Egoexi - Pomierny Artur - ebook + książka

Egoexi ebook

Pomierny Artur

3,0

Opis

Obcy. Demony. Ludzie. Jedni gorsi od drugich

Niedaleka przyszłość. Niebezpiecznie prawdopodobna. Trwa rosyjska inwazja na wschodnią Polskę. Wszystko jest w rękach amerykańskiego sojusznika, ale Polacy będą musieli zapłacić wysoką cenę za opiekę Zachodu. Aby pokonać wroga, potrzebny jest przełom naukowy wymagający ofiar. Cudowna broń – nieśmiertelność ludzkiej świadomości – jest już prawie na wyciągnięcie ręki. Fakt ten rozbudza siły, które trudno okiełznać. Dochodzi do ostatecznego starcia o los ludzkości. Czy miłość, a tym samym człowiek, przetrwa XXI wiek? 

Zaskakująca, wciągająca opowieść, która zapowiada serię znakomitych tekstów debiutującego autora – Łukasz Śmigiel

Egoexi” jest jak rzeka: na początku opływa czytelnika słowem, kołysze, niesie błogą falą, by za chwilę porwać gwałtownym nurtem, wciągnąć do reszty w wir opowiadanej historii. Powieść Artura Pomiernego bawi i zmusza do myślenia – Magdalena Paluch, Grozownia

Artur Pomierny – rodowity mieszkaniec Mińska Mazowieckiego. Absolwent Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej. Pracuje w warszawskiej firmie szkoleniowej. Obserwator polityki i miłośnik geopolityki. Zwolennik sztuki budzącej niepokój.

www.Egoexi.pl

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 368

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tacie

Tym, którzy odeszli.

2015

PROLOG

Robiło się coraz ciaśniej. Przechodnie ledwo mijali się w tłumie. Główne ulice zostały zamknięte dla zwykłego ruchu, a służby poustawiały, gdzie tylko się dało, metalowe płotki. Do minimum zawężały one swobodę ruchu. Zresztą większość ludzi nigdzie się nie śpieszyła. Co chwilę przystawali jak najbliżej jezdni, tylko po to, by obserwować kolejne przejazdy rządowych limuzyn z przyciemnianymi szybami.

Przeklęty szczyt… – pomyślał Oliver, mieszkający w Stanach od dwóch lat, jedynak z francusko-algierskiego, niezbyt zamożnego małżeństwa, które zostało we Francji. Wzmożony zgiełk wielkiego miasta zakłócał jego myśli. Prym wiodły policyjne syreny o różnym brzmieniu i częstotliwości, wydawane przez radiowozy jadące pomiędzy eleganckimi samochodami. Właśnie teraz, gdy młody mężczyzna wchodził pod zaimprowizowany tunel z drewnianego rusztowania, rozeszła się informacja, że za chwilę przejeżdżać będzie kolumna prezydencka. Z tego powodu nawet ci odporniejsi na sensacje nagle stanęli w miejscu. Oliver, który od kilku minut przedzierał się przez niezliczonych gapiów, uznał, że ma dość. Znalazł schronienie w kafejce, gdzie często kupował kawę na wynos. Teraz gdy niezbyt zachęcające wejście do lokalu znajdowało się w dodatkowo zaciemnionym miejscu pod długim rusztowaniem, łatwo można było przegapić przybytek. Przekraczając próg, natychmiast upewnił się, że podjął dobrą decyzję.

W lokalu było dokładnie tak, jak sobie wymarzył, a uszy dopieszczała spokojna, soulowa muzyka. Grała tak cicho, że właściwie dało się usłyszeć tylko pojedyncze nuty i mocniejsze wyrywki kobiecego wokalu. Agresywniejsze były już odgłosy zza lady, gdzie nad zlewem pracowała pani Johnstire, właścicielka cichej oazy, drobna kobieta z dużymi okularami na nosie. Gdy dzwoneczek nad drzwiami zawibrował, odwróciła się do Olivera.

– Hej, nie ogląda pan przedstawienia na ulicy? – zapytała.

– Nie, proszę pani. Nawet jakby chcieli mi za to zapłacić, wolałbym napić się pani mocnej kawy.

Uśmiechnięta pani Johnstire zabrała się za nalewanie czarnego napoju do dużego białego kubka.

– Zaraz panu przyniosę. Może coś jeszcze do kawy?

– Nie, dziękuję.

Oliver miał duży wybór miejsc w lokalu. Dziwiło go, że nikt nie korzysta ze spokoju, jaki zapewnia dziś kawiarnia. Odgłosy z zewnątrz tylko delikatnie wdzierały się do środka – w wytłumionej wersji, nieinwazyjnej dla jego uszu. Może nawet przycichły, więc prezydent najpewniej już pojechał. Z wyborem siedziska jedyny klient nie wybrzydzał. Usiadł przy pierwszym stoliku z brzegu. Z jednej strony nie miał ochoty siadać przy barze, bo nadal czuł ból głowy po nocnej migrenie i nie chciał podejmować konwersacji z panią Johnstire. Z drugiej zaś niegrzecznie byłoby zmuszać ją do przejścia całej długości lokalu. Za dużo myślał, o innych i o wszystkim. Nerwica sama w sobie doprowadzała go do zapaści, a przecież najpewniej czekały go następne problemy.

Nie zdążył wyciągnąć smartfona z kieszeni, gdy pani Johnstire ruszyła zza lady z parującym eliksirem. W tym samym czasie do kafejki wszedł kolejny klient. Ubrany w czarny, długi płaszcz i ciemnoszare jeansowe spodnie. W ręku trzymał równo złożoną gazetę.

– Witam! Co dla pana? Ale tłumy na chodniku – przywitała z entuzjazmem mężczyznę po pięćdziesiątce wracająca za bar właścicielka.

– Dzień dobry, poproszę czarną kawę.

– Zaraz panu podam, a może do kawy dorzucimy coś słodkiego? Na przykład ciasto wiśniowe własnego wypieku?

– Skoro pani poleca, może być kawałek. A może nawet dwa, oddzielnie podane – zdecydował brunet rozglądający się po słabo oświetlonej części lokalu. Szybko odnotował obecność Olivera. Usiadł możliwie daleko, po drugiej stronie pomieszczenia, na ławie przy wychodzącym ze ściany prostokątnym stoliku. Razem z drugą ławą miejsce to, schludnie wydzielone drewnianymi ściankami, stanowiło zamkniętą całość. Takich przedziałów było jeszcze pięć. Mężczyzna szybko rozłożył gazetę do pełnego formatu. Oliver zdążył zauważyć tylko azjatyckie rysy twarzy nowego klienta. Zresztą spojrzał nań mimowolnie, bardziej był zajęty tym, co dzieje się na ulicy – ciekawiło go, czy liczba ludzi na chodniku choć trochę się zmniejsza.

Gdy wypił pierwszy łyk gorącej kawy, poczuł chwilowy przypływ euforii. Jak za dawnych czasów, chwilę po wstrzyknięciu sobie solidnej działki heroiny. Zarówno psychika, jak i maszyneria jego ciała, poczuwszy czarne paliwo, w końcu rozpoczęły swoją aktywność po pierwszym zaspokojeniu niewinnego nałogu. Jeszcze raz spojrzał na człowieka przysłoniętego gigantyczną gazetą. Na pierwszej stronie dwa nagłówki walczyły o zwrócenie uwagi. Pierwszy był krzykliwym hasłem: „Najfajniejszy, ale czy najlepszy w historii?”, będącym wstępem do krytycznego spojrzenia na wizytę papieża Franciszka w Stanach Zjednoczonych. Trochę mniejszą czcionką zapisane było zdanie pytające: „Co przyniesie jubileuszowy szczyt ONZ?”. Faktycznie – przypomniał sobie Oliver – gdy rano wychodził, w radiu mówili, że to już któryś jubileuszowy raz spotykają się możni tego świata. Komentatorzy najwięcej uwagi poświęcali relacjom pomiędzy trzema krajami, od których obecnie zależy na świecie najwięcej, a których stosunki w tej chwili są bardzo zaognione. Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja mają przedstawić na Zgromadzeniu swoje oficjalne stanowiska dotyczące postrzegania najbliższej przyszłości i bezpieczeństwa globu. Żądny świeżych informacji mężczyzna z „New York Timesem” rozłożonym do rozmiaru pełnowymiarowej mapy świata, oddzielił właśnie kolejny kawałek ciasta. Zręcznie niczym chirurg operował małym widelczykiem, choć wydawało się, że nawet nie odrywał wzroku od gazety.

Kubek Olivera był już do połowy pusty, kiedy do kafejki wszedł kolejny klient. Ten był młodszy, może nawet ledwo po studiach. Siedzący w boksie mężczyzna delikatnie opuścił płachtę rozpostartej gazety, po czym ruchem lekko skośnych oczu przywołał młodego chłopaka do siebie.

Znają się, stwierdził niczym zawodowy detektyw Oliver, u którego chwilowy przypływ pozytywnej energii zaczął ulatniać się z powodu szybko stygnącej kawy. Nowo przybyły był czymś silnie podekscytowany. Mimo tego nad wyraz kulturalnie zbył panią Johnstire, gdy ta proponowała mu cokolwiek z jej skromnego menu. Szybkim ruchem przeskoczył do przedostatniego boksu, gdzie starszy od niego facet składał właśnie swój papierowy żagiel.

– Będzie spotkanie. Zgodzili się, możemy zaczynać. Nie mogę w to uwierzyć! – bez zbytniej zwłoki wypalił głośno młodzieniec.

– Na wszystkie nasze warunki i propozycje? – dopytywał Azjata dużo spokojniejszym głosem, najwyraźniej chcąc dać młodemu do zrozumienia, żeby tak się nie wydzierał.

– Tak – nie mógł opanować głosu chłopak. – Przed chwilą mnie wypuścili, pewnie mnie śledzą.

Gospodarz boksu zamilkł. Skupionym wzrokiem przeszył swojego młodszego rozmówcę, prostując się na ławie, aż tył jego głowy dotknął górnej krawędzi ścianki dzielącej boksy. Następnie zlustrował przestrzeń od drzwi wyjściowych po panią Johnstire, aby w końcu wymownie spojrzeć na Olivera. Ale Oliver szczerze zajęty był swoją kawą, co uspokoiło mężczyznę o skośnych oczach.

– Nie, panie Doe. Oni pana strzegą przed gorszymi od nich – powiedział po dłuższej chwili, znowu patrząc na młodzieńca. Najwyraźniej był on kimś w rodzaju jego asystenta.

Usłyszawszy te słowa, Oliver podniósł wzrok na rozmawiającą dwójkę. Po chwili jednak rozproszyło go coś innego – poczuł wibrację w lewej wewnętrznej kieszeni jego mocno wytartej skórzanej kurtki. Spojrzał na ekran telefonu. Przez chwilę zastanawiał się, czy lepiej będzie się szybko pomodlić, czy raczej przekląć w myślach.

– Słucham.

– Pan Oliver Jamel? – upewniła się jakaś kobieta.

– Zgadza się.

– Witam, panie Jamel – rozpoczęła z lekkim wahaniem w głosie. – Dzwonię z Centrum. Chciałabym panu przypomnieć o odbiorze pańskich wyników. Akurat dzisiaj do godziny osiemnastej pana lekarz, doktor Harrison, ma dyżur. Prosił, by do pana zadzwonić, bo chciałby z panem omówić te wyniki. Czy mógłby pan dzisiaj pojawić się u nas, chociażby na godzinę przed końcem jego dyżuru?

Pielęgniarka bardzo jasno postawiła sprawę. Oliver nawet domyślał się, do której z dziewczyn należy głos. Znowu zrobiło mu się duszno, a serce zaczęło bić mocniej. Jeżeli lekarz chce koniecznie omówić wyniki, to znaczy, że wyniki są złe. Oliver oczami wyobraźni widział już podsiwiałego doktora Harrisona, składającego ręce w geście mówiącym, że nie jest najlepiej, ale nie poddamy się.

– Tak, właśnie przedzieram się do państwa przez to szaleństwo w Midtown. Co druga ulica jest zablokowana. Myślę, że będę za jakieś pół godziny. – Oliver z trudem zachował spokój w głosie.

– W takim razie wspomnę panu doktorowi, że będzie pan u nas około godziny drugiej. Do widzenia, panie Jamel.

– Dziękuję, do widzenia. A tak przy okazji, to pani, pani Locke?

– Tak – potwierdziła miłym głosem zdziwiona, lecz zadowolona kobieta.

– Tym bardziej miło mi będzie przyjść do przychodni, mimo wszystko.

– Cieszę się. Niech się pan nie martwi na zapas. Do zobaczenia.

Oliver był mocno rozczarowany, liczył bowiem na diametralnie inny obrót sprawy. Badania miały raczej wykluczyć wszelkie poważniejsze cholerstwa przytrafiające się pozornie zdrowym mężczyznom.

Choć wzrok podczas rozmowy kierował w różne strony lokalu, w tym na dwójkę mężczyzn w boksie, to nie zanotował nawet pojedynczego słowa z ich dialogu. Dostrzegł jedynie, że zaczęli wiercić się nerwowo. Starszy zaczął szukać telefonu, a młodszy grzebał w swojej teczce.

– Masz?

– Hai.

– No to idziemy.

Mężczyźni zebrali w pośpiechu wszystkie rzeczy i skierowali się ku wyjściu. Młodszy nie spróbował nawet swojego kawałka ciasta. Oliver wzrokiem wrócił do swojego kubka, a myślami do tłumów na ulicy. W chwili gdy dwójka mężczyzn wychodziła, znów usłyszał je z całym natężeniem. Pomyślał, że właściwie też mógłby tak sobie postać beztrosko w tłumie i popatrzeć na przejeżdżających oficjeli w lśniących limuzynach. Niestety nie miał na to ani siły, ani chęci. Coś od dłuższego czasu trawiło go od środka i ból tym spowodowany wyraźnie odbierał mu ochotę na cieszenie się życiem bez narkotyków. Zapewne doktor Harrison poinformuje go, jak to zło nazywa się w medycznym języku i w którym narządzie siedzi.

Wzięcie się w garść tym razem zajęło mu dłuższą chwilę.

– Panowie zostawili dzisiejszą gazetę – oznajmiła pani Johnstire, trzymając tacę z naczyniami zebranymi po niedawnych gościach. – Wszyscy teraz się gdzieś śpieszą. Niech pan się nie krępuje. Im już pewnie nie będzie potrzebna, a ja swoją mam.

Oliver dał się namówić na darmową lekturę. Tym razem jego uwagę przykuł mniejszy nagłówek na ostatniej stronie: „(Ostateczna) Agenda na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju – utopia, której nie powinniśmy pożądać”. Kiedy zbliżył się do stołu po rozgorączkowanych gościach, w łączeniu ławy, między siedziskiem a drewnianą ścianką, zobaczył biały kartonik z końcówką wyrazu – „uda”.

Wyciągnął wizytówkę. Doktor Terry Takuda. I mniejszą czcionką: „Niekonwencjonalne leczenie nowotworów złośliwych”. A na rewersie: „Nowoczesna metoda chińska oparta na najnowszych badaniach holenderskich”.

2035

O SZCZĘŚCIU. I PECHU

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
2015
PROLOG
2035
O SZCZĘŚCIU. I PECHU
2038
OSKAR KRUPO
ALEKSANDER SOROKIN
O POLITYCE ZGNIŁEJ ZIEMI
FELIX SIKORA
O NAJBLIŻSZEJ PRZYSZŁOŚCI
EGOEXI
TY I JA
O SZKLANEJ ŚCIANIE
ZESTRZELONY
O DAWNYCH CZASACH
WYGRANA I PRZEGRANA
2037
O CHOWANIU DUSZY

Copyright © Oficynka & Artur Pomierny, Gdańsk 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2020

Opracowanie redakcyjne: zespół

Projekt okładki: Anna M. Damasiewicz

Rysunek na okładce: © SAnna

ISBN 978-83-66613-74-4

www.oficynka.pl

email: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek