­wien, że kie­dyś mie­wał sny, choć skrom­ne, i bar­dzo wąt­pię, by było w nich miej­sce dla żony i dziec­ka. Mógł w nich zo­ba­czyć śmierć jako mi­ło­sier­ne wyj­ście.

Je­stem tu dla nich tro­chę zbyt su­ro­wy, po­nie­waż na­wet je­śli nasz dom nie był szcze­gól­nie ra­do­sny, to na ogół pa­no­wał w nim spo­kój. W isto­cie to sama nie­prze­wi­dy­wal­ność wy­bu­chów ojca czy­ni­ła je tak prze­ra­ża­ją­cy­mi. Je­śli ist­niał tu ja­kiś wzo­rzec – prze­oczy­łem go, acz­kol­wiek może to od­zwier­cie­dlać za­nie­dba­nie z mo­jej stro­ny. Jak po­wie­dzia­łem, po­ja­wi­łem się na sce­nie nie­co póź­no i le­d­wie za­czą­łem ro­zu­mieć ota­cza­ją­cy mnie świat, kie­dy ten się za­padł.

Jak wszy­scy młod­si bra­cia na świe­cie, no­si­łem uży­wa­ne ubra­nia. Chri­sto­pher był na tyle drob­ny, że jego rze­czy pa­so­wa­ły na mnie po trzech lub czte­rech la­tach od chwi­li, kie­dy z nich wy­ra­stał, mimo sied­mio­let­niej róż­ni­cy wie­ku. Kie­dy mój oj­ciec za­czął po­rząd­nie za­ra­biać, za­de­cy­do­wał, że każ­dy mło­dy męż­czy­zna po­wi­nien otrzy­my­wać nowe od­święt­ne ubra­nie nie rza­dziej niż co dwa lata. Od tego cza­su on i Chris wy­bie­ra­li się co dru­gi rok na piel­grzym­kę do Worth’s Boys Town, gdzie nie­zmien­nie wy­bie­ra­li naj­grub­sze, naj­bar­dziej gry­zą­ce gar­ni­tu­ry, ja­kie moż­na so­bie tyl­ko wy­obra­zić – fla­ne­lo­we ka­fta­ny bez­pie­czeń­stwa, któ­re póź­niej przy­pa­da­ły mnie; z cią­gną­cy­mi się luź­ny­mi nit­ka­mi i wy­pło­wia­ły­mi, twar­dy­mi pa­cha­mi. Nie przej­mo­wa­łem się tym. Nie ocze­ku­jąc ni­cze­go wię­cej, by­łem za­do­wo­lo­ny.

Nie­du­ży i ciem­ny Chris przy­po­mi­nał (przy­najm­niej wy­glą­dem) moją mat­kę, w jed­nej czwar­tej Gre­czyn­kę. Jak w Bun­tow­ni­ku bez po­wo­du – nie cho­dzi mi o Ja­me­sa De­ana, tyl­ko o jego nie­spo­koj­ne­go po­ma­gie­ra, któ­re­go grał mło­dy Sal Mi­neo. Ja, prze­ciw­nie, po­kracz­nie chu­dy, wy­ga­da­ny, bez prze­rwy na ła­sce swe­go roz­wi­ja­ją­ce­go się cia­ła: nie­sko­or­dy­no­wa­ny, nie­zdol­ny do wy­ko­na­nia rzu­tu pro­sto przed sie­bie, skłon­ny po­ty­kać się o wła­sne go­le­nie. Za­wsze zbyt wy­so­ki jak na swój wiek, nie na­bie­ra­łem cia­ła aż do okre­su doj­rze­wa­nia, za­tem jako mło­dy chło­piec wi­dzia­ny od przo­du wy­glą­da­łem na bar­czy­ste­go, lecz każ­dy, kto spo­glą­dał na mnie z boku, mógł do­strzec mój ab­sur­dal­nie wą­ski pro­fil, jak­bym zo­stał spłasz­czo­ny w pra­sie hy­drau­licz­nej.

W li­te­ra­tu­rze fi­lo­zo­ficz­nej trak­tu­ją­cej o wol­nej woli spo­ty­ka się cza­sa­mi opi­sy prze­my­śla­nych eks­pe­ry­men­tów, po­le­ga­ją­cych na ma­ni­pu­lo­wa­niu czło­wie­kiem przez ze­wnętrz­ne źró­dło: de­mo­na lub hip­no­ty­ze­ra albo – co jest naj­bar­dziej zna­czą­ce – sza­lo­ne­go neu­ro­chi­rur­ga. Kie­dy wpa­dłem na ten po­mysł po raz pierw­szy, po­my­śla­łem o moim bra­cie. Wy­ja­śnie­nie było na­stę­pu­ją­ce: je­ste­śmy wy­ni­kiem eks­pe­ry­men­tu wy­mia­ny mó­zgów, w któ­rym wszyst­ko po­szło na opak. Dla­cze­go w dal­szym cią­gu miał­bym wy­glą­dać jak swój oj­ciec i od­zy­wać się jak mat­ka, a Chris na od­wrót? W rze­czy­wi­sto­ści nie ma po­wo­du, dla któ­re­go mu­si­my się za­cho­wy­wać jak ten z ro­dzi­ców, któ­re­go przy­po­mi­na­my, lecz dla mnie mia­ło to sens i za­spo­ka­ja­ło moją mło­dzień­czą żą­dzę sy­me­trii.

Rzecz ja­sna, ge­ne­ty­ka nie za­wsze bywa rów­nie pro­sta. No­szę w so­bie cząst­ki swo­jej mat­ki, po­dob­nie jak Chris no­sił w so­bie cząst­ki ojca. Nig­dy też nie by­łem jucz­nym zwie­rzę­ciem jak ona. Nie­mniej jed­nak los spła­tał Chri­so­wi okrut­ne­go fi­gla, sku­pia­jąc na nim wo­jow­ni­cze za­pę­dy ojca – było to me­jo­tycz­ne prze­ta­so­wa­nie, któ­re­go tra­gicz­ne kon­se­kwen­cje za­czę­ły się uwi­dacz­niać, kie­dy mia­łem oko­ło pię­ciu lat, a fu­ria ojca od­wró­ci­ła się od mat­ki i wy­ru­szy­ła na po­szu­ki­wa­nie no­wej ofia­ry.

Cho­ciaż nie mogę wi­nić Chri­sa za to, że uro­dził się jako syn po­ryw­cze­go pi­ja­ka, prze­ja­wiał on sta­le nad­zwy­czaj­ny brak zdro­we­go roz­sąd­ku. Od­zy­wał się gło­śnym ba­ry­to­nem, któ­ry nie od­po­wia­dał jego po­stu­rze, i przy­po­mi­nał ojca w każ­dym calu. Oce­ny, pie­nią­dze, naj­mniej­sze uwa­gi – każ­dy pre­tekst był do­bry, a ko­la­cja za­mie­nia­ła się w re­gu­lar­ne pole bi­twy: oni dwaj go­tu­ją­cy się do wal­ki jak ło­sie i brzę­czą­ce ta­le­rze, kie­dy mój oj­ciec wali pię­ścią w stół. Chris gar­bi się, za­do­wo­lo­ny z sie­bie krzy­żu­je ręce i z sa­tys­fak­cją po­trzą­sa gło­wą. Moja mat­ka, po­bla­dła i bier­na, obej­mu­ją­ca się kur­czo­wo rę­ka­mi, po­ru­sza usta­mi, mo­dląc się nie­świa­do­mie. Ja kulę się za swo­ją szklan­ką mle­ka.

Co było z nimi nie tak? Sta­ło się dla mnie ja­sne, że wal­czą dla sa­mej wal­ki; ich pozy nie sta­no­wi­ły żad­nej obro­ny i nie od­da­la­ły zbli­ża­ją­cych się cio­sów. Czy ktoś na­praw­dę tego chciał? Na­wet mój oj­ciec: czy na­praw­dę – mam tu na my­śli na­praw­dę – chciał ude­rzyć swo­je­go syna?

Czę­sto za­da­ję so­bie to py­ta­nie, nie tyl­ko z po­wo­du wszyst­kich tych strasz­nych rze­czy, któ­rych by­łem świad­kiem, ale też dla­te­go, że prze­ma­wia ono bez­po­śred­nio do mo­ich za­in­te­re­so­wań aka­de­mic­kich. Spę­dzi­łem wszyst­kie lata swo­jej ka­rie­ry, py­ta­jąc, czym jest wol­ny wy­bór. Czy masz wy­bór, kie­dy je­steś pi­ja­ny? Je­śli wró­ci­łeś z pie­kła? Kie­dy twój syn prze­drzeź­nia cię, ob­rzu­ca wy­zwi­ska­mi, na­zy­wa al­ko­ho­li­kiem? Czy wte­dy ma się wy­bór? Da­lej: w któ­rym mo­men­cie się on po­ja­wia? Czy jest pro­ce­sem my­ślo­wym? A może wy­bór nie jest wy­bo­rem, do­pó­ki nie wsta­niesz i nie zdej­miesz pasa? Do­pó­ki nie do­tknie on kar­ku two­je­go syna? Do­pó­ki syn nie za­cznie krwa­wić? Czy wy­bór ten zo­stał do­ko­na­ny te­raz, czy też sta­no­wi kul­mi­na­cję pro­ce­su, któ­ry roz­po­czął się lata temu, kie­dy maj­stro­wa­łeś dziec­ko dziew­czy­nie na tyl­nym sie­dze­niu swo­je­go spor­to­we­go old­smo­bi­la? Czy obec­na prze­moc żyła gdzieś pod zie­mią przez te wszyst­kie lata, kieł­ko­wa­ła, wrza­ła, uno­sząc się co­raz bar­dziej, a to, co wi­dzi­my tu i te­raz, to tyl­ko jej wy­rwa­nie się ku słoń­cu? Je­śli tak, to co spra­wia, że two­je wy­bo­ry są na­praw­dę two­je? I czy mógł­byś prze­stać ich do­ko­ny­wać?

Gdy sło­wa za­mie­nia­ły się w czy­ny, a do gry wkra­cza­ły ga­ba­ry­ty mo­je­go ojca, wszyst­ko sta­wa­ło się moż­li­we. Kie­dy wa­żył naj­wię­cej, był cięż­szy od Chri­sa o do­bre trzy­dzie­ści ki­lo­gra­mów, a szyb­kość mo­je­go bra­ta tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu mo­gła zre­kom­pen­so­wać tę prze­wa­gę. Chris na­uczył się prze­wi­dy­wać punkt kry­tycz­ny i po ci­chu od­su­wał swe krze­sło od sto­łu o kil­ka cen­ty­me­trów, na tyle, by móc się ze­rwać i czmych­nąć, za­nim oj­ciec ocię­ża­le ru­szy w jego stro­nę. Praw­dę mó­wiąc, zaj­mu­ją­ce było przy­glą­da­nie się ich go­ni­twie po ca­łym domu, któ­rej to­wa­rzy­szy­ło prze­wra­ca­nie me­bli i tłu­cze­nie lamp. Kie­dy po­wra­cam we wspo­mnie­niach do tam­tych scen, wi­dzę w nich odro­bi­nę ko­me­dii prze­bi­ja­ją­cej przez mrok – przy­po­mi­na­ło to se­kwen­cje z Toma i Jer­ry’ego. Lecz dom był mały, a licz­ba miejsc, w któ­rych moż­na było się ukryć, nie­wiel­ka. W koń­cu Chris zo­sta­wał osa­czo­ny i za­czy­na­ło się wy­jąt­ko­wo nie­za­baw­ne mal­tre­to­wa­nie dziec­ka.

Nie by­łem nig­dy bity, a ra­czej – by­łem, lecz na tyle rzad­ko, by mieć wra­że­nie, że nig­dy. Oczy­wi­ście od­czu­wa­łem wrzą­ce na­stro­je mo­je­go ojca na inne spo­so­by. Do jed­ne­go z in­cy­den­tów, któ­ry wciąż do­brze pa­mię­tam, do­szło, kie­dy by­łem dwu­na­sto­lat­kiem – w nie­dziel­ny po­ra­nek, przed wyj­ściem do ko­ścio­ła. Moim obo­wiąz­kiem po ubra­niu się było zej­ście na dół, by oj­ciec ani mat­ka nie mu­sie­li po mnie cho­dzić. Wło­ży­łem wte­dy je­den ze sta­rych gar­ni­tu­rów Chri­sa i usia­dłem na łóż­ku ple­ca­mi do ścia­ny, dra­piąc się po swę­dzą­cych udach i śniąc na ja­wie. Mam skłon­ność do za­ta­pia­nia się w my­ślach, wte­dy zaś mu­sia­łem zmu­sić wszyst­kich do zbyt dłu­gie­go cze­ka­nia, po­nie­waż kop­nię­te drzwi otwo­rzy­ły się i do po­ko­ju wkro­czył mój oj­ciec, spo­co­ny, ze zmarsz­czo­ną twa­rzą. Spoj­rzał na moją rękę, któ­rą w roz­tar­gnie­niu dra­pa­łem po no­dze, i po­wie­dział:

– O, jest nam nie­wy­god­nie?

Kie­dy się do mnie zbli­żał, za­czą­łem wsta­wać i uno­sić ręce, lecz on ode­pchnął je, chwy­cił mnie gar­ścia­mi za ubra­nie i pod­niósł z łóż­ka. Po­trzą­sa­jąc mną, krzy­czał mi pro­sto w twarz z od­le­gło­ści pięt­na­stu cen­ty­me­trów, py­ta­jąc, czy za­mie­rzam tu sie­dzieć przez cały dzień, dłu­biąc w tył­ku, czy też może ze­chcę zejść na dół i to­wa­rzy­szyć mat­ce i jemu, któ­ry ku­pił mi ten gar­ni­tur i każ­dą prze­klę­tą rzecz, jaką tyl­ko mia­łem, po tym jak cze­ka­li na mnie przez pięt­na­ście prze­klę­tych mi­nut – na­zwij mnie osłem, je­śli to nie był ostat­ni raz, kie­dy to to­le­ru­ję, spró­buj tyl­ko zno­wu, a zo­ba­czysz, co cię spo­tka!

Wciąż czu­ję jego śli­nę na mo­jej twa­rzy.

Tak na­praw­dę jed­nak wszyst­ko to nie­wie­le zna­czy­ło przy tym, co mu­siał wy­cier­pieć mój brat.

Nig­dy nie do­szło do po­ła­ma­nia ko­ści. Z jed­nym wy­jąt­kiem. Był to wy­pa­dek: ści­ga­jąc Chri­sa, mój oj­ciec po­śli­zgnął się na scho­dach i grzmot­nął kciu­kiem w ścia­nę, co spo­wo­do­wa­ło szcze­li­no­wa­te zła­ma­nie. Jego praw­dzi­wy uraz miał, rzecz ja­sna, cha­rak­ter emo­cjo­nal­ny. Kie­dy Chris był już na­sto­lat­kiem, mie­wał co­raz gor­sze na­stro­je, co pro­wa­dzi­ło do co­raz częst­szych starć, któ­re z ko­lei sta­wa­ły się po­wo­dem jesz­cze gor­szych na­stro­jów i tak da­lej – było to do­praw­dy błęd­ne koło. Doj­rze­wa­nie jest już wy­star­cza­ją­co trud­ne jako ta­kie; je­śli do­dać do nie­go wszyst­ko, przez co mu­sie­li­śmy prze­cho­dzić w domu, po­pad­nię­cie mo­je­go bra­ta w de­pre­sję moż­na uznać za fakt do­ko­na­ny.

Pro­ble­my po­głę­bi­ły się, kie­dy Chris był w przed­ostat­niej kla­sie szko­ły śred­niej i roz­stał się ze swą dziew­czy­ną. Była od nie­go o rok star­sza, wy­bie­ra­ła się do col­le­ge’u, zbyt da­le­ko – w tym wie­ku wszyst­ko to jest prze­cież tak na­tu­ral­ne. Lecz Chris bar­dzo się tym prze­jął. Dużą część do­bro­ci, ja­kiej za­znał w ży­ciu, otrzy­mał za jej spra­wą; kie­dy wy­je­cha­ła, zmia­na, któ­ra w nim za­szła, była trud­na do znie­sie­nia, zwłasz­cza ze wzglę­du na swą pod­stęp­ność. Chris prze­stał wy­cho­dzić z przy­ja­ciół­mi. Opusz­czał tre­nin­gi pił­ki noż­nej. Za­czął cho­dzić na wa­ga­ry, by ćpać, sa­mot­nie, a nie­unik­nio­ne za­wie­sze­nie w szko­le, kie­dy zo­stał przy­ła­pa­ny, wy­wo­ła­ło nową se­rię py­skó­wek, epi­te­tów i ul­ti­ma­tum. Ko­cha­łem bra­ta i ubó­stwia­łem go, to­też jego roz­pa­da­nie się na­pa­wa­ło mnie prze­ra­że­niem. Mimo że by­łem zbyt mło­dy, by zro­zu­mieć, cze­go po­trze­bu­je, pró­bo­wa­łem mu po­móc w mia­rę swo­ich skrom­nych moż­li­wo­ści. Nie oka­za­ło się to jed­nak wca­le po­moc­ne: od­po­wie­dzią Chri­sa na moje cier­pli­we za­bie­gi były prze­kleń­stwa rzu­ca­ne pod moim ad­re­sem i trza­ska­nie drzwia­mi. Upły­wa­ły ko­lej­ne mie­sią­ce, mój brat sta­wał się co­raz bar­dziej po­nu­ry i draż­li­wy, a ja cze­ka­łem, aż ktoś coś zro­bi – roz­po­zna pro­blem i go roz­wią­że. Lecz kto? Nie moja mat­ka, sto­ją­ca z za­ła­ma­ny­mi rę­ka­mi. I z pew­no­ścią nie mój oj­ciec, ka­żą­cy mi bez­u­stan­nie – nie sło­wa­mi, lecz swy­mi dzia­ła­nia­mi – za­pa­mię­ty­wać i utwier­dzać się w prze­ko­na­niu, że nig­dy nie mu­siał ro­bić mi tego sa­me­go.

W prze­szło­ści Chris spę­dzał wa­ka­cje na ko­sze­niu traw­ni­ków w Clay­hill, po dru­giej stro­nie rze­ki, gdzie sta­ły domy bo­ga­tych miesz­kań­ców na­sze­go mia­sta. Dziew­czy­na, któ­ra go zo­sta­wi­ła, miesz­ka­ła w jed­nym z nich, za­tem tam­te­go lata 1987 roku Chris po­zo­stał w swo­im po­ko­ju na gó­rze, słu­cha­jąc The Cure, spły­wa­jąc po scho­dach w nar­ko­tycz­nej mgieł­ce w środ­ku dnia i wy­cią­ga­jąc się na ka­na­pie, by sur­fo­wać po ka­na­łach te­le­wi­zyj­nych. Schudł wte­dy tak bar­dzo, że moja mat­ka za­czę­ła się oba­wiać, że jej syn ma raka. W rzad­kim przy­pły­wie ini­cja­ty­wy za­cią­gnę­ła go do na­sze­go pe­dia­try, któ­ry przyj­rzał się Chri­so­wi, orzekł, że cier­pi on na cho­ro­bę Croh­na, i na­tych­miast prze­pi­sał mu ste­ro­idy.

Leki po­zwo­li­ły Chri­so­wi na­brać nie­co cia­ła. Na­si­li­ły też jego draż­li­wość. Wy­bu­chał strasz­li­wie i był zbyt roz­bi­ty, by je­sie­nią wró­cić do szko­ły. Za­miast tego krą­żył po mie­ście na ro­we­rze, kradł w skle­pach i strze­lał z wia­trów­ki do szyb sa­mo­cho­dów. W li­sto­pa­dzie po­li­cjan­ci przy­pro­wa­dzi­li go do domu za­ku­te­go w kaj­dan­ki. Pa­mię­tam, jak po­wie­dział mi, że pro­sił, by za­bra­no go ra­czej do aresz­tu niż do domu.

Wszyst­ko to dzia­ło się stop­nio­wo, la­ta­mi, i nie mogę po­wie­dzieć, by tam­tej zimy było go­rzej. Wła­ści­wie uwa­żam, że sy­tu­acja nie­co się wte­dy unor­mo­wa­ła, w du­żej mie­rze dzię­ki in­ter­wen­cji na­sze­go księ­dza, ojca Fre­da. Chris i ja przy­jaź­ni­li­śmy się z nim od daw­na, po­nie­waż obaj by­li­śmy mi­ni­stran­ta­mi. Kie­dy do­wie­dział się w ta­jem­ni­cy, co się dzie­je, za­czął do nas za­glą­dać i wy­cią­gać Chri­sa z domu. Za­bie­rał go na krę­gle, do kina i sta­rał się ro­bić wszyst­ko, by przy­wró­cić mu śmia­łość, dzię­ki cze­mu w lu­tym Chris za­czął pra­wie przy­po­mi­nać daw­ne­go sie­bie. Mat­ka była tak wdzięcz­na, że ku­pi­ła ojcu Fre­do­wi ze­ga­rek. On ka­zał jej go zwró­cić i prze­zna­czyć pie­nią­dze na te­ra­peu­tę ro­dzin­ne­go. Nie był chy­ba jed­nak dość prze­ko­nu­ją­cy lub to mat­ka go zi­gno­ro­wa­ła, bio­rąc po­pra­wę sta­nu Chri­sa za do­wód, że pro­blem zo­stał roz­wią­za­ny.

Po­tra­fi­ła być głu­pia.

Pri­ma apri­lis 1988 roku, piąt­ko­we po­po­łu­dnie. Kil­ka ty­go­dni przed mo­imi je­de­na­sty­mi uro­dzi­na­mi. Nie­co­dzien­na bu­rza śnież­na uci­szy­ła wszyst­ko i za­trzy­ma­ła mnie w domu, uwię­zi­ła też na cały dzień mo­je­go ojca, któ­ry krą­żył, roz­my­ślał i pił. Mój brat i ja sie­dzie­li­śmy do czwar­tej, oglą­da­jąc sit­co­my, kie­dy oj­ciec krzyk­nął na Chri­sa, by po­mógł mu od­śnie­żyć pod­jazd. Ku mo­je­mu zdu­mie­niu Chris nie ode­zwał się, tyl­ko wstał, ubrał się i po­dą­żył za oj­cem na dwór. Gdy za­mknę­ły się fron­to­we drzwi i usły­sza­łem tu­pa­nie ich śnie­gow­ców na gan­ku, zda­łem so­bie spra­wę – do­zna­jąc bo­le­sne­go ob­ja­wie­nia – że oj­ciec i Chris są za­sad­ni­czo tacy sami, a za­ra­zem za­sad­ni­czo róż­nią się ode mnie i ucie­le­śnia­ją ży­wio­ło­wą mę­skość, któ­rej mi bra­ku­je. Oczy­wi­ście nie okre­ślił­bym wte­dy tego w taki spo­sób, gdyż nie po­tra­fi­łem jesz­cze zna­leźć od­po­wied­nich słów. Po pro­stu na­gle po­ją­łem, że ich jest dwóch, a ja je­den, i że to nie­wi­dzial­ne wię­zi i róż­ni­ce czy­nią ży­cie tak trud­nym. Zro­zu­mia­łem rów­nież, dla­cze­go mój oj­ciec nig­dy nie cze­piał się mnie: nie po­tra­fił­bym tego wy­trzy­mać. By­łem ła­god­ny. By­łem ma­min­syn­kiem. Oni wie­dzie­li, jak za­zna­cza się te­ry­to­rium i jak na­le­ży go bro­nić. Ja nie.

Po kil­ku mi­nu­tach za­czę­li się kłó­cić. Usły­sza­łem to i pod­sze­dłem do okna, by ich pod­gląd­nąć. Wszę­dzie fru­wał śnieg, jak roz­bry­zgi krwi; gwał­tow­ność ich pra­cy w da­le­ki od sub­tel­no­ści spo­sób sym­bo­li­zo­wa­ła to, co każ­dy z nich chce zro­bić dru­gie­mu. Kie­dy przy­szli na ko­la­cję, sy­tu­acja się za­ogni­ła: oj­ciec za­czął pa­stwić się nad Chri­sem, za­rzu­ca­jąc mu brak przy­szło­ści, by­cie włó­czę­gą, brak sza­cun­ku i tak da­lej, a mój brat – zło­śli­wie ko­men­to­wać jego ob­wód w pa­sie, brud­ne pa­znok­cie i wie­le in­nych rze­czy. Mat­ka pró­bo­wa­ła zmie­nić te­mat, mó­wiąc o wiel­ka­noc­nej au­kcji do­bro­czyn­nej i wo­lon­ta­riu­szach, któ­rych wciąż po­trze­bo­wał oj­ciec Fred. Może Chris chciał­by po­móc?

– Pier­do­lę go – po­wie­dział mój brat.

Nor­mal­nie cof­nął­by krze­sło przed wy­gło­sze­niem tej uwa­gi. Tam­te­go wie­czo­ru albo za­po­mniał to zro­bić, albo po­sta­no­wił nie ustę­po­wać. Le­d­wie zdą­żył uśmiech­nąć się z iro­nią, gdy mój oj­ciec rzu­cił się przez stół i sma­gnął go pa­sem w szczę­kę, na tyle moc­no, że Chris zna­lazł się w po­ło­wie sa­lo­nu.

– Na górę! – po­wie­dział oj­ciec.

– Nie! – od­rzekł mój brat.

– Na górę, ty mały gnoj­ku!

– Nie, Ro­nal­dzie. Nie.

Chris wrzesz­czał na obo­je ro­dzi­ców: Pier­do­lę was, pier­do­lę jed­no i dru­gie!

– Cie­bie też pier­do­lę – krzyk­nął do mnie, choć nie mia­łem z tym wszyst­kim nic wspól­ne­go poza tym, że sie­dzia­łem tam i pa­trzy­łem. Być może uznał moje mil­cze­nie za współ­udział. Je­śli ocze­ki­wał, że we­zmę jego stro­nę, to się łu­dził: nie mia­łem za­mia­ru dać się obić.

Mój oj­ciec po­chy­lił się, szarp­nął go i Chris na­tych­miast sta­nął na rów­ne nogi. Da­jąc zdu­mie­wa­ją­cy po­kaz bru­tal­nej siły, oj­ciec po­wlókł go po scho­dach na górę, skrę­ca­ją­ce­go się z bólu i krzy­czą­ce­go z po­wo­du zwich­nię­tej ręki. Mat­ka ję­cza­ła raz za ra­zem. Nie po­ru­szy­ła się na­wet, a po jej pod­bród­ku spły­wa­ły łzy lą­du­ją­ce w za­pie­ka­nych ziem­nia­kach. Sta­ną­łem w dole scho­dów i zo­ba­czy­łem na pół­pię­trze ojca wpy­cha­ją­ce­go naj­pierw Chri­sa do jego po­ko­ju, a póź­niej wyj­mu­ją­ce­go z sza­fy w ko­ry­ta­rzu małą wa­liz­kę i rzu­ca­ją­ce­go nią w za­mknię­te drzwi, za któ­ry­mi stał mój brat.

Nie po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, że oj­ciec na­praw­dę chciał go wy­rzu­cić. Była ósma wie­czo­rem i pa­no­wa­ło prze­raź­li­we zim­no. Lecz przy­cho­dzi mi do gło­wy, że być może to mój pro­blem: nie wie­rzy­łem, że Yasmi­na jest zdol­na do tego sa­me­go.

By­łem sam w swo­im po­ko­ju, le­ża­łem na pod­ło­dze i słu­cha­łem dal­szych wrza­sków, prze­kleństw i od­gło­sów kon­tak­tu cia­ła z cia­łem oraz cia­ła z drew­nem. Skrzy­pie­nia ko­mo­dy Chri­sa do­cho­dzą­ce­go przez ścia­nę. Oko­ło dzie­sią­tej wie­czo­rem usły­sza­łem na scho­dach kro­ki na dół, a mi­nu­tę póź­niej sil­nik pi­ka­pa uru­cha­mia­ne­go na pod­jeź­dzie.

Mie­li­śmy dwa sa­mo­cho­dy. Moja mat­ka po­ru­sza­ła się chry­sle­rem kom­bi (mo­del Town and Co­un­try z 1974 roku), brą­zo­wym jak strup i po­kry­tym drew­no­po­dob­ną okle­iną. Mój oj­ciec miał do­tąd kil­ka pi­ka­pów, che­vro­le­tów i for­dów. Ten, któ­rym Chris od­je­chał tam­tej nocy, był czte­ro­let­ni, ale jego prze­bieg wy­no­sił już po­nad sto pięć­dzie­siąt ty­się­cy ki­lo­me­trów. Był po­ry­so­wa­ny i po­wgnia­ta­ny, nad­żar­ty solą. Miał łusz­czą­cy się la­kier, a na boku logo GE­IST PLUM­BING CO., już nie­czy­tel­ne; mimo to lu­bi­łem prze­jeż­dżać pal­cem po miej­scu, w któ­rym znaj­do­wa­ło się moje na­zwi­sko.

Ze swo­je­go okna zo­ba­czy­łem przed­nie świa­tła wozu omia­ta­ją­ce front ga­ra­żu i przez krót­ką chwi­lę prze­krzy­wio­ną ob­ręcz ko­sza bez siat­ki, do któ­re­go rzu­ca­li­śmy z Chri­sem, kie­dy po­go­da była dla nas ła­skaw­sza. Koła za­krę­ci­ły się na śnie­gu, a kie­dy Chris co­fał, mi­gnę­ło mi jego ra­mię – to, któ­re jak twier­dził, było zwich­nię­te – wy­sta­wio­ne przez okno, i pa­pie­ros dyn­da­ją­cy mię­dzy dwo­ma pal­ca­mi.

Mie­wam re­ali­stycz­ne sny, a w tam­tych cza­sach pro­wa­dzi­łem dzien­nik, za­pi­su­jąc w nim wszyst­ko jesz­cze przed wsta­niem z łóż­ka i za­bra­niem się do szo­ro­wa­nia zę­bów. Miej­sce na wpis po tam­tej nocy zo­sta­ło pu­ste. Było jesz­cze ciem­no, kie­dy zbu­dzi­łem się spo­co­ny i zdez­o­rien­to­wa­ny, sły­sząc pi­skli­wy krzyk do­cho­dzą­cy z kuch­ni na dole.

Po­dą­ża­jąc za dwo­ma mę­ski­mi gło­sa­mi – mo­je­go ojca i dru­gim, po­nu­rym i nie­zna­nym – zsze­dłem do sa­lo­nu. Mo­głem stam­tąd zaj­rzeć do kuch­ni, w któ­rej stał chu­dy męż­czy­zna ubra­ny na zie­lo­no, w weł­nia­nej czap­ce na­cią­gnię­tej na uszy i z kciu­ka­mi w szluf­kach spodni, pró­bu­ją­cy­mi nie­udol­nie za­sy­gna­li­zo­wać non­sza­lan­cję. Spoj­rzał na mnie. Mój oj­ciec od­chy­lił się w kie­run­ku wej­ścia. Trak­tu­jąc to jako za­pro­sze­nie, ru­szy­łem do przo­du, lecz szyb­ko się za­trzy­ma­łem, kie­dy roz­ka­zał mi wró­cić do łóż­ka. Pod­sze­dłem jed­nak do­sta­tecz­nie bli­sko, by za­uwa­żyć moją mat­kę osu­wa­ją­cą się na ku­chen­ny stół, w roz­chy­lo­nym szla­fro­ku – jak­by pre­lu­dium wi­wi­sek­cji – i roz­cheł­sta­nej ko­szu­li noc­nej od­sła­nia­ją­cej więk­szość jej le­wej pier­si. Mat­ka zda­wa­ła się mnie nie za­uwa­żać.

– Idź! – wark­nął mój oj­ciec.

Na gó­rze pró­bo­wa­łem usły­szeć coś przez wy­wietrz­nik, ale bez skut­ku. Póź­niej nie­bo za­czę­ło bled­nąć, a ja zsze­dłem do kuch­ni, by stwier­dzić, że ob­ce­go męż­czy­znę i ro­dzi­ców za­stą­pi­ła Rita, naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka mo­jej mat­ki. Usa­dzi­ła mnie na krze­śle i po­da­ła mi jaj­ka na be­ko­nie. Na ku­chen­nym bla­cie wciąż sta­ły trzy fi­li­żan­ki z kawą. Za­uwa­ży­łem, że Rita usi­łu­je po­wstrzy­mać się od pła­czu, po­sta­no­wi­łem więc dać jej spo­kój i się nie od­zy­wać. Kie­dy zja­dłem, wsta­wi­ła na­czy­nia do zle­wo­zmy­wa­ka i ka­za­ła mi iść po­oglą­dać te­le­wi­zję. Nie było nic in­te­re­su­ją­ce­go – nig­dy nie lu­bi­łem kre­skó­wek w so­bot­nie po­ran­ki – i mu­sia­łem się zde­cy­do­wać na ma­ra­ton ze Stre­fą mro­ku. Sie­dzia­łem przed te­le­wi­zo­rem tak­że dzie­więć go­dzin póź­niej, kie­dy ro­dzi­ce wró­ci­li z iden­ty­fi­ka­cji zwłok mo­je­go bra­ta.

4

Na nasz dom spa­dła wte­dy nie­sa­mo­wi­ta ci­sza. Nie było wię­cej wy­zwisk ani prze­wra­ca­nych pół­mi­sków z fa­sol­ką szpa­ra­go­wą. Nie­mniej jed­nak trud­no by­ło­by opi­sać tę at­mos­fe­rę jako spo­koj­ną. Prze­ciw­nie: była peł­na nad­zwy­czaj­ne­go na­pię­cia, nie dla­te­go, że spo­dzie­wa­li­śmy się ko­lej­ne­go tra­gicz­ne­go zwro­tu wy­da­rzeń, lecz dla­te­go, że przy­szłość wy­da­wa­ła się ab­so­lut­nie czar­na, po­zba­wio­na ja­kiej­kol­wiek na­dziei. Wpa­da­li­śmy ła­two w prze­strach; nie mo­gli­śmy zna­leźć so­bie miej­sca ani się sku­pić, a roz­mo­wy za­mie­ra­ły, nim się na do­bre roz­po­czę­ły. Ucier­pia­ły też moje szkol­ne oce­ny i kar­co­no mnie za bez­u­stan­ne spóź­nie­nia. Bu­dząc się w środ­ku nocy, scho­dzi­łem do kuch­ni po szklan­kę wody i za­sta­wa­łem ojca, sie­dzą­ce­go w oto­cze­niu po­gnie­cio­nych pu­szek po pi­wie, któ­re w świe­tle wy­ci­szo­ne­go te­le­wi­zo­ra po­bły­ski­wa­ły jak ciem­no­nie­bie­skie roz­ża­rzo­ne wę­giel­ki. Sta­łem tam, cze­ka­jąc, aż mnie za­uwa­ży. Tyl­ko raz zdo­był się na coś wię­cej niż kiw­nię­cie gło­wą: za­pro­po­no­wał, bym so­bie po­cią­gnął. Piwo mia­ło smak ple­śni, za­tka­ło mnie; oj­ciec po­wie­dział, że­bym wy­płu­kał usta.

Jesz­cze głęb­szą zmia­nę dało się za­uwa­żyć w mo­jej mat­ce. Prze­sta­ła go­to­wać i przez dwa mie­sią­ce je­dli­śmy ofia­ro­wa­ne nam za­pie­kan­ki. Po­rzu­ci­ła koło go­spo­dyń. Za­nie­dba­ła ogród; z na­dej­ściem wio­sny tam, gdzie kie­dyś ro­sły tru­skaw­ki i tu­li­pa­ny, zie­mia po­kry­ła się chwa­sta­mi. Cza­sa­mi mat­ka spra­wia­ła wra­że­nie ka­ta­to­nicz­ki. Mi­gre­ny za­trzy­my­wa­ły ją w łóż­ku jesz­cze dłu­go po roz­po­czę­ciu roku szkol­ne­go – stąd moje spóź­nie­nia. W koń­cu Rita za­czę­ła po­ja­wiać się u nas i pod­wo­zić mnie w dro­dze do pra­cy.

Ja też się zmie­ni­łem. Za­wsze wie­dzia­łem, że róż­nię się od resz­ty ro­dzi­ny, lecz to, w jaki spo­sób róż­ni­ce te su­mu­ją się w oso­bo­wość, po­zo­sta­wa­ło otwar­tym py­ta­niem aż do wte­dy. Kie­dy Chris umarł, za­czą­łem so­bie na nie od­po­wia­dać.

Bę­dąc mniej wię­cej czte­ro­lat­kiem, sam na­uczy­łem się czy­tać. Na pół­kach w na­szym domu nie było ni­cze­go – po­my­śleć tyl­ko, nie mie­li­śmy ani jed­ne­go re­ga­łu na książ­ki, wszę­dzie za to sta­ły nie­uży­wa­ne na­czy­nia. Spę­dza­łem więc mnó­stwo cza­su w miej­sco­wej bi­blio­te­ce, w któ­rej sta­łem się ulu­bień­cem per­so­ne­lu; po­ma­ga­jąc po szko­le, po­py­cha­łem wóz­ki z książ­ka­mi po­mię­dzy rzę­da­mi re­ga­łów i przy­wra­ca­łem po­rzą­dek na pół­kach. Po­wie­dze­nie, że wie­dza to po­tę­ga, jest tru­izmem, lecz jako mło­dy chło­piec za­czą­łem poj­mo­wać za­ska­ku­ją­cą moc na­wet po­je­dyn­czej no­wej idei, zwłasz­cza w od­nie­sie­niu do czy­je­goś ob­ra­zu sa­me­go sie­bie. Za­czą­łem od­czu­wać wyż­szość nad ro­dzi­ną i da­rzyć ją po­gar­dą, roz­wi­ja­jąc słow­nic­two i na­wy­ki ję­zy­ko­we, któ­re by­ły­by dziw­ne wszę­dzie i za­wsze, nie mó­wiąc już o tam i wte­dy. Mój brat zwykł był na­zy­wać mnie „ob­cym”, co nie­źle pod­su­mo­wy­wa­ło wra­że­nie, ja­kie spra­wia­łem – tak­że na sa­mym so­bie. Moim pro­ble­mem nie byli lu­dzie jako tacy – by­łem przy­ja­zny, być może na­wet nie­co nie­śmia­ły – lecz ci kon­kret­ni: moja naj­bliż­sza ro­dzi­na, któ­ra przed­kła­da­ła fi­zycz­ność nad du­cho­wość, to, co jaw­ne, nad to, co ukry­te. Przy­glą­da­łem się ota­cza­ją­ce­mu mnie cha­oso­wi i do­cho­dzi­łem do wnio­sku, że nie wy­ni­ka on ze zła, lecz z głu­po­ty. Upi­ja­nie się do sza­leń­stwa było głu­pie. Głu­pia była też wal­ka o nic. Głu­pie było ucie­ka­nie się do prze­mo­cy, kie­dy koń­czy­ła się lo­gi­ka, ta­kie też było spę­dza­nie dnia na prze­miesz­cza­niu cięż­kich przed­mio­tów, do­pin­go­wa­nie gru­py go­ry­li w mun­du­rach lub wia­ra w to, że w ży­ciu nie ma waż­niej­szych ce­lów niż za­kup sa­mo­jezd­nej ko­siar­ki do traw­ni­ków. Wszyst­ko to było głu­pie. Moja po­gar­da szyb­ko za­mie­ni­ła się we współ­czu­cie; współ­czu­cie, zdzi­wie­nie. Mu­sia­ło prze­cież być coś lep­sze­go. Świat oka­zal­szy niż ten za­mknię­ty po­mię­dzy au­to­stra­dą nu­mer 77 a mu­li­stą rze­ką, w któ­rej nie dało się ło­wić. Do­strze­ga­łem to, a by­łem dziec­kiem. Dla­cze­go nie mo­gli­by tego za­uwa­żyć inni? Ale nie mo­gli, a kie­dy nie mia­łem już na­dziei na zro­bie­nie cze­go­kol­wiek, by zro­zu­mie­li, mu­sia­łem się wy­nieść, by nie ry­zy­ko­wać sta­nia się jed­nym z nich.

Je­śli to wszyst­ko było praw­dą, za­nim Chris umarł, to sta­ło się jesz­cze praw­dziw­sze po jego śmier­ci. Po­dob­nie jak wie­lu fi­lo­zo­fów, za­czą­łem od mi­sty­ki, i po­dob­nie jak wie­lu mi­sty­ków – za­czą­łem naj­pierw cho­dzić do ko­ścio­ła. My­śląc o tym te­raz, czu­ję za­kło­po­ta­nie, choć znaj­du­ję pew­ną po­cie­chę w za­li­cza­niu się do gro­na lu­mi­na­rzy, któ­rzy flir­to­wa­li z fa­na­ty­zmem, re­li­gij­nym lub in­ne­go ro­dza­ju. Do szes­na­ste­go roku ży­cia, kie­dy prze­sta­łem wie­rzyć w Boga, by­łem ak­tyw­nym zwo­len­ni­kiem udzia­łu w mszy świę­tej i asem swo­jej gru­py Brac­twa Dok­try­ny Chrze­ści­jań­skiej. Wspie­ra­ła mnie w tym moja mat­ka, płacz­li­wa de­wot­ka. Uzna­wa­ła moje wi­zy­ty na ple­ba­nii, gdzie spo­ty­ka­łem się z oj­cem Fre­dem, za po­żą­da­ną al­ter­na­ty­wę dla za­ży­wa­nia nar­ko­ty­ków na da­chu sali kon­cer­to­wej.

Dziś tak bli­ska przy­jaźń po­mię­dzy księ­dzem a mło­dym chłop­cem sta­ła­by się przy­czy­ną alar­mu. I słusz­nie. Lecz w na­szym przy­pad­ku była ona nie­win­na. Oj­ciec Fred był (jest) po pro­stu przy­zwo­itym czło­wie­kiem i to jemu przy­pi­su­ję utrzy­ma­nie mnie przy zdro­wych zmy­słach.

Był mło­dy, nie­wie­le star­szy od mo­je­go ojca. Mimo że uro­dził się w na­szym mie­ście, wy­je­chał i otrzy­mał dy­plom na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia, po­tem ma­gi­stra teo­lo­gii w Yale oraz świę­ce­nia ka­płań­skie w Rzy­mie. Wła­dał czte­re­ma ję­zy­ka­mi (an­giel­skim, fran­cu­skim, ła­ci­ną i wło­skim), do­dat­ko­wo czy­tał po nie­miec­ku i hisz­pań­sku, uwiel­biał mu­zy­kę (na ścia­nie jego biu­ra wi­sia­ła man­do­li­na) – był zbyt ko­smo­po­li­tycz­ny jak na nasz za­ścia­nek; jako na­sto­la­tek nie mo­głem po­jąć, dla­cze­go wró­cił.

„Ży­cie za­ta­cza w koń­cu krąg. A kie­dy po­wra­casz do punk­tu wyj­ścia, wy­glą­da ono in­a­czej, po­nie­waż pa­trzysz na nie przez pry­zmat zgro­ma­dzo­nej wie­dzy. Tu jest moje miej­sce, Jo­se­phie. Bóg był do­sta­tecz­nie mą­dry, by umie­ścić mnie przede wszyst­kim tu. W swo­jej nie­wie­dzy po­trze­bo­wa­łem pięt­na­stu lat na zro­zu­mie­nie Jego za­mia­ru”.