Wydawca: Armoryka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 160 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziwna historia Piotra Schlemichla i inne opowieści fantastyczne - Adalbert von Chamisso, Ernst Theodor Amadeus Hoffmann

Znakomity zbiorek opowieści fantastycznych trzech mistrzów pióra, klasyków gatunku przypomnianych przez Wydawnictwo Armoryka. Obowiązkowa lektura wszystkich fanów tego gatunku.

Fragment:

Znasz mię Stefanie. Dziwiłeś się nieraz zbyt nagłym odmianom mojego humoru, który czasami aż do szalonej wesołości dochodził — czasami w niedocieczonym smutku mię pogrążał — albo też i marzeń krainę, w krainę lubego dumania unosił. Lecz jeślibyś, jakimkolwiek sposobem, potrafił przeniknąć moje dziwaczne marzenia; jeśliby one nagle się ukształtowały w obrazy widzialne dla oka, zlały się w dźwięki, które by ucho pochwycić zdołało: o, wtenczas byś pewno szaleńcem twórcę ich nazwał. Nic nie ma na świecie, aby, w marzeniach moich, dla mnie do spełnienia niepodobne było. W obłąkaniu moim, uważam siebie za jakieś bóstwo, za Czarnoksiężnika, któremu orszak Geniuszów posługuje, którego czarodziejska laska tłum dziwów skinieniem tworzy. Świat cały przede mną ugina kolana; anioły i czarty, niebiosa i piekło — na moje rozkazy! W chwilach tych marzeń, lubię się pieścić z tajemniczo—poetycznymi podaniami gminu, które i bez tego, dla mnie, zawierają w sobie jakiś pociągający urok. Lubię im nawet i wierzyć; ale na niedolę, sam koniecznie pragnę o ich prawdzie się przeświadczyć! Powiadam — na niedolę — bo doświadczenie, wróg najzaciętszy idealizmu i marzeń, swoim wielowładnym berłem, potłukło ów rozkoszny urok niektórych z tych podań; jak niegdyś stary mój Pan Dyrektor, zabierając się do nauczania, i kładąc mi książkę przed oczy, nielitościwie niszczył moje hieroglify z kwiatów, i z kart pałace,poukładane na stole.

Opinie o ebooku Dziwna historia Piotra Schlemichla i inne opowieści fantastyczne - Adalbert von Chamisso, Ernst Theodor Amadeus Hoffmann

Fragment ebooka Dziwna historia Piotra Schlemichla i inne opowieści fantastyczne - Adalbert von Chamisso, Ernst Theodor Amadeus Hoffmann

DZIWNA HISTORIA PIOTRA SCHLEMIHLA

i inne opowieści fantastyczne

Adalbert von Chamisso, Ernst Theodor Amadeus Hoffmann, Antoni Pietkiewicz

Armoryka SANDOMIERZ 2009

Redaktor: Brunisława (Brunia) Kot Projekt okładki: Juliusz Susak

Copyright © 2009 by Wydawnictwo i Księgarnia Internetowa ARMORYKA

Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27-600 Sandomierz tel (0-15) 833 21 41 e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.plhttp: / / www.armoryka.strefa.pl /

ISBN 978-83-7639-006-2

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Antoni Pietkiewicz WIGILIA ŚWIĘTEGO JANA

opowiadanie fantastyczne

Opowiem wam, co mi się dawniej przywidziało: Może we śnie — Bo kiedy sen uwięzi ciało, Duch wolny może obiec rozległą krainę, I długie pasmo życia w jedną zwić godzinę.

Sen

(z Lorda Byrona)

I.

Znasz mię Stefanie. Dziwiłeś się nieraz zbyt nagłym odmianom mojego humoru, który czasami aż do szalonej wesołości dochodził — czasami w niedocieczonym smutku mię pogrążał — albo też i marzeń krainę, w krainę lubego dumania unosił. Lecz jeślibyś, jakimkolwiek sposobem, potrafił przeniknąć moje dziwaczne marzenia; jeśliby one nagle się ukształtowały w obrazy widzialne dla oka, zlały się w dźwięki, które by ucho pochwycić zdołało: o, wtenczas byś pewno szaleńcem twórcę ich nazwał. Nic nie ma na świecie, aby, w marzeniach moich, dla mnie do spełnienia niepodobne było. W obłąkaniu moim, uważam siebie za jakieś bóstwo, za Czarnoksiężnika, któremu orszak Geniuszów posługuje, którego czarodziejska laska tłum dziwów skinieniem tworzy. Świat cały przede mną ugina kolana; anioły i czarty, niebiosa i piekło — na moje rozkazy!

W chwilach tych marzeń, lubię się pieścić z tajemniczo – poetycznymi podaniami gminu, które i bez tego, dla mnie, zawierają w sobie jakiś pociągający urok. Lubię im nawet i wierzyć; ale na niedolę, sam koniecznie pragnę o ich prawdzie się przeświadczyć! Powiadam — na niedolę — bo doświadczenie, wróg najzaciętszy idealizmu i marzeń, swoim wielowładnym berłem, potłukło ów rozkoszny urok niektórych z tych podań; jak niegdyś stary mój Pan Dyrektor, zabierając się do nauczania, i kładąc mi książkę przed oczy, nielitościwie niszczył moje hieroglify z kwiatów, i z kart pałace, poukładane na stole.

W wigilię Nowego Roku, w północ, siedziałem przed zwierciadłem, oczekując zjawienia się mojej narzeczonej i całej przyszłości. Z fajką w ustach, a piórem w ręku, usiadłem przy stole usłanym książkami i szpargałami papieru i długo dumałem, to w lustro spoglądając, to z dymu kółeczka rzucając w powietrze, a czasem myśli na papier. Minęła północ — i cóż widziałem? czego dociekłem? — prawdy! Wziąłem jedną lekcje doświadczenia, którego sposób nauczania śmiało porównać można do tego, jakim belfry bachorów po karczmach uczą.

Przede mną w zwierciadle była mroczna, nieprzejrzana przestrzeń, i ja, dokoła otoczony książkami z piórem w ręku, nad mym pamiętnikiem. Wprawdzie to można było przyjąć za istotną wróżbę. lecz ja nie lego żądałem. Widziałem moje przeznaczenie: przyszłość moja — tajemnica, jak przyszłość każdego człowieka. Przeczucie tylko powiada, że smutna. Praca moją przeznaczoną. Księgi i pióro — moi przyjaciele. Można to przyjąć za prawdziwą wróżbę, lecz jeszcze raz mówię, że ja nie tego żądałem.

W wigilią Ś. Jana, do której tyle dziwów lud nasz przywiązuje, wróciłem ze szkół do domu, i nasłuchawszy się gawęd staruszki, mojej i mego ojca piastunki, o strachach, czarownikach i wiedźmach, urokach, zawitkach w zbożu, o odbieraniu u krów i mleka itp., kiedy mi jeszcze oznajmiła, że ma gotować cedziłkę na osinowych drewkach, by poznać, kto mleko u krów odbiera; postanowiłem w tym jej dopomóc, i na zaś, po dokładnym opisaniu sposobów, rzecz całą zdała na moje ręce.

A tak! Więc, na dziedzińcu, który tylko parkanem był oddzielony od starej kapliczki i cmentarza, kazałem rozpalić ogień, i na trójnogu postawić kociołek z Jordańską wodą. Przyniosłem piasku z mogiły, który z cedziłką wrzuciłem do kociołka i tak już wszystko urządziwszy, o samej jedenastej w nocy, zasiadłem u ognia, oczekując zjawienia się wiedźmy. Ta zaś musiała przyjść do mnie koniecznie, bo to jej dusza z cedziłką się warzyła. Ona zaś, dla ulżenia sobie męki, powinna była nieodmiennie przyszedłszy prosić choć o szklankę wody, a zalecone mi było odmówić, a nawet drzazgi węgielka, piasku z dziedzińca wziąć nie pozwolić, bo uszłaby cała, i znowu szkodziłaby krowom. A tak zaś musi umierać lub czarów zaprzestać.

Dla większej pewności i bezpieczeństwa postawię strzelbę przy sobie i psu leżeć każę, i niecierpliwie oczekuję, zapowiedzianych odwiedzin czarownicy. Spoglądam to na zegarek, to na niebo, to drewek na ogień podrzucam, i marzę. Staram się myśleć o czymkolwiek rozsądniejszym, nie zaś o czarach, w które na ten raz pragnę nie wierzyć, bo włosy na głowie powstają!

Już blisko dwunastej. Dokoła uroczysta cisza, którą czasami tylko szczekanie psów wioskowych przerwie, lub pianie koguta. Już sama dwunasta. Wiatr dmuchnął. Płomień się zaiskrzył. Pies warcząc rzucił się ku furtce na cmentarz wiodącej, która się z wolna rozwarła, i — jakieś straszydło w bieli weszło na dziedziniec. Struchlałem ze strachu! Sam nie wiem, jakim sposobem porwałem za strzelbę, i chociaż ręce mi drgały, jak liść na osinie, jednakże niby to zmierzyłem — strzał huknął, i cała psiarnia, dotychczas uśpiona, rzuciła się z wrzaskiem na straszydło.

– Wszelki duch Pana Boga chwali! — rzekło to, chwiejącym się krokiem, zbliżając się do ognia.— Czarty przeklęte! Czego wy ode mnie chcecie? Wszelki duch Pana Boga chwali!

– I ja chwalę! — odrzekłem niewyraźnie, bo zęby strasznie dzwoniły.

– Cóż to, paniczu, robicie? — zapytało widmo ochrypłym głosem, słaniając się na nogach.

– To ty, Kazimierzu?

Widmem był szewc, zwolennik Bachusa, który, po śmierci żony, zazwyczaj każdej nocy sypiał na cmentarzu, w śmiertelnej koszuli, z butelką gorzałki w ręku.

– Czy nie raniłem ciebie? — spytałem, trochę ochłonąwszy.

– Czyż to panicz do mnie strzelili? Tak! Nu i powiedźcie! ja myślał, że do sowy, albo do tchórza, aż no do mnie! A gdyby panicz mnie zabili?

– A czegóż włóczysz się po nocy, jakby upiór jaki?

– Byłem u nieboszczki żonki; pogawędziliśmy trochę, daj wydziubali ot tę buteleczkę — rzekł, pokazując garncową flaszę. — Chodziłem do Żydów, ale te łajdaki nie dali mi więcej gorzałki na kreskę. Za to jutro łotrów Jordańską wodą wykropię, a tymczasem panicz niechaj mi sypnie do flaszy krembambuili garsteczkę, to, i za panicza zdrowie gągniemy z żonunią.

– Oj! warto ci sypnąć! Tylko nie gorzałki, ale brzozowego kwasu! Czego się włóczysz po nocy, i nawet po śmierci, pokoju żonie nie dajesz?

– Kwita byka za indyka! Nie miałem ja od niej pokoju za życia!

Westchnął nieborak, podrapał się w głowę, i rzekł po chwili:

– To panicz taki bez żartu nie da mi wódeczki?

– Więcej jak pewno, bo śpią już wszyscy i tobie radziłbym takoż pójść wyspać się w domu, a nie na mogile, a jutro…

– Jutro! dobrze, jutro znowu przyjdę, a panicz za to da mi naliweczki! Dobranoc!

I poszedł śpiewając:

Choc ja upiusia Da nie powaliusia.

Zagasiłem ogień i powróciłem do pokoju. Śniło mi się, że byłem na Łysej Górze, pląsałem z obrzydliwymi wiedźmami wkoło rozpalonych stosów, a diabli strzelali do mnie z ludzkich goleni, i przepijali z ludzkich czaszek, krwią napełnionych. Nareszcie, wleciawszy na łopacie przez komin do swego pokoju, ocknąłem się ze snu.

Staruszka utrzymywała, że Szewc jest czarownikiem, i że wkrótce umrze, jeżeli tylko nic z dziedzińca nie wziął.

Tak więc i tutaj doświadczenie przykrą nauczkę mojej wyobraźni dało. Nie mogłem wytłumaczyć sobie, dlaczego nie przyszła czarownica? Wszystkie warunki obrzędu spełniłem tak ściśle! I gotów już byłem wierzyć razem z piastunką moją, że Szewc istotnie czarownik.

Zrodzony w stronie zabobonnej, oddany na ręce zabobonnej niańce, codziennie słyszałem od niej i nowe i te same powiastki o różnych dziwach, osnute na tle czarodziejstwa. One były mlekiem dla mej wyobraźni, były pierwszą groźbą i pierwszą pieszczotą, które mogła pojąć. I pierwszym snem i marzeniem pierwszym, Później, rosnąc w lata, w nagrodę za grzeczność odbierałem nową powiastkę od niańki, a smaczne podwieczorki i cukier, lub drobne pieniądze, których się chętnie zrzekałem za pokarm dla wyobraźni, dostarczały mi pod dostatkiem bajek od starych pastuchów i strzelców.

Dziś zdrowy rozsądek każe mi wyrzec się tej wiary, lecz wyobraźnia dotąd podoba sobie w tych dzikich marzeniach, a nawet dość często rozsądek zagłusza. Nie dziw się więc temu, co ci jeszcze opowiadać będę.

II.

Było to właśnie w Wigilię Świętego Jana. Było już późno. W szlafroku, z gitarą w ręku, siedziałem przed rozwartym oknem mego pokoiku, w którym nikogo więcej nie było prócz mnie jednego. Prócz mojego ciała, bo dusza była w krainie błogiej dumania. Czasami uderzałem po stronach gitary, a ciche jej brzmienia, wietrzyk, objąwszy skrzydełkami swymi, niósł gdzieś daleko, daleko… a z nimi razem niósł moje myśli i westchnienia moje. Czasami powtarzałemSonety Adama,które mi, pomimo mej wiedzy, czarowny urok nocy wywoływał z duszy, brzmiąc w niej jak powiew wieczornego wiatru, co strony arfy w przelocie zamąci.

Rzeźwią się wiatry; dzienna wolnieje posucha;

Źródła szemrzą, jak przez sen, na łożu z bławatów;

Powietrze tchnące wonią, tą muzyką kwiatów

Mówi do serca głosem tajemnym dla ucha.

O, bo też i rozkoszna to noc była! Noc jaką Adam pierwszą widział w raju, ubraną w kwiaty, z księżycem na czole, snem na piersiach, i pocałunkiem kobiety na ustach. — Jak mówi: Kraszewski.

I jakże było nie dumać, nie marzyć w tak rozkosznej nocy?! Gdy wszystko, co mię otaczało, tak było cudne jak samo marzenie! Gdy niebo i ziemia, i księżyc, i gwiazdy, i kwiatki i strumyki, wszystko zdawało się marzyć marzeniem czarownym, przede snem rozkosznym, jak młody poeta, dla którego duszy, i we śnie i na jawie, świecą oczy jego lubej, promienne miłością. I jakże było nie marzyć?!

Marzyłem — moje marzenia Jak fala morska się wzdęły, Dosięgły niebios sklepienia, I aż na gwiazdach spoczęły. I gwiazdy swoim łagodnym spojrzeniem Duszy mej odpowiedź dały, Bo myśli moje poznały,

I jam dziękował gwiazdom głębokim westchnieniem.

Ale z tych słodkich poetycznych dumań wyrwał mię prozaiczny sługus, co przyszedł pościełać mi łóżko. Westchnąwszy odszedłem od okna, położyłem gitarę na stole, a struny jej, wzruszone nagłym wstrząśnieniem, zmieszany dźwięk wydały — i ona westchnęła!…

Zapaliłem fajkę, utarłem świecę, i znowu, stanąwszy przed oknem, zacząłem marzyć, spoglądając po niebie, przez lekkie obsłonki dymu, z którym się snuły i dumania moje. Wtem kilka meteorów jeden po drugim, mignęło w błękicie i na myśl mi przyszły zabobony gminu. Spojrzałem na sługusa, który, zasławszy mi łóżko, stanął u progu, i przestępując z nogi na nogę, cicho pochrząkiwał, co było znakiem, że chce rozpocząć gawędkę, bo wiedział stary gaduła, że ja z nim lubię rozprawiać o czasach i dziwach, ale nie lubię, żeby mi moje dumania przerywał.

– Powiedz mi, Jakubie — rzekłem — co znaczą te gwiazdy, które na ziemię spadają?

– A Bóg tam, paniczu, wie o tem — odpowie, drapiąc się w głowę.

– A ty co myślisz o nich?

– Da u nas powiadają… ale to długa historia, a panicz już pewno i spać zachciewa.

Zdziwiło mię mocno to ociąganie się Jakuba, który zazwyczaj z największą ochotą gawędkę ze mną zaczynał; starałem się więc, jakimkolwiek sposobem, rozruszać jego język.

– O! nie, Jakubie, jeszcze nie prędko spać pójdę. Wolę pogawędzić z tobą, i czegokolwiek się dowiedzieć. I cóż tam u was powiadają?

– Mało co u nas, w prostocie, mówią! Panicz—że po książkach czyta, to lepiej wie od nas.

– A! Gdzie tam, kochany Jakubie. W książkach! Co tam rozumnego? Same bałamuctwa tylko i nic więcej. Czytaj, czytaj, aż głowa cię zaboli, a nic nie zrozumiesz. Ty zaś, jak opowiesz, to lepiej niż z książki.

Udobruchany staruszek odkaszlnął i zaczął:

– Da to i tak i siak mówią o tym ludzie: inni powiadają, że każda gwiazda to znaczy życie człowieka. Jak człowiek się narodzi, to Pan Bóg i zorkę dla niego na niebie zapali; a jak człowiek umrze, to i gwiazdeczka z nieba na ziemię się skoci. A panicz jak myśli o tym?

– Być może, być może. I w książkach jest coś podobnego.

I przyszły mi na myśl mniemania starożytnych, i wróżby przyszłości z obiegu ciał niebieskich. Ten się urodził pod szczęśliwą gwiazdą, i w całym swym życiu był ulubieńcem fortuny, ona mu wieńce różane splatała. Temu złowroga gwiazda przyświeca, i całe swe życie po cierniach postępować musi i wieniec z pokrzywy nosić. Tak starożytni mniemali, tak wielu i teraz sądzi. A lud nasz, zabobonność z pobożnością łącząc, powiada, że z przyjściem człowieka na świat, Bóg gwiazdkę dla niego na niebie zapala; ta mu przez cały ciąg życia przyświeca, i gaśnie razem z jego skonem.

Te gwiazdki nie są to promienne główki aniołów stróżów naszych, którzy precz cały nasz żywot z nieba na człowieka patrzą, a przy jego skonie zlatują na ziemie, by smutną śmierci godzinę osłodzić przypomnieniem raju, i duszę swobodną na swoich skrzydłach tam zanieść na wieczną szczęśliwość.

– Być może, kochany Jakubie; ale cóż więcej o tym powiadają?

– Co więcej?

Obejrzał się dokoła, poskrobał się w głowę i milczał.

– No, i cóż tedy?

– Już panicz spać chce pewno, i mnie takoż pora.

– O, nie! Jużem ci mówił, Jakubie, że nie chcę, że wolę gawędzić z tobą. Przynajmniej już dokończ o tych gwiazdkach mówić.

– Da kiedyż, paniczu o tem przeciw nocy gadać nie wypada, a jeszcze dzisiaj, na Kupało.

Teraz się domyśliłem, dla czego staruszek tak nieochotnie ze mną rozmowę zaczynał.

– I cóż tam takiego?

– Bo to, paniczu, powiadają że to… — tu się przeżegnał i plunął — że to czarci pieniądze zaklęte przenoszą; a inni znów mówią, że — i znowu się przeżegnał — wiedźmy na Łysą Górę tak lecą. I to najprawdziwiej będzie. Wszak panicz tylko co widział, a dzisiaj wszystkim wiedźmom w północ na Łysej górze być trzeba; a już i północ blisko. To pewno z naszej wioski baby poleciały na łopatach.

To mówiąc, cichutkimi głosem, staruszek ciągle w koło się oglądał, i żegnał się ukradkiem.

– Alboż tutaj na wsi są i czarownice?

– Oto to, paniczu! Pierwsza Hypina; onegdaj Macieja jak oczarowała gorzałką, to całą noc tłukł się po wsi, a nie mógł do chaty trafić.

– A tak, odrzekłem z przytłumionym śmiechem, wódką najłatwiej oczarować.

– Najłatwiej paniczu. Ot temu dwie niedzieli nazad, Maksym chciał, oczarować Hryhora. Jakoś to oni zeszli się u Arendarza, da, i zaczęli popijać sobie. Ot Maksym podaje Hryhorowi czarkę, nad którą wprzódy coś tam poszeptał w kątku, musi być swoje zaklęcia diabelskie. Ale i Hryhor nie głupi, i on wielki znachor; zaraz się domyślił sztuki. Dmuchnął na gorzałkę, aż ta i zakipiała w czarce, wylał pod stół — aż no i wyskoczył Niemczyk w kapeluszu. Ot Hryhor i chwycił Maksyma za brodę:„— A! to ty taki majster! To ty mnie licho chciał napić; jaż tobie napiję!” I poszła pociecha!… Nazajutrz przychodzili na sprawę do dworu; ale ekonom nic im nie poradził; obawiał się czarów.

– Powiedz—że mi, Jakubie, co tam dzisiaj wiedźmy na Łysej Górze robią?

– Co robią? Wszakże dzisiejszy dzień najlepszy do wszystkich czarów: czy lubczyk gotować, czy mleko u krów odbierać, czy nietoperza w mrówkach zakopywać — to wszystko dzisiaj najlepiej. A na dopilnowanie kwiatu paproci, to i dnia innego nie ma.

– Ach prawda! Jakubie, bądź łaskaw przynieś mi suchych drewek, i ogień na kminku rozpal.

Staruszek wytrzeszczył oczy.

– Jezus Maria! co pan będzie robił? Czy nie czary jakie, broń Boże?

Czary, Jakubie. Tylko pamiętaj nic o tym nikomu nie mów. Ja będę lubczyk gotował.

Staruszek się uśmiechnął.

– Ehe! Paniczu, no to co innego. Ale i tu zawsze nieczysty duch mieszać się musi.

– Nie troszcz się, Jakubie, ja mam inny sposób. Nie trzeba mi ni trupiej kości, ni łapki nietoperza, słowem nic nieczystego.

Jakub nareszcie dał się uspokoić. Wkrótce jasny ogień płonął na kominku i woda wrzała w dość sporym saganie.

– Dobranoc, Jakubie i, wiesz, że do czarów trzeba samotności i północnej pory. Już blisko północ. Dobranoc!

– Dobranoc, paniczu.

– Pamiętaj — tajemnica!

– Nikomu nie powiem.

– Dobranoc!

Staruszek wyszedł. Woda na kominku wrzała. Upłynął czas jakiś, wyjrzałem przez okno, czy też mię Jakub nie podgląda opuściłem story, drzwi zaryglowałem i jeszcze kilka polanek na ogień wrzuciłem.

Usiadłem, przy stoliku, i nie wiem jak długo dumałem…

Serce we mnie biło i włos się na głowie jeżył; jak gdybym się lękał tego, co miałem przedsięwziąć.

Stanąłem na środku pokoju:

– Kici, kici, kici!

Z zapiecka, miaucząc i pociągając się, wyszedł kot śliczny, czarny jak węgiel, czarny i błyszczący, jak oczy młodej Hiszpanki, — (ma się rozumieć, jeśli ta ma oczy czarne i błyszczące) — i zaczął łasić się przy mnie mrucząc mi swoją piosenkę.

Biedak nie przeczuwał, co go czekało! Od dawna los mu już był przeznaczony. W wigilię Świętego Jana wybiła dla niego ostatnia godzina.

Porwałem kota, spętałem mu łapki i pysk zawiązałem, ażeby nie miauczał, i — marsz do wrzątku. Przykryłem garnek, bo biedne stworzenie, jęcząc niemym głosem, szamotać się poczęło. I gdybym na to od dawna nie był już przygotowany, uciekłbym na koniec świata; ale już raz do dzieła się wziąwszy, musiałem wytrwać do końca.

Pewno cię zadziwia moja wariacka, tyrańska operacja, ale takoż pewno nie wiesz i o tym, o czym ci opowiem.

Trzeba wziąć kota czarnego, bez żadnej plamki, i w północ żywcem go zagotować. Później, usiadłszy przed zwierciadłem, przebierać jego kosteczki, każdą do ust biorąc po kolei. Otóż ta, którą trzymając w ustach, nie ujrzysz postaci swojej we zwierciadle, jest talizmanem niewidzialności. Idź z nią choćby na kraj świata, a nikt cię; widzieć nie będzie.

Po przejściu niejakiego czasu, zdjąłem z komina garnek, wylałem wodę, i znalazłem kota zupełnie rozgotowanego.

Wiesz, że u mnie wszystko, Jak zwykle u literata: Pod stolikiem, na stoliku, Na półkach i w każdym kątku, Ksiąg i papierów bez liku, Lecz ani za grosz porządku.

Otóż na stoliku, zgromadziwszy na stół książki i szpargały, stawię wielkie zwierciadło; dobywam kota na tacę, i zapaliwszy fajkę zasiadam na krześle, z wielkim nożem w ręku, z ręcznikiem na szyi, dla rozpoczęcia swojej tajemniczej anatomii z kotem.