Dziunia na uniwersytetach - Anna M. Nowakowska - ebook
Opis

Jak ma żyć Dziunia, gdy traci jedyne osoby, które ją kochają, a reszta rodziny wiesza na Bogu-ducha-winnej dziewczynie psy?

Jej starania o dopasowanie się do pożądanych społecznie ram nadal są nieskuteczne. Nawet u Boga próżno będzie szukać pomocy.

Jak Dziunia sprawdzi się w roli narzeczonej, żony, matki, a nawet… żeńskiego członka partii PZPR? Czy jest ona zwykłym pechowcem, czy współczesną wersją Antygony, toczącej nierówną walkę z fatum?

Druga część opowieści o perypetiach Dziuni, gdzie sarkazm i ironia maskują życiowe tragedie dorosłej już bohaterki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna M. Nowakowska

DZIUNIA NA UNIWERSYTETACH

Copyright © by Anna Maria Nowakowska, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Dla mojej Córki i dla Dziuniowatych płci obojga spisałam tę opowieść

Każda opowieść ma swoje przeciwieństwo.

Co zostanie tu udowodnione.

Albo i nie

Na początku było słowo

– Słowa nic nie znaczą – powiedziała Mama.

Przed chwilą Dziunia wytknęła jej brak konsekwencji. Daleko posuniętą niespójność w myśleniu, mowie i uczynkach.

– Ile razy w ciągu ostatnich pięciu lat powtórzyłaś, że należy się trzymać od nich z daleka? – podniosła głos do półkrzyku, tak szokujący jej się wydał postępek Mamy.

– Powtarzałaś setki razy, że nie chcesz niczego od Dziadostwa i całej reszty tej zapowietrzonej familii! Powie­działaś, że wszystko, czego dotkną, w gówno się obraca! Powiedziałaś? To twoje własne słowa!

– Racz łaskawie zamknąć twarz – obraziła się Mama, która chciała jak najlepiej. – Chcę dla ciebie jak najlepiej, ale widzę, że nie mam co liczyć na wdzięczność, bo ty jak zwykle…

– Mamo!

Ale Mama była w swoim żywiole i nie pozwoliła sobie przerwać.

– I choćby ci dupę miodem smarować, to nie wykrzesze się z ciebie wdzięczności!

– Mamo – spróbowała Dziunia bez większej nadziei. – Przypomnij sobie, co mi zawsze mówiłaś.

Na to usłyszała wypowiedziane z pełnym przekonaniem:

– Słowa nic nie znaczą.

Fakt.

Śmiało można zaryzykować tezę, że to jeden z najlepiej udokumentowanych, doświadczalnie potwierdzonych fenomenów w tej części wszechświata. I nie będzie w tym żadnej przesady.

Bo słowa… no cóż, nic nie znaczą. Chociaż miewają swoje konsekwencje.

[Po raz drugi usłyszała, że słowa nic nie znaczą, na swoich ulubionych zajęciach z semiologii, gdy próbowano zrobić z niej… no… gwiazdę mediów czy coś. Ale wtedy miała już to zagadnienie opanowane. Doktor habilitowany N. Toperz podziwiał („podziwiam pani błyskotliwy, wręcz męski umysł”) zdolność Dziuni do starannego usuwania znaczenia ze znaku. Tak dokładnie, że zostawał tylko zapadnięty ścierwosłów, smutna skórka po pełnej znaczeń (jawnych i ukrytych) części mowy. Wszelkie realne byty, mogące się kryć w słownym opakowaniu, znikały bezszelestnie, mając za nic prawa fizyki razem z ich odkrywcami. Mając w pogardzie Empedoklesa, a nawet Newtona.

Dziunia umieściła streszczenie tego zjawiska w jednym z zapominników. Akurat miała pod ręką O naśladowaniu Chrystusa Tomasza z Kempis, wydanie kieszonkowe z 1972 roku, i tam zapisała:

Wszystkie dowody na zachowanie masy i energii milkną w zawstydzeniu wobec zdolności słów do nicnieznaczenia. Do znikania bez zachowywania masy. Lub chociaż energii. Bo też – prawdę mówiąc – nigdy nie było niczego godnego za­chowania. Na początku było słowo i na słowie się skończyło. Chociaż są Konsekwencje.

Ten bluźnierczy (wobec prezesologii i wobec fizyki) baz­groł znalazł się – oczywiście przypadkiem – na stronie 227. Dziunia wykorzystała skrawek wolnej przestrzeni na końcu rozdziału XXXVIII. Tuż pod konkluzją, że Jozue i synowie Izraela byli zbyt łatwowierni].

Przypadki? jakże by inaczej

Wracając do przedziwnego pomysłu Mamy, należy zauważyć, że nie był ani mniej, ani bardziej irracjonalny niż inne jej pomysły. Z pewnej perspektywy był całkiem uzasadniony, a jeśli bliżej się temu przyjrzymy, nawet oczywis­ty. Ponieważ słowa nic nie znaczyły, a przyszłość Dziuni ry­sowała się jej rodzicom („czarno to widzę”) w ponurych barwach, Mama zakręciła korbą. Miejscowa telefonistka była wyraźnie ucieszona, spodziewając się rozrywki. Na poczcie w Sczezłem nic się nie działo od dnia, w którym żona listonosza wdarła się tam podczas przerwy śniadaniowej, uzbrojona w drewnianą pałę do ugniatania kapusty i tym nieco przerośniętym prototypem kija bejsbolowego wytłukła wszystkie szyby. Listonoszyna protestowała w ten sposób przeciwko potajemnemu romansowi męża z kierowniczką poczty. Związek ten był zresztą całkiem jawny, o ile ktoś miał oczy do patrzenia.

– Szę ścipięćnaście rojeden – zażądała Mama. – Błyskawiczną!

Działała w pośpiechu, żeby się nie rozmyślić albo nie pójść gdzieś po rozum.

W owych czasach błyskawiczną przy dobrym wietrze łączono już w trzydzieści minut, stąd zapał Mamy wciąż płonął, gdy czarny telefon zaryczał oślim dzwonkiem.

– No, co tam? – zakwakało na drugim końcu linii. Szumy, trzaski i podniecony oddech telefonistki stanowiły swojskie tło, które natychmiast wprowadzało w trans. – To ty, syneczku?

– To ja, mamusiu – zaćwierkała Mama w transie. – Wybieramy się do Warszawy i chciałam zapytać, jakiego mięska przywieźć? Kurczaczka czy wieprzowinkę? Jedno i drugie? I może jajeczka? Mleczko, śmietankę? Kureczki już się pokazują w lesie, niech mamusia zobaczy, jak wcześ­nie w tym roku, chyba dlatego, że deszczyk popadał, też mogę nazbierać na zupkę…

Dalsze pitolenie (któremu Dziunia przysłuchiwała się z rozdziawioną gębą) przerwało szorstkie kwaknięcie:

– Nu tak, dawaj, co tam macie, bo tu u nas głód i niedługo będziemy musieli z tatusiem jeść kaszankę. – Pułkowni­kowa mlasnęła i czknęła niepokojąco, bo akurat przełykała kawał schabu po warszawsku i natka pietruszki przylepiła jej się do podniebienia. – Hrooo? – zacharczała, z wysiłkiem umieszczając na końcu pytajnik.

– Nigdy mamusia nie zgadnie, jakie znaleźliśmy rozwiązanie problemów z Dziunią. I to całkiem przypadkowo!

Właśnie. Kluczowe słowo (samo w sobie bez znaczenia, ale jeśli się je odpowiednio podkręci…) – PRZYPADKOWO.

Mamy tu materiał na następne zręczne epitafium:

Przypadkowe poczęcie gwarantuje przypadkowość wszystkich innych początków.

Nikt nie rodzi się normalny

Zacznę przypadkowo od jednego z losowych początków, który jest zarazem jednym z wielu możliwych końców. Gdy przyszła pora, żeby świętować podpisanie umowy na wydanie drukiem pierwszej części tej historii, Dziunia zapadła się pod ziemię. Wysyłałam esemesy i e-maile, próbując ją przekonać , że czas zabrać się do obiecanego ciągu dalszego. Ona uporczywie milczała, raz tylko wysłała do mnie niezbyt grzeczny liścik, sugerując, że drugą część napisze sama, używając w narracji pierwszej osoby. I ponownie zniknęła w czeluści NieWiadomoGdzieSięPodziewania. Rozmaite plotki na jej temat snuły się po obrzeżach życia kulturalnego. W jego centralnej części o Dziuni mówić nie należało. Nie chodzi o to, że istniał jakiś ukaz, zapis bądź inne namacalne narzędzie dyskryminowania dziuniości. Choćbyście powołali komisję śledczą, nie uda wam się znaleźć żadnego śladu celowej dewaluacji, premedytacji w pomijaniu; nic realnego nie stało na przeszkodzie, żeby dziuniość zyskała nieco przestrzeni w mainstreamie. Tyle że – jak to z Dziunią bywa – wszyscy się na nią obrazili. O nic konkretnego, bo doprawdy nie było i nie ma się do czego przyczepić. Przytoczę w tym miejscu znamienną wypowiedź pewnej sympatycznej dziennikarki, która najpierw ścigała Dziunię po zaroślach, żeby ją namówić na udzielenie wywiadu dla pisma „Moja Cipka i Ja”, a po chwili rozmowy gnała na przełaj i skrótem przez bagna, żeby uciec przed falą dotkliwego psychicznego bólu. Źródłem tego cierpienia była („sama nie wiem… coś z nią… trudno tak dokładnie…”) Dziunia.

Otóż to! Coś z nią!

Coś z nią jest Nie Tak, skoro wszystkich drażni, uraża, prowokuje do okrucieństwa, jednym słowem: noga sama się układa, żeby zasadzić jej celnego kopa. Znam to uczucie. Nie tak dobrze jak ci, którzy musieli znosić Dziunię w jej codziennym wydaniu, ale wierzcie mi, ona samym swoim istnieniem wkurwia człowieka aż do bezdechu. Choćby przez tę swoją nieoznaczoność! Nie można jej zrozumieć, rozpatrując, dajmy na to, przynależność do jakiegoś nurtu, grupy, typu, i analizować w tym kontekście, bo nigdzie trwale ani w całości nie przynależy. Skoro nie można kogoś oceniać poprzez kontekst, to jak w ogóle można go oceniać? Można tylko warknąć i naprawdę się obrazić. Dziunia nie ma przyjaciół, a z jakiego powodu, to już my dobrze wiemy. Proszę mi wybaczyć, że upuściłam nieco irytacji. Jestem pewna, że rozumiecie to uczucie.

Po pewnym czasie znowu do mnie napisała, tym razem jedno zdanie; żadnych uprzejmości, żadnego wyjaśnienia, tylko suche: Pierwsza osoba jest bezużyteczna, jeśli się zamierza pisać prawdę.

Zatem znowu mam zajęcie. Ona opowiada, ja tworzę dystans między nią a jej historią. W ten sposób Dziunia po­zostaje bezpieczna nawet wtedy, kiedy Róża Kartacz ciemną nocą szepcze synowi do ucha:

– W małym pokoju zamieszka od jutra nowa studentka.

Chwila przerwy na szczere pokajanie

Pragnę was o czymś uprzedzić, Drodzy Dziunioczytelnicy. Z przyzwyczajenia i dla świętego spokoju zdarzenia zwyk­ło się przedstawiać w chronologicznym porządku. Ale spróbujcie zrozumieć (i wybaczyć), że mam do czynienia z osobą, dla której pojęcie chronologii (a także porządku) jest względne. Mając przyjemność z dziwadłem, jestem zmuszona od czasu do czasu wykraczać poza tradycyjną narrację, literację, numerację. Pod wpływem sugestii Dziuni zastanawiałam się nad wprowadzeniem rozdziałów ujemnych. Wypróbowałam na sobie przenoszenie się w ujemność podczas pisania pierwszych czterdziestu dziewięciu stron. Ale niestety, z powodu narastających problemów psychicznych byłam zmuszona zarzucić ten pomysł. A skoro tak, to postanowiłam w ogóle niczego nie numerować, w miarę możliwości. Może innym razem.

Pocieszające jest to, że sztuka, w której gra Dziunia, będzie dla większości czytających całkiem zrozumiała. Każdy zna co najmniej jedną osobę uwikłaną w tę grę; kogoś, kto udaje normalność, żeby sprostać oczekiwaniom Dobrych Ludzi. Taka gra może się wydawać błahostką i głupstwem, dopóki nie przyjrzymy się jej bliżej.

Całe to udawanie, detalicznie dokładne, żmudne budowanie wizerunku.

Codzienne strojenie się w nabijany (auć!) gwoździami cias­ny gorset własnych wyobrażeń o cudzych oczekiwaniach.

Patrzenie na siebie z boku, z góry i z dołu, męczące, boles­ne i na pozór całkiem zbędne.

Ta gra jest niczym więcej i niczym mniej niż strategią przetrwania. Serio. Przeżycia w skrajnie niebezpiecznym otoczeniu.

Niektórzy doszli w tym do tak przerażającej perfekcji, że nie pamiętają własnej dziuniości. Ktoś, kto z poświęceniem odgrywa normalność, na początku obawia się, że Dobrzy Ludzie mogą się połapać w jego grze. Wystarczy, że jeden zakrzyknie: patrzcie, on/ona tylko udaje! A wtedy nieszczęs­ny dziunioludek zostanie pożarty. Dla własnego dobra, oczywiście, oczywiście, ale jakaż to różnica? Dlatego dziunioludek żyje pod presją, uplątany w lęki, a jego mózg kąpie się w kortyzolu. Z czasem kurczy mu się hipokamp, słabnie pamięć, zacierają się granice homunkulusa. Stopniowo staje się jednym z Dobrych Ludzi, tępiących wokół siebie zdradliwą inność. Dziunia, ta Dziunia, o której wam opowiadam, nie dostąpiła tego zbawiennego procesu przemiany w Dobrego Człowieka. Może nie uruchomiła jej się jakaś ważna aplikacja albo nie było właściwych napięć na synapsach. Kluczowy impuls nie trafił w cel. Cokolwiek. Przyczyn mogło być nieskończenie wiele, wszystkie mogły zadziałać jednocześnie.

A szkoda. Albo wręcz przeciwnie. (Lub i jedno, i drugie).

Czy to nie paradne, że każdy Dobry Człowiek zaczynał jako dziunia lub dziunio? Nikt przecież nie rodzi się normalny!

Koniec wyjaśnień i kajania się z powodu cudzych problemów neurologicznych. Ruszamy dalej.

Predestynacja

Nie spała zbyt mocno, bo dziuniom, toczącym cichą, niekończącą się batalię z ironią losu, nie zaleca się zapadać w głęboki sen. Dlatego natychmiast się zorientowała, że smród nie jest senną marą. Chociaż śmiało mógłby nią być.

W tym śnie potrafiła latać, ale dla nieokreślonej wyższej wartości uznała, że woli chodzić po ziemi. Dziunia nawet w marzeniach sennych pozostawała ciężką frajerką.

Właśnie zaczęła się zapadać w śmierdzące bagienne szambo, strojne stokrotkami, udające kwitnącą łąkę. Położyła się tylko na chwilę na tej ślicznej zielonej trawce i od razu zrozumiała, że popełniła straszny błąd. Miała ochotę jakoś skomentować, a nawet uogólnić ten stan, ale na to nie była jeszcze gotowa. Brakowało jej rozeznania, doświadczenia i podstawowych danych na temat bagien. Tę wiedzę zyska znacznie później, czyli za późno. My natomiast może­my skomentować i uogólnić tę prawidłowość już teraz: jeśli śni ci się szambo przebrane za rajski ogród, to wiedz, że rzeczy wcale nie mają się tak, jak udają, że się mają. Te na jawie. Nie mają się. Chociaż udają.

Coraz bardziej skondensowany obłok smrodu wypełniał sen Dziuni. Już prawie cała zanurzyła się w gęstej mazi. Wtem zwalił się na nią jakiś ciężar, wypychając z płuc resztkę powietrza. Ktoś szczypał jej piersi, rozpychając nogi kolanem. Obudziła się i wciąż tkwiła w gównie. Tylko trawa i stokrotki gdzieś zniknęły. Leżało na niej sapiące cielsko, ziejąc odorem czegoś kiszonego, czegoś zgniłego i czegoś spalonego.

Dziunia napięła wszystkie mięśnie i bezskutecznie usiłowała wziąć wdech. Z braku powietrza nie mogła wydobyć z siebie głosu. Róża Kartacz spała w sąsiednim pokoju. Dzieliła je cienka ściana, przez którą łatwo przenikały nawet bardzo dyskretne dźwięki. Westchnienia. Pierdnięcia. A czasem niektóre myśli.

Tuż przy łóżku Róża stawiała, opierając o ścianę, solidną kulę, z którą kuśtykała po operacji kolana. Ciężka, drewniana, z podpórką pod łokieć wyłożoną świńską skórą. Idealne narzędzie, aby zdzielić w ogolony łeb knurokształtnego napastnika. Dusząc się, Dziunia miała uzasadnioną nadzieję, że Róża jednak się obudzi, a skoro tak się stanie, w zdroworozsądkowy sposób użyje kuli, a następnie wezwie milicję. Nie wzięła pod uwagę ważnej okoliczności, która miała tę właściwość, że zmieniała wymowę całej sceny: osobnik, który właśnie próbował ją zgwałcić („daj się popieścić, cipielcu”), był jednorodzonym synem Róży Kartacz.

Mama nazywała go Tuptuś. Od Tadeusza.

(Tadeusz! Czyż nie zakrawa na kpinę, że Tuptuś nie miał palca wskazującego u prawej dłoni? Obcięła mu go wielofunkcyjna obrabiarka do drewna. A przecież nie była nawet włączona. Jedno z ostrzy spadło mu na palec podczas zuch­wałej kradzieży. Gdyby rzecz się wydarzyła w dwudziestym pierwszym wieku, Tuptuś mógłby pozwać producenta i dostać gigantyczne odszkodowanie).

Pięć dni przed opisywanymi tu zdarzeniami Tuptuś wyszedł z zakładu karnego w Be, gdzie będąc złoczyńcą, pokutował za swoje czyny. Nikt go tam bynajmniej nie nazywał Tuptusiem, a gdyby się ośmielił, zbierałby zęby i pomniejsze kości z betonu spacerniaka. W więzieniu syn Róży przyjął image twardziela i ksywę Ted-Zgred. W miejscu zakrytym miał wytatuowane MATKA JEST TYLKO JEDNA, na widok publiczny zaś wystawiał mniej osobiste przesłania i dziary. Społeczeństwo oczekiwało, że przy okazji pobytu za kratami Ted-Zgred w magiczny sposób ulegnie resocjalizacji i wyjdzie na wolność jako dobro-czyńca. I może tak by się stało, bo sztuczki magiczne udają się z zadziwiającą regularnością, gdyby nie amnestia. Władze obdarzyły miłosiernym zaufaniem pewną liczbę ciasno upchniętych pod celą marnotrawnych synów, wypuszczając na wolność mniejszych i trochę większych bandziorów.

Prawdziwym, lecz starannie ukrytym pod propagandową gadką szmatką celem tego aktu miłosierdzia było zwolnienie przestrzeni dla przyszłych więźniów politycznych. W najbliższym czasie planowano bowiem średniej mocy przewrót, o czym jeszcze nie wiedział nikt poza kilkoma towarzyszami z politbiura. Pułkownik też coś wiedział, nie zdając sobie sprawy, że to wie. Gdyby wiedział, że wie, i pilniej nasłuchiwał, mógłby przecież zmienić losy świata. Mógłby zostać zdrajcą lub bohaterem albo jednym i drugim. Mógłby w porę wyczuć zmianę kierunku wiatru historii i zostać dysydentem. Niestety, marnował czas, wysłuchując aż do porzygania ględzenia Pułkownikowej o daczy nad morzem i nowym polonezie w wersji lux.

Z innych gdybań jedno narzuca się szczególnie:

Gdyby Mamie przyszło do głowy, że pani Róża przed trzydziestu laty powiła syna bandytę, zapewne nie opłaciłaby za trzy miesiące z góry czynszu za pokój z biurkiem, meblościanką i tapczanem. Gdyby wiedziała, że ogłoszenie o wolnych pokojach dla spokojnych studentek zawiera ukryty aneks…

Ale nie wiedziała. I zapłaciła. A teraz Dziunia płaciła za czyjąś niewiedzę, jak to się jej zwykło zdarzać już od poczęcia.

Udało jej się nieco obrócić i wciągnęła odrobinę po­wiet­rza.

– Zasssrany zboku, złaź ze mnie – wyszarpnęła lewą rękę i chlasnęła zboka w pysk. Próbował wcisnąć jej w usta kciuk, więc z całej siły zacisnęła zęby.

– Mamaaa! – zawył.

W sąsiednim pokoju Róża niechętnie budziła się z pięknego snu. Była w nim sędziną w Sądzie Ostatecznym i właś­nie miała ogłosić coś ostatecznie istotnego. Ledwie wybudzona, ale już pod wpływem adrenaliny, napięła mięś­nie – stoczyła się z łóżka – porwała kulę – i kulejąc – wtoczyła się na miejsce zdarzenia – zapalając światło.

Flanelowa koszula w drobne kwiatki, rozmiar 52, wisiała na niej, opinając się lekko na pękatym brzuchu i tyłku. Róża Kartacz była chudogruba. Chuda na górze, a otyła w dolnych partiach.

Pierwsze kilka sekund zostało zmarnowanych na akomodację trzech par źrenic, dlatego akcja na chwilę zastyg­ła. Uczestnicy zdarzenia trzepotali powiekami, każdy we włas­nym rytmie mrugania.

Gdy tylko oczy Róży były w stanie zeskanować fragmenty obrazu i wysłać do kory mózgowej, by poskładała ten bałagan w sensowną całość, dotarło do niej, że patrzy na goły zadek. Wzruszyła się. Szczególnie wzruszające zdało jej się wytatuowane na włochatej dupie wyznanie. Lewy półdupek – MATKA JEST. Prawy – TYLKO JEDNA.

– Ty ziyydziro jakaś – zaskrzeczała matka i kulą, tą jej częścią, która była pokryta świńską skórą, zdzieliła Dziunię w czoło. Drugi koniec, zakończony gumową nakładką, trącił zepsutą nocną lampkę, strojną w nadpalony woskowany abażur. Lampka spadła, a żarówka wybuchła z trzaskiem. Dziunia leżała, nie wydając dźwięku, Tuptuś pochlipywał.

– Nic ci się nie stało, syneczku? – zatroskała się Róża.

Dziunia chciała zaprotestować, ale nie zdążyła wydać głosu, bo kula ugodziła ją powtórnie, tym razem w wątrobę. Boleśnie.

– Ty wysiowa dziyywko niemyta!

Zanim zaczniecie oceniać, wyobraźcie sobie, jak głęboko zranione poczuło się kochające matczyne serce na widok dzieciątka w opałach. Złość wykipiała z niej, bulgocząc. Rozjuszyło ją okrutnie, że jakaś ziyydzira/dziyywka wysiowa próbuje wyrwać jej synkowi ucho z wygolonej, tatuowanej w kropki i kreski głowy.

Nie znała filozoficznych uwarunkowań, bo znać ich nie mogła. Nie była prorokinią, tylko wredną, ograniczoną, kulawą krową, która swoją własną, tkniętą paraliżem matkę udusiła poduszką. Żeby nie zmieniać jej pieluch. Matka Róży umierając, zasyczała:

– Powinnam cię była wyskrobać.

(Matczyna ambiwalencja posturodzeniowa z reguły dotyczy córek. Czyż jakikolwiek facet na Ziemi został kiedykolwiek przeklęty w taki sposób? Nawet jeśli właśnie dusił matkę poduszką?).

Róża nie wiedziała zatem (chociaż coś przeczuwała), że ta studentka (dziyywka niemyta) przywlecze jakieś zło do jej trzypokojowej oazy spokoju na piątym piętrze nowego bloku z wielkiej płyty. To mieszkanie zostało wybłagane u rozmaitych uczynnych świętych. Nie wspominając o łapówce dla uczynnego prezesa spółdzielni. Kilkadziesiąt lat odkładania na książeczce mieszkaniowej i wpatrywania się we wciąż od nowa wyłażące spod farby zacieki na gnijących ścianach familoka. I wreszcie jest. Wersalka, kryształy w serwantce, koronki na stole. Klepka na podłodze. Połysk. Ogromna Boża Matka z czarną twarzą z dwiema rysami, w pozłacanych ramach. Ta sama, która przez wszystkie lata chude cierpliwie i litościwie zakrywała najwstrętniejsze liszaje grzyba na ścianie.

A teraz? Teraz wisiała na lakierowanej sosnowej boazerii. Jak na Matkę przystało. Róża Kartacz zdziwiłaby się i oburzyła gorąco, gdyby ktoś ośmielił się wytknąć (wtedy lub kiedykolwiek), że jej płytkie, banalne życie składa się z samych stereotypów. Że polega na celebrowaniu bezsensownych rytuałów. Jej głęboko umotywowana odpowiedź mogłaby brzmieć:

– Pracowałam całe życie na to, żeby było normalnie, jak u ludzi.

No cóż.

Do tej enklawy normalności Dziunia wniosła tylko to, co mogła.

Predestynację do bycia zgwałconą. W sposób tradycyjny lub metaforycznie. A następnie ukaraną za to, że lazła tam, gdzie akurat gwałcili. Kogoś mniej przenikliwego mog­łaby zdziwić jej umiejętność grania według jednego tylko, szyderczego, a monotonnego scenariusza, dającego się streścić prostym zawołaniem: Ty wieczna cholerna ofiaro losu!

A nas? Czy nas to dziwi?

Bo tak!

Zapewne uważacie, że należy się wam jakieś wprowadzenie. Jak doszło do tego, że Dziunia spoczęła pod pożądliwym jak marcowy kocur Tuptusiem.

Przyznaję, macie prawo wiedzieć. Prowizoryczna odpowiedź brzmi:

Bo tak!

Bo Dziunia znalazła się tam, gdzie być nie chciała, ale musiała.

Też mi nowość!

Wyjaśnienie zaś bardziej złożone (chociaż przez to ani trochę bardziej sensowne) znajdziecie w różnych miejscach tej opowieści i wszystko ułoży się w pozbawioną logiki całość. Wszak to jest historia Dziuni.

W butelce kleina

Siedząc przy kuchennym stole nakrytym ceratą w kratkę, sączyła zimną herbatę o smaku benzyny z cytryną i rozważała teoretycznie – odrzucając kolejno – rozmaite procedury samobójcze. Żadna sekwencja, bolesna czy nie, nie spełniała na samym końcu kryterium estetycznego. Tak naprawdę co miała do wyboru? Ohydna morda wisielca, flaki rozwleczone po torach kolejowych, a może malownicze kałuże krwi z rozchlastanych tętnic? Truciz­na? Nie, dziękuję. Widziała akt konania z otrucia, pianę toczoną z pyska, zwierzęce dźwięki i błędne, przerażone oczy. Nie!

Zdawała sobie sprawę z tego, że finalny produkt samobójczego spektaklu będzie oglądany, oceniany, badany i zbierany do czarnego worka przez obojętnych obcych. Może będą jakoś komentować. Brzydzić się. Albo drwić.

A tego Dziunia wolała uniknąć.

Nie chciała umierać brzydko (ani brzydko żyć), a inaczej nie potrafiła. Była sobą śmiertelnie znudzona, znu­żona włas­nym znudzeniem. Przypuszczała, że nie ma duszy. Wciąż czuła w sobie obecność jakiegoś elementu duszokształtnego (duszopodobnego), lecz przecież to nie to samo. Kiedyś usłyszała nawet:

– Ty nie masz duszy. Po prostu robisz zamieszanie.

Kto to powiedział? Dziunia twierdzi, że diagnozę tę sformułował prawdziwy autorytet od dusz. Duszoznawca – tak się wyraziła. Chociaż – jak zaznaczyła – nie był dziunioznawcą, ani trochę.

A przy okazji, skoro już sobie gwarzymy o dziuniowłaś­ciwościach, to słyszałam różne plotki, którym tu z całą odpowiedzialnością zaprzeczam. To nieprawda, że Dziunia w drodze supermutacji posiadła dodatkowe zmysły, na przykład węch kwarkowy. Taką samą bzdurą jest przypisywanie jej zdolności magicznych, kompetencji w rzucaniu uroków i klątw, wielolokacji i innych idiotyzmów. Pytacie, jak inaczej wyjaśnić „pewne koincydencje”? A skąd ja mam to wiedzieć?

Czas. Przypuszczam, że dla was czas porusza się po pros­tej, biegnie (wlecze się/pędzi) równym truchtem lub galopem stamtąd dotąd i dalej do tamtąd. Jeśli tak, to jesteście szczęściarzami. Albo tylko wam się wydaje.

W czasach, o których tu opowiadam, czas Dziuni nie tyle płynął, ile wirował, czyniąc ją więźniem spirali bez początku i bez końca. I żeby było jeszcze śmieszniej, każda cząstka czasu wlokła ze sobą cząstkę związanego z nim zdarzenia. Czasocząstki były trwale połączone w pary ze zdarzeniocząstkami, ale tylko do grudnia 1981 roku. Wtedy, rankiem trzynastego, gdy Luba Jęczybuła przekazała Dziuni telegram, wszystko się pomieszało, rozsypało i zrobiło się niemiło, bo te cząstki były jednocześnie falami o zmiennych amplitudach. A czasem, jeśli im się podobało, przybierały postać drobniutkich strun i brzęczały własne melodie. Zanim mechanika kwantowa obliczy i zbada te cząstki, upłynie kolejne sto osiemdziesiąt siedem lat. Jako że najciemniej jest tam, gdzie się głosi oświecenie, trudno było fizykom, filozofom oraz teologom wpaść na trop tego, co cały czas mieli przed nosem: oddziałujące na siebie bez chwili wytchnienia emocząstki, myślocząstki, wiarocząstki. Dziunia urodziła się o sto osiemdziesiąt siedem lat za wcześnie i dlatego ciągle mamy wrażenie, że jest zwyczajną wariatką. I musi radzić sobie sama.

– Ale kiedyś opowiadałaś to inaczej – zarzuciłam jej w trakcie spisywania tej historii. – Wydawało mi się, że to zdarzenie miało miejsce wcześniej. A tamto po tym. A…

– Dajże spokój! – fuknęła rozbawiona. – Ty wciąż wierzysz w czas i następstwo zdarzeń? Nie czujesz, że sprawy układają się warstwami, a następnie przemieszczają się w poszukiwaniu sensu? Jak w chorej umysłowo pralkosuszarce?

Rzuciłam mało zobowiązujące mruknięcie, żeby jej nie prowokować do głębszych wynurzeń na ten temat. Wam mogę zdradzić – wciąż wierzę w czas. I w następstwo zdarzeń.

Dziunia nie znała żadnego sposobu, żadnej sztuczki pozwalającej chociaż na chwilę uwolnić się od życia w sokowirówce, wyciskającej z niej ostatnie kwanty energii ży­ciowej. Oczywiście, jeśli pominiemy chemię nie-całkiem-spożywczą, bazującą na C2H5OH oraz THC. I kilka innych substancji, których wzory zajmują o wiele więcej miejsca niż ta opowieść. Okresy abstynencji, których w życiu Dziuni było zaskakująco wiele, przynosiły jej całkowitą bezradność wobec wybryków własnego układu nerwowego. Każdego wieczoru sądziła, że tej nocy wreszcie umrze ze zmęczenia. Każdego ranka z niechętnym zdumieniem odkrywała w sobie siłę do przetrwania kolejnego dnia. Odrobinę siły, tyle, żeby móc poczłapać tam, gdzie poczłapać musiała. Skąd się brała ta energia, nie miała pojęcia. Wtedy nie zajmowała się jeszcze elektrodynamiką kwantową. Miała tylko kilka podejrzeń, z których jedno dotyczyło Prezesa. I jego trików. Jej samej brakowało zdolności stosowania sztuczek. Nawet takich, od których zależą zdrowe zmysły.

Ludzie w poczuciu przymusu potrafią uciekać w świat marzeń. Świat równoległy, po drugiej stronie chropowatej powierzchni realizmu życiowego. Wystarczy skoczyć głową w dół, przebić błonę rzeczywistości i hop! Inny, lepszy, dający się plastycznie lepić i ugniatać świat. Przytulny, stworzony na własne potrzeby.

Nic jej tak nie wkurwiało jak literackie opisy fantastycznych, wewnętrznych światów innych ludzi. Bo Dziunia, z przykrością trzeba wyznać, nie była zdolna do tworzenia swoich.

Była niezdolna. Uboga duchem. Uwięziona.

W świecie, który miał tylko jedną powierzchnię, a była nią rzeczywistość.

Czysta, żywa rzeczywistość, bez żadnych zmiękczających domieszek.

Bez dodatków nadających elastyczność i połysk.

Rzeczywistość o fakturze wojłoku. Dotyk włosienicy, w którą kaprys natury przyodział wszystkie neurony Dziuni, dając jej w zamian rozległy widok na rzeczy-wistość. Panoramiczną realność.

Nie licząc tego, co z premedytacją podstawiała w miejsce prawdy, czyli wierutnych kłamstw. Była niezdolna do marzeń, ale uzdolniona kłamliwie. Marzenia nie są konieczne do przetrwania, kłamstwa zaś jak najbardziej. Z czasem posiądzie nawet umiejętność samooszukiwania, ale zawsze będą to struktury kalekie, teatralnie ostentacyjne i ostentacyjnie teatralne.

Kłamstwa? Tak.

Złudzenia? Jak najbardziej.

Marzenia? W żadnym wypadku.

Nawet jej sny miały związek z rzeczywistością i do niej się odnosiły. Choćby najbardziej odjechane, były mniej odjechane niż sama rzeczy-wistość.

(Nie licząc Obszaru Q, ale nie wolno go liczyć, odnosić się do niego czy nawet wspominać o nim bez wyraźnej potrzeby).

– Jesteś jak uszkodzony komputer – zdziwił się kiedyś terapeuta alternatywny.

Był alternatywą dla pobytu w odosobnieniu. Nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

– Komputer bez wyłącznika, przegrzany, rozstrojony, na wieczność uwięziony w trybie online.

Wielka mi nowość! To właśnie próbowała mu powiedzieć, zanim umieścił jej na łbie urządzenie do pomiaru fal mózgowych. A było to w roku 2013, tuż po ogólnym rozczarowaniu, że nie nadeszła kolejna oczekiwana apokalipsa. Ludzkość mocno się napinała, żeby przed końcem świata nażreć się, zabawić i narobić hałasu, a wyszło z tego wielkie nico.

Tyle że wyprzedano wszystkie zapasy zleżałej, ruszającej się kaszy i makaronu bezjajecznego, ale to tylko w byłych demoludach. Gdzie wciąż żywa była pamięć tego, że na głodniaka umiera się dwa lub więcej razy.

Dziunia nie podzielała ogólnego rozczarowania, bo w dwudziestym pierwszym wieku miała już sporo stworzeń do kochania. Niektóre z nich były ludźmi. Inne nie. Miłość do stworzeń (w tym do ludzi) w układzie nerwowym Dziuni była ściśle sprzężona z lękiem i poczuciem winy. Pod tym względem nic a nic się nie zmieniło przez ostatnie pół wieku. Nie zmieniłoby się nawet, gdyby Dziunia miała żyć tysiąc lat.

Odkąd Dziunia nauczyła się kochać, każdy dzień roz­poczynała i kończyła, bojąc się o tych, których kochała.

Żeby się o kogoś skutecznie bać, należy przynajmniej być żywą – wymyśli i zapisze czym prędzej sens swojego istnienia. O tyle zmieni się jej podejście do własnej egzystencji, gdy na świecie pojawi się Dziecko.

Tak była skonstruowana, i już. Bez możliwości złożenia reklamacji, a nie sądźcie, że nie próbowała. Niestety, wszelkie próby zresetowania systemu kończyły się fiaskiem. Liczne psychoterapie. Rekolekcje. Posty o chlebie i bez chleba. Wizyta u wróżki. Akupunktura. Hipnoza. Narkoza. Noszenie włosienicy w talii i na nodze. Joga. Egzorcyzmy połączone z nakładaniem rąk. I gówno z tego wyszło. Największe nadzieje wiązała z Uzdrowieniem Wspomnień, tajemniczą kilkudniową sesją, opłaconą przez jedną z Dob­rych/Łaskawych Pań w 2014 roku. Sesję prowadził egzorcysta wraz ze studentką teologii. Ot, pomysł! Przecież wspomnienia Dziuni nigdy nie były chore. Były zdrowiuteńkie, świeże, nienaruszone. Nie było na nich nawet kożucha, pajęczyny czy rdzy. Wszak Dziunia od poczęcia dysponuje hiperpamięcią. Pamięta wszystko i w dodatku pamięta bez zniekształceń (wyjąwszy przemieszczenia czasowe i pobyty w Obszarze Q). Cóż tu uzdrawiać? Prawie się wtedy pochorowała od usilnych prób „wzbudzenia w sobie wdzięczności za każde upokorzenie będące kroczkiem ku prawdziwej pokorze”. Może innym się polepszyło, kto wie? Może Dziuni znowu zabrakło jakiejś części zamiennej, jakiegoś dynksa wtykanego w któryś z otworów psychiki. Może była zbyt tępa tu i tam, i jeszcze ówdzie („jak można być aż tak tępą duchowo?”). Może to wszystko jedna wielka ściema, a może…

Wracamy do Ka.

Nad nowymi blokami w centralnej części miasta krążą stada gawronów. Kraczą: kra. Kra, kra, kra. Ludzie wiedzą, że jeśli tak kraczą, to zawsze coś wykraczą, bo taka ich rola. Ten i ów splunie przez lewe ramię, żeby urok przeniósł się na sąsiada. Gawrony niedługo pójdą spać, a ludzie jeszcze obejrzą dziennik telewizyjny.

Siedzi tam Dziunia. Przy stole. Nakrytym ceratą w biało-czerwoną kratkę.

Na stole kubek z herbatą. Powierzchnia zimnej herbaty mieni się tęczowo i tłusto połyskuje, bo woda w Ka to więcej niż woda. Na kubku tłoczą się odciski cudzych palców, resztki wazelinowej szminki Róży Kartacz i dwie szczerby, od których biegną w dół smutne rysy. Dziuni chce się płakać, a najbardziej zawyć. Wydać z siebie wrzask o częstotliwości, od której pęknie jej serce. Trzask! I koniec.

Pragnie nie istnieć, ale na to jest o wiele za późno.

Jest tam, gdzie kazano jej być.

Nie przychodzi jej do głowy, że mogłaby być gdzie indziej.

Ponieważ – jak zauważyliśmy – brakuje jej jakichś ważnych połączeń neuronowych.

I woli.

Bez marzeń i wolnej woli została umieszczona w butelce, z której owszem, istnieje wyjście, ale w innym wymiarze. Niedostępne na tym etapie jej rozwoju.

[W czasie jednej ze spontanicznych sesji terapeutycznych, jakich jej nie oszczędzano przez całe doczesne życie, zdobyła się na pewne wyznanie, natychmiast zresztą tego żałując. Wyznała, że bez trudu poradziłaby sobie z deficytem marzeń, gdyby tylko pozwolono jej żyć według włas­nego rytmu. Gdyby nie musiała być tam, gdzie nie chciała. Robić rzeczy, które zupełnie jej nie obchodziły. Paradne, nieprawdaż? Z jakiego to tytułu miałaby otrzymać taki przywilej? Do ciężkiej cholery!

– Do ciężkiej cholery, z jakiego tytułu uważasz się za pieprzony pępek zasranego wszechświata!? – wykrzyczał jej w twarz jeden z nieślubnych mężów. Kiedy z nim na próbę zamieszkała, był (jakżeby inaczej!) psychiatrą i – co znacznie ważniejsze – neopoganinem, więc zazwyczaj wiedział, co mówi. Kiedy nawrócił się na buddyzm, wiedział już wszystko o wszystkim na pewno.

Na pewno wiedział, że:

– Wszyscy tkwimy od urodzenia aż po śmierć w niewoli obcych, narzuconych rytmów, kroków i ram. Większość z nas znajduje sposób, aby uwierzyć…

– Że brnąc pod górę w gromadzie żywych trupów, idziemy radośnie ku świetlanej przyszłości – dokończyła Dziunia.

Ona – jak już wiemy – nie miała odpowiedniej wtyczki].

Mimo uporczywych myśli o zakończeniu życia, siedząc w 1979 roku przy stole nakrytym brzydką, średniej czystości ceratą, prowadziła dość uporządkowany wewnętrzny dialog z Kimś. Chwilowo nie nazywała go czule Prezesem. Skoro, jak stwierdziła z goryczą:

– Ty, Panie mój, wszystko możesz? Nie rozśmieszaj mnie. Pułkownik może o wiele więcej.

Jak na Prezesa Wszechwszystkiego ten Ktoś był rażąco niekompetentny. Przynajmniej z tej perspektywy, z której patrzyła mu na ręce Dziunia. Bo przecież spotkała się z zupełnie odmiennymi opiniami. Chociażby Babunia, z uporem godnym lepszej sprawy powtarzająca bez cienia wątpliwości w głosie, bez najmniejszej nuty wahania:

– Módl się wytrwale, proś, a dostaniesz wszystko.

Na szczęście mocno się myliła, dzięki czemu Dziunia wciąż się snuła po tym świecie, a nie błąkała po tamtym. Ach, ta Babunia i jej wieczna dziecinna nadzieja na rychłą poprawę losu! Jeszcze tylko kilka modlitw, parę okrążeń różańca. Dobry Bóg słyszy. I już wkrótce odpowie. A wtedy… To był jej sposób praktykowania nadziei. I jeśli sądzicie, że bardzo się różnił od metody Dziadziusia, to popatrzcie z bliska: Jeszcze tylko jeden kupon. Może kilka. Przecież w którymś losowaniu padną wreszcie odpowiednie liczby. A wtedy…

Delfinom łatwiej przestać

Dziunia miała związane ręce. Przez ten system podtrzymywania życia, który powstał spontanicznie jeszcze przed jej narodzinami. To Babunia była odpowiedzialna za to, że Dziunia ostatecznie pozostała w brzuchu Mamy, zamiast zostać Odesłana. Wcale nie drogą modlitwy i postu, chociaż możliwe, że i to miało jakiś udział w końcowym efekcie. Ale, nie zapuszczając się głębiej w obszary nadprzyrodzone, trzeba przypomnieć, że to rodzice Mamy sfinansowali wykupienie Dziuni spod narzędzi do łyżeczkowania macicy. Odkupili ją, mówiąc wprost. Użyli do tego pieniędzy, oszczędzanych dla syna na usamodzielnienie. Zbudowali tym samym między Dziunią a światem relację opartą na przymusowej wdzięczności i obowiązkowym poczuciu winy. Teraz zaś za ich przyczyną ewentualne samobójstwo nie wykraczało poza etap planowania. Wystarczyło samo wyobrażenie sobie ich łez i rozpaczy. No i wzgląd na głębo­ką wiarę Babuni. Zdeletowanie się wnuczki jako część boskiego planu? W to nie uwierzyłaby nawet Babunia i całą jej Wiarę przez duże Wu trafiłby szlag. Na to Dziunia nie mogła pozwolić. Zwykła choroba, pospolity wypadek, to co innego. Dlatego niejasne samobójcze knowania zostały przesunięte do partycji Daj Sobie Spokój z Tym Szajsem. Dziunia dała sobie spokój z tym szajsem i tylko czasem pozwalała sobie na wycieczki w tamtą stronę. Na przykład nad zimną herbatą w szczerbatym kubku przy obcym stole, w obcym mieście.

Tym, co dawało jakąś wątłą nadzieję zmiany, były rytmiczne, monotonne prośby kierowane do Niewiadomo­kogo:

– Zabierz mnie stąd, bo jestem zmęczona. Zmęczona. Bardzo zmęczona.

Kilkanaście lat wcześniej i zupełnie gdzie indziej pewien osobnik płci męskiej imieniem Peter znalazł wyjście z podobnej sytuacji. Podobnej w sensie emocjonalnego wy­czerpania. Nie użalał się nad sobą. Nie złorzeczył życiu, że takie podłe. Nie marnując czasu na żadną ponurą celebrę – akty rozpaczy, knucie zemsty czy listy samobójcze – po prostu wziął ostatni oddech i umarł. Mocą własnej decyzji, bo nie chciał żyć w świecie, gdzie silniejszy gwałci słabszego dla zabawy i z ciekawości. Zniewolony przez wszechwładną kobietę został wykorzystany i porzucony. Nie przeszkadzało mu wykorzystanie (zasadniczo nawet mu się podobało). Tym, co go naprawdę zraniło, było odesłanie. W niepamięć. Peter był delfinem. Delfiny mają subtelniejszą naturę i prawdziwie wolną wolę. Nie muszą się okaleczać, żeby umrzeć. Po prostu podejmują decyzję. O nieoddychaniu. I już.

Dziunia, jako istota obdarowana automatyzmem oddechowym, a na dodatek wiarą w Prezesa, nie mogła ot tak sobie przestać.

Stąd, wbrew zapewnieniom Babuni i na przekór obiecankom (proście, a otrzymacie) Zbawiciela, Dziunia tkwi przy stole nakrytym ceratą, nad kubkiem zimnej, tęczowo mieniącej się herbaty Madras. Z drugiego krańca stołu gapi się na nią Róża Kartacz. Poza nimi w mieszkaniu nie ma nikogo. Tak przynajmniej sądzi Dziunia. Za chwilę umyje po sobie kubek, wysika się, wyszoruje zęby i położy się na nieco wyboistym posłaniu, śmierdzącym proszkiem Ixi. Będzie śnić o gównołączce i zapadać w bagno głębiej i głębiej. Aż do dna. Jasne? Czy już wszystko jasne?

Kompleksy, czyż nie?

Pewnego dnia Dziunia wymyśliła sobie ojca.

Ten, którego miała, nie nadawał się do opowiedzenia, nie mówiąc już o pokazaniu.

Prawdziwy ojciec dawno przestał zaprzątać uwagę Dziuni. Nie wchodzili sobie w drogę. Przed bliższym kontaktem chronił ich szczelny pęcherz wypełniony Tym, O Czym Się Nie Mówi.

(Każda rodzina hoduje taki pęcherz, wypełniony – tu użyję określenia Dziuni – „smrodem pandoralnym”. Pęcherz wybrzusza się to tu, to tam, napinany wewnętrznym ciśnieniem. Na szczęście ten balon rzadko pęka – choć jeśli już, to z takim hukiem i fetorem, że ho, ho! – bo wiele tak zwanych dobrych rodzin znalazłoby miejsce wiecznego spoczynku w stratosferze. Tak przynajmniej twierdziła Dziunia po kilku latach praktyki psychoterapeutycznej w Kobiecej Sprawie).

Od Dnia Mięsa ojciec trzymał się od niej z daleka, jak od zapowietrzonej. Sam stawał się powoli czymś na kształt milczącej gąbki, najczęściej spokojnej, bo nasączonej alkoholem. Gąbka czasem powarkiwała na Mamę albo na Lubusia, kiedy suszyła się w celu odtrucia. Czasem machała łapami, starając się usadzić towarzystwo.

(Z czasem Mama nauczy się obsługiwać Gąbkomęża w sposób dla siebie bezpieczny. Jeszcze nie teraz, dopiero wtedy, gdy zaczną jej puchnąć nogi. Nowa strategia będzie polegała na podstawianiu gąbce pod nos wódki i piwa. Prawdziwy postęp w porównaniu z obecnymi próbami wylewania gorzały do zlewu. Gąbka z wdzięcznością będzie się nasączała, spokojniejąc. Gdzieś w środku tego stworzenia nadal będzie żył ojciec).

Dziunia czasem czuła na sobie jego wzrok, ale (co dla niej nietypowe) nie umiała rozpoznać kłębowiska uczuć, które wyrażał. Nie potrafiła nawet stwierdzić, czy ten wzrok wyrażał cokolwiek. Tylko samą skórą, jej odsłoniętymi częś­ciami, czuła chłód i przypuszczała, że płynie on ku niej od tego spojrzenia. Od tej kreatury ojcopodobnej, lecz gąbkokształtnej. I usuwała się z jego zasięgu, bo się bała. Czegoś.

(Jego).

Jednocześnie bała się o niego, czując więź z Człowiekiem Uwięzionym w Gąbce. Który kiedyś był Tatą. Nigdy nie zapomniała, że było między nimi specjalne porozumienie, gdy częstował ją kielonkiem gorzałki. Dawno, dawno temu, ale jej skóra doskonale pamiętała miły dreszcz tych ojcowsko-córczyno-wódczanych chwil bliskości. Człekogąbka w obecnej postaci miała dziwaczną właściwość: była trzeźwa, kiedy była nasączona, a kompletnie nieprzytomna w stanie suchym. Ta żałosna postać zupełnie nie nadawała się do celów reprezentacyjnych. (Choć według standardów Sczezłego Dochtór pozostawał alternatywną formą życia, zwaną Wysoko Funkcjonującym Alkoholikiem).

Była zmuszona wymyślić takiego ojca, który będzie się nadawał. Do opowiedzenia w miejscu zesłania, do którego otrzymała przydział.

Czuła się tak bardzo nieswojo, tak kołkowato jak nigdy dotąd. A przecież zawsze czuła się jak kwadratowy kołek. W okrągłej dziurze.

Dziura, do której Dziunia – mocą spisku rodziców i Dziadostwa – zmierzała nocnym pociągiem, nazywała się Wydział. Fabrycznie nowa, wspólna inicjatywa władz partyjnych i środowisk artystycznych. Jej celem było wyhodowanie ideologicznie poprawnego narybku dla telewizji i filmu. Chociaż nikt, nawet największy idiota, nie przyznałby, że prawdziwym powodem powołania nowej szkoły filmowo-telewizyjnej była chęć udowodnienia pajacom z Holyłudu, że polskie kino to nie tylko szamotanie moralnego pępka. Kompleksy, czyż nie? Był też powód całkiem praktyczny. Oto powstał Wydział, na który można było zrzucić wszelkiej maści spadochroniarzy – przygłupie lub zbyt mądre, nieudane lub nadmiernie udane, sprawiające problemy bachory tuzów z zaprzyjaźnionych resortów. Jas­ne, na każdych studiach były miejsca dla dzieci Tych, Co Mają Dojście. Na Wydziale było ich po prostu relatywnie więcej. Niektórzy twierdzą, że aż połowa. Inni, że nawet trzy czwarte.

– Nasze nazwisko będzie w telewizji – cieszyła się Mama na wyrost.

– Mojej rodziny. Nazwisko – uściślił z naciskiem ojciec.

Kompleksy, czyż nie?

Nie przyszło im do głowy, że pierwsze, co Dziunia zmieni, kiedy przyjdzie pora zmian, to właśnie nazwisko.

Jadąc na egzaminy pociągiem relacji Warszawa – Ka, drzemała na umywalce w brudnym kiblu. Na sedesie przycupnęły dwie zakonnice. W rytmie dziesięciominutowym zamieniały się miejscami, żeby dać odpocząć półdupkowi siedzącemu. Półdupek wiszący stawał się w ten sposób siedzącym i na odwrót.

Hej, siup! Zmiana dup! – podśpiewywała sobie Dziunia w myślach i podróż jakoś zleciała, chociaż trwała około dekady (subiektywnego, wirującego dziunioczasu).

Od czasu do czasu ktoś stanowczo żądał udostępnienia sedesu, a zakonnice zgrzytały zębami i fukały nosami. Ale pokornie wstawały, poprawiały wymięte habity i skromnie spuszczały wzrok, gdy delikwent oddawał mocz. Pociąg wiózł ogromną liczbę pielgrzymów na Jasną Górę. I Dziunię na egzamin do Ka. Do ostatniego miejsca na Ziemi, w którym chciałaby się znaleźć. Wtedy, na tej umywalce, wymyśliła nowego ojca, żeby ją chronił, bronił i wspierał na tej nowej drodze.

Z pamiętnika Buni

Teraz wszystko jest do chrzanu. Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Dziunia ma być kierownikiem produkcji w telewizji albo w filmie, Dochtór w sklepie opowiadał, że zmądrzała i będzie robić KARIERĘ. Moja Mamusia słyszała i mnie się pyta, czy ja coś wiem. Ja wiem, że ona chciała hodować świnie wegetariańskie (nie wiem, czy ze mnie żartowała, czy naprawdę gdzieś takie są).Trzy miesiące wagarów z rzędu, milicja w szkole, a teraz będzie robić karierę, może jeszcze w filmie zagra, skoro taka zdolna. Mamusia mówi, popatrz, jak spadła na cztery łapy, a ja teraz będę spać, jak mi Dziunia poście­liła. Nie rozumiem, ale czuję, że tym razem Mamusia ma rację. A Dziunia wyjechała i nigdy nie wróci. Tęsknię za nią… Teraz też słyszę w głowie jej głos, zaraz by powiedziała – płać się czy śmiakać, oto jest pytanie.

Pisząc te słowa, Bunia nie wiedziała, że wkrótce podzieli opinię swojej mamy, a następnie zostanie zniknięta na trzydzieści parę lat. Chwilowo była zesłana do zamkniętego pokoju, żeby Przemyśleć Swoje Życie. Dziunia i Bunia spotkają się kiedyś ponownie i obie się zdziwią, a każda z innego powodu. Czym zasłużyły na tę kwarantannę? Ujmijmy to lakonicznie: zeszły na Złe Ścieżki. Wszelkie zaś niedopowiedzenia należy interpretować.

Na niekorzyść.

Oskarżonych.

O straszne czyny.

O wyczyny.

O demoralizację.

Odrażające, zepsute i złe.

– I co wy z nią zrobicie? – zagdakała Pułkownikowa, która lubiła sobie pogdakać na koszt rozmówcy.

– Ale o co tym razem chodzi? – udała głupią Mama.

– O to, że trzeba było wtedy wydać ją za tego parobka! – uniosła się Babka. – I byłoby z głowy.

Tym samym po raz pierwszy i ostatni zgodziła się z punktem widzenia Dziuni, chociaż nie miała o tym zielonego pojęcia.

Tfu

Dziunia miała talent literacki i wszyscy o tym wiedzieli.

Nie wiedzieli tylko, czy jest to talent prawdziwy, przez Te, czy jakiś podrzędny talencik.

Znali jej możliwości ci, dla których pisała wypracowania, rozprawki i eseje, czyli całe zastępy tłumoków i patentowanych leni.

Wiedziała o tym Mama, która po kryjomu czytywała ponure wiersze córki. Cynicznych opowiastek o życiu nie tykała.

Wiedział o tym Lubuś, który po kryjomu czytywał cyniczne opowiastki o życiu. Ponurych wierszy siostry nie tykał.

Nikt nie wiedział natomiast, czy ten talent jest prawdziwy, czy nie, a jeśli prawdziwy, to jaki i na co mógłby się wszystkim przydać. Na przykład: czy Dziunia powinna się kształcić w kierunku języka, literatury, dziennikarstwa czy innej cholery dającej uprawnienia, żeby sprzedawać talent (jeśli jest prawdziwy, przez Te) literacki.

Polonistką w liceum w Gie była Zęboria Konina-Patataj. Nie przepadała za Dziunią, ale to nas wcale nie dziwi. Nikt normalny nie przepadał za Dziunią. Zęboria miała dodatkowy powód, bo oprócz tego, że była normalna, była niesłychanie wścibska. Co zresztą też jest absolutnie normalne. Polonistce dostarczono po kryjomu ponure wiersze i cyniczne opowiastki, aby dokonała eksperckiej ich oceny. Dokonała, czemu nie.

– Niedojrzałe i pesymistyczne. Bo wie pani, pesymizm jest bardzo niedojrzałą postawą – orzekła Zęboria i od­dała Mamie upaprany musztardą dwustustronicowy brulion. Było na nim napisane: TFUrczość – Brulion Ćwiczebny – NIE CZYTAĆ!!!

(Dziunia sądziła, że jej dorobek spoczywa bezpiecznie w wersalce, razem z kłębem brudnych majtek, wsadzonych dla odstraszenia wścibskich intruzów).

Zęboria pragnęła wyrazić swoją opinię bardziej dosadnie. Po głowie obsesyjnie plątała jej się fraza „nierozgarnięta dziewucha”. Z prawdziwą rozkoszą ułożyłaby wąskie wargi w starannie wypowiedziane: Córka pani, pani Dok-to-ro-wa, to prosta i nie-roz-gar-nię-ta dziewucha.

Zadziwiające, jak bliźniaczo podobne opinie zwykła wypowiadać Babka Pułkownikowa, która nie miała żadnych obiekcji w wypluwaniu z siebie całej posiadanej mądrości:

– Chociaż my próbowali zrobić z niej osobę do ludzi podobną – tu Pułkownikowa brała głęboki, namaszczony wdech – to nawet my nie dali rady tej nierozgarniętej dziewuchy pieriemienić.

Nawet oni! Nie dali. Rady.

Pieriemienić na swój obraz i podobieństwo.

W wyniku tajnej konsultacji z Koniną-Patataj stało się jasne, że z pisania czegokolwiek (chyba że etykietek na słoiki z trucizną) Dziunia się w życiu nie wyżywi.

Warto nadmienić, że gdyby Dziunia nie była upartym matołem, werdykt Zęborii mógłby brzmieć odmiennie. Mógłby być skrajnie różny, a gdyby był inny, to i skutki byłyby inne. Niestety, kiedy Zęboria próbowała wycisnąć z Dziuni informacje, ta zagrywała sobie z nią nieładnie.

– Ja wiem, kiedy ktoś zagrywa sobie ze mną nieładnie – wyznała Konina. – Jesteś albo złośliwa (kaszlnęła), albo może jesteś kompletnym matołem.

– Matołem – potwierdziła Dziunia skromnie.

– Mam prawo wiedzieć! – spróbowała jeszcze raz Zęboria. – To nie jest normalne, żeby ktoś przenosił się w środku roku szkolnego z TAKIEJ szkoły do powiatowego liceum!

Zęboria była wyczulona na nienormalność, a nade wszystko pragnęła gromadzić wiedzę o ludziach. Zamierzała wyko­rzystać zgromadzone zasoby na emeryturze. Uważała, że ma talent literacki i prędzej czy później napisze dob­rą książkę. O ludziach. Dziunia wydała jej się interesująca przez tę milczącą zmowę (tak, sądziła, że jest jakaś zmowa), żeby o nic jej nie pytać. Poza, rzecz jasna, programem nauczania. Zdecydowała, że wiedza o Dziuni jest warta prowadzenia śledztwa. Bo niby z jakiego to powodu dziewucha z dobrego domu przerywa naukę w elitarnej szkole w Pe, do której nawet Warszawa zapisuje swoje potomstwo?

Zęboria próbowała zrazu wyciągnąć coś od Mamy, ale ta milczała jak zamurowana. Pozostało więc zmierzyć się z uporem uczennicy, który – jak sądziła – potrafi złamać. Zaczęła życzliwie od:

– Jeśli miałaś tam jakieś kłopoty, to możesz mi zaufać. Pytam tylko dlatego, że chcę ci pomóc.

Dziunia:

– Nie trzeba. Dziękuję, pani profesor.

Po kilku próbach naciskania po dobroci przyszła kolej na sposoby.

– Skoro nie można po dobroci, to wiedz, że mam swoje sposoby.

Sposoby Zęborii polegały na smarowaniu czerwonym flamastrem po wszystkich wypracowaniach Dziuni. Jej zeszyt do polskiego wyglądał, jakby ktoś pochlastał sobie na nim żyły. W rezultacie każdy jołop, któremu w tym czasie pisała eseje, miał lepsze oceny niż ona. Zęboria nigdy nie przestała cierpieć, snując domysły coraz bardziej fantastyczne. W dzisiejszych czasach zostałaby nazwana stalkerem, a jej relacje z Dziunią byłyby uznane za mobbing. Ale nie wtedy. Jesteśmy w czasach, kiedy strzelenie ucznia w gębę było standardową metodą nauczania.