Dżungla - Dariusz Sypień - ebook
Opis

XXIII wiek. Ludzie skolonizowali Marsa, mało kto jednak nazywa go swoim domem. Terraformacja udała się tylko do pewnego stopnia, mieszkańców nękają choroby i problemy psychiczne, relacje społeczne zaczynają przypominać te z czasów średniowiecza, a dawne jednostki administracyjne zamieniły się we wrogo nastawione do siebie zony, szykujące się do wojny.
Sytuacja na Czerwonej Planecie komplikuje się jeszcze bardziej, gdy pojawia się na niej dziwny roślinopodobny twór, zwany „dżunglą”. Czym jest? Co jego rozwój oznacza dla przyszłości planety i ludzkości? Dwójka głównych bohaterów – każde na własną rękę i z innych powodów – odkrywa, czym jest Dżungla i co tak naprawdę kryje się za zapomnianym projektem naukowym, który nagle zostaje wznowiony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dariusz Sypeń

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Dariusz Sypeń, 2015

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

 

 

Redaktor prowadząca: Dominika Kuczyńska

Redakcja: Aleksandra Powalska-Mugaj

Korekta: Joanna Pawłowska

Ilustracja na okładce: Michał Oracz

Projekt okładki: Dark Crayon / Piotr Cieśliński

Projekt typograficzny i łamanie: Justyna Nowaczyk

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

 

eISBN 978-83-7976-330-6

 

 

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

Podczas gdyśmy się delektowali Kosmosem,

naszym ciałom robiło się od niego niedobrze.

 

Stanisław Lem, Katar

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Marty i Filipa

 

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

 

 

Słońce liże jego powieki i wybudza ze snu. Daniel otwiera oczy, ze wstrętem omiata spojrzeniem szary, piankowy sufit i narzuca kołdrę na głowę, pragnąc śnić dalej. Nie pamięta już szczegółów, wie jednak, że to była lukrowana ciepłem i radosnymi kolorami historia. Niestety, sen odszedł na dobre.

Po chwili, już całkiem rozbudzony, sięga prawą ręką za siebie, ale nie natrafia na ciało Aiko. Przypomina sobie, że wczoraj ostro się pokłócili o jakąś drobnostkę i Aiko spędziła tę noc w pokoju gościnnym. Teraz jednak chciałby przywrzeć do jej pleców i wsunąć się między jej uda.

Siada zgarbiony na brzegu łóżka. Admin informuje go o godzinie i temperaturze na zewnątrz – jest już dość ciepło, szesnaście stopni Celsjusza. Wygląda przez wschodnie okno. Światło słońca jest złowróżbnie zielonkawe, jakby wytryskiwało z gnijącej, organicznej zawiesiny. Pyłki Priega. Ale one w żadnym razie nie są martwe. Przeciwnie, są aż nadto żywe.

Prosi admina o zasłonięcie okna. Potem podchodzi do południowego i wygląda na szklarnię. Z dumą przygląda się drzewku pomarańczowemu. Mimo iż to odmiana zmodyfikowana genetycznie, jego uprawa kosztowała go wiele trudu. Tutaj nic nie przychodzi łatwo, myśli. Było jednak warto – trzy owoce, już w pełni dojrzałe, pysznią się na drzewku niczym złote gwiazdy. Postanawia, że dziś je zerwie. Zrobi sobie z Aiko prawdziwą ucztę.

O ile się pogodzimy.

Taksuje wzrokiem inne rośliny: pomidory, ogórki, grządki marchewki i pietruszki, brokuły, seler, cebulę, paprykę. Dalej, w rogu, stoi kilkanaście doniczek z bazylią, tymiankiem, rozmarynem i kolendrą (on jej nie znosi, ale Aiko za nią przepada). Naprzeciw rosną jabłonie, gruszki i wiśnie. Wszystkie rośliny są uprawiane z troską, niczego im nie brakuje, Daniel regularnie nawozi glebę, przycina i podwiązuje gałązki, sprawdza naświetlenie, oczyszcza szyby, uruchamia zraszacze. Te ostatnie mogłyby pracować automatycznie, ale Daniel woli obsługiwać je ręcznie.

Nacieszywszy się widokiem roślin, przechodzi do łazienki. Po drodze słyszy dobiegający z salonu niski głos Marka Rosenberga. Daniel bierze prysznic, ubiera się, aktywuje hexa i przechodzi do pokoju. Mark siedzi w fotelu naprzeciwko Aiko. Filiżanki kawy na stoliku pomiędzy nimi są puste, Mark musi tu być już od jakiegoś czasu.

Mark i jego żona Christiana są ich najbliższymi sąsiadami, mieszkają kilometr dalej, u wylotu kanionu, w małym, ale wygodnie urządzonym domu. Sprowadzili się tutaj półtora ziemskiego roku temu z Nowego Rio. Mark pracuje w przepompowni wody w Nowym Belém, Christiana natomiast jest doradcą marketingowym. Oboje są otwarci, przyjaźni i uczynni, więc Daniel i Aiko cenią sobie tę sąsiedzką znajomość. Kilka miesięcy temu Daniel mógł też docenić walory fizyczne Christiany, wdając się z nią w krótkotrwały romans.

– Mark – mówi Daniel.

– Cześć, Daniel – mężczyzna unosi się z fotela i podaje mu rękę.

Aiko uśmiecha się promiennie do Daniela. Dobrze, że jej przeszło. Z drugiej jednak strony te gwałtowne zmiany humoru zdarzają jej się ostatnio coraz częściej, co staje się męczące. Wygląda jak licealistka, ale naprawdę ma sześćdziesiąt siedem lat. Powinna zachowywać się odrobinę poważniej.

– Przepraszam, że nachodzę was o tak wczesnej porze – zwraca się do niego Mark, siadając. – Przed godziną odebrałem ważną dla Aiko wiadomość… Którą lepiej było przekazać osobiście… Znalazłem faceta, który może zdjąć jej blokadę.

Bardzo szybko to załatwił, musi mieć dobre znajomości, myśli Daniel. Podejrzewa, że jego gorliwość wynika z tego, że chce się dobrać do Aiko. Nie jest tylko pewien, czy sąsiad chce to zrobić, ponieważ Aiko tak mu się podoba, czy dlatego, że wie, że Christiana romansowała z Danielem. Bez różnicy. Nie ma nic przeciwko, żeby Aiko pieprzyła się z Markiem. Nie ma nic przeciwko, żeby pieprzyła się z kimkolwiek zechce.

– To ktoś sprawdzony? – pyta Daniel.

– Tak, tak, facet ma doświadczenie. Ponoć zrobił już kilkanaście takich zabiegów i nigdy nie było żadnych problemów.

– Skąd jest? – pyta Daniel.

– Z Nowego Rio.

No tak, mógł nie pytać.

– Ile weźmie?

– Cztery tysiące kredytów – odpowiada Aiko z niepewnym wyrazem twarzy.

– To więcej niż zakładałaś – stwierdza Daniel. – Skąd ta różnica?

– Hex – odpowiada za nią Mark. – Nowe prawo. Podczas pobytu w Nowym Rio hex musi być cały czas aktywny. Więc trzeba będzie go emulować.

Daniel przypomina sobie, że jakiś czas temu słyszał o tym. Jednocześnie uświadamia sobie, że nie był w większym mieście już od ponad trzech lat.

– Pożyczysz mi brakującą resztę? – pyta Aiko.

Prosi go o półtora tysiąca kredytów. A więc stąd ten promienny uśmiech od samego rana.

– Dam ci je – mówi Daniel. – Ale przemyśl to jeszcze.

– Tak zrobię – obiecuje Aiko.

Daniel jest jednak pewien, że nic jej już nie odwiedzie od postanowienia, by zdjąć pięcioletnią blokadę nałożoną przez lekarzy. Może jedynie przestroga Buddy, tego idioty w ciele kozokrowy… Ale Aiko już o to pytała sztuczniaka i Budda nie zaprotestował. Nie widzi w tym dla niej żadnego ryzyka. Wierzy w jej zdrowy rozsądek. Więc sprawa jest przesądzona.

Aiko jest czysta dwa lata i ma już tego dość. Nie wytrzyma kolejnych trzech. Pozytywki Daniela to za mało, by w pełni ją uszczęśliwić.

– Usiądź, zrobię ci śniadanie – mówi Aiko, wstając.

– Nie jestem jeszcze głodny – odpowiada Daniel. – Wystarczy sama kawa. Potem będę musiał wyprowadzić kozokrowy – mówi przepraszającym tonem, kierując słowa w stronę Marka. Domyśla się, że sąsiadowi to odpowiada.

Siada na sofie, a Aiko zaczyna się krzątać przy automacie kuchennym.

– A w ogóle jak się mają te twoje zwierzęta, Daniel? – w pytaniu Marka można wyczuć zawoalowaną kpinę. – Ostatnio się nimi nie chwalisz.

– Zdrowe, utuczone.

– Podziwiam cię. Mnie nie starczyłoby cierpliwości, by zajmować się hodowlą bydła.

– Ja też tak kiedyś myślałem. Ale teraz to dla mnie czysta przyjemność. Uspokajam się przy nich, nabieram dystansu do tego całego szaleństwa w związku z dżunglą. – zatacza ręką koło nad głową. – Przez to wydaję mniej na alkohol – dodaje żartobliwie.

Mark parska głośnym śmiechem, ale potem na chwilę zapada ponure milczenie. Nie trzeba było wspominać o dżungli, myśli Daniel.

– Jeśli się zdecyduję, pojedziesz tam ze mną? – pyta Aiko, stawiając przed nim filiżankę z kawą.

– Tak – mówi. – Ale nie chciałbym tego później żałować.

– Nie mów tak – szepcze Aiko, zatrzymując wzrok na filiżance. – Nie będziesz musiał.

Mark patrzy na niego i kiwa głową, jakby chciał powiedzieć, że wierzy zapewnieniom Aiko.

– Nigdy nie miałam problemów z alkoholem ani mazią, przecież wiesz. Tamto… To, co się wtedy stało, to był jednorazowy wybryk – tłumaczy się Aiko. – Przecież wiesz.

Rozmawiali o tym zaledwie raz, tuż po tym, jak z nim zamieszkała. Dwa lata temu przechodziła poważne załamanie nerwowe po rozstaniu z mężem. Chciała popełnić samobójstwo. Połknęła garść proszków nasennych, wypiła morze alkoholu i wtarła maź w dziąsła. Uratowano ją w ostatniej chwili. A potem, zgodnie z prawem Czwartej Zony i w ramach szczytnej walki władzy z alkoholizmem i narkomanią, nałożono jej pięcioletnią nanoblokadę. To samo prawo przewidywało rok więzienia za nielegalne zdjęcie blokady bądź pomoc w przeprowadzeniu zabiegu.

Daniel chciałby jej odpowiedzieć, że wie o niej tylko to, co sama mu powiedziała. Że znają się zaledwie półtora roku. Że w jej sześćdziesięciosiedmioletnim życiu mogło być więcej takich kryzysów, więcej okresów depresji, więcej prób samobójczych. Że nie ma pewności, czy nie jest alkoholiczką albo narkomanką. Że się o nią martwi. Ale mówi tylko:

– Wiem.

Sięga po kawę. Mark, odrobinę skrępowany, wybija palcem rytm na kolanie.

– Pokazałam Markowi pozytywkę – mówi Aiko i podchodzi do regału po prawej. – Tę, którą skończyłeś wczoraj. – zabiera z półki pozytywkę w kształcie muszli i wraca na miejsce. Trzyma przedmiot na wysokości oczu i przygląda się poszczególnym detalom. – Jest doskonała.

– Tak, robi wrażenie – przyznaje Mark.

Daniel dziękuje mu skinieniem głowy. Istotnie, uważa, że wykonał świetną robotę. Na podstawie pozytywki i jej wieku umieścił drobne inkrustacje ze srebra o roślinnych, splątanych kształtach, które połyskują hipnotyzująco przy każdym poruszeniu.

Aiko otwiera pozytywkę, odsłaniając tańczącą baletnicę wykonaną z syntetycznej masy perłowej i kładzie ją na stoliku. Zaczynają wybrzmiewać dźwięki menueta g-moll Bacha, czyste i delikatne. Słuchają melodii długą chwilę.

– Znów Bach – zauważa Mark, lekko się uśmiechając. Dobrze wie, że większość pozytywek zrobionych przez Daniela gra utwory Bacha, co stanowi ich znak rozpoznawczy.

– Tak, Daniel go uwielbia – mówi Aiko. – Słucha go na okrągło. Kiedyś zamęczy mnie nim na śmierć – śmieje się.

– Naprawdę cudowna – mówi Mark. – Zamówiła ją Luiza, o ile pamiętam?

– Tak.

– Zazdroszczę jej – mówi Aiko. – Zrobiłbyś podobną dla mnie? W kształcie muszli i z baletnicą? Zapłacę ci…

– Nie musisz mi płacić za pozytywki – obrusza się Daniel. – Zrobię dla ciebie podobną, jeśli chcesz – mówi i dopija kawę.

– To będzie moja czwarta – mówi Aiko do Marka. – Wybiorę dla niej jakieś szczególne wspomnienie.

Daniel zamyka wieko pozytywki.

– Muszę zająć się kozokrowami – mówi. – Do zobaczenia – rzuca w stronę Marka, chwyta pozytywkę i wstaje z sofy.

– Do zobaczenia – mówi Mark.

Daniel podchodzi z pozytywką do regału, ale szybko się rozmyśla i zanosi ją do sypialni. Chowa ją do szuflady. Jak zna Luizę, pewnie nie chciałaby, żeby zbyt wielu ludzi jej dotykało.

Później wychodzi na zewnątrz. Przystaje i spogląda na wschód. Słońce podniosło się i nie ma już tej okropnej zielonkawej barwy, promienie nie przebijają się już przez chmurę pyłków Priega, ale poniżej, daleko na horyzoncie, na całej jego szerokości, ciągnie się zbity pas tego koloru, oznaczający, że dżungla wciąż tam jest, nieprzenikniona i groźna. Od dwóch lat nie przesunęła swojej granicy w tym rejonie. Jej czoło znajduje się w odległości jedenastu kilometrów od domu Daniela i dwudziestu trzech od Nowego Belém, ale Daniel wie, że potrzebowałaby zaledwie dwóch – trzech miesięcy, aby pochłonąć jego ziemię i miasteczko. I tak się w końcu kiedyś stanie. Ale do tego momentu nie zamierza się stąd wyprowadzać. Czuje, że to jego miejsce. Jedyne w miarę znośne w całym pierdolonym Wszechświecie. Po śmierci Katrin i Jessiki sprowadził się tu z myślą, że niedługo do nich dołączy. Przez pierwszych kilka miesięcy każdego dnia budził się, planując samobójstwo, jednak zawsze jakaś drobna rzecz – zamówienie od nowego klienta, konieczność uszczelnienia szklarni, przypadkowy seks z jakąś mieszkanką Nowego Belém – go od tego odwodziła. A później, kiedy rośliny w szklarni tak wspaniale zaczęły się rozwijać i kiedy kupił Cathy, zauważył, że coraz rzadziej rozmyśla o śmierci. Życie wciąż było gównianą sprawą, ale co jakiś czas zdarzało mu się doświadczyć czegoś może nie niezwykłego, ale zawierającego w sobie jakiś okruch piękna. Wiedział, że gdyby mieszkał gdzie indziej, nie byłoby to możliwe, i musiałby poddać się rozpaczy.

Patrzy teraz w kierunku północnym na dom Rosenbergów. Przez chwilę wspomina ciepłe, drobne ciało Christiany. Zastanawia się, czy w najbliższym czasie będą mieli okazję pójść do łóżka. Mark pracuje na zmiany. Warto by to wykorzystać.

Mija łazik Marka i podąża do obory. Gdy wchodzi do budynku, wita go głos admina, zawsze gotowego do wykonywania jego poleceń, i radosne muczenie kozokrów. Każdej z nich nadał imiona – Sophie, Sue i Cathy. Ta ostatnia jest jego ulubienicą – ma ją najdłużej, siedem lat. Jest matką pozostałej dwójki. Podchodzi do jej boksu, głaszcze ją po boku i klepie po szyi. Potem zwyczajowo prosi admina, by podał mu biostatystyki z nocy, choć wie, że wszystko jest w porządku. Wiedział to już, gdy wchodził do obory. Wystarczył mu jeden rzut oka na swoje zwierzęta.

– No, kochane – mówi, gdy admin kończy recytować dane – idziemy.

Wyprowadza zwierzęta na zewnątrz i wiedzie je ku pastwisku, około trzystu metrów od domu. Krowy pochylają śliniące się pyski i zaczynają skubać kępki zielonoszarej mchotrawy. Daniel zamyka bramkę i uruchamia elektrycznego pastucha. Wracając do domu, widzi ponad zabudowaniami willę Luizy, najeżoną elektroniką i porządnie zabezpieczoną przed wpływem środowiska i włamaniami, oddaloną o dwa kilometry w kierunku południowym, stojącą na wzgórzu.

Osobnym włazem wchodzi do szklarni. Unosi się tu wspaniały zapach dojrzewających roślin i prawdziwej gleby. Wymienia jeden ze zraszaczy, podlewa drzewka i warzywa, następnie sprawdza, czy nigdzie nie pojawił się grzyb rudziak, zmora marsjańskich ogrodników. Gdy pracuje, jego myśli mimowolnie wędrują ku dżungli.

Zanim opuści szklarnię, zrywa pomarańcze. Wychodząc na zewnątrz, spostrzega, że Mark już odjechał. Chyba niewiele wyszło z jego starań.

Znalazłszy się w domu, idzie do salonu. Aiko leży na sofie skulona w kłębek. Obok, na stoliku, leży otwarta pozytywka, druga, jaką jej zrobił, z miniaturką kwitnącego drzewka wiśni. To jedna z tych, które nie grają melodii Bacha – zamiast tego słychać dźwięki o wyraźnej japońskiej proweniencji, swą barwą dość nawet przypominające brzmienie shikansena. Daniel doskonale wie, z jakim wspomnieniem łączy się ta pozytywka: Aiko miała wtedy cztery lata, to była ostatnia wiosna, jaką spędziła na Ziemi, na wyspie Kikaijima, gdzie jej rodzice mieli dom z wielkim sadem. W jej wspomnieniu dzień był pełen światła, niebo cudownie błękitne, a dookoła kwitły drzewka wiśniowe. Jej ojciec, śmiejąc się, huśtał ją na huśtawce, a matka siedziała na ławce nieopodal z książką w ręku. Prążki światła wędrowały po skórze Aiko, a cudowne powietrze przesiąknięte zapachem wiosny wypełniało płuca. To była jedna z najpiękniejszych, najszczęśliwszych chwil w jej życiu. W następnym roku Kikaijima została spustoszona przez największe tsunami, jakie kiedykolwiek nawiedziło ten rejon Pacyfiku. Jej rodzice w ciągu kilku chwil stracili cały dobytek. To wydarzenie skłoniło ich do podjęcia decyzji o emigracji na Marsa, gdzie chcieli zacząć wszystko od nowa. Najgorszej decyzji z możliwych, zdaniem Aiko.

Teraz więc używa pozytywki wzmacniającej wspomnienia i wraca do tamtej chwili sprzed sześćdziesięciu trzech lat, by znów poczuć na skórze pieszczoty słońca łaskawszego niż to widziane z Marsa, by znów mieć w płucach rozkoszne ziemskie powietrze, zasobniejsze w tlen i wonniejsze, by zobaczyć twarze i usłyszeć głosy rodziców, którzy umarli dawno temu, by znów być małą, szczęśliwą dziewczynką, która jeszcze nic nie wie o piekle, jakim jest Czerwona Planeta.

Daniel kładzie pomarańcze na blacie kuchennym, potem siada w fotelu i zaczyna przyglądać się twarzy Aiko, na której maluje się wielkie skupienie. Aiko ma zamknięte oczy, jej małe, wąskie usta drżą, wystaje z nich koniuszek języka. Czy właśnie taką minę robiła, gdy ojciec bawił się z nią w tamtej odległej chwili? Całkiem możliwe. Pozytywka jest niezwykle skutecznym narzędziem mnemonicznym, pozwala odtworzyć wspomnienie z niemal wszystkimi detalami, łącznie ze stanem emocjonalnym i reakcjami ciała na bodźce fizyczne. Zwłaszcza pozytywka wykonana przez niego – Daniel jest jednym z najlepszych w tej branży na Marsie, uznanie klientów odzwierciedla się w cenach, jakie gotowi są płacić. Jego pozytywki to małe arcydzieła. Ale równie ważny jest soft stworzony przez jego dziadka (który przecierał pierwsze szlaki w tym interesie), a później udoskonalony przez jego ojca. Teraz to Daniel nosi go w głowie, a strzeże system zabezpieczeń.

Po paru minutach Aiko przestaje wspominać. Otwiera oczy i nieco zdezorientowana rozgląda się po salonie. Potem zaczyna płakać.

– Boże, Daniel – wydusza z siebie.

– Wiem, Aiko.

– Nie, nie wiesz. Nie byłeś na Ziemi.

Kobieta w tej chwili przypomina małą dziewczynkę. Małą i zagubioną. Tak naprawdę to nie tyle ją przypomina, ile nią jest, mimo swego wieku, mimo życiowego doświadczenia, mimo półwiecza ścierania się z tą planetą. Gdy pierwszy raz z nią rozmawiał półtora roku temu, zaraz po tym, gdy zjawiła się w kolonii artystów, w tym obozowisku clownów, obłąkańców i ludzi zagubionych, skupionych wokół Buddy, wydała mu się osobą pełną życia, twardą, optymistyczną, do której strach i rezygnacja nie mają dostępu, a więc posiadającą te cechy, których nie dostrzegał u siebie. Być może dlatego tak szybko i tak mocno zaangażował się w ten związek. Dopiero po jakimś czasie, już po tym, gdy wyznała mu, w jakich okolicznościach opuściła Nowe Tokio, zrozumiał, że to była tylko maska, pod którą kryła się rozpacz i bezsilność. Zrozumiał, że Aiko, tak samo jak on, jest wrakiem człowieka.

Kobieta wyciąga do niego dłoń i każe mu usiąść obok siebie na sofie. Przywiera do niego ciałem i zaczyna całować, potem kochają się, szybko, mechanicznie, bez radości.

– Zerwałem pomarańcze – mówi Daniel, gdy się ubierają. – Zjedzmy jedną do śniadania, a resztę jako deser do obiadu – proponuje Daniel.

– Dobrze – zgadza się Aiko i zaczyna krzątać się po kuchni, włączywszy cicho muzykę z randomizera. Urządzenie improwizuje, używając dźwięków saksofonu, gitary i kongów. Wychodzi z tego całkiem znośny miks jazzu i bluesa.

Daniel sprawdza godzinę, po czym wywołuje hexem Luizę. Po chwili słyszy ciche sapnięcie, które ma chyba oznaczać „cześć”.

– Przepraszam – mówi Daniel. – Myślałem, że już nie śpisz.

– Nie spałam – stwierdza Luiza słabym, zachrypniętym głosem.

Zatem płakałaś. Zna sąsiadkę na tyle długo, by wiedzieć, że regularnie dopada ją depresja. Zresztą jak wszystkich wokół.

– Pozytywka jest gotowa. Powinniśmy się wkrótce spotkać, by odbyć sesję.

– Dobrze. – Luiza chwilę myśli. – Możesz dzisiaj?

– Nie ma problemu. Która godzina ci odpowiada?

– Trzecia?

– Będę.

– Dziękuję.

Kusi go, by zapytać, czemu znowu jest w takiej kiepskiej formie, ale szybko porzuca tę myśl. To nie jego sprawa, poza tym takim pytaniem na pewno by ją do siebie zraził. Zwłaszcza gdyby zadał je przez hexa.

– Oglądałaś zdjęcia, które ci ostatnio przesłałem? – pyta. – Wracałaś regularnie do tego wspomnienia?

– Tak.

– Dobrze. Do zobaczenia zatem.

– Do zobaczenia.

Aiko stawia przed nim talerz czegoś, co wygląda jak jajecznica, ale pewnie niewiele ma wspólnego z prawdziwymi jajkami.

– Dziwię się, że ta starucha jeszcze nie dała się przerobić na dżdżownicę – mówi Aiko, a Daniel parska śmiechem, bo najprawdopodobniej Luiza jest tylko kilka lat od niej starsza. Ale Luiza od dawna nie przechodziła kuracji odmładzającej i wygląda na pięćdziesiąt lat. – No co?

– Daj jej spokój.

– Nie lubię jej. Ma w sobie coś… coś z czarownicy z tych ziemskich legend. I wygląda jak czarownica.

– Cóż, niektórzy mogliby mieć zastrzeżenia i do twego wyglądu. – Wystarczy jeden rzut oka, by stwierdzić, że Aiko jest retuszowana. I nie chodzi tu tylko o odmłodzenie. Ma w sobie coś nienaturalnego, wygląda jak bohaterka holohentai, z tymi swoimi wielkimi, ciemnymi oczami, nazbyt drobnym ciałem o pełnych, sprężystych piersiach, włosami spiętymi w dwa warkocze, komiksową brodą zwężającą się w szpic.

Aiko prostuje się i patrzy na niego wściekle.

– Ty masz zastrzeżenia?

– Nie. Ty mnie taka kręcisz. – Po czym dodaje łagodnie, widząc, że Aiko szykuje się do dalszej walki: – Nie kłóćmy się dziś, dobrze?

Aiko zagryza dolną wargę i w końcu odpuszcza. Siada przy nim i zaczyna jeść swoją porcję.

– Pojedź ze mną do nich dziś lub jutro – mówi.

– Po co?

Był z nią na kolacji w kolonii artystów tydzień temu. Pojechał tylko dlatego, że Mark i Christiana też zostali zaproszeni. Jak zwykle był to zmarnowany czas. Cztery godziny gadania o sztuce i o tym, jaki cudowny jest Budda, czyli cztery godziny gadania o niczym. Nie ma ochoty tego powtarzać.

– Przedwczoraj sprowadził się tam ten rzeźbiarz, Sven jakiś tam, mówiłam ci. A dzisiaj ponoć ma przyjechać nowa dziewczyna, kompozytorka. Z Piątej Zony.

Daniel unosi brwi. Granice między zonami wciąż są otwarte, ale napięcie między nimi rośnie od dłuższego czasu, więc taka przeprowadzka musi oznaczać, że dziewczyna jest albo bardzo głupia, albo bardzo odważna i zdeterminowana.

– No i?

– Mógłbyś z nimi porozmawiać. Może będą chcieli, abyś przygotował im pozytywki. Ostatnio nie masz zbyt wielu klientów.

To akurat prawda. W lecie jest najmniej zleceń. Ludziom pomaga wtedy słońce. Daniel nieraz już stwierdzał, że przy całym psychicznym rozmamłaniu Aiko jej zmysł praktyczny funkcjonuje bez zarzutu. Ale wcale nie martwi się brakiem koniunktury, stwierdza cierpko w myślach Daniel. Chce mieć tylko pewność, że będzie mógł jej pożyczyć te tysiąc pięćset kredytów.

– Myślę, że będą zainteresowani – dorzuca Aiko. – Przynajmniej Sven. Wspominałam mu o tobie. Powiedział, że kiedyś skorzystał raz z usług mnemonisty, i był zadowolony z efektu.

– Dobrze, pojadę – zgadza się Daniel. – Ale to jutro, w porządku? Dziś muszę się spotkać z Luizą. Nie wiem, ile potrwa sesja.

Aiko kiwa głową.

Kończą jajecznicę i Daniel prosi Aiko, żeby podała mu pomarańczę i nóż. Gdy owoc leży przed nimi na talerzu, patrzą na niego z namaszczeniem. Po chwili Daniel nacina skórkę i oddziela po kolei wszystkie cząstki. W powietrzu roznosi się wspaniała, zniewalająca woń. Daniel wkłada sobie do ust pierwszą cząstkę i zamyka oczy. Jest soczysta i bardzo słodka. Długo ją przeżuwa, ciesząc się smakiem. Wreszcie połyka i patrzy na Aiko. Kobieta wciąż rozkoszuje się swoją cząstką.

– Cudownie smakuje – wymrukuje Aiko. – Od lat nie miałam w ustach prawdziwej pomarańczy.

– Ani ja.

Kolejne cząstki zjadają równie nieśpiesznie.

– Możemy wykorzystać skórki – mówi Aiko, gdy talerz jest pusty. – Zetrę je i wykorzystam przy pieczeniu ciasta. – Zbiera skórki na talerz. – Są na to przepisy. Upiekę coś wieczorem.

– Byłoby wspaniale.

Aiko zabiera talerz ze skórkami i po chwili wraca na sofę. Daniel wywołuje admina i każe wyświetlić informacje prasowe. Stolik wypełnia się krzykliwymi tytułami, w większości zaznaczonymi na czerwono albo migającymi. Daniel czyta kilka pierwszych, wszystkie mówią o tym samym.

– Jezu – rzuca Aiko.

Daniel wybiera pierwszy z góry artykuł. Bliznak sfotografowany w okolicach Nowego Monachium. Poniżej znajduje się informacja, że wczoraj, trzy lub cztery kilometry od Nowego Monachium, małego miasteczka w Piątej Zonie, w okolicach którego zanotowano ostatnio rozrost dżungli, grupka dzieciaków spostrzegła i sfotografowała bliznaka. Nie byłaby to taka sensacja, gdyby nie jakość zdjęcia – wcześniej nikomu nie udało się tak wyraźnie uchwycić żadnego z tych tajemniczych stworzeń, choć doniesienia o spotkaniach z nimi pojawiają się od ponad roku.

– Powiększ – mówi Aiko.

Bliznak wygląda upiornie. Stoi na dwóch krótkich, umięśnionych, ale niezbyt masywnych nogach. Jest mocno zgarbiony, długie ramiona zwisają luźno ku ziemi. Dłonie kończą się szponami. Jego ciało pokrywa zielonkawy meszek, spod którego przebijają liczne wzdłużne i poprzeczne zgrubienia skóry, przypominające blizny, których najwięcej jest na brzuchu, klatce piersiowej i twarzy. Ta ostatnia jest zresztą najohydniejsza – pod szeroko rozstawionymi, wytrzeszczonymi, zielonymi oczami i szerokim nosem błyskają dwa rzędy ostrych, wystających poza wargi zębów. Na ciele stworzenia nie można dostrzec genitaliów.

– Przerażający – szepcze Aiko, a na jej twarzy odmalowuje się autentyczny strach. Kobieta mimowolnie zaciska dłoń na jego ręce. – Spójrz na jego zęby. Myślałam, że te wszystkie historie o ich zębach to bajki.

– Ja też – przyznaje Daniel.

– Są ostre jak brzytwa. On musi być drapieżnikiem, jeść mięso. Jak one wszystkie.

– Tak.

– A te blizny? Do czego mogą im służyć? – pyta Aiko, choć wie, że na razie nikt nie zna zadowalającej odpowiedzi na to pytanie.

Daniel może jedynie wzruszyć ramionami.

– Wydaje się inteligentny – zauważa Aiko. Daniel zgadza się z nią w tej kwestii. – Jak myślisz, czy mogą być dla nas niebezpieczne? Czy dżungla stwarza je przeciwko nam? Jak jakąś armię?

– Trudno powiedzieć. Nie wiemy, jakie mają zamiary… jeśli mają jakiekolwiek. Poza tym my dysponujemy bronią, a one… tylko zębami i szponami. Obrona przed nimi nie byłaby trudniejsza niż obrona przed zwierzętami… Tak mi się wydaje. Zresztą na razie jest ich chyba zbyt niewielu, by mogli nam zagrozić.

– Ale nie wiemy, czy w dżungli nie ma ich więcej – stwierdza Aiko. – Może żyją już ich tam tysiące, miliony.

– Wątpię.

– Ale nie można tego wykluczyć – upiera się Aiko. – Powinniśmy założyć najgorsze… Boże, ktoś musi coś zrobić! – krzyczy, bliska paniki.

– Duże miasta budują sobie hermy – przypomina jej.

– A małe miasteczka jak Nowe Belém? Co będzie z nami, gdy dżungla się rozrośnie? Jak się uchronimy przed bliznakami?

– Przeniesiemy się do jakiegoś miasta z hermą – próbuje ją uspokoić.

– Nie wiemy, czy hermy wytrzymają.

– Wytrzymają.

– Najbezpieczniej byłoby na Ziemi – mówi Aiko. – Czemu nas tam nie chcą?

– Dobrze wiesz czemu.

Dżungla jest wspaniałą wymówką, by uniemożliwić migracje powrotne na Ziemię. Poza tym zwykli ludzie na Ziemi boją się jej pewnie jeszcze bardziej niż Aiko. Boją się, że wystarczy jeden pyłek, by skazić całą planetę.

– Boże, muszą nam pozwolić tam wrócić – wyjękuje Aiko, zaczyna płakać, chowa twarz w dłoniach. – Muszą. Tak chciałabym tam wrócić – mówi, szlochając. – Nie chcę tu umierać.

Aiko pochyla się i przytula do niego. Daniel ją obejmuje i całuje w głowę. Prosi admina o pokazanie innych serwisów. Wszystkie z nich skupiają się na zdjęciu bliznaka. W jednym programie debatuje kilku naukowców – przypominają to, z czego i tak wszyscy doskonale zdają sobie sprawę: żadnemu śmiałkowi, żadnej ekipie badawczej wysłanej do dżungli, żadnemu sztuczniakowi nie udało się z niej wrócić, a zwiad satelitarny niewiele daje – nawet najbystrzejsze, mechaniczne oko nie przebije się przez ten gąszcz zieleni.

Tylko niektóre serwisy podają też inne informacje, wśród nich najważniejsza wydaje się ta, że gwardia odnalazła i rozbiła kompanię Alexandrousa. Ale na końcu wszystkie i tak wracają do zdjęcia bliznaka. Eksponują je w zbliżeniu, dodając dramatyczną muzykę.

– Wyłącz – mówi Aiko i admin wygasza panel.

Daniel czuje, że kobieta dygocze. Po chwili jednak zdaje sobie sprawę, że to drży jego ciało.

Co za koszmar, myśli.

 

 

 

Gdy parę godzin później jedzie rozkojarzony do Luizy, na skrzyżowaniu z drogą do Nowego Rio o mało nie zderza się z trzema pędzącymi łazikami. Hamuje gwałtownie i czeka, aż przejadą. Łaziki są załadowane ludźmi i pakunkami, na tylnych siedzeniach Daniel dostrzega dzieci, jedno z nich macha w jego stronę ręką. Trzy rodziny ewakuujące się do miasta, które wkrótce będzie miało hermę. Przerażone tym, co dzisiaj zobaczyły w serwisach informacyjnych, przerażone zębami i szponami bliznaka. Daniel jest pewny, że to nie są pierwsze łaziki tego dnia sunące w popłochu do Nowego Rio. Ani ostatnie. Wyobraża sobie wzmożony ruch na innych drogach prowadzących do Nowego Rio, wyobraża sobie nagle opustoszałe budynki mieszkalne w Nowej Tuluzie, Agrze, Nowej Lizbonie, w I16, w Nowym Mediolanie, wyobraża sobie zamieszanie panujące przy bramach wjazdowych do stolicy Czwartej Zony.

Odprowadza łaziki wzrokiem, rusza dopiero, gdy te zamieniają się w niewielkie punkciki.

Za każdym razem, gdy zbliża się do domu Luizy, jest pod wrażeniem jego solidności. Dom jest wielki, na oko dwa razy większy niż dom Daniela. Oraz brzydki i prosty – wygląda jak wielka kostka zbudowana z kamienia i metalu. Na dachu ma kilkanaście anten i czujników meteorologicznych. Wszystkie okna są przesłonięte pancernymi roletami. Ich wypusty znajdują się również nad frontowymi drzwiami – w tej chwili jednak odsłoniętymi. Całość sprawia wrażenie ponurej fortecy.

Kiedy dojeżdża na szczyt wzniesienia, spostrzega siwowłosego mężczyznę schodzącego ku dolinie drugą stroną wzniesienia. Mężczyzna idzie szybkim krokiem, nieomal biegnie, co grozi upadkiem, gdyż zbocze usiane jest kamieniami wielkości co najmniej pięści. Danielowi wydaje się, że nie widział go nigdy wcześniej. Gdy mężczyzna rzuca przez ramię nerwowe spojrzenie, ukazując swoją twarz, Daniel zyskuje co do tego pewność. Jest też dla niego jasne, że tamten chce skryć się przed jego wzrokiem. Czego się boi?

Po chwili, gdy mężczyzna w końcu znika mu z oczu między większymi skałami, Daniel dochodzi do wniosku, że musi to być któryś z ludzi Ibramovica, pewnie ktoś nowy, szykujący się do wyrzeźbienia w dżdżownicę. Z tego, co wie, Luiza nie utrzymuje kontaktów z nikim oprócz niego, współpracowników, artystów z Benares oraz tych dziwaków z osady Ibramovica. Zresztą jej wizyty u tych ostatnich zaczęły się stosunkowo niedawno, przed paroma miesiącami; Daniel dowiedział się o tym od Johna, który czasami, jako były lekarz, bywa w osadzie dżdżownic i pomaga Ibramovicowi w postawieniu diagnozy, gdy któryś z mieszkańców zachoruje. Może Luiza nagle zainteresowała się religią aresjan, której Ibramovic jest ponoć wyznawcą?

Aiko i Christiana nazywają ją czarownicą i Daniel musi przyznać, że jemu Luiza też czasami kojarzy się w taki sposób, aczkolwiek w przeciwieństwie do swych kochanek darzy ją sympatią. Luiza jest odludkiem, jest niezwykle skryta i sprawia wrażenie nie całkiem zdrowej psychicznie; często dręczą ją depresje. Rozmawiając z kimś, potrafi ni z tego ni z owego przerwać swoją wypowiedź i milczeć przez kilka minut, intensywnie o czymś myśląc. Niemniej jest niebywale inteligentna i ma przeogromną wiedzę na najróżniejsze tematy, czym nieraz zdołała go już wprawić w zawstydzenie. Sprowadziła się w te okolice rok po nim, ale nikt nie wie, gdzie mieszkała wcześniej. Obecnie pracuje w urzędzie geologicznym w Nowym Belém, więc często można ją zobaczyć, jak przemierza okoliczne tereny, badając grunt, z obowiązkowym plecakiem wypchanym przeróżnymi sprzętami.

Podchodząc do domu, Daniel zatrzymuje się na chwilę, by spojrzeć w stronę dżungli – ze wzniesienia widać ją lepiej niż z pastwiska. Zajmuje niemal cały wschodni horyzont. Teraz wydaje mu się podobna do węża – groźnego, pełznącego powoli, ale gotowego do natychmiastowego ataku.

Gdy staje w końcu przed drzwiami, admin domu żąda od jego hexa danych identyfikacyjnych – jak zawsze gruntownie weryfikuje jego tożsamość. Jakby Luiza obawiała się, że pewnego dnia w mojej skórze zjawi się tu ktoś inny, myśli z przekąsem Daniel. Procedura dobiega końca, hex Daniela zostaje zasypany uprzejmościami płynącymi ze strony admina, po czym drzwi się otwierają.

Za nimi czeka Luiza. Jej twarz jest wymizerowana, szara, dodatkowo maluje się na niej wyraz zdumienia czy też szoku. Przez chwilę patrzy na niego otępiałym wzrokiem.

– Wejdź – mówi.

Ledwie mija próg, Luiza zasuwa za nim drzwi i każe adminowi od razu ustawić pełną blokadę. Daniel słyszy zgrzyt opuszczanych rolet. Nigdy wcześniej, gdy ją odwiedzał, nie zamykała domu na cztery spusty.

– Ale potem mnie wypuścisz, czyż nie? – rzuca żartobliwie, ale Luiza nie zwraca uwagi na jego słowa. W milczeniu prowadzi go do salonu. Daniel zdaje już sobie sprawę, że coś jest nie tak. Gdy wchodzą do pokoju, pyta: – Wszystko w porządku? Coś się stało?

W odpowiedzi Luiza kręci tylko głową i przywołuje na usta lekki, wymuszony uśmiech. Może to wizyta tego mężczyzny wyprowadziła ją z równowagi, myśli Daniel. Pewnie zjawił się niezapowiedzianie, a ona bardzo tego nie lubi (Danielowi zdarzyło się to raz, gdy jeszcze dobrze jej nie znał – chciał jej złożyć krótką, sąsiedzką wizytę, skutek był taki, że odszedł od jej drzwi z kwitkiem, żegnany jej przeprosinami – bo ponoć źle się czuła – w których wyraźnie słyszał pretensję pod swoim adresem).

– Chyba minąłem się z twym znajomym – rzuca.

Luiza nie zatrzymuje się ani nie sztywnieje cała z wrażenia, jednak ta dłuższa chwila, jakiej potrzebuje, by mu odpowiedzieć, daje mu do myślenia.

– Stary znajomy.

A więc raczej nie ktoś od Ibramovica, dodaje w duchu Daniel.

W salonie panuje półmrok – wielkie okno wychodzące na wschód jest, tak jak inne, zasłonięte roletą. Wnętrze rozświetlają dwie lampy stojące w rogach pokoju.

– Rozgość się. – wskazuje ręką na fotel, po czym podchodzi do barku. – Czego się napijesz?

– Wódki z tonikiem.

Rozsiada się w niezwykle wygodnym, pluszowym fotelu. Obok stoi sofa – Daniel nieraz na niej siedział, więc wie, że jest równie wygodna. Pomiędzy nimi stoi przepiękny pseudodrewniany stolik. Pod ścianami – kilka regałów zapełnionych książkami (które musiały być z tworzywa sztucznego, bo inaczej kosztowałyby małą fortunę) i komoda. Na ścianach wiszą obrazy, w rogu po prawej stoi jakaś tania holorzeźba. Jakkolwiek dom Luizy z zewnątrz sprawia wrażenie surowego, musi się w nim – sądząc po salonie – przyjemnie mieszkać, aczkolwiek Daniel nigdy nie widział pozostałych pomieszczeń. Luiza nigdy mu ich nie pokazała, tak jak nigdy nie opowiadała o swoim życiu. Daniela wiele razy korciło, by zadać choć jedno z cisnących mu się na język pytań, jednak zawsze powstrzymywało go przeczucie, że gdyby to zrobił, Luiza grzecznie kazałaby mu się wynosić i nigdy nie wracać.

Ich znajomość ma głównie charakter… hmm, merkantylny i została zainicjowana przez Luizę, która w jakiś sposób dowiedziała się, że Daniel jest mnemonistą. Od tamtej pory spotykają się wyłącznie w celu odbycia sesji. Luiza chyba jednak lubi jego towarzystwo, bo sesje niemal zawsze przechodzą w dłuższe rozmowy o polityce i nauce, w trakcie których raczy go alkoholem.

– Proszę. – Luiza wręcza mu drinka.

Sobie też nalała, chyba whisky z lodem. Kobieta siada na sofie, Daniel pociąga łyk.

– Wybacz te ciemności – mówi Luiza. – Strasznie boli mnie dziś głowa, a światło słoneczne tylko potęguje moje męki.

Daniel uśmiecha się w duchu, słysząc to wyjaśnienie. Za każdym razem, gdy ją odwiedza, Luiza tłumaczy się mniej więcej tak samo. To nie jest jednak chyba prawdziwy powód, dla którego w środku dnia ustawiła pełną blokadę domu.

– Nie ma problemu – zapewnia Daniel. – Na pewno chcesz odbyć sesję dzisiaj? Możemy ją przełożyć, jeśli chcesz.

– Nie, nie. Zróbmy to dzisiaj.

– Dobrze – Daniel sięga po metalowy kuferek, który przywiózł ze sobą, wystukuje kod i otwiera wieko. Stawia pozytywkę na stoliku.

– Boże, jest piękna – szepcze Luiza. Po wyrazie jej twarzy można poznać, że naprawdę jest pod wrażeniem. – W rzeczywistości wygląda jeszcze lepiej niż na zdjęciach.

– Dziękuję.

– A dźwięki są takie czyste.

Po chwili rozkoszowania się melodią Luiza chwyta pozytywkę i przybliża ją do twarzy, by obejrzeć ją dokładnie. Przygląda się długo każdemu detalowi, bada opuszkami palców inkrustacje i figurynkę.

– Taka delikatna. Misternie wykonana. Doskonała. Twoje ręce to skarb – rzuca.

Luiza zamyka pozytywkę i odstawia ją na stolik. Potem sięga po szklaneczkę, opróżnia ją jednym łykiem i kładzie się na sofie – znak, że chce zaczynać.

To