Dziwne przypadki ludzkiego mózgu. Historie szaleństw i powrotów do zdrowia z neurochirurgami w roli głównej - Sam Kean - ebook
lub
Opis

Naprawdę dziwne są przypadki ludzkiego mózgu, fascynujące i straszne jednocześnie, a w ujęciu Sama Keana stają się wciągające niczym najlepszy kryminał! Bo opowieści o tym, co kryło się w koronowanych i prezydenckich głowach oraz głowach zwykłych śmiertelników, którzy mimo woli zapisali się na kartach neurochirurgii, są absolutnie niezwykłą historią. Czytając o perypetiach owych pacjentów i neurochirurgów, którzy – czasem przypadkiem, metodą prób i błędów (na ludzkich głowach!), a czasem świadomie idąc pod prąd tendencjom swojej epoki – odkrywali tajemnice mózgu, zyskujemy wgląd w procesy zachodzące w ludzkim wnętrzu i rozwiązania najróżniejszych zagadek, w tym: • Jak się pozbyć wrażenia fantomowej ręki czy nogi oraz jak zaakceptować zrekonstruowaną część własnego ciała? • Na czym polega mechanizm epilepsji? • Jak to możliwe, że niewidomy doskonale porusza się w przestrzeni, czasem lepiej niż ten, kto widzi? • Dlaczego niektórym wydaje się, że ich bliscy to sobowtóry? • Dlaczego pamięć doskonała jest istnym przekleństwem? • Dlaczego niektórzy bez żadnych oporów konfabulują, w całkiem dobrej wierze? A kiedy zagłębiamy się w anegdoty o ludziach, którzy niechcący udzielili odpowiedzi na te i inne pytania, z tyłu głowy pobrzmiewają nam słowa: Cóż, każdy z nas może pewnego dnia mieć swój wielki wkład w rozwój neurobiologii, czy tego chcemy, czy nie. Nasze nazwiska (a przynajmniej inicjały) mogą zostać unieśmiertelnione na kartach skryptów czy podręczników. Myśl o tym wydaje się fascynująca, choć może nieco straszna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 555

Popularność


CZĘŚĆ I ANATOMIA MAKRO

CZĘŚĆ I

ANATOMIA MAKRO

Wstęp

WSTĘP

Nigdy nie sypiam na wznak – nawet nie próbuję. To dlatego, że kiedy jestem w tej pozycji, często zdarza mi się znaleźć w półśnie, w którym umysł już się przebudził, a ciało jeszcze nie. W tym stanie zawieszenia moje zmysły działają – dostrzegam światło przeciskające się przez zasłony, słyszę przechodnia gdzieś niżej za oknem, czuję koc przykrywający moje zadarte w górę palce stóp. Ale kiedy chcę ziewnąć, przeciągnąć się i zacząć nowy dzień, nic się nie dzieje. Ponawiam więc polecenie – no, rusz się – ale przekaz zostaje zignorowany. Ze wszystkich sił próbuję poruszyć palcem u nogi czy chociaż zmarszczyć nos, lecz bez skutku. Jakbym zmienił się w posąg. Oto przeciwieństwo lunatykowania (somnambulizmu), czyli paraliż senny.

Najgorsze jest chyba jednak towarzyszące temu uczucie paniki. Gdy jestem obudzony, mój mózg spodziewa się, że będę oddychał normalnie – całą piersią, nabierając pełne hausty powietrza, przy których mostek podnosi się o dobre 15 centymetrów – a tymczasem moje wciąż fizjologicznie śpiące ciało łapie tylko małe łyczki powietrza. Czuję więc, że powoli się duszę, co jest naprawdę przerażające. Nawet teraz, gdy piszę te słowa, na samo wspomnienie gardło zaczyna mi się ściskać ze strachu.

Ale to jeszcze nic – u niektórych osób dotkniętych paraliżem sennym sprawy mają się znacznie gorzej. Jeśli chodzi o mnie, epizody paraliżu nie trwały nigdy długo: niczym mistrz zen, koncentrując wszystkie siły, by poruszyć małym palcem prawej ręki, po kilku minutach zawsze wyrywałem się z transu. Niektórzy ludzie mają dużo gorzej, ich paraliż może trwać godzinami. Przeżywają całe noce tortur: pewien weteran wojny w Korei stwierdził, że długi epizod paraliżu sennego przeraził go kiedyś bardziej niż trzynaście miesięcy walk na froncie. Inni, cierpiący na narkolepsję, często wpadają w ten stan, przysypiając w ciągu dnia. Pewna biedna Brytyjka trzykrotnie została uznana za martwą, raz obudziła się w kostnicy. Jeszcze inni miewają odczucie przebywania poza ciałem, jakby ich duch wychodził z niego i kręcił się po pokoju. Najwięksi pechowcy czują „obecność” złego – wiedźmy, demona, diabła – przysiadającego na ich karkach i próbującego ich udusić. (Co ciekawe, w angielskim słowie nightmare, oznaczającym koszmar senny, mare pochodzi od określenia wiedźmy, która uwielbia przysiadać w kucki na klatkach piersiowych śpiących ludzi). W dzisiejszych czasach ludzie częściej łączą swoje doświadczenia paraliżu sennego z porwaniem przez kosmitów, którzy obezwładnili ich, by przeprowadzić na nich testy.

Oczywiście paraliż senny nie jest naszym oknem do nadprzyrodzonego świata, podobnie jak nie jest – choć taką miałem nadzieję w młodości – dowodem na dualizm ciała i ducha. Umysł nie może istnieć w oderwaniu od ciała, niezależnie od niego. Tak naprawdę jest dokładnie na odwrót: paraliż senny to przypadkowy efekt działania mózgu. Dokładniej rzecz biorąc, jest skutkiem zaburzonej komunikacji między trzema jego ważnymi częściami.

Pierwszą z nich jest leżący u podstawy czaszki pień mózgu, zawierający ośrodki kontrolujące oddychanie, wybudzanie, pracę serca, a także inne podstawowe funkcje życiowe. Współpracuje on blisko z móżdżkiem, pomarszczoną bryłką umiejscowioną nieco za nim, odpowiadającą za koordynację ruchową. Pień mózgu razem z móżdżkiem czasem nazywa się „gadzim mózgiem”, gdyż wspólnie działają trochę jak mózg przeciętnej jaszczurki.

Drugą ważną częścią naszego mózgu jest tak zwany „mózg ssaczy”, umiejscowiony głęboko w czaszce, tuż nad pniem mózgu. Mózg ssaczy przekazuje dalej informacje napływające ze zmysłów, tu także umiejscowiony jest układ limbiczny, zaangażowany w proces zapamiętywania i regulujący zachowania emocjonalne. Inaczej niż oparty na instynkcie mózg gadzi mózg ssaczy łatwo uczy się nowych rzeczy. Tu muszę zaznaczyć, że wielu neurobiologów odrzuca podział na mózg gadzi i ssaczy jako nadmierne uproszczenie, ale dla naszych potrzeb – określenia dolnych partii mózgu – jest ono dopuszczalne.

Pień mózgu oraz mózg ssaczy kontrolują wiele procesów odbywających się automatycznie – o których na ogół nie myślimy, bo i nie mamy takiej potrzeby. Ten autopilot pozwala najbardziej zewnętrznej części mózgu, „mózgowi ssaków naczelnych” (rozwiniętemu kresomózgowiu), zająć się bardziej zaawansowanymi czynnościami (co szczególnie dotyczy nas, ludzi). Kresomózgowie możemy jeszcze podzielić na cztery płaty: czołowy (w przedniej części mózgu), odpowiadający za inicjowanie ruchu, planowanie i podejmowanie decyzji, wyznaczanie celów; potyliczny (z tyłu mózgu) odpowiadający za proces widzenia; ciemieniowy (u góry, między wymienionymi dwoma), w którym odbywa się scalanie wrażeń wzrokowych, dotykowych, słuchowych i innych oraz formowanie tego strumienia w przekaz „multimedialny”; oraz skroniowy, który odpowiada za mowę, rozpoznawanie obiektów oraz łączenie wrażeń zmysłowych z emocjami.

Te trzy mózgi – gadzi, ssaczy oraz ssaków naczelnych – stale wymieniają między sobą informacje, zwykle za pomocą odpowiednich związków chemicznych, a ich poszczególne struktury współpracują ze sobą niemal doskonale. Niemal.

Głęboko w mózgu gadzim znajduje się most pnia mózgu, zgrubienie długości około dwóch i pół centymetra. Gdy zasypiamy, most inicjuje sen, wysyłając sygnały poprzez mózg ssaczy do mózgu ssaków naczelnych, gdzie tworzą się sny. Jednocześnie most przekazuje też informację do znajdującego się poniżej rdzenia kręgowego, który z kolei wydziela związki chemiczne zwiotczające mięśnie. Ten przejściowy paraliż zapobiega zbyt aktywnemu udziałowi naszego ciała w toczącej się we śnie akcji – dzięki niemu nie uciekniemy z pokoju ani nie będziemy wymachiwać rękami, walcząc ze stadem wilkołaków.

Choć czasowe pozbawienie możliwości ruchu niewątpliwie jest korzystne, czasem się na nas srogo mści. Gdy śpimy w pozycji na wznak, przepływ powietrza przez nasze drogi oddechowe może być utrudniony, co z kolei może spowodować niedobór tlenu w płucach. Jeśli takie braki pojawią się podczas snu wolnofalowego (bez marzeń sennych), gdy nie występuje paraliż mięśni, nic złego się nie stanie: część mózgu śledząca poziom tlenu we krwi zareaguje odpowiednio, a my poruszymy się nieco, lekko wybudzimy, zaczniemy chrapać, przekręcimy głowę czy ułożymy się inaczej. Jeśli jednak niedobór tlenu nastąpi w fazie snu REM (z marzeniami sennymi), mózg będzie musiał nakazać mostowi czasowe wyłączenie paraliżu mięśniowego. Zdarza się wtedy – czy to z powodu zaburzenia przepływu sygnałów chemicznych, czy uszkodzonego obwodu nerwowego – że most zignoruje polecenie. I tak, choć mózg zdołał nas już nieco rozbudzić, nie udaje mu się zakręcić kurka, z którego ciekną związki chemiczne paraliżujące mięśnie, a my nie możemy ruszyć ręką ani nogą.

Od tego momentu sprawy się komplikują. Jeśli stan zawieszenia się utrzymuje, budzimy się zupełnie, a nasz umysł, uznając, że coś tu jest zdecydowanie nie tak, pobudza (między innymi) ciało migdałowate, czyli część mózgu ssaków wzmacniającą strach. Uruchamia się reakcja „walcz lub uciekaj”, co tylko pogłębia problem, ponieważ w tym stanie nie możemy zrobić ani jednego, ani drugiego. To właśnie moment, gdy ogarnia nas panika. Jeśli chodzi o mnie, gdy tylko mój umysł w pełni się wybudzi, marzenia senne znikają. Są jednak ludzie, u których sprawy przybierają gorszy obrót. Umysł tych nieszczęśników nie może się do końca przebudzić, a ich marzenia senne się utrzymują. Są sparaliżowani, częściowo świadomi otoczenia, ale wciąż znajdują się w krainie sennych absurdów. Ponieważ ludzki mózg jest bardzo dobry, jeśli chodzi o tworzenie fałszywych skojarzeń, nieszczęśnicy owi bardzo często łączą paraliż z działaniem sennych mar, jakby to te ostatnie go wywoływały. Cóż, nie ma się co dziwić, że tak wielu ludzi wierzy w demony albo obcych: oni naprawdę je widują.

Teraz już pewnie rozumiecie, dlaczego nie zasypiam na wznak. Jednak choć doświadczenie sennego paraliżu jest naprawdę okropne, nauczyłem się dzięki niemu czegoś bardzo wartościowego o działaniu mózgu: że wszystko w nim łączy się ze sobą. Zaczynając od związków chemicznych wydzielanych głęboko w części mózgu gadziego, możemy – podążając za przewracającymi się kostkami domina, identyfikując kolejne komórki, obwody neuronalne, przyglądając się pracy płatów mózgowych – dojść do jednej z najbardziej wyrafinowanych zdolności ludzkiego umysłu, wiary w rzeczy nadprzyrodzone. Dzięki tak niewielkiej dysfunkcji mózgu możemy dowiedzieć się tak wiele.

Właściwie im lepiej poznawałem neurobiologię i zależności między różnymi ośrodkami nerwowymi, tym bardziej upewniałem się co do tego, że drobne odstępstwa od normy często prowadzą nas do wielkich odkryć. Ograniczone uszkodzenia mózgu mają bardzo różne konsekwencje. Czasem znika pamięć albo znajomość języka. Innym razem jednak destrukcji ulega coś dalece bardziej specyficznego. Wystarczy, byśmy stracili wiązkę neuronów, a przestaniemy rozpoznawać owoce i warzywa – ale nie inne rodzaje pożywienia. Obumrze kolejna wiązka – a pożegnamy się ze zdolnością czytania, choć pisać nadal będziemy potrafili. Albo też dostrzeżemy trzecią rękę wyrastającą z naszego ciała lub uznamy, że nasza dłoń wcale nie należy do nas. Ogólnie rzecz biorąc, tego typu przypadki to kopalnia wiedzy o tym, jak pracuje mózg oraz jak ewoluował.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu badacze mózgu mogli się czegoś dowiedzieć o jego pracy tylko w jeden sposób – poczekać, aż kogoś spotka nietypowy wypadek, a jeśli temu komuś uda się przeżyć, obserwować, w jaki sposób zmieniła się praca jego mózgu. Nieszczęśnicy, którzy zapisali się w annałach neurologii, cierpieli wskutek udarów, ataków padaczki, cięcia szablą, błędu chirurga lub okropnych wypadków – jak na przykład przebicia czaszki ponadmetrowym oszczepem – a to, iż przeżyli, graniczyło z cudem. Warto jednak dodać, że słowo „przeżyli” nie oddaje w pełni ich stanu. Ich ciała przeżyły, niewątpliwie, ale już ich umysły nie do końca; po wypadkach często znacznie się zmieniły. Niektóre ofiary wypadków straciły lęk przed śmiercią, inne zaczęły odczuwać przymus nieustannego kłamania albo przejawiały zachowania pedofilskie. Bez względu na to, jak nietypowe były te zmiany, z czasem częściowo stały się przewidywalne – u ludzi z tymi samymi upośledzeniami uszkodzeniu ulegała zwykle podobna część mózgu, podpowiadając badaczom, który ośrodek mózgowy odpowiada za dane zachowania. Opowieści o niezwykłych neurologicznych wypadkach wypełniłyby bez problemu księgę tysiąca i jednej nocy, więc w niniejszej książce przytaczam tylko te najciekawsze z nich, opisując historie życia dawnych królów i kanibali, karłów i pionierów, dzięki którym narodziła się współczesna neurobiologia.

Siłą rzeczy wiele z tych historii jest smutnych czy wręcz tragicznych, niektóre przypadłości uśmiercały bowiem poszkodowanych w ciągu kilku dni lub nawet minut. Na tyle, na ile było to możliwe, starałem się nie opisywać kolejnych przypadków w sposób typowy dla medyków, nie skupiałem się też na wynikach prześwietleń i skanów mózgu pacjentów – chciałem przede wszystkim pokazać, jak wskutek wypadku zmieniał się umysł poszkodowanych. Starałam się wejść do ich głów i opisać, jak czuje się człowiek cierpiący na niezwykle ostrą amnezję czy też głęboko przekonany, że wszystkie bliskie mu osoby podmieniono na ich sobowtóry. Oczywiście wspominam też powszechnie znane przypadki (jeśli się nie mylę, obecnie nie można wydać legalnie książki z dziedziny badań o mózgu, jeśli nie napisze się choć kilku słów o pacjencie H.M. albo Phineasie Gage’u), ale większość przedstawionych tu historii okaże się dla czytelników całkowitą nowością. Zresztą bardzo możliwe, że książka ta przewartościuje również sporą część obiegowej wiedzy na temat takich nieśmiertelnych bohaterów jak Gage. I jeszcze jedno, nie wszystkie zamieszczone przeze mnie opowieści są tragiczne. Niektóre są wręcz urocze, na przykład te dotyczące ludzi, których zmysły łączą się ze sobą na różne odlotowe sposoby – u których określone zapachy wywołują hałas, a kształt i tekstura mają kolor. Poza tym pewne opowieści aż tchną optymizmem, jak ta o niewidomych ludziach, którzy nauczyli się rozpoznawać otoczenie dzięki echolokacji, na podobieństwo nietoperzy. Historie wybranych przypadków można wręcz odczytać jako pieśni o zwycięstwie nad chorobą, świadczące o niezwykłej odporności mózgu i jego zdolności do naprawy poprzez ponowne „okablowanie”. Zresztą dla współczesnej neurologii wypadki wciąż są kopalnią informacji – i to mimo rozwoju nowych metod skanowania mózgu takich jak na przykład fMRI (których możliwości często się przecenia).

Każdy rozdział niniejszej książki opowiada jedną spójną narracyjnie historię – w taki właśnie sposób nasz mózg najlepiej zapamiętuje nowe informacje. Jednak pod tą elegancką osnową znajdują się też grubsze nici, które przebiegają przez wszystkie rozdziały i łączą je w jedną całość. Jedna z tych nici czy wątków ma związek z wielkością. W pierwszych rozdziałach pojawią się niewielkie twory, takie jak komórki; pomyślmy o nich jak o pojedynczych niciach podawanych do krosna tkackiego – czerwonej, zielonej czy żółtej. Jednak w kolejnych rozdziałach skala będzie się zwiększać, aż na końcu ujrzymy przepiękny perski gobelin: mózg w całej okazałości. Ale spójrzmy na kolejną nić, kolejny wątek – dotyczący złożoności. Każdy rozdział dodawać będzie do gobelinu coraz bardziej skomplikowane mazaje i esy-floresy. Będą się one powtarzać w coraz bardziej wyrafinowanych układach i wzorach, dając coraz pełniejszy obraz złożoności mózgu.

W pierwszej części, „Anatomia makro”, pojawią się ogólne wiadomości na temat budowy czaszki i mózgu, mające ułatwić zrozumienie kolejnych rozdziałów. Tu także pokazuję, jak dzięki jednemu z najważniejszych przypadków w historii medycyny narodziły się współczesne nauki o mózgu.

Część „Komórki, zmysły, obwody” opisuje mikroskopijny świat związków chemicznych i elektrycznych impulsów, które składają się na nasze myśli.

„Ciało i mózg” idzie dalej, tłumacząc, jak te niezwykle małe struktury pozwalają mózgowi panować nad ciałem i regulować jego ruchy. Tu także opisałem, jak sygnały z ciała, czyli na przykład emocje, oddziałują zwrotnie i odciskają swoje piętno na mózgu.

Kolejna część, „Przekonania i urojenia”, łączy psyche i somę, ducha i ciało, dając przykłady, jak niektóre defekty (takie jak na przykład paraliż senny) powodują powstawanie ostrych, często bardzo niebezpiecznych urojeń.

Wszystkie te części przygotowują do zrozumienia ostatniej z nich, zatytułowanej „Świadomość”, w której zastanowimy się nad działaniem pamięci, posługiwaniem się językiem artykułowanym oraz innymi wyższymi zdolnościami mózgu. Podejmiemy też temat samoświadomości, czyli „ja” powstającego w naszej głowie.

Zanim zakończycie lekturę, będziecie mieli już pewne pojęcie o tym, jak działają poszczególne części mózgu, a przede wszystkim, jak ze sobą współpracują. Właściwie to chyba najważniejsze przesłanie tego tekstu – udowodnienie, że nie można analizować działania poszczególnych części mózgu niezależnie od siebie, podobnie jak nie da się pociąć na kawałki tkaniny z Bayeux i oglądając każdy skrawek z osobna, zrozumieć, co przedstawia całość. Myślę też, że dzięki tej książce bardziej krytycznie podejdziecie do wszelkich opisywanych obecnie osiągnięć neurobiologii i będziecie lepiej przygotowani na właściwe zinterpretowanie przyszłych odkryć.

Powiedziawszy to wszystko, muszę wreszcie wyjawić najważniejszy powód, dla którego napisałem tę książkę. Powodem tym jest próba znalezienia odpowiedzi na pewne pytanie, które dręczyło mnie od pierwszych okropnych doświadczeń z paraliżem sennym, a mianowicie: gdzie kończy się mózg, a zaczyna umysł? Naukowcy do dziś satysfakcjonująco tego nie wytłumaczyli. To, w jaki sposób z fizycznego mózgu rodzi się świadomy umysł, wciąż jest największą zagadką neurobiologii. Ale dziś przynajmniej mamy już całkiem niezłe tropy, prowadzące prawdopodobnie do odpowiedzi, a zyskaliśmy je głównie dzięki nieświadomym swej roli pionierom – ludziom, którym zwykle nie ze swojej winy przytrafiły się nieprawdopodobne wypadki lub schorzenia i których cierpienie posłużyło wyższemu dobru. W historiach wielu z nich ujmowało mnie najbardziej to, że byli naprawdę zupełnie zwykłymi ludźmi – i że wiele naukowych przełomów zawdzięczamy ich umysłom, a nie unikatowym mózgom Darwina, Broki czy Newtona. To, co spotkało tych ludzi, równie dobrze mogło się przydarzyć mnie, a także Tobie, Czytelniku, czy komukolwiek z mijanych na ulicy przechodniów. Historie tych ludzi poszerzyły nasze horyzonty, pokazały, do czego zdolny jest ludzki mózg, a także udowodniły, że gdy tracimy jakąś część umysłu, coś nowego, trudnego do przewidzenia, a czasem nawet pięknego budzi się do życia.

Rozdział 1. Szczególny przypadek

ROZDZIAŁ 1

Szczególny przypadek

Nieoczekiwanie świat musiał wydać się królowi Francji oszałamiająco, wręcz niebezpiecznie rozświetlony, a już chwilę później ogarnął go mrok. Podczas szarży niewiele światła przeciskało się do wnętrza jego hełmu, ciemność oznaczała bezpieczeństwo. Kiedy jednak zasłona przyłbicy została nagle podniesiona, światło musiało porazić króla równie silnie jak więźnia, któremu porywacze jednym ruchem zrywają worek z głowy. Już ułamek sekundy później jego życie miało się kompletnie zmienić. Być może Henryk zdążył jeszcze zarejestrować rozgrywającą się wokół niego scenę: drobiny piasku wyrzucone w powietrze kopytami konia, powiewające wokół jego kopii białe wstążki, odblask zbroi nacierającego przeciwnika. Chwilę potem został trafiony, a wszystko wokół nagle ściemniało. Tylko garstka lekarzy w 1559 roku mogła przewidzieć, jakie uszkodzenia właśnie rozprzestrzeniają się w czaszce poszkodowanego. Ale żaden z nich nie miał dotąd do czynienia z tak ważnym pacjentem. W ciągu kolejnych jedenastu dni od wypadku (później przestało mu cokolwiek grozić) w mikrokosmosie jego mózgu działy się rzeczy niezwykłe; zachodziły procesy, których istoty wówczas nie rozumiano i które neurobiolodzy mieli poznawać przez następne 400 lat.

Sytuacja była doprawdy niezwykła – król, który nie miał być królem, królowa, która wcale nie miała być królową, i równie nieprawdopodobna królewska kochanka wspólnie obchodzili domniemane zakończenie trwającego od dawna rozlewu krwi. Królowa Katarzyna Medycejska niewątpliwie prezentowała się przepięknie w pysznej jedwabnej sukni przetykanej złotymi nitkami, ale wtajemniczeni wiedzieli, że władczynią została przez przypadek. Niemal od razu po urodzeniu została sierotą, a w 1533 roku, gdy miała 14 lat, rodzina Medyceuszy wydała ją – nie pytając o zdanie – za Henryka de Valois, mało obiecującego młodszego z synów króla Francji. Przy jego boku spędziła bezpłodną dekadę, zanim uratowała życie, rodząc królowi w końcu dwóch synów, następców tronu. W dodatku musiała znosić, że mąż romansuje z jej kuzynką Dianą. Diana de Poitiers została poślubiona w wieku 15 lat starszemu o blisko 40 lat mężczyźnie, a związek ten trwał mniej więcej do chwili przybycia na dwór Katarzyny Medycejskiej. Po śmierci męża na znak żałoby Diana zaczęła ubierać się na biało i czarno, co miało być znakiem pobożności. Piękna trzydziestopięciolatka nie traciła jednak czasu i wkrótce zagięła parol na piętnastoletniego Henryka, a zyskaną przez łóżko władzę szybko przekuła w polityczne wpływy, ku oczywistemu rozczarowaniu i zniesmaczeniu prawowitej królowej.

Henryk II nie był przygotowywany do rządzenia krajem. Został pretendentem do tronu dopiero po tym, jak jego przystojniejszy i sympatyczniejszy starszy brat zmarł nagle po partii tenisa. Początek rządów Henryka II nie należał do udanych. Paranoicznie obawiając się protestanckich szpiegów, rozkazał obcinać języki „luterańskim pomiotom” i walczyć z nimi na wszelkie sposoby, co szybko przysporzyło mu we Francji wielu wrogów. Rozpoczął też ogłupiająco skomplikowaną serię wojen z Hiszpanią o różne włoskie terytoria, doprowadzając wkrótce skarb królestwa na skraj bankructwa. Pod koniec szóstej dekady XVI wieku winien był swoim kredytodawcom 43 mln liwrów – czyli około dwóch razy tyle, ile miał rocznych dochodów – a niektóre kredyty oprocentowane były na 16 procent rocznie.

To sprawiło, że w 1559 roku we Francji nagle nastał pokój. Henryk II podpisał traktat pokojowy z Hiszpanią i choć nie wszystkim (na przykład Katarzynie Medycejskiej) się podobało, że zrzekł się w nim Italii, rujnujące skarb kampanie wojskowe wreszcie się skończyły. Dwa zapisy w traktacie dotyczyły ustanowienia nowych sojuszy poprzez małżeństwa – poślubienia czternastoletniej córki Katarzyny i Henryka II królowi Hiszpanii, a także ślubu siostry Henryka II z włoskim księciem. W celu uczczenia nowych związków małżeńskich Henryk zorganizował pięciodniowy rycerski turniej walk na kopie. Zmusiło go to do pożyczenia kolejnych dwóch milionów liwrów, dzięki którym robotnicy w maju i czerwcu mogli zacząć pracę, zrywając bruk, utwardzając grunt i przygotowując przyszłą arenę zmagań nieopodal królewskiego pałacu w Paryżu (protestanci gnijący w pobliskich lochach zapewne dobrze słyszeli odgłosy tej krzątaniny). Na kilka tygodni przed zawodami stolarze wznieśli nieco chwiejne polowe galerie dla królewskich gości, przystrajając je sztandarami i znakami herbowymi. W dniu turnieju gapie gromadzili się na pobliskich dachach, wrzeszcząc i pokazując sobie co znaczniejsze postacie palcami.

Trzeciego turniejowego dnia, 30 czerwca, potykać zdecydował się sam Henryk II. Mimo upału przywdział ponad dwudziestokilogramową zbroję wysadzaną złotymi płytkami i ozdobioną kolorami Diany, głównie czarno-białymi zawijasami. Jakkolwiek by się Henryka nie oceniało, na wspaniałym kasztanowym rumaku prezentował się zaiste królewsko. Podczas pierwszej walki celnym uderzeniem kopii zrzucił z konia przyszłego szwagra, a chwilę później z równym powodzeniem wypróbował tę sztukę na miejscowym księciu. W młodości znany był raczej z ponurego usposobienia, stronił od ludzi, ale tego dnia miał bardzo dobry humor i zdecydował się na trzecią i ostatnią walkę z silnym, młodym Szkotem, Gabrielem Montgomery.

Król i młody Szkot odjechali na jakieś sto metrów, a na odtrąbiony sygnał ruszyli naprzeciw sobie. Starli się – i tym razem to Henryk przyjął cios. Montgomery ugodził go tuż poniżej szyi. Henryk wypuścił nogi ze strzemion, przechylił się i niemal zsunął z konia.

Zawstydzony, zawrócił wierzchowca i ogłosił, że „będziemy” potykali się z Montgomerym raz jeszcze – co niewątpliwie było bardzo złym pomysłem, i to z kilku powodów. Choćby dlatego, że naruszało kodeks rycerski, nie pojedynkowano się bowiem więcej niż trzykrotnie. Przestraszył się też dwór. Katarzyna śniła noc wcześniej, że Henryk leży z twarzą w kałuży krwi, a dwóch jej astrologów już jakiś czas temu wieszczyło zagładę króla. Jeden z nich, Nostradamus, napisał cztery lata wcześniej:

Młody lew starego pokona

Na polu walki w pojedynczym starciu

W złotej klatce oczy mu wykłuje

Jedną z dwóch części, żeby umarł okrutną śmiercią.1

Zdenerwowana Katarzyna wysłała posłańca do króla, próbując wyperswadować mu nieszczęsny pomysł. Henryk uskarżał się ostatnio na bóle i zawroty głowy, a jego przyboczni dostrzegli, że po ostatnim pojedynku nieco się chwieje. Niestety, choć to okrutne, silny cios w głowę może zaburzyć zdroworozsądkowy osąd, gdy potrzeba go najbardziej, i Henryk – na podobieństwo dzisiejszych bokserów czy zawodników futbolu amerykańskiego – uparł się, by ponowić starcie. Montgomery początkowo odmówił, a tłum z zakłopotaniem obserwował, jak król go łaja, wyzywając na kolejny pojedynek, odwołując się do jego lojalności i przywołując Boga na świadka. Skutecznie, gdyż o piątej po południu ponownie stanęli przed sobą. Naoczni świadkowie mówili później, że jeden z przybocznych źle zamontował osłonę królewskiej przyłbicy. Inni, że Henryk otworzył ją na chwilę, by otrzeć czoło, a będąc wciąż lekko oszołomionym, zapomniał ją opuścić. Jeszcze inni, że sam ją w gniewie uszkodził. Jak było naprawdę, raczej się już nie dowiemy. Wiadomo tylko, że tym razem Henryk natarł na przeciwnika, nie czekając na dźwięk trąbki.

Podczas szarży walczących oddzielał niski drewniany płot, tak że najeżdżali na siebie lewe ramię ku lewemu ramieniu, tarcza ku tarczy. W prawych rękach trzymali ponad czterometrowe drewniane kopie, i by ugodzić rywala, musieli uderzać pod kątem. Celne trafienie w takim wypadku oznaczało nie tylko silny cios, lecz także mocno przekręcało w siodle ugodzonego, a działające siły sprzyjały łamaniu się kopii. I rzeczywiście, obie kopie pojedynkujących się poszły w drzazgi, królewska, gdy trafiła w Montgomery’ego, a także ta należąca do młodego Szkota, gdy ugodził króla tuż pod szyją. Następnie obaj mężczyźni zderzyli się z wielką siłą, a dworzanie w swych pludrach i dubletach, damy przystrojone w strusie pióra, chłopi na dachach, wszyscy aż jęknęli z wrażenia, widząc to przyprawiające o palpitację serca zwarcie.

Ale to jeszcze nie był koniec. Biorąc pod uwagę zamieszanie, jakie wybuchło, do końca nie wiadomo, co działo się dalej. Być może kikut kopii Montgomery’ego wygiął się ku górze niczym hak, a być może odprysk drewna zadziałał jak fragment szrapnela. W każdym razie w trakcie zwarcia coś otworzyło zasłonę złotej przyłbicy króla.

Za to, co stało się później, wielu obwiniało Szkota, uważając, że w chwili gdy jego kopia pękła, powinien natychmiast ją od siebie odrzucić. Ale mózg reaguje na bodźce z opóźnieniem – w najlepszym wypadku w ciągu kilku dziesiątych sekundy – a mózg osoby walczącej w starciu na kopie z pewnością mógł zadziałać jeszcze wolniej. Nie mówiąc już o tym, że gdy w tłumie zaczął narastać pomruk przerażenia, Montgomery był rozpędzony, jego koń wciąż galopował. W następnej chwili najeżony drzazgami koniec kopii ugodził króla prosto w odsłoniętą twarz, trafiając w boczną część czaszki i wbijając się w jego prawe oko. W złotej klatce oczy mu wykłuje.

Jednak znacznie gorsza okazała się druga, głębsza rana, uszkodzenie mózgu. Porównując nasz mózg do zwierzęcego, może się wydać, że jego płaty są groteskowo wręcz powiększone. I chociaż kości czaszki zapewniają mu całkiem niezłą ochronę, ich twardość bywa także zagrożeniem, zwłaszcza że od środka nasza czaszka nie jest gładka, a pełna wyrostków i krawędzi. W dodatku mózg porusza się w jej obrębie częściowo swobodnie, a to dlatego, że mocno przytwierdzony do ciała jest tylko w swojej dolnej części, blisko pnia. Amortyzację, poduszkę tłumiącą przeciążenia, zapewnia co prawda płyn mózgowo-rdzeniowy, ale działa ona tylko do pewnego stopnia. Przy naprawdę mocnym uderzeniu mózg przemieszcza się więc w przeciwnym kierunku do działającej siły, często uderzając w kości czaszki z dużą prędkością.

Odłamek kopii Montgomery’ego trafił w głowę Henryka II z wielką siłą, która w dodatku działała pod kątem – uderzenie to można porównać do wyjątkowo paskudnego, wyprowadzonego od dołu ciosu „hakiem”. Z pewnością wstrząsnęło mózgiem, spowodowało rozchodzącą się falę uderzeniową. Jednak prawdopodobnie znacznie gorszy był obrotowy charakter działającej siły, oznaczało to bowiem, że przeciążenia działające na mózg nie rozłożyły się równomiernie, lecz rozrywały słabsze połączenia, powodując tysiące mikrokrwawień. Henryk, doskonały jeździec, mimo wszystko po zderzeniu utrzymał się w siodle: pamięć ruchowa pozwoliła mu zachować równowagę, jej neuronalne obwody nakazały udom nadal ściskać koński grzbiet. Jednak głębiej, pod czaszką, uraz spowodował rozerwanie milionów neuronów i gwałtowną powódź neuroprzekaźników, szybko zalewających mózg. To z kolei wywołało wyładowania niezliczonych neuronów, wybuch niekontrolowanej aktywności mózgu porównywalny z ograniczonym atakiem padaczki. Choć z pewnością niewielu ówczesnych ludzi nauki mogło wyobrazić sobie olbrzymią skalę uszkodzeń, jakich doświadczył Henryk, przynajmniej jeden lekarz w Paryżu mógł to ocenić całkiem nieźle.

Tuż po zderzeniu Montgomery ściągnął cugle swojego konia i zawrócił, by oszacować sytuację. Henryk osunął się na grzbiet swojego rumaka, pochodzącego z Turcji i noszącego imię Malheureux – pechowy. Choć pechowy, Malheureux był dobrze ułożony i gdy poczuł, że wodze po zderzeniu zostały poluzowane, pogalopował dalej. Nieprzytomny już król podskakiwał na jego grzbiecie, jakby chciał się przez chwilę zastanowić, co dalej, a zasłona przyłbicy pobrzękiwała głucho, opierając się na drzazgach sterczących z oczodołu.

Wkrótce na dwór przybyło dwóch najsłynniejszych lekarzy w Europie, by radzić, jak leczyć króla – na razie jednak rzucili się ku niemu dworzanie i pochlebcy wszelkiej maści, wyciągając szyje w celu oceny sytuacji i kalkulując, jak ich los może się polepszyć lub pogorszyć, gdyby Henrykowi II zdarzyło się opuścić ziemski padół. W tym momencie większości obserwatorów francuska monarchia wydawała się zapewne równie chwiejna jak drewniane trybuny, z których podziwiano turniej. Obecny delfin był płochliwym, wątłym piętnastolatkiem, który zemdlał, gdy tylko ujrzał poszkodowanego króla. Niechętne zawieszenie broni między Dianą a Katarzyną Medycejską mogło się utrzymać wyłącznie w sytuacji, gdyby Henryk żył; podobnie jak pokój między zwaśnionymi politycznymi frakcjami. Dwa zaplanowane królewskie wesela, nie wspominając o pokoju w Europie, nagle stanęły pod znakiem zapytania. Nieprzytomnego Henryka ostrożnie zdjęto z konia i położono obok. Montgomery przepchał się przez tłum ku leżącemu królowi, błagając o wybaczenie i domagając się, cokolwiek bezsensownie, by za karę pozbawiono go rąk i ścięto. Jednak gdy król odzyskał świadomość, natychmiast mu wybaczył, obyło się więc bez obcinania członków. Tymczasem Henryk na przemian tracił i odzyskiwał świadomość. W końcu udało mu się wstać i z pomocą sług wrócić do pałacowej sypialni. Lekarze zdołali usunąć dziesięciocentymetrową drzazgę z jego oka, ale wiele mniejszych musieli pozostawić na miejscu.

Wśród medyków radzących, co robić z poszkodowanym, znalazł się Ambroży Paré. Ten szczupły, zadbany mężczyzna piastował stanowisko królewskiego chirurga – co było wówczas zajęciem znacznie mniej prestiżowym, niż dziś może się wydawać. Paré, syn meblarza, pochodził z małej wioski na północy Francji, gdzie wyszkolono go na cyrulika. Ówcześni cyrulicy puszczali krew czy nacinali ciało, co odróżniało ich od „porządnych” lekarzy. Jego dzień pracy wyglądał mniej więcej tak – o szóstej rano golił brody i przycinał peruki, a po południu uciął czasem jakąś nogę z zaawansowaną gangreną. Na początku XIII wieku Kościół katolicki ogłosił, że bogobojni chrześcijanie, w tym także lekarze, nie mogą w żaden sposób przelewać krwi; między innymi z tego powodu lekarze uważali cyrulików za bliskich rzeźnikom. W początkach swej kariery Paré lokował się nisko nawet w hierarchii cyrulików – jako że nie znał łaciny. Nie było go też stać na opłatę za wykonywanie zawodu, i tak w wieku 26 lat został cyrulikiem frontowym, dołączając do armii jako pozbawiony żołdu i stopnia wojskowego obdartus. Zarabiał, wykonując zabiegi na żołnierzach, którzy płacili mu czym mogli – beczułkami wina, końmi, czasem monetą czy (zdarzało się) diamentami.

Rycina 1. Ambroży Paré, jeden z dwóch najważniejszych chirurgów zajmujących się poszkodowanym Henrykiem II (źródło: National Library of Medicine)

Żołnierskie życie bez reszty wciągnęło Ambrożego, w dzień zadającego się z generalicją, a nocami upijającego się z niższymi rangą oficerami. W ciągu kolejnych 30 lat wziął udział w 30 kampaniach wojennych w całej Europie. Ale pierwszego ważnego odkrycia Paré dokonał jako nowicjusz. W początkach XVI wieku lekarze w większości uważali proch strzelniczy za trujący i wszystkie rany od kul przyżegali – choć dość delikatnie – wrzącym olejem z bzu. Ku swojemu przerażeniu, pewnej nocy zaraz po bitwie Paré odkrył, że brakuje mu rzeczonego oleju. Błagając poszkodowanych o wybaczenie, rany części żołnierzy potraktował miksturą z żółtek jaj, wody różanej i terpentyny. Spodziewał się, że „nieopatrzeni” nie przeżyją nocy, ale następnego poranka mieli się całkiem nieźle. Mało tego – mieli się zdecydowanie lepiej niż ci, których potraktowano wrzącym olejem, wciąż skręcający się z bólu. Paré uświadomił sobie, że przeprowadził właśnie doświadczenie o zaskakującym i jasnym wyniku: było oczywiste, że pacjenci z grupy leczonej standardowo mieli się zdecydowanie gorzej niż ci poddani nowej procedurze.

Tego poranka Paré zmienił swoje spojrzenie na medycynę. Odrzucił pomysł polewania ran postrzałowych wrzącym olejem, a zamiast tego zaczął dopracowywać swoją miksturę z żółtek i terpentyny (przez lata jej skład ewoluował, w ostatecznej wersji znalazły się m.in. dżdżownice i zdechłe szczeniaki). Ale mówiąc poważniej – od tego poranka Paré postanowił eksperymentować, obserwować uważnie wyniki doświadczeń i wyciągać własne wnioski, nie przejmując się zdaniem starożytnych autorytetów. Warto docenić tę zmianę w jego myśleniu, bo pod wieloma względami jest ona symboliczna – decydując się porzucić wrzący olej, zrywał ze średniowieczną mentalnością przyjmowania prawd medycznych na wiarę.

Co warto podkreślić, i co wynika z jego zapisków, Paré żył w epoce przemocy, która dziś może się nam skojarzyć chyba tylko z niezbyt mądrą kreskówką: jednego dnia opatrywał dwunastolatkę pokiereszowaną poważnie przez królewskiego lwa maskotkę; drugiego dosłownie stawał na twarzy pewnego księcia, by wytworzyć dźwignię potrzebną do wyrwania z jego ciała złamanego oszczepu. Nie brakowało mu tupetu i pewności siebie, a naturalna skłonność do eksperymentowania uczyniła z niego bardzo innowacyjnego chirurga. Skonstruował trepan – ustrojstwo z piłą i wiertłem do trepanacji czaszki, pozwalające zrobić w niej otwór i odprowadzić nadmierną ilość płynu mózgowo-rdzeniowego czy innych płynów, których szybki przybór, na przykład wskutek zapalenia, i wzrastające ciśnienie mogłyby doprowadzić do zmiażdżenia mózgu. Opracował także test – przydatny szczególnie w przypadku otwartych ran głowy – pozwalający rozróżnić tkankę mózgową, której nie wolno było ruszać, i tłuszczową, którą można było usunąć. (W skrócie, tłuszcz unosi się na powierzchni wody, mózg tonie; na patelni tłuszcz się upłynni, a tkanka mózgowa skręci na skwarki). Paré umniejszał swoją rolę w przypadku wyleczonych pacjentów. „Ja go opatrzyłem, ale to Bóg go uzdrowił” – powiedział kiedyś. Ale liczne przypadki jego pacjentów, którzy nieomal wrócili z martwych, uczyniły go sławnym do tego stopnia, że w końcu Henryk II zatrudnił go na stanowisku „królewskiego chirurga”.

Jednak mimo dużego doświadczenia w leczeniu ran głowy Paré znajdował się nisko w hierarchii królewskich medyków i w gorącym okresie zaraz po wypadku musiał się im podporządkować. Lekarze zmusili Henryka do wypicia wywaru z rabarbaru i zwęglonej mumii egipskiej (leczenie, nad którym Paré w swojej prywatnej komnacie mógł tylko załamać ręce), a także puścili mu krew (choć pacjent krwawił jednocześnie z jelita grubego). Angielski ambasador odnotował, że tej nocy król „bardzo źle odpoczywał”, ale większość lekarzy była dobrej myśli, uważając, że poza uszkodzeniem oka król nie odniósł cięższych obrażeń. I w gruncie rzeczy następnego poranka, gdy się obudził, wyglądało na to, że wrócił mu dowcip.

Szybko jednak musiał stawić czoła temu, że w międzyczasie Katarzyna objęła władzę nad królestwem. Nie ucieszyła go też wiadomość dotycząca Montgomery’ego, że nieufny wobec Katarzyny Szkot już zdążył opuścić dwór. Później chciał przywołać swoją kochankę, ale Katarzyna wydała polecenie straży strzegącej wejścia do pałacu, by nie wpuszczać Diany. Jednak chyba najbardziej się zdumiał, gdy usłyszał, że jego małżonka zarządziła też ścięcie czterech kryminalistów, a następnie nakazała lekarzom Henryka przeprowadzenie eksperymentów na ich głowach za pomocą ułamanego drzewca kopii Montgomery’ego, co miało w zamierzeniu pomóc im wypracować metodę leczenia króla.

Tymczasem przez pola i lasy w kierunku Brukseli pędził posłaniec udający się na dwór Filipa II, króla Hiszpanii (Co może nieco zaskakiwać, hiszpańscy królowie przebywali wówczas na stałe w północnej Europie, na podbitych terytoriach). Choć na mocy niedawno zawartego traktatu pokojowego Filip poślubić miał córkę Henryka II, król Hiszpanii nie raczył się wybrać na własny ślub w Paryżu, oświadczywszy, że „królowie Hiszpanii nie uganiają się za pannami młodymi”. (W swoim zastępstwie Filip wysłał księcia. Ten uczestniczył w ceremonii za niego, a następnie by skonsumować małżeństwo, pojawił się w sypialni księżnej w noc poślubną. Zdjąwszy buty i spodnie, wsunął stopę pod nakrycia, chwilę pieszcząc nagie udo panny młodej. W całym Paryżu nie brakowało później sprośnych dywagacji na temat tego, czy jej to wystarczyło1).

Jednak mimo całego swego poczucia wyższości nad rodziną Henryka II Filip nie chciał jego śmierci i wkrótce po dotarciu posłańca na miejsce król wezwał swego najlepszego lekarza, prawdopodobnie jedynego wówczas w Europie człowieka, którego doświadczenie mogło się równać z doświadczeniem Ambrożego Paré. Andreas Wesaliusz, bo o nim mowa, większość swej spędzonej we Flandrii młodości poświęcił przeprowadzaniu sekcji kretów, myszy, kotów, psów i wszelkich innych zwierząt, które udało mu się złapać. Wkrótce jednak przestało mu to wystarczać i poszedł za głosem serca, oddając się sekcjom ciał ludzkich. Wykopywał je na cmentarzach, czasem walcząc o zdobycz z dzikimi psami, lub też na przykład pozostawał w nocy za murami miasta, by wspinać się na kilkumetrowe szubienice i odcinać dyndające na nich ciała kieszonkowców i morderców. (Cieszył się przy tym niezwykle, gdy kruki nie zdążyły zmienić zbyt znacząco ich anatomii). Ciała te przemycał później do miasta pod odzieżą i tygodniami trzymał w swej sypialni, odkładając ulubiony moment przeprowadzenia sekcji niczym kanibal odwlekający chwilę uczty, by jeszcze chwilę ponapawać się myślą o niej. Uwielbiał obściskiwać każdy narząd bez końca, a nawet rozgniatać je na miazgę i obserwować, co wypływa ze środka. Jakkolwiek ohydne mogą się nam wydać te praktyki, obsesja Wesaliusza zrewolucjonizowała naukę.

Rycina 2. Andreas Wesaliusz, drugi z chirurgów zajmujących się szczególnym przypadkiem Henryka II (źródło: National Library of Medicine)

W końcu nadeszła chwila, gdy zdecydował się wstąpić w progi szkoły medycznej. Nauka w jej murach – jak przez poprzednich trzynaście stuleci – polegała na wbijaniu do głowy prac Galena, rzymskiego lekarza urodzonego w 219 roku n.e. Za czasów Rzymianina sekcje ludzkich ciał były tematem tabu, ale szczęśliwie dla siebie Galen leczył między innymi gladiatorów, co było chyba najlepszym możliwym wówczas treningiem dla anatoma: ich rany bywały naprawdę paskudne i Galen widział zapewne wówczas więcej ludzkich wnętrzności niż ktokolwiek z żyjących. Wkrótce sam założył szkołę anatomii, a jego prace okazały się na tyle odkrywcze i wszechstronne, że po jego śmierci rozwój tej dziedziny na długo się zatrzymał, gdyż następcy Galena nie potrafili wykroczyć poza spostrzeżenia wielkiego poprzednika. Choć w początkach renesansu pojawiły się pierwsze bóle porodowe nowożytnej anatomii, większość „anatomów” wciąż starała się ograniczać kontakt z martwym ciałem do minimum. Żałośnie wyglądały również ówczesne wykłady z anatomii: siedzący na podwyższeniu specjalista czytał głośno ustępy z dzieł Galena, a w tym samym czasie poniżej lektora pośledni cyrulik rozcinał zwierzęce truchła, ukazując zebranym ich śliskie bebechy. Krótko mówiąc, anatomia wciąż była nauką przede wszystkim teoretyczną.

Wesaliusz – śniady mężczyzna z bujną czarną brodą – szczerze podziwiał Galena, ale bezpośrednio zanurzywszy dłonie w ludzkich wnętrznościach szybko dostrzegł znaczne różnice między świętymi słowami Galena a rzeczywistością sekcyjnego stołu. Na początku Wesaliusz nie chciał wierzyć własnym oczom, wmawiając sobie, że ciała, których sekcję przeprowadził, były zdeformowane bądź w inny sposób chorobliwie zmienione. Przez pewien czas rozważał nawet teorię, według której od czasów Galena budowa ludzkiego ciała się zmieniła, być może dlatego, że od dawna nosiło się już obcisłe spodnie, a nie togi. W końcu jednak do Wesaliusza dotarło, że to on ma rację, a Galen, jakkolwiek to nieprawdopodobne, pobłądził. Około 1540 roku Wesaliusz przygotował listę mniej więcej 200 największych błędów Galena i na jej podstawie wysnuł wniosek, że rzymski lekarz uzupełniał swoje doświadczenie wyniesione z badań gladiatorów sekcjami owiec, małp, wołów i kóz, a następnie poczynione przez siebie spostrzeżenia ekstrapolował na ludzi. To między innymi pod wpływem tego bestiariusza Galen uznał, że u ludzi występuje dodatkowy płat wątroby, serce dwudzielne, mięśniowe „rogi” przy macicy i wiele innych mutacji. Nieścisłości w opisach Galena rzucały się w oczy szczególnie w przypadku mózgu. Rzymski lekarz przeprowadzał sekcje przede wszystkim krowich głów, które łatwo mógł pozyskać z licznych rzymskich rzeźni. Jednak nieszczęśliwie dla starożytnego uczonego ludzki mózg jest dalece bardziej złożony niż krowi. Wskutek ułatwienia sobie pracy przez Galena przez mniej więcej tysiąc trzysta lat lekarze zajmowali się snuciem teorii na temat tego, jak działa ludzki mózg, opierając się na kompletnie zafałszowanej wiedzy o jego budowie.

Wesaliusz postanowił zmienić oblicze ówczesnej anatomii, zreformować jej nauczanie. Zaczął krytykować i wzywać znanych „anatomów” do nauki, ujawniając, że niektórzy z nich nigdy nie zadali sobie trudu przeprowadzenia sekcji samodzielnie. (Z jednego kpił nawet, że brał nóż do ręki tylko wtedy, gdy musiał pokroić baraninę na obiad). Co jednak ważniejsze, dotarł do szerokiego grona odbiorców, tworząc jedno z najsłynniejszych dzieł zachodniej cywilizacji: De Humani Corporis Fabrica (Budowa ciała ludzkiego).

Fabrica było pierwszą publikacją z zakresu ludzkiej anatomii uzupełnioną o realistyczne grafiki różnych części ludzkiego ciała. (Co prawda w kilku innych wcześniejszych książkach pojawiały się szkice, były one jednak bardzo nieliczne i zgrubne). Ilustracje w Fabrica nie były zwykłymi rysunkami. Wesaliuszowi zależało, żeby jego opus magnum wzbogaciły prace najlepszych twórców. Ponieważ pracował wówczas w Padwie, jego wybór padł na szkołę artystów Tycjana – z której pomocą oblekł swoją wizję anatomicznych ilustracji w realne kształty. Inaczej niż w ówczesnych skryptach ciała przedstawione na kartach De Humani Corporis Fabrica nie leżą martwo na stole, lecz pozują niczym antyczne rzeźby. Niektóre z nich dokonują prawdziwego striptizu z tkanek, odsłaniając je warstwa po warstwie, ukazując swe wnętrze i poszczególne narządy. W bardziej ponurych scenach ciała chwieją się, zwisając na linach, czy wyraźnie cierpią, składając ręce do modlitwy. Jeden ze szkieletów kopie swój własny grób; inny kontempluje czaszkę, trochę w stylu „ach, biedny Yorick!”. – Uczniowie Tycjana dbali nawet o drugi plan na rysunkach, umieszczając dokazujące zwłoki i kościotrupy w czarownym krajobrazie okolic Padwy. Niezrównany realizm, z jakim dokonali tej sztuki, sprawił, że De Humani Corporis Fabrica jest jednym z najwspanialszych dzieł łączących sztukę z nauką, jakie kiedykolwiek powstały2. Ilustracje w siódmym, wieńczącym dzieło tomie, przedstawiające mózg i związane z nim części ciała, po raz pierwszy ukazały mnóstwo szczegółów jego budowy. Wielu anatomów miało wcześniej okazję widzieć ludzki mózg, ale to Wesaliusz, niczym wielki artysta, po raz pierwszy naprawdę go zobaczył.

Rycina 3. Ilustracje z dzieła Andreasa Wesaliusza De Humani Corporis Fabrica, jednego z najpiękniejszych dzieł naukowych w historii (źródło: National Library of Medicine)

Z dbałością ocierającą się o obsesję Wesaliusz pilnował każdego szczegółu na powstających ilustracjach, decydował, jakiego papieru i jakiej czcionki użyć, a chcąc nadzorować druk, wybrał się nawet w podróż przez Alpy z Włoch do Szwajcarii. Pierwszy egzemplarz dzieła został zilustrowany ręcznie przez specjalnie zatrudnionego w tym celu artystę, oprawiony w purpurowy jedwabny welwet i wysłany w prezencie Karolowi V Habsburgowi, Świętemu Cesarzowi Rzymskiemu. Stało się to w czerwcu 1543 roku – niezwykłym zbiegiem okoliczności Mikołaj Kopernik tydzień wcześniej opublikował swoje O obrotach sfer niebieskich. I tak, gdy dzieło siedemdziesięcioletniego Kopernika zrzucało człowieka z piedestału, ograniczając jego znaczenie we wszechświecie, Fabrica wynosiło pod niebiosa doskonałość budowy ludzkiego ciała. Bliski pogaństwa zachwyt nad ciałem człowieka nie wszystkim się jednak spodobał, w tym także wielu anatomom, którzy szkalowali Wesaliusza i domagali się, by odwołał swoją krytykę Galena. (Były nauczyciel Wesaliusza, dowcipkując z niego, określał swego dawnego ucznia mianem „Vesanus” – po łacinie „szalony” – przy czym warto zwrócić uwagę, że w kontekście anatomii druga część tego słowa, „anus”, także ma przypisane znaczenie). Karol V jednak nie znał się na medycynie i Fabrica niezwykle mu się spodobało. Wkrótce Wesaliusz został zatrudniony jako nadworny lekarz.

Niestety, przed nadejściem 1559 roku Karol zmarł, a królem został jego syn Filip, jegomość zimny i trzymający innych na dystans. W efekcie przez większość czasu Wesaliusz leczył teraz dworzan z podagry, chorób wenerycznych oraz zatwardzeń, nie bardzo mogąc znaleźć czas na ambitniejsze zajęcia. Kiedy zatem na dwór Filipa dotarła wieść o pechowych skutkach pojedynku Henryka II, Wesaliusz bez namysłu ruszył do Paryża, zabierając się z powozami pocztowymi i w dwie doby przemierzając ponad 300 kilometrów. Wkrótce spotkał się z Paré, a wszyscy zainteresowani historią badań mózgu pewnie już obgryzają paznokcie na samą myśl o przebiegu tego spotkania – oto dwóch tytanów nauki wreszcie ze sobą porozmawia i wymieni się doświadczeniami! Choć po prawdzie obaj spotkali się już wcześniej, w 1544 roku, nieopodal Saint-Dizer, gdzie armia, w której służył Wesaliusz, obległa armię, w której lekarzem był Paré. Tym razem jednak „pojedynek” między nimi mógł przebiegać jedynie mano a mano, a obaj dumni i ambitni mężczyźni rozpoczęli zapewne od ostrożnego szacowania sił swoich i przeciwnika. Jednak nie mieli zbyt wiele czasu, by zrobić na sobie wrażenie – jeśli relacje z tamtego okresu wiarygodnie oddają rzeczywistość, królewska sypialnia przypominała wówczas coś na kształt zoo.

Wszędzie szwendały się psy, aptekarze u stóp łoża siekali zioła i kawałki mumii, dookoła zaś niczym sępy krążyli dworzanie, zakłócając spokój króla. Henryk spoczywał we wspaniałej pościeli pod baldachimem ozdobionym nagim popiersiem. Według zapisków lekarzy twarz króla była groteskowa opuchnięta, a kark zesztywniał niczym czerstwe francuskie pieczywo. Henryk mógł patrzeć lewym okiem, ale stracił prawe, a cios kopią odsłonił kości oczodołu; zaplamiony ropą bandaż zapewne nie współgrał z jedwabnymi poduszkami. Korzystając ze współczesnej wiedzy o skutkach silnego uszkodzenia mózgu, możemy śmiało założyć, że Henryk II czuł w ustach wyraźnie metaliczny smak. Prawdopodobnie jednak najgorszy był narastający ból, pulsujący w tyle czaszki. W momentach względnej przytomności Henryk był w stanie zajmować się sprawami wagi państwowej, wysyłając listy, omawiając szczegóły ślubu siostry, a nawet po staremu miotając gromy na luterańskie ścierwa. W miarę jednak jak obrzęk mózgu się powiększał, narastał też ból głowy, Henryk zaś tracił orientację, a momentami także wzrok. Spał, co chwila się budząc i prosząc, by grano mu kojącą muzykę, co natychmiast wykonywano, a także by przyprowadzono do niego Dianę, czego mu odmawiano.

Zarówno Paré, jak i Wesaliusz doszli do wniosku, że czaszka Henryka jakimś cudem nie została uszkodzona, nie nosiła śladów nawet niewielkiego pęknięcia. (Od czasów starożytnych lekarze mieli wypróbowane sposoby ustalenia, czy nie nastąpiły tego typu zmiany – albo wylewali nieco atramentu na głowę poszkodowanego, a następnie patrzyli, czy gdzieś nie wsiąka, albo też uderzali w głowę kawałkiem drewna; dźwięk powstający w zetknięciu patyczka z uszkodzoną czaszką był inny niż z czaszką nienaruszoną – podobnie jak się ma sprawa z dzwonami). Wielu ze zgromadzonych w pokoju lekarzy z ulgą i radością powitało to rozpoznanie, przyjmując, że wobec tego Henryk przeżyje: jak zdecydowana większość ówczesnych autorytetów medycznych zakładali, że jeśli czaszka jest nieuszkodzona, mózg także nie mógł doznać poważniejszego uszczerbku; podobnie jak trudno jest uszkodzić żółtko jaja bez rozbicia skorupki. (W sprawach o morderstwo często za śmiertelny cios uznawano jedynie taki, który doprowadził do uszkodzenia czaszki). Trzeba tu przyznać, że uszkodzenia głowy z pęknięciem czaszki na ogół rzeczywiście wyglądają paskudnie i krwawo, dużo bardziej niż te, które nie prowadzą do pęknięcia kości, i takie wnioskowanie nie do końca jest bezsensowne.

Jednak Wesaliusz i Paré uważali inaczej. Trafiwszy przed oblicze króla, Wesaliusz przygotował płat białego płótna i poprosił Henryka, by ścisnął go zębami. Następnie, nie wykazując zbyt dużego szacunku dla królewskiej osoby, wyszarpnął płótno z zaciśniętej szczęki. Ciałem Henryka targnął skurcz, a król wyrzucił obie ręce ku głowie, wyjąc z bólu. Można sobie wyobrazić, że znajdujący się wówczas w komnacie rycerze dobyli mieczy, widząc taki afront, ale ta prosta sztuczka przekonała Wesaliusza, że dni króla są policzone. Autor Fabrica lepiej niż ktokolwiek wiedział, jak delikatny jest mózg – można by go bez trudu wybrać łyżeczką jak dojrzałe awokado – a doświadczenie podpowiedziało mu, że ktoś, kto odczuwa tak silny ból, ma nikłe szanse na przeżycie.

Paré czerpał natomiast z wiedzy zdobytej w warunkach polowych. Wcale nierzadko zdarzało się, że żołnierz trafiony w głowę pociskiem lub kulą armatnią nie miał żadnych zewnętrznych śladów uszkodzeń ciała – mógł nawet nie krwawić. Ale jego sprawność umysłu zanikała i powracała, a jakiś czas potem mózg przestawał pracować. Żeby rozwiązać tę zagadkę, Paré przeprowadzał także szybkie sekcje zwłok. Ogólnie rzecz biorąc, wykonywano je wówczas rzadko i były nielegalne, ale na froncie tego typu zakazami nie za bardzo się przejmowano. Paré, robiący ukradkiem sekcje żołnierzy, wiele razy obserwował opuchnięte, sine, a czasem wręcz martwe skupiska tkanki mózgowej – ślady wciąż kontrowersyjnego schorzenia nazywanego wstrząśnieniem mózgu. Lekarz znał też przypadki, gdy głowa otrzymała cios z jednej strony, a uszkodzenia mózgu powstawały po stronie przeciwnej. Tego typu uraz określa się mianem contre coup. Te uszkodzenia były w dodatku najbardziej śmiertelne. Paré przewidział więc dokładnie – bijąc na głowę nawet Nostradamusa – że mózg Henryka odniósł śmiertelne stłuczenie typu contre coup, a uszkodzenia zlokalizowane są z tyłu głowy. Każdy z wielkich lekarzy korzystał z innej skarbnicy doświadczeń podczas dochodzenia do wniosku, że król niedługo umrze – i obaj odrzucali starożytną mądrość, że najgorsze są rany głowy prowadzące do pęknięcia czaszki. Żaden z nich nie skupiał się przesadnie na ustaleniu, czy doszło do pęknięcia czaszki i ile król stracił krwi; obu interesował przede wszystkim jego mózg.

Jeśli natomiast chodzi o pomysły na leczenie, obaj zastanawiali się nad trepanacją czaszki, by odprowadzić nadmiar płynu i „zepsutą” krew, ale uznali w końcu, że ryzyko przewyższa możliwą korzyść. W międzyczasie zajęli się badaniem głów ściętych złoczyńców. Niestety, w historii nie zapisała się metodologia, jaką zastosowano – czy ktoś zamocował głowy w imadle, by można było na nich testować uderzenia, czy może zawieszono je na sznurze, by można było w nie uderzać niczym podczas piniaty2. Jedno jest pewne, do intensywnego obijania ich z każdej strony wykorzystano resztkę kopii Montgomery’ego. Było to dość makabryczne połączenie średniowiecznej brutalności i bardziej współczesnej pomysłowości eksperymentatorskiej, a Paré i Wesaliusz z zapałem oddawali się swoim powinnościom w poszukiwaniu inspiracji. Niestety, obtłukiwanie głów nie przyniosło nowych pomysłów na leczenie króla, a obaj wielcy chirurdzy mogliby zapewne więcej skorzystać, po prostu obserwując, co dzieje się z pacjentem, w którego cierpieniu ktoś obdarzony dzisiejszą wiedzą mógłby dostrzec zapowiedź wielkich odkryć w dziedzinie badań mózgu, jakie dokonają się ciągu nadchodzących czterech stuleci.

Tymczasem Henryk wciąż na przemian zbliżał się do granicy utraty świadomości i się od niej oddalał. Jego ciałem co jakiś czas wstrząsały napady konwulsji, a po nich pojawiał się przejściowy paraliż, dwie kompletnie tajemnicze wówczas przypadłości. Co dziwniejsze, drgawki lub paraliż dotykały w danym momencie tylko jednej strony ciała. Oceniając z dzisiejszej perspektywy, wskazywało to jasno, że każda półkula mózgu kontroluje połówki ciała niezależnie od siebie. Henryk II tracił też co jakiś czas wzrok, co z kolei sugerowało, że za ten zmysł odpowiada część mózgu zlokalizowana z tyłu czaszki (czyli obszar, który Paré wskazał jako miejsce urazu contre coup). Najgorsze, że bóle głowy rozprzestrzeniały się, z czego Paré wysnuł wniosek, że obrzęk się powiększa i że wewnątrz czaszki musiało dojść do popękania naczyń krwionośnych. Dziś wiemy, że nadciśnienie płynu mózgowo-rdzeniowego i zapalenie niszczy komórki mózgu, prowadząc do zagłady neuronalnych obwodów kontrolujących umysł i ciało. To proste wyjaśnienie, dlaczego urazy mózgu bywają śmiertelne, nawet gdy nie dojdzie do pęknięcia czaszki. Właściwie pęknięcie czaszki może uratować człowiekowi życie, dając obrzękniętemu mózgowi i nadmiarowi płynu ujście. Historia neurologii uczy, że mózg jest zadziwiająco wręcz odporny i zdolny do regeneracji, jednak w żaden sposób nie może sobie poradzić z nadciśnieniem wewnątrzczaszkowym, co oznacza, że skutki urazu głowy, takie jak obrzęk, są często bardziej zabójcze niż pierwotny uraz.

Król Henryk II zmarł wskutek krwawienia wewnątrzczaszkowego o pierwszej po południu 10 czerwca. Królowa Katarzyna zamówiła we wszystkich kościołach sześć pogrzebowych mszy dziennie, nakazując jednocześnie, by bijące dotąd kościelne dzwony umilkły. W tej nagle zapadłej, złowieszczej ciszy Wesaliusz i Paré rozpoczęli swą sławetną sekcję.

Rozcięcie ciała zmarłego króla – a nawet zasugerowanie czegoś takiego – wymagało wielkiej śmiałości. W tym czasie otwarcie ciała ludzkiego uważano za niegodne i pozwalano na nie tylko z dwóch powodów, wykładu lub autopsji. Choć do połowy XVI wieku niektóre miasta – przede wszystkim we Włoszech – ograniczyły nieco restrykcje i dopuściły przeprowadzanie sekcji w celu kształcenia lekarzy, oznaczało to zgodę na przeprowadzenie, powiedzmy, jednej autopsji rocznie (zwykle w zimie, by ograniczyć skutki rozkładu), a pozwolenie dotyczyło na ogół kryminalistów, uważano bowiem, że wyrok „śmierci i poddania ciała sekcji” dodatkowo ukarze zbrodniarza. Dlaczego Katarzyna Medycejska uległa namowom Ambrożego Paré i Wesaliusza, pozwalając na przeprowadzenie pełnej sekcji królewskiej czaszki, nie wiadomo, gdyż jasne było, kto i co odpowiada za jego śmierć. W każdym razie wszyscy powinniśmy być jej bardzo wdzięczni za tę decyzję.

Wesaliusz opisał szczegółowo, jak powinno się otworzyć czaszkę w swoim wiekopomnym dziele, Fabrica. Według instrukcji najlepiej jest zacząć od ucięcia głowy, jednak przez wzgląd na szacunek dla ciała króla w tym wypadku poprzestano na podniesieniu nieco jego podbródka, umieszczając pod karkiem zmarłego drewniany klocek. Ktoś złapał garść siwiejących królewskich włosów, utrzymując czaszkę w stabilnym położeniu, a ktoś inny (prawdopodobnie sam Wesaliusz, bardzo w tej sztuce doświadczony) rozpoczął piłowanie, jakieś dwa i pół centymetra nad brwiami. Po wykonaniu idącego dookoła nacięcia i usunięciu sklepienia czaszki oczom lekarzy ukazały się cienkie błony (opony mózgowo-rdzeniowe) otaczające mózg. W Fabrica Wesaliusz namawiał studentów, by lekko zagłębili się paznokciami kciuków w opony i odwinęli je z mózgu, a następnie chwilę pomiędlili w rękach, wyczuwając każdą fałdkę i zgrubienie; sekcja była dla niego najwyraźniej przyjemnością tak wizualną, jak i dotykową. Ale mając do czynienia z ciałem Henryka II lekarz ponownie się pohamował – być może po części dlatego, że mózg króla nie prezentował się szczególnie zachęcająco. Od przodu i boków wyglądał normalnie, ale w tylnej części – po przeciwległej stronie od miejsca uderzenia3, tuż pod oponami – oczom Wesaliusza i Paré ukazały się poczerniałe skrzepy, niczym pęcherze bliskie pęknięcia. Tkanka mózgu była w tym miejscu pożółkła i w rozkładzie, ropna masa miała około jednego kciuka szerokości na dwa długości. Co ważne, lekarze ustalili też, że drewniane odłamki z kopii Montgomery’ego nie dotarły do mózgu.

Nie jest łatwo określić, posługując się współczesnymi definicjami, jakie wnioski wyciągnęli Paré i Wesaliusz odnośnie charakteru śmiertelnego urazu. W ich zapiskach często pojawiają się rozważania o zaburzeniu równowagi humorów3 i „sile życiowej” opuszczającej ciało Henryka II. Oczywiście nie wiedzieli nic o neuronach czy podejściu lokalizacyjnym. Poza tym odłamki z kopii Montgomery’ego wywołały zakażenie, które osłabiło Henryka i przyspieszyło jego śmierć – a była to dodatkowa komplikacja, której nie mogli pojąć. Jednak obaj rozumieli wystarczająco dobrze, że to „nieład” i „zepsucie” w tylnej części mózgu Henryka, razem z wynikającym z tego krwotokiem, były przyczyną jego śmierci. Ustalili, że uraz samego mózgu może być śmiertelny, nawet gdy nie dochodzi do pęknięcia kości czaszki. A stawiając tę diagnozę, dokonali czegoś więcej niż stary cwaniak Nostradamus, mamroczący swoje niejasne wróżby o lwach i złotych klatkach. Wesaliusz i Paré przewidzieli bowiem, jakiego rodzaju uszkodzenia wystąpiły pod czaszką Henryka i gdzie dokładnie znajdował się uraz – a następnie swe przewidywania udowodnili. Pokazali, że przypuszczenia opierające się na myśleniu naukowym biją na głowę proroctwa.

Następstwa śmierci Henryka II w przykry sposób dotknęły niemal wszystkiego, co cenił i kochał. Francuscy królowie od tego czasu nie mogli już brać udziału w pojedynkach na kopie, dla swojego własnego bezpieczeństwa. Diana de Poitiers musiała zwrócić klejnoty i posiadłości, jakie otrzymała podczas życia przy boku Henryka, została pozbawiona wpływów, a także odsunięta od dworu. Nowy król, wątły Franciszek II, zmarł już siedemnaście miesięcy później, wskutek zapalenia ucha, którego nabawił się podczas polowania. Następny w kolejce Karol IX miał dopiero dziesięć lat, więc władzę, jako regentka, przejęła Katarzyna Medycejska, co sprawiło, że Francją rządziła Włoszka z rodu Medyceuszy.

Śmierć Henryka II była dla niej prawdziwym ciosem. Mimo że źle ją traktował, szczerze go kochała. (Zmieniła nawet w królewskim herbie tęczę na ułamaną kopię). Jednak jej polityka w następnych latach pogrzebała podejmowane przez Henryka próby zawarcia pokoju, skutkując dekadami wojny domowej między katolickimi rojalistami i protestantami (hugenotami). Kulminacją walk wewnętrznych była krwawa noc św. Bartłomieja w sierpniu 1572 roku, do której zorganizowania Katarzyna w dużej mierze przyłożyła rękę. Choć w zamyśle miało to być „chirurgiczne” cięcie, prowadzące do wyeliminowania najważniejszych przywódców hugenotów, akcja wymknęła się jednak spod kontroli, rozprzestrzeniając się na całą Francję. Historycy zauważają, że nie była to noc, a raczej długie tygodnie rzezi. Co ciekawe, jednym z wziętych na cel hugenotów był Gabriel Montgomery, który od śmierci Henryka II przebywał na uchodźctwie, po tym jak porzucił katolicyzm. Po masakrze w noc św. Bartłomieja Montgomery uciekł do Anglii, ale wrócił rok później, by walczyć z rojalistami, zajął Normandię i zagrażał przejęciem kontroli nad całą północną Francją. Długi pościg za nim zakończył się w 1574 roku, gdy wpadł w ręce królewskich żołnierzy, a Katarzyna mogła z satysfakcją oglądać, jak człowiek, którego wciąż winiła za śmierć swego męża, zostaje pozbawiony członków, a następnie głowy.

Jeśli zaś chodzi o ludzi nauki, Paré opiekował się Franciszkiem II na jego łożu śmierci w 1560 roku. Zapalenie ucha doprowadziło u chłopaka do nagromadzenia płynu mózgowo-rdzeniowego i nadciśnienia niszczącego mózg, ale ponownie Paré nie zdecydował się na trepanację czaszki króla. Nie wiadomo właściwie, z jakiego powodu. Może dlatego krążyły później plotki, że to Paré wlał mu do ucha truciznę (tak jak w Hamlecie), zapewne na polecenie królowej, która chciała objąć władzę jako regentka. Ale jest też inny prawdopodobny powód odmowy trepanacji królewskiej głowy – ryzyko powikłań po takim zabiegu było wysokie, a winnym z pewnością byłby przeprowadzający go lekarz. Było to tym istotniejsze, że Paré przeszedł w tym czasie na protestantyzm i jego pozycja na dworze Jej Wysokości była mocno niepewna. W związku z tym raczej nie był osobą, z którą Katarzyna ryzykowałaby spiski. W gruncie rzeczy Paré ledwo uszedł z życiem podczas wydarzeń w noc św. Bartłomieja i późniejszych.

Mimo to, gdy w Paryżu akurat panował pokój, jego kariera kwitła. Napisał podręcznik dla chirurgów frontowych i skrypt anatomiczny, będący w dużej mierze plagiatem z dzieła Wesaliusza. (Sam Paré nie uważał, by w takim działaniu było coś niestosownego, określając swoje zapożyczenia jako równie niewinne jak „odpalenie własnej świecy od płomienia innej”). Zwalczał też fałszywe eliksiry i niektóre „cudowne” leki, jak kawałki mumii czy róg „jednorożca”. Co jednak chyba najważniejsze, sekcja Henryka II zainspirowała Ambrożego Paré do napisania książki na temat ran głowy. Zwrócił w niej uwagę na ryzyko, jakie niosą ze sobą urazy typu contre coup i zbierające się w czaszce płyny, a także na łączenie określonych uszkodzeń mózgu z charakterystycznymi objawami – czyli na modus operandi nauk o mózgu przez kolejne cztery stulecia. Ostatnie lata życia największy chirurg świata, w trakcie długiej kariery leczący czterech królów, spędził w Paryżu. Zmarł w łóżku w jednym z pięciu należących do niego domów.

Wesaliusza spotkał znacznie gorszy los. Około miesiąca po sekcji Henryka II król Filip opuścił zimną Brukselę i udał się do słonecznej Hiszpanii. Wesaliusz podążył za nim i wkrótce zapewne gorzko pożałował tej decyzji. Istnieją dwie wersje tego, co się wówczas stało. Mniej prawdopodobna historia głosi, że pewnej nocy zbyt szybko zabrał się do przeprowadzenia sekcji pewnej szlachcianki i gdy już ją rozciął, okazało się, że jej serce wciąż bije. Rodzina ofiary miała wezwać Świętą Inkwizycję, a Wesaliusz ocalił głowę tylko dlatego, że zgodził się udać na pielgrzymkę do Jeruzalem.

Druga wersja jego dalszych losów, choć pewnie prawdziwsza, wydaje się jeszcze dziwniejsza. Hiszpański następca tronu, Don Carlos (książę Asturii), był słabym i chorowitym chłopcem. Nikt za bardzo mu jednak nie współczuł, cierpiał on bowiem na jeszcze jedną przypadłość – był psychopatą. Urodzony już z wyrżniętymi zębami, gryzł sutki swoich mamek do krwi, a przez większość dzieciństwa czerpał radość z pieczenia żywcem różnych zwierząt. Zanim osiągnął wiek nastoletni, znalazł inną rozrywkę: pozbawianie dziewictwa młodych dziewcząt. Pewnej nocy w 1562 roku zaczaił się na jedną z nich, ale tym razem los mu nie sprzyjał. Kiedy rzucił się za nią w dół po schodach, potknął się, wywinął koziołka i spadł z wysokości, uderzając się mocno w głowę. Wylądował u podnóża schodów, gdzie leżał dość długo pozbawiony przytomności i krwawiący. Hiszpańscy lekarze okazali się bezradni, więc Filip posłał po Wesaliusza. Ten dostrzegł niewielką, lecz głęboką ranę u podstawy czaszki Don Carlosa i zasugerował trepanację, by zmniejszyć ciśnienie wewnątrzczaszkowe. Miejscowi medycy, niechętni mądrzeniu się zagranicznego przybłędy, odmówili. Zamiast tego pozwolili, by lokalni mieszkańcy wykopali wysuszone, stuletnie ciało brata zakonnego o imieniu Diego, kucharza w miejscowym klasztorze i słynnego cudotwórcy. Następnie udali się do sypialni następcy tronu i wsunęli szczątki do jego pościeli. Chłopak, którego stan umysłowy był wówczas mocno ograniczony, ponoć przytulił się do ciała i zaczął śnić o wizycie brata zakonnego. Kilka dni później następcy tronu nieco się poprawiło, a tymczasem Wesaliusz namówił w końcu lekarzy, by zrobić niewielki otwór w czaszce chłopaka obok oczodołu i spuścić trochę ropy. Po zabiegu infant wydobrzał w ciągu tygodnia, ale lekarze i miejscowi mieszkańcy nie mieli wątpliwości, że stało się to dzięki wstawiennictwu brata Diego, który zresztą dzięki „cudowi” został kanonizowany.

Cała ta farsa zniesmaczyła Wesaliusza i przekonała go, że czas opuścić Hiszpanię. Chcąc szybko uciec z dworu, obwieścił, iż wyrusza na pielgrzymkę. Najpierw jednak udał się do Padwy, czyli miasta, w którym stworzył Fabrica, i załatwił sobie pracę, czyli powrót na dawne stanowisko profesora. Jednak niezależnie od tego, zapewne czując się winny z powodu tego, że używa pielgrzymki jako przykrywki dla opuszczenia królewskiego dworu, najpierw naprawdę wybrał się do Ziemi Świętej, docierając do Jaffy w 1564 roku. Odwiedził Jerozolimę i Jerycho i usatysfakcjonowany tym dokonaniem pożeglował z powrotem. Do Padwy jednak nigdy nie dotarł. Wykupił bowiem przeprawę po bardzo okazyjnej cenie, na turystycznym, słabo zaaprowizowanym statku. Gdy w powrotnej drodze sztormy mocno uszkodziły jednostkę i rejs się wydłużył, cierpiący z braku wody i jedzenia pasażerowie zaczęli umierać jeden po drugim. Musiały rozgrywać się tam sceny podobne jak na obrazie Géricaulta Tratwa Meduzy. Zapewne po raz pierwszy widok martwych ciał wyrzucanych za burtę zrobił wrażenie na Wesaliuszu. Bliski szaleństwa wyskoczył na ląd, jak tylko statek przybił wreszcie do Zakynthos, wyspy w zachodniej Grecji. Tu przekazy dotyczące Wesaliusza znów się różnią – według jednych Wesaliusz zmarł przy wrotach Zante, portowego miasta; według innych doczołgał się do obskurnej gospody, w której miejscowi, obawiając się, że jest dotknięty zarazą, nie pomogli mu, skazując tym samym na śmierć. W każdym razie spotkał go żałosny koniec. Nie było nawet nikogo, kto by przeprowadził sekcję i ustalił przyczynę zgonu.

Na śmierci Henryka II najwięcej skorzystały rodzące się nauki o mózgu. Na najbardziej podstawowym poziomie autopsja mózgu Henryka II dowiodła ponad wszelką wątpliwość, że istnieją urazy typu contre coup oraz że mózg może zostać poważnie uszkodzony, nawet gdy czaszka pozostaje nienaruszona. To smutne, ale lekcję tę odrabiamy ponownie w dzisiejszych czasach: bokserzy stosujący taktykę rope-a-dope, zawodnicy futbolu amerykańskiego, najbardziej zadziorni hokeiści – wszyscy oni wyznają zasadę, że jeśli w wyniku urazu nie poszła im krew, wszystko jest w porządku. Tymczasem kolejne uszkodzenia coraz bardziej osłabiają mózg, a szanse na poważniejszą kontuzję z czasem rosną. Przyjmowanie wielu ciosów w głowę sprawia, że neurony zaczynają obumierać, mózg zaś zamienia się w gąbkę – z czasem u jego właściciela pojawiają się zaburzenia osobowości, depresja i myśli samobójcze. Choć minęły cztery stulecia, wielu ze współczesnych sportowców w stylu macho4 mogłoby swobodnie zamienić ochraniacze na zbroję i ruszać w szranki z Henrykiem II.

Właśnie, wracając do sekcji króla – jego śmierć pomogła w narodzinach nowego podejścia w naukach o mózgu. Choć ani Wesaliusz, ani Paré nie myśleli współcześnie – podobnie jak Galen, Hipokrates i cała gama antycznych greckich lekarzy – każdy z nich wyszedł poza dokonania swych poprzedników, stawiając na uważną obserwację i przeprowadzanie doświadczeń. Wesaliusz pozostawił po sobie nową mapę mózgu, Paré nowe diagnozy i techniki chirurgiczne, i sekcja Henryka II nie była najbardziej prestiżową autopsją w dziejach – zarówno gdy chodzi o pochodzenie ciała poddawanego sekcji, jaki i pochodzenie przeprowadzających sekcję – możemy śmiało określić ją summą wczesnej medycyny. To, jak leczono możnych tego świata, często schodziło później pod strzechy, i po śmierci Henryka II coraz częściej w Europie zaczęto przeprowadzać sekcję zwłok. To z kolei ułatwiło wiązanie określonych uszkodzeń mózgu ze zmianami w ludzkim zachowaniu, a każda nowa autopsja dawała badaczom precyzyjniejszy obraz podłoża poszczególnych schorzeń.

Jeszcze nieco później naukowcy zaczęli odkrywać nowy świat, wykraczający poza widoczną gołym okiem anatomię mózgu; świat, o którym Paré i Wesaliuszowi zapewne nawet się nie śniło, świat mikroskopijny. Niczym fizycy sięgający coraz głębiej pod podszewkę rzeczywistości, ku podstawowym cząstkom budującym wszechświat, neurobiolodzy zaczęli zagłębiać się w materię mózgu coraz głębiej i głębiej, poznając i analizując jego tkanki, komórki, aksony, synapsy, aż wreszcie odkrywając podstawowe czynniki umożliwiające wewnątrzmózgową komunikację – neuroprzekaźniki.

Cyt. za: Isabelle Bricard, Leksykon śmierci sławnych ludzi, Książka i Wiedza, wyd. II, Warszawa 2000, tłum. Anita i Krzysztof Staroniowie, s. 218. [wróć]

Bożonarodzeniowa zabawa rozpowszechniona w krajach latynoskich, której celem jest strącenie specjalnie przygotowanej kuli, wypełnionej przeważnie słodyczami. [wróć]

Czyli płynów: żółci, krwi, śluzu itd. [wróć]

CZĘŚĆ II KOMÓRKI, ZMYSŁY, OBWODY

CZĘŚĆ II

KOMÓRKI, ZMYSŁY, OBWODY

Rozdział 2. Zabójcza zupa

ROZDZIAŁ 2

Zabójcza zupa

Bo myśli Boga nie są myślami naszymi ani nasze drogi jego drogami – i dlatego też, gdy Bóg nakazał Charlesowi Guiteau zastrzelić prezydenta, Charles Guiteau (wymawiaj: Git-o) musiał się zgodzić. A skoro przy okazji mógł w ten sposób ocalić swoją ukochaną Partię Republikańską, tym lepiej.

Bóg i Guiteau znali się nie od dziś. Kiedy Guiteau był mały, jego matka często goliła głowę i zamykała się w sypialni, by śpiewać i recytować ustępy z Biblii. Ojciec dla odmiany miał obsesję na punkcie kazań milenarysty1 Johna Noyesa. Po tym jak Charles oblał testy wstępne do college’u, sam zdecydował się wstąpić do utopijnej i zwariowanej na punkcie seksu religijnej komuny stworzonej przez Noyesa w miasteczku Oneida w stanie Nowy Jork. Przeczekał tam miło całą wojnę secesyjną, ale nawet uprawiające wolną miłość damy z komuny omijały go szerokim łukiem, skutecznie odstraszane jego wyłupiastymi oczami, krzywym uśmiechem i monomanią. Nadały mu przydomek „Charles Get-out” (Charles Wynocha). Gdy więc w końcu wyniósł się z komuny, w 1865 roku, postanowił zająć się ewangelizacją – najpierw zaczął wydawać gazetę, „The Daily Theocrat”, która szybko splajtowała, a potem postanowił wygłaszać kazania, próbując oczarować tłumy przemowami zatytułowanymi na przykład „Dlaczego dwie trzecie ludzkości jest skazane na zatracenie”. Napisał i wydał też własną książkę, zatytułowaną The Truth (Prawda), o drugim przyjściu Chrystusa na Ziemię. Zdecydowana większość jej treści to brednie – na przykład historia Stanleya i Livingstona to w opinii autora znak nadchodzącej apokalipsy – a reszta została zerżnięta z Noyesa. W międzyczasie też Charles zdał egzamin prawniczy (w zależności od roku zawierał on trzy lub cztery pytania, trzeba było odpowiedzieć prawidłowo na dwa z nich). Szybko jednak przegrał swoją pierwszą sprawę, wywołując przerażenie sądu tyradą, podczas której wymachiwał zaciśniętymi pięściami, a na jego ustach można było dostrzec pianę. Zajął się więc rewindykacją długów, ale nawet jeśli udawało mu się odzyskać jakieś pieniądze, zatrzymywał je dla siebie. W końcu, gdy znalazł się na czarnej liście wszystkich okolicznych pensjonatów, przeprowadził się do Chicago, żeby żerować na swojej siostrze Francis i jej mężu, prawniku George’u Scoville. Ten całkiem wygodny etap w jego życiu zakończył się dość gwałtownie, gdy pewnego razu natarł na siostrę z siekierą w ręce. Wrócił więc do Nowego Jorku, gdzie wstąpił w związek małżeński z bibliotekarką z YMCA, którą wkrótce po ślubie zaczął regularnie bić, kopać i zamykać w szafie za jej bezczelne pyskowanie. Ta w końcu się z nim rozwiodła, jednak dopiero po tym, jak doprowadziła go do zdrowia, w międzyczasie zachorował bowiem na kiłę, którą złapał od przygodnej prostytutki. Kiła z czasem osiągnęła postać mózgowo-rdzeniową.

Rzecz jasna, Guiteau nigdy nie wątpił, że doskonale sprawdziłby się w polityce. Zagorzały zwolennik republikanów w 1880 roku napisał pełne ogranych zwrotów okolicznościowe przemówienie wyborcze wspierające Ulyssesa Granta, który ubiegał się o trzecią kadencję. Kiedy w końcu nominację republikanów zdobył James Garfield, Guiteau po prostu podmienił nazwisko w tekście przemówienia. Następnie zaczął nachodzić zatrudnionych do prowadzenia kampanii Garfielda pracowników w Nowym Jorku – wliczając w to Chestera Arthura, kandydata na wiceprezydenta – by dali mu szansę dostarczenia przemówienia Garfieldowi. W końcu partia wysłała go na wiec czarnych robotników. Wskutek ataku tremy, Guiteau wymamrotał do nich tylko kilkanaście zdań i uciekł z mównicy. Mimo to udało mu się przekonać samego siebie, że dzięki temu wydarzeniu i swojemu udziałowi zdobył dla Garfielda Nowy Jork. Nie dziwi więc, że zaraz po tym, jak Garfield wygrał wybory, Guiteau wydał kilka swoich ostatnich dolarów na pociąg do Waszyngtonu, licząc na posadę w administracji nowego prezydenta.

Podobnie uczynił jakiś milion innych osób, był to bowiem chyba szczyt amerykańskiego klientyzmu politycznego, który zmieniał kilka pierwszych miesięcy urzędowania nowego prezydenta w coś na kształt targów pracy. Mimo że Guiteau nie znał języków obcych, a nawet nigdy nie wyjechał z kraju, postanowił ubiegać się o posadę na placówce europejskiej. Po kilku godzinach oczekiwania w kolejce wreszcie spotkał się z Garfieldem i przekazał mu tekst przemówienia, które „zdobyło” Nowy Jork, z nabazgranym na górze „posada konsularna w Paryżu”. W tym czasie Guiteau był już mocno zbiedniały, jego buty przeciekałyby niechybnie, gdyby nie gumowe ochraniacze, a on sam nie miał skarpetek. Ale nadrabiał miną, posłał jeszcze prezydentowi swój nieco nierówny uśmiech i odszedł, zostawiając nowo upieczonego przywódcę kraju lekko oszołomionego i próbującego pojąć, co tu właściwie u licha zaszło.

W tym czasie zwykli obywatele mogli niezapowiedziani odwiedzać Biały Dom i pod koniec marca Guiteau zaczął nachodzić sekretarki Garfielda a nawet zaczepiać członków jego gabinetu w sprawie posady w Paryżu. Gdy w końcu pewnego razu sekretarz stanu nie wytrzymał i wydarł się na Guiteau, by wreszcie dał sobie spokój, a przy tym jeszcze złapano go na kradzieży artykułów papierniczych, zakazano mu wstępu. Mimo to Guiteau – który był prawdziwym, najprawdziwszym optymistą – nie przestawał przeglądać gazet, szukając w nich informacji o swoim zatrudnieniu w Paryżu. Niestety, upragniona wiadomość jakoś się nie pojawiała.

Jednak pojawiły się inne, bardzo niepokojące informacje. W administracji Garfielda źle się działo. Prezydent – wcześniej świetnie oceniany rektor college’u, później oficer podczas wojny secesyjnej i kongresmen z Ohio – nie dotrzymał kilku obietnic, co spowodowało powstanie podziałów w partii, skutkiem czego mandat złożyli, obaj mocno urażeni, republikańscy senatorzy z Nowego Jorku. Z każdym niepokojącym nagłówkiem nieco szalone oczy Guiteau wytrzeszczały się jeszcze bardziej: partia republikańska zaczynała się rozpadać. Ktoś musiał ją uratować.

Zabij Garfielda. Po raz pierwszy Bóg przemówił do Guiteau w maju 1881 roku. Choć oszołomiony, że – jak to ujął –„Jezus Chrystus i spółka” wybrali właśnie jego, by głosić propagandę czynem, z czasem coraz lepiej zaczął pojmować ukrytą logikę skierowanego do niego nakazu. Zabij Garfielda. No pewnie, gdy zniknie problem pod postacią Garfielda, władzę przejmie dobry kolega Guiteau, czyli Chester Arthur, a on uspokoi sytuację w łonie partii republikańskiej. Następnie, gdy tylko usłyszy, od kogo Guiteau otrzymał polecenie zabójstwa, z pewnością go ułaskawi. Kurczę, może nawet jeszcze uda mu się zobaczyć Paryż!

Guiteau pożyczył dziesięć dolarów i kupił rewolwer British Bulldog w sklepie z bronią oddalonym o przecznicę od Białego Domu. Wybrał droższy model z kolbą wykładaną kością słoniową, uznał bowiem, że dzięki niej rewolwer będzie się kiedyś lepiej prezentował w muzeum. Ponieważ Guiteau nigdy wcześniej nie strzelał z broni, udał się nad zbiornik Potomac Tidal Basin w parku West Potomac. Odrzut rewolweru niemal go przewrócił, a w ramach treningu udało mu się trafić w cel tylko raz, zrobił dziurę w młodym drzewku. To w żaden sposób nie umniejszyło jego pewności siebie i już w tym samym tygodniu zaczął śledzić prezydenta. Część czasu poświęcał też na poprawki w swojej książce, The Truth, która już wkrótce miała się przecież stać bestsellerem.

Guiteau zdecydował się zamordować Garfielda w kościele i w celach rozpoznawczych śledził go nawet pewnej niedzieli. Mimo że zdawał sobie sprawę, że nie powinien zwracać na siebie uwagi, w pewnej chwili podczas kazania nie wytrzymał, wstał i wykrzyknął do kaznodziei: „Myślisz, że jesteś Chrystusem, czy co?” (W swoich pamiętnikach Garfield wspomina to wydarzenie, pisząc o „nierozgarniętym młodym mężczyźnie obdarzonym donośnym głosem”). Tymczasem przed końcem tygodnia Guiteau zmienił zdanie i uznał, że zastrzeli Garfielda na stacji kolejowej. Porzucił jednak ten pomysł, ponieważ wzruszył się bardzo, gdy zobaczył prezydenta przemierzającego stację pod ramię z małżonką.