Efekty uboczne - Michael Palmer - ebook + książka

Efekty uboczne ebook

Michael Palmer

4,2

Opis

Kate Bennet jest doświadczoną patolog. Prowadzi szczęśliwe życie u boku kochającego męża, jednak to może się wkrótce zmienić… W mgnieniu oka i całkowicie niespodziewanie jej życie zamienia się w koszmar – dwie pacjentki Kate umierają z powodu tajemniczej choroby, na którą zapada również jej przyjaciółka.

Lekarka odkrywa straszliwą tajemnicę związaną z testami nielegalnych leków, przeprowadzanymi przez gigantyczny koncern farmaceutyczny. Od tej chwili zagrożone jest jej małżeństwo, zdrowie psychiczne, a także życie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 458

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (81 ocen)
42
21
14
4
0
Sortuj według:
Alicja-B

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo interesująca i trzymająca napięciu 🧐
00

Popularność




Tytuł oryginału

SIDE EFFECTS

Copyright © 1985 by Michael Palmer

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Lidia Ryś

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Wydanie I w tej edycji

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

eISBN: 978-83-7674-817-7

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Dla Jane Rotrosen Berkey,

mojej agentki, przyjaciółki, muzy,

a także – oczywiście –

dla Danny’ego i Matta

PODZIĘKOWANIA

Wbrew temu, co sądzi wielu ludzi, powieść nie jest dziełem jednej osoby. Jestem wdzięczny losowi i szczęśliwy, że mogłem spotkać w moim pisarskim życiu Jeanne Bernkopf, która jest wydawcą moich książek, i Linde Grey, dyrektora do spraw wydawniczych w Bantam.

PROLOG

Meklemburgia, Niemcy, sierpień 1944 roku

Willi Becker opierał się o pokrytą nieheblowanymi deskami ścianę klubu oficerskiego i mrużąc oczy, wpatrywał się w popołudniowe słońce – bladą tarczę niemal niewidoczną w tumanach pyłu unoszącego się po setkach alianckich bombardowań, wymierzonych w obiekty przemysłowe otaczające obóz koncentracyjny dla kobiet w Ravensbrück. Zamknął oczy i przez chwilę zdawało mu się, że słyszy na południu dudnienie maszyn wroga.

– Ani o sekundę za wcześnie, doktorze Becker… – mruknął. – Opuścisz ten zakątek piekła akurat na czas. – Spojrzał na luksusowy zegarek, który jego brat Edwin „dostał” w obozie w Dachau od „wdzięcznego pacjenta”. Prawie wpół do czwartej Po wielu miesiącach skrupulatnych przygotowań zbliżał się do celu – do finału pozostało kilka godzin. Podniecenie sprawiało że czuł się tak, jakby przez ciało przepływał elektryczny prąd.

Po drugiej stronie placu grupy więźniarek, których ogolone na łyso głowy świeciły w słońcu, kopały schrony przeciwlotnicze, a pilnujący ich esesmani chowali się w każdym kawałku cienia rzucanego przez okapy dachów baraków. Becker rozpoznał dwie kobiety: Ewę, wysoką nastolatkę o zbyt długich kończynach, oraz nieodpowiedzialną Rosjankę, która namawiała go, by nazywał ją Królikiem. Były to dwa z prawie czterdziestu „obiektów”, z których badania musiał zrezygnować w imię przygotowań do ucieczki.

Przez chwilę walczył z chęcią przywołania tych dwu kobiet, wyglądających jak strachy na wróble, i powiedzenia, że los odebrał im szansę wniesienia wkładu we wspaniałe dzieło, które przyszli uczeni i pokolenia będą określać mianem metody kontroli urodzeń, opracowanej przez Beckera. METODA BECKERA. Nazwa ta, choć powtarzał ją co dzień, ciągle brzmiała podniecająco. Fizyka newtonowska, teatr szekspirowski, filozofia maltuzjańska – niewiele jednostek w historii ludzkości zostało obdarzonych tak wielkim wyróżnieniem. Becker był stuprocentowo przekonany, że w swoim czasie stanie się „nieśmiertelny”. Dopiero za sześć tygodni miał trzydzieste urodziny, a już uznawano jego błyskotliwość w dziedzinie fizjologii rozrodu.

Wysoki lekarz o klasycznie nordyckim wyglądzie poprawił kołnierzyk szarozielonego munduru SS, który miał dziś na sobie po raz ostatni, przeciął plac i skierował się ku budynkom sekcji badawczej, mieszczącej się na północnym skraju obozu.

Personel medyczny obozu w Ravensbrück, liczący kiedyś pięćdziesiąt osób, zmalał do niecałego tuzina. Himmler, uginając się pod wpływem żądań o kierowanie lekarzy do pracy w szpitalach frontowych, kazał zawiesić eksperymenty dotyczące zgorzeli gazowej i przeszczepów kości oraz przyżegania ran na polu walki za pomocą węgla i kwasów. Lekarzy, którzy prowadzili te eksperymenty, przeniesiono. Na miejscu pozostały jedynie wydziały zajmujące się sterylizacją – w sumie trzy, a każdy pracował nad metodami, które pozwoliłyby zlikwidować zdolność rozmnażania się bez osłabiania zdolności wykonywania niewolniczej pracy. Becker minął puste laboratoria – kolejny znak tego, co nieuniknione – i skręcił w Grünestrasse, asfaltową uliczkę, przy której mieściły się biura i laboratoria Wydziału Zielonego, jego wydziału. Na wschodzie widać było pomalowane w kamuflujące wzory kominy krematorium. Lekki zachodni wiatr zwiewał cuchnący dym i popiół poza obóz. Becker lekko się uśmiechnął i kiwnął głową. Zatoka Meklemburska, obejmująca pięćdziesiąt kilometrów kapryśnego Bałtyku między Rostockiem a duńską wioską rybacką Gedser, będzie spokojna. Jedna zmienna, którą należy się martwić, mniej.

Rozważał w myślach listę możliwych nieprzewidzianych wypadków i w którymś momencie zajrzał przez okno do swego gabinetu. W jego bibliotece był doktor Franz Müller! Stał odwrócony plecami do Beckera i przeglądał stojące na półkach książki. Becker spiął się. Wizyta Müllera, komendanta Wydziału Niebieskiego i dyrektora programu badań nad procesem rozrodu, nie stanowiła niczego niezwykłego, ale był to człowiek do przesady liczący się z otoczeniem i zawsze zapowiadał swą wizytę telefonicznie.

Czy ta obecność była przypadkowa? Becker stanął w drzwiach swego gabinetu i przygotował się do słownej potyczki, w której jego starszy kolega był mistrzem. Pogratulował sobie, że zachował dokumentację – choć nie do końca jednoznaczną – oszustwa Wydziału Niebieskiego. „Klinga” Müllera może i była tak szybka jak jego własna, ale on zaopatrzył swoją w truciznę. Pomijając dokumenty, był pewien, że Müller to pozorant.

Praca Wydziału Niebieskiego, dotycząca badań wpływu napromieniania jajników na płodność, wyglądała na papierze obiecująco, tyle że Becker miał podstawy sądzić, iż ani jednej więźniarki nie poddano działaniu promieniowania. Dane zostały sfałszowane przez Müllera i jego kompana Josefa Rendla. Becker nie był pewien, czy posunęli się tak daleko, by pomagać więźniarkom w ucieczce, ale podejrzewał ich o to. Jego dowody – choć skąpe – powinny doprowadzić do zdyskredytowania, jeśli nie zniszczenia obu kolegów po fachu. Nie o zniszczenie mu jednak chodziło – wolał nad nimi panować.

Aby zachować przewagę, Becker cicho otworzył zewnętrzne drzwi i wszedł na palcach po trzech schodkach prowadzących do gabinetu. Nie rozległ się najmniejszy szmer. Nie skrzypnęła podłoga.

Błyskawicznie otworzył drzwi. Müller przysiadł na rogu biurka i patrzył wprost na przybysza.

– Ach, Willi, przyjacielu… Wybacz mi bezczelne wtargnięcie, ale właśnie przechodziłem i przypomniałem sobie, że masz w swoich zbiorach „Fizjologię rozrodu” Fruhopfa.

Pierwsze skrzyżowanie kling; punkt dla mistrza.

– Miło cię widzieć, Franz. Jak nieraz ci mówiłem, moja biblioteka i moje laboratorium zawsze stoją dla ciebie otworem. – Nastąpiło niedbałe podanie sobie rąk i Becker usiadł w fotelu za biurkiem. – Znalazłeś?

– Przepraszam?

– Fruhopfa. Znalazłeś podręcznik?

– O! Tak. Oczywiście, mam go w ręku.

– To świetnie. Zatrzymaj, jak długo ci będzie potrzebny.

– Dziękuję. – Müller nie zdradzał jednak chęci pójścia sobie. Zamiast tego opadł na krzesło naprzeciwko Beckera i zaczął nabijać fajkę tytoniem, który wyjmował z kapciucha noszącego ślady częstego używania.

Nawet nie uznał za stosowne spytać, czy może zostać. Czujność Beckera coraz bardziej rosła. Jego schowane za biurkiem długie wymanikiurowane palce falowały nerwowo.

– Cukierka? – spytał, przesuwając po blacie miseczkę z miętówkami. Było to przedstawienie Müllera i jedynie Müller mógł zrobić pierwszy ruch.

– Nie, dziękuję. – Müller poklepał się po brzuchu. – Słyszałeś o Paryżu?

Becker skinął głową.

– Należało się tego spodziewać. Może z wyjątkiem tempa, w jakim Patton załatwił sprawę.

– Zgadzam się. Szatan, nie generał. – Müller przeciągnął palcami po gęstych, szarawych blond włosach. Był podobnego wzrostu jak Becker, może dwa centymetry wyższy, ale budową przypominał niedźwiedzia z wyspy Kodiak. – A na wschodzie coraz bliżej i bliżej nadchodzą Rosjanie. Likwidujemy dywizję… jej miejsce zajmują dwie. Słyszałem, że zbliżają się do pól naftowych wokół Ploesti.

– To barbarzyńcy. Przez dziesięciolecia nie robili nic poza parzeniem się i rozmnażaniem. Czego nie są w stanie wyrządzić im nasze armie, tego dokona przeludnienie.

– No tak… – stwierdził Müller. – Teorie twego świętego Thomasa Malthusa. Zatrzymajmy czołgi i pozwólmy wrogom rozmnażać się, aż staną się nam posłuszni.

Becker czuł rosnącą złość. Cynizm był tym ciosem Müllera, który najlepiej przenikał obronę przeciwnika. Zirytowany, rozzłoszczony oponent otwierał zasłonę, robił błędy. Uspokój się, nakazywał sobie. Uspokój się i zaczekaj, aż Müller się zdeklaruje. Czy możliwe, by wiedział o ucieczce? Sama myśl o tym sprawiała, że komendantowi Wydziału Zielonego zrobiło się nieswojo.

– Cóż, Franz – rzekł obojętnym tonem – wiesz, jak wielką przyjemność sprawia mi dyskutowanie z tobą o filozofii, zwłaszcza maltuzjańskiej, ale teraz chyba w pierwszym rzędzie stoi wygranie wojny?

Oczy Müllera się zwęziły.

– Quatsch – rzucił krótko.

– Słucham?

– Powiedziałem Quatsch, Willi. Bzdura, kompletny nonsens. Po pierwsze, nie wygramy wojny. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. Po drugie, nie wierzę w to, by miało to dla ciebie jakiekolwiek znaczenie. Tak czy owak.

Becker zesztywniał. Drań się dowiedział. Jakimś sposobem się dowiedział. Przesunął nieco prawą dłoń po kolanie i oszacował odległość dzielącą ją od walthera leżącego w lewej górnej szufladzie.

– Jak możesz podawać w wątpliwość moje zaufanie do führera?

Müller uśmiechnął się i opadł plecami na oparcie.

– Źle mnie rozumiesz, Willi. To, co mówię, to komplement dla ciebie jako naukowca i filozofa. Surtout le travaille. Wznieść się ponad pracę. Nie czujesz tego? A może jednak poproszę cukierka, jeśli wolno.

Becker podsunął miseczkę gościowi. Był zdziwiony, pełen obaw, całkowicie wytrącony z równowagi i w dalszym ciągu nie miał pojęcia, jaki jest powód wizyty Müllera. W duchu, aczkolwiek niechętnie, uśmiechnął się. Müller był śliski jak węgorz. Kompletny drań, ale śliski.

– Wierzę w sens moich badań… jeśli to masz na myśli.

– W istocie.

– A twoje badania, Franz? Jak się posuwają? – Nadszedł czas na kontratak.

– Posuwają się, potem stają w miejscu, po jakimś czasie znów się posuwają do przodu. Wiesz, jak to jest.

Becker miał ochotę powiedzieć: „Oczywiście, właściwie wcale nie istnieją”. Zamiast tego kiwnął potakująco głową.

– Willi, przyjacielu, obawiam się, że wojna w każdej chwili się skończy. W ciągu kilku tygodni, dni, godzin… nikt tego dokładnie nie wie. Nie mam pojęcia, co się po niej stanie z nami, z ludźmi z naszego laboratorium. Może dojdzie do publikacji wyników naszych prac, a może nie. Uważam, że dla każdego wydziału… Niebieskiego, Zielonego i Brązowego… sprawą zasadniczej wagi jest dokładne poznanie rodzaju i stanu prac prowadzonych przez pozostałe. Dzięki temu będziemy w miarę najlepiej przygotowani na to, co przyniesie przyszłość. – Oczy Beckera się rozszerzyły. – Postanowiłem rozpocząć od Wydziału Zielonego – ciągnął Müller. – Na dwudziestą pierwszą dziś wieczór zostało wyznaczone spotkanie w sali konferencyjnej Wydziału Niebieskiego. Przygotuj się, proszę, do szczegółowego przedstawienia swych badań.

– Słucham?

– I chciałbym mieć nieco czasu na zapoznanie się z twoimi danymi przed konferencją. Zostaw je na moim biurku o dziewiętnastej. – Oczy Müllera były twarde jak krzemienie.

Becker poczuł, jak jego ciało drętwieje. Dane, w tym dotyczące syntezy oraz biologicznych właściwości estronatu 250, były zapisane w kilkunastu notesach, schowanych obecnie w kadłubie pewnego kutra rybackiego w Rostocku. Jego myśli rozpoczęły szaleńczą gonitwę.

– Moja… moja praca jest bardzo pokawałkowana, Franz. Potrzebowałbym… przynajmniej dnia, może nawet dwóch, by poskładać dane w całość. – To, co się działo, nie mogło być prawdą. Dziewiętnasta to za wcześnie. Nawet dwudziesta pierwsza była zbyt wczesną godziną. – Pozwól, że pokażę ci, co mam. – Becker sięgnął do szuflady z waltherem.

W tym momencie w drzwiach gabinetu stanął doktor Josef Rendl. Jego asystent, olbrzym, którego Becker znał jedynie jako „Stossela”, został na korytarzu. Cały czas musieli kręcić się w pobliżu – nie było co do tego najmniejszej wątpliwości. Rendl, z wykształcenia pediatra, był niski i kluchowaty, jego cera przypominała ciasto, które zapomniano upiec, więc zaczynało powoli pleśnieć, a śmiech miał piskliwy jak dziecko. Wszystkie te cechy Becker uważał za paskudne. Udało mu się zdobyć informację, że matka Rendla była Żydówką – fakt ten głęboko skrywano. Przez wydające się wiecznością sekundy Becker oceniał sytuację. Müller siedział dwa metry od niego, Rendl stał w odległości trzech, to zwierzę – Stossel – może pięć. Nie było szansy na trzy zabójstwa, uwzględniając nawet element zaskoczenia – choć i to było wątpliwe. Bitwa będzie musiała ograniczyć się do broni słownej… przynajmniej na razie.

Becker skinął głową przybyszowi.

– Witam, Josef. Proszę, proszę… cały bank mózgów Wydziału Niebieskiego. Cóż za zaszczyt.

– Cześć, Willi. – Rendl uśmiechnął się i odkłonił. – Przechodziliśmy właśnie z porucznikiem Stosselem i zauważyliśmy was. Co sądzisz o spotkaniach? Zaprezentowanie wszystkim swej pracy to dobry pomysł, mam rację?

Ty wazeliniarski synu żydowskiej kurwy, pomyślał Becker.

– Oczywiście. Jak najbardziej. Znakomity pomysł – odparł.

– I zaszczycisz nas dziś wieczór prezentacją wyników badań biochemicznych Wydziału Zielonego? Rendl, choć w randze SS-Oberführera[1], czyli takiej samej jak Becker, często rozmawiał z ludźmi tak, jakby przez fakt bezpośredniej współpracy z szefem spłynęło nań trochę jego autorytetu.

Becker, który walczył o zachowanie spokoju, wciągnął dodatkową porcję powietrza.

– Dzisiejszy wieczór jest do przyjęcia. – Obaj goście skinęli głowami. – Ale… – dodał – dzień jutrzejszy byłby znacznie lepszym terminem. – Ponieważ zamierzam wtedy być tysiąc kilometrów stąd, dodał w myślach.

– Czyżby? – Franz Müller oparł podbródek o dłoń.

– Naprawdę. Muszę przeprowadzić kilka końcowych testów estronatu dwieście pięćdziesiąt. Uzupełnić kilka drobiazgów, które nie zostały wyjaśnione podczas pierwszej serii eksperymentów. – Becker mozolnie układał słowa, szukając jakiejś wymówki. Wreszcie zakiełkował mu pewien pomysł. – Nie udało mi się dokończyć ekstrakcji eterowej, gdyż wyczerpał mi się zapas. Dopiero wczoraj wieczór przywieziono kilka dwudziestolitrowych puszek. Sam podpisywałeś ich przyjęcie.

Müller skinął potakująco. Słowa Beckera popłynęły z większą pewnością.

– Cóż, jeśli pozwolicie mi dziś wieczór dokończyć ten etap, jutro z przyjemnością przedstawię wszystko. Nie wolno zapominać, że nie mam zbyt wielu danych, estronat dwieście pięćdziesiąt to bardziej teoria niż fakt. Obiecująca koncepcja, ale na ludziach przeprowadzone zostały jedynie wstępne testy.

Müller poprawił się na krześle i opuścił nieco wzrok, by patrzeć prosto na Beckera.

– Jeśli mam być szczery, Willi, nie wierzę, że to, co mówisz, jest prawdą. – Słowa o sile uderzenia młota parowego popłynęły z lekkością jedwabiu.

– Ccco… co masz na myśli? – Becker nie zastanawiał się już nad tym, CZY Müller wie, lecz ILE wie. Będzie musiał wyłożyć swego asa atutowego, którym był argument o sfałszowaniu danych w Wydziale Niebieskim. Pozostawało jedynie zadecydować, kiedy przyjdzie najodpowiedniejszy moment.

– Mam na myśli to, że według moich informacji twoja praca nad estronatem dwieście pięćdziesiąt jest dość zaawansowana.

– To niedorzeczność! – odparował Becker.

– Podobno brakuje ci już tylko badań nad stabilnością preparatu i wyeliminowaniem niepożądanych efektów ubocznych… zwłaszcza krwawień, tak? Wtedy będzie można przystąpić do szerszych badań klinicznych. Willi, dlaczego zachowujesz tę wiedzę dla siebie? Jesteś w posiadaniu być może najwspanialszego odkrycia… może nawet najwspanialszej broni… naszych czasów, a twierdzisz, że nic nie wiesz.

– Bzdura.

– Nie, Willi. To nie jest bzdura. To wiadomość ze źródła w twoim laboratorium. Albo otrzymamy pełną informację o stanie twojej pracy, albo będę musiał zadbać o to, by Mengele… może nawet Himmler… zostali poinformowani.

– Twoje oskarżenia są niedorzeczne.

– Ocenimy to po przedstawieniu przez ciebie wyników prac. Więc wieczorem, tak?

– Nie. Nie dziś. – Nadszedł czas na cios. – Moje wyniki nie są gotowe do prezentacji. – Becker zrobił teatralną przerwę, zabębnił palcami w blat biurka, po czym splótł dłonie i dramatycznie je wygiął. – Twoje są gotowe?

– Słucham?

Becker bardziej wyczuł, niż dostrzegł, że Müller zesztywniał.

– Twoje wyniki. Wyniki badań Wydziału Niebieskiego nad wpływem promieniowania. Nie jesteście jedynymi, którzy mają… jak to nazwałeś…? „Źródła”? No właśnie, źródła.

Rendl i Müller wymienili ukradkowe spojrzenia. Ich zachowanie było dla Beckera wystarczającym potwierdzeniem prawidłowości informacji, które zdobył.

– Willi, Willi… – Müller pokręcił głową. – Wystawiasz moją cierpliwość na próbę. Zaczekaj do wieczora. Do tego czasu poukładamy nasze dane i przedstawimy je zaraz po tobie na dzisiejszym spotkaniu.

– To świetnie – stwierdził Becker, ciesząc się, że przynajmniej pod koniec przeszedł do ofensywy. – Miałbym tylko prośbę, byście udostępnili do zbadania któryś z wykorzystywanych przez was „obiektów” eksperymentalnych. Bardzo by to pomogło lepiej zrozumieć naturę waszej pracy.

Tym razem Müller i Rendl popatrzyli po sobie w znacznie mniej skrywany sposób.

– Tak naprawdę wcale cię to nie obchodzi, prawda, Willi? – nieoczekiwanie spytał Müller.

– Obawiam… obawiam się, że nie rozumiem, Franz.

– Myślisz tylko o sobie. O swoim miejscu w historii. To, co się dzieje tu i teraz, wcale cię nie obchodzi. Niemcy, Rzesza, Żydzi, Amerykanie, więźniarki, koledzy… to dla ciebie jedno i to samo. Nikt się nie liczy.

– Ty masz swoje kochanki, ja mam moje – odparł Becker. – Czy nieśmiertelność jest tak tuzinkowa, że powinienem wyrzucić ją z łóżka? Masz rację, Franz, nie dbam o sprawy codzienne. Stworzyłem szkic teorii i programu badawczego, o którym niewielu ludzi nawet marzyło. Naprawdę uważasz, że powinienem zamiast tego martwić się ceną jajek, zapaleniem hemoroidów führera albo tym, czy tutejsze więźniarki są bardziej żałosne za drutami, czy poza nimi, na ziemi lub pod nią?

– Willi, Willi, Willi… – W oczach Müllera kryła się raczej litość niż wyrzut.

Becker popatrzył na Rendla i także w jego minie dostrzegł protekcjonalność, a nie złość. Miał ochot wykrzyczeć: Jak śmiecie czuć wobec mnie litość! Macie mnie czcić! Dzieci waszych dzieci będą prosperować dzięki mnie. Lebensraum[2], o który tylu walczyło i w imię czego zginęło, nie zostanie zdobyty za pomocą kul, ale dzięki moim formułom, moim rozwiązaniom! Moim!

Müller przerwał ciszę.

– Pracujemy w tym samym laboratorium i jeśli popadniemy w niełaskę, wszyscy mamy wiele do stracenia. Dotyczy to obecnie Rzeszy, a wkrótce aliantów. Oczekuję pełnego ujawnienia wyników pańskiej pracy nad estronatem dwieście pięćdziesiąt, doktorze Becker.

Becker kiwnął głową, że przyjmuje polecenie do wiadomości, i modlił się w milczeniu, by jego mina człowieka pokonanego była przekonująca.

Kilka minut później trójka mężczyzn z Wydziału Niebieskiego opuściła gabinet. Becker zamknął oczy i zaczął masować twarde miejsca u nasady karku. Potem, z butelki, którą przysłał mu Edwin, nalał sobie na grubość trzech palców polskiej wódki i wypił ją jednym haustem. Starcie z Müllerem i Rendlem, choć zakończone triumfem, wycieńczyło go. Wymacał w kieszonce zegarek. Spojrzał na niego, by sprawdzić, czy wystarczy czasu na krótką drzemkę. Niestety miał go za mało. Będzie musiał zapomnieć o śnie aż do chwili, gdy ten śmierdzący obóz i obsługujący go nieważni ludzie oraz wyglądające jak szkielety więźniarki staną się przeszłością.

Wyszedł z gabinetu i udał się szybkim krokiem do niskiego, przypominającego barak budynku, w którym mieściła się sekcja biochemiczna Wydziału Niebieskiego. Uważnie rozglądając się na boki, sprawdził teren, po czym wszedł tylnym wejściem do środka i zaryglował drzwi od wewnątrz. Drewniane okiennice były zamknięte i zaryglowane, przez co w pomieszczeniu panowała niemal fizycznie namacalna ciemność.

Latarka wisiała przy samych drzwiach – tam gdzie powiesił ją rano. Przyświecając sobie osłoniętym światłem, zaczął liczyć płyty łupku, pokrywające stojący pośrodku długi stół roboczy. Sięgnął pod piątą i pociągnął. Podpierająca stół szafka wysunęła się z szeregu. Pod spodem, niewidoczny nawet przy uważnym oglądaniu stołu, pojawił się okrągły otwór – wejście do tunelu.

– And the rockets red glare, the bombs bursting in air… – Alfie Runstedt kopał i śpiewał, choć nie rozumiał słów. Wiedział, że to hymn amerykański, a tego dnia – przynajmniej – tylko to się liczyło. Jako dziecko, w Lipsku, spędził wiele godzin przy nowiutkim gramofonie, który kupił ojciec, ucząc się na pamięć wybranych hymnów różnych krajów świata. Już wtedy „Gwiaździsty sztandar” podobał mu się najbardziej. Teraz będzie miał okazję obejrzeć Amerykę z bliska i – co było jeszcze wspanialsze – zostać Amerykaninem. – Oh say does that spar spangled ba-a-ner-er ye-et wa-ave… – Wbijał szpadel w piaszczystą glebę i wyrzucał ziemię na brzeg grobu w rytm sylab. Metrowej głębokości dół był w połowie gotów. Na trawie, po lewej stronie Alfiego, dwa metry dalej, leżały zwłoki wieśniaczki i jej syna; miały one trafić do ziemi, zaraz po tym jak dół będzie wystarczająco głęboki. Alfie Runstedt nie zwracał na nie uwagi.

Był rozebrany do pasa, nad którym zwisał pokaźny brzuch. Zmieszany z potem brud zamienił jego ramiona i potężny jak u słonia morskiego tors w grzęzawisko. Gęste rude włosy na piersi były pokryte warstwą masy przypominającej kał. Spodnie od munduru SS miał przemoczone i brudne.

– …and the home of the brave. O-oh say can you see…

– Alfie, jeśli potrzebujesz, zrób przerwę. Już ci mówiłem. że do zmroku i tak mamy związane ręce. – Willi Becker patrzył w wykopany dół, opierając się o wielki głaz.

Alfie przerwał pracę i przeciągnął brudnym nadgarstkiem po spoconym czole.

– To drobiazg, Herr Oberführer. Proszę mi uwierzyć, naprawdę drobiazg. Za zaszczyt, jaki mi pan uczynił, i nagrodę, którą obiecał, mógłbym wykopać tysiąc takich dziur. Niech pan powie… wiele amerykańskich kobiet jest tak szczupłych jak Betty Grabie? Jeden z chłopaków w barakach pod Friedrichshafen ma przy łóżku jej zdjęcie.

– Nie wiem, Alfie. – Becker się roześmiał. – Wkrótce będziesz się mógł przekonać sam. Jeśli złapiemy kuter w Danii, a mój kuzyn wszystko zaaranżował, powinniśmy być w Ameryce Północnej, z ważnymi dokumentami, w ciągu kilku tygodni.

– Wiele w tym znaków zapytania, prawda?

– Wcale nie. Największym problemem wszędzie i zawsze są pieniądze, ale mam nadzieję, że nam ich wystarczy. Będziemy potrzebowali nieco szczęścia, lecz szansa na to, byśmy dotarli na miejsce niezauważeni, jest dość spora.

– I nie ma mnie pan za zdrajcę ani tchórza za to, że chcę wyjechać z panem?

– A ja jestem zdrajcą albo tchórzem?

– Pan to co innego, Oberführer. Pan musi dokończyć badania. Ważne eksperymenty. Ja jestem jedynie podoficerem armii, która przegrywa wojnę.

– Ale jesteś także moim asystentem. Nieocenionym asystentem. Jak sądzisz, co by było, gdybyś mi nie opowiedział o systemie rur kanalizacyjnych, biegnących pod Ravensbrück?

– Cóż, miałem szczęście, że pracowałem w młodości w oddziale sanitarnym i…

– A kto inny niż ty zechciał uczynić z tej informacji nasz wspólny sekret i pomógł mi kopać tunel łączący?

– Cóż, chyba…

– Więc nie mów, że nie zasługujesz, Unterscharführer[3] Runstedt. Nigdy więcej tego nie mów.

– Dziękuję, Oberführer. Bardzo dziękuję. – W tym momencie Alfred Runstedt, człowiek, który uczestniczył w eksterminacji kilku tysięcy więźniarek Ravensbrück, człowiek, który niecałą godzinę wcześniej ze spokojem udusił kobietę, jej syna, męża i ojca, zapłakał z radości.

Hollywood, Nowy Jork, baseball, Chicago – teraz jedynie słowa – wkrótce staną się jego życiem. Od czerwcowej inwazji w Normandii, a jeszcze częściej od nieudanej lipcowej próby zamachu na führera w Wilczym Szańcu pod Kętrzynem, musiał znosić nawracające w czasie snu koszmary, w trakcie których aresztowano go i zabijano. W jednym śnie wieszano, w innym rozstrzeliwano. W jeszcze innym podobne do duchów kompletnie nagie więźniarki zatłukiwały go na śmierć pałkami.

Wkrótce koszmary się skończą.

Grób był już prawie wystarczająco głęboki. W porośniętym drzewami zagajniku, który służył jako zaimprowizowany cmentarz, ściemniało się szybciej niż na sąsiednim polu. Kiedy Becker odsunął się od głazu, było mroczno jak w nocy.

– To co, jeszcze tylko kilka łopat i koniec? – spytał.

– Tak sądzę – odparł Alfie. Włożył wiatrówkę, by ochronić się przed wieczornym chłodem. Jego koszula mundurowa wisiała na gałęzi – musiała pozostać czysta na ostatni etap.

– Cygaro?

– Dziękuję, Herr Oberführer. – Alfie zrobił przerwę, by zapalić cygaretkę, których zapas zdawał się Beckerowi nigdy nie kończyć.

– Chyba jest dostatecznie głęboki – stwierdził Becker po kilku kolejnych machnięciach szpadlem. – Pomogę ci.

Alfie wylazł z grobu. Obaj wspólnicy podeszli do zwłok; jeden chwycił za ręce, drugi za nogi i bezceremonialnie wrzucili do dołu najpierw ciało kobiety, potem jej syna. Alfie zasypał mogiłę ziemią, Becker zaś towarzyszył mu w pracy, spychając ziemię butem.

– Proszę wybaczyć, jeśli się narzucam, Herr Oberführer– odezwał się Alfie, kiedy skończyli – ale nie ma żadnej możliwości powiadomienia mojej siostry, która pracuje w fabryce amunicji w Schwartzheide, że wbrew oficjalnym wieściom żyję i dobrze mi się wiedzie?

Becker zachichotał i pokręcił głową.

– Alfie, Alfie… przecież wyjaśniałem ci, jak ważna jest dyskrecja. Dlaczego, twoim zdaniem, czekałem do dzisiejszego popołudnia, by powiedzieć ci o moim planie ucieczki? Sam od tygodni wyważam każde słowo, obawiając się, że mógłbym się zdradzić. Na razie… i tak samo będzie w najbliższej przyszłości… musimy pozostać w gronie nieszczęsnych ofiar wojny. Nawet mój brat Edwin, który stacjonuje w obozie w Dachau, o niczym nie wie.

– Rozumiem – odparł Alfie, w duchu przyznając, że nie rozumie, przynajmniej nie do końca.

– Rano powinniśmy być obaj wolni i martwi. – Becker zaczął ubijać nogami świeżo narzuconą ziemię i sypać na nią garście piaszczystego kurzu i sosnowych igieł.

Musiał przyznać, że pomysł wykorzystania ciał wieśniaka i jego zięcia był genialny. Początkowo planował, że ci dwaj mężczyźni zawiozą go do Rostocku, ale w końcu doszedł do wniosku, iż ciężarówka pojedzie tak samo dobrze z nim samym za kierownicą. Pozostałe udoskonalenia pierwotnego planu były nie mniej błyskotliwe. Kiedy wszystko zostanie powiedziane i zrobione, Muller i Rendl w życiu nie wpadną na to, by podejrzewać, że ich znakomity kolega żyje.

– …and the home of the brave. – Becker dołączył przy ostatnich słowach do zaskoczonego Runstedta.

Ciągnąc najpierw jedno, potem drugie ciało rurą kanalizacyjną do fałszywej szafki w budynku badań biochemicznych, obaj pojękiwali z wysiłku. Z odgłosami, jakie z siebie wydawali, mieszały się drapania i popiskiwania niezliczonych szczurów, biegających w kruczoczarnej ciemności.

Młody wieśniak był – jeśli chodzi o wzrost i budowę ciała –jak Becker. Jego teść miał budowę podobną do Runstedta, mógł być jedynie kilka centymetrów wyższy.

– Nie martw się różnicą wzrostu, Alfie – uspokoił podoficera Becker. – Po wybuchu i pożarze nikt nie będzie miał ochoty zajmować się ciałami dłużej, niż wynosi czas potrzebny do zdjęcia zegarków, obrączek, blaszek identyfikacyjnych i odszukania portfeli.

Przy pomocy Beckera, który pchał od dołu, Runstedt wciągnął ciała mężczyzn do laboratorium i położył oba na drewnianej podłodze.

– Idealnie… doskonale… – zachwycał się Becker, który, wlazłszy przez otwór, rozejrzał się wokół. – Wszystko idealnie na czas.

– Herr Oberführer… jeśli można, mam pytanie.

– Oczywiście.

– Jak zapobieżemy odkryciu tunelu po wybuchu i pożarze?

– Ha! Znakomite pytanie, choć muszę stwierdzić, że się go spodziewałem. Zachowałem stalową płytę, którą odkręciłeś, by zrobić wejście do rury. Pasuje idealnie i można ją umocować za pomocą haczyków, które przyspawałem. Kiedy spadnie na nią masa popiołu i szczątków, wątpię, by ktokolwiek odkrył wejście do tunelu.

– Znakomite! Herr Oberführer, jest pan naprawdę doskonały.

– Dziękuję, Unterscharführer. Teraz musimy sprawdzić ostatnie szczegóły. Czy powiedziałeś komukolwiek cokolwiek, co mogłoby sugerować, że zamierzasz dziś w nocy opuścić obóz?

– Nie, Herr Oberführer!

– To dobrze. Powiadomiłeś kolegów ze swojego baraku, że zamierzasz pracować ze mną do późna w nocy w laboratorium?

– Tak jest, Herr Oberführer.

– Wspaniale. Czas przygotować eter, umieścić ładunek i ustawić zegar oraz zamienić się ubraniami z naszymi przyjaciółmi.

– I ruszamy do hot dogów i Betty Grabie.

– Hot dogi i Betty Grabie… Najpierw jednak wznieśmy toast za dotychczasowy sukces. Amaretto?

– Jezu! Amaretto! Boże, Herr Oberführer, jak się panu udaje zdobywać takie rzeczy?

Alfie wziął do ręki kieliszek, wciągnął nosem wspaniały migdałowy aromat i połknął trunek jednym haustem. Śmiercionośny cyjanek, którego zapach i smak ginął w likierze, zadziałał po kilku sekundach.

Becker właśnie zdejmował mundur i biżuterię, kiedy Runstedt, wijąc się na podłodze i wymiotując, wydał ostatnie tchnienie.

Z pewnym wysiłkiem Becker ubrał młodego wieśniaka w swój mundur, nałożył mu na palec obrączkę, wsunął za pazuchę portfel, zawiesił na szyi blaszkę identyfikacyjną i na koniec zapiął na nadgarstku zegarek od Edwina – elegancki wyrób, natychmiast kojarzony przez wielu ludzi w obozie z jego osobą.

Cofnął się i – za pomocą latarki – dokonał inspekcji pomieszczenia. Wszystkie przedmioty i ciała muszą być umieszczone dokładnie według planu.

Rozebrał wieśniaka, który miał służyć za sobowtóra Alfiego, odrzucił jego ubranie na bok, po czym wsunął nagie ciało do otworu tunelu.

– Teraz, Alfie, mój najwierniejszy sługo, musimy znaleźć miejsce dla ciebie.

Poświecił latarką na wykrzywioną, fioletową twarz u swych stóp.

Po kilku minutach scenografia była gotowa. Ciało młodego wieśniaka leżało na środku laboratorium, przy samej głowie znajdował się laboratoryjny czasomierz, a obok niego stała dwudziestolitrowa puszka eteru. W budynku, którego drewniana konstrukcja była dobrze przesuszona, Becker porozstawiał kilka puszek eteru. Alfiego ułożył przy drzwiach, najdalej od miejsca spodziewanego wybuchu. Niespalona twarz Runstedta będzie najlepszą gwarancją, uwiarygodniającą śmierć Beckera.

Stworzenie tak prostego i eleganckiego planu dawało przyjemność nie mniejszą niż odniesienie wielkiego sukcesu badawczego i kiedy Becker po raz ostatni spoglądał na swe dzieło, rozpierała go duma.

Sprawdził niewielki ładunek zapalający i ustawił czasomierz na dziesięć minut.

Spuszczając się do tunelu, Willi Becker był uśmiechnięty od ucha do ucha. Zasunął szafkę na miejsce, zamknął płytą otwór w rurze kanalizacyjnej i nie spoglądając na ciało wieśniaka, popełzł w kierunku wyjścia na powierzchnię. Znajdowało się ono za będącym pod napięciem płotem obozu.

Siedział przykucnięty za kołem ciężarówki, pięćset metrów od obozu, kiedy spokojne niebo zrobiło się czerwonozłote. Kilka sekund później rozległa się seria stłumionych wybuchów.

– Żegnaj, Josefie Rendlu. Z przyjemnością przeczytam w „New York Timesie” o twoim procesie i wykonaniu wyroku. Jeśli chodzi o nas, doktorze Müller, to gem, set i mecz, prawda? Wielka szkoda, że nigdy się nie dowiesz, kto naprawdę wygrał. Może któregoś dnia, jeśli przeżyjesz, przyślę ci widokówkę.

Żona i syn będą czekali na niego w Rostocku. Za pierwszym zakrętem Becker zaczął nucić „Gwiaździsty sztandar”.

[1]SS-Oberführer odpowiada rangą pułkownikowi (wszystkie przypisy sporządził tłumacz).

[2]Lebensraum (niem.) – przestrzeń życiowa.

[3]Odpowiada starszemu kapralowi.

TERAŹNIEJSZOŚĆ

1

Niedziela, 9 grudnia

Był typowy dla stanu Massachusetts grudniowy poranek. Niebo w kolorze szczotkowanego aluminium zlewało się z trzydniowym śniegiem, pokrywającym pola po obu stronach drogi państwowej 127, ale przymatowiony smugami soli z jezdni czerwony roadster MGTD Jareda Samuelsa migotał na tle krajobrazu niczym flara.

Siedząca na fotelu pasażera Kate Bennett patrzyła, jak mąż pokonuje trasę, trzymając kierownicę jedynie kciukiem i dwoma palcami lewej ręki. Jego ciemnobrązowe oczy, mimo że skoncentrowane na jezdni, były odprężone i chyba śpiewał pod nosem. Kate się roześmiała.

– Hej, pani doktor! – Jared popatrzył na nią. – Co cię tak cieszy?

– Ty.

– Cóż za ulga. Przez chwilę myślałem, że śmiejesz się ze mnie. Powiedz, co tak zabawnego zrobiłem… może warto, bym zapisał.

– Nic śmiesznego – odparła Kate. – Coś miłego. Czuję się szczęśliwa, kiedy widzę, że jesteś szczęśliwy. Jest w tobie spokój, którego nie widziałam od początku kampanii.

– W takim razie powinnaś była wczoraj wieczór zapalić lampkę w sypialni. O… hm… wpół do dwunastej, tak?

– Nie straciłeś po tych szaleństwach przytomności?

– Nie. Pięć minut całkowitej ekstazy… potem straciłem przytomność. – Uśmiechnął się tym swoim szczególnym uśmiechem, zarezerwowanym tylko dla niej.

– Wiesz… kocham cię – stwierdziła Kate.

Jared znów na nią popatrzył. Minęło już sporo czasu, odkąd po raz ostatni słowa te padły między nimi poza sypialnią.

– Choć nie zostanę kongresmanem z Szóstego Dystryktu?

– Przede wszystkim dlatego, że nie zostaniesz kongresmanem z Szóstego Dystryktu. – Spojrzała na zegarek. – Jared, jest dopiero wpół do dziesiątej. Myślisz, że moglibyśmy zatrzymać się chwilę nad jeziorem? Nie robiliśmy tego od tak dawna. Wzięłam ze sobą na wszelki wypadek torbę chleba.

Zwolnił.

– Ale obiecasz nie podkradać piłek, kiedy cholerny Carlisle zacznie mi walić na bekhend.

– To było tylko raz. Zabrałam ci piłkę tylko raz przez prawie dwa lata wspólnego grania i nie możesz mi tego zapomnieć.

– Żadnego podkradania piłek?

Mówił poważnie, czy żartował? Martwiło ją, że po prawie pięciu latach małżeństwa nie zawsze jest w stanie to odróżnić.

– Żadnego podkradania. – Zdecydowała się w końcu ustąpić, zmęczona udzielaniem odpowiedzi, które psuły nastrój poranka. Wyglądało na to, że dobra atmosfera stawała się ostatnio zjawiskiem coraz rzadszym i kruchszym.

– Kaczki będą cię błogosławić – powiedział Jared tonem, który nie rozwiał jej wątpliwości.

Jezioro – właściwie duży staw – znajdowało się półtora kilometra od drogi, mniej więcej w kierunku Oceanside Racquet Club. Otaczały go gęsto sosny i karłowate dęby, poprzecinane podwórkami kilkunastu domów, które w większości miejsc Ameryki byłyby siedzibami ludzi z klasy „wyższej”, ale w osiedlu North Shore miasteczka Beverly Farms były jedynie przeciętne. Po drugiej stronie pokrytego lodem jeziora trzech chłopców grało w hokeja na zaimprowizowanym boisku. Ich jaskrawe szaliki i czapki odcinały się od perłowoszarego tła niczym placki fosforyzującej farby. Nieco bliżej drogi, w miejscu gdzie przelewała się woda, był niezamarznięty kawałek. Na półksiężycu wody pływało kilka kaczek. Dalsze siedziały na lodzie wokół.

Małżonkowie znieruchomieli, stojąc przy samochodzie, zaczarowani sceną.

– Currier i Ives[4] – powiedziała z zazdrością Kate.

– Bonnie i Clyde[5] – odparł tym samym tonem Jared.

– Bardzo pan romantyczny, mecenasie. – Zanim się uśmiechnęła, Kate udało się przez dwie sekundy patrzeć z wyrzutem. Czarny często humor Jareda był krańcowy – albo bardzo celny, albo bardzo kiepski. Nazwała go nawet kiedyś „dowcipem kamikadze”. – Chodź, bierzemy się do kaczek!

Jej znakomicie wytrenowane nogi, których mogła pozazdrościć niejedna biegaczka i które były obiektem westchnień niejednego lekarza z Bostońskiego Szpitala Metropolitalnego, zwanego w skrócie Metropolitan albo wręcz Metro, pozwoliły jej bez trudu zbiec zaśnieżonym brzegiem na dół. Kasztanowe włosy podskakiwały przy każdym kroku na odrzuconym do tyłu kapturze długiej kurtki, którą miała na sobie.

Kiedy podchodziła do wody, zbliżył się do niej wielki gąsior i arogancko gęgając, zaczął żądać należnej daniny. Kate srogo na niego popatrzyła, po czym rzuciła garść chleba nad łbem ptaka – w kierunku grupy kłębiących się mniejszych krzyżówek i karolinek. Chwilę później z samego szczytu nasypu prosto pod łapy gąsiora pofrunęła cała bułka. Ptak natychmiast ją capnął i kiwając się na boki, odczłapał.

Kate oparła dłonie na biodrach i odwróciła się do Jareda.

– Czyżbyś próbował podkopywać mój autorytet?

– Zawsze stawaj po stronie najsilniejszego. To moje motto – odparł wesoło. – W trakcie wyborów do Kongresu głosowałem na Mattingly’ego. Kto marnowałby swój głos na tego drugiego, który i tak nie miał szans?

– Przegrana dwoma punktami procentowymi, choć zaczynałeś od dwudziestu dwóch? Niezły wynik. Zsuń się na dół, wielki chłopcze, to dam ci tradycyjnego niedzielnego porannego buziaka.

– Mamy tradycję dawania sobie buziaków w niedzielę rano?

– Jeszcze nie.

Jared popatrzył wzdłuż brzegu i zdecydował się pójść dłuższą, ale bezpieczniejszą drogą niż ta, którą wybrała Kate.

Powstrzymała uśmiech. „Nigdy nie podnoś lewej nogi, dopóki prawa nie stoi pewnie”. Było to ulubione powiedzenie ojca Jareda, a tu, na jej oczach, młody pęd – najlepszy uczeń – wcielał w życie tę filozofię w najdosłowniejszy sposób. Któregoś dnia, Jared, pomyślała, uniesiesz obie nogi naraz i pojmiesz, że umiesz latać.

Pocałunek był mocny i głęboki – jego język długo pieścił jej podniebienie i wnętrze policzków. Kate odwzajemniła się pięknym za nadobne – objęła dłońmi jego pośladki i mocno go do siebie przycisnęła.

– Dobrze całujesz, pani doktor. Naprawdę świetnie.

– Sądzisz, że kaczki miałyby coś przeciwko temu, gdybyśmy zaczęli robić nieprzyzwoite figury na śniegu? – szepnęła, ogrzewając jego ucho wargami.

– One pewnie nie, ale Carlisle’owie raczej tak. – Jared się uwolnił. – Musimy jechać. Zastanawiam się, dlaczego ciągle nas zapraszają, jeśli przez dwa lata ani razu ich nie pokonaliśmy.

– Sądzę, że po prostu kochają wyzwania. – Kate wzruszyła ramionami, rzuciła ptakom resztę chleba i ruszyła za Jaredem do samochodu bezpieczną drogą.

– Ktoś dzwonił rano? – zapytał.

– Słucham?

– Byłem pod prysznicem. – Kiedy doszli do samochodu, odwrócił się do Kate i oparł o idealnie utrzymany płócienny dach. – Zdawało mi się, że słyszałem dzwonek.

– Dobrze słyszałeś. – Poczuła, jak za jej mostkiem tworzy się mała kulka powodująca nieprzyjemne napięcie. A jednak Jared usłyszał telefon… – To nic… nic ważnego. Tylko doktor Willoughby. – Kate wsunęła się na fotel pasażera. Nie wspomniała o telefonie, ponieważ zamierzała poczekać na odpowiedni moment, by omówić ofertę ordynatora patologii.

– Co u Yody? – spytał Jared, siadając za kierownicą.

– Wszystko w porządku. Wolałabym jednak, byś go tak nie nazywał. Był dla mnie przyzwoity, a ten przydomek brzmi poniżająco.

– Nie ma w nim nic poniżającego. Naprawdę. – Jared przekręcił kluczyk i silnik ożył z głośnym burczeniem. – Bez pomocy Yody Luke Skywalker nigdy by nie przeżył pierwszej części „Gwiezdnych wojen”. Jak mam inaczej nazywać gościa, który ma metr wzrostu, łysinę, krzaczaste brwi i mieszka na bagnie? A poza tym… czego chciał?

Kate czuła, jak grudka za mostkiem rośnie. Spróbowała zwalczyć nieprzyjemne wrażenie.

– Zapragnął omówić ze mną kilka meandrów polityki szpitala – odparła obojętnym tonem. – Opowiem ci później. Może wykorzystajmy tę odrobinę czasu, który nam pozostał, na wymyślenie zaskakującej strategii wobec Carlisle’ów?

– Nie podkradać sobie piłek. To jedyna strategia, jakiej potrzebujemy. No więc co tak ważnego miał do omówienia Yoda, że musiał zadzwonić o wpół do dziewiątej rano w niedzielę?

Choć zostało to powiedziane pozornie obojętnie, Kate zauważyła, że Jared jeszcze nie wrzucił biegu. Od początku ich związku czuł się dziwnie zagrożony zarówno tym, że robiła karierę, jak i jej niecodzienną przyjaźnią ze starzejącym się ordynatorem. Co prawda nigdy tego wprost nie wyraził, ale czuł się zagrożony. Była o tym stuprocentowo przekonana.

– Później? – spróbowała jeszcze raz.

Jared wyłączył silnik.

Dobry nastrój rozprysł się niczym rzucony na ziemię kryształowy wazon. Kate zmuszała się do patrzenia mężowi w oczy.

– Powiedział, że jutro rano zamierza wysłać listy do Akademii Medycznej oraz do Nortona Reese’a… z informacją, że planuje odejść na emeryturę w czerwcu albo w chwili, kiedy uda się wybrać jego następcę na stanowisko ordynatora.

– I?

– I sądzę, że wiesz, co dalej nastąpi. – W głębi duszy Kate czuła, jak napięcie zmienia się w iskierki złości. Wybór, wiadomość, szansa na to, że może w wieku trzydziestu pięciu lat zostać najmłodszym ordynatorem… nie wspominając, że byłaby jedyną kobietą-ordynatorem w Metropolitan… powinny zostać przyjęte przez nich z taką samą radością, z jaką przyjęliby wybór Jareda do Kongresu.

– Więc sprawdź – powiedział, patrząc na drugi koniec jeziora.

Kate westchnęła.

– Chce, bym wyraziła zgodę na przekazanie mego nazwiska członkom komisji fakultetu jako osoby, którą osobiście poleca.

– A ty mu pięknie podziękowałaś, ale odmówiłaś, gdyż dwa lata temu umówiłaś się z mężem, że po wyborach zakładasz rodzinę i w związku z tym nie możesz wziąć na siebie ani tak wielkiej odpowiedzialności, ani obciążeń czasowych, jakich wymaga stanowisko ordynatora… zwłaszcza że chodzi o tak biedny, niedostatecznie obsadzony i poddany politycznym wpływom oddział, z którego Yoda właśnie zamierza zwiać. Tak?

– Nie! – Jej odpowiedź była odruchowa. Zaklęła w duchu, że tak łatwo straciła panowanie nad sobą, i zanim mogła mówić dalej, potrzebowała kilku sekund na uspokojenie. – Powiedziałam, że się zastanowię, porozmawiam z mężem i przyjaciółmi w szpitalu. Poprosiłam, żeby dał mi tydzień do namysłu.

– Zastanowiłaś się nad tym, ile ta praca z ciebie wyssie? Yoda miał w ostatnich kilku latach dwa zawały, a jest od ciebie znacznie mniej wybuchowy.

– Cholera, Jared! Przestań go tak nazywać! Poza tym to nie były zawały, lecz napady dusznicy.

– Dobrze, niech będą napady dusznicy.

– Moglibyśmy dokończyć rozmowę na ten temat po meczu? Martwiłeś się, że się spóźnimy.

Jared popatrzył na zegarek, po czym ponownie uruchomił silnik. Odwrócił się do żony. Minę miał opanowaną, ale w oczach pobłyskiwało coś gwałtownego – może wręcz strach. To samo Kate widziała w jego oczach, kiedy przed wyborami mówił, że przegrana „to nie koniec świata”.

– Oczywiście, odpowiedz mi tylko na jedno pytanie. Czy zdajesz sobie naprawdę sprawę z tego, co oznaczać będzie dla ciebie… dla nas… przyjęcie tego stanowiska?

– Wiem… zdaję sobie sprawę z tego, że nie byłoby łatwo. Ale nie o to pytasz, prawda?

Jared pokręcił głową i wbił wzrok w splecione dłonie.

Kate doskonale wiedziała, co oznacza pytanie. Jared miał trzydzieści dziewięć lat i był jedynakiem. Jego pierwsze małżeństwo zakończyło się koszmarem, a żona uciekła z maleńką córką do Kalifornii. Nawet ojciec Jareda – wspólnik w jednej z najbardziej prestiżowych kancelarii prawniczych Bostonu, mając do dyspozycji wszystkie rumaki i wszystkich ludzi króla, nie był w stanie ich odnaleźć. Jared chciał mieć dzieci. Chciał je zarówno dla siebie, jak i dla ojca. Zgodził się zaczekać do zakończenia wyborów, ponieważ rozumiał doskonale obciążenia, jakie nakłada na człowieka kampania wyborcza, a ich małżeństwo było bardzo świeże. Teraz obie przeszkody zniknęły. O tak, doskonale wiedziała, co oznacza pytanie.

– Odpowiedź brzmi – stwierdziła po chwili – że jeśli przyjmę nominację i otrzymam stanowisko, będę potrzebowała trochę czasu, by odpowiednio ustawić pracę. Teraz to jednak dzielenie skóry na niedźwiedziu. Od momentu kiedy ujawniłam, w jaki sposób wykorzystywał pieniądze, zastrzeżone w budżecie dla naszego oddziału na zakup sprzętu kardiochirurgicznego, Norton Reese nie jest zbyt zainteresowany lansowaniem mojej osoby. Sądzę, że wolałby amputować sobie ramię, niż mieć mnie na stanowisku ordynatora w szpitalu, którym administruje.

– Ile czasu? – Głos Jareda był lodowaty.

– Skarbie, proszę cię… Błagam. Zajmijmy się tym we własnym salonie, omówmy spokojnie wszystkie warianty…

– Ile?

– Nie… nie wiem. Rok? Dwa?

Jared szybkim szarpnięciem wrzucił jedynkę i wcisnął gaz. Spod tylnych kół wyprysnął śnieg i lód, dopiero po chwili opony złapały przyczepność.

– Dalszy ciąg nastąpi – mruknął bardziej do siebie niż do Kate.

– Świetnie. – Odrętwiała opadła na oparcie fotela i zapatrzyła się niewidzącym wzrokiem w zaśnieżony krajobraz. Jej myśli bezładnie odpłynęły, potem jednak zaczęły się skupiać. Na wspomnieniu, choć raczej należałoby powiedzieć: na twarzy. Kate zamknęła oczy i spróbowała odepchnąć wizję, pozbyć się widoku. Szkliste, podkrążone oczy Arta nie chciały zniknąć – widziała je tak wyraźnie jak wtedy, nieszczęsnego popołudnia ponad dziesięć lat temu, kiedy ją zgwałcił. Czuła w jego oddechu whisky, czuła ciężar ciała futbolisty. Mimo że była owinięta długą, ciepłą kurtką i miała na sobie odpowiednie na zimę ubranie, zaczęła drżeć.

Jared skręcił w wąską drogę prowadzącą do klubu. Po prawej ręce Kate, przez pozbawione liści gałęzie dębów i buków, przeświecała metaliczna powierzchnia Atlantyku. Widok nie docierał do jej świadomości.

„Art, proszę… nie – błagała. – Sprawiasz mi ból. Pozwól mi wstać. Tylko zrobiłam test. Nie powiedziałam, że zamierzam się zapisywać”.

– Patrz, przed nami są Carlisle’owie. Chyba się nie spóźniliśmy.

Głos Jareda przebił się przez koszmarne wspomnienie. Zlana zimnym potem, zmusiła się do wstania. Jej mąż – który najpierw poniósł fiasko jako zawodowy futbolista, potem w szkole średniej, na końcu jako biznesmen – zaatakował ją dzień po drugiej rocznicy ślubu, godzinę po tym jak się dowiedział, że wypełniła test kwalifikacyjny do Akademii Medycznej, i, co gorsza, osiągnęła wynik plasujący ją w górnych pięciu procentach. Jego potrzeba dominowania nad nią – zawsze nieprzyjemna – zamieniła się w coś paskudnego. Wieczorem się wyprowadziła.

– Jared… – poprosiła cicho – porozmawiamy, dobrze?

– Jasne, pewnie. Na pewno porozmawiamy.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[4]Currier & Ives – nazwa znanej w XIX wieku amerykańskiej firmy, w której produkowano litografie przedstawiające amerykańskie scenki rodzajowe, ważne osoby i wydarzenia.

[5]Bonnie i Clyde – amerykańska legenda. Para sławnych przestępców, napadająca w latach 1932–1934 z bronią w ręku na stacje benzynowe, restauracje i banki.