Dżus & Dżin - Magda Skubisz - ebook + książka

Dżus & Dżin ebook

Magda Skubisz

4,4

Opis

Ferie zimowe miały być dla Ryby okazją do naprawienia relacji ze swym byłym profesorem. Haskal wyjeżdża jednak do Warszawy, a dziewczyna, rozpamiętując kosza, topi smutki w alkoholu. Którejś nocy budzi ją telefon od rodziców: na granicy wpadli z narkotykami, które ktoś im podrzucił, gdy jechali na Ukrainę. To uruchamia lawinę kłopotów i Kaśka ląduje w samym środku kryminalnej afery...
Kolejna po "LO Story" powieść o niepokornych licealistach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (10 ocen)
6
2
2
0
0

Popularność




Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Da­riusz Ko­cu­rek

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wszel­kie wy­da­rze­nia opi­sa­ne w książ­ce są fik­cyj­ne, a po­do­bień­stwa przy­pad­ko­we.

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2015

tekst © Mag­da­le­na Sku­bisz

ISBN 978-83-7835-521-2

Dla Bar­ba­rzyń­cy

Chwi­le świet­no­ści ma już za sobą

ob­dar­te domy, krzy­we uli­ce

Sta­lin gra­ni­cę przy­pchał tuż obok

stąd prze­myt­ni­cy i prze­myt­ni­ce.

Mły­ny, fa­bry­ki daw­no za­mknię­to

wszak kwit­nie ba­zar tęt­nią­cy ży­ciem

Co roku nowe do­da­ją świę­to

hucz­ne, bo koń­czy się mor­do­bi­ciem.

Mło­dzież to mia­sto opusz­cza tłum­nie

pa­trio­ty­zmem wi­dać nie grze­szy

Spy­tasz, ty skąd — od­po­wie dum­nie:

na­wet bu­ra­ka swój ko­rzeń cie­szy.

Jó­zef Olech,Pod ścia­ną

Pa­da­ło i pa­da­ło. Był je­den z tych dni, kie­dy glo­bal­ne ocie­ple­nie wy­da­je się po­boż­nym ży­cze­niem kli­ma­to­lo­gów mi­to­ma­nów. Nie­bo rzu­ca­ło po mie­ście mo­kry­mi skrze­pa­mi śnie­gu, wia­te­rek wiał pra­co­wi­cie, a ostroż­ny chrzęst zi­mo­wych bu­tów prze­chod­niów kra­si­ły prze­kleń­stwa.

Ka­sia do­tar­ła kro­kiem gej­szy do wy­cie­racz­ki klu­bu Pod Ło­siem i dy­sząc, wcze­pi­ła się kur­czo­wo w klam­kę. Parę wy­wro­tek w dwu­na­sto­cen­ty­me­tro­wych szpil­kach bez utra­ty ob­ca­sów, na obi­tych ko­la­nach ku­szą­co po­dar­te raj­sto­py i smo­li­sty, roz­ma­za­ny śnie­giem ma­ki­jaż upodob­ni­ły ją do ofiar prze­mo­cy do­mo­wej lub bo­ha­te­rek fil­mów Tima Bur­to­na. Duma roz­dę­ła jej wą­tłe ego.

Kasz­ląc i mru­ga­jąc, wkuś­ty­ka­ła do środ­ka; szpil­ki na śli­skiej pod­ło­dze wy­ka­za­ły na­tych­mia­sto­wą in­kli­na­cję do roz­je­cha­nia się w prze­ciw­nych kie­run­kach. Chwy­ci­ła za po­ręcz, za­ta­cza­jąc się pa­skud­nie, tak jak ro­bi­ła to już w tym miej­scu mnó­stwo razy, jed­nak ni­g­dy jesz­cze z wy­ni­kiem 00.00 na ska­li we­wnętrz­ne­go al­ko­ma­tu.

– Cześć, Ryba! – ode­zwał się bar­man o wy­glą­dzie tro­glo­dy­ty. Na imię miał Szy­mon, ale więk­szość zna­jo­mych na­zy­wa­ła go ABS-em, bo tre­no­wał na si­łow­ni, a jego bu­do­wa ana­to­micz­na po­wo­li na­bie­ra­ła cech ab­so­lut­ne­go bra­ku szyi. – Ale wy­glą­dasz. Ktoś cię zgwał­cił?

– Mat­ka Na­tu­ra – od­par­ła zgod­nie z praw­dą i bar­dzo ostroż­nie zro­bi­ła krok do przo­du. Reszt­ki śnie­gu zło­śli­wie bły­snę­ły spod ob­ca­sa.

– Nie wy­gle­bi­łaś się przy­pad­kiem w tych wy­ka­łacz­kach? – za­cie­ka­wił się, zer­ka­jąc na ob­dar­te ko­la­na.

– Czte­ry razy.

– Może małe co nie­co?

– Po­pro­szę.

Ostroż­nie wy­dłu­ba­ła pa­znok­ciem z rany okruch ko­cie­go żwir­ku. Zu­ży­te­go, są­dząc po za­pa­chu. Swo­ją dro­gą fa­scy­nu­ją­ce, czym też są­sie­dzi po­tra­fią po­sy­pać śli­ski chod­nik.

– Trze­ba było za­ło­żyć so­bie raki – po­ra­dził Szy­mo tro­skli­wie i na­peł­nił szklan­kę.

Ryba otrzą­snę­ła się z wi­zji ro­man­tycz­ne­go tête-à-tête z Ha­ska­lem, na któ­re wkra­cza odzia­na w małą czar­ną i raki; ugię­ła ko­la­no i opar­ła dol­ną koń­czy­nę na ba­ro­wym krze­śle. Naj­pierw ule­czy­ła cia­ło, do­kład­nie ob­le­wa­jąc wód­ką po­żwir­ko­wą ranę, a po­tem – wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że du­szy też się coś na­le­ży – wy­chłep­ta­ła resz­tę.

– A do pi­cia co? – wy­ka­zał życz­li­we za­in­te­re­so­wa­nie bar­man. – Bro­war, pry­ta, tur­bop­tyś czy seta z ga­śni­cą?

Ener­gicz­nie prze­kart­ko­wa­ła ofer­tę drin­ków.

– Do pi­cia po­pro­szę bro­war… Albo nie. Ple­bej­ski jest… Daj mi ja­kie­goś bab­skie­go tur­bop­ty­sia, tyl­ko mało mdlą­ce­go.

– Krwa­wą Mary?

Ryba par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Pod wa­run­kiem, że nie do­dasz po­mi­do­rów­ki w prosz­ku… Albo przy­naj­mniej ścią­gniesz z wierz­chu ma­ka­ron.

– Okej, okej, sok mi się wte­dy skoń­czył… To co chcesz? Ma­czu­gę Her­ku­le­sa?

– O ile się nie mylę, Ore­mus wy­mio­to­wał tym w ze­szłym ty­go­dniu.

– Fakt. Do dzi­siaj nie mogę do­prać fi­ra­nek. To może szar­lot­kę? Żu­brów­ka z so­kiem jabł­ko­wym i cy­try­ną…

Po­pa­trzy­ła na nie­go nie­uf­nie.

– Może być. Tyl­ko bez soku i bez cy­try­ny, okej? I wal­nij do tego ja­kąś pa­ra­sol­kę, żeby ele­ganc­ko wy­glą­da­ło.

Bar­man wes­tchnął i fa­lu­jąc mu­sku­ła­mi, za­czął roz­ry­wać opa­ko­wa­nie pa­ra­so­lek, ze­zu­jąc co chwi­la na Ka­si­ne nogi, któ­re ape­tycz­nie wy­chy­la­ły się spod poły uty­tła­ne­go płasz­cza.

Ryba za­pa­li­ła LM-a i spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Za pięt­na­ście szó­sta. Cie­ka­we, czy Ha­skal zja­wi się punk­tu­al­nie.

Ten fa­cet był jak na­łóg – brzyd­ki, nie­zdro­wy i gro­ził za­wa­łem. Naj­pierw za­ko­chi­wa­ła się w nim z lek­cji na lek­cję (w koń­cu ety­kę, któ­rej uczył, od ero­ty­ki dzie­li tyl­ko jed­na sy­la­ba), po­tem zmo­le­sto­wa­ła go na pół­met­ku, do­sta­jąc w efek­cie przy­kre­go ko­sza, aż w koń­cu po wie­lu pe­ry­pe­tiach, włą­cza­jąc w to okrut­nie sa­mot­ny ty­dzień fe­rii, obiekt uczuć za­dzwo­nił i za­pro­sił ją na rand­kę. Bo cóż to było in­ne­go, jak nie rand­ka?Miał łza­wy, wzru­szo­ny głos, łak­ną­cy ko­bie­ty. Ka­sia czu­ła to przez skó­rę.

Szy­mo wy­dał ja­kiś dźwięk i Ryba pod­sko­czy­ła. Uło­żo­ny w gło­wie sce­na­riusz, zgod­nie z któ­rym Ha­skal miał­by uklęk­nąć na pro­gu, a na­stęp­nie, żło­biąc ko­la­na­mi po­śnie­go­we bło­to, za­śpie­wać gło­sem Grze­go­rza Mar­kow­skie­go: „Ko­chaj mnie, nie­przy­tom­nie… jak za­pal­nicz­ka pło­mień, jak su­cha stud­nia wodę…”, roz­sy­pał się bły­ska­wicz­nie, po­zo­sta­wia­jąc przy­kre uczu­cie ma­rzy­ciel­skie­go nie­do­sy­tu.

Sku­pi­ła wzrok na ły­sej czasz­ce bar­ma­na.

– Coś mó­wi­łeś?

– Py­ta­łem, czy za­nieść ci żu­brów­kę do sto­li­ka…

– Za­nieść.

– Tam, gdzie sie­dzi Wa­leń?

Ryba zbyt gwał­tow­nie wcią­gnę­ła dym i za­czę­ła kasz­leć.

– To on tu jest?!

– No. Wa­leń… Mi­che­lin… nnno, ten gru­by… – za­jąk­nął się, wi­dząc roz­draż­nie­nie na twa­rzy klient­ki. – Przy­szedł tak chwi­lę przed tobą. Po­sta­wi­łem mu fo­tel za ko­ta­rą. Mu­sia­łem. Wszyst­kie krze­sła mi roz­chy­bo­tał.

Ka­sia po­de­rwa­ła się na rów­ne nogi.

– Szy­mo, je­ło­pie je­den, dla­cze­go do­pie­ro te­raz mó­wisz…?!

W pa­nicz­nym po­śpie­chu wy­cią­gnę­ła lu­ster­ko. Po­trój­na war­stwa błysz­czy­ku czę­ścio­wo się roz­ma­za­ła, a w pra­wym oku z pęk­nię­tą żył­ką pły­wa­ły grud­ki tu­szu. Ogól­nie, jak na ko­bie­tę czte­ry­kroć upa­dłą, było nie­źle.

Zrzu­ci­ła okry­cie, ob­cią­gnę­ła mini po­ni­żej wzgór­ka ło­no­we­go i ko­ły­sząc ła­god­nie bio­dra­mi, pier­sia­mi, ta­lią i brud­nym bre­zen­to­wym płasz­czem, prze­wie­szo­nym przez zgię­cie łok­cia, we­szła za ko­ta­rę.

Na sto­li­ku sta­ło nie­do­pi­te mar­ti­ni; stop­ka kie­lisz­ka ry­so­wa­ła mo­kre kół­ko na okład­ce czar­no-bia­łej mą­drej ga­ze­ty. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach ku­rzu i va­ni­sha, któ­rym Szy­mo w prze­rwach mię­dzy do­pi­ja­niem drin­ków po klien­tach za­pew­ne czy­ścił ob­wy­mio­to­wa­ne fi­ran­ki.

Ha­skal sie­dział w wy­tar­tym fo­te­lu, zwró­co­ny ty­łem do wej­ścia, i ob­dzie­rał kłacz­ki li­nie­ją­ce­go za­mszu z opar­cia. Nie­zgrab­ny, gro­te­sko­wy, z brzu­chem wy­dy­ma­ją­cym po­żół­kłą ko­szu­lę w krop­ki i wci­śnię­ty na wierzch weł­nia­ny bez­rę­kaw­nik, roz­pie­rał swą nad­przy­ro­dzo­ną po­sta­cią li­chy me­bel. Wzrok Kasi po­wę­dro­wał w dół i za­trzy­mał się z czu­ło­ścią na po­gnie­cio­nych sztruk­sach, spod któ­rych wy­sta­wa­ły ob­cia­cho­we kow­boj­ki z łań­cusz­ka­mi; pra­wa mia­ła łań­cu­szek za­rdze­wia­ły, lewa – urwa­ny.

Ha­skal od­wró­cił gło­wę. Znie­ru­cho­miał. Ze­rwał się w po­śpie­chu; spodnie za­trzesz­cza­ły ostrze­gaw­czo i pro­fe­sor zre­du­ko­wał tem­po. Wy­pro­sto­wał się z po­wol­ną god­no­ścią.

– Ka­ta­rzy­no – po­wie­dział, chry­piąc. Na­chy­lił się i po­ca­ło­wał jej dłoń, w ostat­niej chwi­li uni­ka­jąc po­pa­rze­nia pa­pie­ro­sem. – Może byś to zga­si­ła? – za­pro­po­no­wał nie­śmia­ło, a wo­bec bra­ku re­ak­cji zgrab­nym pstrycz­kiem po­słał szcząt­ki LM-a na pod­ło­gę i roz­gniótł głup­ko­wa­to brzdę­ka­ją­cą kow­boj­ką.

Ka­sia od­zy­ska­ła głos.

– Prze­pra­szam, za­ga­pi­łam się – wy­ją­ka­ła.

Czu­ła su­chość w ustach, ser­ce ko­ła­ta­ło jak przy aryt­mii. Uzna­ła, że na­tych­miast musi się na­pić, bo ina­czej zro­bi coś głu­pie­go, naprzy­kład spru­je mu bez­rę­kaw­nik zę­ba­mi, od­gry­zie gu­zi­ki, a potem za­cznie nimi splu­wać sze­ro­kim łu­kiem do po­piel­nicz­ki…

W samą porę ko­ta­ra się od­chy­li­ła, uka­zu­jąc Szy­ma z chwie­ją­cą się na tacy żu­brów­ką. W ozdob­nej szkla­necz­ce pły­wa­ły trzy pa­ra­sol­ki, w tym jed­na dziu­ra­wa.

Ha­skal zro­bił krok do tyłu. Jego spoj­rze­nie prze­mknę­ło po Ry­bie, za­trzy­mu­jąc się ko­lej­no na spuch­nię­tych ko­la­nach, za­łza­wio­nej, czer­wo­nej spo­jów­ce i rę­kach wy­ry­wa­ją­cych się w kie­run­ku tacy.

– Co ci się sta­ło w oko?

– To nie tak, jak pan my­śli… – uprze­dzi­ła jego oskar­że­nie. – Ja wca­le nie je­stem pi­ja­na, tyl­ko prze­wró­ci­łam się, jak tu szłam w tych bu­tach.

– Czy ja coś mó­wię? – Mimo oschłe­go tonu oczy miał smut­ne jak ber­nar­dyn. – To było kur­tu­azyj­ne za­py­ta­nie.

– Wiem, ale… – Po­de­szła bli­żej (oczy­wi­ście mu­sia­ła się za­chwiać w tych cho­ler­nych szpil­kach). – …mu­szę panu po­wie­dzieć, że kie­dy się prze­wró­ci­łam, to wbi­łam so­bie w ko­la­no taki koci żwi­rek i po­tem po­la­łam wód­ką, żeby od­ka­zić, ro­zu­mie pan… a w mię­dzy­cza­sie jesz­cze się roz­ma­za­łam i dla­te­go mam ta­kie prze­pi­te oko, ale tyl­ko jed­no, prze­cież pan wi­dzi…

Pod­szedł, wziął ją lek­ko za ra­mio­na i po­sa­dził na krze­śle.

– Ka­siu – po­wie­dział szem­rzą­cym ba­ry­to­nem (za­wsze wy­mię­ka­ła od tego „Ka­siu”) – wy­star­czy… Nie tłu­macz się jak kre­tyn­ka…

Za­pa­dło mil­cze­nie.

– Je­steś do­ro­sła… Ro­bisz, co chcesz, i ja nie mam nic do tego… – Dwor­skim ge­stem po­dał jej żu­brów­kę. Stuk­nął w szkla­necz­kę swo­im kie­lisz­kiem. – Zdro­wie… Za spo­tka­nie.

Upi­ła dys­tyn­go­wa­ny ły­czek, po­że­ra­jąc chci­wym wzro­kiem roz­mów­cę, któ­ry na po­wrót za­siadł w fo­te­lu i pod­jął znę­ca­nie się nad kłacz­ka­mi.

– Jak za­ję­cia z dok­tor Prze­śniak? – spy­tał z umiar­ko­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Su­per.

– Co oma­wia­cie?

– Naj­pierw mie­li­śmy świę­te­go Au­gu­sty­na, a przed fe­ria­mi teo­rię wy­cho­wa­nia we­dług sied­miu grze­chów głów­nych.

– A to cie­ka­we.

– Ogrom­nie. Naj­bar­dziej po­do­ba­ło mi się o nie­czy­sto­ści – po­wie­dzia­ła, po­le­ru­jąc szpil­ki o fo­tel. – Wie pan, o tym, że ona­ni­ści mają de­pre­sję i gry­zie ich su­mie­nie…

– I ślep­ną? – od­gadł, za­baw­nie po­pra­wia­jąc oku­la­ry.

– He, he… Nie wie pan przy­pad­kiem, dla­cze­go mu­szę słu­chać ta­kie­go szaj­su i mar­no­wać swój cen­ny czas?

– Po­dob­no każ­da wie­dzado cze­goś się przy­da­je. Je­steś jesz­cze na tyle mło­da, że mo­żesz uwie­rzyć mi na sło­wo… – Poł- knął zgrab­nie li­mon­kę z kie­lisz­ka, niedła­wiąc się i nie wy­ba­łu­sza­jąc oczu (jesz­cze jed­na rzecz, za któ­rą go po­dzi­wia­ła).

– Bar­dzo dy­plo­ma­tycz­na wy­po­wiedź, ale i tak wo­la­łam po­przed­nie­go wy­kła­dow­cę. Jak wszy­scy.

Za­śmiał się.

– Mó­wisz o wszyst­kich sied­miu oso­bach? Cóż… i tak miło mi to sły­szeć.

– Nie ma szans, żeby pan wró­cił?

Po­krę­cił gło­wą.

Przez chwi­lę my­śla­ła, jak w naj­bar­dziej zwię­zły spo­sób moż­na sko­men­to­wać tę skan­da­licz­ną sy­tu­ację.

– To ja pier­do­lę taką budę.

Za­war­tość bez­rę­kaw­ni­ka pod­sko­czy­ła, tar­gnię­ta tłu­mio­nym śmie­chem. Ha­skal miał bo­ski re­zo­na­tor pier­sio­wy, któ­ry w ta­kich chwi­lach dud­nił czymś w ro­dza­ju ba­so­we­go: „hm, hm, hm”.

– Ka­siu, na ogół nie pier­do­li się cze­goś, cze­go się nie lubi… Przy­naj­mniej nie lubi. A poza tym, nie wy­da­je mi się, że­byś była aż tak pi­ja­na, by wy­po­wia­dać się rów­nie plu­ga­wo i la­pi­dar­nie. Może ja­koś roz­wi­niesz myśl?

Ryba osu­szy­ła szkla­necz­kę, uwa­ża­jąc, żeby nie wy­kłuć so­bie oka dziu­ra­wą pa­ra­sol­ką, i otar­ła usta przed­ra­mie­niem, na któ­rym po­ja­wi­ła się zmy­sło­wo roz­ma­za­na smu­ga błysz­czy­ku.

– Smacz­ne­go.

Znów po­chwy­ci­ła to smut­ne spoj­rze­nie.

– Dzię­ku­ję… Roz­wi­ja­jąc myśl, to na­praw­dę za­sta­na­wiam się, co zro­bić. Wie pan, jaka jest sy­tu­acja po tym, co za­szło. Nie zno­szą mnie, pani Prze­śniak wy­glą­da, jak­by mnie chcia­ła za­bić na każ­dej lek­cji, dyk­tu­je no­tat­ki, po któ­rych je­stem cho­ra… Czu­ję się jak sie­ro­ta i nie­udacz­nik.

– Pa­mię­taj, że wszy­scy w two­im wie­ku byli nie­udacz­ni­ka­mi. Z wy­jąt­kiem Rim­bau­da.

– He, he… Sam pan to wy­my­ślił?

– Skąd. Pla­giat, jak wszyst­ko, co mó­wię, kie­dy chcę za­bły­snąć elo­kwen­cją. No więc, Ka­ta­rzy­no… do­brze zro­zu­mia­łem, że masz kry­zys war­to­ści i chcesz rzu­cić szko­łę?

– Tak jak­by… Na­praw­dę to strasz­nie się tam nu­dzę.

– Bar­dzo ci współ­czu­ję. Je­że­li wol­no spy­tać, to co chcesz ro­bić poopusz­cze­niu pla­ców­ki edu­ka­cyj­nej? Prze­my­cać spi­ry­tus?

Po­pa­trzy­ła na nie­go prze­cią­gle.

– Moja ro­dzi­na od po­ko­leń prze­my­ca spi­ry­tus i nic się nie sta­nie, je­śli chlub­nie wpi­szę się w ro­dzin­ną tra­dy­cję.

– Ro­zu­miem. – Po­ki­wał życz­li­wie gło­wą. – Chlub­ne kul­ty­wo­wa­nie tra­dy­cji… To mia­sto ma pra­wie że sło­wo „prze­myt” w na­zwie wła­snej… lu­dziom się udzie­la, nie ma się cze­mu dzi­wić… Mimo wszyst­ko spo­dzie­wa­łem się, że mie­rzysz tro­chę wy­żej niż pro­fe­sja mrów­ki ro­ja­lów­ki, czy jak tam zwą te za­chusz­czo­ne ko­bie­ci­ny…

– Wła­śnie ob­ra­ził pan moją za­chusz­czo­ną ro­dzi­nę bliż­szą i dal­szą i pra­wie wszyst­kie zna­jo­me mo­ich ro­dzi­ców…

Ha­skal spoj­rzał na nią ostrzej.

– Ja ci tyl­ko su­ge­ru­ję, że poza za­chusz­cze­niem też się moż­na re­ali­zo­wać. Cie­ka­wiej, am­bit­niej… a z pew­no­ścią bar­dziej le­gal­nie.

– Łał… To mi pan do­wa­lił. Za­raz mi pan po­wie, że je­stem prze­cież taka mło­da i zdol­na…

– Ka­siu, je­steś prze­cież taka mło­da i zdol­na…

– …i mo­gła­bym da­le­ko zajść.

– I mo­gła­byś da­le­ko zajść, a tak lada dzień two­je po­strze­ga­nie świa­ta zde­ter­mi­nu­je śred­nia cen nie­mo­no­po­lo­wych al­ko­ho­li na ko­ro­nie sta­dio­nu Niedź­wia­dek…

Za­śmia­ła się.

Żu­brów­ka za­czę­ła dzia­łać. Cie­pło pa­ro­wa­ło przez skó­rę, do źre­nic wsą­cza­ła się przy­jem­namgieł­ka. Ryba po­czu­ła się elo­kwent­na, sek­sow­na i nie­od­par­cie po­cią­ga­ją­ca. De­ner­wo­wa­ło ją, że Ha­skal nie zwra­ca naj­mniej­szej uwa­gi na jej nogi.

– Mo­że­my zmie­nić te­mat? Za­tań­czy­my? – za­sze­le­ści­ła te­no­rem i ly­crą w raj­sto­pach, zna­czą­co prze­su­wa­jąc dło­nią po udzie.

Po­pa­trzył na nią dziw­nie.

– Do „Dwu­na­stu anioł­ków”?

Ka­sia sklę­ła w my­ślach Szy­ma i jego pre­dy­lek­cję do wsio­wych przy­tu­py­wa­nek.

– Za­raz to za­ła­twię…

De­li­kat­nie ob­ję­ła jego wska­zu­ją­cy pa­lec – duży, mięk­ki i do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cy cie­płą pa­rów­kę z hot doga.

– Nie trze­ba. Nie będę tań­czył. – Po­gła­skał kciu­kiem grzbiet jej dło­ni i wło­ski na ręce Kasi na­tych­miast do­sta­ły erek­cji. – Wła­ści­wie to chcia­łem się z tobą po­że­gnać.

Ryba wy­trzesz­czy­ła oczy, tusz wpadł jej głę­biej do oka i za­czął nie­mi­ło­sier­nie dra­pać. Za­mru­ga­ła kon­wul­syj­nie.

– Oj, nie płacz… – Za­brał pa­lec. – Wiesz prze­cież, że po tym wszyst­kim nie mógł­bym tu zo­stać.

– O czym pan mówi? I w ogó­le gdzie…? Gdzie pan chce je­chać?!

– Do War­sza­wy. Do pra­cy. Każ­dy my­śli, że to emi­gra­cja za­rob­ko­wa, i po­nie­kąd tak jest.

– OBoże…

„O Boże, dla­cze­go on mi to robi na pierw­szej rand­ce?!”.

– Na ra­zie tyl­ko na okres prób­ny, ale je­że­li wa­run­ki będą w po­rząd­ku, zo­sta­nę na sta­łe. To nie­sa­mo­wi­ta oka­zja. Szan­sa na wy­rwa­nie się z tego graj­doł­ka… Wy­obraź so­bie, że je­śli stąd grzecz­nie wy­ja­dę, mam obie­ca­ną nie­ska­zi­tel­ną opi­nię z na­sze­go dro­gie­go li­ceum!

„Je­ba­ny Dul­ski!” – po­my­śla­ła rów­nie wul­gar­nie, jak mó­wi­ła, i ca­łym jej mło­dym cia­łem za­trząsł spazm bun­tu. Nie sza­no­wa­ła fa­ce­tów, któ­rzy po­świę­ca­ją obie­cu­ją­ce uczu­cio­wo zna­jo­mo­ści dla nie­ska­zi­tel­nej opi­nii.

– Ale prze­cież ma pan pra­cę tu­taj! Sam pan kie­dyś mó­wił, że to raj dla syn­dy­ka, że spe­cjal­nie pan tu wró­cił!

Wes­tchnął i utkwił wzrok w dy­wa­nie.

– Ale to nie­sa­mo­wi­ta oka­zja, mó­wi­łem ci już! Będę pra­co­wał wIPN-ie.

– Gdzie?

– W In­sty­tu­cie Pa­mię­ci Na­ro­do­wej. Zło­ży­łem pa­pie­ry, prze­sze­dłem po­zy­tyw­nie wstęp­ną se­lek­cję i będę ści­gał zbrod­nie prze­ciw­ko na­ro­do­wi pol­skie­mu, tak mi do­po­móż Bóg…

Ryba wsta­ła. Czu­ła strasz­li­wy za­wrót gło­wy. Być może był to tyl­ko efekt wy­pi­tej żu­brów­ki, ale ja­koś nie chcia­ło jej się w to wie­rzyć.

– Bę­dzie pan jed­nym z tych ko­stycz­nych, za­wist­nych fa­ce­ci­ków w czar­nych swe­trach i z zie­mi­stą cerą?! Pan?! Ze swo­imi prze­ko­na­nia­mi…?!

– Prze­ko­na­nia­mi? – Udał, że nie ro­zu­mie. Za­śmiał się, ale nie było to cza­ru­ją­ce „hm, hm, hm”, tyl­ko ja­kiś głu­chy, cy­nicz­ny od­głos. – Z wie­kiem, dro­ga Ka­ta­rzy­no, prze­ko­na­nia zmie­nia­ją się wraz z za­war­to­ścią port­fe­la… – Na­po­tkał jej zbo­la­łe spoj­rze­nie, ale mó­wił da­lej: – Co ja miał­bym tu we­dług cie­bie ro­bić? Cze­kać, aż ja­kiś wście­kły klient, któ­re­mu za­bie­ram do­ro­bek ca­łe­go ży­cia, po­szu­ka na mnie haka? Pod­py­ta kogo trze­ba i wy­cią­gnie całą tę hi­sto­rię z mo­le­sto­wa­niem? Na to mam cze­kać?

Gniew­nie wy­darł strzęp kłacz­ków z fo­te­la.

– Kie­dy się zwal­nia­łem, wiesz, co po­wie­dział dy­rek­tor two­jej… to zna­czy na­szej szko­ły? Że mnie bła­ga o zmia­nę miej­sca po­by­tu, bo boi się, że ta spra­wa wy­ciek­nie, a wte­dy ucier­pi opi­nia pla­ców­ki! Nie moja, nie two­ja, tyl­ko pla­ców­ki! Ro­zu­miesz? Ab­surd, ob­łu­da… zresz­tą… szko­da mó­wić… to nor­ma w tym za­py­zia­łym mia­stecz­ku!

– Nie to co sto­li­ca – po­wie­dzia­ła Ka­sia drę­two.

– Och, Ka­siu, dziec­ko, nie wiesz, co się dzie­je… Gdy­bym zo­stał w szko­le, wiesz, co zro­bił­by na przy­kład taki wy­dział edu­ka­cji? Jak by ści­gał, szczuł? Szka­lu­ją mnie do tej pory na ra­dzie mia­sta i wy­zy­wa­ją od wrzo­dów, na­wet po tym, jak się zwol­ni­łem. Uwzię­li się na mnie jak giez na ko­by­lą dupę… Prze­pra­szam.

– Nie ma za co, pro­fe­so­rze.

Od­wró­cił wzrok.

– Nie ukry­wam, że je­stem już w wie­ku, kie­dy ceni się kom­fort psy­chicz­ny. Będę miał pra­cę lek­ką, ła­twą i przy­jem­ną, będę sie­dział przy biur­ku i czy­tał akta, będę fe­ro­wał wy­ro­ki, gor­szył się i świę­cie obu­rzał… – Za­śmiał się gorz­ko. – A jak się tra­fi do­bra tecz­ka, to może na­wet zo­ba­czysz mnie w te­le­wi­zji.

– Cóż za mo­ty­wa­cja – po­wie­dzia­ła ja­do­wi­cie. – Po­ma­cha mi pan z ekra­nu?

Gwał­tow­nie za­pra­gnę­ła, żeby od prze­kła­da­nia za­tę­chłych akt do­stał grzy­bi­cy pa­znok­ci.

– Ka­siu, nie in­te­re­su­je mnie pre­stiż – po­wie­dział, ce­dząc sło­wa z de­ner­wu­ją­cą ma­nie­rą czło­wie­ka świa­do­me­go wła­sne­go au­to­ry­te­tu. – Po­pyt to co in­ne­go. Przy na­szej mści­wej pol­skiej men­tal­no­ści będę pra­co­wał dłu­go i z po­wo­dze­niem.

Ryba mil­cza­ła. Po­de­szła do za­sy­pa­ne­go śnie­giem okna; na we­wnętrz­nym pa­ra­pe­cie – wy­mie­cio­ny za­pew­ne z ja­kiejś szpa­ry – le­żał mar­twy żuk o idio­tycz­nie czer­wo­nych plec­kach. Pchnę­ła go pal­cem. Czu­ła, że za­raz za­cznie pła­kać albo się strasz­nie spo­nie­wie­ra dżu­sem, a naj­chęt­niej zro­bi jed­no i dru­gie.

Roz­legł się jęk sprę­żyn od­cią­żo­ne­go na­gle fo­te­la i cięż­kie, czła­pią­ce kro­ki. Sta­nął tuż za nią.

– Ka­siu – po­wie­dział w czu­bek jej gło­wy (głos zno­wu miał cie­pły i ko­ją­cy jak grza­ne wino przy ko­min­ku albo bal­sam po­mor­ski pity w let­nią noc na par­ko­wej ław­ce) – prze­pra­szam, że tak wy­szło… Mu­sia­łem cię zo­ba­czyć, za­nim wy­ja­dę…

– Po co?

– Bo… – Ostroż­nie do­tknął jej ra­mie­nia go­rą­cą ręką. – …po tym, co się wy­da­rzy­ło, co ra­zem prze­szli­śmy, nie mógł­bym ina­czej… I wiesz, że bar­dzo cię… lu­bię. I…

Mia­ła ogrom­ną ocho­tę przy­tu­lić się do tej ręki. Jesz­cze więk­szą zre­ali­zo­wać pew­ne pla­ny do­ty­czą­ce jego odzie­ży, ale po­wstrzy­ma­ła się dziel­nie. Za­miast tego od­wró­ci­ła się, ścią­gnę­ła mu oku­la­ry i po­pa­trzy­ła w parę obłęd­nych por­te­ro­wych oczu z iskier­ka­mi.

– I…?

Za­brał rękę, za­brał oku­la­ry, od­chrząk­nął i do­koń­czył:

– …i po­ży­czy­łaś moje książ­ki,więc nie chcia­łem, że­byś się mar­twi­ła… że tego, no… że nie masz ich gdzie od­dać.

***

Drzwi od miesz­ka­nia przy­wi­ta­ły ją wi­do­kiem za­rdze­wia­łej wi­zy­tów­ki z na­zwi­skiem in­nym niż Ma­ter­lak i stru­pa­mi kru­szą­cej się olej­nej far­by. Mia­ła po­twor­ną ocho­tę sprze­dać im kop­nia­ka, ale osta­tecz­nie po­skro­mi­ła się i ła­god­nie na­ci­snę­ła klam­kę.

Od­su­nę­ła pu­dło z ka­bi­ną prysz­ni­co­wą. Prze­sta­wi­ła tacz­ki wy­peł­nio­ne pły­ta­mi z pi­rac­kim opro­gra­mo­wa­niem, pro­diż z wkrę­tar­ką uda­ro­wą w środ­ku, ciek­ną­cy grzej­nik ole­jo­wy oraz wy­pcha­ny watą szkla­ną wór, w któ­rym za­nu­rzo­no (za­pew­ne z oba­wy przed stłu­cze­niem) por­ce­la­no­wy ser­wis do kawy. Wstrzy­mu­jąc od­dech nad wo­rem, prze­ci­snę­ła się w głąb przed­po­ko­ju.

Po pod­ło­dze smut­no drep­tał błot­ny żółw. Po­włó­czył lewą tyl­ną łap­ką, za któ­rą cią­gnął się strzęp czar­nej ta­śmy. Ka­sia przy­dep­ta­ła ta­śmę, żółw za­buk­so­wał w miej­scu, na­pa­sku­dził i scho­wał się do sko­ru­py, roz­ma­zu­jąc spę­ta­ną nóż­ką rzad­kie eks­kre­men­ty.

Ogar­nę­ła ją sa­tys­fak­cja wła­ści­wa wan­da­lom ka­tu­ją­cym bez­pań­skie psy i śmiet­ni­ki; spe­cjal­nie po­de­szła do szaf­ki z bu­ta­mi, żeby zła­mać od­sta­ją­cą li­stwę. Za­klę­ła obe­lży­wie, gło­śno, so­czy­ście. Blu­zgi zwa­bi­ły do przed­po­ko­ju owczar­ka kau­ka­skie­go, któ­ry z ra­do­snym uja­da­niem chwy­cił żół­wia w zęby.

– Won! – wark­nę­ła na psa Ka­sia.

Owcza­rek stra­cił re­zon. Mach­nął nie­pew­nie ogo­nem i po­drep­tał z żół­wiem do po­ko­ju, gdzie – są­dząc z do­bie­ga­ją­cych od­gło­sów – było dużo we­se­lej.

– Zo­staw mnie, psy­cho­pa­to! – wrza­snę­ła Luś­ka to­nem, któ­ry su­ge­ro­wał, że wca­le nie chce, aby wzmian­ko­wa­ny psy­cho­pa­ta ją zo­sta­wił. – Mam okres!

– Dru­gi ty­dzień?! – spy­tał mę­ski głos, to zna­czy do­ce­lo­wo mę­ski, bo obec­nie prze­cho­dził za­baw­ną mu­ta­cję i skrzy­piał na co dru­giej sy­la­bie; roz­legł się wy­buch śmie­chu i ja­kieś ob­le­śne cmok­nię­cie.

Ka­sia zgor­szy­ła się. Było to zu­peł­nie nowe uczu­cie, a ogar­nę­ło ją tak na­gle i nie­ocze­ki­wa­nie, że aż przy­sta­nę­ła.

Wresz­cie do­tar­ło do niej, że to nie zgor­sze­nie, tyl­ko sta­ra, po­czci­wa za­zdrość, bo niby dla­cze­go ktoś ma głup­ko­wa­to chi­cho­tać, kie­dy całe ży­cie Ka­ta­rzy­ny Ma­ter­lak prze­wró­ci­ło się wła­śnie do góry pod­szew­ką?! Ryba za­wiść z za­zdro­ścią za­li­cza­ła do tak zwa­nych uczuć niż­szych i nie­god­nych sym­pa­tycz­nych osób, jak jej wła­sna na przy­kład, po­li­czy­ła za­tem do dzie­się­ciu i we­szła do po­ko­ju.

Na ka­na­pie le­żał Ma­ster w roz­cheł­sta­nej ko­szu­li, spod któ­rej wy­ła­niał się ły­ko­wa­ty, po­ma­rań­czo­wy od nad­uży­wa­nia so­la­rium tors; Ma­ster był ulu­bio­nym ko­le­gą Kasi i chło­pa­kiem jej ulu­bio­nej ko­le­żan­ki – Luś­ki.

O Luś­kę opie­rał się Bu­rak, któ­ry był dru­gim ulu­bio­nym ko­le­gą Kasi i dru­gim chło­pa­kiem Luś­ki (co nie zna­czy, że nie miał tych sa­mych praw co pierw­szy; mimo ca­łe­go swe­go wy­na­tu­rze­nia trój­kąt – uży­wa­jąc geo­me­trycz­nej ter­mi­no­lo­gii – był trój­ką­tem rów­no­ra­mien­nym).

Sama zaś Luś­ka pre­zen­to­wa­ła się jako zło­śli­wa, nie­co oty­ła sza­tyn­ka z du­żym biu­stem i śla­da­mi po trą­dzi­ku na twa­rzy.

Przed fe­ria­mi nie­bez­piecz­na ta osób­ka do­ko­na­ła sma­ko­wi­tej ze­msty na na­uczy­ciel­ce ma­te­ma­ty­ki. Było jak w naj­lep­szych te­le­tur­nie­jach: ha­ła­śli­wie, okrut­nie, wi­do­wi­sko­wo i przy akom­pa­nia­men­cie chał­tur­ni­czej mu­zycz­ki. W fi­na­le spę­ta­ną ka­fta­nem bez­pie­czeń­stwa ofia­rę za­bra­ła erka – za­pew­ne do jed­ne­go z nie­do­fi­nan­so­wa­nych pań­stwo­wych ośrod­ków dla ner­wo­wo i psy­chicz­nie cho­rych, gdzie sa­ni­ta­riu­sze sa­dy­ści zwiot­cza­ją mię­śnie pa­vu­lo­nem i nie zmie­nia­ją pam­per­sów czę­ściej niż raz na dobę; tego przy­naj­mniej ży­czy­li pani pro­fe­sor wdzięcz­ni wy­cho­wan­ko­wie.

Zbo­czo­ny trój­ką­cik skie­ro­wał na przy­by­łą za­mglo­ny wzrok. Bu­rak gol­fem za­sło­nił ma­lin­kę na szyi.

– Co tak szyb­ko? – spy­tał z pre­ten­sją.

Ryba nie od­po­wie­dzia­ła.

Trój­ką­cik po­pa­trzył po so­bie zna­czą­co.

– Ha­skal zno­wu dał ci ko­sza? – za­py­tał grzecz­nie Ma­ster, choć za­brzmia­ło to jak przy­kre stwier­dze­nie fak­tu.

Ryba po­pa­trzy­ła na nie­go bez sło­wa.

– Zno­wu – od­gadł.

Luś­ka pod­nio­sła się z ka­na­py, strą­ca­jąc przy tym nie­do­krę­co­ną bu­tel­kę dżu­su.

– Ry­buś, tak mi przy­kro…

Ka­sia zdję­ła płaszcz i klap­nę­ła cięż­ko na krze­sło. Jej uwa­ga po­wo­li i nie­uchron­nie – jak zwy­kle w sy­tu­acjach stre­so­wych – za­czę­ła kon­cen­tro­wać się na bu­tel­ce, któ­rej cen­na za­war­tość wsią­ka­ła w dy­wan.

Luś­ka po­dą­ży­ła za jej spoj­rze­niem.

– Wiem, że ci źle, ale…

– …tego nie rób – do­koń­czył Ma­ster pa­te­tycz­nie. – Zno­wu wy­lą­du­jesz na gro­bie bab­ci, a nie masz do kogo prze­pi­jać, bo ostat­nim ra­zem stłu­kłaś zdję­ciepusz­ką.

– Obok leży sym­pa­tycz­ny al­ko­ho­lik. Tak przy­naj­mniej wy­glą­da na na­grob­nej por­ce­lan­ce… – od­burk­nę­ła.

Schy­li­ła się i chcia­ła pod­nieść bu­tel­kę, ale Bu­rak pro­fi­lak­tycz­nie scho­wał ją za ple­ca­mi.

– Da­waj to, bo cię wal­nę! – syk­nę­ła Ka­sia, ale na Bu­ra­ku si­ło­wy ar­gu­ment jak zwy­kle nie zro­bił wra­że­nia, bo był ży­la­stym wsio­kiem z Ni­zin i ni­ko­go się nie bał.

– Ze­niu, ona to wy­pi­je tak czy srak. – Ma­ster wes­tchnął i za­piął ko­szu­lę. – Po­cze­ka, aż pój­dzie­my i wte­dy się na­wa­li…

– Nie dam – po­wie­dział Bu­rak z chłop­skim upo­rem i bez­czel­nie wy­lał reszt­kę dżu­su na dy­wan.

– Nie­ee… – wy­rwa­ło się z Kasi.

Luś­ka uspo­ka­ja­ją­co po­gła­dzi­ła ją po zmar­z­nię­tym ko­la­nie.

– Po­wiedz, co się sta­ło…

Ryba mil­cza­ła. Wresz­cie wy­rzu­ci­ła z tru­dem:

– Dał mi ko­sza, bo wy­jeż­dża do War­sza­wy.

Ma­ster za­re­cho­tał.

– Dzi­wisz się? Jak ja bym wy­jeż­dżał do War­sza­wy, to­bym też was rzu­cił. Wszyst­kich na­raz, pro­win­cjo­nal­ne chły­sty…

– I po to chciał się z tobą zo­ba­czyć? – spy­ta­ła Luś­ka z nie­do­wie­rza­niem.

– Go­rzej. Chciał swo­je książ­ki.

Może nie­ko­niecz­nie tak było, ale Ka­sia nie za­mie­rza­ła stresz­czać nie­przy­jem­nej dla sie­bie roz­mo­wy.

Bu­rak z Ma­ste­rem wy­da­li z sie­bie szy­der­cze par­sk­nię­cia.

– Ryba, za­kła­da­jąc, że by­ła­byś brzyd­ka jak dwa ka­cząt­ka, mia­ła garb i szkla­ne oko, to i tak po­wi­nien po­le­cieć na two­je mini… – prze­ko­ny­wał Ma­ster, na­chy­la­jąc się i przy­glą­da­jąc bez­czel­nie jej udom. – Sor­ry, na strin­gi…

– Może krój mu się nie po­do­ba? – Bu­rak wy­ko­nał iden­tycz­ny ruch.

– Może nie lubi czer­wo­nych z gum­ką, tyl­ko te nie­bie­skie z fal­ban­ka­mi, ta­kie jak mia­ła w ze­szły wto­rek…?

– W ze­szły wto­rek mia­ła ró­żo­we z gum­ką.

– Jak z gum­ką, to mógł nie lu­bić.

– Nikt nie lubi z gum­ką…

Luś­ka prze­wró­ci­ła ocza­mi, co nie na wie­le się zda­ło. Ma­ster nie wy­czer­pał jesz­cze te­ma­tu.

– Za­ło­żę się, że on na­wet nie wie, co to są gum­ki. Za jego cza­sów pew­nie się owi­ja­ło w sza­ry pa­pier i wią­za­ło szpa­ga­tem…

– He, he… Albo ro­bi­ło na szy­deł­ku – za­rżał Bu­rak, ale ry­chło prze­rwał, bo Luś­ka rzu­ci­ła w nie­go pod­główkiem.

– Bądź­cie tak mili i się za­mknij­cie, okej? Ją to wku­rza.

– Prze­cież my ją po­cie­sza­my, że to nie jej wina.

– To nie jest ni­czy­ja wina. Może on jest nie­śmia­ły?

– A może on po pro­stu nie ma czym? – Ma­ster mru­gnął do kum­pla ra­do­śnie. – Nie łam się, Ryba, uczu­cie jest naj­waż­niej­sze, o seks za­dbasz sama… Ze­nio na je­sie­ni wy­ko­pie ci pięk­ną mar­chew, nie, Ze­niu?

– Ja­sne. Albo inny eko­wi­bra­tor.

Luś­ka sły­szal­nie zgrzyt­nę­ła zę­ba­mi i ko­le­dzy umil­kli.

– Słu­chaj, a może po­wie­dzia­łaś mu, że nie je­steś dzie­wi­cą?! – za­in­te­re­so­wał się Ma­ster, pstry­ka­jąc Kasi pal­ca­mi przed no­sem.

– Wy­obraź so­bie, że nie do­szli­śmy do ta­kich te­ma­tów – wark­nę­ła Ryba.

– Fuj. Nie lu­bię dzie­wic. – Ma­ster mla­snął z obrzy­dze­niem. – Tego pra­nia po­ście­li po de­flo­ra­cjach! Przy wy­bo­rze ko­bie­ty za­wsze słu­cham ser­ca. – Spoj­rzał z ukon­ten­to­wa­niem na Luś­kę.

– Za­uwa­ży­łem – zgo­dził się Bu­rak. – Za­wsze ci się sta­nik na po­licz­ku od­bi­ja…

Ka­sia rap­tow­nie wsta­ła i wy­szła do kuch­ni.

– Mó­wi­łam, że­by­ście się za­mknę­li! – do­biegł ją zi­ry­to­wa­ny głos Luś­ki.

Ryba wy­łu­ska­ła z pacz­ki zmię­te­go LM-a. Przy­pa­li­ła ukra­iń­ską za­pał­ką i pu­ści­ła stru­mień dymu na okien­ną szy­bę.

Pust­ka. To­tal­na pust­ka. Nie żal ani go­rycz. Po pro­stu pu­sto w środ­ku jak w bu­tel­ce po wód­ce. I nie bez przy­czy­ny na­su­nę­ło jej się to po­rów­na­nie, bo pu­sta bu­tel­ka po wód­ce – taka sa­mot­na, obi­ta, wy­tur­la­na spod ław­ki – za­wsze mia­ła w so­bie coś z dra­ma­ty­zmu. Ka­sia czu­ła się iden­tycz­nie: sa­mot­na, obi­ta i wy­tur­la­na – co­kol­wiek by to zna­czy­ło – przez swo­ją wiel­ką, tłu­stą mi­łość. Do tego brzyd­ka, za­chusz­czo­na i po­rzu­co­na dla wiel­ko­miej­skich am­bi­cji.

Roz­legł się po­dej­rza­ny plusk i Ryba obej­rza­ła się za sie­bie. Owcza­rek po kil­ku nie­uda­nych pró­bach prze­gry­zie­nia sko­ru­py wy­pluł żół­wia do zle­wu. Zwie­rząt­ko wpa­dłow ster­tę brud­nych na­czyń, po­tknę­ło się o po­kryw­kę i ma­cha­jąc bez­rad­nie łap­ka­mi, za­nur­ko­wa­ło w pe­łen tłu­stej brei gar­nek po bi­go­sie.

„Też tak skoń­czę – po­my­śla­ła Ka­sia i uśmiech spełzł jej z twa­rzy. – W tym mie­ście, w tym domu, wśród ga­rów… Pró­bu­jąc roz­pacz­li­wie wy­bić się na po­wierzch­nię, ma­cha­jąc łap­ka­mi w po­szu­ki­wa­niu ra­tun­ku…”.

Strzep­nę­ła po­piół do garn­ka, wy­ło­wi­ła gada, prze­tar­ła sko­ru­pę ścier­ką do na­czyń i wró­ci­ła do po­ko­ju. Za nią przy­drep­tał owcza­rek.

Trój­ką­cik na ka­na­pie przy­brał miny wi­no­waj­ców.

– Sor­ry – po­wie­dział Ma­ster.

– Nie uda­waj, że ci przy­kro.

– No do­bra, nie jest mi przy­kro, bo uwa­żam, że gru­by nie na­da­je się na two­je­go chło­pa­ka, ale do­brze o nim świad­czy fakt, że przy­naj­mniej cię nie chce… Co ty so­bie my­ślisz? Że jak bę­dzie sta­ry i brzyd­ki, to cię bę­dzie ko­chał? Ta­kie sta­re grzy­by są le­ni­we jak cho­le­ra. Zwró­ci na cie­bie uwa­gę, jak mu za­sło­nisz te­le­wi­zor.

– Tyl­ko po­win­naś być tro­chę niż­sza i mieć pła­ską gło­wę – za­su­ge­ro­wał Bu­rak, po­pa­tru­jąc na Ma­ste­ra we­so­lut­ko.

– Wła­śnie – zgo­dził się Ma­ster. – Piwo by so­bie po­sta­wił.

– Albo szklan­kę z zę­ba­mi, he, he…

Ryba o mały włos nie rzu­ci­ła w ko­le­gów żół­wiem.

– Co was to ob­cho­dzi?!

Ma­ster prze­cze­sał pal­ca­mi czar­ne far­bo­wa­ne wło­sy. Z bla­dą cerą i na­marsz­czo­ną trój­kąt­ną twa­rzą wy­glą­dał jak bo­ha­ter Man­gi bądź – okre­śla­jąc mniej wy­twor­nie – jak tan­det­na ku­kieł­ka bru­net z te­atru la­lek.

– Ob­cho­dzi mnie, bo nie ro­zu­miem kom­plet­nie, dla­cze­go się na nie­go na­pa­li­łaś jak ta­lib na kurs pi­lo­ta­żu i dla­cze­go tak bar­dzo chcesz z nim być, jak on z tobą nie chce. Na co ty w ogó­le po­le­cia­łaś? Na duże cyc­ki? – Cmok­nął z nie­sma­kiem. – Kur­wa, nie po­wiem, że­bym go nie lu­bił… Ale te swe­ter­ki w rom­by?

Ka­sia mach­nę­ła ostrze­gaw­czo żół­wiem; owcza­rek, od pew­ne­go cza­su śle­dzą­cy jej ru­chy z grzecz­nym wy­cze­ki­wa­niem, pod­sko­czył, cap­nął zwie­rząt­ko w zęby i dziw­nie się śpie­sząc, po­biegł do kuch­ni.

– No do­bra, nie de­ner­wuj się. Oczy­wi­ście apli­ka­cja w je­lon­ki o ni­czym nie prze­są­dza, ale nie są­dzisz, Bu­rak, że to dziw­ne? Do­ro­sły czło­wiek…

Bu­rak bez sło­wa po­pra­wił golf z Ko­zioł­kiem Ma­toł­kiem i za­czął wy­dłu­by­wać obor­nik spod pa­znok­ci.

– Może po­je­dziesz z nami do Za­kop­ca na parę dni? – za­pro­po­no­wa­ła Luś­ka, zmie­nia­jąc dy­plo­ma­tycz­nie te­mat.

Ka­sia po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie mam moń­ców. Ku­pi­łam so­bie per­fu­mę Sa­lva­dor Dali na tę za­sra­ną rand­kę i z ner­wów stłu­kłam w skle­pie… A sta­rzy jesz­cze nie sprze­da­li to­wa­ru…

– Po­ży­czy­my ci.

Ryba po­my­śla­ła, zga­si­ła LM-a o brud­ny pa­ra­pet i od­par­ła lek­ko:

– Nie jest tak źle.

– No to za­spon­so­ru­je­my… Od­dasz, jak bę­dziesz mia­ła.

Po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie.

– Bę­dzie­my ra­zem pić, jeść, sma­ro­wać się pa­stą i zro­bi­my so­bie zdję­cia z mi­siem i z gó­ral­ską ka­pe­lą…!

– Bo tu się za­chle­jesz na śmierć. I to sama – do­rzu­cił prag­ma­tycz­nie Bu­rak.

– Nie martw się, nic mi nie bę­dzie.

Luś­ka de­li­kat­nie po­kle­pa­ła ją po ręce.

– Nie złość się, oni mają ra­cję. Wy­jeż­dża­my po­ju­trze i na­praw­dę nie chce­my cię zo­sta­wiać. My­śle­li­śmy, że po tej rand­ce wszyst­ko się uło­ży i że ni­g­dzie nie bę­dzie ci się chcia­ło stąd ru­szać…

– Bo mi się nie chce stąd ru­szać – po­wie­dzia­ła Ryba zgod­nie z praw­dą. Na myśl, że mia­ła­by oglą­dać dzień w dzień Ta­try na prze­mian z pod­nie­co­nym wła­snym to­wa­rzy­stwem roz­gru­cha­nym trój­ką­ci­kiem, zro­bi­ło jej się mdło.

– Za­sta­nów się jesz­cze.

– Luś­ka, mó­wię ci z czy­stym su­mie­niem, że już się za­sta­no­wi­łam i że nie po­ja­dę do żad­ne­go cho­ler­ne­go Za­kop­ca! Ży­czę wam dużo śnie­gu i że­by­ście mie­li w ho­te­lu cie­płą wodę… A te­raz już so­bie idź­cie, bo będę prze­ży­wać…!

Po­pa­trzy­li na nią, jak­by po­wie­dzia­ła coś bar­dzo brzyd­kie­go. Pew­nie się ob­ra­zi­li, ale szcze­rze mó­wiąc, nie­wie­le ją to ob­cho­dzi­ło.

– Sko­ro tak – po­wie­dział Bu­rak, ły­piąc na Ka­się nie­przy­chyl­nie i opa­tu­la­jąc Luś­kę sza­li­kiem – to się nie bę­dzie­my na­rzu­cać.

Ka­sia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Żal mi cie­bie… – burk­nął Ma­ster i po­pro­wa­dził całą trój­kę do przed­po­ko­ju. – Za­cho­wu­jesz się jak sa­mot­na po­rzu­co­na z bo­li­wij­skiej te­le­no­we­li. Jesz­cze się tyl­ko mu­sisz roz­czo­chrać…

Ry­bie zro­bi­ło się głu­pio, że tak trak­tu­je swo­ich naj­lep­szych kum­pli, ale za­raz się uspra­wie­dli­wi­ła, że prze­cież prze­ży­ła za­wód mi­ło­sny, więc ma pra­wo po­nie­wie­rać oto­cze­niem. Poza tym w ka­na­pie le­żał jesz­cze je­den dżus, któ­ry, jak wia­do­mo, spo­ży­wa­ny we czwór­kę szyb­ciej się koń­czy.

– Za­dzwo­nię – po­wie­dzia­ła Luś­ka, na któ­rej zły hu­mor przy­ja­ciół­ki, jak wi­dać, nie zro­bił żad­ne­go wra­że­nia. – Trzy­maj się i nie chlej… – Ob­ję­ła ją moc­no za szy­ję i cmok­nę­ła po mat­czy­ne­mu w czo­ło.

– Cześć, ty za­ko­cha­na pa­ca­nia­ro – po­że­gnał się Ma­ster i z unie­sio­nym pro­fi­lem otwo­rzył drzwi.

– Na wszel­ki wy­pa­dek po przy­jeź­dzie spraw­dzi­my gó­ral­ską wy­trzeź­wiał­kę – obie­cał Bu­rak i pu­ścił w po­wie­trze ca­łu­sa.

Zgrzyt­nął za­mek, szczęk­nę­ła klam­ka i Ryba się ucie­szy­ła. Na­resz­cie mo­gła się na­pić.

***

Za­pa­dła się w ka­na­pę.

Ży­cie bo­la­ło, bo­lał zgu­bio­ny sens, skrze­cza­ła rze­czy­wi­stość pro­win­cjusz­ki skan­da­list­ki, po­zba­wio­nej z dnia na dzień za­chę­ca­ją­cych per­spek­tyw uczu­cio­wych.

Od­krę­ci­ła bu­tel­kę i po­cią­gnę­ła kil­ka pie­ką­cych ły­ków. Dżus spły­nął do żo­łąd­ka i za­lał go ko­ją­cą war­stwą. Da­lej bo­la­ło, ale już na słod­ko.

Pod­nio­sła z pod­ło­gi pi­lot i pu­ści­ła gło­śno mu­zy­kę. Wo­kal Mat­ta Bel­la­my’ego wrzy­nał się w nią jak piła łań­cu­cho­wa – tak samo ostry, cie­niut­ki i wi­bru­ją­cy przy na­ci­sku. Ale co za ka­wał­ki…! Co za har­mo­nia…! Brzmie­nie! I ten za­je­bi­sty bas! Wci­snę­ła LO­UD­NESS, opar­ła się o po­dusz­kę i za­to­nę­ła.

Pod po­wie­ka­mi za­czę­ły jej ro­snąć pal­my. Na piasz­czy­stej pla­ży, oczy­wi­ście. Do tego księ­życ w peł­ni i goły Ha­skal w po­zie „My­śli­cie­la” Ro­di­na, gnio­tą­cy po­ślad­ka­mi chro­po­wa­ty głaz.

Mu­zy­ka uci­chła na­gle; Ryba pod­sko­czy­ła. Bu­tel­ka wy­pa­dła jej z rąk, rąb­nę­ła w mi­skę z su­chą kar­mą dla owczar­ków i pę­kła.

– Ka­siu, kur­wa, dziec­ko, sza­nuj, bo to cho­dzi po osiem zło­tych… – usły­sza­ła zbo­la­ły głos ojca.

Ro­dzi­ciel na­chy­lił się nad nią z tro­ską w oczach. Oczy miał bar­dzo ład­ne: zie­lo­ne, z ru­dy­mi plam­ka­mi przy źre­ni­cach; atrak­cyj­ne, wy­cze­sa­ne wąsy bez tak czę­stych u wą­sa­czy resz­tek po­kar­mo­wych oraz po­stu­rę za­twar­dzia­łe­go atle­ty. Wca­le nie przy­po­mi­nał kry­mi­na­li­sty. Jak każ­dy sza­nu­ją­cy się prze­myt­nik no­sił skó­rę, mie­nią­cy się dres i zło­te łań­cusz­ki, wplą­ta­ne w czar­ne kłacz­ki na ko­sma­tym tor­sie. Naj­grub­szy i naj­ordy­nar­niej­szy łań­cu­szek z tom­ba­ku Ka­sia po­da­ro­wa­ła mu oso­bi­ście.

– Prze­pra­szam, tato – po­wie­dzia­ła ze skru­chą.

Oj­ciec przyj­rzał się jej po­dejrz­li­wie.

– Ty pi­jesz?

Ka­sia prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Pew­nie, że piję! Spraw­dzam nową par­tię. My­ślisz, że to ta­kie przy­jem­ne?

Mach­nął po­jed­naw­czo ręką.

– Praw­da… Strasz­nie ci współ­czu­ję, pew­nie syf. – Po­pa­trzył na nią z oba­wą. – Jak dżus…?

– Na­wet, na­wet. Ale za to ko­niak…! Tra­ge­dia!

Oj­ciec przy­gryzł w zde­ner­wo­wa­niu wąsy.

– Co ty mó­wisz?! Zno­wu bej­ca?!

– Nie chcę cię stra­szyć, ale chy­ba tak… Ostat­nim ra­zem far­bo­wa­li her­ba­tą, to było okej, ale te­raz je­dzie olej­ną. Mó­wię ci: ban­de­ro­le le­d­wie się trzy­ma­ją, ja­kieś piz­dry­ki za­miast ety­kiet, no i bej­ca jak skur­czy­syn!

– Kur­wa mać. Stra­ci­my klien­tów.

Ryba uspo­ka­ja­ją­co po­kle­pa­ła go po ręce. Jak zwy­kle roz­czu­li­ła ją przy­jem­ność blu­zga­nia z wła­snym oj­cem – praw­dę mó­wiąc, nie zna­ła czyn­no­ści bar­dziej sprzy­ja­ją­cej za­dzierz­gi­wa­niu ro­dzin­nych wię­zów.

– Tato, spo­koj­nie… Pier­dol­nij na­zad ten bej­co­wa­ny ko­niak i bę­dzie po spra­wie! Kto ci go wci­snął?

Oj­ciec ner­wo­wo przy­siadł na ka­na­pie.

– A tam, taki bladź pi­der… Nie znasz pew­nie. Wa­nia.

Ryba po­pa­trzy­ła na nie­go w pa­ni­ce.

Sły­sza­ła o Wani i nie mo­gła po­jąć, jak Ka­zi­mierz Ma­ter­lak, czło­wiek z im­po­nu­ją­cą wie­dzą i do­świad­cze­niem w bran­ży, mógł dać się tak prze­ro­bić.

– Tato, prze­cież na­wet Stie­pan cię ostrze­gał, że Wa­nia to by­dlę i że wozi lewy to­war! Nie mów, że zro­bi­łeś go no­wym gar­bem…!

Oj­ciec wsty­dli­wie mię­dlił skraj na­rzu­ty.

– No nie! – Ryba wsta­ła i z iry­ta­cją za­czę­ła cho­dzić po po­ko­ju. – Czy ty w ogó­le nie my­ślisz?! Prze­cież to oszust! Może na­wet go­rzej, może to gli­na, któ­ry psu­je ry­nek…! Jak nie było ni­ko­go lep­sze­go, to trze­ba było sa­me­mu je­chać po to­war, a nie po­le­gać na ja­kimś idio­cie! Sama bym po­je­cha­ła za mie­dzę!

– Kaś­ka, to nie ta­kie ła­twe… Nie znasz cel­ni­ków, zmian…Prze­cież Gie­na­dij wpadł, bo po­my­lił zmia­nę. Nie wiem, czy był na­dzia­ba­ny czy co, ale pod­je­chał bu­sem nie na tę zmia­nę, co trze­ba, i go ska­so­wa­li! I to swoi! Po­je­ba­ły mu się do­lce z ra­chun­kiem z wol­no­cło­we­go, to za­miast po­wie­dzieć jak czło­wiek czło­wie­ko­wi, że się po­my­lił, ci go cap! I po gar­bie…

Ka­sia przy­bra­ła współ­czu­ją­cy wy­raz twa­rzy, bo tak wy­pa­da­ło, cho­ciaż Gie­na­di­ja wi­dzia­ła tyl­ko raz w ży­ciu, jak za­sy­sa­jąc gło­śno, za­ja­dał z ga­ze­ty wę­dzo­ną rybę, a po­tem pluł prze­żu­ty­mi strzę­pa­mi pa­pie­ru pod tyl­ne koła za­po­roż­ca, gdy my­ślał, że nikt na nie­go nie pa­trzy.

Wy­cią­gnę­ła LM-a i pod­su­nę­ła ojcu zmię­tą pacz­kę.

– Chcesz?

Po­krę­cił gło­wą, dyn­da­jąc łań­cusz­ka­mi.

– Nie. I nie pal… tak dużo.

– Ta­aak? A kto ci bę­dzie te­sto­wał cy­ga­ry? Jak­byś to ro­bił sam, już byś miał raka.

– Może i tak. – Z ocią­ga­niem wy­łu­skał z pacz­ki pa­pie­ro­sa. – Do­brze, że mat­ka tego nie wi­dzi, do­pie­ro by było… Wiesz, że nie lubi dymu.

Po­dał jej ogień. Przy­pa­lił swo­je­go pa­pie­ro­sa, zdmuch­nął za­pał­kę i ener­gicz­nie ci­snął dre­wien­ko mię­dzy de­ski par­kie­tu.

Mil­cze­li w do­sko­na­łym po­ro­zu­mie­niu. Swąd pa­pie­ro­sów roz­snuł się po po­ko­ju. Ka­zi­mierz wes­tchnął, nogi w brud­nych adi­da­sach po­ło­żył na opar­ciu ka­na­py i przyj­rzał się cór­ce z oj­cow­ską tro­ską.

– Co tam w szko­le, Ka­sień­ko?

– Są fe­rie, tato.

– Cho­le­ra, za­po­mnia­łem…

Za­cią­gnął się i dłu­gim stru­mie­niem wy­dmuch­nął dym spo­za wą­sów. Od­sło­nił w uśmie­chu zło­tą ko­ron­kę na pra­wym gór­nym kle i le­ni­wym ru­chem po­dra­pał się po za­ro­śnię­tej kla­cie. W tej chwi­li sta­no­wił wcie­le­nie naj­pięk­niej­sze­go nie­skrę­po­wa­ne­go luzu, ja­kim może ema­no­wać czło­wiek Wscho­du.

Opu­kał adi­da­sy z za­schnię­te­go bło­ta i pstryk­nął po­że­ra­ją­ce­go do­nicz­ko­wą pa­prot­kę żół­wia w zro­go­wa­cia­ły łe­bek.

– Za­po­wia­da­ją mróz od przy­szłe­go ty­go­dnia. Prąd dro­że­je, cho­le­ra… Co ci jesz­cze mó­wił Stie­pan? – Przy ostat­nim zda­niu wy­raź­nie się oży­wił.

– Naj­ogól­niej, że Wa­nia to szma­ta rzad­kiej ma­ści i że nie moż­na mu ufać. Że niby jest gar­bem, ale tak na­praw­dę to robi gar­ba z tego, od któ­re­go do­sta­je zle­ce­nie. Chy­ba da­łeś się zro­bić w ko­nia.

Oj­ciec uśmiech­nął się smut­no.

– Mama mówi, że gość jest w po­rząd­ku.

– Ona ko­cha wszyst­kich Ukra­iń­ców. Nie wy­łą­cza­jąc cie­bie. – Oj­ciec za­re­ago­wał cheł­pli­wym po­mru­kiem. – Oprócz ko­nia­ku bra­łeś coś jesz­cze od tego Wani?

– Nie, ale… cho­le­ra… za­mó­wi­łem u nie­go żół­wie. Z Ka­zach­sta­nu. Wiesz, jak to wy­glą­da. Wy­bie­ra­ją te małe gów­na ko­par­ka­mi, po­tem przy­wo­żą do Mo­ścisk już za­pa­ko­wa­ne i po­kle­jo­ne, ja je mam wło­żyć do busa…

– Mię­dzy ścia­ny? – od­ga­dła Ryba.

– A moż­na ina­czej? – za­in­te­re­so­wał się oj­ciec, ocze­ku­jąc za­pew­ne fa­cho­wej od­po­wie­dzi, ale nie uzy­skaw­szy jej, za­jął się gła­dze­niem łań­cusz­ków. – Bus mię­dzy ścia­na­mi jest naj­pew­niej­szy, cho­ciaż ktoś mi ostat­nio mó­wił, że jak wra­cał, to prze­świe­tli­li mu au­tko rent­ge­nem. Job ich mać, aby ich szlah na­hłyj tra­fił… – Za­wsze, kie­dy się zde­ner­wo­wał, „h” i „g” zle­wa­ło mu się w ja­kąś dziw­ną tyl­no­ję­zy­ko­wą gło­skę o bar­ba­rzyń­skim brzmie­niu.

– I co da­lej z żół­wia­mi?

– To co za­wsze – Wa­nia od­bie­ra, sprze­da­je klien­tom, dzie­li­my się dolą i jest pra­wil­no… Po­wiem ci szcze­rze, że mam już ich dość. Bio­rę ostat­ni raz. Wszę­dzie sra­ją…. Pie­przo­ne sko­ru­pia­ki.

– Gady, tato.

Po­krę­cił gło­wą.

– Ga­dów nie bio­rę, od­kąd py­ton uciekł mi ki­blem do ka­na­li­za­cji.

– Ten, co za­tkał rurę?

– Nooo… Słu­chaj, co nam te­raz wła­ści­wie bie­ga po domu, bo już stra­ci­łem ra­chu­bę?

Ka­sia na­bra­ła tchu.

– Czte­ry owczar­ki, sześć żół­wi… sam ka­za­łeś roz­kle­ić, żeby nie ku­la­ły… – Oj­ciec kiw­nął gło­wą. – …ja­kieś wstręt­ne ły­sie­ją­ce mysz­ki, któ­re na całe szczę­ście już pra­wie wy­zdy­cha­ły, i jed­na szyn­szy­la, któ­rej nie­ste­ty nikt od wczo­raj nie może zlo­ka­li­zo­wać. My­ślisz, że też ode­szła do kra­iny wiecz­nych ło­wów?

– Kto wie? Jak się za­cznie roz­kła­dać, to ją znaj­dzie­my – od­parł po­god­nie.

Ka­sia wes­tchnę­ła, przy­po­mniaw­szy so­bie nie tak daw­ną tra­gicz­ną hi­sto­rię sy­be­ryj­skie­go kot­ka. Ko­tek ba­wił się grzecz­nie, gu­biąc sierść, drąc fi­ran­ki i wy­że­ra­jąc z mied­ni­cy prze­my­co­ne dia­bel­nie dro­gie akwa­rio­we ryb­ki, aż na­gle pew­ne­go dnia wy­pa­ro­wał jak kam­fo­ra. Ob­ja­wił się trzy ty­go­dnie póź­niej, przy­kle­jo­ny za­krwa­wio­nym fu­trem do wa­liz­ki, któ­ra, spa­da­jąc z paw­la­cza, roz­pła­ta­ła mu głów­kę. Nie zna­leź­li­by go w ogó­le, gdy­by nie za­czął śmier­dzieć.

Ryba już mia­ła na koń­cu ję­zy­ka mą­dry wy­kład na te­mat prze­my­tu zwie­rząt i wszel­kich szko­dli­wych kon­se­kwen­cji tak nie­cne­go pro­ce­de­ru, kie­dy na­gle roz­le­gło się wład­cze pu­ka­nie do drzwi.

Ka­zi­mierz zła­pał się za ser­ce.

– Mat­ko Bo­ska, mat­ka!

Ka­sia wła­śnie mia­ła spy­tać, dla­cze­go mama wy­mie­nio­na jest w tak świą­to­bli­wym kon­tek­ście, ale wzrok jej padł na pa­pie­ro­sa i już wie­dzia­ła, że oto luź­na po­ga­węd­ka przy cy­ga­rze się skoń­czy­ła.

Oj­ciec za­ma­chał spa­zma­tycz­nie rę­ka­mi.

– Nie otwie­raj, ma klucz, szyb­ko, okno!!! – wy­dy­szał jed­nym tchem i ner­wo­wo strzep­nął z ka­na­py okrusz­ki bło­ta.

Ka­sia pod­bie­gła do okna i szarp­nę­ła za klam­kę. Lo­do­wa­ty wiatr blu­znął jej w twarz płat­ka­mi śnie­gu.

W zam­ku już zgrzy­tał klucz.

– Kie­puj! Kie­puj! – sy­czał oj­ciec, młó­cąc blu­zą dre­su za­dy­mio­ne po­wie­trze, któ­re ni­jak nie chcia­ło opu­ścić po­ko­ju.

Ryba ci­snę­ła nie­do­pa­łek przez okno. Od­wró­ci­ła się i za­mar­ła.

– Tato, nie­eee!!! – zdą­ży­ła jesz­cze wrza­snąć, ale było już za póź­no. Tlą­cy się filtr, jak w zwol­nio­nym tem­pie, wy­su­nął się z pal­ców ojca i wpadł do psiej mi­ski, peł­nej dżu­su.

Z ci­chym pyk­nię­ciem fio­le­to­wy pło­mień strze­lił pod su­fit. Ogień za­mru­czał groź­nie, za­bu­zo­wał, okop­cił ży­ran­dol, nie­znacz­nie roz­to­pił mi­skę i zgasł tak na­gle, jak się po­ja­wił. Po­zo­sta­ła po nim tyl­ko śmier­dzą­ca go­rzel­nią nie­wiel­ka czar­na chmur­ka.

Ka­sia za­mknę­ła usta.

Oj­ciec dy­szał cięż­ko. Drżą­cą ręką do­tknął spa­lo­nych wą­sów.

– Wi­dzia­łaś? – za­sa­pał dy­cha­wicz­nie, ale w gło­sie dało się sły­szeć nut­kę py­chy. – Praw­dzi­wy spi­ryt… Pali się jak zło­to… – Prze­rwał i obej­rzał się ze stra­chem.

Do po­ko­ju wła­śnie we­szła jego żona.

Gdy­by ktoś po­pro­sił kie­dyś Ka­się (a całe szczę­ście nikt jesz­cze tego nie zro­bił) o scha­rak­te­ry­zo­wa­nie wła­snej mat­ki, mia­ła­by spo­ry pro­blem. Wie­dzia­ła jed­no: mama nie pa­so­wa­ła do tego domu. Była mu es­te­tycz­nie i men­tal­nie obca. Prze­wi­dy­wal­na pod ką­tem za­cho­wań i re­ak­cji, ale obca jak ósmy pa­sa­żer No­stro­mo. Choć miesz­ka­ły ra­zem pra­wie dwa­dzie­ścia lat, Ryba mo­gła tyl­ko po­ma­rzyć o ko­lek­tyw­nym le­pie­niu pie­ro­gów, ba­za­ro­wych plot­kach, zwie­rze­niach w ła­zien­ce, dys­ku­sjach o książ­kach, fa­ce­tach i men­stru­acji. No i o tym, żeby we wła­snym domu moż­na było le­gal­nie kop­snąć szlu­ga.

– Co tu się dzie­je?! Zno­wu pa­pie­ro­sy?!

– Nie krzycz! – wrza­snę­ła Ka­sia.

Wy­nio­sła pla­ty­no­wa blon­dyn­ka za­ci­snę­ła szczę­ki i po­sła­ła Kasi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

Nie była złą mat­ką, tak samo jak Ka­sia nie była grzecz­ną có­recz­ką. Po pro­stu się róż­ni­ły. Czy pięk­nie – było kwe­stią dys­ku­syj­ną, ale bez wąt­pie­nia – gło­śno.

– By­łaś dzi­siaj w szko­le?

– Są fe­rie.

– Dla cie­bie chy­ba za­wsze są fe­rie…

Ka­sia gład­ko prze­łknę­ła uszczy­pli­wość, zwa­żyw­szy, że za­rzut był kom­plet­nie idio­tycz­ny.

– Nie kłóć­cie się – wtrą­cił oj­ciec.

Wa­chlo­wał się blu­zą od dre­su i spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, któ­ry wła­śnie się bar­dzo zmę­czył.

– Py­tam po raz ostat­ni: kto tu zno­wu pa­lił pa­pie­ro­sy?!

– Wa­cek z trze­cie­go pię­tra przy­szedł obej­rzeć psy – po­wie­dział sta­now­czo Ka­zi­mierz.

– No i…? – Żona spoj­rza­ła mu w oczy z in­ten­syw­no­ścią la­se­ra.

– Po­oglą­dał, wy­pił kie­li­cha i so­bie po­szedł…

–A to co? – Schy­li­ła się i uwa­ża­jąc, żeby nie po­gnieść dro­giej, nie­ba­za­ro­wej gar­son­ki, wy­ło­wi­ła peta ze szcząt­ków psiej za­sta­wy (Rybę za­in­try­go­wa­ło, jak to się dzie­je, żekom­pro­mi­tu­ją­ce do­wo­dy rze­czo­we za­wsze oca­le­ją, pod­czas gdy cała resz­ta po­ży­tecz­nych rze­czy – na przy­kład psia mi­ska albo pięk­na bu­tel­ka dżu­su – ule­ga ka­ta­stro­fie). – Wa­cek upu­ścił?

– Wy­pa­dło mu z gęby – burk­nę­ła Ka­sia.

– Cie­ka­we… Pro­sto do mi­ski?

– Nie mie­li­śmy pod ręką po­piel­nicz­ki, wiel­kie mi rze­czy! – Ryba wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Nic się nie sta­ło! Mu­sisz od razu krzy­czeć na ojca?

Mama po­pa­trzy­ła ze wzgar­dą na swo­ją ro­dzi­nę.

– Wszę­dzie ro­bi­cie chlew! Jak wam w ogó­lenie wstyd?! Nie mo­że­cie pa­lić tego świń­stwa na ko­ry­ta­rzu?! Albo w ubi­ka­cji?!

Ka­sia mia­ła po­wie­dzieć, że nie po to jest we wła­snym domu, żeby mu­sia­ła cho­wać się po ki­blach jak byle pę­tak. Wy­star­czy­ło, że w szko­le ją dys­kry­mi­no­wa­no.

– Pa­trz­cie, jak wy­glą­da to miesz­ka­nie! Jak me­li­na!

Ryba ro­zej­rza­ła się kry­tycz­nie po miesz­ka­niu, a po­tem rów­nie kry­tycz­nie spoj­rza­ła na ro­dzi­ciel­kę. W me­li­nach kon­ku­ben­ci ćwiar­to­wa­li sie­kie­ra­mi kon­ku­bi­ny, ob­le­wa­li są­sia­dów de­na­tu­ra­tem albo wie­sza­li się na ka­blu od że­laz­ka. Jej dom na­to­miast był ci­chy, spo­koj­ny, przy­ja­zny lu­dziom i zwie­rzę­tom, pe­łen ar­ty­stycz­ne­go nie­ła­du i za­gra­nicz­nych trun­ków. I cze­go tu się cze­piać?

– W przed­po­ko­ju jest kupa! – wy­buch­nę­ła mama, jak gdy­by było to coś szcze­gól­ne­go.

– Czy­ja? – za­in­te­re­so­wał się oj­ciec.