Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 357 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Easy Love - Kristen Proby

Tom 1 serii Boudreaux o braciach i siostrach z rodziny potentatów przemysłowych z Nowego Orleanu.

 

Eli Boudreaux jest prezesem rodzinnej firmy, która buduje statki w Nowym Orleanie, mieście zwanym Big Easy – „totalny luz”. Kocha swoją pracę, swoje rodzeństwo i kobiety… na jedną noc. Teraz jednak ktoś ze współpracowników zaczął go okradać. Jego siostra sprowadza na odsiecz swoją przyjaciółkę.

Kate O’Shaughnessy jest specjalistką od takich spraw. Wynajmowana przez firmy na całym świecie, potrafi wtopić się w każdy zespół, by od środka przeprowadzić śledztwo. Teraz zatrudnia ją Eli Boudreaux.

Chemia jest natychmiastowa. Lecz Eli jest przekonany, że nie potrafi kochać. A Kate jest pewna, że już nigdy nie zaufa mężczyźnie. Jednak południowy akcent, z jakim Eli wypowiada jej imię sprawia, że miękną jej kolana...

Czy zdołają zachować profesjonalny dystans, odkrywając razem uroki miasta – gorącego, tętniącego życiem i namiętnego jak pierwszy pocałunek? I co się stanie, gdy Kate skończy zlecenie i będzie musiała wyjechać...

Opinie o ebooku Easy Love - Kristen Proby

Fragment ebooka Easy Love - Kristen Proby

Korekta

Małgorzata Tarnowska

Hanna Lachowska

Zdjęcia na okładce

© L Julia/Shutterstock

© f11photo/Shutterstock

Tytuł oryginału

Easy Love

Copyright © 2015 by Kristen Proby

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6866-8

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Dla K.P. Simmon.

Jesteś nie tylko najlepszą publicystką na świecie, ale także moją najlepszą przyjaciółką. Zawsze

Prolog

Eli

Za ciężko pracujesz. – Głos dochodzi zza moich pleców. Stoję za biurkiem, podziwiając rozciągający się z mojego położonego na pięćdziesiątym czwartym piętrze gabinetu widok na nowoorleańską French Quarter i rzekę Missisipi. Słońce już grzeje jak szalone. Jest dopiero ósma rano, ale duszące, parne powietrze na zewnątrz już osiągnęło 30 stopni, czego jednak nie odczuwam w chłodnym, przyjemnym gabinecie.

Wygląda na to, że oglądam świat wyłącznie z okien gabinetu…

Skąd, do cholery, przyszło mi do głowy coś takiego?

– Ziemia do Eli… – odzywa się beznamiętnie Savannah zza moich pleców.

– Słyszałem cię. – Wkładam ręce do kieszeni i bawię się srebrną półdolarówką, którą dał mi ojciec, kiedy zająłem to stanowisko. Odwracam się, przed moim biurkiem stoi moja siostra, jak zwykle w nieskazitelnym kostiumie, akurat dzisiaj niebieskim, z wysoko upiętymi gęstymi, ciemnymi włosami i troską w oczach. – Poza tym przyganiał kocioł garnkowi! Wyglądasz na zmęczoną.

– Nic mi nie jest. – Spogląda na mnie groźnie zmrużonymi oczami i bierze głęboki wdech, a ja nie mogę powstrzymać uśmiechu. Uwielbiam ją wkurzać.

Zresztą to dziecinnie proste.

– Dotarłeś chociaż wczoraj w nocy do domu?

– Nie mam na to czasu, Van. – Opadam na fotel i pokazuję jej, żeby zrobiła to samo. Jednak ona podtyka mi pod nos banana i dopiero wtedy siada.

– Ale masz czas, żeby się gapić przez okno?

– Masz ochotę się dzisiaj pokłócić? Jeśli tak, to nie ma sprawy, ale najpierw mi może powiedz, o co się, do cholery, kłócimy? – Obieram banana i odgryzam kawałek, dopiero teraz do mnie dociera, że umieram z głodu.

Savannah powoli wypuszcza powietrze i potrząsa głową, mamrocząc pod nosem coś na temat durnych facetów.

Uśmiecham się do niej promiennie.

– Lance sprawia problemy? – To zaciskam ręce w pięści, to rozluźniam na samą myśl o tym, że może wreszcie będę miał okazję przywalić skurwielowi. Mąż Savannah nie jest moim ulubieńcem.

– Nie. – Rumieni się, ale wyraźnie unika mojego spojrzenia.

– Van.

– O, dobrze, że oboje tu jesteście – mówi Beau, energicznym krokiem wchodząc do mojego gabinetu. Zamyka za sobą drzwi, siada koło Savannah, wyjmuje mi z ręki na wpół zjedzonego banana i dwoma kęsami zjada do końca.

– Przecież to moje! – Mój żołądek w ramach protestu wydaje głośne burknięcie, a ja się zastanawiam, czy nie posłać asystentki po pączki.

– Boże, ale z ciebie dzieciak! – odpowiada Beau, wrzucając skórkę do kosza na śmieci. Mój starszy brat jest o trzy centymetry wyższy niż ja, a ja mam sto dziewięćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, poza tym jest tak szczupły jak w szkole średniej. Ale i tak dałbym mu radę.

– Po co właściwie tu przyszliście? – Odchylam się na fotelu i przecieram ręką usta. – Na pewno oboje macie mnóstwo roboty.

– Nie bądź taki mądry!

Savannah tylko kiwa głową, ale kiedy ona i Beau wymieniają spojrzenia, włoski na karku stają mi na baczność.

– Co się dzieje?

– Ktoś nas okrada. – Beau rzuca na biurko przede mną plik arkuszy kalkulacyjnych. Szczęka mu nerwowo drży, kiedy biorę arkusze i wpatruję się w kolumny cyfr.

– Gdzie?

– Tego właśnie nie wiemy. – Savannah mówi cicho, ale głos ma twardy jak stal. – Ktokolwiek to jest, ukrył to naprawdę dobrze.

– To jak się o tym dowiedzieliście?

– Właściwie to przez przypadek – odpowiada rzeczowo Savannah, w tym momencie stuprocentowo skupiona na interesach. – Wiemy, że to musi być ktoś z rachunkowości, ale zostało to tak sprytnie ukryte, że nie mamy pojęcia ani kto, ani jak to robi.

– Wywalcie cały wydział i zatrudnijcie nowych ludzi. – Odkładam dokumenty i odchylam się na fotelu.

Beau parska śmiechem.

– Nie możemy wywalić ponad czterdziestu ludzi, z których większość nie ma nic na sumieniu, Eli! Tak się po prostu nie robi.

– Przecież w jakichś papierach musiał zostać jakiś ślad… – zaczynam, ale Savannah przerywa mi, energicznie kręcąc głową.

– Jesteśmy w pełni skomputeryzowani, pamiętasz? Nie ma żadnych papierów!

– No tak, chronimy pieprzone drzewa… Chcecie mi powiedzieć, że nikt nie wie, co jest, do cholery, grane?

– Nie chodzi o dużą sumę, ale wystarczająco dużą, żeby mnie wkurzyć – mówi cicho Beau.

– Ile konkretnie?

– Niewiele ponad sto tysięcy dolarów. Przynajmniej tyle się na razie doliczyliśmy.

– No tak, to wystarczająco, żeby mnie też wkurzyć. To nie to samo, co wziąć bez pytania karteczki samoprzylepne z magazynu.

– Poza tym trudno zobaczyć tu jakąś prawidłowość. Gdyby to była taka sama suma, wybierana w tym samym czasie, bez problemu doszlibyśmy do tego kto to. Nie chcę też spowodować masowej histerii w firmie. Nie chcę, żeby wszyscy myśleli, że przez cały czas patrzymy im na ręce.

– Ktoś nas okrada, a ty się martwisz o uczucia pracowników? – Marszczę czoło. – Kim ty, do cholery, jesteś?

– Beau ma rację – zgadza się z naszym starszym bratem Savannah. – W firmie, w której jeden z dyrektorów generalnych węszy po kątach, nie możemy się spodziewać specjalnie wysokiego morale.

– Więc może zajmie się tym dyrektor finansowy? – proponuję, mając na myśli Savannah, jednak ona tylko potrząsa głową i się śmieje.

– Nie, raczej nie!

– W takim razie będziemy siedzieć z założonymi rękami, podczas gdy jakiś skurwiel zrobił sobie z firmy bankomat?

– Nie! – Savannah uśmiecha się promiennie, a jej śliczna twarzyczka się rozjaśnia. – Proponuję, żeby Kate O’Shaughnessy się tym zajęła.

– Twoja przyjaciółka ze studiów? – upewniam się i zerkam na Beau, jednak jego twarz nie wyraża wiele. Cały Beau.

– To jej zawód.

– Zaglądanie ludziom przez ramię? Musi być baaardzo lubiana…

– Jesteś dzisiaj nie w humorze – zauważa cicho Beau.

– Kate współpracuje z firmami, w których mają miejsce malwersacje. Zostaje w nich fikcyjnie zatrudniona, zdobywa zaufanie innych pracowników i prowadzi śledztwo w ukryciu.

– A ona w ogóle się na czymś zna? Przecież to będzie podejrzane, jeśli nie będzie miała pojęcia o pracy na swoim stanowisku.

– Ma dyplom MBA, Eli. Ale chciałabym, żeby pracowała u nas jako asystentka administracyjna. W ten sposób będzie miała oko na wszystkich i będzie zorientowana w sprawach firmy, poza tym będzie miała okazję rozmawiać z każdym. Jest sympatyczna, ludzie ją polubią.

– Okej, mnie to odpowiada. – Zerkam na Beau. – A tobie?

– Jest to jakiś pomysł – zgadza się. – Żadne z nas nie ma czasu, żeby się tym zająć osobiście, a nie chcę tego powierzać obcej osobie. Tak jak wspomniała Van, ludzie gadają. Zależy mi na całkowitej dyskrecji. Kate podpisze wszystkie niezbędne umowy o zachowaniu poufności, a z tego, co słyszałem, jest naprawdę świetna w tym, co robi.

– Jeszcze jedno. – Van pochyla się w moją stronę i patrzy mi głęboko w oczy. Zwykle to oznacza, że mam poważne kłopoty. – Masz się trzymać od niej z daleka.

– Nie jestem dupkiem, Van…

– Nie, mówię serio. Masz trzymać swoje łapska z daleka od mojej przyjaciółki. Jesteś męską dziwką, ale od niej wara.

– Licz się ze słowami! Nie jestem…

– Owszem, jesteś – zgadza się z nią Beau z szerokim uśmiechem.

Z westchnieniem wzruszam ramionami.

– Owszem, z zasady nie umawiam się dwa razy z tą samą kobietą, ale to mnie nie czyni męską dziwką!

Van tylko podnosi brwi.

– Po prostu zostaw ją w spokoju.

– Jestem profesjonalistą, Van. Nie sypiam z podwładnymi.

– Czy to właśnie powiedziałeś tej asystentce, która kilka lat temu nas pozwała?

– Już nie sypiam z podwładnymi.

– Boże… – Van potrząsa głową, a Beau parska śmiechem. – To miła dziewczyna, Eli.

Zamiast odpowiedzieć, znacząco spoglądam na nią zmrużonymi oczami, po czym siadam na fotelu. Kate to dorosła kobieta, a poza tym pewnie i tak mi się nie spodoba.

Minęło dobrych kilka lat, odkąd jakaś kobieta zdołała na dłużej przyciągnąć moją uwagę. Musiałbym do tej Kate coś poczuć.

– Dzwoń do niej.

Rozdział 1

Kate

Halo? – mówię bez tchu, podczas gdy taksówka, w której jestem, pędzi autostradą, kierując się dokładnie w samo serce Nowego Orleanu.

– Gdzie jesteś? – z uśmiechem w głosie pyta Savannah.

– W taksówce, właśnie jadę z lotniska. Jesteś pewna, że nie powinnam zamieszkać w hotelu?

– Nie ma mowy! Bayou Industries posiada piękny loft, będziemy udawać, że go od nas wynajmujesz. Przyjeżdżaj prosto do biura. Niestety, akurat mam spotkanie, więc nie będę mogła cię przywitać. Przepraszam.

– Nie ma sprawy. – Przygryzam dolną wargę, kiedy taksówkarz bezpardonowo zajeżdża drogę kolejnemu motocykliście, a mnie wywraca się żołądek. – Mam nadzieję, że dotrę tam w jednym kawałku. Taksówkarz jedzie jak szalony,

Savannah parska śmiechem, po czym słyszę, że mówi coś do kogoś w swoim gabinecie.

– Muszę kończyć. Eli się tobą zajmie.

– Eli? Myślałam, że to będzie Beau…

– Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Eli nie skrzywdziłby muchy. – Z tymi słowami kończy połączenie. Taksówkarz wykonuje kolejny ostry skręt, a ja wznoszę w duchu dziękczynną modlitwę, że nie zjadłam dziś śniadania, i wachluję się dłonią.

Okropnie gorąco w tym ich Big Easy, jak mówią o Nowym Orleanie.

Przez wszystkie lata studiów z Savannah i jej bratem bliźniakiem, Declanem, nigdy nie udało mi się ich tutaj odwiedzić. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę sławną French Quarter, zjem pączka, posłucham wróżb z tarota i po prostu pozwolę się ogarnąć jedynej w swoim rodzaju atmosferze tego miasta!

Oczywiście wolałabym dać się jej ogarniać, nie mając na sobie aż tylu ubrań… Kto by pomyślał, że w maju może być aż tak gorąco! Zdejmuję żakiet, starannie składam rękawy, żeby się nie zmięły, po czym przyglądam się staroświeckim cmentarzom z prawdziwymi nagrobkami, starym budynkom i mijanym ludziom.

Eli jest jedynym z rodzeństwa Boudreaux, którego nigdy nie spotkałam. Widziałam zdjęcia przystojnego brata moich przyjaciół, słyszałam wiele opowieści na temat tego zimnego jak lód, zawsze opanowanego playboya. Teraz Van mówi, że opowieści były przesadzone. Chyba wkrótce będę miała okazję przekonać się sama.

To znaczy nie o tym, czy jest playboyem, czy też nie. To nie moja sprawa.

Wreszcie gwałtownie stajemy. Po jednej stronie znajduje się czerwony wagonik kolejki linowej, a po drugiej – betonowa ściana. Potykając się, wychodzę prosto w gorące, popołudniowe słońce, a moje czoło natychmiast pokrywa się gęstymi kropelkami potu.

Gorąco, to za mało powiedziane…! Nowoorleańskie powietrze jest lepkie i gęste jak maź.

Jednak uśmiecham się pomimo upału, daję napiwek lekkomyślnemu taksówkarzowi i ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, wchodzę do cudownie chłodnego budynku, gdzie za długim, bogato zdobionym stanowiskiem recepcji siedzi jakaś kobieta, która zawzięcie wypisuje coś na komputerze, a jednocześnie rozmawia przez telefon.

– Pan Boudreaux jest w tym momencie nieuchwytny, ale zaraz przełączę panią do jego asystentki. – Szybko przyciska kilka guzików, po czym podnosi wzrok i uśmiecha się do mnie.

Wygląda na osobę, która na prawo i na lewo rozdaje uśmiechy.

– Jestem Kate O’Shaughnessy.

– Witam, pani O’Shaughnessy. – Uśmiech nie schodzi jej z ust. – Pan Boudreaux już na panią czeka. – Jej palce ponownie zaczynają swój szalony taniec po klawiaturze, a jednocześnie szczebioce do telefonu. – Dzień dobry, panno Carter! Pani O’Shaughnessy już czeka na pana Boudreaux. Tak, oczywiście. – Szybko i profesjonalnie kończy rozmowę. – Proszę usiąść. Napije się pani wody?

– Nie, dziękuję.

Pani Profesjonalna obdarza mnie krótkim skinieniem głowy, po czym wraca do niemilknących telefonów. Nie mam okazji usiąść, bo z windy już wychodzi wysoka kobieta w czarnych spodniach i czerwonej bluzce bez rękawów i kieruje się prosto w moją stronę.

– Pani O’Shaughnessy?

– Proszę mówić do mnie Kate.

– Witaj, Kate! Pan Boudreaux oczekuje pani w swoim gabinecie. Proszę za mną. – Uśmiecha się i sięga po moją walizkę, ale potrząsam głową i biorę ją sama. Kierujemy się w stronę windy. Asystentka nie zadaje żadnych pytań, za co jestem jej wdzięczna. Pracując w tym fachu, nauczyłam się świetnie kłamać, ale przecież nie wiem, co dokładnie jej powiedziano. Mijamy wiele drzwi, po czym wprowadza mnie do największego gabinetu, jaki w życiu widziałam. Za masywnym czarnym biurkiem znajduje się zajmujące całą ścianę okno. Meble są ogromne i drogie. Wygodne. Znajduje się tu dwoje drzwi po dwóch przeciwnych stronach pokoju, nie mogę przestać się zastanawiać, gdzie prowadzą.

– Pani O’Shaughnessy już tu jest, proszę pana.

– Kate – mówię bez zastanowienia, a sekundę później cała moja zdolność racjonalnego myślenia po prostu wypada przez to spektakularne okno, kiedy stojący przed nim mężczyzna odwraca się w moją stronę i spogląda mi prosto w oczy. Zdjęcia nie oddawały mu sprawiedliwości.

Ale ciacho!

Słyszę, że drzwi się za mną zamykają, biorę głęboki oddech i idę w jego stronę, usiłując ukryć fakt, że zamiast nóg mam obecnie trzęsącą się galaretę.

– Kate – powtarzam i podaję mu rękę nad biurkiem. Kącik jego ust drga, kiedy uważnie mi się przygląda swoimi niesamowitymi oczami koloru płynnego złota, powoli mierząc mnie wzrokiem z góry na dół i z powrotem. Boże, jest wyższy, niż się spodziewałam! I bardziej barczysty. A garnitur nosi z taką swobodą, jakby się w nim urodził.

Podejrzewam zresztą, że właśnie tak było. Bayou Enterprises zostało założone przez rodzinę Boudreaux już pięć pokoleń temu, a Eli jest najbystrzejszym dyrektorem generalnym, jaki się trafił tej firmie od lat.

Obchodzi biurko, bierze moją dłoń, ale zamiast nią potrząsnąć, podnosi ją do ust i składa na niej miękki pocałunek.

– Cała przyjemność po mojej stronie – mówi niespiesznie, w typowo nowoorleański sposób rozwlekając spółgłoski, a ja jestem pewna, że zaraz eksploduję. – Jestem Eli.

– Wiem.

Pytająco unosi brwi.

– Przez te wszystkie lata miałam okazję cię zobaczyć na wielu zdjęciach.

Kiwa głową, ale nie puszcza mojej ręki. Jego kciuk zatacza kółka na wierzchu mojej dłoni, aż przechodzą mnie ciarki. Sutki mi twardnieją i napierają na cienki materiał białej bluzki, zaczynam żałować, że zdjęłam żakiet.

– Usiądź, proszę. – Wskazuje mi znajdujące się za mną czarne krzesło. A sam, zamiast wrócić za biurko, zajmuje krzesło koło mnie i przypatruje mi się tymi swoimi niesamowitymi oczami.

Na czoło opadł mu kosmyk ciemnych włosów, a mnie aż korci, aby wyciągnąć rękę i poprawić mu fryzurę.

Do jasnej ciasnej, uspokój się Mary Katherine! Pomyślałby kto, że nigdy wcześniej nie widziałaś gorącego faceta…

Owszem, widziałam.

Declan, najmłodszy z braci Boudreaux, ani trochę pod tym względem nie ustępuje Eliemu, jest również jednym z moich najlepszych przyjaciół. Jednak kiedy jestem w jego towarzystwie, nigdy nie miękną mi kolana, nigdy też nie pragnę wielkiej szklanki wody z lodem. Albo łóżka. Albo żeby zerwać z niego ubrania.

Tylko spokój!

– Czy Savannah wyjaśniła ci, co się dzieje? – pyta spokojnie Eli, jego twarz jest całkowicie beznamiętna. Opiera kostkę o kolano drugiej nogi i nie spuszczając ze mnie wzroku, składa palce w wieżę.

– Tak, dokładnie mi wszystko wyjaśniła. Przysłała mi również papiery niedawno zatrudnionych pracowników oraz umowy o zachowaniu poufności, które wydrukowałam i podpisałam. – Wyjmuję z aktówki plik dokumentów i podaję je Eliemu. Nasze palce delikatnie się muskają, a ja natychmiast muszę zacisnąć uda, jakkolwiek na nim najwyraźniej nie zrobiło to żadnego wrażenia.

Typowe. Zwykle nie wzbudzam gorącego pożądania w przedstawicielach płci przeciwnej. Szczególnie w facetach, którzy wyglądają jak Eli. Co mi w tym przypadku zupełnie nie przeszkadza, ponieważ jest moim szefem i bratem mojej najlepszej przyjaciółki, a ja mam tu konkretne zadanie do zrobienia.

Chrząkam i zakładam za ucho pasmo kasztanoworudych włosów. Powietrze jest tak wilgotne, że moja głowa zaraz zamieni się w nieposkromioną gmatwaninę rozwichrzonych loczków.

– Piękny pierścionek – odzywa się niespodziewanie, wskazując podbródkiem na moją prawą rękę, nadal znajdującą się na wysokości ucha.

– Dziękuję.

– To prezent?

Nie jest gadatliwy.

– Tak, od babci – odpowiadam, kładąc ręce na kolanach. Eli krótko kiwa głową, po czym zagłębia się w papierach. Marszczy czoło i podnosi na mnie wzrok, ale nie jest mu dane nic powiedzieć, bo drzwi gwałtownie się otwierają i pojawia się w nich uśmiechnięty od ucha do ucha Declan.

– Oto i moja supergwiazda!

Z piskiem zrywam się z krzesła i natychmiast ląduję w jego ramionach, a Dec mocno mnie ściska i okręca dookoła w przestronnym gabinecie. Wreszcie stawia mnie z powrotem na podłodze, bierze w dłonie moją twarz i całuje mnie prosto w usta, po czym znowu mnie przytula, tym razem nie tak gwałtownie.

– Wszystko w porządku? – szepce mi do ucha.

– Najzupełniej. – Spoglądam w jego przystojną twarz i nagle ogarniają mnie wspomnienia i emocje związane ze spędzonymi razem latami. – Jak dobrze cię widzieć!

– Zdążyłaś już rozejrzeć się po mieście?

– Jak na razie o mało nie straciłam życia w taksówce! – odpowiadam ze śmiechem. – Przyjechałam prosto tutaj.

– W takim razie wieczorem zabieram cię na miasto. Pokażę ci French Quarter. Znam taką jedną świetną knajpkę…

– To nie będzie konieczne – wchodzi mu w słowo Eli. Jego głos jest spokojny. Stoi teraz z rękami w kieszeniach, a jego szerokie barki sprawiają, że gabinet nagle wydaje się mały. – Zresztą masz dziś koncert – przypomina bratu.

– Możemy gdzieś się wybrać po koncercie.

– Dziś wieczór ja się zajmę Kate – odpowiada Eli, nadal jest spokojny, ale dostrzegam niebezpieczne drgnięcie szczęki.

Mam wrażenie, że oglądam mecz tenisa, moja głowa odwraca się to w prawo, to w lewo. Z zaciekawieniem przysłuchuję się tej wymianie zdań.

– Wiesz, co powiedziała ci Savannah – miękko przypomina bratu Declan.

Żadnej reakcji.

Declan zwraca się z powrotem do mnie.

– Chętnie odwołam dzisiejszy koncert, żeby spędzić z tobą twój pierwszy wieczór w Nowym Orleanie.

– To nie będzie konieczne, Dec. – Z szerokim uśmiechem klepię go po piersi. – Gdzie będziesz grał?

– W Voodoo Lounge.

– Może wpadnę. – Staję na palcach i całuję go w policzek.

– Nie chcę, żebyś włóczyła się sama po zmroku po French Quarter.

– Ja ją tam zabiorę – oświadcza Eli, a Declan rzuca mu powątpiewające spojrzenie, po czym schyla się i delikatnie całuje mnie w czoło.

– W takim razie zarezerwuję dla was miejsce – mówi z radosnym uśmiechem. – Miłego popołudnia! Nie daj się za bardzo wymęczyć temu niby-szefowi. – Puszcza do mnie oko, uśmiecha się szeroko do Eliego, po czym znika za drzwiami.

– Widzę, że jesteście sobie bliscy – mówi Eli, kiedy odwracam się w jego stronę. Ręce ma nadal w kieszeniach, kołysze się na piętach.

– Tak. Dec, Savannah i ja byliśmy na studiach czymś w rodzaju trzech amigos.

– Masz zamiar się z nim pieprzyć?

– Co proszę? – Dosłownie opada mi szczęka, kiedy wpatruję się w górującego nade mną, trochę przerażającego mężczyznę. Opieram ręce na biodrach i mierzę go groźnym spojrzeniem. – To nie twój zakichany interes!

Zaciska usta, jakby próbował powstrzymać śmiech.

– To nie mój zakichany interes?

– Właśnie tak powiedziałam.

Przechyla głowę i wygląda, jakby miał zamiar jeszcze coś dodać, ale wreszcie bierze moją walizkę i rusza w stronę drzwi, gestem pokazując mi, żebym szła za nim.

Chce się mnie pozbyć?

– Panno Carter, wychodzę, nie będzie mnie już dzisiaj. Proszę przełożyć moje spotkania.

Asystentka gapi się na niego z szeroko otwartymi ustami, po czym wyrzuca z siebie.

– Ale pan Freemont czekał prawie…

– Nieważne. Proszę umówić go na inny termin. Do jutra! – Eli naciska guzik przywołujący windę i uważnie mi się przygląda. – Masz tu ze sobą jakieś mniej eleganckie ciuchy?

– Tak. Resztę bagażu wysłałam osobno, powinna dotrzeć jutro po południu.

Kiwa głową i gestem zaprasza mnie do windy.

– Eli?

Powietrze wokół nas dosłownie się skrzy, kiedy Eli, marszcząc czoło, spogląda na mnie. Dotknął mnie tylko raz, a moje ciało już jest w stanie najwyższej gotowości, a w głowie czuję całkowitą pustkę.

– Gdzie idziemy?

– Do ciebie.

– Wiesz, gdzie będę mieszkać?

– Przecież jestem właścicielem tego mieszkania, cher. – Z westchnieniem podnosi rękę i zakłada mi niesforny kosmyk włosów za ucho. Pod wpływem jego dotyku zaczynam drżeć. – Zimno ci?

– Nie. – Z trudem przełykam ślinę i odsuwam się o krok. – Jeżeli podasz mi adres, mogę po prostu wziąć taksówkę.

– Ani mi się śni po raz kolejny narażać twoje życie – odpowiada ze znaczącym uśmieszkiem, a każdy włosek na moim ciele natychmiast staje na baczność. Dobry Boże, ile ten człowiek potrafi zdziałać za pomocą jednego uśmiechu!

Muszę zapanować nad hormonami. Po prostu zbyt długo nie byłam z nikim łóżku, tylko tyle. Ale tej konkretnej potrzeby nie zamierzam zaspokoić przy pomocy tego konkretnego mężczyzny. To mój szef. I brat moich najlepszych przyjaciół.

Nie ma mowy, w żadnym wypadku.

– Idziesz? – pyta.

Z tobą – wszędzie!

Teraz do mnie dotarło, że drzwi windy już się otwarły, a Eli czeka, aż wyjdę pierwsza.

– Jasna sprawa.

– Jasna sprawa! – parska śmiechem. – Moglibyśmy iść na piechotę, to nie jest daleko. Ale na zewnątrz jest gorąco, więc pojedziemy autem.

Kiwam głową i wsiadamy do smukłego czarnego mercedesa, którego Eli sprawnie prowadzi wąskimi uliczkami French Quarter. Nie mogę się powstrzymać i z nosem przyciśniętym do szyby żarłocznie chłonę wszystko, co widzę.

– Tu jest tak pięknie… – mruczę pod nosem.

– Pierwszy raz jesteś w Nowym Orleanie?

– Tak. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła pospacerować i napatrzeć się na wszystko do syta!

Po mniej więcej trzech minutach od wyruszenia Eli zatrzymuje samochód.

– Jesteśmy na miejscu.

– Już?

– Mówiłem ci, że to blisko.

– Mogliśmy iść na nogach, nawet w tym upale.

– Nie chcę, żebyś się niepotrzebnie męczyła – mówi po prostu, po czym wysiada, zabiera moją walizkę, kładzie rękę na moich plecach i prowadzi mnie do loftu, który znajduje się nad sklepem z ziołami i naturalnymi kosmetykami o nazwie Bayou Botanicals. Czuję zapach lawendy i szałwii, kiedy Eli otwiera kluczem drzwi i zaprasza mnie do środka. Zaraz za progiem gwałtownie przystaję, nie mogę uwierzyć, że tu jest tak pięknie.

Z zewnątrz budynek jest zadbany, cegły w zgaszonej czerwieni i zielone balustrady z kutego żelaza pięknie się komponują kolorystycznie, ale wnętrze jest nowe i po prostu luksusowe.

– Będę mieszkać tutaj?

– Owszem – potwierdza, a jego południowy akcent jest jak miód dla moich uszu. – Dopóki jesteś z nami, to właśnie będzie twój dom. Proszę, to twoje klucze. – Wręcza mi komplet kluczy, po czym się odwraca i prowadzi mnie do kuchni, w której pysznią się nowiutkie sprzęty, meble z ciemnego drewna dębowego oraz idealnie do nich dopasowane granitowe blaty.

– Sypialnia jest tutaj. – Prowadzi mnie do pięknego pokoju, na środku którego stoi łóżko z baldachimem. – Pościel jest świeżo zmieniona. A łazienka jest tutaj. – Wskazuje na lewo, ale ja nie mogę oderwać oczu od drzwi wiodących na balkon, z którego rozpościera się widok na ulicę poniżej oraz znajdujący się zaledwie jedną przecznicę dalej park Jackson Square.

– Bywa tutaj głośno, zbyt dużo muzyki i ludzi, ale we French Quarter nigdy nie jest nudno!

Kiwam głową i odwracam się w jego stronę.

– Dziękuję. Wracamy teraz do firmy?

– Już prawie trzecia, Kate. Odpocznij dzisiaj, rozpakuj się.

– Ale przecież przyjechałam tu pracować! Z pewnością mogłabym…

– Wyglądałoby dziwnie, gdyby nowy pracownik pojawił się w firmie w środku dnia, czyż nie?

Jasna sprawa, że tak!

Uśmiecham się, trochę zawstydzona, i przytakuję.

– Masz rację. Popracuję tutaj. – Rzucam żakiet na łóżko, wyciągam laptop i szybkim krokiem udaję się do kuchni. – To będzie cały proces.

– Kate, nie chcę…

– To nie jest tak, że z miejsca mogę zacząć węszyć i rozpoczynać śledztwo. Dobrze, że Van zaoferowała mi stanowisko asystentki, ale to i tak będzie bardzo trudne. – Wiążę włosy w kucyk, żeby mi nie latały wokół twarzy, i siadam na kuchennym krześle, ani na chwilę nie przestając mówić. Jeśli skoncentruję się na mówieniu o pracy, przynajmniej nie będę mu się pożądliwie przyglądać, a tym samym tracić kolejnych komórek mózgowych.

– Kate.

– Mam zamiar przez pewien czas, co najmniej przez kilka tygodni, ściśle trzymać się reguł gry. Chcę, żeby ludzie mi zaufali, żeby zaczęli się przede mną otwierać.

– Kate.

– Ja…

– Wystarczy! – przerywa mi ostro.

Rozdział 2

Kate

Głowa sama podrywa mi się do góry, spoglądam na Eliego. Wkłada ręce do kieszeni i klnie pod nosem. Najpierw zwiesza głowę, a potem ponownie podnosi na mnie wzrok, ale minę ma taką, jakby tak naprawdę wcale nie chciał tu być oraz jakby nie był pewien, czy mnie w ogóle lubi.

– Możesz już iść – informuję go chłodno.

– Nie oczekuję, że będziesz dzisiaj pracować. Ani w biurze, ani w domu.

– A niby dlaczego? – Odchylam się na krześle i marszczę czoło, bacznie mu się przyglądając. – W końcu płacisz mi za to, żebym pracowała.

– Masz za sobą długą podróż, Kate. Rozpakuj się. Zjedz coś. Właściwie to pozwól, żebym cię zaprosił na coś do jedzenia.

– Nie wydaje mi się, żeby to było konieczne.

– A mnie tak. – Wyjmuje okulary przeciwsłoneczne z wewnętrznej kieszeni marynarki, po czym zdejmuje ją i rzuca na oparcie sofy. Podwija rękawy swojej białej koszuli aż do łokci – koszuli, która wznosi się na jego wspaniale umięśnionym torsie – odpina dwa górne guziki i uwalnia się z błękitnego krawata. – O wiele lepiej. Przebierz się w coś wygodniejszego, a ja zabiorę cię na najlepszą jambalayę, jaką w życiu jadłaś.

– Jeszcze nigdy nie jadłam jambalayi – odpowiadam zachrypniętym głosem. Nie mogę oderwać wzroku od jego szerokich barów.

– W takim razie zapewniam cię, że żadna kolejna jambalaya na pewno nie dorówna tej.

Marszczę brwi i uważnie mu się przyglądam, próbując zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

– Na pewno?

Przytakuje i niecierpliwie czeka. Mam przeczucie, że niewielu ludzi mówi „nie” Eliemu Boudreaux.

– Nie pójdę z tobą do łóżka. – Te słowa same wyskakują mi z ust, zanim jestem w stanie je powstrzymać. Czuję, że twarz mi płonie, ale odważnie podnoszę podbródek i prostuję plecy.

– Wcale cię o to nie prosiłem – odpowiada spokojnie, ale w jego oczach skrzą się wesołe iskierki.

Kiwam głową i idę do sypialni, żeby się przebrać w lekką, letnią sukienkę oraz nasmarować grubą warstwą kremu z filtrem SPF 4000, który ma chronić moją jasną, piegowatą skórę. Następnie wracam do Eliego, który teraz wygląda przez okno.

– Zawsze wyglądasz przez okno! – zauważam z uśmiechem. Odwraca się do mnie, a jego oczy płoną, kiedy uważnie mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów. Nagle czuję się obnażona.

– Spalisz się, cher.

– Nasmarowałam się kremem z filtrem.

– Zawsze musisz się kłócić? – pyta.

– Przecież się nie kłócę.

Przez chwilę wytrzymuje mój wzrok, a potem odrzuca do tyłu głowę i wybucha śmiechem. Potrząsa głową i wyprowadza mnie wprost w gorące popołudnie.

– Chodźmy najpierw tutaj. – Skręca w lewo i kładzie mi rękę w dole pleców, jak zawsze dżentelmen w każdym calu, i idziemy sobie razem Royal Street. Gdyby wczoraj ktoś mi powiedział, że dzisiaj będę spacerować po French Quarter z najseksowniejszym facetem, jakiego w życiu spotkałam, przy boku, tylko popukałabym się w głowę.

Nie ulega wątpliwości, że Eli Boudreaux jest seksowny. Jednak nie jest i nigdy nie będzie mój. Jest moim szefem i po prostu jest dla mnie miły.

Biorę głęboki wdech, zdecydowana wybić sobie te wszystkie głupstwa z głowy i po prostu cieszyć się Nowym Orleanem, kiedy Eli skręca do modnego sklepu z butami i akcesoriami pod wdzięczną nazwą „Od stóp do głów”.

– Buty! – wykrzykuję, czując, że już się zaczynam ślinić. Okej, więc facet chce mi pokazać buty. No dobrze, w takim razie chyba jednak mogę się z nim przespać…

– Kapelusze – poprawia mnie.

– O raju, a co wy tu robicie? – Zza kontuaru uśmiecha się do nas kobieta z pełnymi ustami i krótką, zgrabną fryzurką.

– Kate potrzebuje kapelusza – wyjaśnia Eli i uśmiecha się szeroko, bo siostra już wskakuje mu w ramiona i z całej siły się do niego przytula.

– Kupa czasu… – szepcze mu z tym samym nowoorleańskim przeciąganiem.

Eli uśmiecha się od ucha do ucha.

– Widzieliśmy się w niedzielę na obiedzie u mamy.

– Kupa czasu – odpowiada siostra, cofając się o krok i obdarzając mnie uśmiechem. – Cześć, Kate! Miło znowu cię widzieć.

– Ciebie też, Charly! – Natychmiast ląduję w jej ramionach. Rodzina Boudreaux jest bardzo uczuciowa, a Charlotte, średnia z sióstr, nie jest tu wyjątkiem.

– W czym wam mogę pomóc?

– Kate potrzebuje kapelusza – powtarza Eli.

– Potrzebuję?

– O tak, słoneczko, potrzebujesz! – zapewnia Charly, poważnie kiwając głową. – Musimy ochronić przed słońcem twoją twarz i ramiona. Popatrzmy… – Prowadzi nas na tyły sklepu i zdejmuje z półki trzy kapelusze, wszystkie z szerokimi rondami i bardzo ładne. – Myślę, że zielony to twój kolor, podkreśli twoje piękne kasztanowe włosy i będzie pasował do prześlicznych zielonych oczu.

– Dziękuję, ale przy tej wilgotności powietrza niedługo będę miała na głowie jakiś napuszony, splątany koszmar.

– Wiem, o czym mówisz. Zrobię listę sprawdzonych produktów do włosów, a ty w tym czasie przymierzaj kapelusze.

Truchcikiem wraca za ladę, a ja wkładam na głowę pierwszy kapelusz. Jest różowy, ma mniejsze rondo niż ten zielony i wyglądam w nim jak pieczarka.

– Przymierz zielony – radzi Eli, ale ja wkładam na głowę kapelusz we wszystkich kolorach tęczy. Wygląda, jakby w jego pobliżu eksplodowało pudełko kolorowych kredek. Eli przypatruje mi się w lustrze, w oczach ma wesołe chochliki, a ramiona skrzyżował na swojej imponującej piersi.

– Naprawdę masz piękne włosy.

– Dziękuję.

Widzę, że szczęka mu drgnęła. Skoro nie lubi mówić komplementów, to po co to robi?

– Och, nie, kochanie… Przymierz zielony! – dołącza do nas Charly. Z uśmiechem nakładam go na głowę i głęboko wzdycham, bo Eli miał całkowitą rację.

– Wygląda na to, że mamy zwycięzcę – mówię z szerokim uśmiechem. – Biorę go!

Wyciągam portfel z torebki, ale Eli kładzie rękę na mojej i potrząsa głową.

– Ja ureguluję rachunek – mówi do Charly, która się uśmiecha i radośnie przytakuje, wręczając mi listę produktów. Potem macha do nas, kiedy Eli prowadzi mnie w stronę drzwi, za którymi czai się nowoorleański upał.

– Lepiej?

– Hm – mamroczę, ale, dobry Boże, czuję się o niebo lepiej! – Dzięki za kapelusz.

– Nie ma sprawy – odpowiada, a jego akcent sprawia, że znowu przechodzi mnie dreszcz. Spotkałam faceta zaledwie kilka godzin temu, a jak na razie wszystko, co robi, przyprawia mnie o dreszcze.

Niedobrze. Bardzo niedobrze.

– Opowiedz mi o sobie – mówię, sama siebie zaskakując. Wiem tylko, że muszę coś zrobić, żeby odciągnąć myśli od tej maszerującej obok góry testosteronu. Przechodzimy na drugą stronę ulicy, ja jestem po zewnętrznej stronie, a Eli natychmiast zamienia się ze mną miejscami, żeby odgrodzić mnie od ruchu ulicznego.

– Jednak są jeszcze na świecie prawdziwi rycerze.

– Tak, kochanie, są. – Obdarowuje mnie szybkim uśmiechem, po czym wchodzimy do kawiarni z pięknym ogródkiem.

– Jak tu przyjemnie chłodno! – mruczę pod nosem, kiedy już usiedliśmy przy stoliku.

– To dzięki drzewom – wyjaśnia z uśmiechem kelnerka. – Potrzebują państwo minutki na zastanowienie się?

– Lubisz owoce morza? – zwraca się do mnie Eli.

– Tak – odpowiadam.

– Świetnie. W takim razie poprosimy dwie jambalaye z owocami morza.

Kelnerka przytakuje i odchodzi, zostawiając nas samych.

– A teraz powiedz mi coś więcej na temat tego, jak masz zamiar złapać osobę, która okrada naszą firmę.

– Najpierw ty odpowiedz na moje pytanie – mówię i smaruję masłem kromkę chleba, który kelnerka właśnie przed nami postawiła.

– Na jakie pytanie?

– Opowiedz mi o sobie.

– To nie ma znaczenia. – Jego głos jest spokojny, ale stanowczy. Temat skończony. Odchyla się na krześle, krzyżuje ramiona na piersi i natychmiast zamyka oczy.

Interesujące.

– To twoja firma, więc owszem, uważam, że ma znaczenie.

– Jestem twoim szefem, płacę na czas i oczekuję, że dasz z siebie wszystko. To wszystko, co na mój temat musisz wiedzieć.

Odkładam chleb na biały talerzyk i również odchylam się na krześle, naśladując jego pozę ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.

– Ściśle mówiąc, to zatrudniła mnie Savannah. Co do mojej pracy, to z zasady daję z siebie wszystko. Zawsze i wszędzie.

Marszczy brwi i przechyla głowę na bok.

– Beau, Savannah i ja jesteśmy współwłaścicielami i współudziałowcami firmy. Wszyscy troje jesteśmy twoimi szefami, Kate.

– Rozumiem.

Przez kilka minut uważnie mi się przygląda. Nie mogę go rozgryźć. Chwilami jest taki sympatyczny, miły, wydaje mi się nawet, że mu się podobam, a potem zupełnie nagle wznosi wokół siebie mur, staje się odległy, obojętny, prawie niegrzeczny.

Który Eli jest prawdziwy?

Choć tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ od jutra w sprawach służbowych będę się kontaktować z Savannah i prawie nie będę widywać tajemniczego i seksownego Eliego.

Przynajmniej taką mam nadzieję.

Odchylam głowę, zamykam oczy i nabieram głęboko w płuca gęstego nowoorleańskiego powietrza. Wieje teraz delikatny wietrzyk, przyjemnie grzejąc rozgrzaną skórę. Drzewa nad nami są bujne i zielone, przez liście próbują się przebić promyki słońca.

Kelnerka przynosi nam kolację, a ja z powątpiewaniem wpatruję się w michę pełną ryżu, krewetek, małży oraz wielu innych rzeczy, których nie potrafię nazwać. Potem zerkam na Eliego, który już radośnie zanurzył widelec w potrawie.

– Nie pożałujesz – mówi po prostu, po czym wkłada do ust kolejną ogromną porcję. Przyglądam się jego kwadratowej szczęce, poruszającej się rytmicznie w rytmie żucia, po czym spuszczam wzrok na swoją miskę.

Właściwie… czemu nie? Ostrożnie próbuję i zaskoczona podnoszę na niego wzrok.

– Jakie to dobre!

– Nie proponowałbym ci czegoś niesmacznego, Kate – parska śmiechem i sięga po chleb. Jambalaya jest przepyszna, a ja nawet nie wiedziałam, że jestem taka głodna, pałaszuję całą miskę w kilka minut. Wreszcie prostuję się i klepię po swoim płaskim brzuszku.

– To było wspaniałe!

Po uregulowaniu rachunku wychodzimy z restauracji i powoli zmierzamy z powrotem do mojego loftu. Eli zerka na mnie, po czym wzdycha i przeczesuje włosy palcami.

– Jak zaczęłaś pracę w swoim zawodzie? – pyta miękko.

– Och, czyżbyśmy teraz rozmawiali na tematy osobiste? – Pytająco unoszę brew. – Posłuchaj, naprawdę nie musisz być dla mnie miły. Nie lubisz mnie, okej. Wykonam swoją robotę, zresztą bardzo dobrze, i za cztery do sześciu tygodni zmywam się z Nowego Orleanu.

– Cztery do sześciu tygodni? – pyta pełnym niedowierzania głosem.

– Tak. Już ci mówiłam, że potrzebuję czasu, żeby stać się częścią zespołu i zdobyć zaufanie współpracowników. Nie mogę tak po prostu usiąść przy biurku i zacząć grzebać w papierach. W końcu udaję nowego pracownika, nikt nie wie, kim naprawdę jestem, pamiętasz?

W zamyśleniu kręci głową.

– Nie sądziłem, że to będzie takie skomplikowane.

– To trudniejsze, niż się wydaje. Gdyby tak nie było, nie potrzebowalibyście mnie.

– Kto powiedział, że cię nie lubię? – wyrzuca z siebie nagle.

– Słucham?

– Właśnie powiedziałaś, że cię nie lubię i że to jest okej. Dlaczego uważasz, że cię nie lubię?

Staję w miejscu, przez chwilę uważnie mu się przypatruję, po czym parskam śmiechem na widok oszołomienia odmalowującego się na jego nieprzyzwoicie przystojnej twarzy.

– To nieważne, Eli.

Ruszam do przodu, a on wlecze się kilka kroków za mną. Nawet tu słyszę pracujące w jego głowie trybiki.

Wreszcie jesteśmy przy moich drzwiach. Oglądam się, a on wreszcie zrównuje się ze mną.

– Dzięki za kapelusz i za jambalayę.

– Nie ma sprawy.

Odwracam się, wchodzę do środka i już mam zamiar zamknąć za sobą drzwi, gdy Eli niespodziewanie wpycha się do środka i zatrzaskuje drzwi.

– Yyyy, może wejdziesz?

– Lubię cię.

Przewracam oczami, po czym rzucam na kanapę torebkę, a następnie kładę na niej kapelusz. Na oparciu dostrzegam marynarkę i krawat Eliego, które wcześniej tam zostawił.

– Och, prawie byś zapomniał…

Twarda klatka piersiowa Eliego przyciska się do moich pleców, kiedy sięga dokoła, bierze marynarkę z moich rąk i odkłada ją na bok, a następnie odwraca mnie, tak że znajdujemy się teraz twarzą w twarz.

– Lubię cię – powtarza. Próbuję spuścić wzrok, ale dotyka mojego podbródka palcem i zmusza mnie, żebym na niego spojrzała. – Ale to zły pomysł.

– Jaki pomysł? – szepcę, wściekła, że nie mogę zapanować nad swoim trzęsącym się głosem.

– To. – Pochyla się i delikatnie muska nosem mój nos. Jego usta jeszcze nie dotknęły moich, ale już czuję mrowienie w wargach, już pragnę poczuć jego smak. Jego ręce przesuwają się po moich nagich ramionach aż do szyi, kciuki łagodnie zataczają kręgi na moim podbródku, a wreszcie składa najdelikatniejszy pocałunek na moich ustach. Słyszę miękkie westchnienie i gdyby mój umysł był w stanie trzeźwo teraz funkcjonować, byłabym przerażona na myśl, że to ja je wydałam.

Ten mężczyzna jest niebezpieczny. Zdrowy rozsądek podpowiada: uciekaj!, ale ja tylko obejmuję jego wąskie biodra i przyciągam go do siebie. Nie trzeba go prosić. Jego niesamowite usta natychmiast lądują na moich, liże moją dolną wargę, a kiedy z trudem łapię oddech, ogarnięta najczystszą rozkoszą, on idzie na całość.

Smakuje jak miętowa guma do żucia, którą oboje poczęstowaliśmy się po posiłku, a delikatny, jedno- czy dwudniowy zarost na jego podbródku w rozkoszny sposób drażni moją skórę. Nie mogę się powstrzymać przed zastanawianiem się, jak by było poczuć to na innych częściach ciała… za kolanami, pomiędzy piersiami, pomiędzy nogami…

Cholera jasna, między nogami na pewno byłoby cudownie!

Dotykam jego biceps i zdaję sobie sprawę, że jestem w stanie utrzymać pozycję stojącą tylko dzięki jego ramieniu, które mnie obejmuje w pasie. Moje kolana są miękkie, jakby były z waty. Oboje ciężko oddychamy, kiedy przesuwa palce w dół mojego policzka, po czym odsuwa się, na koniec jeszcze raz kąsając moje wargi. Potem tylko patrzy na mnie błyszczącymi oczami w kolorze płynnego złota.

– To. To jest zły pomysł.

Rozdział 3

Eli

Jak po randce? – pyta Beau, po czym atakuje mnie od tyłu, zakładając mi ramię na szyję. Wyślizguję się z jego uchwytu, przywalam mu w plecy, po czym obrzucam gniewnym spojrzeniem, spocony i bez oddechu.

– Po jakiej randce?

– Słyszałem, że wyszedłeś wczoraj wcześniej z pracy, żeby spędzić czas z przyjaciółką Van, Kate – mówi z przebiegłym uśmieszkiem Ben Preston, nasz przyjaciel z dzieciństwa i instruktor krav magi, który cztery razy w tygodniu przychodzi nas trenować. Jest już bez koszulki, cały spocony, ale ma tylko lekką zadyszkę. Ben nie jest taki wysoki jak Beau i ja, ale jest o wiele silniejszy. Poza tym to prawdziwy twardziel.

– I to po tym, jak Van wyraźnie ci powiedziała, żebyś się od niej trzymał z daleka. Tak przy okazji, to jest na ciebie nieźle wkurzona.

– To nie była łóżkowa randka – mamroczę pod nosem, ocierając ręcznikiem pot z czoła, a następnie znowu skupiam się na Benie i wymierzam mu cios, który on odpiera, po czym siłujemy się przez kilka długich, ciężkich minut.

– Beau i Van mieli spotkania. Ktoś musiał się nią zająć i zaprowadzić ją do loftu – wyjaśniłem wreszcie.

– Poza tym kupić jej kapelusz i zabrać na lunch? – Beau uśmiecha się od ucha do ucha. – Van wyrwie ci żywcem jaja.

– A wy co, plotkujecie jak przekupy! – Zdejmuję przepocony podkoszulek, po czym opieram ręce na biodrach.

– Charly do mnie zadzwoniła, kiedy wyszliście z jej sklepu. Powiedziała, że wyglądasz na zakochanego po uszy.

– Pieprzyć to – mamroczę z niesmakiem. – Nie zakochuję się po uszy i dobrze o tym wiecie. Czyli Charly do ciebie zadzwoniła, a ty obdzwoniłeś wszystkich w rodzinie, żeby ich poinformować, że jestem miły dla Kate?

Beau i Ben parsknęli śmiechem, po czym Ben zaatakował mnie znienacka i rozłożył na macie. Skurwiel.

– Mam rozumieć, że nie zabierasz jej dzisiaj na koncert Deca?

– Co jeszcze chciałbyś wiedzieć? Może podać ci przepis na ciasto pekanowe mamy? – szydzę.

– Wow, reagujesz dosyć ostro jak na kogoś, kto nie jest zainteresowany ładniutką Kate…

– Nie jest ładniutka – mamroczę pod nosem. Jest po prostu piękna.

– Hm, osobiście nie kręcą mnie piegowate rudzielce. Ale ostatnim razem, kiedy ją widziałem, miała drobne, seksowne ciałko. – Beau zwraca się teraz do Bena, który w zamyśleniu potakuje.

Mam zamiar zabić ich obu.

Gołymi rękami.

– Kiedy ją widziałeś?

– Podczas jednej z moich wizyt, kiedy odwiedzałem Deca i Van w college’u – Beau również pozbywa się koszulki i rzuca ją na bok. – Ale to było dawno temu. Może w międzyczasie się roztyła.

– Nie roztyła się – mówię, nie wyczuwając, że to podstęp. – Posłuchajcie, po prostu staram się być dla niej miły.

– Jaaasne – mówi Ben, po czym rzuca Beau na matę. Beau wyswobadza się, przetacza Bena pod sobą, po czym bierze zamach, żeby mu wymierzyć cios, ale Ben robi unik i w ten sposób walczą ze sobą przez kilka minut.

Nie jestem po uszy zakochany w Kate! Jasne, jest seksowna z tymi swoimi gęstymi rudymi włosami, wielkimi zielonymi oczami oraz piegami na twarzy i ramionach, które aż się proszą, żeby je okryć pocałunkami i żeby wodzić po nich palcem, ale – na miłość boską! – przecież to moja podwładna. Po prostu dawno nie byłem z nikim w łóżku, dawniej niż sam się do tego przed sobą przyznaję.

Ale akurat z tym nie będzie trudno sobie poradzić.

Tyle że na myśl o kobietach, do których zazwyczaj dzwonię, kiedy potrzebuję się pod tym względem zaspokoić, nie czuję, o dziwo, żadnego zainteresowania.

Cholera.

– Zagapisz się i dupa zbita, brachu – ostrzega Beau, a w sekundę potem zgina mnie w pół, wymierza mi kolanem cios w żołądek, po czym zamierza dołożyć jeszcze łokciem, ale udaje mi się pozbawić go równowagi i nie trafia. Ale to była kwestia milimetrów.

– Przestań snuć marzenia na jawie o gorących rudzielcach i skup się – warczy Ben.

– Skończyłem na dzisiaj – mamroczę, po czym opróżniam butelkę wody.

– Mamy jeszcze dziesięć minut – zauważa Beau.

– Poćwicz sam.

– Słuchaj, brachu. – Beau, zlany potem i bez tchu, opiera ręce na biodrach i przygląda mi się poważnie. – Nie zrób nic głupiego.

– Nic, kurwa, nie zrobiłem – odpowiadam, ale centralnie przed oczami mam wspomnienie naszego gorącego pocałunku w lofcie. Jej słodkie ciałko przyciśnięte do mojego, jej włosy zaplątane w moje palce oraz te błyszczące zielone oczy pełne pożądania i nieufności. Wbiła we mnie spojrzenie, a ja się wycofałem i zwiałem, gdzie pieprz rośnie.

– Okej. – Beau wzrusza ramionami i potrząsa głową. – Ale jeśli zdecydujesz się na pociągnięcie tej znajomości, to przynajmniej bądź z nią uczciwy.

– A to co, do cholery, ma znaczyć?

– Masz w zwyczaju rozkochiwać w sobie kobiety, a potem pozbywasz się ich i następna proszę – dodaje Ben.

– Nieprawda.

– Prawda. Tata nie chciałby, żebyś…

– Czy to jakaś, kurwa, sesja terapeutyczna? – przerywam, odwracam się tyłem do nich obu i idę wziąć prysznic. – Nic mi nie jest. A Kate nic z mojej strony nie grozi. Dopilnuję, żeby dziś bezpiecznie dotarła na koncert Deca, a potem prawdopodobnie i tak prawie nie będę jej widywał.

– Eli.

Odwracam się na dźwięk głosu Bena.

– Chcę ten przepis. Ciasto pekanowe twojej mamy jest najlepsze.

Z uśmiechem potrząsam głową, po czym odchodzę, słysząc jeszcze z tyłu, jak Beau dostaje wycisk.

Kate otwiera drzwi, a ja niemal dławię się własnym językiem na jej widok. Włosy ma spięte, tylko kilka falistych pasm okala jej twarzyczkę. Ma na sobie czarny jedwabny top, który miękko spływa od jej piersi do pasa, oraz białe rybaczki.

Oraz najbardziej seksowne czarne szpilki składające się z zaledwie kilku paseczków, jakie, cholera, w życiu widziałem.

Kate w mojej obecności nic nie grozi. Nie będę jej mieszał w głowie.

– Eli.

– Zgadłaś za pierwszym razem – odpowiadam z uśmiechem. Wygląda na to, że często się do niej uśmiecham.

– Co ty tu robisz?

– Mówiłem, że zabieram cię dzisiaj na koncert Declana. – Marszczę czoło, a ona przygryza wargę i lekko się wzdryga. – Jakiś problem?

– Myślałam, że to już nieaktualne. Szczególnie po tym, jak…

– Po czym?