Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 260 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Echo przeszłości - Nora Roberts

Utalentowana, słynna pianistka, Vanessa wraca po śmierci ojca do rodzinnego miasteczka. Sentymentalna podróż ma pomóc uporządkować jej życie i zmierzyć się z niechęcią do matki, która pozwoliła, by ojciec rozdzielił je na lata. Bolesna przeszłość powraca też, gdy Vanessa spotyka swą pierwszą miłość, Brady’ego Tuckera. Porzucił ją w dniu balu maturalnego i nigdy mu tego nie wybaczyła. Ale nie zapomniała też, ile dla niej znaczył...

Opinie o ebooku Echo przeszłości - Nora Roberts

Fragment ebooka Echo przeszłości - Nora Roberts

Nora Roberts

Echo przeszłości

Tłumaczenie: Natalia

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Co ja tu robię? Co ja tu robię?

Vanessa po raz kolejny zastanowiła się, co skłoniło ją do powrotu w rodzinne strony. Senne miasteczko Hyattown nie zmieniło się ani trochę w ciągu dwunastu lat jej nieobecności. Wciąż leżało u stóp gór Blue Ridge, otoczone farmami i lasami. Sady jabłkowe i zielone pastwiska sięgały pierwszych zabudowań. A samo Hyattown? Ani śladu świateł na skrzyżowaniach, drapaczy chmur, porannych korków. Za to wszędzie wokoło pełno starych, solidnie zbudowanych domów, nieogrodzonych placów, radosnych dzieci biegających po spokojnych ulicach i kolorowego prania, powiewającego na sznurach.

Jest zupełnie tak, jak przed moim wyjazdem, pomyślała zdziwiona i jednocześnie zadowolona Vanessa.

Chodniki wciąż były pełne wybojów, a asfalt na ulicach kruszył się pod wpływem rozrastających się korzeni drzew. Stateczne dęby właśnie wypuściły pierwsze liście, krzewy forsycji obsypały się żółtymi kwiatami, a na wszystkich rabatach pojawiły się krokusy.

Ludzie spacerowali bez pośpiechu i często przystawali, żeby ze sobą pogawędzić. Wiele osób z ciekawością spoglądało na obcy samochód. Niektórzy nawet pozdrawiali dziewczynę siedzącą za kierownicą. Nie dlatego, że ją rozpoznali, tylko dlatego, że takie właśnie było Hyattown. Potem znów wracali do pielenia grządek, przerwanego spaceru lub pogawędki.

Vanessa uchyliła okno i wciągnęła głęboko powietrze. Pachniało świeżo skoszoną trawą, kwiatami i wilgotną ziemią. Usłyszała szczekanie psa, warkot kosiarki i śmiech bawiących się dzieci.

Kilku chłopców na rowerach minęło ją w szalonym pędzie, spiesząc do sklepu Lestera po słodycze lub lemoniadę. Pamiętała, jak sama pokonywała tę trasę niezliczoną ilość razy. To było chyba tysiąc lat temu, pomyślała ze smutkiem, czując dobrze znany, piekący ból w ściśniętym żołądku.

Co ja tu robię?

Zdumiona pokręciła głową i sięgnęła do torebki po fiolkę leków na nadkwaśność żołądka.

Ona, w przeciwieństwie do miasteczka, zmieniła się, i to bardzo. Często z trudem rozpoznawała samą siebie.

Pragnęła wierzyć, że wracając tu, postąpiła słusznie. Ale nie był to powrót do domu, pomyślała nagle rozbawiona. Nie czuła, żeby właśnie tu był jej dom. Chyba nawet nie zależało jej na tym.

Miała zaledwie szesnaście lat, gdy opuściła rodzinne strony. A raczej, gdy ojciec ją zmusił, by zamieniła senne miasteczko na nieustanny korowód wielkich miast, występów, podróży i codziennych ćwiczeń. Odwiedziła Chicago, Nowy Jork, Los Angeles, Londyn, Paryż, Bonn i Madryt. Jej życie przypominało szybką jazdę górską kolejką.

Zanim skończyła dwadzieścia lat, dzięki determinacji ojca i własnemu talentowi, stała się jedną z najmłodszych, i zarazem najsławniejszych pianistek w kraju. Zdobywała pierwsze miejsca i główne nagrody w prestiżowych konkursach. Grała dla rodzin królewskich i jadała obiady z prezydentami. Zdobyła sławę błyskotliwej, utalentowanej i pełnej temperamentu artystki. Była chłodną, elegancką, seksowną kobietą. Właśnie tak teraz wyglądała Vanessa Sexton, która skończywszy dwadzieścia osiem lat, wracała do rodzinnego miasteczka i do matki, z którą od dwunastu lat nie miała żadnego kontaktu.

Gdy wjechała na podjazd, pieczenie w żołądku się wzmogło. Nieprzyjemne uczucie towarzyszyło jej od tak dawna, że nauczyła się nie zwracać na nie uwagi.

Dom, który pamiętała z dzieciństwa, stał przed nią niezmieniony. Jedynie okiennice były świeżo pomalowane. Kamienny murek oddzielał od ścieżki ogromne kępy peonii, a przy samych ścianach usadowiły się rzędy azalii.

Vanessa siedziała bez ruchu i walczyła z przemożną chęcią ucieczki. Ostatnio coraz częściej działała pod wpływem impulsu. Chociażby kupno tego samochodu, rezygnacja z kilku występów i na koniec szalona wycieczka w przeszłość. Do tej pory jej życie było zaplanowane, czyny wyważone, a wszystko przemyślane i uporządkowane. Jako dziecko była impulsywna, jednak kariera muzyka wymagała poświęceń, więc szybko zrozumiała, jak ważna jest dobra organizacja. Dopiero teraz jasno zdała sobie sprawę, że w jej poukładanym życiu nie ma miejsca na budzenie dawnych żalów i wspomnień. Jeśli jednak teraz odwróci się i odjedzie, nigdy nie pozna odpowiedzi na pytania, które prześladowały ją od lat.

Szybko wysiadła z samochodu i sięgnęła po walizki. Nie chciała już dłużej zastanawiać się, co powinna, a czego nie powinna robić. Jeśli sprawy nie pójdą po jej myśli, po prostu wyjedzie. Wyjedzie dokądkolwiek zechce. Była dorosła, zwiedziła kawał świata i miała pieniądze. Mogłaby zamieszkać w dowolnym miejscu na kuli ziemskiej. Gdy ojciec zmarł pół roku temu, nie zostało już nic, do czego czułaby przywiązanie.

Ruszyła w stronę domu. Serce waliło jej jak młotem, lecz na zewnątrz była opanowana i trzymała się prosto. Ojciec zawsze ganił ją za zgarbione plecy. Mawiał, że prezencja muzyka jest tak samo ważna, jak grany przez niego utwór. Z podniesioną głową i prostymi ramionami wspięła się po stopniach na ganek.

Nagle drzwi otworzyły się i Vanessa zatrzymała się zaskoczona. Przed nią stała jej matka.

Przez moment zalała ją fala wspomnień. Zobaczyła siebie, jak wraca roześmiana pierwszego dnia ze szkoły, a matka stoi na ganku i już z daleka radośnie ją wita. Mała Vanessa spadła z roweru i wraca z płaczem do domu, a mama wybiega, ociera jej łzy i całuje stłuczone kolano. Vanessa, już jako nastolatka, ze szczęścia tańczy na ganku po swoim pierwszym pocałunku, a matka patrzy na córkę rozjaśnionym wzrokiem i walczy ze sobą, by nie zadawać jej pytań...

Na koniec ostatnie wspomnienie. Vanessa znów stoi na ganku, ale tym razem nie wraca do domu, lecz wyjeżdża, a matki nie ma przy niej i nikt jej nie żegna.

– Vanessa.

Loretta Sexton stała przed córką, zaciskając ze zdenerwowania dłonie. W jej kasztanowych włosach nie było śladu siwizny. Były krótsze i bardziej puszyste, niż Vanessa pamiętała. Twarz matki miała łagodne rysy i wydawała się młodsza, niż była w rzeczywistości. Nagle dziewczyna przypomniała sobie ojca. Był chorobliwie szczupły, blady i... stary.

Loretta chciała podbiec do córki i zamknąć ją w ramionach. Jednak nie mogła. Przed nią, zamiast młodej dziewczyny, którą straciła dawno temu, stała nieznana kobieta. Jest tak podobna do mnie, pomyślała, walcząc ze łzami. Silniejsza, bardziej pewna siebie, ale podobna do mnie!

Vanessa ocknęła się pierwsza. Zwalczyła tremę, tak jak robiła to setki razy przed występami, i postąpiła krok w stronę matki. W zielonych oczach obu kobiet odbiło się zaskoczenie, gdy okazało się, że są niemal tego samego wzrostu. Stały blisko siebie, ale żadna nie wyciągnęła ręki.

– Cieszę się, że pozwoliłaś mi przyjechać – zaczęła Vanessa niepewnym głosem.

– Zawsze jesteś tu mile widziana – szybko odparła Loretta i spuściła wzrok, by ukryć kłębiące się w niej uczucia. – Przykro mi z powodu twojego ojca – dodała po chwili.

– Dziękuję. – Dziewczyna sztywno skinęła głową. – Świetnie wyglądasz.

– Ja... – Loretcie zabrakło słów. – Czy... na drodze był duży ruch?

– Nie. Gdy tylko wyjechałam z Waszyngtonu, zrobiło się luźniej. W gruncie rzeczy to była całkiem przyjemna podróż.

– Na pewno jesteś zmęczona. Wejdź do domu i odpocznij.

Wszystko pozmieniała, pomyślała dziecinnie Vanessa, gdy weszła za matką do środka. Pomieszczenia wydawały się teraz jaśniejsze i bardziej przestronne. Imponujący dom, który zapamiętała, stał się bardziej przyjazny i przytulny. Tapety w ciemnych przygnębiających kolorach zastąpiono łagodnymi pastelowymi barwami. Znikły też wykładziny, by odsłonić przepiękną podłogę z sosnowych desek, którą teraz ozdabiały kolorowe dywaniki. Niektóre antyczne meble pozostały na swoich miejscach, jednak widać było, że zostały odnowione. W powietrzu unosił się zapach świeżych kwiatów. Łatwo poznać, że ten dom należy do kobiety, pomyślała zaskoczona Vanessa. I to do kobiety, która ma dobry gust i wie, czego chce.

– Może pójdziesz najpierw na górę i rozpakujesz rzeczy? – spytała Loretta. – Chyba że jesteś głodna.

– Nie. Nie jestem.

– Pomyślałam, że zechcesz zatrzymać się w swoim dawnym pokoju. Troszkę tu pozmieniałam – dodała wyjaśniającym tonem, zatrzymując się przed drzwiami pokoju na piętrze.

– Zauważyłam – ostrożnie przytaknęła Vanessa.

Loretta otworzyła drzwi i Vanessa weszła za nią do pokoju.

Nie było tu lalek ubranych w kolorowe sukienki ani pluszowych zabawek. Ze ścian znikły plakaty i pieczołowicie oprawione dyplomy. Nie było też jej wąskiego tapczanu z barwną narzutą ani biurka, przy którym spędziła tyle godzin nad arytmetyką i francuskimi słówkami. To już nie był pokój dziewczynki. To był pokój dla gościa.

Ściany miały kolor kości słoniowej z delikatnym zielonym wzorem. W oknie powiewały ażurowe firanki. W pokoju stało łóżko przykryte kapą w kolorze morskiej zieleni. Na delikatnym antycznym biureczku stał wazon z frezjami. Powietrze było przepojone zapachem kwiatów.

Zdenerwowana Loretta kręciła się po pokoju, poprawiając nienagannie rozłożoną kapę i ścierając nieistniejący kurz z bieliźniarki.

– Mam nadzieję, że będzie ci tu wygodnie. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, wystarczy, że poprosisz.

Vanessa nie mogła oprzeć się wrażeniu, że właśnie przyjechała do komfortowego i eleganckiego hotelu.

– Prześliczny pokój. Dziękuję, nic mi nie trzeba – odparła grzecznie.

– Świetnie. – Loretta kiwnęła głową i znów splotła ręce. Tak bardzo pragnęła dotknąć córki, przytulić ją choć na chwilę, ale zamiast tego zaproponowała: – Może pomóc ci się rozpakować?

– Nie – odmówiła zbyt szybko Vanessa. – Dam sobie radę – dodała łagodniej.

– W porządku. Łazienka jest...

– Pamiętam.

– Oczywiście. Będę na dole – oznajmiła z westchnieniem. Wahała się jeszcze przez chwilę, lecz w końcu zbliżyła się do Vanessy. – Witaj w domu – powiedziała i poddając się impulsowi, ujęła twarz córki w dłonie.

Potem, jakby spłoszona swoją śmiałością, wybiegła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Vanessa została sama. Siedziała sztywno na łóżku i walczyła z bólem żołądka. Czuła się tak, jakby w jej wnętrzu płonął roztopiony ołów. Przyłożyła rękę do brzucha, starając się rozluźnić napięte mięśnie. Rozejrzała się jeszcze raz dookoła. Jak to możliwe, że całe miasto pozostało niezmienione, a ten pokój, jej pokój, jest zupełnie inny? Pewnie to samo dzieje się z ludźmi, pomyślała ze smutkiem. Na pierwszy rzut oka wyglądają znajomo, lecz tak naprawdę są obcy.

Tak jak ona.

Jak bardzo różniła się od tej dziewczynki, która kiedyś tu mieszkała? Czy poznałaby samą siebie? Czy chce do tego wracać?

Z westchnieniem podniosła się z łóżka i podeszła do lustra wiszącego w rogu pokoju. Rysy twarzy i sylwetka były jej tak dobrze znane. Przed każdym koncertem uważnie studiowała swój wygląd. Musiała prezentować się nienagannie. Włosy zawsze upięte wysoko lub na karku, nigdy rozpuszczone. Makijaż widoczny, ale niezbyt jaskrawy. Suknie subtelne i eleganckie. Właśnie tak wyglądała pianistka Vanessa Sexton.

Teraz jej włosy były w lekkim nieładzie, ale przecież nie oceniał jej żaden juror. Miały ten sam kasztanowy odcień, co włosy jej matki, były jednak nieco dłuższe. Latem jaśniały trochę od słońca, a przy świetle księżyca nabierały ciemniejszej, jakby pełniejszej barwy. Tylko po napięciu malującym się na jej twarzy i cieniach pod oczami można było poznać zmęczenie. I nic dziwnego. Codzienne ćwiczenia, częste koncerty i wyjazdy nie dały jej czasu nawet na żałobę po ojcu. Smutno uśmiechnęła się do swego odbicia. Jej pełne usta były delikatnie pociągnięte błyszczącą szminką, a policzki pokryte różem. Przyjrzała się swojemu strojowi. Różowy żakiet idealnie pasował do ciemniejszej o ton spódnicy. Gdy był zapięty, nikt nie widział, że spódnica jest nieco za luźna w pasie. Zresztą nic dziwnego. W ostatnich miesiącach nie dopisywał jej apetyt.

To tylko mój publiczny wizerunek, pomyślała. Godna zaufania, zorganizowana i kompetentna dorosła osoba. Nagle zapragnęła cofnąć czas, żeby móc zobaczyć siebie jako szesnastoletnią dziewczynę. Wesołą, rozmarzoną i pełną nadziei. Znów westchnęła i zabrała się do rozpakowywania walizek.

Nie powinnam już dłużej kryć się w pokoju, pomyślała, przyglądając się równiutko poukładanym rzeczom. W końcu przyjechałam, żeby przekonać się, czy coś jeszcze łączy mnie z matką. Nie będę mogła tego sprawdzić, jeśli cały dzień przesiedzę w pokoju.

Gdy schodziła po schodach, usłyszała cichą muzykę płynącą z radia. Pomyślała, że pewnie matka coś gotuje. Pamiętała, że Loretta przy pracy w kuchni lubiła słuchać popularnej muzyki. To zawsze denerwowało ojca Vanessy.

Ruszyła w stronę kuchni. Jednak, żeby tam się dostać, musiała przejść przez salonik muzyczny.

Kiedyś stał w nim fortepian i wielka szafa na zeszyty z nutami, ale teraz salonik wyglądał zupełnie inaczej. Pod ścianą stały krzesła z miękkimi obiciami, a w rogu pokoju dostrzegła przeszkloną szafkę. Na kruchym z wyglądu stoliczku puszyła się jakaś zielona roślina o bujnych liściach. Kilka obrazów ozdabiało ściany, a na wprost okien stała zabytkowa sofa.

Wszystkie meble otaczały stojący pośrodku pokoju zgrabny szpinet z różanego drewna. Vanessa, nie mogąc się oprzeć, podeszła do instrumentu. Usiadła i się zamyśliła się. Po chwili zaczęła cichutko grać. Popłynęły tony etiudy Szopena. Klawisze stawiały opór, więc szybko zrozumiała, że instrument nie był używany. Czyżby matka kupiła go, dopiero gdy otrzymała list z informacją o jej przyjeździe? Vanessa westchnęła, wstała i poszła do kuchni.

Miała rację. Matka rzeczywiście szykowała jakąś sałatkę w wielkiej zielonej misie. Właśnie dekorowała ukończone dzieło. Loretta zawsze lubiła ładne rzeczy, pomyślała Vanessa. Zresztą łatwo to było zauważyć. Na kuchennym stole leżały wyszywane serwetki, stała filigranowa cukierniczka i kompozycja z kolorowych kwiatów. W przeszklonej gablotce widniał piękny serwis z kruchej porcelany.

Gdy Loretta odwróciła się, po jej zaczerwienionych oczach łatwo było poznać, że płakała. Zauważyła córkę i lekko się uśmiechnęła.

– Wiem, że nie jesteś głodna – odezwała się łagodnym głosem. – Pomyślałam jednak, że odrobina sałatki i mrożona herbata nie mogą zaszkodzić.

– Dziękuję – odparła Vanessa i zdobyła się na uśmiech. – Dom wygląda prześlicznie. Wydaje się większy i bardziej przestronny.

Loretta wyłączyła radio i przyjrzała się córce. Szkoda, że już nie gra radio, pomyślała Vanessa, bo teraz nie było nic, oprócz ich rozmowy, co mogłoby wypełnić ciszę. Usiadły naprzeciw siebie przy kuchennym stole.

– Przedtem było tu za dużo ciemnych kolorów – wyjaśniła Loretta. – I mebli, które wyglądały zbyt masywnie. Czasem czułam, jakby pokój chciał mnie pochłonąć – wyznała i zawstydziła się swoich słów. – Oczywiście, kilka z nich zostawiłam. Głównie te, które należały do twojej babci. Trzymam je na strychu. Pomyślałam, że może zechcesz je kiedyś zabrać do siebie... – zaczęła się szybko tłumaczyć.

– Może kiedyś – pokiwała głową Vanessa, nie chcąc rozwijać tego tematu. – A co się stało z fortepianem?

– Już dawno go sprzedałam – odparła matka i nałożyła sałatkę na dwa talerzyki. – Wydało mi się niemądre, żeby zatrzymać instrument, na którym już nikt nie będzie grał. Zresztą nigdy go nie lubiłam – wyznała szczerze i znów się zawstydziła, słysząc własne słowa. – Przykro mi.

– Nie szkodzi. Rozumiem.

– Nie sądzę. – Loretta pokręciła przecząco głową. – Nie potrafiłabyś tego pojąć.

Vanessa nie była jeszcze gotowa na taką rozmowę. Dlatego nie odezwała się, tylko zabrała do jedzenia.

– Mam nadzieję, że szpinet jest w porządku – zagadnęła po chwili matka. – Nie znam się na instrumentach.

– Jest piękny – powiedziała szczerze dziewczyna.

– Człowiek, który mi go sprzedał, zapewniał, że jest doskonałej jakości. Wiem, że musisz ćwiczyć, więc go kupiłam. Ale jeśli ci nie odpowiada, wystarczy, że...

– Jest w porządku – zapewniła matkę. Przez chwilę jadły w ciszy, aż Vanessa poczuła potrzebę przerwania kłopotliwego milczenia. – Miasto wcale się nie zmieniło. Czy pani Gaynor wciąż mieszka na rogu ulicy?

– Tak – Loretta z widoczną ulgą podjęła błahy temat. – Ale państwo Breckenridgesowie gdzieś się przeprowadzili, a ich dom kupiło przemiłe małżeństwo. Mają trójkę dzieci. Najmłodszy idzie w tym roku do szkoły. Niezły z niego urwis. A pamiętasz chłopaka Hawbakerów? Kiedyś się nim opiekowałaś.

– Pamiętam, że dostawałam dolara za godzinę pilnowania diabła w ludzkiej skórze.

– O! To właśnie ten – ucieszyła się matka. – Zdobył stypendium na studia.

– Niemożliwe.

– Był u mnie w święta i pytał o ciebie. I Joanie wciąż też tu jest – dodała ciszej.

– Joanie Tucker?

– Teraz już Joanie Knight – poprawiła ją Loretta. – Trzy lata temu wyszła za Jacka Knighta. Mają śliczne maleństwo.

– Joanie – wymruczała w zamyśleniu Vanessa – ma dziecko...

Odkąd pamiętała, Joanie była jej najbliższą przyjaciółką, powiernicą i niezawodną partnerką we wszystkich dziecięcych wygłupach.

– Ich córeczka ma na imię Lara. Mieszkają na farmie pod miastem. Z pewnością chcieliby cię zobaczyć.

– Tak. Z chęcią ich odwiedzę – przytaknęła Vanessa i pierwszy raz od długiego czasu poczuła, że ma okazję zrobić coś, co rzeczywiście sprawi jej przyjemność. – A jak się miewają jej rodzice?

– Emily zmarła osiem lat temu.

– Och! – Dziewczyna instynktownie sięgnęła, by pogładzić dłoń matki. Wiedziała, że tak jak Joanie dla niej, tak Emily dla Loretty była najukochańszą przyjaciółką. – Tak mi przykro – powiedziała współczująco.

– Wciąż za nią tęsknię – ze smutkiem przyznała Loretta i gdy spojrzała na ich splecione dłonie, uśmiechnęła się przez łzy.

– Była najmilszą kobietą, jaką znałam. Szkoda, że... – zaczęła Vanessa i gwałtownie urwała. Już nic nie poradzi, za późno na żale. – A jak to zniósł doktor Tucker?

– Już jest lepiej – zapewniła córkę i stłumiła żal, gdy ta cofnęła rękę. – Ale na początku Abraham strasznie cierpiał. Dopiero rodzina i praca pozwoliły mu dojść do siebie. Będzie zachwycony, mogąc cię znów zobaczyć, Van.

Od lat nikt nie zwracał się do niej, używając tego zdrobnienia. Poczuła przyjemne ciepło.

– Czy wciąż ma gabinet w domu?

– Oczywiście. Ale ty nic nie jesz! Może wolisz coś innego? – spytała Loretta, patrząc na nietkniętą potrawę na talerzu córki.

– Nie, nie – szybko zaprzeczyła i z poczucia obowiązku nabrała trochę sałatki.

– Nie pytasz, jak tam Brady?

– Nie – pokręciła głową Vanessa i włożyła do ust niewielką porcję sałatki. – Wcale mnie to nie interesuje.

Loretta jednak poznała po wyrazie twarzy córki, że to nieprawda. Ucieszyła się, że Vanessa nie zmieniła się tak bardzo, jak myślała. Wciąż miała tę samą mimikę twarzy. Niewielka zmarszczka między brwiami i wydęcie warg ją zdradziło.

– Brady Tucker poszedł w ślady ojca – oznajmiła od niechcenia.

– Jest lekarzem? – nie wytrzymała Vanessa.

– O, tak. I zdobył wysokie stanowisko w szpitalu w Nowym Jorku. Chyba kierownicze, jeśli dobrze zrozumiałam słowa Abrahama.

– Zawsze myślałam, że Brady źle skończy. – Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Wszyscy tak myśleli – przytaknęła matka ze śmiechem. – Ale stał się odpowiedzialnym i godnym szacunku młodym człowiekiem. Oczywiście, wciąż jest zbyt przystojny, żeby mu to wyszło na zdrowie.

– Albo komukolwiek innemu – wymruczała pod nosem Vanessa.

– Tak, kobietom zawsze było ciężko oprzeć się takiemu wysokiemu, ciemnowłosemu i przystojnemu hultajowi.

– Raczej łobuzowi.

– Tak naprawdę to on nigdy nie zrobił nic złego – zauważyła łagodnie Loretta. – Oczywiście, czasem wyprowadzał rodziców z równowagi. Cóż, właściwie robił to na okrągło – przyznała w końcu ze śmiechem, widząc minę córki. – Ale zawsze troszczył się o siostrę. Za to go lubiłam. I podkochiwał się w tobie...

– Brady interesował się wszystkim, co miało na sobie spódniczkę i przed nim nie uciekało – jadowicie wytknęła Vanessa.

– Cóż, to prawo młodości – odparła nieco zamyślona Loretta i przyjrzała się córce. – Emily wyznała mi, że przez długi czas chodził przybity po tym, jak... kiedy z ojcem wyjechałaś do Europy.

– To dawne dzieje – ucięła Vanessa i wstała.

– Ja posprzątam! – zawołała matka, zrywając się z miejsca. – To twój pierwszy dzień w domu po długiej nieobecności i myślałam, że może trochę pograsz. Chciałabym znów usłyszeć twoją muzykę.

– Dobrze.

– Van?

– Słucham?

– Chcę, żebyś wiedziała, że jestem z ciebie dumna – wyznała Loretta, jednocześnie zastanawiając się, czy Vanessa jeszcze kiedyś zacznie się do niej zwracać „mamo”.

– Naprawdę?

– Oczywiście – przytaknęła, żałując, że nie ma dość odwagi, by podbiec i uściskać córkę. – Tylko chciałabym, żebyś była szczęśliwa.

– Jestem wystarczająco szczęśliwa.

– A powiedziałabyś mi, gdyby było inaczej?

– Nie wiem – przyznała. – Wydajemy się sobie takie obce...

– Mam nadzieję, że zostaniesz tak długo, dopóki się to nie zmieni, dobrze? – poprosiła Loretta po tym szczerym, ale bolesnym wyznaniu córki.

– Wróciłam, bo potrzebuję paru odpowiedzi. Ale jeszcze nie jestem gotowa pytać.

– Potrzeba nam czasu – zgodziła się matka. – Ale wierz mi, że wszystko, co robiłam, starałam się robić z myślą o tobie.

– Ojciec też mówił, że wszystko robi dla mojego dobra – wyznała gorzko Vanessa. – Dziwna sprawa, że nawet teraz, kiedy jestem dorosła, nie mam pojęcia, co by to mogło być.

Wyszła z kuchni, kierując się wprost do pokoju, w którym był szpinet. Znów odezwał się ból, palący i szarpiący wnętrzności. Z przyzwyczajenia wyciągnęła fiolkę leków, które zawsze nosiła przy sobie, i bez zastanowienia łyknęła pastylkę. Podeszła do szpinetu, usiadła i zaczęła grać z pamięci. By się uspokoić, zaczęła od „Księżycowej sonaty” Beethovena. Pamiętała, że w tym pokoju wiele razy grała ten utwór. Grała go z miłości do muzyki, ale też wiele razy z obowiązku, gdyż tego od niej oczekiwano.

Zawsze miała mieszane uczucia w stosunku do muzyki. Kochała ją, a odkąd dorosła, pragnęła tworzyć własne kompozycje. Lecz często, zbyt często, powodowała nią desperacka potrzeba zadowolenia ojca i osiągnięcia takiej doskonałości, jakiej oczekiwał ten bezkompromisowy człowiek. Teraz wiedziała, że było to po prostu niemożliwe.

Ojciec nie rozumiał, że muzyka jest jej miłością, nie powołaniem. Vanessa lubiła grać i wyrażać w ten sposób siebie, ale nigdy nie zależało jej, by zostać najlepszą pianistką. Kilka razy próbowała mu to wyjaśnić, lecz nie chciał słuchać jej tłumaczeń, niecierpliwił się i wpadał w furię. A Vanessa, choć znana ze swego uporu i trudnego charakteru, nie miała dość siły ani chęci, by sprzeciwić się despotycznemu ojcu.

Skończyła grać Beethovena i przerzuciła się na Bacha. Przymknęła oczy i poddała się muzyce. Grała już prawie godzinę, zachwycona pięknem i delikatnością tej genialnej kompozycji. Właśnie tego nie rozumiał jej ojciec. Vanessa mogła grać tylko dla swojej przyjemności i to wystarczało jej, aby czuła się szczęśliwa. Natomiast panicznie bała się i wprost nie znosiła grania w świetle jupiterów.

Jednocześnie ze zmianą nastroju, zmieniła się też melodia. Teraz wybrała Mozarta, gdyż jego utwory były szybsze i wymagały większej pasji. Żywa, pełna ekspresji muzyka płynęła spod jej palców wykonujących szalony taniec na klawiszach szpinetu. Gdy przebrzmiał ostatni akord, Vanessa odczuła taką radość, o której istnieniu dawno już zdążyła zapomnieć.

Przez chwilę delektowała się tym uczuciem, aż nagle usłyszała ciche brawa. Odwróciła się, zaskoczona. Na jednym z filigranowych krzeseł siedział mężczyzna. Poznała go bez trudu, jakby wcale nie minęło dwanaście lat od ich ostatniego spotkania.

– Niesamowite. – Zdumiony Brady Tucker wstał i podszedł do dziewczyny. – Zupełnie nieziemskie – mówił dalej, otoczony aureolą słonecznych promieni, które przez rozchylone zasłony wpadały do pokoju. – Witaj w domu, Van.

– Brady – wymruczała, wstając. – Ty draniu! – krzyknęła i z całej siły uderzyła go pięścią w żołądek.

Mężczyzna na moment stracił oddech, cofnął się gwałtownie, skulił i usiadł na podłodze.

Vanessa z satysfakcją obserwowała, jak z trudem łapie powietrze.

– Miło cię widzieć – jęknął, siedząc u jej stóp.

– Co, do diabła, tu robisz? – syknęła.

– Twoja matka mnie wpuściła – oznajmił po kilku ostrożnych oddechach i wstał. – Nie chciałem przeszkadzać, więc po prostu usiadłem i czekałem, aż skończysz grać. Nie sądziłem, że zostanę tak dotkliwie ukarany... za podsłuchiwanie – powiedział, patrząc na nią niebieskimi, rozbawionymi oczami.

– Powinieneś bardziej uważać – wytknęła mu, uśmiechając się mściwie. – Nie wiedziałam, że jesteś w mieście. Zaskoczyłeś mnie...

Vanessa przyglądała się mężczyźnie. Cieszyła się, że choć w części udało jej się odpłacić mu bólem za to, co jej zrobił. Był wysoki, musiała więc zadzierać głowę, by móc patrzeć mu w oczy. Upływ czasu nie zaszkodził jego urodzie. Wprost przeciwnie, Brady z wiekiem robił się coraz bardziej pociągający. Głos także mu się nie zmienił. Wciąż był głęboki i uwodzicielski. Już za to miała ochotę uderzyć go jeszcze raz.

– Mieszkam tu – powiedział i zapatrzył się na zmysłowe wydęcie ust Vanessy. – Przeprowadziłem się ponad rok temu. Czy wolno mi powiedzieć, że wspaniale wyglądasz, czy powinienem od razu się osłonić?

– Oczywiście, że możesz – przyzwoliła łaskawie.

– Więc dobrze. Wyglądasz wspaniale. Może jesteś tylko trochę za szczupła.

– Czy to pańska fachowa opinia, panie doktorze? – zakpiła i jeszcze bardziej wydęła wargi.

– A żebyś wiedziała.

Wykorzystując chwilowe zawieszenie broni, Brady ostrożnie usiadł obok Vanessy. Poczuł zapach jej perfum, subtelny i uwodzicielski zarazem. Ona wciąż mnie pociąga, pomyślał bez zdziwienia. Chociaż siedziała od niego na wyciągnięcie ręki, czuł, jakby dzielił ich ocean.

– Ty też nieźle wyglądasz – powiedziała uczciwie, choć wolałaby, żeby te słowa nie były aż tak prawdziwe.

Wciąż był szczupły i wysportowany. Jego twarz nie była już tak gładka jak kiedyś, ale te kilka zmarszczek i cień zarostu tylko dodawały mu uroku. W ciemnych włosach nie było ani śladu siwizny, a gęste rzęsy wydały jej się jeszcze dłuższe niż kiedyś. Ręce Brady'ego były tak samo silne i piękne jak wtedy, gdy pieściły ją pierwszy raz. Ale to było dawno temu, upomniała siebie surowo i splotła dłonie, układając je na kolanach.

– Matka powiedziała mi, że masz posadę w Nowym Jorku.

– Miałem – przytaknął i zamyślił się na chwilę.

Przy tej kobiecie czuł się jak uczniak. A może nawet i gorzej. Dwanaście lat temu przynajmniej wiedział, jak z nią postępować. Albo tak mu się tylko wydawało.

– Wróciłem, aby pomóc ojcu w jego prywatnej praktyce – dodał po chwili. – Chciałby za rok lub dwa przejść na emeryturę.

– Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić. Ty wracasz tu jako lekarz, a doktor Tucker przechodzi na emeryturę. – Vanessa ze zdumieniem kręciła głową.

– Cóż, czasy się zmieniają – powiedział Brady, wzruszając ramionami.

– O, tak. – Kiwnęła głową i wstała, nie mogąc już dłużej znieść jego bliskości. W myślach ganiła się za odruchy spłoszonej nastolatki.

– Ja na początku studiów medycznych też nie mogłem sobie wyobrazić siebie jako statecznego lekarza.

Vanessa ze zmarszczonymi brwiami przyjrzała się jego strojowi. Miał na sobie dżinsy, koszulkę z krótkim rękawem i sportowe buty – zupełnie takie same, jakie miał zwyczaj nosić w szkole.

– Nie wyglądasz mi na doktora.

– Chcesz zobaczyć mój stetoskop? – Ironia w jego głosie była doskonale słyszalna.

– Nie. – Vanessa nie zamierzała reagować na jego zaczepki. – Słyszałam, że Joanie wyszła za mąż.

– Tak. I ze wszystkich tutejszych mężczyzn wybrała Jacka Knighta. Pamiętasz go?

– Chyba nie.

– Był w starszej klasie, chyba rok wyżej ode mnie. Gwiazda futbolu. Szykował się na zawodowca, ale załatwił sobie kolano...

– Czy to nowy termin medyczny? – zakpiła Vanessa.

– Być może – odparł z uśmiechem.

Vanessa dostrzegła małą przerwę między jego przednimi zębami, która kiedyś tak bardzo ją pociągała.

– Joanie oszaleje ze szczęścia, gdy ją odwiedzisz, Van.

– Ja też chcę się z nią spotkać – zapewniła.

– Mam jeszcze kilku pacjentów, ale powinienem skończyć do szóstej. A może wyskoczymy gdzieś na późny obiad, a potem zawiozę cię na farmę? Co ty na to?

– Chyba nie skorzystam – prychnęła.

– Dlaczego? – zdziwił się Brady.

– Bo kiedy ostatni raz się z tobą umówiłam, zaprosiłeś mnie na swój bal maturalny i wystawiłeś do wiatru!

– Długo chowasz urazę – powiedział. Wstał i wepchnął ręce do kieszeni.

– Tak.

– Van, miałem wtedy osiemnaście lat – tłumaczył łagodnie. – A poza tym nie zachowałem się tak bez powodu.

– To już nieważne – burknęła, czując, że znów zaczyna ją boleć żołądek. – Chodzi o to, że nie mam zamiaru zaczynać tam, gdzie przerwaliśmy.

– Nie o to mi chodziło – odparł i obrzucił Vanessę zamyślonym spojrzeniem.

– I dobrze. Każde z nas ma własne życie, Brady. I lepiej niech tak zostanie.

Powoli pokiwał głową

– Zmieniłaś się bardziej, niż myślałem – powiedział.

– Owszem – przytaknęła i odwróciła się, żeby wyjść z pokoju. Zatrzymała się jednak i znów spojrzała na Brady'ego. – Oboje się zmieniliśmy. Mam nadzieję, że pamiętasz drogę do drzwi?

– Jasne – rzucił w przestrzeń, bo Vanessa z dumnie uniesioną głową już wyszła z pokoju.

Pamiętał drogę do wyjścia. Jedyna rzecz, o której na swoje nieszczęście zapomniał, to minki Vanessy, które wciąż robiły na nim spore wrażenie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Farma Knightów była położona na kilku pagórkach. Gdy Vanessa zjechała na prywatną drogę wiodącą do zabudowań, mogła swobodnie podziwiać widoki. Brązowe plamy zaoranych pól przeplatały się malowniczo z zielonymi pastwiskami. Krowy stały, przeżuwając, zbyt leniwe, by obejrzeć się za przejeżdżającym samochodem. Natomiast zaaferowane gęsi zerwały się znad strumienia i z głośnym wrzaskiem pobiegły za autem.

Wyboista żwirowa droga zaprowadziła Vanessę pod sam dom. Zatrzymała auto, zgasiła silnik i uchyliła okno. Z przyjemnością chłonęła znajome dźwięki. Z oddali dochodził warkot pracującego na polu traktora, bliżej słychać było szczekanie rozbawionego psa.

Może to nie było mądre z jej strony, lecz denerwowała się tą wizytą. Przed nią stał dwupiętrowy dom ze smukłymi kominami i skrzypiącymi gankami. Tu mieszkała jej najdroższa i najstarsza przyjaciółka, z którą przed laty dzieliła każdą myśl, sekret, każde marzenie i rozczarowanie.

Vanessa jednak zdawała sobie sprawę, że to zamierzchłe dzieje. Dwie nastolatki, stojące na progu kobiecości, wszystko mogły odczuwać silniej i bardziej emocjonalnie. Kto wie, co stałoby się z ich przyjaźnią, gdyby mogły dalej się ze sobą widywać? Nie dano im jednak tej szansy. Wielka przyjaźń została gwałtownie i całkowicie zerwana. Od tamtej chwili każda z nich wiodła swoje własne życie.

W tym czasie zdarzyło się tak wiele, pomyślała Vanessa. Po chwili zastanowienia uznała, że licząc na odnowienie ich przyjaźni, była naiwna i zbyt optymistycznie nastawiona. Teraz powinna przygotować się na rozczarowanie.

Wysiadła z samochodu i niepewnie wspięła się po kilku skrzypiących drewnianych stopniach.

Zanim zdążyła zapukać, drzwi otworzyły się z impetem. Kobieta, która się w nich ukazała, ożywiła w umyśle Vanessy wiele wspomnień i obrazów. Jednak, zupełnie inaczej niż przy spotkaniu z matką, nie było w nich zmieszania i żalu.

Joanie nic się nie zmieniła, pomyślała. Wciąż była zgrabna i miała krągłe kształty, których Vanessa tak jej zazdrościła, gdy były nastolatkami. Joanie, jak przed laty, nosiła krótko obcięte włosy, teraz ułożone w fantazyjny bałagan wokół ślicznej twarzy. Jej czarne włosy i niebieskie oczy sprawiały, że była uderzająco podobna do brata. Miała tylko łagodniejsze rysy i pięknie wykrojone usta, które w szkole kusiły jednakowo wszystkich chłopców.

Vanessa chciała się odezwać, lecz Joanie nagle wydała zduszony okrzyk i rzuciła się w objęcia przyjaciółki. Ściskały się, jednocześnie płacząc i śmiejąc się przez łzy. W tym szalonym wybuchu radości lata rozłąki zdawały się blednąć i odchodzić w niepamięć. Obie kobiety, przyglądając się sobie z niedowierzaniem, usiłowały urywanymi zdaniami powiedzieć sobie wszystko naraz.

– Nie mogę uwierzyć, że wreszcie jesteś!

– Tak tęskniłam... Wyglądasz... Przepraszam, wybacz mi!

– Kiedy usłyszałam, że przyjeżdżasz... – Joanie urwała i pokręciła tylko głową. – Och, jak cudownie znów cię zobaczyć, Van! – zawołała szczęśliwa.

– Bałam się przyjechać – wyznała Vanessa, ocierając mokre od łez policzki.

– Dlaczego?

– Bo myślałam, że przywitasz mnie grzecznie, zaproponujesz, żebym wstąpiła na herbatę, a potem będziemy siedziały w ciszy, myśląc, jak się już grzecznie pożegnać.

– A ja myślałam... – zaczęła Joanie i przerwała, żeby wydmuchać nos w zmiętą chusteczkę, którą ściskała w dłoni. – Myślałam, że w norkach i diamentowej kolii wpadniesz do mnie z poczucia obowiązku.

– Norki zostały w szafie – zażartowała Vanessa, pociągając nosem.

– Wchodź, wchodź – ocknęła się w końcu Joanie i pociągnęła przyjaciółkę do wnętrza. – Zaparzę herbatę – powiedziała i wybuchnęła śmiechem, przypominając sobie niedawne słowa Vanessy.

Przestronny hol prowadził do salonu. Vanessa ciekawie rozejrzała się dookoła. Wśród spłowiałych sof, błyszczących mahoniowych mebli, perkalowych zasłon i wielobarwnych dywaników widać było ślady bytności dziecka. Na podłodze poniewierały się niedbale rzucone pluszowe zabawki, a na stolikach leżały grzechotki i gryzaczki. Vanessa, nie mogąc się oprzeć, sięgnęła po czerwoną grzechotkę.

– Masz córeczkę – szepnęła.

– Ma na imię Lara – odparła Joanie z uśmiechem. – Jest cudowna. Zaraz obudzi się z porannej drzemki. Już nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczysz.

– A ja wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteś matką – szepnęła Vanessa, potrząsając grzechotką.

– A ja już przywykłam. – Zaśmiała się i posadziła przyjaciółkę obok siebie na sofie. – To niesamowite, że w końcu przyjechałaś. Sławna pianistka, ozdoba wszystkich sal koncertowych, stale podróżująca Vanessa Sexton w moich skromnych progach!

– Och, nie. Tamta Vanessa została w Waszyngtonie.

– Nie bądź taka i daj mi się tobą nacieszyć choć przez chwilę – zażądała Joanie z udawanym oburzeniem. – Jesteśmy z ciebie tacy dumni. Całe miasto o tobie mówi. Na pewno napiszą coś w gazecie albo pokażą w lokalnych wiadomościach. Czy masz pojęcie, że jesteś teraz jedynym łącznikiem Hyattown ze światem?

– Jaki tam ze mnie łącznik – mruknęła Vanessa z przekąsem. – Wasza farma jest cudowna – szybko zmieniła krępujący temat.

– Prawda? A popatrz, zawsze myślałam, że będę mieszkać w jednym z drapaczy chmur w Nowym Jorku, planować służbowe kolacje i walczyć o taksówkę w godzinach szczytu.

– To jest lepsze – odparła Vanessa, zataczając dłonią krąg i sadowiąc się wygodniej. – O wiele lepsze.

– Dla mnie chyba tak – w zamyśleniu przytaknęła Joanie, zdjęła tenisówki i usiadła po turecku na sofie. – Pamiętasz Jacka?

– Nie bardzo. Nawet nie pamiętam, żebyś mi o nim kiedykolwiek opowiadała – powiedziała Vanessa i ciekawie spojrzała na przyjaciółkę.

– Jeszcze go wtedy nie znałam. Gdy my zaczynałyśmy, on akurat kończył szkołę. Widywałam go z rzadka na korytarzu w czasie przerw. Sama pamiętam tylko jego szerokie ramiona i rozwichrzoną fryzurę w czasie sezonu piłkarskiego – powiedziała i uśmiechnęła się do swoich wspomnień. – Spotkałam go ponownie dopiero jakieś cztery lata temu, kiedy pomagałam ojcu w gabinecie, bo Millie była akurat chora. Pamiętasz Millie?

– O, tak – przytaknęła Vanessa i uśmiechnęła się na wspomnienie solidnej aż do przesady pielęgniarki, pracującej przed laty w gabinecie doktora Abrahama Tuckera.

– Właśnie. – Joanie wesoło pokiwała głową, podzielając rozbawienie Vanessy. – No i słuchaj, stoję w samym środku sobotniego zamieszania i uspokajam pacjentów, a tu nagle wchodzi Jack. Wielki, barczysty, w rozchełstanej sportowej kurtce i zaczyna rzęzić. Miał zapalenie krtani i próbował wyjaśnić mi, pół szeptem, pół na migi, że choć nie jest zapisany, musi natychmiast zobaczyć się z doktorem Tuckerem. Jakoś wcisnęłam go między ból ucha i świnkę. Ojciec zbadał go i coś tam mu przepisał. Po kilku godzinach Jack zjawił się ponownie z bukiecikiem nieco zmiętych fiołków i z jakąś karteczką. Okazało się, że chciał mnie zaprosić do kina. Jak mogłam się oprzeć? – sapnęła Joanie, niemal dusząc się ze śmiechu.

– Zawsze byłaś miękka – przyznała ze śmiechem Vanessa.

– Nie musisz mi przypominać – skrzywiła się Joanie i teatralnie przewróciła oczami. – Cóż, zanim się obejrzałam, już jeździłam w poszukiwaniu wymarzonej sukni ślubnej i uczyłam się na pamięć nazw sztucznych nawozów! Ale przestańmy już gadać o mnie. Teraz ty mów. Chcę wszystko wiedzieć.

– Żmudne ćwiczenia, koncerty, podróże – wyliczyła bez zastanowienia Vanessa i wzruszyła ramionami.

– Samolot z Londynu do Madrytu, a potem do Mozambiku – wtrąciła rozmarzona Joanie.

– Cały czas w hotelach i na walizkach – dokończyła za nią Vanessa. – To wcale nie jest takie fascynujące, na jakie wygląda – wyznała z goryczą.

– Nie, skądże. Zgaduję, że nie ma nawet co tego porównywać z życiem na wsi. Każdemu mogą obrzydnąć koncerty dla koronowanych głów i nocne eskapady z milionerami.

– Nocne eskapady? – Vanessa serdecznie się roześmiała. – Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek robiła coś takiego.

– Nie podcinaj mi skrzydeł, Van – jęknęła Joanie i pogłaskała ramię przyjaciółki.

Vanessa pamiętała, że wszyscy Tuckerowie lubili dotykać ludzi. Ten znajomy gest rozczulił ją do tego stopnia, że nie była w stanie się odezwać.

– Przez lata wyobrażałam sobie, jak błyszczysz w towarzystwie, jak wszystkie sławy zielenieją z zazdrości na twój widok i jak tysiące złamanych serc ścielą ci się do stóp – Joanie mówiła dalej, nieświadoma zamętu w duszy przyjaciółki.

– Może z daleka tak to wygląda, ale moje życie składało się głównie z grania i pośpiesznego pakowania, by zdążyć na samolot.

– Dzięki temu trzymasz formę – z zazdrością zauważyła Joanie. – Mogłabym się założyć, że wciąż nosisz ten sam rozmiar co kiedyś.

– Zawsze miałaś bujniejsze kształty.

– Ciekawa jestem, co powie Brady na twój widok.

– Widzieliśmy się wczoraj – na pozór niedbale wyznała Vanessa.

– Naprawdę? A on do mnie nie zadzwonił! I jak poszło?

– Stłukłam go.

– Co? – Joanie najpierw zakrztusiła się, a potem wybuchnęła śmiechem. – Stłukłaś? Dlaczego?

– Za to, że najpierw zaprosił mnie na swój bal maturalny, a potem wystawił do wiatru bez słowa wyjaśnienia.

– Za jego bal maturalny... – zaczęła i urwała, ponieważ Vanessa nagle wstała z sofy i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju.

– Nigdy w życiu nie byłam tak wściekła, jak wtedy. I nic mnie nie obchodzi, że teraz to może wydawać się głupie. Na niczym innym tak mi nie zależało. Byłam pewna, że to będzie najważniejsza, najpiękniejsza i najbardziej romantyczna noc w moim życiu. Sama wiesz, jak długo szukałyśmy idealnej sukni.

– Wiem – mruknęła Joanie.

– Tak długo czekałam na tę noc. Właśnie odebrałam prawo jazdy i pojechałam do fryzjera aż do Frederick. Nawet wpiął mi kwiatek we włosy – westchnęła i pogładziła dłonią miejsce za uchem. – Och, wiedziałam, że Brady jest nieodpowiedzialny i nie można na nim polegać. Ojciec powtarzał mi to tysiące razy. Nigdy jednak nie przypuszczałam, że mógłby mi zrobić coś takiego.

– Ale Van...

– Przez dwa następne dni nie wychodziłam z domu. Byłam zraniona i prawie chora ze wstydu. A w dodatku moi rodzice tak strasznie się wtedy pokłócili. To było okropne. A potem ojciec zabrał mnie do Europy...

Joanie w zamyśleniu przygryzła wargę. Mogła to i owo wyjaśnić Vanessie, ale po chwili uznała, że Brady powinien jej sam o tym powiedzieć.

– Może nie wiesz o wszystkim – zasugerowała przyjaciółce.

– Nieważne. To było dawno temu – powiedziała już nieco spokojniej Vanessa i z powrotem usiadła na sofie. – Poza tym trochę mi ulżyło, gdy walnęłam go prosto w żołądek.

– Szkoda, że tego nie widziałam. – Joanie westchnęła żałośnie.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że Brady został lekarzem. – Vanessa pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Cóż, wydaje mi się, że on sam był tym najbardziej zaskoczony.

– To dziwne, że się nie ożenił. Czy coś w tym stylu... – Zamyślona Vanessa zmarszczyła brwi.

– Czy coś w tym stylu? – powtórzyła ze śmiechem Joanie. – Za to nie dam głowy, ale rzeczywiście się nie ożenił. Jednak odkąd wrócił do miasta, większość kobiet częściej zagląda do gabinetu lekarskiego.

– Nie dziwię się – mruknęła Vanessa.

– W każdym razie ojciec jest zachwycony. O, właśnie! Widziałaś się z nim?

– Nie, najpierw chciałam się spotkać z tobą – wyznała i ujęła dłoń przyjaciółki. – Przykro mi z powodu twojej matki. Do wczoraj nic nie wiedziałam.

– Przez parę lat było ciężko. Ojciec był zupełnie zagubiony. Zresztą chyba jak my wszyscy. Wiem, że i ty straciłaś ojca.

– Już od dawna źle się czuł. Nie wiedziałam, że to tak poważne, aż... aż pewnego dnia okazało się, że nie ma już szans – zwierzyła się Vanessa i ochronnym gestem przyłożyła rękę do zaczynającego boleć żołądka. – Rzuciłam się w wir pracy, bo wiedziałam, jakie to zawsze było dla niego ważne.

– Wiem... – Joanie zamierzała powiedzieć coś jeszcze, lecz nagle usłyszały gaworzenie dziecka. – Mała się obudziła. Za minutkę wracam! – zawołała i wybiegła z pokoju.

Vanessa wstała z sofy i zaczęła przechadzać się po pokoju. Pomieszczenie było pełne miłych drobiazgów. Na półkach stały książki o rolnictwie i wychowaniu dzieci, na ścianach wisiały zdjęcia ze ślubu i chrztu dziecka. Zauważyła też zabytkową wazę z porcelany, którą pamiętała z domu Tuckerów. Wyjrzała przez okno. Za stodołą w pełnym słońcu spokojnie pasły się krowy. Widok jak z obrazka, pomyślała.

– Van?

Odwróciła się i ujrzała Joanie, stojącą w drzwiach. Dziecko, które trzymała na rękach, zabawnie machało nóżkami. Przy każdym ruchu małej dzwoniły dzwoneczki, przywiązane do sznurówek jej bucików.

– Och, Joanie, jaka ona śliczna!

– Wiem – przyznała dumna mama i pocałowała główkę Lary. – Chcesz ją potrzymać?

– No pewnie! – zawołała Vanessa i wyciągnęła ręce po dziewczynkę. – Urocze maleństwo.

Gdy Lara przestała podejrzliwie przyglądać się nieznajomej, znów zaczęła machać nóżkami. Po chwili Vanessa, nie mogąc się oprzeć, uniosła dziecko nad głowę i obróciła się parę razy. Zachwycone niemowlę roześmiało się na głos.

– Spodobałaś się jej. – Zadowolona Joanie pokiwała głową. – Wciąż jej powtarzałam, że już niedługo pozna swoją matkę chrzestną.

– Matkę chrzestną? – zdziwiła się Vanessa.

– Oczywiście – przytaknęła Joanie i pogładziła córeczkę po główce. – Jak tylko się urodziła, wysłałam do ciebie list. Wiedziałam, że nie będziesz mogła przyjechać na chrzciny, więc wzięłam za ciebie zastępstwo. Ale to ty i Brady jesteście jej chrzestnymi rodzicami... – Joanie urwała, gdy zauważyła, że przyjaciółka nadal nic nie rozumie. – Przecież dostałaś mój list, prawda?

– Nie – zaprzeczyła. – Nie dostałam. Nie wiedziałam nawet, że wyszłaś za mąż. Dopiero matka wczoraj mi to powiedziała.

– Nie wiedziałaś? – zdumiała się Joanie. – Przecież wysłaliśmy ci zaproszenie na ślub! Ojej, pewnie musiało gdzieś zaginąć po drodze... Wciąż podróżowałaś...

– Masz rację. Gdybym wiedziała... gdybym wiedziała, zrobiłabym wszystko, żeby przyjechać.

– Ważne, że teraz jesteś – powiedziała rozczulona Joanie, patrząc z zachwytem, jak Lara bawi się włosami jej przyjaciółki.

– Tak, jestem – zdecydowanie przytaknęła Vanessa i przytuliła swój policzek do policzka dziecka. – Och, Joanie, nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę.

– Ty mi zazdrościsz?

– Tak. Zazdroszczę ci wspaniałego dziecka, cudownego domu i tego wyrazu w twoich oczach, gdy mówisz o Jacku. Czuję się tak, jakbym spędziła dwanaście lat w zimnej próżni, gdy ty tymczasem założyłaś rodzinę, masz dom i dziecko.

– Każda z nas ma wspaniałe życie – oznajmiła Joanie pewnym głosem. – To prawda, że się różnimy. Ty, Van, masz wielki talent. Od dawna cię podziwiałam. Tak bardzo chciałam grać tak pięknie jak ty – wyznała i przytuliła przyjaciółkę. – Ale nawet twoja cierpliwość się wyczerpała, gdy tygodniami nie mogłam przebrnąć przez „Wlazł kotek na płotek”...

– To prawda – zaśmiała się Vanessa. – Byłaś beznadziejna, ale zdeterminowana jak mało kto. Tak się cieszę, że wciąż jesteś moją przyjaciółką!

– Znów się przez ciebie rozpłaczę – powiedziała Joanie, pociągając nosem. – Wiesz, co? Może pobaw się przez chwilę z Larą, a ja przyniosę nam coś do picia. Potem możemy sobie poplotkować. Może nawet opowiem ci, jak bardzo utyła Julie Newton...

– A utyła?

– I jak bardzo łysieje Tommy McDonald – dokończyła Joanie, biorąc Vanessę pod ramię. – Mam nawet lepszy pomysł. Chodź ze mną do kuchni, to opowiem ci też o trzecim mężu Betty Jean Baumgartner.

– O jej trzecim mężu? – Vanessa zachłysnęła się nowiną.

– Jasne. I, jak znam Betty, to jeszcze nie koniec.

Wieczorem Vanessa przechadzała się po ogrodzie. Miała wiele spraw do przemyślenia. Nie chodziło bynajmniej o ploteczki zasłyszane od Joanie. Czuła, że powinna zastanowić się nad sobą i swoim życiem. Zdecydować, gdzie jest jej dom. Gdzie chce, żeby był.

Przez ponad dziesięć lat nie miała wyboru. Albo brakowało mi odwagi, żeby go dokonać, pomyślała Vanessa krytycznie. Zawsze robiła to, czego pragnął ojciec. To właśnie on i muzyka były jedynymi stałymi elementami w jej burzliwym życiu. To jego pasja była jej siłą napędową. Vanessa w żadnym razie nie chciała zawieść ojca.

Właściwie wszystko zawdzięczała jedynie ojcu. Dla jej kariery poświęcił całe swoje życie. To on uczył ją i kształtował, gdy matka uchyliła się od odpowiedzialności. Gdy Vanessa pracowała, ojciec pracował wraz z nią. Nawet kiedy zachorował, nie zamierzał się poddać. Jeszcze bardziej dbał o rozwój kariery córki. Żaden najmniejszy detal nie umykał jego uwadze, tak jak każdy nieczysty dźwięk, gdy grała. Jego własna kariera utknęła w martwym punkcie, zanim skończył trzydzieści lat. Nigdy, mimo szaleńczych starań, nie udało mu się osiągnąć mistrzowskiego poziomu. Ale potrafił doprowadzić Vanessę na szczyty sławy i był zadowolony, mogąc się grzać w blasku jej chwały.

A teraz zamierzała odwrócić się od tego wszystkiego, na czym mu tak rozpaczliwie zależało. Ojciec nigdy nie zrozumiałby jej pragnienia porzucenia błyskotliwej kariery. Zupełnie tak, jak nie rozumiał i nie zamierzał tolerować jej lęku przed sceną.

Nawet teraz, spokojnie spacerując o zmierzchu po ogrodzie, z łatwością mogła przywołać koszmarne wspomnienia. Ach, jak dobrze pamiętała nieznośny strach, ściskający ją jak gorąca obręcz, falę mdłości i pulsujący ból skroni, gdy miała wyjść na scenę i stanąć w świetle reflektorów.

To tylko trema, pogardliwie mawiał ojciec. Wyrośniesz z tego, zapewniał. Więc za każdym razem, mimo tych koszmarnych sensacji, wracała na scenę.

Gdyby się bardziej skupiła, mogła nawet osiągnąć takie wyżyny artyzmu, jakie nie śniły się jej ojcu. Mogłaby to zrobić... gdyby tylko była pewna, że tego właśnie pragnie.

A może musi tylko odpocząć? Może wystarczy kilka tygodni, a może potrzeba będzie paru miesięcy spokoju i ciszy, by zatęskniła za swoim dawnym życiem. Teraz jednak nie pragnęła niczego więcej, jak tylko siedzieć na ogrodowej huśtawce, ciesząc się purpurowym zmierzchem.

Niedawno siedziała przy posiłku z matką. Loretta wyglądała na urażoną, bo córka ledwie skubała przygotowane dla niej jedzenie. Vanessa nie chciała jej wyjaśniać, że nie potrafi poradzić sobie ze swoimi myślami i tym ciągłym ssącym bólem w żołądku.

Jeszcze parę dni, a wszystko minie, zapewniała siebie. To z pewnością stres. Właśnie, dziś znów nie ćwiczyła tyle, ile powinna. Nawet jeśli zdecydowałaby się zawiesić na razie występy, nie było powodu, by zaniedbywać grę. Jutro znów wrócę do ćwiczeń, obiecała sobie.

Bujając się na huśtawce, Vanessa wsłuchiwała się w odgłosy miasteczka. Po cichym szmerze za plecami poznała, że po drugiej stronie ulicy przejechał samochód. Gdzieś trzasnęły drzwi. Któraś matka wołała swoje dziecko do domu. W jakimś oknie zapaliło się światło, gdy rozległ się cichy płacz niemowlęcia. Vanessa się uśmiechnęła. Marzyła o tym, żeby odnaleźć stary namiot, w którym wielokrotnie bawiły się z Joanie, i rozbić go tu, w ogródku. Wtedy mogłaby chyba całą noc spędzić na słuchaniu.

Nagle gdzieś blisko rozległo się szczekanie psa. Vanessa zdążyła się odwrócić i kątem oka dostrzegła złotą plamę sierści. To rozbawiony golden retriever przeskoczył niskie ogrodzenie, jednym susem przeleciał nad grządką nagietków i z wywieszonym językiem runął ku huśtawce. Zanim zdecydowała, czy powinna się wystraszyć, czy raczej roześmiać, podbiegł do niej, oparł się przednimi łapami o jej kolana i zaczął szaleńczo merdać ogonem.

– Witaj – powiedziała Vanessa i potargała uszy przyjaźnie nastawionego zwierzaka. – A skąd się tu wziąłeś?

– Przybiegł w dzikim pędzie aż z lecznicy – odezwał się nagle Brady, wynurzając się z cienia. – Popełniłem wielki błąd, zabierając go dziś ze sobą do pracy. Już wsiadaliśmy do auta, gdy nagle zdecydował się pobawić ze mną w berka – wyjaśnił i podszedł do huśtawki. – Zamierzasz znów mnie bić, czy mogę się przysiąść?

– Prawdopodobnie na razie nie będę cię biła – z udanym wahaniem odparła Vanessa, wciąż gładząc jedwabistą sierść psa.

– Cóż, to mi musi wystarczyć – zdecydował Brady, opadł na miejsce obok niej i z westchnieniem ulgi rozprostował swe długie nogi.

Pies natychmiast porzucił Vanessę i spróbował wspiąć się na kolana swojego pana.

– Nic z tego. Nie podlizuj się teraz – parsknął Brady i zepchnął psa z kolan.

– Jest bardzo ładny.

– Nie schlebiaj mu. Już i tak ma zbyt rozbudowane poczucie własnej wartości.

– Niektórzy mówią, że psy upodabniają się do swoich właścicieli. – Vanessa nie potrafiła odmówić sobie tej drobnej złośliwości. – Jak się wabi?

– Kong. Był największy z miotu – odparł Brady, a pies słysząc swoje imię, zaszczekał i rzucił się w radosną pogoń za ogrodowymi cieniami. – Rozpuściłem go niemożliwie, gdy był szczeniakiem, i teraz za to płacę – westchnął i rozłożywszy ramiona na oparciu huśtawki, zaczął bawić się włosami Vanessy. – Joanie powiedziała mi, że byłaś dziś na farmie – zagaił.

– Mhm – mruknęła, odtrącając jego rękę. – Joannie wygląda kwitnąco i jest szczęśliwa.

– O, tak – przytaknął i tym razem ujął jej dłoń, by bawić się palcami Vanessy. – Z pewnością przedstawiła ci naszą chrześnicę.

– Jasne – mruknęła i choć znajoma pieszczota sprawiała jej przyjemność, nieco się odsunęła. – Lara jest cudowna.

– Jest podobna do mnie – powiedział Brady i znów zaczął bawić się kosmykiem jej włosów.

– Wciąż jesteś tak samo zarozumiały – zauważyła Vanessa i zaśmiała się nerwowo. – Trzymaj ręce przy sobie! – zażądała.

– Nigdy nie umiałem ci się oprzeć. – Westchnął, ale posłusznie cofnął dłoń. – Często tu razem siedzieliśmy, pamiętasz?

– Pamiętam.

– Siedzieliśmy tak wtedy, gdy pierwszy raz cię pocałowałem.

– Nie. – Vanessa pokręciła głową i skrzyżowała ręce na piersiach. Wiedziała, że to jedynie prowokacja z jego strony.

– Masz rację – przyznał. – Pierwszy raz całowaliśmy się w parku. Przyszłaś wtedy popatrzeć, jak rzucam do kosza.

– Tylko tamtędy przechodziłam – odparła i strzepnęła niewidoczne pyłki z ubrania.

– Nieprawda. Przyszłaś, bo wiedziałaś, że gram bez koszulki. Po prostu chciałaś sobie obejrzeć moje muskuły.

Tym razem Vanessa roześmiała się bez skrępowania. Oboje wiedzieli, po co wtedy przyszła do parku. Spojrzała na Brady'ego. Był odprężony i uśmiechał się do swoich wspomnień. Zawsze potrafił się zrelaksować, pomyślała. I zawsze potrafił mnie rozśmieszyć.

– Żartujesz? Nie było czego oglądać – dogryzła mu.

– Teraz już by było. I wciąż trafiam do kosza – zapewnił Vanessę i po raz kolejny zaczął gładzić jej włosy. – Pamiętam ten dzień. Był koniec lata i w niepojęty sposób zmieniłaś się ze złośliwej nastolatki w seksownego kociaka. Pokazywałaś całe nogi, nosząc te króciutkie szorty. Miałaś wtedy niesamowicie długie kasztanowe włosy. Było z ciebie niezłe ziółko. Na twój widok aż ciekła mi ślinka.

– Wcale nie zwracałeś na mnie uwagi. Uganiałeś się wtedy za Julie Newton.

– Tylko udawałem, żeby móc spokojnie patrzeć na ciebie – roześmiał się Brady. – Miałaś w ręku butelkę z gazowanym napojem, więc najpierw musiałaś być w sklepie Lestera.

– Cóż za pamięć – powiedziała, unosząc ironicznie brew.

– Hej, to był zwrotny punkt w naszych stosunkach. Powiedziałaś: „Cześć, Brady, musi ci być bardzo gorąco. Chcesz łyka?” – przypomniał jej i rozpromienił się w uśmiechu. – Musiałem wbić zęby w piłkę, żeby się na ciebie nie rzucić. A ty zaczęłaś ze mną flirtować.

– Nieprawda! – krzyknęła oburzona.

– Prawda, prawda. Trzepotałaś nawet rzęsami.

– Nigdy nie trzepotałam rzęsami – protestowała Vanessa, dusząc się ze śmiechu.

– Owszem, właśnie to robiłaś. – Westchnął głęboko. – Wyglądałaś zabójczo.

– A ja pamiętam, że biegałeś jak wariat po boisku i strasznie się popisywałeś. Rzucałeś, stojąc tyłem do kosza i dryblowałeś piłką na różne sposoby. Udawałeś niesamowitego macho. A potem się na mnie rzuciłeś.

– Pamiętam. Podobało ci się.

– Pachniałeś jak męska szatnia po meczu – wytknęła mu, marszcząc nos.

– Pewnie masz rację. To były pamiętne chwile – rozmarzył się.

– Byliśmy tacy młodzi – zaśmiała się Vanessa i nieświadomie oparła głowę na jego ramieniu. – Wszystko było proste i jasne.

– Niektóre rzeczy nie muszą być skomplikowane – powiedział bez przekonania. – To co, zostaniemy przyjaciółmi?

– Chyba tak.

– Nie spytałem, jak długo zostaniesz.

– Jeszcze się nie zdecydowałam.

– Pewnie masz napięte terminy?

– Wzięłam sobie urlop – powiedziała, wzruszając ramionami. – Może pojadę na trochę do Paryża.