Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 260 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Edukacja Kopciuszka - Gina L. Maxwell

Lucie Miller jest świetna w pracy i do niczego w życiu uczuciowym. Nie wydaje się sobie atrakcyjna. Brak jej tego czegoś, co sprawia, że mężczyźni oglądają się za kobietą.
Reid Andrews to bożyszcze ringu, mistrz mieszanych sztuk walki, twardy fighter, a w głębi duszy… wrażliwy artysta. Za dwa miesiące stanie do swojej najważniejszej walki o mistrzostwo Ameryki – pod warunkiem, że wyleczy kontuzję. Jego terapeutką ma być Lucie.
Ale ona sama też potrzebuje profesjonalnej pomocy. Rozpaczliwie chce zwrócić na siebie uwagę przystojnego ortopedy, w którym się kocha. Reid proponuje jej układ: ona pomoże mu odzyskać mistrzowską formę, a on nauczy ją sztuki uwodzenia.
Tak rozpoczyna się Edukacja Kopciuszka

Opinie o ebooku Edukacja Kopciuszka - Gina L. Maxwell

Fragment ebooka Edukacja Kopciuszka - Gina L. Maxwell

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Izabella Sieńko-Holewa

Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Tytuł oryginału

Seducing Cinderella

Copyright © 2012 by Gina Maxwell.

This translation published by arrangement with Entangled Publishing,

LLC.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2012 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4521-8

Warszawa 2012. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Mojemu mężowi,

który przez lata musiał radzić sobie z moją skłonnością

do popadania z jednej obsesji w drugą,

gdy szukałam tego, do czego zostałam stworzona.

Dziękuję, kochanie,

że nie wyskoczyłeś z mojego szalonego pociągu.

Rozdział 1

Lucie Miller nawet nie podniosła głowy, kiedy usłyszała pukanie do drzwi gabinetu. Następny pacjent przyszedł wcześniej na fizjoterapię. Zdenerwowało ją to, bo nie skończyła wypełniać papierów z wcześniejszej wizyty. Nasunęła okulary na nos. Mógłby poczekać dziesięć minut na korytarzu, zanim...

Ktoś zapukał jeszcze raz, tym razem trochę mocniej. Jak zwykle postanowienie Lucie, żeby nie spełniać oczekiwań innych, osłabło.

— Proszę — zawołała, rzucając długopis na stertę papierów przed nią.

W drzwiach pojawiła się głowa. Natręt miał idealnie ułożone ciemne włosy.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

Jej serce zaczęło bić szybciej, gdy usłyszała aksamitny głos doktora Stephena Manna, dyrektora Oddziału Medycyny Sportowej i największego ciacha w Centrum Medycznym w północnej Nevadzie. W mgnieniu oka oceniła swój wygląd i postawiła zwyczajową diagnozę: prezentuje się nijako i niechlujnie. Powstrzymując westchnienie pełne rozczarowania i chęć przygładzenia włosów, które wymknęły się z kitki, uśmiechnęła się najbardziej promiennie, jak umiała.

— Ani trochę. Nie byliśmy umówieni, prawda?

— Nie, nie dzisiaj. — Gdy się uśmiechnął, zrobiły mu się dołeczki w policzkach.

Odwrócił się i zamknął za sobą drzwi. Serce waliło jej w piersi. Był chirurgiem ortopedą i często przychodził do jej niezbyt imponującego gabinetu w Centrum Rehabilitacji i Medycyny Sportowej, aby porozmawiać o wspólnych pacjentach, ale nigdy wcześniej nie zamknął drzwi.

Starając się nie wyciągać pochopnych wniosków, wskazała na miejsce przy biurku.

— Proszę, usiądź.

— Hm...

Lucie spojrzała na krzesło przeznaczone dla pacjentów. Było zawalone teczkami, starymi gazetami i artykułami naukowymi. Czuła, jak jej policzki zmieniają kolor, gdy pośpiesznie wstała zza biurka.

— O Boże, przepraszam. Zaraz posprzątam...

— Nie ma sprawy, nie musisz...

— Nie, chwileczkę. — Chwyciła górę nieuporządkowanych papierów. Nie po raz pierwszy, ani nawet nie setny, pomyślała, że powinna być bardziej zorganizowana. Okręciła się dookoła, szukając miejsca, gdzie mogła upchnąć papierzyska. Sterta podobna do tej, którą trzymała w rękach, leżała przy ścianie gabinetu, na podłodze. Dokumenty zajmowały też każdy centymetr kwadratowy biurka i szafki. Wreszcie Lucie dała sobie spokój i po prostu rzuciła papiery na swoje krzesło. Spojrzała na gościa. Boże, dlaczego nie mogła być elegancka i zorganizowana jak inne kobiety? Taka jak te, z którymi spotykał się Stephen. — Co cię sprowadza do tych zapomnianych zakątków szpitala?

Odchrząknął i wyprostował się na krześle. Zazwyczaj boski lekarz był uosobieniem pewności siebie. Dlatego kobiety dosłownie wzdychały, gdy przechodził. Do tego dochodził urok osobisty, wygląd Kena i zabójczy uśmiech.

— Za dwa miesiące odbędzie się coroczna kolacja i bal charytatywny organizowany przez szpital. Facet musi jedynie wypożyczyć smoking, ale zdaję sobie sprawę, że kobieta potrzebuje czasu na kupno sukienki, wizytę u fryzjera i kosmetyczki i inne zabiegi, którymi się upiększacie.

Lucie z wysiłkiem przełknęła ślinę i zacisnęła palce wokół naszyjnika. To było to. Przez lata pracowali razem, czasem nawet zostawiali po godzinach, żeby omówić przypadki wspólnych pacjentów. Kiedy umysły odmawiały współpracy, a żołądki domagały się jedzenia, zamawiali chińszczyznę. Pod względem intelektualnym pasowali do siebie jak ulał. Wspólna obsesja, żeby pomóc pacjentom jak najszybciej dojść do zdrowia, łączyła ich jak nic innego. Od lat podkochiwała się w Stephenie, ale nigdy nie zaprosił jej na randkę. Nigdy nie wykazał inicjatywy. Wolał umawiać się z szykownymi bizneswoman, które spotykał podczas happy hour w eleganckim klubie Caliente.

Ale teraz był tutaj. W jej gabinecie. Mówił o szpitalnym balu. Dobry Boże, nie pozwól, żeby zemdlała! Odetchnęła wolno i głęboko, starała się zachowywać swobodnie.

— Próbujesz mnie o coś spytać?

I poniosła sromotną klęskę. Cholera!

Silną ręką zaczął masować swój kark i, pełen skrępowania, uśmiechnął się słodko.

— No, tak. Niezbyt dobrze mi idzie, prawda?

— Nie, świetnie sobie radzisz!

Za dużo entuzjazmu. Cholera do kwadratu!

— Wiem, że powinien to zrobić wcześniej. Naprawdę chciałem porozmawiać, kiedy was zobaczyłem miesiąc temu w Caliente, ale zawahałem się, a wy wyszłyście. Miałem nadzieję, że jeszcze was tam zobaczę, bo wiesz... wypytywanie o randkę w gabinecie nie wydaje się właściwe.

Przypomniała sobie noc, kiedy wybrała się do zatłoczonego, drogiego klubu. Jej najlepsza przyjaciółka, Vanessa MacGregor, właśnie wygrała niezwykle trudną sprawę i chciała uczcić sukces. Zamiast typowego wyjścia do Fritza, Vanessa przekonała Lucie, żeby spotkały się w pobliskim klubie. Spędziły tam najwyżej godzinę. Lokal przypominał akademik na sterydach z nowobogacką klientelą. Resztę wieczoru spędziły na właściwym świętowaniu — pijąc piwo i grając z facetami w strzałki.

— Och, nie przejmuj się — zapewniła. — Jedyna osoba, która może nas usłyszeć, to pan Kramer. Chodzi na bieżni, ale drzwi są zamknięte. A nawet gdyby nie były, nie sądzę, żeby pamiętał o założeniu aparatu słuchowego, więc szanse, że nas podsłucha, są równe...

— Lucie.

— Przepraszam. — O Boże, zamknij się wreszcie, strofowała się w myślach. Bełkoczesz jak idiotka! — Co mówiłeś?

Głęboko zaczerpnął tchu i wypuścił powietrze. Jakby przygotowywał się do skoku ze spadochronem ze szpitalnego dachu, a nie do zaproszenia jej na randkę.

— Chciałbym, żebyś mi dała numer telefonu do swojej przyjaciółki.

— Mojej... co?!

— Dziewczyny, z którą byłaś wtedy w klubie. Spotyka się z kimś?

— Vanessa? — Umysł Lucie próbował desperacko nadążyć za niespodziewaną zmianą tematu. Ta rozmowa podążała w zupełnie innym kierunku, niż powinna. A może tylko Lucie myślała, że zmierza w tamtą stronę. Była skończoną idiotką! — Hm... nie. Nie spotyka się z nikim...

Każdy mięsień jego ciała widocznie się rozluźnił, gdy wstał. Spokojny uśmiech powrócił na jego twarz i poraził ją dołeczkami w policzkach.

— Świetnie! Mogę dostać jej numer? Wolałbym nie czekać na ostatnią chwilę, żeby ją zaprosić. Poza tym chciałbym ją zabrać na jakąś randkę przed tym wielkim wydarzeniem. Wiesz, lepiej się poznać. Na szpitalnym balu nie można spokojnie porozmawiać, bo zawsze ktoś się wtrąci z pytaniami o pracę. Lucie? Słuchasz mnie?

— Co? Nie. To znaczy tak, słucham. Masz rację. Zdecydowanie to nie są warunki na pierwszą randkę.

Lucie spojrzała na bałagan na biurku. Vanessa dostałaby ataku paniki, gdyby zobaczyła gabinet. Przyjaciółka była superzorganizowana zarówno pod względem zachowania, jak i wyglądu — zawsze miała idealną fryzurę i zachowywała się odpowiednio do sytuacji. Dodając do tego wygląd Barbie, na pewno była typem kobiety, które pociągają Stephena Manna. Lucie zdecydowanie wiele do niej brakowało.

— Więęęęc... Mogę dostać jej numer? A może będziesz nadopiekuńczą przyjaciółką i najpierw wypytasz mnie o intencje? — Stephen drażnił się z Lucie. — Może spytasz mnie, dlaczego uważam, że jestem wystarczająco dobry dla niej, czy coś w tym rodzaju?

Nie mogła się powtrzymać i uniosła lekko kącik ust.

— Jesteś czarujący, mądry, przystojny i odnosisz sukcesy. Jak możesz nie być wystarczająco dobry dla kogokolwiek?

Mrugnął.

— Niezła ze mnie partia, co? Przypomnij o tym Vanessie, kiedy ci powie, że do niej dzwoniłem. To znaczy, jeśli dasz mi jej numer.

— Ach! Tak, przepraszam. Hm... — Rozejrzała się dookoła za karteczką samoprzylepną lub skrawkiem jakiegoś papieru. Wiedziała, że gdzieś je ma. Gdyby mogła przez chwilę pomyśleć, przypomniałaby sobie, gdzie leżą. Ale w ciągu ostatnich pięciu minut miała wrażenie, jakby przeszła lobotomię, nie mogła normalnie funkcjonować. Dała sobie spokój, wzięła długopis i na dłoni Stephena zapisała numer Vanessy. Zmusiła się, żeby puścić jego rękę, zanim zrobi coś głupiego. Na przykład doda wykrzyknik i „przypadkowo” zbyt mocno postawi kropkę na delikatnej skórze Stephena. — Proszę. Gotowe. A teraz wybacz. Mój nowy pacjent przyjdzie za chwilę.

— W takim razie nie zajmuję ci więcej czasu. Dzięki, Lucie. — Nacisnął klamkę i otworzył drzwi. — Jestem twoim dłużnikiem — dodał.

Wysiliła się na uśmiech.

— Będę o tym pamiętała, doktorze.

Ledwie wyszedł, opadła na swoje krzesło. Nie odłożyła nawet leżących na nim papierów. Żadna nowość. W zasadzie fakt, że facet jej nie zauważał, nie był niczym nowym. Powinna się uodpornić. Jak to się mówi? Stara śpiewka. Nie pierwszy raz facet, który się jej podobał, interesował się jej koleżanką. Mimo to nadal bolało. I to bardzo.

Czas przestać się oszukiwać. Stephen nigdy nie popatrzy, jakby chciał z nią iść do łóżka. Trzeźwo myśląca część jej osobowości podpowiadała, że to nieważne. Że liczy się zgodność charakterów i towarzystwo drugiej osoby. Ale kiedy uświadomiła sobie, że nie stanie się obiektem pożądania żadnego mężczyzny, marzycielka w niej się rozpłakała. I łzy rozmazały Lucie świat.

Rozdział 2

Przepraszam, gdzie znajdę oddział fizjoterapii? — Gdzie jakiś arogancki dupek zaleci mi ćwiczenia jak dla dziecka, kastrując mnie przy okazji...

Stwierdzenie, że Reid Andrews był w kiepskim nastroju, było eufemizmem. Nie oznaczało to jednak, że mógł się wyżywać na recepcjonistce w szpitalu. Słuchał uważnie, gdy tłumaczyła, jak dojść do gabinetu, podziękował i odszedł.

Im bliżej gabinetu, tym bardziej napinał mięśnie z irytacji. To nie miejsce dla niego. Powinien teraz siedzieć w Vegas i leczyć kontuzję z trenerem i lekarzem drużyny, a nie w Sparks w Nevadzie, które stanowiło część Reno i leżało niepokojąco blisko rodzinnego Sun Valley. Tymczasem będzie musiał pracować z kimś, kto nie ma pojęcia o sporcie, który uprawia i nie wie, jak ważny jest dla niego powrót do klatki i przygotowanie do rewanżu.

Walczył, od kiedy pamiętał. Uprawiał sport, który kochał ponad wszystko — mieszane sztuki walki, MMA. Dostał się na szczyt i utrzymał tam długi czas. Piętnaście lat później został jedynym z najbogatszych zawodników wagi lekkiej w UFC z bilansem walk trzydzieści cztery wygrane do trzech przegranych i milionami fanów. Oczywiście teraz nie miało to znaczenia. Jeśli nie wyzdrowieje do rewanżu, jego kariera się skończy.

Zza rogu wyszedł lekarz. Rozmawiał przez komórkę i jednocześnie sprawdzał pager. Doktorek wpadł na Reida, nawet nie przeprosił i poszedł dalej korytarzem. Reid zacisnął zęby i przytrzymał prawe ramię, czekając, aż ból minie. Nawet lekkie uderzenie cholernie bolało.

Miał jedną z najgroźniejszych dla zawodnika kontuzji — zerwany stożek rotatorów. Co gorsza, nie nabawił się tego cholernego urazu podczas walki. Wszystko wydarzyło się podczas treningu. Trzydzieści cztery lata na karku oznaczały, że właściwie powinien już przejść na emeryturę. Zwłaszcza że siedział w tym sporcie od wielu lat. Ciało przypominało o tym coraz częściej, serwując mu jedną kontuzję po drugiej.

Zszedł z drogi starszej kobiecie, wlokącej się niczym ślimak. Przeklął pod nosem trenera Butcha za to, że go tutaj wysłał.

Krótko po tym jak Reidowi operowano prawe ramię, lekarz medycyny sportowej, który się nim opiekował, musiał pojechać do domu, żeby zająć się chorym ojcem. Scotty miał wrócić dopiero za kilka miesięcy, a ponieważ Reid był jedynym kontuzjowanym zawodnikiem w obozie, Butch znalazł mu na ten czas lokalnego fizjoterapeutę. Jeśli Reid pracowałby z nim, nie byłby gotowy do walki przed pięćdziesiątką, więc postanowił wziąć terapię w swoje ręce.

Niestety Butch dowiedział się o tym i wyrzucił go za nieprzestrzeganie zaleceń lekarza i pójście na łatwiznę. A przecież Reid nie chodził na łatwiznę. Żył według zasad: „daj z siebie wszystko albo będziesz zerem” oraz „jeśli nie przyszedłeś zwyciężyć, nie powinieneś w ogóle wychodzić z domu”.

Wpajano mu te rzeczy, odkąd był wystarczająco duży, żeby wyprowadzić cios na komendę ojca. Dlatego teraz nie przyjmował do wiadomości, że prawdopodobnie nie wyzdrowieje w ciągu dwóch miesięcy, a co za tym idzie straci szansę na odzyskanie tytułu. Każdego roku pojawiali się młodsi i lepsi zawodnicy, z którymi coraz trudniej walczyło się starszym wyjadaczom. Dlatego Reid trenował tak ciężko, jak tylko mógł. Zawsze znajdzie się jakiś koleś, który będzie chciał zdobyć jego pas, więc zasuwał, żeby nikomu nie dać szansy. Musiał zrobić wszystko, żeby go zachować. Wkurzył się, gdy Butch postawił mu ultimatum — wyjazd i poddanie się fizjoterapii albo odwołanie walki. Cholera! Niech tak będzie. Zadowoli trenera i pójdzie na tę dziadowską rehabilitację. Ale to nie oznaczało, że miał zamiar traktować ją inaczej niż regularne treningi. Nie miał czasu się opieprzać. Musiał jak najszybciej wrócić do Vegas i odebrać to, co do niego należało.

Reid otworzył dwuskrzydłowe drzwi i wszedł do dużego pomieszczenia, które przypominało miejsce spotkań YMCA, Związku Młodzieży Chrześcijańskiej. Bieżnie, orbitreki, ławki do podnoszenia ciężarów i piłki do ćwiczeń. Żadnej klatki, mat na podłogach ani worków bokserskich. Starszy pan, na oko powyżej osiemdziesiątki, chodził tak wolno po bieżni, że wydawało się, że stoi w miejscu.

— Cholerne miejsce — mruknął Reid.

Podszedł do małego gabinetu z nazwiskiem fizjoterapeutki, Lucindy Miller. Drzwi były częściowo uchylone. Podniósł rękę, żeby zapukać, ale zawahał się, gdy usłyszał ciche pochlipywanie. W środku za biurkiem siedziała brunetka; miała pochyloną głowę. Hm... Przynajmniej wydawało mu się, że to, za czym siedziała, było biurkiem. Trudno było jednoznacznie stwierdzić przez stertę papierów. Zamiast zapukać, odchrząknął.

— Przepraszam, przychodzę nie w porę? — Kobieta okręciła się na krześle twarzą do ściany. Uderzyła kolanem o szafkę i zaklęła pod nosem, co pewnie nieczęsto robiła publicznie. Nie widział jeszcze jej twarzy, ale nic nie mógł poradzić na to, że jej niezręczność wydała mu się urocza. Kiedy sięgnęła po chusteczkę leżącą gdzieś na podłodze i wydmuchała nos, zdał sobie sprawę, że trafił na zły moment. — Mogę przyjść później.

— Nie, nie... — Jeszcze raz wydmuchała nos. Nie odwróciła się, ale wskazała gestem kierunek. — Proszę usiąść w pokoju obok, zaraz do pana przyjdę.

Ucieszył się z takiego obrotu sprawy. Nie lubił smutnych kobiet ani pocieszania tych znajomych, nie mówiąc już o obcej. Gdy znalazł pokój, oparł się biodrami o stół do rehabilitacji, nieświadomie wyłamując sobie kłykcie. Po minucie weszła ze wzrokiem utkwionym w jego teczkę i ruszyła prosto do małego biurka przy ścianie.

— Przepraszam za to — powiedziała. — Proszę dać mi chwilkę. Przejrzę dokumentację i zaraz przejdziemy do konkretów.

— Proszę się nie śpieszyć. — Coś w jej głosie go zastanowiło. Miał wrażenie, że już go słyszał.

— No dobrze, panie Johnson, spójrzmy na...

Znieruchomieli, gdy się rozpoznali.

— Luce?

— Reid?

Minęło kilka lat, cholera, sześć, może siedem lub więcej, nie pamiętał, kiedy po raz ostatni widział młodszą siostrę najlepszego przyjaciela. Miała plamy na twarzy i zaczerwienione od płaczu oczy, więc z trudem ją rozpoznał, ale zdradził ją pieg w kształcie serca przy kąciku lewego oka. Był ledwo widoczny pod ciemnymi, prostokątnymi oprawkami okularów.

— O Boże! — ucieszyła się, mocno ściskając jego rękę.

Od dawna nie widział nikogo z rodzinnego miasta i, poza jej bratem, była jedyną osobą, którą chciałby zobaczyć. Przytulił ją, opierając brodę na jej głowie. Jej włosy pachniały kwiatami i latem. Zapach zdecydowanie różnił się od ciężkich perfum używanych przez inne kobiety.

Puściła go i usiadła na obrotowym krześle przed biurkiem, poprawiając włosy.

— Nie mogę uwierzyć, że to ty. Czekaj, dlaczego w karcie mam wpisanego Randy’ego Johnsona?

Reid zaśmiał się, gdy usłyszał imię baseballisty zwanego też „Dużym”, którego używał, aby zachować anonimowość.

— To pseudonim. — Wciąż wydawała się smutna, więc uśmiechnął się i dodał: — Chociaż czasami ja też bywam... duży.

Złączyła brwi, zanim zrozumiała, o czym mówił i zarumieniła się.

— Reid!

Nie mógł powstrzymać śmiechu. Jej zszokowana twarz była tego warta.

— Daj spokój, Lu-Lu, nie jesteś przecież taka niewinna.

— Moja niewinność lub jej brak nie jest twoją sprawą, Andrews. I ostrzegam: jeśli ktoś usłyszy, jak nazywasz mnie jednym z tych głupich przezwisk, wbiję ci długopis w tętnicę.

Podniósł ręce w geście poddania.

— Niech ci będzie, Lubert. — Wzniosła oczy, ale przerwał, zanim na dobre się wkurzyła. — A propos przezwisk, o co chodzi z Lucindą Miller? Nie widzę obrączki. Jesteś objęta programem ochrony świadków?

Odwróciła wzrok, uświadamiając sobie, że musi się wytłumaczyć.

— Nie. Na studiach byłam krótko mężatką. Jackson pewnie nie mówił ci o tym, bo wyjechaliśmy, a wszystko nie trwało długo. — Odchrząknęła i uśmiechnęła się do niego, ale jej uśmiech ledwo poruszył usta i nie dotarł do oczu. — Wiesz, jak jest. Błędy młodości. Nigdy nie myślałam, żeby wrócić do swojego nazwiska. Ale mam przynajmniej ciągle te same inicjały, prawda?

Próbowała ukryć prawdziwe uczucia, co przypomniało mu o tym, co zobaczył w gabinecie. Coś musiało ją zranić. Lub ktoś. Obudził się w nim instynkt opiekuńczy. W końcu Lucie nie była pierwszą lepszą. Gdy dorastał, snuła się za nim i swoim bratem Jacksonem Marisem. A ponieważ Jax, zawodnik UFC, przebywał obecnie na Hawajach na obozie i nie mógł pomóc młodszej siostrze, Reid z chęcią zrobi to za niego.

— Dlaczego płakałaś, Lu?

— Ach, tamto? — Machnęła ręką. — To nic. Mam okropną alergię i czasami wyglądam, jakbym ryczała. To wszystko.

— Właśnie dlatego z Jaksem nigdy nie zabieraliśmy cię na niektóre nasze eskapady. Nie umiesz kłamać i nie wytrzymałabyś nawet pięciu minut rodzicielskiego przesłuchania.

Wstała i oparła ręce na biodrach.

— No cóż, według trenera jesteś okropnym pacjentem, więc chyba oboje mamy wady. A teraz pozwól, że ocenię twoją kontuzję. Chyba że chcesz zmarnować całą wizytę na bezcelową gadkę.

Reid umiał rozpoznać mur, kiedy na niego trafiał. Nie miała zamiaru mu o tym opowiedzieć... jeszcze. Wcześniej czy później wyciągnie to z niej.

— Dobra. Oceniaj, Luey. — Sięgnął lewą ręką za łopatki i ściągnął T-shirt przez głowę, starając się nie nadwerężać prawego ramienia. Koszulkę rzucił na stojące w kącie krzesło.

— Ile fizjoterapii przeszedłeś po operacji?

— Nie wiem, pewnie tyle co zwykle. Codziennie miałem wizytę, ale nie wystarczało mi to, więc ćwiczyłem dodatkowo.

Zmarszczyła brwi.

— Czyli przećwiczyłeś się, co nie pomoże ci wyzdrowieć.

— Przećwiczyć się to subiektywne wyrażenie.

— Nie. Robienie czegokolwiek ponad to, co każe ci lekarz bądź terapeuta, to właśnie przećwiczenie. Jeśli mam ci pomóc, musisz robić dokładnie to, co mówię. Jeśli ci się uda, za cztery miesiące będziesz jak nowo narodzony.

— Co?! Butch ci nie mówił, że mam rewanż za dwa miesiące? Muszę być na chodzie, Luce. Diaz ma mój pas i mam zamiar mu go odebrać.

Lucie pokręciła głową.

— Reid, to niedorzeczne. Nawet jeśli poświęcę ci większość czasu, nie mogę zagwarantować, że będziesz gotowy walczyć tak szybko.

— Gówno prawda. Musisz tak gadać, bo to obowiązek fizjoterapeuty, ale weź pod uwagę, kto jest twoim pacjentem. Różnię się od całej reszty, od wszystkich, z którymi pracujesz. Nie jestem przeciętnym gościem, który w końcu wraca do normalnego życia. Trenowałem latami, wyćwiczyłem się do perfekcji. W ciągu ostatnich piętnastu lat wyleczyłem więcej kontuzji niż stu twoich pacjentów razem wziętych.

Westchnęła.

— Zobaczmy najpierw, z czym walczymy, okej, mądralo? Siadaj.

Reid wskoczył na stół i próbował nie napinać mięśni na myśl, że ktoś dotknie jego ramienia. Miał dużą tolerancję na ból, ale nie znaczyło to, że podczas badania nie zaciśnie zębów.

— Wyciągnij ramię przed siebie i spróbuj je tak utrzymać, kiedy będę je przyciskała do stołu.

Wytrwał jedynie kilka sekund, po których przeklinając, opuścił rękę. Udawała, że nic nie zauważyła i poddała go jeszcze kilku innym testom. Zdołał powstrzymać przekleństwa. Brawa dla niego.

— No dobrze, ostatni raz, Reid. Połóż rękę na brzuchu i spróbuj ją tam utrzymać, kiedy będę ją odciągała od ciała.

Zacisnął zęby i lewą pięść, próbując myśleć o czymś innym niż przenikliwy ból, który czuł w ramieniu. Zresztą i tak najgorszy okazał się fakt, że był słaby i nie potrafił tego ukryć.

— Dobrze, teraz możesz odpocząć. — Uzupełniła jego kartę, po chwili odwróciła się i spytała: — W skali od jednego do dziesięciu, gdzie dziesięć to najgorszy ból, jaki zdołasz sobie wyobrazić, na ile się teraz czujesz?

— Cztery. Może nawet trzy.

Uniosła brwi i skrzyżowała ręce na piersi.

— Andrews, oszczędź mi tej gadki macho. Nie jestem tu, żeby podważać twoją męskość. Jeśli mam wykonywać swoją pracę, musisz być ze mną szczery.

Spojrzał na nią wzrokiem, który sprawiał, że człowiek dwa razy się zastanowił, zanim wszedł z nim do oktagonu. Lucie nawet nie drgnęła. Nie przyznałby się, że cokolwiek go boli, gdyby nie był rozdrażniony całą tą sytuacją.

— Dobra. Sześć — mruknął. — Ale czasami jest lepiej.

— Nie martw się, to normalne. A teraz połóż się twarzą do stołu. Chcę sprawdzić jeszcze kilka rzeczy.

— Zrobiłaś się władcza na stare lata, wiesz?

Był odrobinę zawiedzony, że nie połknęła przynęty, jedynie mruknęła coś, gdy kładł się na stole. Leżał z lewą ręką przy twarzy. Zamknął oczy, kiedy Lucie zaczęła swoją pracę.

Jej delikatne palce sprawdzały mięśnie dookoła ramienia. Nie miał pojęcia, czego szukała, ale liczył, że trochę jej to zajmie. Nie przywykł do takiego dotyku. Oczywiście Scotty nie miał tak delikatnych rąk, ale nie tylko o to chodziło. To raczej kwestia techniki, jakiej używała, jakby nie był umięśnionym sportowcem, który zniesie ostre traktowanie, lecz mężczyzną, który poprosił o łagodny masaż po długim dniu.

Pociągnęła nosem i zaczął się zastanawiać, co doprowadziło ją do płaczu. Był dla Lucie niemal jak drugi brat, więc chciał wiedzieć, co się stało.

Cokolwiek to było, starała się unikać tematu.

— Au, cholera!

— Przepraszam.

— Ta, pewnie — stwierdził cierpko. — To zapłata za rzucanie strzałkami do twojego króliczka?

Nie widział jej twarzy, ale usłyszał uśmiech, gdy mówiła.

— Zapomniałam o tym. Jackson nie mógł wychodzić z domu przez trzy dni, a mama zszyła wszystkie dziury. Powiedziała mi, że był bohaterem wojennym, który przeszedł operację, a potem dostał medal od prezydenta.

— Twoja mama umiała opowiadać dobre historie. Jax i ja zawsze polegaliśmy na informacjach od niej, gdy jako dzieci udawaliśmy się na nasze udawane misje.

— Mama była wyjątkowa. Nadal tęsknię za jej bajkami do poduszki.

Rodzice Lucie zginęli w wypadku samochodowym rok po tym, jak Reid i Jackson skończyli liceum. Lucie miała trzynaście lat. Jackson zdecydował się wychować Lucie zamiast oddać ją krewnym, dlatego nie osiągnął w MMA takich sukcesów jak Reid. Najwyraźniej odwalił kawał dobrej roboty.

Wtedy Reida oświeciło.

— Chodzi o faceta, prawda?

Zatrzymała ręce na wystarczająco długą chwilę, żeby zrozumiał, że trafił.

— Czy czujesz, kiedy tu naciskam? — spytała.

Ogarnęła go nagła wściekłość na większość męskiej populacji. Musiał wyładować ją na kimś, kto na to zasłużył. Odepchnął się lewą ręką i obrócił tak, że spojrzał Lucie w twarz.

— Co robisz? Nie skończyłam.

— Skończyłaś, chyba że powiesz mi, kto to jest i co ci zrobił — warknął.

— Reid...

— Coś za coś, Lu. Powiedz mi, przez kogo płakałaś i dlaczego, a obiecuję, że nie dowiem się tego sam, nie znajdę go i nie wybiję mu zębów za to, co ci zrobił. — Niemal zaczął żałować gróźb, kiedy zbladła, ale jeśli to miał być jedyny sposób, żeby się przed nim otworzyła, niech tak będzie. — Wskakuj na stół. Zamienimy się miejscami — powiedział, wstając. Kiedy otworzyła usta, żeby się mu przeciwstawić, zmrużył oczy i pokazał, że nie żartuje. Wzdychając z rezygnacją, zrobiła niechętnie to, co kazał. — Teraz jesteś pacjentką. — Pomimo bólu w ramieniu, położył swoje ręce na jej biodrach, zapobiegając potencjalnej ucieczce. — Więc, panno Miller — rzekł, wpatrując się w jej łagodne szare oczy — proszę mi powiedzieć, gdzie boli.

Lucie nadal nie mogła uwierzyć, że Reid znalazł się w jej gabinecie. Całe liceum biegała za starszym bratem tylko po to, żeby być jak najbliżej jego najlepszego przyjaciela. Niestety Reid traktował ją jak młodszą siostrę, więc pozostało jej tylko podziwianie jego i Jacksona.

A teraz próbowała się na niego nie gapić.

Już w szkole Reif był umięśniony, ale to, co teraz zobaczyła, przekraczało wszelkie granice. Facet wyglądał jak ideał Michała Anioła. Posąg Dawida przy Reidzie wydawał się niemrawym chuchrem. Mężczyzna zaczesał krótko przycięte jasne włosy do góry a la irokez, co nadało idealnej twarzy modela zadziorności. A do tego tatuaże... O Boże, tatuaże!

Czarne tribale okalały wyszukanym wzorem jego prawe ramię, wędrowały nad barkiem i mięśniem piersiowym i wiły się ku szyi. Po prawej stronie żeber miał wytatuowane „walczę, żeby zwyciężyć”. Zdanie kończyło się na mięśniu biegnącym przekątnie do jego...

— Lu?

Spojrzała w piękne orzechowe oczy.

— Hm?

— Zaczniesz mówić, czy mam cię połaskotać?

Lucie, opanuj się. Weź się w garść. To tylko Reid.

Wzniosła oczy i odwróciła wzrok, mając nadzieję, że nie zauważy łez, które z trudem powstrzymywała. Uśmiechnęła się, starając podtrzymać lekki ton. Żeby nie wypytywał jej o to, co się wydarzyło.

— Nie mam ośmiu lat, Reid. Spróbuj to zrobić, a oskarżę cię o molestowanie.

Delikatnie ujął jej podbródek i obrócił twarz, żeby na niego spojrzała.

— Lucie... — Jedno słowo wystarczyło, żeby zalała się łzami.

— Boże, to głupie. Naprawdę, nic się nie stało — powiedziała, ocierając ze złością łzy.

— Kiedy mężczyzna doprowadza kobietę do płaczu, coś się jednak stało.

— Nie chciał. Nawet nie wie, że to zrobił. Po prostu... — Zaczerpnęła tchu. — Od lat się w nim podkochiwałam, a on mnie nie zauważał. W każdym razie nie w taki sposób. Przed twoim przyjściem poprosił o numer telefonu mojej najlepszej przyjaciółki. Chce zaprosić ją na szpitalny bal charytatywny.

— Pójdzie z nim?

— Nie, Vanessa nigdy by mi tego nie zrobiła. Zabolało mnie, że widział ją tylko jeden raz i chce ją zaprosić. Spędziliśmy razem mnóstwo czasu, pracując, ale on po prostu mnie nie widzi.

— W takim razie jest ślepym dupkiem.

Lucie prychnęła i pokręciła głową.

— Nie znasz Stephena. Facet ma więcej uroku w małym palcu niż połowa Reno. Jest świetnym chirurgiem ortopedą, który zawsze zrobi wszystko dla dobra pacjenta. Jest mądry, niesamowicie przystojny i osiąga sukcesy. Pasujemy do siebie. Wiem, że mogłabym go uszczęśliwić, jeśli dałby mi szansę.

— Jeśli jest zbyt tępy, żeby wykonać pierwszy krok, dlaczego ty tego nie zrobiłaś?

Natychmiast poczuła żar oblewający jej policzki. Spuściła wzrok i spojrzała na splecione na kolanie palce.

— Nie mogłam. Nie wiedziałabym, co powiedzieć. A nawet jeślibym to zrobiła i jakimś cudem zgodziłby się, nie wiedziałabym...

— Nie wiedziałabyś?

— Nie wiedziałbym, co zrobić — szepnęła.

— Zrobić? — Próbował zrozumieć, co miała na myśli, ale nie mógł. Chyba że... — Lucie, chodziłaś na randki od czasu rozwodu, prawda?

— To głupie, Reid, puść mnie.

Nie drgnął.

— Chyba żartujesz? Żadnych chłopaków?

— Muszę ci powiedzieć, Andrews, twoje niedowierzanie nie ułatwia rozmowy na ten temat. Daj mi spokój i umówmy się na kolejną wizytę za tydzień.

— Dobra, dobra, przepraszam — powiedział, kładąc ręce na jej ramionach. Wzdrygnął się, gdy ból rozpalił jego bark. Nie chciał dokładać jej zmartwień, więc udał, że nic się nie stało. — Czekaj, co masz na myśli, mówiąc „następny tydzień”? Nie będę miał codziennych wizyt?

— Powinieneś, ale ponieważ dzisiaj mamy piątek, zaczniemy w następnym tygodniu. Poza tym nie jesteś moim jedynym pacjentem. Mam zapełniony grafik.

Cholera, co teraz? Potrzebował częstszych spotkań niż kilka dni w tygodniu.

— Może lepiej wynająć osobistego fizjoterapeutę. Wiesz, kogoś, kto będzie z tobą dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, będzie z tobą ćwiczyć i powstrzyma cię przed przetrenowaniem. Jeśli się nie zmieniłeś, nie wrzucisz na luz.

— Idealnie. Właśnie tego potrzebuję. Przy takiej opiece będę gotowy do walki. — Cofnął się z zadowolonym uśmiechem i skrzyżował ręce na piersi. — Wyślę kogoś po ciebie i twoje rzeczy.

Zeskoczyła ze