Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 475 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Echo morderstwa - Christie Daugherty

Gdy miastem Savannah na południu USA wstrząsa wiadomość o morderstwie do złudzenia przypominającym nierozwiązaną sprawę sprzed piętnastu lat, jedna z najlepszych reporterek kryminalnych, Harper McClain, jest gotowa podjąć każde ryzyko, by znaleźć sprawcę.

Gdy miała dwanaście lat, znalazła w domu zwłoki swojej matki. Od tamtej pory żyje pragnieniem odszukania mordercy. W trakcie śledztwa Harper trafia na miejsce zbrodni, którego szczegóły wydają jej się upiornie znajome: dziewczynka wyprowadzana z domu przez detektywa, ofiara wielokrotnie pchnięta nożem i zostawiona naga w kuchni jak niegdyś jej matka, brak jakichkolwiek śladów.

Reporterka podejrzewa, że obie ofiary padły ofiarą tego samego sprawcy. Ma wreszcie szansę znaleźć mordercę, nawet jeśli sama zaryzykuje swoim życiem...

Christi Daugherty zaczęła pisać o morderstwach w wieku 22 lat jako reporterka. Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka. Jako CJ Daugherty napisała serię międzynarodowych bestsellerów - cykl thrillerów dla młodzieży Wybrani (Nocna Szkoła). Echo morderstwa to jej pierwsza powieść dla dorosłych czytelników.

Opinie o ebooku Echo morderstwa - Christie Daugherty

Fragment ebooka Echo morderstwa - Christie Daugherty

Rozdział

pierwszy

To była jedna z tych nocy.

Na początku pojawiła się iskierka nadziei – kilka pchnięć nożem, wypadek samochodowy, który miał potencjał. Ale obrażenia nie były poważne, a wypadek okazał się niczym specjalnym. Potem zapadła cisza.

Spokojna noc, to najgorsze, co się może przytrafić dziennikarzowi kryminalnemu.

Do terminu o północy została tylko godzina. Harper McClain siedziała sama w pustym newsroomie, nie mając o czym pisać, i robiła to, czym gardziła najbardziej na świecie – rozwiązywała krzyżówkę.

Na przeciwległej ścianie w wysokich oknach odbijał się ciemny obraz wielkiego otwartego pomieszczenia z białymi kolumnami i rzędami pustych biurek, ale Harper go nie dostrzegała – wpatrywała się w leżącą na biurku gazetę. Zamazane litery spoglądały na nią jak oskarżenie, że poniosła porażkę.

– Po co ktoś miałby znać dziesięcioliterowe słowo na brawurową odwagę? – burknęła. – Znam sześcioliterowe słowo na odwagę. „Odwaga”. Nie potrzebuję dłuższego.

– Zuchwałość – dobiegł głos od biurka redaktorki na przodzie newsroomu.

Harper podniosła wzrok.

Redaktorka działu miejskiego, Emma Baxter, wydawała się wpatrzona w swój monitor, w jej dłoni połyskiwało niczym mały miecz srebrne pióro marki Cross.

– Że co proszę?

– Dziesięcioliterowe słowo na brawurową odwagę – powiedziała Baxter, nie odrywając wzroku od monitora. – „Zuchwałość”.

Baxter zbliżała się do pięćdziesiątki. Była drobna i żylasta, i wyłącznie dzięki temu wyglądała dobrze w granatowej marynarce. Na jej kanciastej twarzy zawsze malował się wyraz lekkiego niezadowolenia, ale w jakiś sposób to również do niej pasowało. Wszystko w niej było precyzyjne – doskonale równe krótkie paznokcie, sztywna postawa. Linia włosów obciętych na pazia wydawała się tak ostra, że można by o nią skaleczyć rękę.

– Skąd, u diabła, to wiesz? – W głosie Harper nie było wdzięczności. – A właściwie, to po co ci to? Coś jest bardzo nie tak z kimś, kto zna dziesięcioliterowe słowo na brawurową odwagę i nie ma ochoty sam się załatwić przy pomocy…

Policyjne radio leżące przy jej łokciu zaczęło trzeszczeć.

– Tu jednostka trzy-dziewięć-siedem. Mamy kod dziewięć i być może kod sześć.

Harper urwała w pół zdania. Przekrzywiła głowę, nasłuchując.

– Tym razem jestem gotowa wybaczyć ci niesubordynację – powiedziała wspaniałomyślnie Baxter. Ale Harper zdążyła już całkiem zapomnieć o zuchwałości. Na jej biurku zaczął dzwonić telefon. Odebrała go.

– Miles – powiedziała. – Słyszałeś o strzelaninie?

– Tak. Spokojna noc zaczyna się rozkręcać. Widzimy się na dole za pięć minut. – Jego akcent z Tennessee ozłacał każde słowo jak ciepły miód.

Harper sprawnie pozbierała swoje rzeczy. Policyjne radio przyczepiła do paska czarnych spodni. Chwyciła lekką czarną marynarkę z oparcia krzesła i narzuciła ją. W jednej kieszeni miała dziennikarski notes i pióro, w drugiej legitymację prasową i telefon.

Szybkim krokiem przeszła przez pomieszczenie.

Baxter przyglądała jej się z uniesioną brwią.

– Strzelanina na Broad Street – wyjaśniła Harper, nie zatrzymując się. – Możliwe, że są ranni. Miles i ja jedziemy tam, żeby się czegoś dowiedzieć.

Baxter sięgnęła po telefon, by uprzedzić dział redakcyjny.

– Jeśli mam wstrzymać pierwszą stronę – powiedziała – muszę to wiedzieć najpóźniej o wpół do dwunastej.

– Powiedz mi coś, czego nie wiem.

Harper wyszła z newsroomu na szeroki jasno oświetlony korytarz prowadzący do klatki schodowej i do frontowych drzwi. Usłyszała ostatnie słowa redaktorki.

– Kiedy wrócisz, porozmawiamy chwilę o twoim zachowaniu.

To była ulubiona pogróżka Baxter. Harper wiedziała, że nie ma się czym przejmować.

Zaspany ochroniarz w recepcji nie oderwał nawet wzroku od małego telewizora na biurku, gdy zniecierpliwiona wcisnęła zielony przycisk przy drzwiach i wypadła z budynku w parną ciemność.

Dwa tygodnie temu zaczął się czerwiec i nastały skwarne dni. Nocą było lepiej, ale tylko trochę. W tej chwili powietrze było jedwabiste i ciepłe, ale tak gęste, że można by w nie wbić widelec. To nie była normalna wilgotność w Savannah – odnosiło się wrażenie, jakby oddychało się pod wodą.

Letni deszcz w Georgii to niemałe zagrożenie – może zmyć ci samochód, dom, nadzieje i marzenia. Harper zerknęła na szare chmury przemykające po srebrnej tarczy księżyca, jakby miały jej powiedzieć, kiedy zacznie padać, ale niebo nic jej nie zdradziło.

Siedziba gazety mieściła się w stuletnim, pełnym zakamarków trzypoziomowym budynku, który zajmował pół kwartału przy Bay Street i znajdował się na tyle blisko leniwie płynącej Savannah River, że czuć było jej zapach. Słychać było ogromne silniki kontenerowców powoli zmierzających w stronę morza. Na dachu lśnił czerwony neon z napisem „Daily News”, który musiał być jedną z ostatnich rzeczy, jakie widzieli marynarze, nim otwierał się przed nimi bezmiar Oceanu Atlantyckiego.

Na ulicy nawet o tej porze lśniła pozłacana kopuła bogato zdobionego ratusza, a między budynkami Harper widziała brukowane uliczki prowadzące nad wodę.

Mieszkała w Savannah od zawsze, więc od bardzo dawna nie zwracała uwagi na jego charakterystyczne cechy ani architekturę z czasów sprzed wojny secesyjnej. Dla niej, podobnie jak dla zielonych miejskich skwerów i niezliczonych pomników nieszczęsnych generałów z tamtych czasów, to wszystko po prostu tu było.

Teraz, gdy czekała, niecierpliwie poruszając nogą, nie poświęciła temu wszystkiemu ani jednego spojrzenia. Policyjne radio zatrzeszczało na jej biodrze. Wzywano karetki. Wysyłano posiłki.

– No dalej, Miles – szepnęła, zerkając na zegarek.

Było tak cicho, że słyszała stłumione wycie syren w oddali. Zza rogu wyjechał lśniący czarny mustang i skierował się prosto w jej stronę, oślepiając ją reflektorami. Miles zatrzymał się przed nią, nie wyłączając silnika.

Harper szarpnęła drzwi i wskoczyła do środka.

– Jedźmy – powiedziała, zapinając pasy.

Ruszyli z piskiem opon.

Wnętrze mustanga wypełniały głosy. Miles miał jedno radio przy pasku, drugie na desce rozdzielczej, w miejscu zwyczajnego radia, a trzecie podczepione za drążkiem zmiany biegów. Każde było nastawione na inny kanał – jedno na główną policyjną częstotliwość, drugie na kanał używany przez gliniarzy do pogaduszek. Na trzecim monitorował pogotowie i straż pożarną.

Można było odnieść wrażenie, że wchodzi się do małego, zatłoczonego pomieszczenia, w którym dwadzieścia osób mówi równocześnie. Harper do tego przywykła, ale zawsze mijała chwila, nim udawało jej się zorientować w tej kakofonii.

– Co mamy? – spytała, marszcząc brwi.

– Nic nowego. – Miles nie odrywał spojrzenia od drogi. – Karetka już tam jedzie. Czekamy na kolejne wiadomości.

Fotograf Miles Jackson był wysoki i szczupły, miał ciemną skórę i krótko ostrzyżone włosy. Kilka lat temu zatrudniono go na etacie w redakcji, ale potem zwolniono wszystkich fotografów. Od tego czasu był freelancerem i robił to, na czym można było najwięcej zarobić. Zdarzało się, że w sobotę po południu robił zdjęcia na weselu, a wieczorem tego samego dnia jechał do morderstwa.

Jest zapłata, jest zabawa, lubił mawiać.

Miał chłodny, zgryźliwy uśmiech i lubił szybko jeździć. Poruszali się niemal dwukrotnie szybciej, niż to było dozwolone, gdy wypadli zza rogu na Oglethorpe Avenue. Samochodem zarzuciło.

Przeklinając pod nosem, Miles zmagał się z kierownicą.

– Ten twój wóz szybciej nie jeździ? – spytała ze śmiertelną powagą Harper, przytrzymując się uchwytu nad drzwiami.

– Bardzo śmieszne – syknął Miles przez zaciśnięte zęby, ale szybko odzyskał kontrolę nad wozem.

Gdy mijali Forsyth Park, gdzie z wielkiej marmurowej fontanny tryskał parasol wody do kamiennego basenu, Harper przekrzywiła głowę, słuchając radia.

– Wiedzą, gdzie są ci, którzy strzelali? – spytała.

Miles pokręcił głową.

– Zgubili ich.

W tej samej chwili uaktywniło się radio do policyjnych pogaduszek. Niski głos warknął:

– Tu jeden-cztery. Jednostka trzy-dziewięć-siedem, z czym mamy do czynienia?

Miles i Harper wymienili spojrzenia. Czternastka była kodem używanym przez porucznika Roberta Smitha, szefa wydziału zabójstw.

Mile przyciszył pozostałe radia.

– Poruczniku, mamy jedną ofiarę śmiertelną, dwie osoby jadą do szpitala – odparł jeden z policjantów na miejscu zdarzenia. Podekscytowanie sprawiało, że mówił o oktawę wyżej. I tak szybko, że Harper udzieliła się jego adrenalina. – Gangsterzy. Trzech strzelców, wszystkich zgubiliśmy.

Harper, nie czekając na resztę, wyciągnęła komórkę. Baxter odebrała po pierwszym sygnale.

– Morderstwo – powiedziała bez wstępów Harper. – Ale możliwe, że to porachunki gangów.

– Cholera – usłyszała, jak redaktorka stuka srebrnym piórem o biurko. Pukpukpukpuk. – Zadzwoń, kiedy dowiesz się więcej.

Rozłączyła się.

Harper wsunęła komórkę do kieszeni i opadła na oparcie fotela.

– Jeśli ofiara to gangster, tekst nie trafi na pierwszą stronę.

– No cóż, w takim razie miejmy nadzieję, że ofiara to jakaś niewinna gospodyni domowa – zauważył Miles, skręcając w Broad Street.

Harper kiwnęła głową, ze spojrzeniem skupionym na drodze.

– Możemy sobie pomarzyć.

Na dawnych mapach Savannah miasto tworzy idealnie symetryczną siatkę wręcz obsesyjnie porządnych linii prostych, w której Broad Street stanowiła wschodnią granicę. Wszystko, co znajdowało się poza tą siatką, to ciemnozielona pustka opisana jako „dawne pola ryżowe” precyzyjnym stylem pisma dziewiętnastowiecznego kartografa.

Dziś ta porządna siatka pozostaje w niemal niezmienionej formie, z wyjątkiem pól ryżowych, które dawno już znikły, a w ich miejsce pojawiła się brzydka, bezładna zabudowa. Broad Street jest najszybszą trasą łączącą stare wspaniałe Savannah jak z pocztówki i okolice, w których Harper i Miles zarywali najwięcej nocy.

W miarę jak jechali na zachód, stopniowo znikały majestatyczne stare domy z drzewami pokrytymi szarą koronką oplątwy, a w ich miejsce pojawiała się łuszcząca się farba, zachwaszczone podwórka i tanie ogrodzenia z metalowej siatki.

W tej okolicy nie było zielonych skwerów między gęstą zabudową. Nie było fontann pod dębami. W brzydkich niszczejących blokach ludzie mieszkali jedni nad drugimi w ciasnych mieszkaniach. Płyty chodników były popękane, a krzykliwe znaki rzucały światło na bary z fast foodem i dyskonty.

Tu na ulicach panował ruch – o tej porze dilerzy narkotyków robili dobry interes.

Miles prowadził spokojnie, ale czujnie obserwował budynki wokół.

Był starszy od Harper – po czterdziestce. Fotografia stanowiła jego drugi zawód. Wiele lat temu w Memphis wiódł inne, bardzo odmienne życie.

– Siedziałem za biurkiem – powiedział jej kiedyś, starannie rozkładając na części aparat fotograficzny. – Przekładałem papiery. Dobrze zarabiałem. Miałem wielki dom, ładną żonę i wszystko, co można sobie wymarzyć. Ale to nie było dla mnie.

Zawsze uwielbiał robić zdjęcia i wiedział, że ma dobre oko. Pewnego dnia zapisał się na kurs fotografii. Żeby mieć jakieś zajęcie, jak to ujął.

Potem zaczęło go korcić, żeby coś zmienić.

Z tego, co wiedziała, w ciągu roku po tym kursie rzucił pracę, odszedł od żony i zaczął od początku.

Kiedyś był w Savannah na spotkaniu biznesowym i już zawsze chciał tutaj wrócić. Spodobał mu się tutejszy powolny tryb życia. Jedwabiste, słodkie piękno tego miejsca. Długi łuk rzeki.

Twierdził, że czuł się tu jak w bajce. A więc przyjechał tu, by żyć tym marzeniem.

Oboje zaczęli w tym samym roku pracę w gazecie. Harper jako stażystka. Miles jako fotograf z nocnej zmiany.

Nawet po siedmiu latach wciąż nie patrzył na miasto oczyma miejscowego. Uwielbiał przytulne kawiarenki i kelnerki, które mówiły do niego „słodziaku”. Lubił wycieczki na Tybee Island o zachodzie słońca albo siedzenie na River Street i obserwowanie przepływających statków.

Harper nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio robiła którąś z tych rzeczy. Spędziła w Savannah całe życie. Dla niej to był po prostu dom.

Przed nimi migoczące niebieskie światła rozjaśniły ulicę jak upiorna dyskoteka.

– No i jesteśmy – mruknął Miles, naciskając hamulec.

Harper naliczyła cztery radiowozy i co najmniej trzy nieoznaczone samochody.

Za nimi nadjeżdżała na sygnale karetka i Miles zjechał na bok, by ją przepuścić.

– Lepiej zostawmy tu samochód – postanowił, wyłączając silnik.

Harper zerknęła na zegarek: dwudziesta trzecia dwanaście. Zostało jej osiemnaście minut, by dać znać Baxter, czy ma wstrzymać pierwszą stronę.

Jej serce zaczęło bić szybciej, w ten znajomy sposób.

Miała coś z morderstwami. Niektórzy ludzie nazwaliby to obsesją, ale Harper znała swoje powody. Powody, o których nie lubiła mówić.

Miles wyjmował sprzęt z bagażnika, ale Harper już nie mogła się doczekać.

– Spotkamy się na miejscu.

Wyskoczyła z samochodu i puściła się biegiem w stronę migoczących świateł, z notesem w jednej ręce, a piórem w drugiej.

Rozdział

drugi

Na ulicy gorące wilgotne powietrze pachniało spalinami i czymś jeszcze – czymś metalicznym i trudnym do określenia. Jakby strachem.

Migoczące światła oślepiały w ciemności. Dopiero gdy Harper minęła policyjne wozy, dostrzegła ciało na drodze.

Ludzie postrzeleni podczas ucieczki upadają z impetem. Nogi pod nienaturalnym kątem, ręce nad głowami, rozrzucone ubrania – zupełnie jakby spadli z nieba.

Tego człowieka zastrzelono podczas ucieczki.

Harper wyciągnęła notes i zaczęła zapisywać, co widzi. Niebieskie dżinsy, buty Nike, luźny T-shirt podwinięty na chudym ciemnoskórym torsie. Wielka plama krwi tworząca nierówny krąg na chodniku pod nim. Twarzy nie było widać.

W pobliżu stała zaparkowana karetka z otwartymi tylnymi drzwiami, przez które padało światło na ulicę. Zespół ratowników zajmował się dwoma ofiarami, które przeżyły – podłączali je do kroplówek, tamowali krew.

Chociaż na to było już trochę za późno. Krew była wszędzie.

Obaj ranni wyglądali na nastolatków. Ten, który leżał bliżej, wciąż miał pulchne dziecięce policzki.

Byli ubrani tak jak denat – T-shirty, dżinsy, buty Nike.

Harper robiła notatki, ale trzymała się na dystans. Starała się pozostać niewidoczna.

Po drugiej stronie ulicy pojawił się Miles. Przykucnął na jedno kolano, żeby zrobić zdjęcie zwłok. Musiał być ostrożny – gazeta nie wykorzystałaby materiału, gdyby denat wyglądał na zbyt martwego. Ustawił się więc tak, by zrobić ujęcie dłoni ofiary: wyciągnięty palec, jakby na coś wskazywał, ręka sięgająca po coś, co na zawsze zostało utracone.

Uwagę Harper przykuł jakiś ruch trochę dalej. Podniosła wzrok i dostrzegła dwóch mężczyzn w tanich garniturach, wpatrzonych w ziemię i powoli, z determinacją zbliżających się do miejsca zbrodni. Obaj uważnie słuchali policjanta w mundurze, który wskazywał na coś ręką i z ożywieniem coś im opowiadał.

Łatwo rozpoznać detektywów, kiedy już się ich poznało.

Uważając, by nie wdepnąć w krew, ruszyła w ich stronę, trzymając się skraju drogi.

Znała ich obu z poprzednich miejsc zbrodni. Detektyw Ledbetter był niski i tęgi, z rzadkimi włosami i miłym uśmiechem. Drugi nazywał się Larry Blazer. Wysoki i chudy, o ładnie siwiejących ciemnoblond włosach, zabójczych kościach policzkowych i twardym jak stal spojrzeniu.

Wszystkie reporterki z telewizji na niego leciały, ale Harper uważała, że jest zimny i świadomy tego, jak działa na kobiety. Tak jak wszyscy przystojni mężczyźni, którzy wiedzą, jak wykorzystywać swój wygląd.

Pochłonięci pracą nie zauważyli jej w ciemności i znalazła się na tyle blisko, by móc podsłuchiwać ich rozmowę.

– Ci, którzy strzelali, pojawili się od strony Anderson Projects. Ofiary nie chcą przyznać, że się znają, ale to nie był przypadek – mówił akurat policjant w mundurze. – Ktoś chciał ich załatwić.

Był żółtodziobem. Możliwe, że to pierwsza strzelanina, z jaką miał do czynienia. Słychać było po głosie, że jest podekscytowany.

Blazer natomiast zadawał pytania powoli, starannie dobierając słowa; jakby starał się przekazać spokój i nadzieję.

– Ponoć ofiary mówiły ci, że ci trzej, którzy strzelali, uciekli razem. Mają jakieś pojęcie, dokąd?

Policjant pokręcił głową.

– Powiedział mi tylko „w tamtą stronę”. – Wskazał mniej więcej na stojący przed nimi budynek.

Ledbetter powiedział coś, czego Harper nie dosłyszała. Podeszła o krok bliżej.

Po ciemku nie zauważyła pustej butelki po piwie w rynsztoku, ale brzęku, kiedy potrąciła ją nogą, trudno było nie usłyszeć.

Skrzywiła się.

Wszyscy policjanci podnieśli wzrok. Blazer zauważył ją pierwszy. Zmrużył oczy.

– Ostrożnie – powiedział. – Prasa już jest na miejscu.

Harper cofnęła się i czekała. Miała nadzieję, że detektywem prowadzącym okaże się Ledbetter.

Ale to Blazer ruszył w jej stronę.

Cholera, pomyślała.

– Pani McClain – powiedział chłodno, z dziwnie płaską intonacją – co za niespodzianka, widzieć panią na moim miejscu zbrodni. Bo nie sądzę, żeby była pani świadkiem…

Był wysoki, prawie metr dziewięćdziesiąt, i wykorzystywał to, żeby ją zastraszyć, zawisnąć nad nią. Ale Harper mierzyła metr siedemdziesiąt dwa i niełatwo było zrobić na niej wrażenie.

– Przepraszam, detektywie – odparła kulturalnie, tonem wyrażającym respekt i skruchę. – Nie było taśmy. Nie chciałam wejść panu w drogę.

– Rozumiem. – Przyglądał jej się z niesmakiem. – A mimo to stoi pani w miejscu, gdzie nie powinno być żadnego dziennikarza. I wszędzie zostawia pani swoje DNA.

Kogo próbował nabrać? Nie zamierzali tutaj zbierać takich dowodów. Gliniarze przejmowali się zabitym gangsterem nie bardziej, niż Baxter.

Harper zamrugała niewinnie.

– Wiem, że jest pan zajęty – powiedziała słodko – ale mógłby mi pan podać chociaż kilka szczegółów dla porannej gazety, żebym nie plątała się panu pod nogami? Nazwiska ofiar? Liczba podejrzanych?

– Śledztwo dopiero się zaczęło. – Blazer wyrecytował te znajome słowa tonem świadczącym o tym, że przejrzał ją na wylot. – Na tym etapie jakiekolwiek oświadczenie byłoby przedwczesne. Wciąż identyfikujemy denatów i nie powiadomiliśmy jeszcze najbliższych krewnych. A teraz proszę natychmiast opuścić miejsce zbrodni.

Najwyraźniej nie był we wspaniałomyślnym nastroju.

Mimo to Harper spróbowała raz jeszcze.

– Detektywie, czy to może mieć związek z wojną gangów narkotykowych? Czy mieszkańcy mają powody do obaw?

Kołysząc się na obcasach, Blazer obserwował ją z zainteresowaniem, które wcale jej się nie spodobało.

– McClain, kilku małych gnojków weszło na teren większych gnojków i dostali nauczkę. Może tak napiszesz w tym swoim szmatławcu, co? – Otworzyła usta, ale nie dał jej szans dojść do słowa. – To było pytanie retoryczne. Nie mam jeszcze oficjalnego oświadczenia. A teraz, z łaski swojej, wynoś się z mojego miejsca zbrodni, zanim każę cię aresztować.

Harper wiedziała, że nie ma sensu dyskutować. Uniosła ręce na znak, że się poddaje, i wycofała się.

Gdy wróciła do karetki, Miles opierał się o nią od niechcenia, przeglądając zdjęcia na wyświetlaczu aparatu.

– Blazer jest detektywem prowadzącym, więc nic nie mam – oznajmiła ponuro Harper. – Facet mnie nie cierpi.

Miles się wyprostował i pokazał jej, by wróciła z nim do mustanga.

– Dwa miesiące temu robiłem zdjęcia na weselu szefowej ratowników – powiedział cicho, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości. – Tanio jej policzyłem. Była mi winna przysługę.

Harper chwyciła go za ramię.

– Podała ci tożsamość denata?

– Nie tylko. – Wyjął zmiętą karteczkę. – Mam tu wszystko. Melissa spędziła wspaniały miesiąc miodowy. Była dziś bardzo rozmowna.

– Jesteś moim idolem – Harper szturchnęła go w ramię. – Co tam mamy?

Miles zmrużył oczy, odczytując własne pismo.

– Nasz denat to Levon Williams, dziewiętnaście lat, niedawno skończył Savannah South High School, grał w drużynie bejsbolowej. Ponoć był niesamowitym pałkarzem. Piął się w górę w światku handlarzy heroiną. O dwóch rannych wiadomo, że są jego wspólnikami. Podejrzani to trójka czarnych, szczupli, dwóch średniego wzrostu, w T-shirtach i dżinsach, jeden niski i krępy, z chustą na szyi. Wszyscy około dwudziestu lat. Podejrzewa się, że są członkami gangu East Ward. – Podał karteczkę Harper. – Tutaj wszystko masz.

Harper szybko przejrzała notatki, ale nie znalazła niczego, co mogłoby trafić na pierwszą stronę. Kiedy dotarli do mustanga, zadzwoniła do Baxter, by jej przekazać złe wieści.

– Cholera – mruknęła redaktorka, gdy już wysłuchała wszystkiego. – Wracaj, napiszesz o tym na szóstą stronę. Lepsze to niż nic.

W chwili gdy Harper się rozłączyła, Miles uruchomił silnik.

– Szósta strona? – domyślił się.

Harper złożyła karteczkę i wsunęła ją do kieszeni.

– Trafi między chwasty.

Wzruszył ramionami.

– Czasem wygrywasz, czasem przegrywasz.

Przekręcił kierownicę i zaczął wyjeżdżać z parkingu, ale musiał gwałtownie nacisnąć na hamulec, by przepuścić białą furgonetkę. Na boku pojazdu widniał grobowo czarny napis „KORONER”.

– Dostawca lodu – skomentował Miles.

Harper ledwie podniosła wzrok. Robiła notatki do tego, co miała napisać po powrocie.

Gdy furgonetka już przejechała, Miles precyzyjnie nawrócił. Niewiele jednak zdążyli przejechać, gdy w kabinie rozległ się nagle zdyszany głos:

– Tu jednostka pięć-sześć-osiem, ścigam podejrzanych z Broad Street.

Pióro w ręce Harper znieruchomiało.

Miles zdjął nogę z gazu.

Oboje spojrzeli na radio.

– Przyjęłam, jednostka pięć-sześć-osiem – odparła spokojnie dyspozytorka. – Proszę, potwierdź. Czy chodzi o podejrzanych ze strzelaniny na Broad Street?

– Potwierdzam. – Mężczyzna dyszał, drżał mu głos. Biegł. – Trzech mężczyzn przemieszcza się pieszo na południe, Trzydziestą Dziewiątą! Dwóch wysokich, jeden niski z chustą na szyi.

Harper słyszała w tle, jak dyspozytorka wstukuje informacje do komputera, jej palce szybko i lekko uderzały w klawiaturę. Dziś w nocy pracowała Sarah, poznała ją po głosie. Była dobra.

– Do wszystkich jednostek. Potrzebne wsparcie dla pięć-sześć-osiem, ściga podejrzanych ze strzelaniny, przemieszczających się na południe Trzydziestą Dziewiątą.

Głos Sarah był tak pozbawiony emocji, jakby czytała przepis na ciasto. Jednak jej słowa wywołały dreszczyk podekscytowania. Odwróciła się do Milesa.

– To pięć przecznic stąd.

– Kapuję. – Zmienił bieg i wcisnął pedał gazu. Mustang zareagował, zapiszczały opony. Kąciki ust Milesa uniosły się w uśmiechu, gdy skręcał w stronę Trzydziestej Dziewiątej.

– Dostańmy się na tę pierwszą stronę.

Rozdział

trzeci

Gdy jechali ciemnymi ulicami, szukając podejrzanych, Harper patrzyła przez okno i niecierpliwie pukała piórem w notes. Mieli niewiele czasu. Nawet jeśli wszystko pójdzie gładko, Baxter będzie musiała wstrzymać wydanie gazety.

Być może zwyczajni ludzie myśleliby o ofierze, która została w miejscu zbrodni – o krótkim życiu tego chłopaka, które w jednej gwałtownej chwili dobiegło końca – ale umysł Harper przeszedł już nad tym do porządku dziennego. Teraz musiała się po prostu dowiedzieć, kto go zabił.

Zawsze tak było. Nie przejmowała się specjalnie morderstwami. Fascynowały ją.

Wiedziała wszystko o procedurach związanych z zabójstwem. Wiedziała, co teraz robią detektywi i co się dzieje u koronera. Jak powiadomiona zostanie rodzina ofiary i jak na to zareaguje. Wiedziała, w jaki sposób uruchomi się cała rządowa machina, pochłaniając wszystkich zaangażowanych.

Wiedziała o tym nie tylko dlatego, że o tym pisała, lecz także ponieważ sama to przeżyła.

Kiedy miała dwanaście lat, morderstwo odmieniło jej życie. Potrafiła prześledzić wstecz całą swoją karierę, życie i obsesyjne zainteresowanie przestępstwami do tego jednego dnia piętnaście lat temu.

Niektóre chwile mogą tak bardzo wryć się w pamięć, że pozostają z człowiekiem na całe życie. W większości to złe chwile. Harper pamiętała każdą sekundę tamtego dnia, gdy zginęła jej matka, i w dowolnym momencie była w stanie przywołać każdą z nich. Mogłaby przenieść te chwile na mentalną szpulę i odtworzyć je jak film. Oglądać samą siebie, drobną i bystrą, przekonaną, że jej świat nigdy się nie zmieni. Była taka szczęśliwa i zadowolona, gdy wracała ze szkoły. Kompletnie nieświadoma faktu, że życie – takie, jakie znała – już się skończyło.

15.35 – dwunastoletnia Harper otwiera niską metalową furtkę i z czystym metalicznym brzękiem opuszcza zatrzask.

15.36 – wbiega po schodach, szarpnięciem otwiera drzwi i głośno je zatrzaskuje. Boże, w jej wspomnieniach to wszystko jest takie jasne i ciepłe; tak pełne kolorów. Woła: „Mamo, umieram z głodu!”. Nikt nie odpowiada.

15.37 – woła ze schodów: „Mamo?”. Jeszcze się nie martwi. Nuci coś pod nosem, zagląda do dużego pokoju, do jadalni.

15.38 – wchodzi do kuchni. Tutaj kończy się jej dzieciństwo.

Jest tu jeszcze więcej kolorów – nie tylko żółte ściany, małe jaskrawe słoiczki i pojemniczki z niebieską, złotą i zieloną farbą. Ale też czerwień. Wszędzie czerwień. Rozpryskana na ścianach i blatach. Zbierająca się w kałużę na podłodze, pod nagim ciałem jej matki.

Krwista czerwień wypełniająca grozą jej wspomnienia i pozostawiająca po sobie traumę, która nigdy nie minie.

W filmie o jej wspomnieniach czas się teraz zatrzymał. 15.38 trwa bardzo długo.

W następnych klatkach filmu w zwolnionym tempie podbiega do matki, ślizga się we krwi i traci równowagę. Próbuje oddychać, ale jest tak, jakby ktoś kopnął ją w brzuch. Całe ciało boli i brakuje powietrza, gdy upada na podłogę, a krew rozpryskuje się pod jej chudymi kolanami.

To był jedyny raz, gdy bała się dotknąć matki. Wyciąga drżące palce, by musnąć jej gładkie, blade ramię. Wzdryga się i gwałtownie cofa rękę.

Matka jest taka zimna.

Gdzieś daleko ktoś szlocha. „Mamo? Mamo?” A potem słabo, żałośnie: „Mamusiu?”.

Teraz wie, że to jej własny głos, ale w tym filmie wcale nie jest pewna. Czuje się tak, jakby była gdzieś daleko poza własnym ciałem.

W następnym ujęciu udaje jej się wstać – wciąż brakuje jej powietrza i próbuje je łapać, ale płuca odmawiają posłuszeństwa. Ślizgając się, pokonuje kuchnię, wypada bocznymi drzwiami i biegnie do domu Bonnie. Ale Larsonowie wyprowadzili się po rozwodzie, a nowi sąsiedzi nie są zbyt mili, poza tym nie ma ich w domu. Mimo to dobija się do drzwi, pozostawiając krwawe ślady na drewnie, a łomotanie odbija się echem w pustce.

Płacze tak bardzo, że znów zaczyna oddychać, łzy wtłaczają powietrze do płuc i biegnie z powrotem do domu, by znaleźć telefon. Chwyta go, ale komórka natychmiast wypada z jej zdrętwiałych, śliskich od krwi palców. Potem, szlochając, podnosi ją z podłogi, dławiąc się, wciąga powietrze, zmusza się, żeby nad sobą zapanować. Musi wybrać tylko trzy cyfry. Może to zrobić. Musi to zrobić.

– Okej – powtarza sobie szeptem przez łzy i wybiera numer, ręce trzęsą jej się tak bardzo, że telefon cały aż drży. – Okej, okej, okej…

Dzwoni. Słyszy serię odległych, mechanicznych kliknięć. Dyspozytorka odbiera i ten irracjonalnie spokojny kobiecy głos kogoś przyzwyczajonego do słuchania o okropnościach tego świata, o których opowiadają jej bezcielesne spanikowane głosy świadków i ofiar, jest liną, której może się uchwycić.

– Tu dziewięćset jedenaście. Co się stało?

Harper próbuje coś powiedzieć, ale łzy i brak tchu sprawiają, że to się wydaje niemożliwe. Udaje jej się z siebie wydobyć jedynie garstkę bezładnie rzucanych słów.

– Proszę mi pomóc – szlocha. – Moja mama. Proszę mi pomóc.

– Co się stało twojej mamie? – Pozbawiony emocji głos kobiety jest życzliwy i poważny. Poważny, żeby pomóc jej się skupić. Życzliwy, bo jest dzieckiem.

Teraz Harper musi powiedzieć to słowo. Słowo, o którym nie jest w stanie nawet myśleć. Słowo, które do tej pory było w jej świecie tak odległe, że miało na jej życie mniej więcej taki wpływ jak Uzbekistan. Jej umysł sprzeciwia się wypowiedzeniu tego słowa. To boli.

– Moja mama… tyle krwi… Myślę… ktoś ją chyba zabił.

Tylko na tyle ją stać. Żałośnie szlocha. Ton dyspozytorki się zmienia.

– Kochanie – mówi bardzo łagodnie, by ukryć troskę i potworne napięcie. – Musisz wziąć głęboki oddech i podać mi swój adres. W porządku? Możesz to zrobić? Wysyłam pomoc.

Harper podaje jej adres. Wtedy tego nie wiedziała, ale teraz już wie, że gdy mówi, operatorka pośpiesznie wprowadza informacje do komputera, daje znak przełożonemu i puszcza w ruch machinę, która przez całe lata będzie obecna w życiu Harper.

Potem kobieta pyta, czy jest bezpieczna, i dopiero wtedy Harper przychodzi do głowy, że ktoś bardzo groźny może być z nią w domu. Poziom jej strachu i paniki nie mieści się na żadnym wykresie. Dyspozytorka mówi jej, żeby wyszła z telefonem na zewnątrz, stanęła przy krawężniku, i jeśli ktoś ją wystraszy, by uciekała z krzykiem.

Harper robi to, co jej polecono, każdy krok jest sztywny i nierealny i w końcu jest z powrotem przy furtce, z telefonem zaciśniętym w zakrwawionej ręce.

Dyspozytorka próbuje ją uspokoić.

– Już jadą, kochanie. Za trzy minuty tam będą. Nie rozłączaj się, malutka…

W oddali słyszy natarczywe wycie syren, ale mimo to nie zdaje sobie sprawy, że jadą do niej.

Gdy pierwszy radiowóz zatrzymuje się z piskiem opon i z mrugającymi niebieskimi światłami, jest jeszcze bardziej przerażona. Policjanci wyskakują z wozu z bronią w rękach, mijają ją i wbiegają do domu.

Jeden krzyczy do niej:

– Zostań tutaj!

Harper zostaje.

Przyjeżdżają kolejne wozy i po chwili otaczają ją mężczyźni i kobiety w mundurach, z bronią, gazem łzawiącym i w kevlarowych kamizelkach.

– Wszystko w porządku? – pytają ją ciągle.

Ale nie jest w porządku. Ani trochę.

Potem u jej boku pojawia się mężczyzna, wysoki, budzący respekt, o niskim głosie. Wyjmuje z jej ręki komórkę i podaje ją innemu funkcjonariuszowi, który – co Harper wydaje się dziwne – wkłada ją do plastikowego woreczka.

Mężczyzna ma zmęczoną twarz kogoś, kto widział inne dzieci w takiej samej sytuacji, zakrwawione i przerażone. Widział ich wiele. Patrzy na nią życzliwie.

– Jestem sierżant Smith – mówi niskim, kojącym głosem. – I nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić…

– Harper.

Wzdrygnęła się i zamrugała.

Tymczasem samochód zwolnił. Byli na jakiejś ciemnej ulicy, ze wszystkich stron otaczały ich zniszczone budynki o zabitych deskami oknach.

Miles patrzył na nią dziwnie, jakby nie pierwszy raz wypowiedział jej imię.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział. – Wszystko w porządku?

– Nic mi nie jest – powiedziała szorstko i odwróciła się, odruchowo omiatając spojrzeniem chodnik.

Była na siebie zła. Dlaczego zaczęła o tym wszystkim myśleć? To były przecież dawne dzieje.

Miała teraz zadanie do wykonania.

– Widziałeś coś? Są gdzieś tu? – spytała, spoglądając w ciemność.

– Zupełnie nic. – Jeszcze bardziej zwolnił, wpatrując się spod zmrużonych powiek w otaczające ich budynki. – Wygląda na to, że dotarliśmy tu przed posiłkami.

To nie było normalne. Harper zmarszczyła brwi.

– Czemu tak długo ich nie ma?

Miles pokręcił głową.

– Nie mam pojęcia.

Trzydziesta Dziewiąta była węższa i o wiele ciemniejsza niż Broad Street, otoczona z obu stron okrytymi złą sławą osiedlami komunalnymi. Harper była tu już wiele razy, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, by okolica aż tak świeciła pustkami. Nikt nie stał na schodach, nie było widać żadnych grupek na betonowych podjazdach. Gangsterzy nie porównywali swoich pitbuli, młodzi mężczyźni nie przepychali się na boisku do koszykówki.

Miles cicho gwizdnął.

– Hmm, to dość niezwykłe – powiedział stłumionym głosem, jakby ktoś mógł ich podsłuchać przez okno.

Harper pochyliła się do przodu, żeby się rozejrzeć.

– Ktoś wystrzelał i rozbił wszystkie latarnie.

– Pięć-sześć-osiem, jaka sytuacja? – Przebijający się przez zakłócenia głos dyspozytorki wydawał się zbyt głośny w przytłaczającej ciszy.

Nastąpiła długa chwila milczenia. Wszystkie rozmowy przez radio umilkły, jakby każdy gliniarz w mieście czekał, jak to się skończy.

– Tu pięć-sześć-osiem – policjant mówił teraz ściszonym głosem, niemal szeptem. – Podejrzani wbiegli do Anderson Houses. Straciłem kontakt wzrokowy. Szukam ich.

– Przyjęłam, pięć-sześć-osiem. Wsparcie jest w drodze.

Miles wskazał na grupkę zabitych deskami, pokrytych graffiti trzypoziomowych budynków na końcu drogi.

– Anderson Houses – powiedział. – Od kilku lat stoją puste. Świetne miejsce, żeby się ukryć.

Zatrzymał samochód na poboczu i wyłączył silnik. Cisza, jaka po tym nastąpiła, wydawała się nienaturalna.

Harper i Miles równocześnie odczepili radia od pasków i położyli je na podłodze samochodu.

Miles spojrzał na nią. Jego oczy błyszczały w ciemności.

– Może się zrobić nieprzyjemnie.

Wyszczerzyła zęby.

– To jakaś nowość?

Wskazała głową na drzwi i sięgnęła do klamki.

Nie dyskutowali więcej. Oboje wiedzieli, jakie to niebezpieczne.

W tej samej chwili wyskoczyli z samochodu, ostrożnie zamknęli drzwi i ruszyli drogą w stronę zabitych deskami budynków.

W gorącym powietrzu wisiała wilgoć i dziwna cisza wydawała się jeszcze bardziej przytłaczająca. Na zwykle pełnej ludzi ulicy nie było nikogo. Poruszali się cicho w ciemności, na miękkich zelówkach. Mimo to Harper przez cały czas miała wrażenie, że ktoś ich obserwuje.

Włoski na jej karku się uniosły.

– Gdzie się wszyscy podziali? – szepnęła.

Miles zwolnił i omiótł wzrokiem podupadłe budynki wokół. Wydawały się opustoszałe. Ale Harper wyczuwała, że za każdym ciemnym oknem są ludzie.

– Czekają – odparł ponuro.

Po drugiej stronie ulicy coś poruszyło się w mroku.

Oboje dostrzegli to w tej samej chwili. Miles zareagował pierwszy, chwycił Harper za ramię i pociągnął ją za jakiś zaparkowany samochód.

Skulili się.

Harper wpatrzyła się w ciemność i z trudem dostrzegła sylwetki trzech mężczyzn jakieś dwadzieścia metrów od nich. Dwie wysokie i chude, jedną niską i krępą. Wszyscy trzej ukryli się za wysoką opuszczoną kamienicą i wydawali się nie wiedzieć, że ktoś ich obserwuje. Wpatrywali się bacznie w przeciwną stronę.

Harper podążyła wzrokiem za ich spojrzeniem. W pierwszej chwili nic nie dostrzegła. Potem zauważyła blask latarki kołyszącej się na drugim końcu długiego brudnego podwórza.

Jej serce zaczęło bić szybciej. To musiał być ten gliniarz, pięć-sześć-osiem.

Mordercy byli dwa budynki od niego, a on poruszał się w niewłaściwą stronę. Nie miał pojęcia, gdzie są. Za to oni świetnie znali jego położenie.

Ostrożnie uniosła się nad maskę zakurzonego chevroleta, próbując dojrzeć, co robią mężczyźni. Ten niski majstrował coś przy szyi. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że miał na niej chustę.

Wszyscy trzej pochylili się w swoją stronę i rozmawiali szeptem. Wyglądało to tak, jakby się o coś kłócili.

Ten niski powiedział coś, co pozostałym zamknęło usta. Natychmiast stało się jasne, że mimo jego wzrostu to on był przywódcą.

Dwóch pozostałych zostało w tyle, gdy jedną ręką naciągnął chustę na nos i usta, jak bandyta z westernu.

Sięgnął za plecy i zza paska dżinsów wyjął broń.

Harper ścisnął się żołądek.

Zamierzał zdjąć gliniarza.

Zdesperowana obejrzała się przez ramię na pustą ulicę. Gdzie, u diabła, było to wsparcie? Powinni tu dotrzeć dawno temu.

Ale za nimi nie było nic prócz mroku.

Kilka stóp od niej Miles oparł aparat na samym skraju bagażnika, celując obiektywem w trzech mężczyzn i nastawiając ostrość. Ani trochę nie trzęsły mu się ręce.

Harper pochyliła się w jego stronę.

– Musimy ostrzec tego gliniarza – syknęła.

Miles odwrócił się tylko na tyle, by spojrzeć na nią z niedowierzaniem.

Nie mogła mieć mu tego za złe. Wiedziała tak jak wszyscy, że reporterzy w miejscu zbrodni mają być wyłącznie oczami i uszami – jedynie obserwować i nigdy się nie angażować.

Ale to było coś innego. Ktoś mógł zginąć. I prócz nich nie było tu nikogo, kto pomógłby temu policjantowi.

Zanim podjęła decyzję, co robić, trzech napastników wyszło z cienia.

Oczy Harper zdążyły przywyknąć do ciemności i widziała ich wyraźnie, gdy ten z chustą uniósł broń, mierząc w kołyszące się światło w oddali.

Strzelec był niski – mierzył nie więcej niż metr sześćdziesiąt pięć – i taki młody. Z powodzeniem mógł być nastolatkiem.

Jednak jego postawa wyrażała pewność. Ręka mu się nie trzęsła. Widać było zapał – pochylił się do przodu i wycelował, jakby nie mógł się doczekać, żeby kogoś zabić.

Całą scenę spowiła nierzeczywista mgiełka. Harper miała wrażenie, że przygląda się temu z bardzo daleka. Było za późno, żeby wzywać pomoc. I tak znajdowali się za blisko.

Obok niej Miles starannie robił pierwsze zdjęcia. Nie było słychać głośnego kliknięcia, tylko stłumiony dźwięk, który natychmiast uleciał z wiatrem.

Zmodyfikował swój aparat tak, by cicho pracował.

Po drugiej stronie ulicy chłopak z bronią rozstawił nogi i przygotowywał do oddania strzału. Broń w jego ręce lśniła metalicznie.

W ciele Harper wszystkie mięśnie były napięte, w oczekiwaniu na huk wystrzału. Zacisnęła palce na bagażniku toyoty, knykcie pobielały.

To się nie miało prawa stać. Nie mogła tak się przyglądać, jak ktoś ginie. Musiała coś zrobić.

Zamknęła oczy i gwałtownie wciągnęła powietrze. Potem, nie czekając, aż się rozmyśli, krzyknęła w cichą noc:

– Policja! Rzucić broń! – Przerwała, usiłując wymyślić coś jeszcze, co by ich zastraszyło. – Jesteście okrążeni.

Kącikiem oka dostrzegła gniewne spojrzenie Milesa.

Na drugim końcu podwórza policjant pośpiesznie poświecił latarką w jej stronę. Światło mrugnęło, a potem znikło.

Trójka poszukiwanych odwróciła się w jej stronę. Dwóch wyższych wyciągnęło broń zza pasków i wycelowało w toyotę.

Harper i Miles skulili się poniżej poziomu okien.

Zacisnęła oczy i nasłuchiwała. Serce tłukło się w piersi, oddech stał się urywany. Zdecydowanie sobie tego nie przemyślała.

– No świetnie – syknął Miles, skulony obok niej. – Co teraz przewiduje twój plan? Walniesz ich piórem?

Harper nie miała na to dobrej odpowiedzi. Jaki jest następny krok po tym, jak wrzaśniesz? Wrzasnąć jeszcze raz?

Na litość boską, gdzie prawdziwa policja?

Ostrożnie podniosła głowę, by spojrzeć na mężczyzn przez brudne szyby samochodu. Wszyscy celowali dokładnie w nią.

Wciągnęła powietrze i osunęła się z powrotem. Miała wrażenie, że żebra zaciskają się na jej płucach, nie mogła złapać tchu.

Jeśli policja wkrótce tu nie dotrze, ona i Miles zginą.

Z trudem przełknęła i znów spróbowała krzyknąć:

– Powiedziałam: rzucić broń!

– Pierdol się, glino! – odwrzasnął wyzywająco najwyższy z całej trójki.

Usłyszała serię metalicznych kliknięć.

Jej serce przestało bić.

Dotarł do niej szept Milesa:

– O do diabła.

Rzucili się na ziemię, uderzając o beton dokładnie w chwili, gdy mężczyźni zaczęli strzelać.

Huk trzech potężnych wystrzałów był ogłuszający – potworny ryk armaty.

Nad ich głowami roztrzaskały się szyby samochodu.

Harper zakryła głowę rękami i zacisnęła oczy, gdy posypał się na nią deszcz szkła.

Byli w pułapce.

Rozdział

czwarty

Wydawało się, że strzelanina trwa w nieskończoność. Gdy w końcu ustała, cisza pozostawiła w piersi Harper dziwną pustkę.

Dzwoniło jej w uszach. Na oślep wyciągnęła rękę do Milesa.

Nie było go.

– Miles – szepnęła przejęta, szukając go po omacku.

– Żyję – syknął, oddalony jakieś dwa metry od niej. – Ale nie dzięki tobie.

Zamrugała oczami, by pozbyć się kurzu i szkła. Dostrzegła go skulonego za bagażnikiem.

– Zdechłaś, glino? – zawołał kpiąco jeden z napastników.

Zanim Harper zdołała wymyślić stosowną odpowiedź, tuż za jej prawym ramieniem odezwał się chłodno czyjś głos.

– Żyję i jestem bardzo wkurzony. A teraz rzucić broń albo poczęstuję was całym magazynkiem.

Harper odwróciła się wystraszona. Tuż za nią stał wysoki, barczysty mężczyzna. Mierzył do trójki podejrzanych z samopowtarzalnego pistoletu kaliber 9 mm.

Luke Walker.

Miał na sobie czarny T-shirt i dżinsy. Przy pasku lśniła odznaka. Pewną ręką trzymał broń.

– Naprawdę jesteście okrążeni – dodał, wskazując wolną ręką.

Jak na komendę na ulicy pokazali się policjanci w ciemnych cywilnych ubraniach. Nad ich głowami rozległ się huk helikoptera, którego oślepiający reflektor zamienił noc w zimnobiały dzień. W całym tym ogłuszającym zamęcie szorstkie głosy wykrzykiwały komendy.

Wreszcie przybyła kawaleria.

Trzej poszukiwani, zaskoczeni, mierzyli we wszystkie strony.

Potem niechętnie i powoli najwyższy z nich rzucił broń. Niski posłał mu spojrzenie pełne pogardy.

Kilka sekund później zrobił jednak to samo.

Jeden po drugim uklękli na ziemi i położyli ręce na karku.

Gdy tylko otoczyła ich policja, Miles wybiegł zza rozwalonej toyoty, by robić zdjęcia.

Harper ostrożnie wstała. Trochę trzęsły jej się nogi.

Tym razem było trochę za blisko, by czuła się normalnie.

Gdy odwróciła się do Luke’a, ten schował broń do kabury.

– Harper McClain. – Sądząc po głosie, nie był zbyt zadowolony. – Dlaczego mnie nie dziwi, że cię tutaj widzę?

– Bo zawsze jestem taka dzielna? – Harper wysiliła się na nonszalancję, której wcale nie czuła.

Znała Luke’a od czasu, gdy była stażystką w gazecie, a on żółtodziobem patrolującym ulice. W wieku dwudziestu lat był już roztropny i pełen powagi. Oboje dorastali w tej samej okolicy i byli rówieśnikami. Gdy redaktor kazał jej pojechać z nim na patrol, natychmiast się zaprzyjaźnili.

Przez trzy godziny z naiwnym entuzjazmem jeździli od jednego drobnego przestępstwa do drugiego. Podekscytowana napisała artykuł o jego życiu świeżo upieczonego gliniarza. Od tamtej pory byli przyjaciółmi.

Znała go więc na tyle dobrze, by wiedzieć, że jest szczerze wkurzony. Podszedł do niej, chrzęszcząc butami na potłuczonym szkle.

– Dzielna to nie to słowo, o którym teraz myślę – odparł szorstko. – Do diabła, Harper, odkąd to próbujesz przeprowadzać aresztowania? Mogli cię zabić. Wiesz o tym, prawda?

– A co miałam zrobić? – spytała. – Wsparcie nie dotarło. Ci faceci chcieli właśnie zastrzelić tego gliniarza z latarką. Musiałam coś wymyślić.

– Mogłaś poczekać na nas – odparł, podnosząc głos. – Mogłaś schować się w bezpiecznym miejscu i zadzwonić. Powinnaś była choć przez chwilę zastanowić się nad własnym bezpieczeństwem. Mogłaś zrobić mnóstwo różnych rzeczy, McClain, gdybyś tylko choć trochę pomyślała.

Zarumieniła się.

– Pomyślałam – upierała się. – I doszłam do wniosku, że chcę, żeby wszyscy to przeżyli. Jezu, Luke, odpuść sobie, co?

Sztywno skrzyżowała ręce na piersi.

Przez chwilę myślała, że będzie się z nią kłócił, ale chyba dostrzegł, jak bardzo jest blada, i przełknął to, co zamierzał powiedzieć.

– Wszystko w porządku? – Zbliżył się o krok, jego twarz złagodniała. – Byłem pół bloku stąd, kiedy się na was wkurzyli. Przez chwilę myślałem… – urwał.

– Nic mi nie jest – zapewniła go. – Beznadziejnie strzelali.

– Nie aż tak beznadziejnie.

Po drugiej stronie ulicy policjanci przeszukiwali zatrzymanych, wyrzucając na chodnik to, co mieli w kieszeniach. Grube pliki pieniędzy, garstka małych plastikowych woreczków z białym proszkiem, grzebień i jakieś drobne.

Harper powoli zaczynała pojmować. Luke służył w tajnej jednostce, co oznaczało, że zajmował się głównie sprawami dotyczącymi gangów narkotykowych. Nie widziała go od ponad miesiąca, co zwykle sugerowało, że pracował nad jakąś sprawą.

– Luke, zawaliłam właśnie twoją sprawę? – spytała.

Pokręcił głową.

– Od kilku tygodni miałem na oku tych pajaców. Dostałem cynk, że dziś w nocy zamierzają się policzyć z rywalizującym gangiem. – Zerknął na nią. – Wciąż nie rozumiem, jak ty i Miles się w to wplątaliście.

– Usłyszeliśmy przez radio, że namierzono morderców – wyjaśniła. – Przyjechaliśmy zobaczyć, jak to się rozegra. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że się tak wpakujemy.

Mówiąc, gestykulowała, i dopiero wtedy zauważyła, że skaleczyła sobie rękę odłamkiem szkła. Po jej skórze sączyła się strużka krwi. Harper wpatrywała się w nią.

– Jezu, Luke – powiedziała. – Oni naprawdę do mnie strzelali. To tak się zwykle czujesz?

– Dzień w dzień – odparł spokojnie.

Starła krew.

– Za mało ci płacą.

– Co ty powiesz. – Przez chwilę milczał, a potem nagle dodał: – Jesteście okrążeni? Na litość boską, Harper! Oglądasz za dużo telewizji.

– Nie miałam czasu, żeby wymyślić coś lepszego. – Ulżyło jej, że nie był już na nią zły. – A ty co mówisz w takiej sytuacji?

Zastanowił się.

– Zwykle coś w stylu: rzuć broń albo odstrzelę ci jaja.

Stłumiła śmiech.

– Czemu na to nie wpadłam?

– Następnym razem – odparł, zerkając na nią. Kiedy się uśmiechał, bardziej przypominał tego żółtodzioba, którego poznała siedem lat temu. Wyrazista szczęka, bladoniebieskie oczy.

Czas i praca dały mu się we znaki. Jego rysy się wyostrzyły, zniknęła cała dawna, pełna zapału niewinność.

Zastanowiła się, czy też tak o niej myślał.

Po tym, jak wiele lat temu zabrał ją na patrol, ich kariery się przeplatały. W tym samym roku, gdy zaczęła pracować na pełen etat jako reporterka kryminalna, on awansował na detektywa. A potem szybko na sierżanta – w wieku dwudziestu pięciu lat pracował w wydziale zabójstw.

Zawsze coś ich łączyło – po tamtej pierwszej nocy na ulicach. Gdy tylko na siebie trafiali, to była dobra noc. Nie po raz pierwszy wyłonił się z mroku na miejscu przestępstwa, by sprawdzić, co z nią.

A później, osiem miesięcy temu, wszystko nagle się zmieniło. Luke odszedł z wydziału zabójstw do tajnej jednostki. Nie chciał jej powiedzieć dlaczego.

To nie miało sensu. Przejście do tajnej jednostki nie było awansem i to musiał być trudny wybór. Praca była ciężka i niebezpieczna. Kiedy Harper się o tym dowiedziała, próbowała wydobyć z niego, dlaczego to zrobił, ale unikał odpowiedzi i nie dał się przycisnąć do muru. Mimo to wyczuwała, że coś jest nie tak.

Od tamtej pory widywała go rzadziej. Znikał na długie okresy. Regularnie drastycznie zmieniał wygląd i trzymał się na dystans. Przy tych nielicznych okazjach, gdy go widywała, nie wydawał się szczęśliwy.

– Co u ciebie? – zerknęła na niego z ukosa.

– Jestem zajęty – odparł, odwracając wzrok.

Po drugiej stronie ulicy trzech skutych mężczyzn postawiono już na nogi. Obserwowali policjantów z identycznym wyrazem tępego znudzenia, jakby to wszystko przytrafiło się komuś innemu.

Na chodniku, jakby znikąd, zdążyły się pojawić tłumy gapiów. W złowrogim milczeniu patrzyli, jak funkcjonariusze odprowadzają mężczyzn do furgonetki, która odwiezie ich do aresztu.

– Luke! – Inny tajniak machnął na niego, by podszedł.

Luke uniósł rękę na znak, że go słyszał.

– Poczekaj tutaj – powiedział do Harper.

Obserwowała go, gdy nieśpiesznie odchodził długimi krokami. Ten drugi gliniarz też nosił dżinsy i T-shirt bez żadnych nadruków. Odznakę miał na łańcuszku na szyi.

Rozmawiali o czymś cicho, przyglądając się czemuś, co odebrano podejrzanym. Po chwili ten drugi odszedł z plastikowym woreczkiem na dowody.

Luke wrócił, przystanął po drugiej stronie samochodu i przywołał Harper, żeby podeszła.

– Chodź tutaj. Musisz coś zobaczyć.

Ruszyła w jego stronę, chrzęszcząc butami po rozbitym szkle.

To, co zobaczyła, sprawiło, że na chwilę przestała oddychać.

Samochód był zniszczony. Wszystkie szyby rozbite. Kule pozostawiły nierówny wzór poszarpanych dziur w drzwiach i w masce. Niektóre otwory były większe niż dwudziestopięciocentówki.

– Chciałem, żebyś zobaczyła, jak niewiele brakowało – powiedział z ponurą miną. – Poważnie, Harper, musisz bardziej na siebie uważać. Któregoś dnia ktoś cię zabije.

– Daj spokój, Luke. Wykonywałam tylko swoją robotę.

– Dać się zabić to nie twoja robota – odparł ostro. – Tylko moja.

Harper gapiła się na niego. Zanim jednak przyszła jej do głowy jakaś dobra odpowiedź, podszedł do nich Miles.

– Nasz bohater – powiedział, podając rękę Luke’owi. – Dzięki za ratunek, człowieku.

– Miles, nie mów mi, że się na to zgodziłeś. – Luke wskazał na samochód.

– Bóg mi świadkiem, nie miałem pojęcia, że ona to zrobi – odparł Miles. – Proszę cię tylko, żebyś jej nie aresztował, dopóki nie napisze swojego artykułu. – Odwrócił się do Harper i popukał palcem w zegarek. – A tak à propos, choć to był bardzo miły wieczór…

Harper sprawdziła, która godzina. Za dziesięć dwunasta.

– Cholera. Musimy wracać.

Obróciła się na pięcie i pobiegła do samochodu Milesa. W ostatniej chwili spojrzała za siebie.

Luke wciąż stał przy rozwalonym wozie i ją obserwował.

– Dzięki za uratowanie mi życia, Walker! – zawołała do niego. – Jestem ci winna przysługę.

– Żebyś wiedziała, do diabła.

Coś w jego głosie przekonało ją, że mówił poważnie.

Po powrocie do newsroomu Harper napisała artykuł. Baxter przez cały czas nad nią wisiała.

– Zmień „pobiegli” na „uciekli” – poleciła, pukając w ekran krótkim, niepolakierowanym paznokciem.

Harper bez sprzeciwu naniosła poprawkę.

– Dobrze, dobrze… – mruczała Baxter, jak zawsze, gdy Harper pisała coś, co jej się podobało. Roztaczała wokół siebie słabą, całkiem miłą woń cameli lightów i perfum Chanel Coco.

Gdy artykuł wreszcie przekazano do składu, było wpół do pierwszej. Na pierwszej stronie, pod nagłówkiem „Podejrzani o morderstwo aresztowani po dramatycznej strzelaninie”, dominowało surowe zdjęcie Milesa: trzech podejrzanych, jeden z chustką zasłaniającą twarz, mierzący prosto w obiektyw.

Baxter się przeciągnęła, by rozprostować plecy.

– Dlaczego ci przestępcy nie mogą bardziej zwracać uwagi na nasze terminy? – spytała.

– Bo są dupkami? – podsunęła Harper.

Baxter zaśmiała się ponuro i ruszyła do pomieszczenia z kopiarkami.

– Idź do domu, Harper. Dość narozrabiałaś jak na jedną noc.

Gdy wyszła, Harper wyłączyła komputer i schowała policyjne radio do torebki. Ale nie wstała. Siedziała wpatrzona w ciemny monitor.

Wciąż widziała obojętne twarze tych młodych ludzi, którzy do niej mierzyli. Słyszała w głowie głos Luke’a: któregoś dnia ktoś cię zabije.

W pewnym sensie wiedziała, że miał rację. Lubiła być blisko niebezpieczeństwa. Przyciągało ją.

Dziś zbliżyła się do niego za bardzo. Mogli na tym ucierpieć inni ludzie.

Ona i Miles zawsze podejmowali ryzyko, ale tym razem przesadziła. Tym razem próbowała zostać bohaterką.

Wróciła Baxter i przerwała jej rozmyślania.

– Wprowadzasz się? – warknęła. – Idźże wreszcie do domu.

Harper się wyprostowała.

– Idę – odparła, sięgając po telefon. – Muszę tylko do kogoś zadzwonić.

Odczekała, aż Baxter weźmie torebkę i wyjdzie. Potem wybrała znajomy numer.

– Biblioteka – burknął niecierpliwie czyjś głos.

W tle Harper słyszała normalny czwartkowy gwar w barze, podniesione głosy, gitary, brzęk naczyń, śmiech.

– Cześć, Bonnie. – Harper opadła na oparcie krzesła.

– Harpereczka! Gdzie jesteś? Dlaczego twój wspaniały tyłek nie uświetnia miejsca w moim barze?

Bonnie zawsze miała zachrypnięty głos, ale po całym wieczorze przekrzykiwania zgiełku brzmiał jeszcze chrapliwiej.

– Wciąż jestem w pracy – odparła Harper. – Zastanawiałam się, czy do ciebie nie zajrzeć.

– Chodź. Zrobię ci mai-tai. I dorzucę wisienek.

Harper się roześmiała. Mai-tai było jej ulubionym drinkiem, odkąd obie jako nastolatki zakradały się do barów. Nie piła tego drinka od lat.

Nagle wydało jej się, że to wspaniały pomysł.

– Już do ciebie jadę.

Rozdział

piąty

Dochodziła pierwsza, gdy Harper zaparkowała na wolnym miejscu pod gałęziami rozłożystego dębu rosnącego przed jej domem. Zwieszająca się nisko oplątwa otarła się o dach samochodu, miękka jak kocie łapy.

Nie tylko Miles lubił szybkie samochody. Ale podczas gdy jego wóz był elegancki i nowy, Harper jeździła piętnastoletnim camaro. Miał sto sześćdziesiąt sześć tysięcy kilometrów na liczniku, ale silnik mruczał. Nie zamierzała parkować go gdzieś przy barze, zwłaszcza w czerwcu. Kilka tygodni temu do miasta zaczęły się zjeżdżać chmary turystów i wszyscy byli pijani odurzającą mieszanką urlopu, słońca i trzech drinków w cenie jednego.

Mogła stąd pójść pieszo.

Właśnie miała wysiąść z samochodu, gdy mignęło jej własne odbicie we wstecznym lusterku. Lśniący, piegowaty owal twarzy. Pod dużym piwnym okiem widniała czarna smuga rozmazanego tuszu do rzęs. Twarz pod burzą kasztanowych włosów wydawała się brudna.

Od jak dawna tak wyglądała?

Westchnęła i opadła z powrotem na siedzenie.

– No świetnie, Harper – mruknęła, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu szczotki. – Znowu nie potrafisz być dorosła.

Szybko doprowadziła do porządku włosy i w porywie natchnienia umalowała na czerwono usta szminką MAC, którą dostała na urodziny od Bonnie.

– Proszę cię tylko o to, żebyś od czasu do czasu jej używała – powiedziała wtedy przyjaciółka.

Gdy Harper poczuła się usatysfakcjonowana swoim wyglądem, wysiadła z samochodu i stała przez chwilę, spoglądając na dom po drugiej stronie ulicy.

Przez ostatnie pięć lat wynajmowała mieszkanie na parterze w wyremontowanym dwupoziomowym wiktoriańskim budynku przy East Jones Street, niedaleko Wyższej Szkoły Plastycznej. Właścicielem był wesoły, udający tumana Billy Dupre. Kosił trawnik, naprawiał rzeczy, kiedy się psuły, i nigdy nie podnosił jej czynszu. W zamian miała na oku studentów wynajmujących mieszkanie na górze i od czasu do czasu coś pomalowała.

To był dobry układ.

Niebieski dom miał wysoki, spiczasty dach i witraż na strychu, który w słoneczne dni lśnił bursztynem i zielenią.

Dziś w nocy wszystkie okna były ciemne, z wyjątkiem budzącego poczucie bezpieczeństwa światła w holu. Drzwi były solidne. Wkrótce po tym, jak się wprowadziła, wymieniła wszystkie zamki na antywłamaniowe.

Było tu bezpiecznie. Zadbała o to.

Zadowolona, że wszystko jest w porządku, przerzuciła torebkę przez ramię i ruszyła dalej pieszo.

Domy przy Jones Street nie były najpiękniejsze, ale miały swój urok. Za dnia ich wysokie okna spoglądały na autobusy z turystami i studentów z teczkami pełnymi prac, spieszących do Wyższej Szkoły Plastycznej. Jednak nocą to była cicha uliczka, jak za dawnych czasów. Żeliwne latarnie uliczne rzucały tańczące plamy światła przez wdzięczne łuki gałęzi dębu.

Teraz księżyc się schował i coraz silniej się chmurzyło. Wciąż było okropnie gorąco, a wilgoci wiszącej w powietrzu można było niemal dotknąć.

Gdy Harper skręciła w lewo na pierwszym skrzyżowaniu, po niebie przetoczył się niski, groźny pomruk grzmotu.

Podenerwowana przyśpieszyła kroku i szybko obejrzała się przez ramię na pustą ulicę.

Ta strzelanina wytrąciła ją z równowagi. Wciąż czuła krążącą w żyłach adrenalinę. Wciąż towarzyszyło jej to samo uczucie, co przed strzelaniną: że ktoś ją obserwuje. Ale za każdym razem, gdy się odwracała, nikogo tam nie było.

Gdy dotarła na ruchliwą Drayton Street, ucieszyła się, że jest tu znacznie widniej.

Nawet o pierwszej w nocy ulica tętniła życiem. Z Eric’s 24-Hour Diner – z jaskrawym neonem jak z lat pięćdziesiątych, który obiecywał „świeże burgery i mrożone koktajle” – jak zwykle kusząco pachniało smażonym jedzeniem.

Gdy Harper zręcznie lawirowała w tłumie, zaczęły padać pierwsze ciężkie krople. Zapowiadała się straszna burza.

Niemal biegnąc, odbiła od głównej ulicy. Usłyszała Bibliotekę, zanim do niej dotarła – muzyka i śmiech płynęły przez otwarte drzwi, pod którymi zebrała się grupka palaczy. Harper wciągnęła w nozdrza korzenną woń goździkowych papierosów i szybko weszła do środka.

– Cześć, Harper – przywitał ją bramkarz. – Znowu się pojawiasz po pełnym sukcesów wieczorze spędzonym na zwalczaniu kryminalistów?

Mierzył sporo ponad metr osiemdziesiąt, miał postrzępioną brodę, wielki piwny brzuch i nieprawdopodobną ksywkę Junior. Harper raz widziała, jak bez wysiłku wyrzuca z lokalu trzech facetów równocześnie.

– To brudna robota, ale ktoś musi to robić – odparła i przybiła z nim piątkę.

Uśmiechnął się, odsłaniając zęby tak nierówne, jakby każdy ukradł komuś innemu.

– Bonnie na ciebie czeka. Wspominała coś o tequila sunrise, albo jakoś tak.

– Mai-tai – poprawiła go, podnosząc głos, by przekrzyczeć kakofonię dźwięków, i weszła do zatłoczonego, słabo oświetlonego baru.

Jak wskazywała nazwa, mieścił się w dawnej bibliotece. Przestrzeń zupełnie nie nadawała się na bar – dawne czytelnie były małe i robił się tu spory tłok, ale jakoś to działało.

Harper lubiła to miejsce nie tylko z tego powodu, że Bonnie była tu barmanką, ale też dlatego, że niemal nie było szans, by mogła się tu natknąć na kogoś z pracy. Lokal przyciągał dwudziestoparolatków, którzy siedzieli, paląc elektroniczne papierosy, i głośno dyskutowali o Nietzschem i o polityce. Gliniarze za nic nie daliby się tu zaciągnąć, a dziennikarze woleli Rosie Malone’s, irlandzki pub nad rzeką, gdzie często przesiadywali miejscowi politycy.

Biblioteka była lokalem Harper.

Podobało jej się, że w ściany wciąż były wbudowane regały zastawione książkami w miękkich oprawach i obowiązywała reguła „weź książkę, zostaw książkę”. Jedyna zasada widniała na tabliczce przy drzwiach i głosiła: „Prosimy, żadnego porno. Jesteśmy dziećmi”.

Główny bar mieścił się w miejscu, gdzie kiedyś stała lada bibliotekarki, pośrodku największego pomieszczenia. Harper brnęła tam przez tłumy gości.

Powietrze było parne, pachniało potem, rozlanym piwem i deszczem zawiewanym przez otwarte drzwi.

Nietrudno było wypatrzyć Bonnie – niedawno zrobiła sobie na długich blond włosach pasemka w kolorze magenty i lśniła w półmroku jak latarnia.

Kontrastowe kolory idealnie pasowały do jej miniówki w lamparci wzorek i kowbojskich butów. Ale z taką figurą mogła sobie pozwolić na wszystko.

Przyjaźniły się od dzieciństwa. Zawsze były dla siebie bardziej jak siostry niż jak przyjaciółki.

Podobnie jak matka Harper, Bonnie była artystką. Ponieważ nie dało się na tym zarobić, cztery razy w tygodniu pracowała w barze i prowadziła trochę zajęć w miejscowej szkole plastycznej – z tego wszystkiego ledwie ją było stać, by opłacić tanie mieszkanie w podejrzanej okolicy.

Gdy Harper podeszła do baru, Bonnie właśnie napełniała pięć kieliszków tequilą i ani na chwilę nie zamykały jej się usta. Facet z kozią bródką i w ładnej koszuli czekał na swoje drinki i tęsknym wzrokiem obserwował każdy jej ruch.

Gdy Bonnie na chwilę umilkła, by zaczerpnąć tchu, Harper pochyliła się nad barem i wskazała na kieliszki.

– Dzięki, ale aż tak nie chce mi się pić.

Z cichym okrzykiem radości Bonnie podsunęła drinki wystraszonemu facetowi z bródką i wyciągnęła się nad barem, mocno przytulając Harper.

– Nie mogę uwierzyć, że przyszłaś. Przecież nienawidzisz wychodzić w sezonie turystycznym.

– Skusiłaś mnie tropikalnym koktajlem – odparła Harper.

– Jeśli to prawda, co wieczór będę ci robić mai-tai. – Bonnie przyjrzała jej się uważnie. – Co u ciebie? A tak w ogóle, niezła szminka.

– To był dziwny wieczór – zbyła jej pytanie Harper. – A szminka jest od ciebie.

– Wiedziałam. Mam świetny gust. Powinnaś pozwolić, żebym wybrała ci buty. – Bonnie odwróciła się w stronę długiego rzędu połyskujących butelek. – Zostań tam. Zrobię ci tego drinka i opowiesz mi o swoim dziwnym wieczorze.

W tej samej chwili do baru podeszła grupka roześmianych gości, ściskających w rękach karty kredytowe.

Bonnie, poirytowana, spojrzała na Harper.

– Ale najpierw muszę się pozbyć tych pieprzonych ludzi.

Harper bez pośpiechu wysunęła stołek barowy i usiadła.

Mimo hałasu i całego tego chaosu to miejsce ją uspokajało. Bonnie, jako jedyna na świecie, wiedziała o niej wszystko i Harper jeszcze nigdy nie udało się oszukać przyjaciółki. W tej chwili potrzebowała kogoś, kto przejrzy ją na wylot.

Poznały się w szóste urodziny Bonnie. Jej rodzina wprowadziła się na ulicę, przy której mieszkała Harper, zaledwie kilka tygodni wcześniej. Harper wiele razy widziała córeczkę sąsiadów, z długimi, godnymi pozazdroszczenia jasnymi włosami, jak pędziła po chodniku tam i z powrotem na trzykołowym rowerku, a za nią uganiała się gromadka braci. Nie sposób było jej przeoczyć.

Choć ich skromne powojenne domki były niemal identyczne, hałaśliwy i pełen życia dom Bonnie był przeciwieństwem domu Harper. Harper była jedynaczką. Choć nie w tym tragicznym, samotnym sensie „o ja bidula”. Była raczej rozpieszczana i kochana.

Jej matka była malarką i nauczycielką plastyki. Ojciec, prawnik, często wyjeżdżał służbowo. Jej wspomnienia z dzieciństwa były jak zamazana, akwarelowa mieszanka jazzu sączącego się z głośników i barw – wszędzie barwy. Kuchnia cytrynowożółta, sofa wiśniowa. Pokój Harper w kolorze akwamaryny, a na ścianach pełne życia obrazy jej matki.

W słoneczne dni matka rozstawiała sztalugę w kuchni przy panoramicznych oknach. Kiedy Harper była mała, często dla niej również ustawiała małą sztalugę, by mogły malować obok siebie.

W dniu urodzin Bonnie Harper siedziała spokojnie na ganku na tyłach ze swoją kolorowanką, gdy po drugiej stronie płotu pojawiła się Bonnie z puszką serpentyny w sprayu.

Harper odłożyła kredki i bacznie obserwowała, jak Bonnie zbliża się po trawniku do siatki. W jaskrawej sukience, z niemal białymi włosami, wyglądała jak mały zawadiacki elf. Harper się spodziewała, że dziewczynka się przywita. Zapyta ją, co koloruje. Zamiast tego bez ostrzeżenia i niczym nieprowokowana wycelowała puszkę w Harper i pokryła ją lepkimi, różowymi nitkami.

Harper gapiła się na nią z niedowierzaniem.

– Dlaczego to zrobiłaś?

Bonnie z namysłem podrapała się po ramieniu.

– Bo wydawałaś się samotna – oświadczyła po chwili. – I pomyślałam, że będzie fajnie. Przyjdź na moją imprezę.

Harper widziała już baloniki przywiązane do ogrodzenia przed domem, tabliczkę z napisem „Bonnie kończy sześć lat” na drzwiach i inne dzieci, które przyszły na przyjęcie. Rozegrała to jednak na chłodno.

– Nie wiedziałam, że dziś masz urodziny – skłamała.

– Mam – zapewniła ją Bonnie. – Ale nie cierpię swoich kuzynów. A moi bracia są dupkami. Chcę, żebyś ty przyszła.

Harper nie wzdrygnęła się, słysząc brzydkie słowo.

– Dlaczego? Przecież mnie nie znasz.

Bonnie spojrzała na nią z miną błogiej pewności.

– Podobają mi się twoje włosy. Spytaj mamę, czy możesz przyjść. Obiecuję, że już nie będę na ciebie pryskać sprayem.

Z niewiadomych powodów zadowolona tym wyjaśnieniem Harper zdjęła z ubrania serpentynę i poszła do kuchni zapytać mamę o pozwolenie. Ta machnęła tylko pędzlem znad sztalugi.

– Baw się dobrze, kochanie – powiedziała, nie odrywając spojrzenia od płótna. Malowała łąkę pełną stokrotek w słoneczny dzień. Każda wydawała się tak rzeczywista, że można było niemal dotknąć chłodnych, jedwabistych płatków. – I pamiętaj, żeby podziękować pani Larson.

Od tamtego dnia, z powodów, których Harper nigdy nie pojęła, ona i Bonnie były nierozłączne.

Ich przyjaźń przetrwała podstawówkę i ponurą anarchię szkoły średniej. Przetrwała pierwszych chłopaków, rozwód rodziców Bonnie i ból, gdy rodzina Larsonów wyprowadziła się z sąsiedniego domu. I gorsze rzeczy.

O wiele gorsze.

Bonnie była jedynym przypomnieniem o dzieciństwie, na jakie pozwalała sobie Harper w swoim życiu. Jedyną osobą, która znała ją przedtem.

Jedyną, która rozumiała.

Harper czekała cierpliwie, gdy bar stopniowo pustoszał. Tuż przed drugą Bonnie podała jej trzeci tego wieczoru, bardzo różowy koktajl, z maleńką papierową parasolką i czterema wisienkami nabitymi na długą wykałaczkę.

– Carlo na jakiś czas przejmuje bar – powiedziała, wskazując butelką piwa na muskularnego, ciemnowłosego faceta. – Chodźmy pogadać.

Harper czuła się już o wiele lepiej. Uniosła swojego drinka do światła, podziwiając jego niezwykły kolor.

– To mój ulubiony drink.

– Jest w nim tyle soku i rumu, że to czysta cukrzyca w szklance – Bonnie przeciągnęła się z jękiem. – Rany, to była długa noc. Muszę sobie znaleźć jakąś prawdziwą pracę.

O tej godzinie w lokalu pozostali tylko najbardziej zdesperowani goście, którzy z każdym kolejnym kieliszkiem zmagali się ze swoimi demonami. Muzykę przyciszono, powietrze wydawało się chłodniejsze.

Stwierdziły, że jedno z bocznych pomieszczeń jest zupełnie puste. Dominował w nim stół bilardowy.

Bonnie usiadła na zielonym filcowym blacie i pokazała Harper, by do niej dołączyła.

– Właź tutaj i powiedz mi, co jest grane.

Harper, już nie z takim wdziękiem, wspięła się na blat. Bonnie wlała do tych drinków dużo rumu.

– Nic nie jest grane – odparła,wyciągając nogi tak, że palcami musnęła drugą krawędź stołu. – Wszystko w porządku.

– Harper. – Bonnie zerknęła na nią z ukosa. – Od dwóch godzin siedzisz w moim barze, pijesz różowe drinki i do nikogo się nie odzywasz. W sezonie turystycznym. Wiem, że coś się stało.

Harper się uśmiechnęła. Bonnie zawsze potrafiła przejrzeć ją na wylot.

– Doszło do strzelaniny. – Harper wykonała niejasny gest ręką, w którym trzymała drinka. – Byłam trochę za blisko.

Bonnie upiła łyk piwa, bacznie ją obserwując.

– To znaczy, jak blisko?

Harper pomyślała o szybach rozpryskujących się nad jej głową. Uniosła rękę i rozsunęła palec wskazujący i kciuk na jakieś pięć centymetrów.

– Jakoś tak.

Bonnie uniosła brwi.

– Co jest, do diabła, Harper? Masz pisać o przestępstwach, a nie dać się zabić.

– Było w porządku – upierała się Harper. – Nic mi nie groziło.

– Bzdura – prychnęła Bonnie. – Wystraszyłaś się. Słyszałam po twoim głosie przez telefon. Widziałam to po twojej minie, kiedy weszłaś do baru. Nie okłamiesz mnie.

Harper wyjęła maleńką parasolkę ze szklanki i nieobecna duchem złożyła ją i znów rozłożyła. Czekając na Bonnie, miała dużo czasu, by zastanowić się nad tym, co się stało. I nad tym, co nią kierowało.

Przez ochronną mgiełkę alkoholu uświadomiła sobie, że zadaje sobie pytanie, którego normalnie nigdy nie wypowiedziałaby na głos.

– Powiedz mi prawdę, myślisz, że mam skłonności do autodestrukcji?

Bonnie za długo się wahała.

– Daj spokój – powiedziała w końcu, łagodniejszym już tonem. – Wiesz, że masz dobre powody, by robić to, co robisz.

To była prawda. Ale w sumie też nie zaprzeczyła.

Ni z tego, ni z owego Harper pomyślała o Luke’u, jak stał na ulicy niczym bóg sprawiedliwości i patrzył na nią jak nigdy dotąd. Jakby się o nią martwił.

Dziś wieczorem miała też czas, by o nim pomyśleć.

– A tak w ogóle, chyba wpadł mi w oko jeden gliniarz – powiedziała.

Wyczuła, jak Bonnie się odpręża. Chwila powagi minęła.

– No cóż, moja droga. – Szturchnęła Harper w ramię. – Zadbaj o to, żeby mieć coś z tej walki z przestępcami.

Harper potrząsnęła głową.

– Nie mogę. Piszę o gliniarzach. Nie wolno mi się w nich zakochiwać. To by był… – szukała właściwego słowa w pijanych zakamarkach umysłu – …konflikt… no wiesz – mrugnęła – …interesów.

– Naprawdę? – Bonnie spojrzała na nią z powątpiewaniem. – Daj spokój. Co wam mogą zrobić?

– Mogliby go za to zdegradować – zapewniła ją. – Policja traktuje poważnie takie rzeczy.

Bonnie parsknęła drwiąco.

– Od kiedy to przejmujesz się zasadami, Harper? Policja nie ma kamery w twojej sypialni. A tak w ogóle, to od jakiegoś czasu myślę, że powinnaś kogoś przelecieć. Kiedy ostatnio kogoś miałaś?

Zaskoczona Harper stwierdziła, że nie zna dokładnej odpowiedzi na to pytanie.

– W zeszłym roku? No wiesz, tego faceta z Kalifornii?

Bonnie gapiła się na nią, jakby właśnie oświadczyła, że lubi to robić z kotami.

– Harper, to było prawie dwa lata temu. To niemożliwe. Załatwię, żeby Carlo natychmiast cię przeleciał. Carlo!

Odwróciła się w stronę baru i podniosła głos. Carlo, który wstawiał akurat kieliszki do zmywarki, spojrzał na nią pytająco. Czarny T-shirt z logo baru napinał się na jego mięśniach.

– Nie zwracaj na nią uwagi, Carlo! – wrzasnęła szybko Harper. – To nic takiego. – Śmiejąc się, szturchnęła Bonnie. – Zachowuj się.

– On to zrobi – zapewniła ją Bonnie. – Uważa, że niezła z ciebie laska, wiem o tym.

– Nie jestem… niezłą laską. – Z jakiegoś powodu Harper nie spodobało się to określenie. – Jestem introwertyczką i nigdy nie pamiętam o makijażu. Widziałam, z jakimi kobietami zadaje się Carlo. Nie jestem ani trochę w jego typie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki