Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 602 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziwna Pogoda - Joe Hill

Joe Hill, jeden z najlepszych amerykańskich autorów horrorów, stawiany jest na równi z takimi pisarzami, jak Peter Straub, Neil Gaiman czy Jonathan Lethem. W „Dziwnej pogodzie”, frapującej kronice niekończącej się wojny między dobrem i  złem, sprawnie obnaża mrok kryjący się pod powierzchnią codziennego życia. Swoim mistrzowskim piórem przesuwa granice gatunku na nowe terytoria. Zabierając czytelników w nieznane, Joe Hill, literacki alchemik, skupia się w  swoich czterech minipowieściach na najważniejszych elementach ludzkiej egzystencji: pamięci i niepamięci, wyobrażeniach i fantazjach, bestialstwie i bezradności, lęku i brawurze, deszczu i wietrze, śmierci i życiu, marzeniach… i koszmarach.

Jeden z najlepszych amerykańskich autorów horrorów.

„The Time”

Kolejna pozycja must read coraz bardziej imponującego pisarza… „Dziwna Pogoda” pokazuje wszechstronność warsztatu Joe Hilla, opowiadającego głęboko niepokojące historie, w których niosące zniszczenie siły natury wydają się łagodnym deszczem, gdy przeciwstawi się je działaniom złoczyńców.

barnesandnoble.com

Opinie o ebooku Dziwna Pogoda - Joe Hill

Fragment ebooka Dziwna Pogoda - Joe Hill

Joe Hill, autor Strażaka i NOS4A2,jeszcze raz udowadnia, ze jego wyobraźnianie zna granic… nie raz – cztery razy!

ZDJĘCIE

Młody nerd z Doliny Krzemowej musi znaleźć sposób na pokonanie przeciwnika uzbrojonego w aparat, który każdym zrobionym zdjęciem bezlitośnie wymazuje fragment pamięci fotografowanej osoby.

NAŁADOWANY

W centrum handlowym na Florydzie niedoceniany ochroniarz powstrzymuje masowa zabójczynie, stając się miejscowym bohaterem. Ale w świetle reflektorów jego historia zaczyna się rozpadać.

WNIEBOWZIĘTY

Pierwszy skok w przestworzach nie kończy się szczęśliwie dla młodego człowieka, który chciał zaimponować ukochanej. Nieopierzony spadochroniarz ląduje na chmurze o niezwykłych właściwościach.

DESZCZ

Gdy mieszkańcy Bourder w stanie Kolorado wylegają z domów, by nacieszyć się końcem lata, nadciągają chmury, które bombardują ich nie kroplami wody, lecz zabójczo ostrymi kryształami.

Tego autora

UPIORY XX WIEKU

W WYSOKIEJ TRAWIE

NOS4A2

STRAŻAK

DZIWNA POGODA

Tytuł oryginału:

STRANGE WEATHER

Copyright © Joe Hill 2017

All rights reserved

Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved

„Snapshot” first appeared in a different form as „Snapshot, 1988” in Cemetery Dance: The Magazine of Horror and Suspense, Issue #74/75, copyright © 2016 by Cemetery Dance Publications.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Marta Guzowska 2018

Redakcja: Anna Jaroszuk

Redaktor prowadzący: Marzena Wasilewska

Ilustracje na okładce i projekt graficzny okładki: Alan Dingman

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

Ilustracje tytułowe do nowel: Zdjęcie – Gabriel Rodriguez; Naładowany – Zach Howard; Wniebowzięty – Charles Paul Wilson III; Deszcz – Renae De Liz

Projekt wnętrza książki: Bonni Leon-Berman

ISBN 978-83-8125-430-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Pana Blue Sky:Aidana Sawyera Kinga. Kocham Cię, dzieciaku

1

Shelly Beukes stała na końcu podjazdu i mrużąc oczy, wpatrywała się w nasz dom z różowego piaskowca, jakby nigdy wcześniej go nie widziała. Miała na sobie trencz, który dobrze wyglądałby na Humphreyu Bogarcie, a w ręce dużą płócienną torbę z wzorem w ananasy i tropikalne kwiaty. Na pewno nie szła do supermarketu, nawet gdyby jakiś był w pobliżu, a żadnego nie było. Dopiero kiedy dobrze się jej przyjrzałem, zrozumiałem, co nie pasuje do tego obrazka: zapomniała butów i jej stopy były tak brudne, że prawie czarne.

Siedziałem w garażu i uprawiałem naukę – tak mój ojciec nazywał to, co robiłem, gdy psułem działający odkurzacz albo pilota do telewizora. Więcej niszczyłem, niż budowałem, chociaż raz udało mi się podłączyć dżojstik Atari do radia i naciskając przycisk FIRE, mogłem przeskakiwać między stacjami. To była dość prymitywna sztuczka, ale zrobiła wrażenie na sędziach podczas targów naukowych w ósmej klasie i dostałem niebieską wstęgę za kreatywność.

Tego ranka, kiedy Shelly pojawiła się na dole podjazdu, pracowałem nad moim pistoletem imprezowym. Wyglądał jak maszyna z pulpowej powieści science fiction, służąca do wytwarzania promieni śmierci: wielki róg wyszczerbionego mosiądzu z kolbą i cynglem od lugera (tak naprawdę, żeby zrobić korpus, zespawałem razem trąbkę i pistolet zabawkę). Ale gdy tylko pociągnęło się za spust, buczał jak trąbka pneumatyczna, zapalały się lampki, a ze środka wylatywał rój konfetti i papierowych wstążek. Miałem nadzieję, że jeśli wszystko dobrze przygotuję, tata i ja zaniesiemy go do fabryki zabawek, a może nawet uda nam się sprzedać patent sieci Spencer Gifts. Jak większość młodocianych inżynierów, uczyłem się, wprowadzając w życie sztubackie żarty. Pokażcie mi choć jednego faceta pracującego w Google’u, który nie marzył o skonstruowaniu gogli połączonych z rentgenem, żeby zaglądać dziewczynom pod spódnice.

Wycelowałem lufę mojego pistoletu w kierunku ulicy i wtedy zauważyłem Shelly, dokładnie przede mną. Odłożyłem blaster i zmrużyłem oczy, by jej się przyjrzeć. Widziałem ją, ale ona mnie nie. Dla niej wnętrze garażu było nieprzeniknione, jak czerń otwartego szybu kopalni.

Miałem zamiar zawołać, ale spostrzegłem jej stopy i tylko zassałem powietrze. Nie odezwałem się, po prostu patrzyłem. Jej wargi poruszały się. Coś do siebie szeptała.

Obejrzała się w stronę, z której przyszła, jakby w obawie, że ktoś się na nią zaczaił. Ale na drodze była sama, a powietrze stało wilgotne i nieruchome pod pokrywą z zachmurzonego nieba. Pamiętam, że wszyscy sąsiedzi wystawili na dwór śmieci, śmieciarki się spóźniały i cała alejka śmierdziała.

Prawie od razu wiedziałem, że nie wolno mi jej przestraszyć. Nie było powodu, żebym zachowywał ostrożność… ale ten pierwotny umysł, który nie ma nic wspólnego ze świadomym rozumem ani racjonalnym myśleniem i który podprogowo analizuje mnóstwo niedostrzegalnych informacji – ten umysł często wie lepiej.

Dlatego kiedy ruszyłem w dół podjazdu, zaczepiłem kciuki o kieszenie i nawet na nią nie spojrzałem. Gapiłem się w horyzont, jakbym obserwował samolot lecący daleko po niebie. Podszedłem do niej tak, jak podchodzi się do zabłąkanego kulawego psa, co to może polizać ci rękę z nadzieją, ale może też rzucić się na ciebie z podwiniętą górną wargą i obnażonymi kłami. Nic nie mówiłem, dopóki nie znalazłem się na odległość ramienia.

– O, pani Beukes! Dzień dobry – odezwałem się, udając, że dopiero teraz ją zauważyłem. – Wszystko w porządku?

Odwróciła głowę w moją stronę, a na jej nalanej twarzy pojawił się spokój.

– Ojej, wszystko mi się pokręciło! Przyszłam tutaj, ale sama nie wiem po co. To nie jest mój dzień sprzątania.

Tego się nie spodziewałem.

Kiedyś, dawno temu, Shelly pucowała, odkurzała i porządkowała nasz dom przez cztery godziny w każde wtorkowe i piątkowe popołudnie. Już wtedy była stara, chociaż ciągle miała rześkość i siłę olimpijskiego mistrza curlingu. W piątki zostawiała nam mięciutkie, nadziewane daktylami ciasteczka zabezpieczone folią Saran Wrap. Och, cóż to były za ciasteczka! Teraz już nigdzie nie można takich dostać i żaden crème brûlée z Four Seasons nie smakuje tak do herbaty.

Tylko że to był sierpień 1988 roku, za kilka tygodni miałem rozpocząć liceum, a Shelly, choć sprzątała u nas przez pół mojego życia, wówczas już tego nie robiła. Przestała pracować, kiedy w 1982 roku założyli jej trzy by-passy, a lekarz powiedział, że powinna więcej odpoczywać. Od tego czasu odpoczywała. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale tak naprawdę nie wiadomo, po co w ogóle podjęła tę pracę. Nie potrzebowała pieniędzy.

– Pani Beukes? Może mój tata poprosił, żeby pani przyszła i pomogła Marie?

Marie była jej następczynią, rosłą, niezbyt bystrą dziewczyną po dwudziestce, głośno się śmiejącą i z pupą w kształcie serca, która stanowiła pożywkę dla moich fantazji podczas conocnych ceremonii trzepania wacka. Mojemu ojcu w życiu nie przyszłoby do głowy, że Marie może potrzebować pomocy. A o ile było mi wiadomo, nie spodziewaliśmy się gości. Nigdy ich nie miewaliśmy.

Uśmiech Shelly przybladł na chwilę. Obejrzała się przez ramię, na drogę. Gdy znowu na mnie spojrzała, jej twarz nie była już pogodna, a w oczach lśniło przerażenie.

– Nie wiem, chłoptysiu… może ty mi powiesz. Miałam umyć wannę? Pamiętam, że nie dałam rady tego zrobić w zeszłym tygodniu, pewnie jest nieźle zapuszczona – wymamrotała do siebie, miętosząc między palcami materiał torby. Zerknęła na mnie i jej wargi zacisnęły się z frustracji. – Nożeż do diabła! Pieprzyć to. Wyszłam z domu i zapomniałam pierdolonego ajaxu.

Zamrugałem. Chyba nie zdziwiłbym się bardziej, gdyby rozchyliła płaszcz i pokazała, że pod spodem jest goła. Shelly Beukes nie była sztywną paniusią – pamiętałem jeszcze, jak sprzątała nasz dom w podkoszulku z Johnem Belushim – ale nigdy nie słyszałem, żeby użyła słowa „pierdolić”. Nawet „pieprzyć” to było jak na nią za dużo.

Shelly nie zauważyła mojego zdumienia i mówiła dalej:

– Powiedz tacie, że wanną zajmę się jutro. Wystarczy mi dziesięć minut i będzie lśniła, jakby nikt nigdy nie usadził tam swojej dupy.

Jej płócienna torba otworzyła się. Zajrzałem do środka i zobaczyłem poobijanego, brudnego krasnala ogrodowego, kilka pustych puszek po napojach gazowanych i jednego starego adidasa.

– Już lepiej pójdę do domu – odezwała się nagle Shelly, prawie jak robot. – Afrykaner będzie się zastanawiał, dokąd poszłam.

Afrykaner to był jej mąż, Lawrence Beukes, który przyjechał z Kapsztadu jeszcze przed moim urodzeniem. W wieku siedemdziesięciu lat Larry Beukes był jednym z najpotężniej zbudowanych mężczyzn, jakich znałem; z wyrzeźbionymi ramionami i żyłami na szyi wyglądał jak były kulturysta, jak siłacz z cyrku. Musiał tak wyglądać, to był jego służbowy obowiązek. Zbił majątek na sieci siłowni, które otworzył w latach siedemdziesiątych, kiedy karierę rozpoczynało naoliwione, zdumiewające cielsko Arnolda Schwarzeneggera. Larry i Arnie kiedyś pojawili się razem w jednym kalendarzu. Larry był lutym i rozciągał się na śniegu, nie mając na sobie nic oprócz malutkiej, czarnej pieluszki na jaja. Arnie był czerwcem: lśniąc, stał na plaży, a na każdym gigantycznym ramieniu trzymał dziewczynę w bikini.

Shelly jeszcze raz zerknęła przez ramię, a potem odeszła, powłócząc nogami, w kierunku, który wcale nie prowadził do jej domu. Gdy tylko odwróciła głowę, zapomniała o mnie; można to było poznać po wyrazie jej twarzy. Zaczęła poruszać wargami, szepcząc do siebie cichutkie pytania.

– Shelly! Czekaj, chciałem zapytać pana Beukesa, czy… o… – Próbowałem wymyślić jakiś wspólny temat, który pan Beukes i ja moglibyśmy mieć do rozmowy. – Czy nie potrzebuje kogoś do koszenia trawnika? Czy masz coś przeciwko temu, żebym poszedł z tobą do domu?

Chwyciłem ją za łokieć, zanim zdążyła ruszyć dalej. Podskoczyła, jakbym podkradł się znienacka, zaraz jednak uśmiechnęła się wyzywająco.

– Mówiłam staruszkowi, że musimy zatrudnić kogoś do cięcia… – Jej oczy przygasły. Nie mogła sobie przypomnieć, co trzeba było ściąć. W końcu potrząsnęła lekko głową i powiedziała: – …tego czegoś, już od dawna. Chodź ze mną. I wiesz co? – Pacnęła mnie w dłoń. – Chyba mam trochę tych ciasteczek, które lubisz.

Puściła oko i przez chwilę byłem pewny, że mnie rozpoznaje, a nawet wie, kim sama jest. Shelly Beukes oprzytomniała, by po sekundzie znów odpłynąć. Widziałem, jak opuszcza ją świadomość, jak jej wewnętrzne światło staje się słabą poświatą.

Więc odprowadziłem ją do domu. Miałem wyrzuty sumienia, bo musiała stąpać bosymi stopami po gorącej drodze. Było duszno, latały komary. Po jakimś czasie zauważyłem, że twarz kobiety poczerwieniała, a na jej starczych wąsach pojawiły się kropelki potu. Pomyślałem, że powinna zdjąć płaszcz, chociaż – przyznaję – przemknęło mi przez myśl, że naprawdę może nie mieć nic pod spodem. Była tak skołowana, że nie mogłem tego wykluczyć. Ale przełamałem się i spytałem, czy mogę ponieść jej trencz. Pokręciła szybko głową.

– Nie chcę zostać rozpoznana.

To było tak cudownie zwariowane, że na moment zapomniałem o całej sytuacji i odpowiedziałem, jakby Shelly ciągle była tą osobą przy zdrowych zmysłach, która lubiła teleturnieje i z brutalną determinacją czyściła piekarniki.

– Przez kogo? – spytałem.

Pochyliła się w moją stronę i prawie wysyczała:

– Przez Pana Polaroida. Tę przebiegłą łasicę w kabriolecie. Zawsze robi zdjęcia, kiedy Afrykanera nie ma w pobliżu. Nie wiem, ile już zabrał tym swoim aparatem, ale na więcej mu nie pozwolę. – Złapała mnie za nadgarstek. Jej ciało wciąż było otyłe, z dużym biustem, rękę jednak miała kościstą i szponiastą jak u czarownicy z bajki. – Nie pozwól się sfotografować. Nie daj mu niczego sobie zabrać.

– Będę miał na niego oko. Ale naprawdę, pani Beukes, zagotuje się pani w tym trenczu. Poniosę go, dobrze? I razem będziemy uważać na tego faceta. Wskoczy pani w płaszcz, jak tylko ten koleś się zbliży.

Odchyliła głowę i zmrużywszy oczy, przyjrzała mi się, jakbym był dopiskiem drobnym drukiem w podejrzanej umowie. W końcu westchnęła, zrzuciła płaszcz i podała mi go. Pod spodem nie była co prawda goła, ale miała na sobie czarne gimnastyczne szorty i podkoszulek włożony tyłem do przodu i na lewą stronę, z metką powiewającą pod podbródkiem. Jej nogi były węźlaste i szokująco białe, łydki poprzecinane żylakami. Przewiesiłem sobie przepocony i pomięty płaszcz przez ramię, podałem jej rękę i ruszyliśmy.

Drogi w Golden Orchards, naszym małym osiedlu na północ od Cupertino, wiły się jak zapętlone liny, ani jednego prostego odcinka. Na pierwszy rzut oka domy wyglądały na zbudowane w najróżniejszych stylach – tutaj hiszpański stiuk, tam kolonialna cegła. Jeśli jednak spędziło się w okolicy trochę czasu, dało się zauważyć, że za każdym razem był to mniej więcej jeden i ten sam dom – ten sam układ wnętrz, ta sama liczba łazienek, okna w takim samym guście – przebrany w rozmaite kostiumy.

Dom Beukesów naśladował styl wiktoriański, ale motywem przewodnim była plaża: w cementową ścieżkę wiodącą do schodków wciśnięto muszle, a na frontowych drzwiach wisiała wypłowiała rozgwiazda. Może siłownia pana Beukesa nazywała się Fitness Neptun albo Atleci z Atlantydy? A może był to jakiś żarcik z maszyn do ćwiczeń Nautilus? Już nie pamiętam. Wiele z tego dnia – piętnastego sierpnia 1988 roku – ciągle tkwi w mojej pamięci, ale chyba nawet wtedy nie wszystko było dla mnie jasne.

Podprowadziłem ją do drzwi i zapukałem, a następnie zadzwoniłem. Chociaż był to jej dom, czułem, że nie mogę tak po prostu jej tam zostawić. Pomyślałem, że muszę powiedzieć Larry’emu Beukesowi, gdzie się podziewała, i dać mu do zrozumienia – w jakiś niezbyt krępujący sposób – że nieco pomieszało jej się w głowie.

Nic nie wskazywało na to, że Shelly rozpoznaje swój dom. Stała u podnóża schodów, rozglądała się na boki i cierpliwie czekała. Kilka chwil wcześniej sprawiała wrażenie przebiegłej, nawet trochę groźnej. Teraz wyglądała jak znudzona babcia chodząca od drzwi do drzwi ze swoim wnuczkiem skautem, dotrzymująca mu towarzystwa podczas sprzedaży subskrypcji czasopism.

Trzmiele zanurzały się w pochylonych białych kwiatach. Pomyślałem, że Larry Beukes chyba rzeczywiście powinien wziąć kogoś do przycięcia trawnika. Podwórko było zaniedbane i zarośnięte, wszędzie sterczały mlecze. Ścianom przydałoby się mycie pod ciśnieniem, pod okapem widać było plamy grzyba. Dawno tam nie zaglądałem i nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni tak naprawdę przyglądałem się domowi, a nie tylko prześlizgiwałem po nim spojrzeniem.

Larry Beukes zawsze dbał o swoją własność, starannie i energicznie jak pruski marszałek polny. Dwa razy w tygodniu, w obcisłej koszulce, pchał ręczną kosiarkę, popisując się naprężonymi mięśniami opalonych ramion i skierowanym w niebo podbródkiem (miał cholernie dobrą postawę). Inne trawniki były zielone i porządne. Jego był bez skazy.

Gdy to wszystko się wydarzyło, miałem zaledwie trzynaście lat. Dopiero teraz rozumiem to, co wtedy do mnie nie docierało: sprawy wymykały się Lawrence’owi Beukesowi spod kontroli. Codziennie po trochu przestawał sobie radzić i dotrzymywać kroku niewygórowanym wymaganiom podmiejskiego życia, przerastała go nawet opieka nad kobietą, która sama nie potrafiła już o siebie zadbać. Myślę, że tylko dzięki wrodzonemu optymizmowi i przyzwyczajeniu – albo, jeśli wolicie, wewnętrznej sprawności, podobnej do tej fizycznej – parł dalej i oszukiwał samego siebie, że ciągle daje radę.

Zacząłem się już zastanawiać, czy nie lepiej będzie odprowadzić Shelly z powrotem do mojego domu i tam z nią poczekać, kiedy na podjazd skręciła dziesięcioletnia ciemnoczerwona limuzyna pana Beukesa. Jechał jak uciekinier ścigany przez Starsky’ego i Hutcha, a podczas skręcania uderzył jedną oponą o krawężnik. Wyskoczył na podwórko, cały spocony, i od razu potknął się tak, że omal nie upadł.

– O Jezu, tu jezdeź! Szukałem cię przez całą drogę do piekła i z powrotem! Prawie dozdałem przez ciebie zawału.

Akcent Larry’ego przywodził na myśl apartheid, tortury i dyktatorów siedzących na pozłacanych tronach w marmurowych pałacach, po których ścianach biegały salamandry. Można się było nieźle pomylić, bo pan Beukes zarobił pieniądze, przerzucając żelazo, a nie krwawe diamenty. Nie był oczywiście bez wad – głosował na Reagana, twierdził, że Carl Weathers był wybitnym aktorem, i wzruszał się, słuchając Abby – ale szanował i kochał żonę i wobec tego słabości jego charakteru nie miały znaczenia.

– Coź ty robiła? – mówił dalej. – Wyszedłem tylko do pana Bannermana zpytadź, czy ma detergent, wracam, a ty znikasz jak dziewczyna ze sztuczki Davida Copperfielda.

Chwycił Shelly za ręce, jakby chciał nią potrząsnąć, ale tylko ją objął. Popatrzył na mnie ponad jej ramieniem, a w jego oczach zalśniły łzy.

– Wszystko w porządku, panie Beukes – powiedziałem. – Nic jej nie jest. Trochę się… zgubiła.

– Nie zgubiłam się – odparła Shelly i uśmiechnęła się do męża porozumiewawczo. – Po prostu ukrywałam się przed Panem Polaroidem.

Pokręcił głową.

– Szzz. Zamilknij, kobieto. Zabierzmy dzię z tego złońdza i… o Panie, twoje ztopy! Powinienem cię zmusidź, żebyź je zdjęła, zanim wejdziesz. Nanieziesz wrzędzie brudu.

Jego słowa były oschłe, ale oczy miał wilgotne, a głos zachrypły od zranionych uczuć, jakby mówił do ukochanego starego kota, który wdał się w bójkę i wrócił do domu bez ucha.

Minął mnie, wspiął się po ceglanych schodkach i wszedł do środka. Uznałem, że już o mnie zapomniał, i miałem sobie pójść, kiedy on odwrócił się i stuknął mnie drżącym palcem w nos.

– Mam coź dla dziebie – powiedział. – Nie odfruwaj jeszcze, Michaelu Figlione.

I zatrzasnął drzwi.

2

Jakkolwiek na to spojrzeć, wybrał zabawne słowo. Nie było nawet szansy, że „odfrunę”. Pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy, była moja nadwaga. Byłem gruby. Nie „grubokościsty”. Nie „masywny”. I z pewnością nie „puszysty”. Kiedy przechodziłem przez kuchnię, szklanki brzęczały w kredensie. Kiedy stałem pomiędzy innymi dzieciakami z ósmej klasy, wyglądałem jak bawół pośród piesków preriowych.

Dzisiaj, w czasach mediów społecznościowych, ludzie ostrzej reagują na drwiny i jeśli nazwiesz kogoś grubą dupą, zaraz sam oberwiesz. Ale w 1988 roku „ćwierkaniem” nazywano to, co robiły wróble i podlotki. A ja byłem gruby i samotny – w tamtych latach pierwsze oznaczało drugie. Miałem mnóstwo czasu, żeby odprowadzać staruszki do domu. I nie zaniedbywałem kumpli. Ponieważ nie miałem żadnych. W każdym razie nikogo w moim wieku. Ojciec czasem woził mnie na comiesięczne spotkania klubu zwanego SUWR SF (Spotkania Użytkowników i Wielbicieli Robotów z San Francisco), ale większość dzieciaków była tam starsza niż ja. I wszyscy wyglądali już jak z dowcipu. Nawet nie muszę ich opisywać, sami możecie sobie wyobrazić: kiepska cera, grube okulary, rozpięte rozporki. W tym towarzystwie nie tylko uczyłem się o płytkach z obwodami. Widziałem na własne oczy swoją przyszłość: depresyjne rozmowy o Star Treku do późna w nocy i życie w celibacie.

Niespecjalnie pomagał fakt, że nazywam się Figlione, co w slangu uczniów podstawówki z lat osiemdziesiątych łatwo przekręcało się na Figiel-Balon lub Figiel-Homo albo po prostu Figiel. Przydomki te nosiłem do dwudziestego roku życia, przyklejone jak guma do żucia do podeszwy adidasów. Nawet mój ulubiony nauczyciel przedmiotów ścisłych w piątej klasie, pan Kent, raz nazwał mnie przez przypadek Figielkiem, czym wywołał wybuch śmiechu. Przynajmniej miał na tyle przyzwoitości, żeby się zmieszać, zaczerwienić i przeprosić.

W sumie mogło być gorzej. Byłem miły i porządny, a że nigdy nie uczyłem się francuskiego, nie trafiłem na listę przemądrzałych, wszystkowiedzących prymusów, którzy aż się prosili, żeby skopać im tyłek. Doświadczałem tylko od czasu do czasu drobnych upokorzeń, a sprowokowany, zawsze uśmiechałem się pobłażliwie, jakby to drogi przyjaciel przetarł mną podłogę. Shelly Beukes nie mogła pamiętać, co było wczoraj. Ja z kolei nie chciałem.

Drzwi znowu się otworzyły i stanął w nich Larry Beukes. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak ociera wilgotny policzek wielką, poznaczoną odciskami dłonią. Speszyłem się i spojrzałem w drugą stronę, na ulicę. Nie miałem wcześniej do czynienia z płaczącymi dorosłymi. Mój ojciec nie był jakoś szczególnie emocjonalny, a i matce płacz chyba nie przychodził łatwo, chociaż tego akurat nie byłem pewny. Widywałem ją tylko przez dwa albo trzy miesiące w roku. Larry Beukes pochodził z Afryki, a moja matka pojechała tam w związku z projektem antropologicznym i w pewnym sensie nigdy nie wróciła. Nawet kiedy była w domu, jakaś jej część znajdowała się prawie dziesięć tysięcy kilometrów od nas, poza zasięgiem. W tamtym czasie mnie to nie złościło. Dzieciom do złości potrzebna jest bliskość. To się jednak zmienia.

– Zjeździłem dzałą okolidzę w poszukiwaniu tej cholernej, ograniczonej ztaruchy. To już trzedzi raz. Myźlałem, że tym razem, tym razem weszła na szosę, między zamochody. Cholerna, głupia… dzięki, że przyprowadziłeź ją z powrotem. Niech dzię Bóg błogosławi, Michaelu Figlione. Niech Bóg błogosławi twoje zerce.

Wywrócił kieszeń na lewą stronę i wyleciały z niej pieniądze, zmięte banknoty i pojedyncze monety, które upadły na ścieżkę i trawę. Z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że zamierza dać mi napiwek.

– O rany, panie Beukes. W porządku. Nie musi pan. Cieszę się, że mogłem pomóc. Nie chcę… Czuję się głupio, biorąc…

Zmrużył jedno oko i spojrzał na mnie drugim.

– To więdzej niż nagroda. To jezd zapłata. – Schylił się, zgarnął jedną dziesięciodolarówkę i wręczył mi ją. – No, dalej, bierz.

Kiedy się wzbraniałem, wcisnął mi banknot do kieszonki z przodu hawajskiej koszuli.

– Michaelu. Jeźli będę muział gdzieź pojechadź… czy mogę do dziebie zadzwonidź, żebyź się nią opiekował? Jezdem w domu cały dzień, nic nie robię, tylko zajmuję się tą szaloną kobietą, ale czasem muszę kupidź coź do jedzenia albo poleciedź do jednej z tych ziłowni i gasidź jakiź pożar. Zawsze coź się pali. Każdy mięśniak, który dla mnie pradzuje, potrafi udźwignądź dwieźcie kilo, ale żaden nie potrafi zliczydź powyżej dziesiędziu. Bo im braknie paldzów. – Poklepał mnie po kieszonce z banknotem i wziął płaszcz żony, który ciągle zwisał mi z ramienia, zapomniany jak serwetka przez kelnera. – No to co? Umowa ztoi?

– Jasne, panie Beukes. Shelly pilnowała mnie, jak byłem mały. Myślę, że mogę… mogę…

– Tak, bydź jej niańką. Wkroczyła w drugie dziecińzdwo, Boże, miej ją w swojej opiece i mnie też. Potrzebuję kogoź, kto nie pozwoli jej łazidź po okolicy. I szukadź tego typa.

– Pana Polaroida.

– Powiedziała dzi o nim?

Przytaknąłem.

Pokręcił głową, grzbietem dłoni przygładził przerzedzone włosy wysmarowane brylantyną.

– Boję zię, że któregoź dnia dziabnie nożem jakiegoź przechodnia, bo uzna, że to on. Och, Boże, co ja wtedy zrobię?

To nie było zbyt mądre opowiadać takie rzeczy dzieciakowi, którego chce się wynająć do opieki nad starą zdemenciałą żoną. W sumie mogłem się przestraszyć, że Shelly właśnie mnie weźmie za Pana Polaroida i dźgnie nożem. Ale Larry był rozkojarzony i zestresowany i chlapał językiem bez zastanowienia. Zresztą to nie miało znaczenia. Nie bałem się Shelly Beukes. Może i nie pamiętała, kim jestem i kim jest ona, nie zmieniało to jednak jej łagodnego charakteru. Ona po prostu nie mogła zrobić nic złego.

Larry Beukes popatrzył na mnie zmęczonymi, nabiegłymi krwią oczami.

– Michaelu, pewnego dnia będzierz bogatym człowiekiem. Pewnie zbijerz fortunę, wymyźlając przyszłoźdź. Zrobisz coź dla mnie? Dla zwojego ztarego przyjaciela Larry’ego Beukeza, który od kilku lat okropnie zię martwi o zwoją głupią żonę z owzianką zamiazd mózgu? Kobietę, która dała mu więcej szczęździa, niż na to zasłużył?

Znowu płakał. Chciałem się schować. Zamiast tego przytaknąłem.

– Oczywiście, panie Beukes. Oczywiście.

– Wymyźl zposób, żeby się nie ztarzedź – powiedział. – To wszyzdgo jakiź cholerny, okropny żart. A ztarość i tak nikogo nie powstrzyma przed byciem młodym.

3

Odszedłem bez celu, ledwo zdając sobie sprawę z tego, że się poruszam, nie mówiąc już o tym, gdzie idę. Było mi gorąco, kręciło mi się w głowie i w kieszonce koszuli miałem dziesięć dolarów, których nie chciałem. Moje brudne adidasy, model Run-DMC zaniosły mnie do najbliższego miejsca, gdzie mogłem się pozbyć tej forsy.

Po drugiej stronie drogi, naprzeciwko wjazdu do Golden Orchards, stała duża stacja Mobila: tuzin pomp i cudownie chłodny sklep, w którym można było kupić stripsy z suszonej wołowiny, czipsy cebulowe i – jeśli się było dostatecznie dorosłym – magazyny z gołymi babami. Tamtego lata pijałem „drinka” według własnej receptury, z kruszonym lodem: napełniałem prawie litrowy kubek lodem i colą waniliową, a na wierzch dawałem coś, co nazywało się Arctic Blu, miało kolor płynu do mycia szyb i smakowało trochę jak wiśnia, a trochę jak melon. Zwariowałem na punkcie tego napoju, chociaż dzisiaj pewnie nawet bym go nie tknął. Dla mojego czterdziestoletniego podniebienia byłby smutkiem nastolatka.

Idąc tak i rozmyślając o Arctic Blu Coca-Cola Special, zorientowałem się, gdzie jestem, dopiero kiedy zobaczyłem znak Mobila, czyli czerwonego Pegaza obracającego się na dwunastometrowym słupie. Parking został niedawno pokryty świeżym asfaltem, czarnym i grubym jak czekoladowe ciasto. Gorąco odbijało się od niego i całe miejsce lekko falowało, jak oaza widziana w fatamorganie przez człowieka, który umiera z pragnienia. Nie zauważyłem ani białego cadillaca przy pompie numer dziesięć, ani stojącego obok faceta, dopóki się do mnie nie odezwał.

– Hej – powiedział, a kiedy nie zareagowałem (szedłem jak we śnie, z powodu gorąca), powtórzył mniej miłym głosem: – Hej, ciasteczkowy potworze!

Tym razem go usłyszałem. Mój radar, dostrojony do każdego dźwięku, który mógł oznaczać, że oberwę, zapiszczał przy „ciasteczkowym potworze”, zaalarmowany tonem mężczyzny, pełnym lekkiej pogardy.

On sam raczej nie powinien śmiać się z wyglądu innych ludzi. Nie chodziło o ciuchy. Ubrany był dość dobrze, chociaż nie na tę okazję: w takich ciuszkach lepiej prezentowałby się na tle drzwi wejściowych klubu nocnego w San Francisco niż obok pompy na stacji Mobila na zadupiu kalifornijskiego przedmieścia. Miał na sobie czarną jedwabną koszulę z krótkimi rękawami i ze szklanymi czerwonymi guzikami, długie, czarne spodnie z kantem jak brzytwa oraz czarne kowbojskie buty haftowane czerwoną i białą nicią.

Był jednak okropnie brzydki: miał podbródek cofnięty prawie aż do długiej szyi, a policzki poznaczone starymi bliznami po trądziku. Jego opalone na brązowo przedramiona pokryte były czarnymi tatuażami; linie odręcznego pisma owijały jego ręce aż po nadgarstki długimi wężowymi splotami. Na piersiach zwisał mu krawat bolo z zapinką z przezroczystego plastiku. W środku widać było zwiniętego żółtawego skorpiona.

– Tak, proszę pana? – spytałem.

– Idziesz do sklepu? Po batona albo coś takiego?

Wetknął pistolet dystrybutora do otworu baku w swoim wielkim, białym krążowniku.

– Tak, proszę pana – powiedziałem, myśląc: Ssij mi batona, dupku.

Sięgnął do przedniej kieszeni i wysupłał zwitek pożółkłych, brudnych banknotów. Wyłuskał z niego dwudziestkę.

– Wiesz co, zanieś to do środka, powiedz im, żeby włączyli pompę dziesięć i… Hej, tępaku, mówię do ciebie. Słuchaj.

Odpłynąłem na moment, bo moje spojrzenie przyciągnął przedmiot leżący na bagażniku cadillaca: aparat Polaroida.

Chyba wiecie, jak wygląda polaroid, nawet jeśli jesteście młodzi i nigdy nie mieliście żadnego w ręce. Oryginalny polaroid instant był swego czasu ikoną: i dzięki designowi, i technologii. Był esencją lat osiemdziesiątych, jak Pac-Man i Reagan.

Dzisiaj każdy ma w kieszeni aparat, a oglądanie zdjęć zaraz po ich zrobieniu to nic takiego. Ale latem 1988 roku polaroid był jednym z nielicznych urządzeń, które pozwalały strzelić fotkę i prawie od razu ją wywołać. Aparat wypluwał gruby, biały kartonik z szarym prostokątem kliszy w środku i po kilku minutach – szybciej, jeśli machało się kartonikiem, żeby aktywować substancję chemiczną – obraz wypływał z ciemności na powierzchnię i stawał się fotografią. Wtedy była to najnowsza technologia.

Kiedy zobaczyłem aparat, wiedziałem, że to on, ten facet – Pan Polaroid, przed którym ukrywała się pani Beukes. Przebiegły jak łasica w swoim białym cadillacu kabriolecie z czerwonym dachem i czerwonymi siedzeniami. Rzucał się w oczy jak skurwysyn.

Byłem oczywiście świadomy, że cokolwiek pani Beukes twierdziła na temat tego faceta, nie były to fakty, tylko ślepe strzały z krztuszącego się silnika, który zaraz wysiądzie. Ale jej słowa: „Nie pozwól się sfotografować” nie chciały się ode mnie odczepić. Kiedy poskładałem wszystko do kupy, kiedy zdałem sobie sprawę, że Pan Polaroid to nie starcza fantazja, lecz prawdziwy gość, stojący tuż przede mną, moje plecy i ramiona pokryła gęsia skórka.

– Uch… tak, proszę pana? Słucham.

– No już – rzucił. – Weź tę dwudziestkę i powiedz im, żeby włączyli pompę. Pan Caddy jest spragniony, ale wiesz co, dzieciaku? Reszta jest twoja. Kup sobie książkę o dietach.

Nawet się nie zaczerwieniłem. Byłem półprzytomny, jego obraźliwe słowa ledwo musnęły moją świadomość.

Zerknąłem jeszcze raz i zorientowałem się, że to nie jest polaroid. A raczej nie do końca. Znałem te aparaty dość dobrze – kilka z nich rozebrałem na części – i ten wyglądał odrobinę inaczej. Przede wszystkim był czarny z czerwonym przodem, pod kolor samochodu i ubrań. Ale był też po prostu… inny. Bardziej obły. Leżał na bagażniku, w zasięgu ręki Pana Przebiegłego, lekko odwrócony, więc nie mogłem dostrzec nazwy firmy. Konica? Od razu jednak uderzyło mnie coś jeszcze innego. Polaroid miał szufladkę na zawiasach, otwieraną z przodu, gdzie ładowało się paczkę klisz. Nie mogłem dojrzeć, jak ładowało się ten sprzęt. Ale wydawało się, że został wykonany z jednego gładkiego kawałka.

Facet zauważył, że gapię się na aparat, i zrobił coś dziwnego: obronnym gestem położył na nim rękę, jak starsza pani ściskająca torebkę, kiedy na ulicy mija ją paru osiłków. Drugą dłoń, tę z wymemłaną dwudziestką, wyciągnął przed siebie.

Obszedłem tylny zderzak i sięgnąłem po pieniądze. Moje spojrzenie przesunęło się po literach obiegających przedramię faceta. Nie rozpoznałem alfabetu, ale przypominał hebrajski.

– Fajny napis – powiedziałem. – Co to za język?

– Fenicki.

– Co tam jest napisane?

– „Nie wkurwiaj mnie”. Albo coś w tym stylu.

Wetknąłem pieniądze do kieszonki koszuli i zacząłem się cofać od nieznajomego. Za bardzo się bałem, żeby odwrócić się do niego plecami.

Nie patrzyłem, gdzie idę, i zniosło mnie z kursu: wpadłem na tylny błotnik i omal się nie przewróciłem. Chwyciłem za bagażnik, żeby złapać równowagę, i wtedy zobaczyłem albumy ze zdjęciami.

Chyba z tuzin ich leżał na tylnym siedzeniu. Jeden był otwarty i dostrzegłem polaroidowe fotografie wsunięte w foliowe koszulki, po cztery na każdej stronie. Na zdjęciach nie było nic specjalnego. Prześwietlone ujęcie starego człowieka zdmuchującego świeczki na torcie. Zmoczony deszczem corgi wpatrujący się w obiektyw smutnymi, głodnymi oczami. Napakowany koleś w idiotycznym pomarańczowym podkoszulku, siedzący na masce pontiaca trans am, żywcem wyjęty z serialu Nieustraszony.

To ostatnie zdjęcie zwróciło moją uwagę. Wydawało mi się, że znam tego chłopaka w podkoszulku. Być może z telewizji, niewykluczone, że był wrestlerem i wpadł na ring na kilka rund z Hulkiem Hoganem.

– Ma pan dużo fotografii – powiedziałem.

– Taka moja robota. Jestem skautem.

– Skautem?

– Pracuję przy filmach. Jak widzę interesujące miejsce, robię mu zdjęcie. Widzę ciekawą twarz, też ją fotografuję. – Uniósł jeden kącik ust i pokazał krzywe zęby. – Po co? Chcesz wystąpić w filmie, dzieciaku? Chcesz, żebym zrobił ci zdjęcie? No wiesz, nigdy nie wiadomo. Może jakiemuś agentowi od obsady spodoba się twoja buźka. I zanim się zorientujesz… Hollywood, dziecino.

Nie podobał mi się sposób, w jaki dotykał aparatu, z jakąś nerwową gorliwością.

Nawet w teoretycznie bardziej niewinnych latach osiemdziesiątych nie miałem ochoty pozować do zdjęć facetowi, który wyglądał, jakby kupował ciuchy w firmie Między Nami Pedofilami. No i pamiętałem to, co mi powiedziała Shelly: „Nie pozwól się sfotografować”. To ostrzeżenie było jak jadowity pająk z włochatymi nogami, pełznący w dół po moim kręgosłupie.

– Raczej nie – odparłem. – Mogę się nie zmieścić w kadrze.

Obiema rękami pokazałem kałdun rozpychający się pod moją koszulą.

Przez moment wybałuszał oczy zanurzone w jego zniszczonej twarzy, a potem zarżał chropawym końskim śmiechem, w którym słychać było i niedowierzanie, i prawdziwe rozbawienie. Wycelował we mnie palcem i przygiął kciuk jak do spustu pistoletu.

– Jesteś w porządku, dzieciaku. Lubię cię. Tylko się nie zgub w drodze do kasy.

Odszedłem na miękkich nogach, wcale jednak nie dlatego, że uciekłem dziwakowi z niewyparzoną gębą i jeszcze gorszą twarzą. Byłem rozsądnym dzieckiem. Czytałem Isaaca Asimova, wielbiłem Carla Sagana i czułem duchową więź z Matlockiem granym przez Andy’ego Griffitha. Wiedziałem, że wymysły Shelly Beukes na temat Pana Polaroida (wtedy myślałem już o nim „Fenicjanin”) były głupimi fantazjami rozjeżdżającego się mózgu. Jej ostrzeżenia nie powinny mieć znaczenia – ale miały. W ciągu tych kilku chwil naprawdę się zmobilizowałem i zarazem miałem niezłego pietra, jakbym się nagle dowiedział, że dostałem miejsce numer 13 na lot 1313 w piątek trzynastego (i nieważne, że trzynastka to fajna liczba, nie tylko pierwsza i Fibonacciego, ale również liczba emirp, co oznacza, że pozostaje również liczbą pierwszą, kiedy odwróci się kolejność cyfr i zrobi z niej trzydzieści jeden).

Wszedłem do minimarketu, wyciągnąłem pieniądze z kieszonki i rzuciłem je na ladę.

– To za pompę numer dziesięć, od tego miłego pana z cadillakiem – powiedziałem do pani Matsuzaki, która stała za kasą razem ze swoim synem Yoshim.

Poza nią nikt nigdy nie nazywał go Yoshi; wołali na niego Mat, przez jedno „t”. Mat miał wygoloną głowę, długie, gruzłowate ramiona i roztaczał wokół siebie atmosferę surfera luzaka. Był ode mnie pięć lat starszy i pod koniec lata przenosił się do Berkeley. Zamierzał pozbawić swoich rodziców interesu i wynaleźć samochód, który jeździłby bez benzyny.

– Cześć, Figiel – odezwał się i skinął do mnie głową, co trochę mnie uspokoiło.

Okay, nazwał mnie Figlem, ale nie wziąłem tego do siebie. Dla większości dzieciaków to po prostu było moje imię. Dzisiaj taka ksywa brzmi okropnie homofobicznie – bo taka też była! – lecz w 1988 roku, w epoce AIDS i Eddiego Murphy’ego, powiedzieć do kogoś „figiel” albo „pedał” to był szczyt dowcipu. Zgodnie z ówczesnymi standardami Mat był wzorem wrażliwości. Od deski do deski czytał „Popular Mechanics” i czasem, kiedy przyplątałem się do minimarketu, podtykał mi stare numery pisma, bo akurat znalazł w nich coś, co mogło mi się przydać: prototyp plecaka odrzutowego albo osobistą jednoosobową łódź podwodną. Nie zrozumcie mnie źle. Nie byliśmy przyjaciółmi. On był cool siedemnastolatkiem. Ja miałem lat trzynaście i byłem beznadziejnie niecool. Prawdopodobieństwo, że zostanie moim przyjacielem, było mniej więcej takie jak to, że umówię się na randkę z Tawny Kitaen. Ale myślę, że czuł do mnie coś między sympatią i współczuciem, a do tego miał niejasną potrzebę opiekowania się mną, może dlatego, że obu nas naprawdę pasjonowały obwody scalone. W tamtych czasach byłem wdzięczny za jakikolwiek przejaw sympatii ze strony jakiegokolwiek dzieciaka.

Chwyciłem wielki kubek swojego zmrożonego Arctic Blu Coca-Cola Special. Potrzebowałem go bardziej niż zwykle. W moim żołądku przelewało się i burczało, musiałem więc go uspokoić czymś z bąbelkami.

Ledwo zdążyłem dodać ostatni chlust neonowobłękitnego Blu, kiedy Fenicjanin popchnął ramieniem drzwi, mocno, jakby miał coś przeciwko nim. Nie zauważył mnie, rozglądając się po pomieszczeniu, ponieważ otwarte skrzydło zasłoniło mu widok na automat z napojami. Podszedł prosto do pani Matsuzaki.

– Co trzeba zrobić w tej spelunie, żeby dostać bak pieprzonej benzyny? Dlaczego wyłączyła pani pompę?

Pani Matsuzaka miała zaledwie metr pięćdziesiąt wzrostu i była delikatnej budowy, a do tego wyćwiczyła do perfekcji puste, nierozumiejące spojrzenie, typowe dla pierwszego pokolenia imigrantów, którzy dobrze znali język, ale czasami łatwiej im było udawać głupka. Nieznacznie wzruszyła ramionami i pozwoliła mówić Matowi.

– Zapłacił pan dziesięć dolarów i dostał pan benzyny za dziesięć dolarów – powiedział chłopak ze swojego miejsca na stołku za ladą, pod stojakiem na papierosy.

– Któreś z was umie liczyć po angielsku? – spytał Fenicjanin. – Wysłałem tu dzieciaka z pieprzoną dwudziestką.

Czułem się, jakbym wypił cały mój Arctic Blu Coca-Cola Special jednym haustem. Moja krew zamarzła. Z przerażeniem poklepałem się po kieszeni. I od razu zrozumiałem, co się stało. Sięgnąłem po pieniądze i rzuciłem je na ladę, nie patrząc. A to była dziesiątka, którą Larry Beukes wepchnął mi wcześniej, a nie dwudziestka otrzymana od Fenicjanina na parkingu.

Jedyne, co mi przyszło do głowy, to pokajać się tak szybko i gruntownie, jak to tylko możliwe. Byłem gotowy płakać, chociaż Fenicjanin nawet jeszcze na mnie nie nakrzyczał. Potoczyłem się w stronę wyjścia ze sklepu i zahaczyłem biodrem o stojak z czipsami. Paczki lay’sów rozsypały się po podłodze. Wyszarpnąłem dwudziestkę z kieszeni.

– O rany, o rany, bardzo mi przykro, o rany. Och, ale to spieprzyłem. Przepraszam, przepraszam. Nawet nie spojrzałem na pieniądze, gdy rzucałem je na ladę, proszę pana, musiałem dać moją dziesiątkę zamiast pana dwudziestki. Przysięgam, przysięgam, że ja nie…

– Kiedy powiedziałem, że możesz zatrzymać resztę i kupić sobie jakieś pigułki odchudzające, nie miałem na myśli, że możesz mnie orżnąć na dziesiątaka.

Uniósł rękę, jakby chciał mnie złapać za głowę. Miał ze sobą aparat – trzymał go drugą ręką – i chociaż byłem mocno wstrząśnięty, uznałem to za dziwne, że nie zostawił go w samochodzie.

– Nie, naprawdę, nigdy bym tego nie zrobił, przysięgam na Boga…

Gadałem, co mi ślina na język przyniosła, a moje oczy niebezpiecznie piekły, gotowe spłynąć łzami. W pośpiechu postawiłem ogromny litrowy napój Blu na krawędzi lady i w momencie, kiedy go puściłem, zła sytuacja stała się znacznie, znacznie gorsza. Kubek się przewrócił i spadł, po czym uderzył o podłogę i eksplodował strumieniem błękitnego lodu. Lśniące odpryski błękitu opadły na perfekcyjnie wyprasowane czarne spodnie Fenicjanina, oblały jego krocze, a kilka szafirowych kropel znalazło się na aparacie.

– Kurwa! – wrzasnął, tańcząc na czubkach kowbojskich butów. – Czy ty jesteś pieprzonym debilem, wielka kupo gnoju?

– Ej! – krzyknęła mama Mata, wskazując na Fenicjanina. – Ej, ej, ej, nie walczyć w sklepie, wołam policję!

Fenicjanin spojrzał w dół, na swoje ciuchy poplamione Blu, a potem znowu na mnie. Twarz mu pociemniała. Położył polaroid, nie-polaroid na ladzie i dał krok w moją stronę. Nie wiem, co zamierzał zrobić, ale był rozkojarzony i jego lewa stopa odjechała do przodu na rozsypanym, pokruszonym lodzie. Buty miały wysokie kubańskie obcasy, wyglądało to fajnie, pewnie jednak chodziło się w nich równie trudno jak na szpilkach. Omal nie upadł na jedno kolano.

– Ja to wyczyszczę! – zawołałem. – O rany, tak mi przykro, wszystko wyczyszczę, o Jezu, proszę mi wierzyć, nigdy nie próbowałem nikogo na nic oszukać, naprawdę jestem uczciwy, nawet jak pierdnę, zawsze się przyznaję, nawet w szkolnym autobusie, przysięgam na Boga, przysięgam…

– Hej, chłopie, wyluzuj – powiedział Mat, wstając ze stołka. Był żylasty i wysoki, miał ciemne oczy, ogoloną głowę i nie musiał nikomu grozić, wystarczyło, że popatrzył. – Wyluzuj. Figiel jest w porządku. Jestem pewien, że nie chciał panu dokuczyć.

– A ty się odpieprz – warknął Fenicjanin. – Albo uważaj, zanim wybierzesz drużynę. Dzieciak orżnął mnie na dychę, cisnął we mnie napojem, a potem prawie złamałem sobie nogę na kałuży tego gówna…

– Lepiej nie zakładać takich butów, jak się nie umie w nich chodzić. – Mat nie spoglądał już na niego. – Bo któregoś dnia można sobie zrobić krzywdę.

Podał mi przez ladę rolkę papierowych ręczników, a kiedy je brałem, puścił do mnie oko, szybko i nieznacznie; niewiele brakowało, a bym to przegapił. Cały się trząsłem z wdzięczności i ulgi, że mam go po swojej stronie.

Oddarłem garść ręczników i upadłem na kolana w kałużę, żeby wytrzeć spodnie Fenicjanina. Wybaczam wam, jeśli pomyśleliście, że w ramach przeprosin chciałem mu dodatkowo obciągnąć.

– Jejku, człowieku, zawsze byłem niezdarą, zawsze, nie umiem nawet jeździć na wrotkach…

Odskoczył na bok (znowu omal się nie poślizgnął), a następnie pochylił się i wyrwał mi kłąb wilgotnego papieru.

– Hej! Hej, nie dotykaj mnie! Rzucasz się na kolana jak ktoś, kto ma o wiele za dużo praktyki. Trzymaj łapy z dala od mojego wacka. Sam sobie poradzę.

Jego spojrzenie mówiło wyraźnie: już nie byłem dla niego chłopakiem, który zasługuje na kopniaka w dupę, tylko kimś, kogo najlepiej unikać. Wytarł spodnie i koszulę, mamrocząc coś gorzko do siebie.

Ciągle trzymałem w ręce rolkę papieru, więc chlapiąc niemiłosiernie, przedostałem się przez kałużę i sięgnąłem po aparat, żeby go wyczyścić.

Byłem tak zdenerwowany i roztrzęsiony, że nie kontrolowałem ruchów, i kiedy chwyciłem aparat, dłonią nacisnąłem czerwony guzik i pstryknąłem zdjęcie. Obiektyw był skierowany za ladę, na twarz Mata. Polaroid rzygnął strumieniem białego światła i wydał z siebie wysoki, mechaniczny jęk.

Zdjęcie nie wyskoczyło tak po prostu. Aparat wyrzucił ze szczeliny kwadrat białego plastiku i wystrzelił go gdzieś daleko, poza ladę. Mat szarpnął głową do tyłu i gwałtownie zamrugał, oślepiony fleszem.

Ja też byłem trochę oślepiony. Przed oczami pełzały mi dziwne, miedziane robaczki. Potrząsnąłem głową, gapiąc się głupio na aparat znajdujący się w mojej prawej ręce. Marka nazywała się Solarid, nigdy o niej nie słyszałem i o ile było mi wiadomo, w ogóle nie istniała, ani w tym kraju, ani w żadnym innym.

– Odłóż to – powiedział Fenicjanin, a w jego głosie pojawiła się nowa nuta.

Była znacznie gorsza niż krzyk. Był to dźwięk obracanego bębna w rewolwerze, dźwięk odciąganego kurka.

– Ja tylko chciałem… – zacząłem, czując, że język rośnie mi w ustach.

– Chciałeś tylko zrobić sobie krzywdę. I zaraz ci się uda.

Wyciągnął dłoń, a ja włożyłem w nią solarida. Myślę, że gdybym wtedy upuścił aparat, gdyby wysunął się z moich spoconych trzęsących się palców, facet by mnie zabił. Położyłby mi rękę na gardle i zacisnął. Nie miałem wówczas żadnych wątpliwości i nadal nie mam. Szarymi oczami zlustrował mnie z zimną, skłębioną furią, choć jego poznaczona bliznami twarz była nieruchoma jak gumowa maska.

Wyrwał mi aparat i wszystko to zniknęło. Przeniósł spojrzenie na młodego mężczyznę i starszą kobietę za ladą.

– Zdjęcie – zażądał. – Podaj mi zdjęcie.

Mat chyba ciągle był oślepiony fleszem. Popatrzył na mnie. Popatrzył na matkę. Wyglądał, jakby nie wiedział, o czym mowa.

Fenicjanin zignorował go i skoncentrował się na pani Matsuzace. Wysunął rękę.

– To jest moje zdjęcie i chcę je z powrotem. Mój aparat, mój film, moje zdjęcie.

Omiotła wzrokiem podłogę, a potem spojrzała na niego i znów wzruszyła ramionami.

– Wyskoczyło z aparatu i spadło obok lady. – Fenicjanin powiedział to głośno i powoli, tak jak mówią ludzie bardzo wkurzeni na cudzoziemców. Jakby decybele miały pomóc w zrozumieniu. – Wszyscy widzieliśmy. Poszukaj go. Rozejrzyj się pod nogami.

Mat potarł dłońmi oczy, opuścił ręce i ziewnął.

– Co się dzieje? – zapytał, jakby właśnie wykopał się z pościeli i ze swojej sypialni trafił w sam środek awantury.

Matka odezwała się do niego po japońsku; była zdenerwowana. Przez chwilę gapił się na nią zamglonym spojrzeniem, zaraz jednak uniósł podbródek i zerknął na Fenicjanina.

– W czym problem, człowieku?

– Zdjęcie. Fotografia, którą ci zrobił ten gruby dzieciak. Chcę ją dostać.

Fenicjanin zamilkł. Przesunął się o krok w kierunku niskich drzwiczek prowadzących za ladę i do kasy. Mama Mata, która bez większej nadziei przyglądała się podłodze, poderwała głowę i oparła dłoń o wewnętrzną stronę drzwiczek, zanim facet je pchnął. Na twarzy miała wyraz dezaprobaty.

– Nie. Klient zostać druga strona! Nie, nie!

– Chcę to pieprzone zdjęcie – wysyczał Fenicjanin.

– No, człowieku! – Jeśli Mata rzeczywiście coś otumaniło, to już się otrząsnął. Wkroczył między matkę a Fenicjanina i nagle wydał się bardzo duży. – Słyszałeś, co powiedziała. Cofnij się. Polityka firmy: po tej stronie tylko ci, co tu pracują. Nie podoba ci się? Kup kartkę i wyślij zażalenie do Mobila. Na pewno nie mogą się doczekać.

– Czy mogliby się państwo pospieszyć? Mam dziecko w samochodzie – odezwała się kobieta, która stała za mną z kilkoma puszkami jedzenia dla kotów.

A co? Myśleliście, że było nas tylko czworo w tamtej chwili w Mobil Mart? Kiedy oblałem Fenicjanina moim specjałem Arctic Blu i kiedy on przeklinał, wściekał się i groził, ludzie wchodzili, brali z półek napoje i czipsy oraz zapakowane w plastik kanapki i ustawiali się za mną w kolejce, która sięgała już do połowy sklepu.

Mat poruszył się za ladą.

– Następny.

Mama z puszkami obeszła ostrożnie kałużę, błękitną jak z filmów fantastycznych, i Mat zaczął kasować jej zakupy.

Fenicjanin popatrzył na niego z niedowierzaniem. Opryskliwa odmowa Mata musiała być zniewagą dla kogoś z plamą zmrożonego Blu na spodniach.

– Wiecie co? Pieprzcie się. Pieprzyć ten sklep, pieprzyć tego tłustego śmiecia i pieprzyć ciebie, pojebie. Mam dość benzyny, żeby wydostać się z tej gównianej dziury. Nie wrzucę do tego klopa nawet centa więcej.

– To będzie dolar osiemdziesiąt dziewięć centów – powiedział Mat do kobiety z kocim jedzeniem. – Popołudniowa rozrywka za darmo.

Fenicjanin podszedł do drzwi, ale zatrzymał się, z jedną nogą na zewnątrz, i spojrzał na mnie.

– Nie zapomnę o tobie, dzieciaku. Rozglądaj się na obie strony, jak będziesz przechodził przez jezdnię. Wiesz, co mam na myśli?

Ze strachu nie byłem w stanie odpowiedzieć. Wypadł za drzwi. Chwilę później jego cadillac z piskiem opon wystrzelił spod pompy na dwupasmówkę.

Wytarłem napój z podłogi resztką papierowych ręczników. To była ulga, opaść na kolana poniżej poziomu oczu, gdzie mogłem sobie popłakać w takiej półsamotności. Ludzie, przecież miałem dopiero trzynaście lat. Klienci obchodzili mnie dookoła, płacili za swoje rzeczy i wychodzili, dyskretnie udając, że nie słyszą moich szlochów i siąkania nosem.

Kiedy posprzątałem już ten bałagan (podłoga nadal się lepiła, ale była sucha), zaniosłem na ladę wielki kłąb nasiąkniętych papierowych ręczników. Pani Matsuzaka stała po drugiej stronie z synem, patrzyła w przestrzeń i zaciskała usta, ale gdy zobaczyła mnie z tymi mokrymi ręcznikami, oderwała się od swoich myśli i wyciągnęła spod kontuaru gigantyczny kosz na śmieci. Popchnęła go w moim kierunku i wtedy je zauważyłem: zdjęcie leżało w kącie obrazkiem do dołu. Wsunęło się pod śmietnik i dlatego wcześniej nie było go widać.

Gdy wrzuciłem wilgotne ręczniki do kosza, pani Matsuzaka też je dostrzegła i zaraz po nie sięgnęła. Spojrzała na fotografię, jakby nic nie rozumiejąc. Potem przeniosła wzrok na mnie i podniosła zdjęcie, żebym również mógł je obejrzeć.

To powinno być zbliżenie twarzy Mata. Obiektyw był skierowany prosto na niego.

Ale na zdjęciu byłem ja.

Tylko że nie ja sprzed kilku minut. To byłem ja sprzed kilku tygodni. Na fotografii siedziałem na plastikowym krześle przy automacie z napojami, czytałem „Popular Mechanics” i popijałem napój z olbrzymiego plastikowego kubka. Na tym polaroidzie (solaridzie?) miałem na sobie biały T-shirt z Huey Lewisem i parę dżinsowych szortów do kolan. Dzisiaj natomiast włożyłem spodnie khaki i hawajską koszulę z kieszeniami. A do tego fotograf, który cyknął tę fotkę, musiał stać po przeciwnej stronie lady.

To nie miało sensu. Gapiłem się na zdjęcie w całkowitym osłupieniu, próbując wygłówkować, skąd się wzięło. Nie była to fotografia, którą sam przypadkowo zrobiłem, ale i tak nie rozumiałem, jak mogła pochodzić sprzed kilku tygodni. Nie przypominałem sobie, żeby Mat albo jego mama strzelili mi fotkę, kiedy czytałem jeden z magazynów Mata. Nie mogłem sobie nawet wyobrazić, dlaczego mieliby to zrobić, a poza tym nigdy nie widziałem żadnego z nich z aparatem Polaroida w ręce.

Przełknąłem ślinę i zapytałem:

– Mogę to wziąć?

Zdziwiona pani Matsuzaka po raz ostatni rzuciła okiem na fotografię, następnie odęła wargi i położyła zdjęcie na ladzie. Przesunęła je w moim kierunku, a kiedy cofnęła dłoń, potarła czubki palców o siebie, tak jakby emulsja zostawiła paskudny ślad na jej skórze.

Przyglądałem się ujęciu jeszcze przez chwilę, z nieprzyjemnym uciskiem w okolicy mostka, z jakimś uczuciem strachu, którego nie wywołały ani gniew, ani groźby Fenicjanina. Wetknąłem zdjęcie do kieszonki koszuli i odsunąłem się od kasy. Położyłem na blacie dwudziestkę i przeszedł mnie dreszcz. Pomyślałem: To są jego pieniądze. Co będzie, kiedy sobie przypomni, że mu ich nie oddałeś? Lepiej rozglądaj się na obie strony, jak będziesz przechodził przez jezdnię. Lepiej dobrze się rozglądaj, Figiel. Widzicie, nawet sam się zwyzywałem.

– Przepraszam za kłopot – powiedziałem. – To za litrowy napój gazowany.

– No coś ty, chłopie. Nie mam zamiaru cię za to skasować. To tylko trochę rozlanej wody z cukrem.

Mat popchnął pieniądze z powrotem do mnie.

– Okay. W porządku. Wiszę ci za to, że nie pozwoliłeś skopać mi tyłka. Uratowałeś mi życie, Mat. Poważnie.

– Jasne, jasne – odparł, ale jednocześnie zmrużył oczy i uśmiechnął się do mnie dziwnie, jakby nie był do końca pewien, o czym mówię. Zastanawiał się chwilę, a potem potrząsnął głową. – Hej, mogę cię o coś spytać?

– Śmiało! O co, Mat?

– Mówisz, jakbyśmy się znali. Spotkaliśmy się już kiedyś?

4

Wyszedłem stamtąd ze zszarganymi nerwami. Szumiało mi w głowie. Byłem pewien, że Mat nie ma najmniejszego pojęcia, kim jestem, i nie pamięta, że mnie kiedykolwiek widział, że przez ostatni rok codziennie zaglądałem do tego Mobila i czytywałem jego stare egzemplarze „Popular Mechanics”. Po prostu mnie nie znał. To mną porządnie trząchnęło.

Powtarzałem sobie, że nie rozumiem, że to wariactwo, bez sensu, ale nie do końca była to prawda. Gdzieś w podświadomości świtało mi coś na temat przyczyny nagłej amnezji Mata. Czułem to tak, jak się czuje, że w ścianie mieszkają szczury, chociaż ich nie widać. Słychać jednak skrobanie ich pazurów. Moje podejrzenia co do Mata i solarida były okropne, jak z horroru Stevena Spielberga, i nie byłem w stanie dopuścić ich do świadomości. Jeszcze nie teraz.

Wróciłem do domu, mocno spanikowany. Po drodze, na Plum Street, której przejście zajęło mi dziesięć minut, w myślach umarłem siedem razy.

Dwa razy usłyszałem za sobą pisk opon samochodu Fenicjanina na asfalcie i odwróciłem się na ułamek sekundy przed tym, zanim uderzyła we mnie lśniąca, chromowana chłodnica cadillaca.

Raz Fenicjanin wślizgnął się za mną na przystanek, z łyżką do opon w rękach, zagnał mnie do lasu i zatłukł na śmierć.

Przejechał mnie, kiedy próbowałem się przekraść przez podjazd Thatcherów, a następnie utopił w ich liliowym, nadmuchiwanym brodziku. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłem, był bezgłowy G.I. Joe na dnie.

Fenicjanin przejechał obok, zwolnił, wystawił przez okno rękę z pistoletem i posłał w moją stronę dwie kule: jedna przebiła mi szyję, a druga policzek.

Przejechał obok, powoli, i obciął mi głowę zardzewiałą maczetą. Ciach!

Przejechał obok, powoli, i powiedział: „Hej, dzieciaku, jak leci?”, a moje słabe serce przestało bić w tłustej klatce piersiowej i zwaliłem się martwy z powodu rozległego zawału, w wieku trzynastu lat, taki młody, taki obiecujący.

Zdjęcie tkwiło w mojej kieszonce. Nie opuszczało mnie wrażenie, że to kawałek gorącego materiału radioaktywnego, coś, od czego można dostać raka. Wolałbym już chyba mieć przy sobie pornosa z nieletnimi. Sam fakt, że miałem tę fotografię, sprawiał, że czułem się przestępcą. Jakby to był dowód… chociaż nie wiedziałem, jakiej zbrodni.

Przeciąłem trawnik i wszedłem do domu. Usłyszałem mechaniczny dźwięk i podążyłem za nim do kuchni. Ojciec był już na nogach i ubijał mikserem pomarańczowy krem. Coś się piekło w piecyku, a w powietrzu unosił się ciepły zapach sosu, jak gdyby ktoś właśnie otworzył puszkę karmy dla psów.

– Czuję obiad. Co jest w piekarniku?

– Bitwa pod Stalingradem – odpowiedział.

– A co tam ubijasz, takiego pomarańczowego?

– Przybranie do Panamskiego Dreszczyku.

Otworzyłem lodówkę, szukając lemoniady, i znalazłem Panamski Dreszczyk – góropodobną rzeźbę z galarety, z wisienkami wetkniętymi w trzęsącą się masę. Ojciec umiał przyrządzić tylko kilka potraw, między innymi galaretkę, dania z makaronu z mieloną wołowiną i kurczaka w sosie z zupy z puszki. Jego prawdziwy talent objawiał się w nazwach. Jednego wieczoru była to Bitwa pod Stalingradem, innego Masakra Piłą Mechaniczną (dziwna mieszanina białej fasoli i mięsa z czerwonym jak krew sosem), Cygaro Fidela na lunch (brązowa tortilla nadziewana szarpaną wołowiną i kawałkami ananasa) albo Pizza Farmera na śniadanie (omlet ze stertą sera i posiekanymi resztkami). Ojciec nie był grubasem jak ja, ale dzięki tej diecie nie był też chudzielcem. Kiedy mijaliśmy się w przedpokoju, każdy z nas musiał obrócić się bokiem.

Nalałem sobie lemoniady, wypiłem całą szklankę czterema łykami. Za mało. Nalałem następną.

– Już prawie gotowe – powiedział.

Mruknąłem coś w rodzaju „W porządku”. Na Bitwę pod Stalingradem składały się tłuczone ziemniaki ze stekiem na wierzchu i sos mięsno-pieczarkowy ze słoika. Jedzenie tego przypominało konsumowanie wiadra płynnego cementu. Niemal się ugotowałem po drodze do Mobila i z powrotem i zapach obiadu, przywodzący na myśl jedzenie dla psa, przyprawiał mnie o mdłości.

– Nie cieszysz się? – spytał ojciec.

– Cieszę się, cieszę.

– Przepraszam, że to nie maminy placek z jabłkami. Ale muszę ci powiedzieć, że nawet gdyby mama tu była, raczej nie piekłaby placków.

– Czy ja wyglądam jak dzieciak, który potrzebuje placków?

Spojrzał na mnie z ukosa i stwierdził:

– Wyglądasz jak dzieciak, który może potrzebować środków przeciwgorączkowych. Dobrze się czujesz?

– Po prostu muszę posiedzieć i ochłonąć – odparłem. – Nie było mi tak gorąco, od kiedy walczyłem z Wietkongiem na obrzeżach Khe Sanh.

– Nie mówmy o tym. Jak zacznę myśleć o chłopcach, których tam pozostawiliśmy, łzy będą mi ciekły do bitej śmietany.

Wyszedłem, gwiżdżąc Goodnight Saigon. Tata i ja ciągle się zgrywaliśmy, jak to razem walczyliśmy z północnymi Wietnamczykami, transportowaliśmy broń dla Contras czy ledwo przeżyliśmy katastrofę helikoptera, ratując zakładników w Iranie. Tak naprawdę żaden z nas nigdy nie wyjechał z Kalifornii, nie licząc jednej podróży na Hawaje, kiedy wciąż jeszcze byliśmy normalną rodziną. To moja matka była od przeżywania przygód w odległych miejscach.

Technicznie rzecz biorąc, moi rodzice nadal byli małżeństwem, ale matka mieszkała wśród plemion południowo-zachodniej Afryki i przyjeżdżała do domu tylko od czasu do czasu, zazwyczaj nie na dłużej niż miesiąc. Nie czułem się swobodnie w jej obecności. Nie rozmawialiśmy; rozmowa z moją matką przypominała serię quizów na tematy takie, jak feminizm, socjalizm albo moje odczucia dotyczące mojej tożsamości seksualnej. Czasem prosiła, żebym usiadł obok niej na sofie, żeby mogła mi poczytać artykuł z „National Geographic” o okaleczaniu genitaliów. Albo oznajmiała, że golenie pach przez kobiety to forma patriarchalnej kontroli, a potem przyglądała mi się z wrogą fascynacją, jakby się spodziewała, że mam coś przeciwko sztywnym, szarym kępkom pod jej pachami. Kiedy zapytałem ojca, dlaczego nie mieszkają razem, odpowiedział: „Bo matka jest błyskotliwa”.

Też tak uważałem. Czytałem jej książki, chociaż nie należały do tych, od których nie można się było oderwać. Ale podobało mi się, jak zbierała do kupy drobne obserwacje i nagle rozpościerała je przed czytelnikiem – niczym wachlarz – i pokazywała stojącą za nimi głęboką myśl. Pasja całkowicie ją pochłaniała, obezwładniała ją. Nie sądzę, żeby miała jeszcze w głowie miejsce dla męża i syna.

Wyciągnąłem się na kanapie pod oknem, w półmroku salonu. Przez dobre pół minuty przesuwałem kciukiem po brzegu zdjęcia w mojej kieszeni, zanim w ogóle zorientowałem się, że to robię. Jakaś część mnie nie chciała na nie spojrzeć, ani wtedy, ani nigdy. Dziwne uczucie. W końcu to było tylko zdjęcie, na którym siedziałem obok automatu z napojami, czytając magazyn. Nic podejrzanego, dopóki się nie wiedziało, że zostało zrobione dzisiaj, a pokazywało coś, co zdarzyło się kilka dni, może nawet tygodni wcześniej.

Jakaś część mnie nie chciała na nie patrzeć, ale inna część nie mogła się powstrzymać.

Wyjąłem fotografię z kieszeni i przechyliłem, żeby ją obejrzeć w dziwnym, burzowym świetle popołudnia. Jeśli duchy mają kolor, jest to kolor sierpniowej burzy, która za chwilę wybuchnie. Niebo miało dokładnie ten sam brudnoszary odcień co odbitka polaroidowa w momencie, kiesy się wywołuje.

Na zdjęciu garbiłem się nad pomiętym egzemplarzem „Popular Mechanics”, wyglądałem grubo i niezbyt interesująco. Fluorescencyjne światło nad moją głową dodawało mi błękitną poświatę nieumarłych z filmu George’a Romera.

„Nie pozwól się sfotografować – powiedziała Shelly Beukes. – Nie daj mu niczego sobie zabrać”.

Ale on mnie nie sfotografował. Byłem na zdjęciu, choć nie wymierzył we mnie aparatu i nie nacisnął guzika. Tak naprawdę w ogóle nie zrobił tego zdjęcia. Ja je zrobiłem, a solarid był skierowany na Mata.

Upuściłem zdjęcie z uczuciem obrzydzenia, jakbym nagle spostrzegł, że trzymam wijącą się larwę.

Przez jakiś czas leżałem w chłodnym cieniu, starając się nie myśleć, bo moja głowa była jak popsuta zabawka. Próbowaliście kiedyś nie myśleć? To jak próbować nie oddychać – nie da się na dłuższą metę.

Dojrzałość to nie jest coś, co spływa na człowieka raptem. To nie jest granica między dwoma krajami, po przekroczeniu której człowiek znajduje się na nowej ziemi i mówi obcym językiem dorosłych. Już bardziej przypomina audycję z daleka w samochodowym radiu: czasem nie sposób usłyszeć niczego oprócz szumu, a potem odbiór się wyostrza i dochodzi doskonale czysty sygnał.

Myślę, że wtedy właśnie, w całkowitym bezruchu, słuchałem Radia Dorosłość, mając nadzieję, że złapię transmisję z jakimiś przydatnymi informacjami i instrukcjami postępowania w nagłych wypadkach. Nie mogę powiedzieć, żeby cokolwiek do mnie dotarło, ale kiedy tak leżałem, moje spojrzenie padło na małą kolekcję rodzinnych albumów ze zdjęciami, które ojciec ustawił na górnej półce szafki w rogu pokoju. Tata lubił porządek w rzeczach. W pracy nosił pas z narzędziami i wszystko zawsze było na swoim miejscu: obcęgi w futerale, a nóż do cięcia izolacji w specjalnej pętelce.

Wybrałem jeden album, rzuciłem się z powrotem na kanapę i zacząłem przewracać kartki. Najstarsze zdjęcia były kwadratowe, błyszczące i – trzymajcie się stołków, dzieciaki, nie zmyślam – czarno-białe. Jedno z pierwszych ukazywało moich rodziców razem w dniach przed ślubem. Oboje byli za starzy i za porządni na hipisów i raczej nie dało się o nich powiedzieć „urocza para”. Jedynym ukłonem ojca w stronę tamtych czasów były krzaczaste bokobrody i okulary słoneczne z barwionymi szkłami. Moja matka, słynna afrykańska antropolożka, miała na sobie – nawet na rodzinnym spotkaniu – szorty khaki podciągnięte powyżej pępka i ciężkie buty trekkingowe. Uśmiechała się, jakby ją uwierały. Nie było żadnego ujęcia, na którym obejmowaliby się albo całowali, albo chociaż patrzyli na siebie.

Na kilku fotografiach trzymali mnie na zmianę. Na jednej matka, na podłodze, machała ogromnymi gumowymi kluczami nad głową niemowlęcia leżącego na pleckach, a ono próbowało dosięgnąć zabawki tłustymi paluszkami. Na innej ojciec stał po pas w czyimś basenie, ściskając w ramionach nagiego malucha. Już wtedy byłem tłusty.

Najczęściej jednak to nie ojciec ani matka byli ze mną na zdjęciach, tylko… Shelly Beukes. Uświadomiłem to sobie ze zdumieniem. Kiedy sześć lat temu przeszła na emeryturę, nic nie czułem; było mi dokładnie wszystko jedno, jakby ojciec oznajmił, że wymieniamy stół. Szokuje was może uprzywilejowany siedmiolatek z Doliny, co to uważał, że wszystko mu się należy? Mój ojciec nie powiedział mi wtedy, że przeszła operację serca. Tylko że trochę się zestarzała, a starsi ludzie potrzebują więcej odpoczynku. I tak mieszkała w pobliżu, mogłem ją odwiedzić w każdej chwili.

Czy to robiłem? Och, czasem wpadałem na herbatę albo ciasteczka z daktylami i siedzieliśmy, oglądając serial Napisała: Morderstwo, a ona pytała mnie, jak leci. Z pewnością zachowywałem się grzecznie, ale jak najszybciej zjadałem ciasteczka, żeby móc już iść. Kiedy jesteś dzieckiem, popołudnie w przegrzanym salonie ze starszą panią przed telewizorem jest jak przepustka do zatoki Guantánamo. Miłość nie ma tu nic do rzeczy. Że jej coś zawdzięczałem, że coś dla niej znaczyłem – takie kwestie nie zaprzątały mi głowy.

Ale była tu, na jednym zdjęciu po drugim.

Trzymaliśmy się krat w celi w Alcatraz, oboje wykrzywialiśmy twarze w udanym przerażeniu.

Siedziałem na jej ramionach, żeby zerwać brzoskwinię z gałęzi, wolną ręką wciskałem jej na twarz słomkowy kapelusz.

Zdmuchiwałem świeczki, a ona stała obok mnie, z rękami uniesionymi do oklasków. I tak… z tego okresu wszystkie zdjęcia były polaroidami. Oczywiście my też mieliśmy taki aparat. Wszyscy mieli. Tak jak wszyscy mieli wideo, mikrofalę i podkoszulek z reklamą restauracji Wendy’s i napisem GDZIE WOŁOWINA?

Kobieta na zdjęciach była stara, ale miała lśniące, nieomal dziewczęce oczy i pasujący do nich psotny uśmiech. Na jednej z fotografii jej włosy były czerwone od światła neonu reklamującego w barze piwo. Na innej miały śmieszny odcień marchewki i do tego paznokcie pomalowane pod kolor. Zawsze mnie obejmowała, czochrała mi włosy, trzymała na kolanach, a ja wsuwałem jedno z jej ciasteczek nadziewanych daktylami: gruby dzieciak w majtkach ze Spider-Manem i plamami po soku winogronowym na brodzie.

Po przerzuceniu jakichś dwóch trzecich kartek znalazłem zdjęcie z dawno zapomnianego przyjęcia z grillem na podwórku. Tym razem włosy Shelly były w kolorze Arctic Blu. Obok niej stał Larry, Afrykaner w za ciasnych piaskowych spodniach i białej koszuli, z podwiniętymi rękawami, które odsłaniały przedramiona jak u Popeye’a. Każde z nich trzymało mnie za jedną rękę, a ja byłem rozmazanym cieniem huśtającym się między nimi w półmroku. Shelly wiwatowała. Rozbawieni dorośli otaczali nas kołem, dzierżąc kieliszki białego wina.

Nagle uderzyła mnie myśl: to okropne, że te dni zostały jej odebrane. Okropne jak przełknięcie skwaśniałego mleka. Wręcz nieprzyzwoite.

Wszechświat nie miał nic na swoją obronę, nie dało się usprawiedliwić utraty przez Shelly pamięci i rozumu. Kochała mnie, nawet jeśli byłem za głupi, żeby znać wartość tego uczucia. Każdy, kto popatrzył na te zdjęcia, mógł zobaczyć, że mnie kochała, że w jakiś sposób ją zachwycałem, chociaż miałem tłuste policzki i nieobecne spojrzenie, a jadłem zawsze tak, że połowa posiłku lądowała rozsmarowana na podkoszulku. Chociaż bezmyślnie przyjmowałem jej uczucie i opiekę, jakby mi się należały. A teraz wszystko się rozpływało, wszystkie przyjęcia urodzinowe, każdy grill, każda zerwana dojrzała brzoskwinia. Rak, który żywił się nie tylko jej ciałem, ale też jej życiem wewnętrznym, jej prywatnymi historiami szczęścia, wymazywał ją po trochu. Ta myśl sprawiła, że miałem ochotę rzucić albumem o ścianę. Chciało mi się płakać.

Powstrzymałem się jednak. Otarłem oczy i przewróciłem następną kartkę – i aż sapnąłem ze zdziwienia na widok tego, co tam było.

Na tylnym siedzeniu samochodu Fenicjanina dostrzegłem zdjęcie kulturysty, opalonego na brąz młodzieńca w pomarańczowym podkoszulku, siedzącego na masce trans ama. Wydało mi się wtedy, że go rozpoznałem, że już go wcześniej widziałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy nasze ścieżki się przecięły. A teraz znalazłem go w moim albumie ze zdjęciami.

Trzymał dwa krzesła, takie z oparciami, po jednym w każdej ręce, każde za drewnianą nogę; unosił je nad głową. Na jednym krześle siedziałem ja i wrzeszczałem przestraszony i jednocześnie zachwycony. Miałem na sobie mokre kąpielówki, a kropelki wody lśniły na moich tłustych, chłopięcych cyckach. Shelly Beukes na drugim krześle, wczepiona obiema dłońmi w siedzenie, śmiała się z głową odrzuconą do tylu. Na tym zdjęciu siłacz był ubrany nie w podkoszulek, lecz w mundur marynarza. Uśmiechał się drapieżnie spod swojego wąsa jak u Toma Sellecka. I nawet był tam trans am. Stał na podjeździe, widoczny z okna domu Shelly; w kadrze zmieścił się akurat tył.

– Kim ty, do diabła, jesteś? – wyszeptałem.

Mówiłem do siebie i nie spodziewałem się odpowiedzi, ale odezwał się mój ojciec:

– Kto?

Stał w przejściu do kuchni i na jednej ręce miał kuchenną rękawicę. Nie wiem, jak długo mnie obserwował.

– Facet z wąsami – powiedziałem, pokazując palcem zdjęcie, którego ojciec i tak nie mógł zobaczyć od drzwi.

Podszedł bliżej, wyciągnął szyję.

– A, ten bałwan. Syn Shelly. Sindbad? Achilles? Jakoś tak miał na imię. To było w przeddzień jego wyjazdu nad Morze Czerwone. Shelly urządziła pożegnalnego grilla. Zrobiła ciasto w kształcie okrętu wojennego i prawie takiej samej wielkości. Przynieśliśmy trochę do domu i jadłeś okręt na śniadanie przez cały tydzień.

Pamiętałem to ciasto: trójwymiarowy lotniskowiec (a nie okręt wojenny), tnący fale z błękitno-białego lukru. Pamiętałem też jak przez mgłę Shelly mówiącą, że to przyjęcie na zakończenie szkoły, dla mnie! Właśnie skończyłem trzecią klasę. Było to całkiem typowe dla Shelly Beukes: powiedzieć samotnemu dzieciakowi, że przyjęcie jest dla niego, chociaż tak naprawdę nie miało z nim nic wspólnego.

– Źle nie wyglądał – stwierdziłem.

Jakoś mi przeszkadzało, że ojciec nazwał go bałwanem. Odniosłem wrażenie, że krytykuje w ten sposób samą Shelly, i nie miałem ochoty tego słuchać.

– Och, uwielbiałeś go. To był wykapany Larry. Brał udział w zawodach kulturystycznych, kochał popisywać się tymi swoimi mięśniami. Podnosił kutasem samochód za zderzak, coś w tym rodzaju. Myślałeś, że jest Niesamowitym Hulkiem. Pamiętam ten numer. Podniósł was oboje jednocześnie i spacerował z wami po pokoju, utrzymując krzesła w równowadze. Bałem się, że upuści Shelly na głowę i będę musiał znaleźć dla ciebie nową opiekunkę. Albo że upuści ciebie i będę musiał szukać innego dzieciaka do wcinania mojego Panamskiego Dreszczyku. Chodź, jedzenie na stole. Czas się napchać.