Dziunia - Anna M. Nowakowska - ebook
Opis

Jak byś się czuła, gdybyś była dzieckiem nastoletnich rodziców, którzy, nieuświadomieni i beztroscy, spłodzili cię przez przypadek (wstyd i hańba)? I gdyby nikt, albo prawie nikt, cię nie potrzebował ani nie kochał? I czy zły dotyk bolałby cię przez całe życie? (Przecież to tylko dotyk, wielkie rzeczy.)

Nie jest łatwo być Dziunią, akceptowaną tylko przez dziadków od strony matki, znienawidzoną przez Dziadostwo Pułkownikostwo. Ach, prawda, bardzo kocha ją stary profesor, za przyzwoleniem żony organizujący ciche schadzki w piwnicy...

Dziunia to pełna humoru, ale wstrząsająca historia dziewczynki, która zdecydowanie nie ma lekkiego życia, ale zawsze stara się radzić sobie z trudnościami w czym pomaga jej przenikliwa inteligencja i śmiech, chociaż nierzadko jest to śmiech przez zaciśnięte zęby.

 

Proszę, nie bójcie się odwiedzać ze mną miejsc, w których bywała Dziunia. Nawet jeśli to takie parszywe dziury. Będzie jej zapewne miło, gdy z własnej woli zajrzymy tam, gdzie ona bywała, bo musiała. Będzie się czuła mniej inna, mniej obca. Albo i nie. Przecież większość przygód Dziuni tak czy inaczej wychodzi jej na dobre. Sami zobaczycie. Co jej nie zabija, to ją w końcu rozśmiesza.

Anna M. Nowakowska

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna M. Nowakowska

DZIUNIA

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie I

Warszawa

JEDEN: KONSEKWENCJE DLA WSZYSTKICH ZAINTERESOWANYCH

Dziunia urodziła się trochę za wcześnie i w dosyć ambarasujących okolicznościach.

Babka Pułkownikowa w chórze z Brzydkimi Ciotkami wybrzydzały, stercząc nad nią, że taka paskudna i do niczego nie podobna. Leży w tym inkubatorze taka jakaś… błee… pokręcona, wygląda, jakby ją przeżuł pies. Co gorsza, upiera się, żeby oddychać.

Wbrew prognozom. Mimo braku zachęty.

– I pło cło? – westchnęła Babka. – Pło cło komu taki kłopot?

Babka z Ciotkami myślały głośno (lubiły myśleć na głos do siebie nawzajem), że lepiej dla „tego dziicka” i dla wszystkich innych, żeby poszło sobie won, leżeć z aniołkami. Ładny grobek się obstaluje. Niedrogi, bo nieduży.

I po kłopocie.

Babka zaciskała wydatne i na czerwono uszminkowane wargi na myśl o Konsekwencjach Dla Wszystkich Zainteresowanych. Jeśli to małe gawno (Babka pochodziła ze Wschodu), to małe gawno śmierdzące z trzema punktami na dziesięć jednak przetrwa.

Konsekwencje miały być bardzo dolegliwe, poczynając od słowa na em (mezalians). Aż do słowa na pe (pieniądze – „Kto to weźmie i utrzyma?!”).

A Dziunia (gawno z akcentem na o) wypięła się na to gadanie swoim niemal nieistniejącym, ale skłutym igłami tyłkiem. Wierzgając i walcząc o każdy haust powietrza, oznajmiła światu wolę istnienia.

Na złość. Bo tak.

Dziunia rosła sobie zdrowo, bo chociaż nikt jej nie chciał, to znaleźli się tacy, którzy ją pokochali. Nie za darmo. Ale o tym na razie sza!

Już w przedszkolu dało się zauważyć, że Dziunia normalna nie jest.

Przede wszystkim mówiła jak dorosła i umiała czytać. Musiała się nauczyć, ponieważ spędzała wiele czasu, siedząc na nocniku. Za karę albo w nagrodę, kto by zrozumiał dorosłych. Nocnik stawiano przy starym regaliku, na którym pokutowały niedobitki cudzych księgozbiorów.

Nocnikowe sesje czytania mogły być przyczyną późniejszych dramatycznych zdarzeń. Nie tyle samo czytanie, ile dobór lektur. Dziunia bowiem wierzyła we wszystko, co przeczytała. W Katechizm dla pań pokornych, w Kalendarz ogrodniczy 1958, w Marksa – dzieła wybrane, a także w Chirurgię – podręcznik dla studentów weterynarii.

Budowała złożone zdania i zadawała pytania, od których ciarki chodziły paniom przedszkolankom po różnych częściach ciała. Nikt nie lubi, jak mu chodzą ciarki, więc Dziunię stawiano za karę we wszystkich możliwych kątach przedszkolnej sali. Chociaż sala była czworokątna, kątów było pięć. Tak bywa w przedszkolach.

Stojąc w dowolnym kącie, mogła sobie gadać do ściany, co jej się w dalszym życiu przydało.

Lubiła też Dziunia śpiewać, a głos miała taki, że łzy w oczach stawały: czysty i mocny.

Najbardziej lubiła śpiewać na mszy, a już kolędy po prostu kochała. Kiedy zaśpiewała Lulajże, Jezuniu, to wszyscy się rozglądali, skąd ten głos dochodzi, a tu takie małe, ledwie widać, a śpiewa jak anioł.

Jednak, żeby było sprawiedliwie, oprócz rozlicznych talentów dostała też Dziunia brzemię kalectwa, urodziła się bowiem bez łokci, które u normalnych ludzi służą do rozpychania się. Miała też inne wrodzone wady, ale o nich będzie mowa o wiele później.

Przyznać trzeba, że pierwszy rzut oka, a nawet następne rzuty niczego nie przesądzały, bo Dziunia wyglądała całkiem normalnie. Wyglądała niepozornie i – bądźmy szczerzy – nieciekawie. Myszowate dziecko w opadających bawełnianych rajtuzach, które tworzyły grube obwarzanki na kolanach. Ani otoczenie, ani sama Dziunia nie byli świadomi ułomności, które miały wyjść w praniu. Czyli w użytkowaniu. Czyli w życiu.

Tyle tylko, że całkiem intuicyjnie i bez żadnych dodatkowych przesłanek Dziunia wcześnie zrozumiała, że nie powinna zajmować sobą dużo miejsca.

Bo jeśli zostanie z jakiegoś powodu Dostrzeżona, to są Konsekwencje.

Dla Wszystkich Zainteresowanych.

DWA: DECYZJE DECYZJAMI, A KOCHAĆ KTOŚ MUSI

Wróćmy na chwilę do czasów, w których Dziunia – na złość Babce i Brzydkim Ciotkom oraz wbrew wiedzy medycznej – zdecydowała, że nie aniołkom, ale światu w objęcia się odda (chwilowo, na próbę, zobaczymy). Zawiesiła umieranie na pewien czas, mając przeświadczenie, że zawsze zdoła do tej kwestii wrócić. Jakby co.

Mogło też być zupełnie inaczej. Może jakaś siła, potocznie zwana Bogiem, losem, przypadkiem (jak go zwał, tak zwał) na złość Dziuni (takaś szybka? to zobacz, co my tu dla ciebie mamy) i na pohybel brzydkiej Babce i jeszcze brzydszym Ciotkom uznała, że Dziunia na świecie to dobra zabawa.

Zabawimy się, heja – hej.

– Trzeba coś z tym zrobić – nadęła się Babka.

– Trzeba – orzekł Dziadek, który był Najmądrzejszy.

– Trzeba – zaćwierkały Cioteczki.

To leżało w wózku jako zakładnik i czekało na werdykt. Mama i Tata nie mieli nic do powiedzenia.

O czym tu gadać. Zrobili, co musieli, bo jak się nastolatek zakocha, jak zapłonie żarem do dziewczyny z warkoczem, to iskry się sypią i Dziunie się poczynają. W lesie. Na igłach.

Na obozie harcerskim durny plemnik (jeden ze stu milionów w tej sesji tryskania) zabawił się w dom z komórką jajową.

Wkrótce Dziewczyna z Warkoczem – jeszcze nie Mama, ale już nie niewiniątko – bandażowała sobie brzuch. Aż do rozwiązania, które zaczęło się w szkolnej ubikacji. Mama poszła siusiać na przerwie i tak ją jakoś zabolało. Później coś cicho pyknęło w dole brzucha. I nagle Dziunia, śliska i wkurzona, próbuje się wydostać wprost do muszli klozetowej. Chlup.

Ale nie. Na szczęście albo na nieszczęście. Zależy, jak na to spojrzeć.

– A czego ty do nas nie przyszła, jak był jeszcze czas coś z tym zrobić? – zapytała Babka, patrząc z obrzydzeniem na pakunek w wózku.

– Właśnie – dodały Ciotki.

– A teraz wszyscy mamy problem – stęknął Dziadek Pułkownik, który nie lubił problemów.

Małoletni rodzice – zadecydowano – wrócą do nauki. Zawrą mezalians, oczywiście. Cywilny i kościelny mezalians, jak nakazuje honor i tradycja, ale niech sobie wybiją ze łba wspólne mieszkanie. Dziunia będzie mieszkać z matką i rodzicami matki. Koszty utrzymania Babka Pułkownikowa i Dziadek Pułkownik pokryją w połowie. Żeby nie było. że się nie poczuwają!

Tylko oglądać Dziuni i jej smarkatej matki nie życzą sobie na salonach. Ani teraz. Ani nigdy.

– I czy ja wyglądam jak czyjakolwiek babka? – syknęła Babka do lustra. Wysunęła wargi, cmoknęła, wciągnęła policzki, wydęła, mlasnęła językiem, wzruszyła ramionami.

Babka i Dziadek byli ludźmi z towarzystwa. Państwo Pułkownikostwo z koneksjami w Pewnych Sferach. Najmłodszy syn był chowany (hodowany) na artystę muzyka. Na Kogoś. Na pewno nie na męża proletariackiej córki (choćby i z warkoczem), której rodzina gnieździ się w pokoju z kuchnią na wydmuchowie.

– Chyba nie oczekujecie, że nasz syn zamieszka w tej norze? – zadrwiła Babka. – A my tu żadnych bęka… dzieci sobie nie życzymy – dodała – ani teraz. Ani później. Ani nigdy.

Z tego powodu Dziunia trafiła do proletariackiej nory zamiast na salony. Ale jej akurat było wszystko jedno, bo nie zajmowała dużo miejsca, wcale a wcale.

Rodzice smarkatej Mamy byli prości. A na dodatek biedni. Ta zdolna córka z warkoczem miała być pierwszą, która pójdzie wyżej, na uczelnię, do lepszego życia. Lepszego niż osiem godzin w fabryce (Dziadzio) albo lepienie pierogów i robienie na drutach (Babunia).

A tu – oj, grzech tak myśleć, ale jak inaczej nazwać? – skaranie boskie.

Dziunia („skaranie boskie”) została przyjęta z mieszaniną rozczarowania i miłości. Prości ludzie potrafią kochać w prosty sposób. Używają do tego mięśnia zwanego sercem.

Zresztą jak tu nie kochać takiej brzydkiej żaby, która o mały włos nie urodziła się prosto do klozetu?

TRZY: TO DZIECKO NIE DA SIĘ LUBIĆ. PO PROSTU

Czy to z racji poczęcia się w igłach i mrówkach, czy poprzez swój nazbyt ekstrawagancki sposób przyjścia na świat, a może ot tak, bo tak, Dziunia miała skłonność do popadania w kłopoty.

A może po prostu była tak bardzo niedostrzegalna, że aż zniknięta? I kiedy nagle, znikąd, zjawiała się w tym czy owym miejscu, była rozdeptywana (wielokrotnie) przez wszystkich domowników i niektórych gości.

Miała też inne oryginalne doświadczenia: zrzucona ze schodów (niechcący), ukradziona z wózkiem spod sklepu (celowo), ciśnięta o podłogę (odruchowo), uwięziona za wersalką (przez zapomnienie).

Te zdarzenia kształtowały jej interpretację świata: zakazane miejsce, pełne pułapek, obutych stóp i niedołęgów rzucających dziećmi o podłogę (bezwiednie, kiedy sikają dorosłym na kolana).

Bezpieczne miejsce, jedno z niewielu bezpiecznych miejsc Dziuni, nazywało się Pod Stołem. I, zgodnie z nazwą, tam właśnie było.

To nie był jakiś zwyczajny, banalny stół. To był stary, ogromny, poniemiecki dębowy Stół Na Dwanaście Osób. A po rozłożeniu może i na dwadzieścia cztery. Ze skrytkami w grubym blacie i z krzyżakami na dole. Z obrusem zwisającym do ziemi. Zajmował trzecią część mieszkania, na samym środku pokoju.

Przy Stole toczyło się dorosłe życie: jedzono rosół z makaronem w niedziele i zacierkową w zwykłe dni, grano w tysiąca, liczono wydatki, opierano łokcie. Pod Stołem mieszkała i rosła Dziunia. Miała swoje skarby w skrytkach: tiulową apaszkę („Gdzie moja najlepsza chusteczka!?”), małe nożyczki („W tym domu wszystko ginie!”), szkło od okularów (nikt nie szukał). I inne. Znalezione. Ukradzione. Oraz książki przywleczone ze starego regału.

Pod Stołem trwał teatr jednego aktora. Dziunia śpiewała, ale raczej po cichu, Dziunia grała księżniczkę uwięzioną w podziemiach zamku albo Pannę Młodą z tiulową chustką zamiast welonu.

– Ależ to dziecko ma fantazję – dziwili się ci, co to słyszeli.

– Gada do siebie, no, nie wiem, nie wiem. Czy to jest normalne, czy nie bardzo, ale może przedszkole ją z tego wyleczy.

Zamiast wyleczyć, jeszcze namieszało jej w głowie.

Te wszystkie przedstawienia, śpiewanki, popisy dla rodziców. Dziunia rwała się do występów, wyśpiewywała pod sufit.

Ja, ja, ja chcę grać, śpiewać i zbierać oklaski, zdawała się wołać, nawet jeśli akurat nic nie mówiła.

Czy to jasełka, czy przedstawienie dla rodziców, Dziunia dostawała najpośledniejsze role, żeby swoim talentem aktorskim i muzycznym nie obrażać uczuć innych, mniej utalentowanych dzieci. A przede wszystkim ich mam. Zwykle grała więc pastuszka albo jakiegoś krasnoludka (jednego z wielu), a role śpiewane albo mówione dostawały inne dzieci. Dzieci, które urodziły się z łokciami i które nie zadawały męczących pytań. Dziewczynki, których mamy były ładne, miłe, a przede wszystkim – obecne.

Dziewczynki, które grały księżniczki, elfy, rusałki, cóż, one nosiły Elastyczne Rajstopy. Te obcisłe, białe albo niebieskie, bez grubych obwarzanków na kolanach. Widział kto księżniczkę w opadających burych rajtuzach?

Przedszkole było prowadzone przez zakonnice i obowiązywały jasne reguły: jeść, co dają, spać, kiedy każą, milczeć, kiedy nie pytają. Trudne, bardzo trudne dla Dziuni.

– To dziecko po prostu nie da się lubić. – Padła diagnoza.

Jedna z wielu i wcale nie najgorsza, jeśli popatrzeć w przyszłość.

W przedszkolu Dziunia miała pierwszego kochanka. Nazywał się Jacek Szalenizna.

Z tym że nie naprawdę. To Dziunia tak romantycznie go nazwała.

Ich związek polegał na trzymaniu się za ręce podczas leżakowania. Na patrzeniu sobie w oczy, gdy leżeli na boku, buziami do siebie. Splatali spocone dłonie i patrzyli na siebie bez mrugania. Prawie.

Dwugodzinna randka, codziennie. To była miłość, że hej!

To nie było takie proste: trzeba było codziennie pilnować, gdzie lądują piżamki, i szybko, niezauważalnie zamieniać je miejscami.

Poza leżakowaniem Jacek i Dziunia nie zamienili ze sobą słowa. Nawet na siebie nie patrzyli.

Potem Jacek zakochał się w innej. W pani Marysi, przedszkolance. I rzucał w nią kozami z nosa, jak to zakochany.

A Dziunia…

CZTERY: DZIUNIA DOTYKA TEGO, CO DYNKA, I CO Z TEGO WYNIKA

No cóż, obraziła się na Jacka, ale dowiedziała się czegoś o facetach: im więcej dla nich robisz, tym mniej im na tobie zależy. Im – tym. Pożyteczna rzecz, wiedzieć coś takiego.

Ten wniosek nasunął się sam. Jakiż inny mógł się nasunąć, skoro cała ta szopka z zamianą piżamek była zawsze, ale to zawsze zadaniem Dziuni?

To ona narażała się na przyłapanie na gorącym (jeszcze jak) uczynku. To ona musiała pamiętać, jaką piżamkę nosi Szalenizna w danym tygodniu. A gdyby tak pomyliła leżanki i wylądowała koło Grubego Prypcia? Tego, który grzebał sobie w majtkach i puszczał bąki?

Przez następne miesiące Dziunia konsekwentnie i z zimnym wyrachowaniem, w ostatniej chwili przed komendą „Leżakowaaanie, wszystkie dzieci śpią!” fundowała swojemu ekskochankowi dwie godziny w towarzystwie Prypcia.

Zemsta jest słodka – myślała Dziunia, błyskawicznie przenosząc piżamkę zdradzieckiego kochanka. Słodsza niż trzymanie się za ręce z gówniarzami. Dłubiącymi w nosie rycerzami od siedmiu boleści. Stąd wziął się drugi wniosek, nauka do zapamiętania: bycie porzuconą ma swoje dobre strony.

Zimą w przedszkolu dzieci chodziły na lampy. Wielkie kwarcówy w przestronnym białym pokoju. Z panią higienistką w białym szeleszczącym fartuchu.

Dzielono dzieci na piątki – dziewczynki osobno, chłopcy osobno, najpierw sprawdzanie głów, potem oglądanie gołej pupy, a na koniec czarne okulary i hop! pod lampę. Zapach ozonu i błogie ciepło, a na koniec jeszcze łycha tranu. To wszystko w ramach społecznego programu walki z krzywicą i brudem: żeby obywatele Ludowej Ojczyzny rośli prości, wolni od wszy i z czystymi tyłkami.

Dziewczynek było dwadzieścia jeden, a chłopców dziewiętnastu. Dlatego Dziunię dołączano do chłopców, żeby piątka była pełna. Przecież nie będzie się opalać sama, jak jakaś księżniczka.

– I o co te awantury? – spytała rozsądnie wrzeszczącą Dziunię Dyrektor-Zakonnica Matka Przełożona. – Przecież nikogo nie obchodzi, co ty tam masz. No, zdejmuj z siebie te majtasy, dziecko, albo pani higienistka ci pomoże.

I dziecko zdjęło, bo musiało.

Pierwszy raz był najtrudniejszy, skręcał ją jakiś wstyd. Później znalazła sobie rozrywkę: próbowała rozgryźć, dlaczego chłopcom dynda przyrodzenie i po co to w ogóle jest. Bo wyglądało w jej oczach jak nadmiar. Zbędny dodatek. Ani praktyczny, ani estetyczny. Z jakiegoś powodu kuszący, żeby go dotknąć. Więc dotknęła.

– I o co te awantury? – zapytała rozsądnie Dziunia czerwoną ze złości Dyrektor-Matkę Zakonnicę. – Przecież mu tego nie urwałam.

Wstyd – orzekły przedszkolanki, odsuwając z kąta pianino, żeby Dziunia miała gdzie uklęknąć.

Wstyd – powiedziała Mama, wlokąc Dziunię, jęczącą, bo jej kolana spuchły od klęczenia.

Wstyd – powiedziała Babunia, ze smutkiem kręcąc głową.

Taki wstyd – podsumowała Mama – już wszyscy o tym mówią.

No wstyd. Wielki Czerwony Wstyd.

Jeszcze długo po tym zdarzeniu Dziunia była przekonana, że wszyscy: na ulicy, w przedszkolu, w kościele na mszy, a nawet u lekarza patrzą na nią ze zgrozą i myślą: wstyd.

Zawstydzona Dziunia przestała jeść.

Wstyd (ten czerwony, gorący, od środka wypełzający na twarz) odbiera czasem apetyt i już. Ani prośbą, ani groźbą. Ani perswazją, ani przekupstwem. Dziunia przestała jeść, weszła Pod Stół i odmówiła kontaktu ze światem.

Po raz pierwszy, ale nie ostatni.

Do przedszkola można ją było zawlec siłą, można ją było posadzić albo postawić w kącie. Można było do niej mówić, a nawet krzyczeć. Można było jej otworzyć paluchem usta i przemocą wepchnąć łyżkę glutowatej kaszy manny z pecyną dżemu. Ale nie można było zmusić jej do przełknięcia, tak daleko niczyja władza nie sięgała, o nie.

Blada, ale silna w postanowieniu, plująca kaszą manną na przedszkolanki (zwłaszcza na panią Marysię), została Dziunia wydalona z przedszkola. Uznana za niepożądaną, nienadającą się i niepasującą do reszty dzieci.

Po raz pierwszy, ale nie ostatni.

PIĘĆ: NAJWAŻNIEJSZE TO ZNALEŹĆ BEZPIECZNE MIEJSCE

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że Dziunia nie jedząc i nie komunikując się z otoczeniem, wcale nie czuła się źle. Zaryzykujmy stwierdzenie, że czuła się lepiej niż kiedykolwiek.

Za to otoczenie miało problem.

To dziecko umrze (pediatra).

Zjedz za mamusię (Mamusia).

Żryj, do cholery (drugi pediatra).

Niech ktoś coś zrobi (Mamusia).

Ojcze nasz, któryś jest w niebie (Babunia).

I tak aż do upojenia.

Tym, kto się upajał, była – rzecz jasna – Dziunia. Zdała sobie bowiem sprawę, że posiada pewną władzę: może wszystkich wyprowadzić z równowagi, nie robiąc kompletnie nic. A głębiej: kiedy przestaje jej zależeć na kimkolwiek, nagle wszystkim zależy na niej. Kiedy przestaje się starać, zaczyna być ważna.

Jedna z kolejnych rzeczy wartych odnotowania w pamięci.

Ktoś, Babunia chyba, wpadł na pomysł (po pewnym czasie, który powinien był wystarczyć do zagłodzenia się na śmierć), żeby zapytać Dziunię, czy jest coś, na co by miała ochotę. Coś jadalnego.

– Ciastko ponczowe – poinformowała Dziunia, przerywając milczenie i głodówkę.

W tym samym czasie Państwo Pułkownikostwo wystosowali do swojej dawno niewidzianej synowej oficjalne zaproszenie: Skoro już jesteśmy rodziną, to życzymy sobie poznać bliżej naszą wnuczkę, co nastąpi w dzień Wigilii roku 1965 o godzinie 17.30. Proszę przybyć o czasie.

Na tę okazję Dziunia dostała swoje pierwsze Elastyczne Rajstopy. Granatowe, prążkowane, obcisłe. Trochę za ciasne i bardzo naelektryzowane. Zjeżdżające z pupy przy każdym ruchu. Okazało się, że to, o czym marzyła, jest źródłem cierpień i swędzenia tyłka.

Czy nauczyło ją to nie pożądać rajstop bliźniego swego? Nie, jeszcze nie wtedy. Aby dojść do wniosku, że marzenia są cudowne, o ile pozostają w sferze marzeń, będzie musiała jeszcze trochę w życiu pocierpieć.

Wizyta u Pułkownikostwa, czyli Wigilia roku 1965, pozostawiła trwały i pouczający ślad w zbiorze przekonań Dziuni. Dodała też nowy element do jej poczucia tożsamości: „Bękart z mezaliansu”. Była trochę za mała, żeby umieć docenić porażający brak logiki w tym określeniu, za to dostatecznie duża, żeby je dobrze zapamiętać.

Mama utleniła sobie włosy i upięła je w napuszony w kok. Dziunia dostała na głowę różową kokardę przypiętą spinkami. W ten sposób doświadczała wyrafinowanych tortur od stóp (rajstopy) do głów (spinki wbite w skórę głowy). Dostała też kilka przestróg i przykazań:

– Buzia na kłódkę!

– Uśmiechać się!

– Bądź grzeczną dziewczynką, miłą dziewczynką, dobrą dziewczynką.

– Chociaż raz!

W salonie przy ulicy Nowomiejskiej stała choinka po sufit, ustrojona bogato, pod nią prezenty, cały stos. Dla wnusiów: Robercika i Dudusi.

Kochane wnusie urodziły się Brzydkim Ciotkom, po jednym na każdą. Robercik dwa lata po Dziuni, Dudusia trzy. Piękne, mądre, zachwycające wnusie, skarby kochane, słoneczka nasze. Dziunia została im przedstawiona jak książątkom: to taka przyszywana siostra, bawcie się z nią ładnie.

– No co, rośnie ci córka – zagaił Pułkownik. – A śpiewać kolędy potrafi?

– Oj, Feluś, a kogo to obchodzi – powiedziała Pułkownikowa, ale było już za późno.

Już ustawiono krzesło, a na nim Dziunię (z kokardą i w rajstopach), żeby zaśpiewała kolędę.

– Śpiewaj, do cholery – syknęła Mama, a Babka dodała:

– Tylko nie fałszuj.

Dziunia dostała więc swoją szansę na sukces, ale sprawę spieprzyła dokumentnie. Oto, gdy miała wreszcie publiczność (mniejsza, że niezbyt przychylną), otworzyła usta i nie mogła wydobyć z siebie głosu. A przecież gdyby go wydobyła, jej życie mogło potoczyć się inaczej. Gdyby spędziła tę Wigilię, zabawiając swoich bogatych i ustosunkowanych Dziadków – kto wie, co mogłoby się zdarzyć.

Zamiast tego spędziła kilka godzin pod wieszakiem w holu, gdzie było ciemno, bezpiecznie (prawie jak Pod Stołem) i można było zdjąć kokardę i wyjąć spinki z głowy. Nareszcie. Rajstop zdjąć się nie odważyła, ale pocieszała się marzeniami o tej chwili.

Co robiła reszta gości, dokładnie nie wiadomo, ale gdy zbierano się do wyjścia, ktoś wreszcie znalazł Dziunię pod wieszakiem, cicho śpiewającą Lulajże, Jezuniu swojej kokardzie.

– Dziwne to dziecko! – Zaintonowała Pułkownikowa.

– Ardzo iwne ecko! – podchwyciły Brzydkie Ciotki.

– Nic dziwnego, że dziwne. Dziwne, że nie dziwniejsze – wyznała Dziunia kokardzie.

– A teraz powiedz ładnie dobranoc i wesołych świąt Dziadostwu – powiedziała Mama, ale dopiero jak były na schodach.

Tak zakończyła się (nim się na dobre zaczęła) kariera Dziuni w domu Pułkownikostwa (Dziadostwa). Przez kilka najbliższych lat nie będzie zaprzątać ich uwagi.

SZEŚĆ: IMPONDERABILIA

W latach sześćdziesiątych dzieci były prowadzane do psychologa rzadko. Zwykle po to, żeby rozstrzygnąć jakiś ważny dylemat dorosłych.

W przypadku Dziuni dylemat brzmiał: Czy to dziecko jest mądre, czy głupie?

Najpierw były geometryczne figurki, miała je do siebie dopasować. Później pytania, na które trzeba było odpowiedzieć.

Wlokące się przez pełną godzinę badanie wprawiło Panią Psycholog w stan pomieszania, bo wynikało z tych testów, że siedzi przed nią inteligentny debil. Albo ktoś, komu wytworzył się nadmiar pewnych połączeń neuronowych przy kompletnym braku innych. Takie ktosie nie chcą się wpasować w żadne ramki i widełki. Takie ktosie męczą otoczenie i wprowadzają zamieszanie w ustalony porządek rzeczy. Wprawiają w pomieszanie Psychologię, Która Powinna Znać Odpowiedź.

A ponadto:

Rodzą się w szkolnych ubikacjach.

Żyją, choć nie powinny.

Dręczą przedszkolanki.

Łapią chłopców za siusiaki.

Tygodniami nie jedzą.

Siedzą pod stołami albo pod wieszakami.

Czytają książki.

Nie mają przyjaciół, nawet wymyślonych.

Bywają kochane, ale nie za darmo.

Nie zajmują dużo miejsca.

Udało się jednak częściowo zdiagnozować Dziunię poprzez wykluczenie; znalazły się odpowiedzi na pytanie, kim to dziecko Nie Jest:

Nie jest autystyczne.

Nie jest agresywne.

Nie jest wesołe.

Nie jest miłe.

Nie jest upośledzone.

Nie jest normalne.

Nie jest niedojrzałe (jak na swój wiek).

Nie jest dojrzałe (jak na swój wiek).

Psychologia nie znalazła konkluzji, ale nakazała wysłanie Dziuni do szkoły, skoro ją wyrzucili z przedszkola. Na próbę. Jeśli się nie sprawdzi (albo zrobi coś nie do przyjęcia), to ją: „Wycofamy i powtórzymy badanie za rok”.

Dziunia dostała fartuszek. Czarny, połyskliwy, z materiału znanego jako „podszewka”, z białym kołnierzykiem przypinanym na guziczki. Dostała białe Elastyczne Rajstopy (które tak przemyślnie schowała, że znalazły się w 1981 roku). Dostała też drewniany piórnik z wypalonym szlaczkiem, dwa ołówki, gumkę (do ścierania, ale ścierać nie wolno), zeszyt w trzy linie, tekturowy tornister i worek na kapcie z kapciami. Elementarz, kolorowy, ale o niczym istotnym niemówiący. O wiele mniej ciekawy niż Chirurgia dla studentów weterynarii.

Dostała wskazówkę, jak się zachowywać:

– Milcz, zachowuj się jak inne dzieci i ucz się.

Milczała zatem. Przyglądała się innym dzieciom i uczyła się różnych rzeczy.

Najważniejsze spostrzeżenia były takie:

Niektóre dziewczynki mają ładne fartuszki (które się nie gniotą), a pod nimi ładne ubranka.

Te dziewczynki w ładnych fartuszkach budzą uśmiech na twarzy Pani.

Dziewczynki w ładnych fartuszkach trzymają się razem.

Chłopcy robią straszny hałas i są niebezpieczni.

Dziewczynki zaglądają sobie nawzajem w kanapki i w piórniki.

Dzieci z klasy wcale nie umieją czytać.

Nie wolno siedzieć pod ławką, nie wolno wychodzić z klasy, nie wolno gapić się na Panią ponuro, jak wół na malowane wrota („Zrozumiałaś?!”).

Tradycyjnie już dla Dziuni zabrakło pary, więc posadzono ją z chłopcem. Znienawidził ją od drugiego wejrzenia, bo przez nią dostał przezwisko Zakochany i przez nią stał się obiektem drwin.

W ramach drobnego odwetu obciął Dziuni warkoczyk nożyczkami do wycinanek („I tak był cienki jak mysi ogon” – machnęła ręką Pani). Zyskał tym uznanie innych chłopców i podziw dziewczynek. Za karę musiał siedzieć z Dziunią aż do dnia, w którym ona:

SIEDEM: BEZPIECZNE MIEJSCE MOŻNA JEDNAK STRACIĆ

dowiedziała się, że ma Tatusia. Że ten fakt wszystko zmieni. Choćby nie wiem co.

Dowiedziała się, że Tatuś (jakikolwiek by był) jest najważniejszy i tak ma być. Bo tak.

Wprawdzie widziała go kilka razy (w tym podczas pamiętnej Wigilii 1965), ale z nikim istotnym jej się nie kojarzył. Po prostu niczego do jej życia nie wnosił. Jak do tej pory, dodajmy dla porządku.

W życiu Dziuni liczyli się:

Babunia (czasem zniecierpliwiona, ale na ogół ciepła i kochająca),

Dziadziuś (czasem mrukliwy, ale zazwyczaj dobry i troskliwy),

Mama (zawsze zniecierpliwiona, ale czasem zaglądająca Pod Stół),

telewizor marki Wisła (podarowany przez Pułkownikostwa jako dodatek do alimentów na Dziunię),

Belfegor – Upiór Luwru (podglądany Spod Stołu),

Roger Moore (jako Simon Templar),

Pan Tadzio (grywał z Dziadziusiem w karty i podrzucał Pod Stół smakołyki).

Pan Tadzio, ach, jeszcze do nas powróci w pewnym przedziwnym epizodzie.

W tej właśnie kolejności, coś na kształt pierwszej hierarchii, liczyli się dla Dziuni ci, którzy byli obecni i mieli na nią wpływ. Ciała stałe, obiekty pewne i Z Całą Pewnością Ważne.

Inni (wszyscy razem i każdy z osobna) nie zatrzymywali się na dłużej w zasięgu percepcji Dziuni. Bywali mniej lub bardziej uciążliwymi epizodami. Bywali intruzami. Bywali agresorami (obcinającymi warkoczyk, choćby i mysi). Byli tłem i jako takie nie podlegali ani lubieniu, ani nielubieniu. Nie byli oceniani i nie stawali się dla Dziuni niczym więcej niż zakłóceniem odbioru. Zupełnie jak wtedy, kiedy obraz w telewizorze zaczynał śnieżyć w najciekawszym momencie i Dziadziuś musiał palnąć pięścią w obudowę.

Dziunia lubiła wyobrażać sobie, że jest w stanie palnąć w obudowę Grubą Danusię, żeby się w cholerę odczepiła od jej opadających rajtuzów. Gruba Danusia w Elastycznych Rajstopach (brr, swędzący tyłek), z nogami jak balerony, która pochylała się, żeby zasyczeć „Dziunia, bida kotna”, a jej oddech pachniał kiełbasą. Jej pachy wydzielały swoisty odorek, wcale nie dziecięcy. Danusia była córką Pani Od Śpiewu i rozpowiadała, że zostanie piosenkarką.

Tatuś natomiast nie należał ani do otaczających Dziunię ciał stałych, ani do zakłóceń czy epizodów. Nie był nawet tłem. Był wyłącznie przedmiotem szeptanych (czasami) wymówek Babuni, kierowanych do Mamy („Gdybyś się nie straciła z tym paniczykiem…”). Dziunia obiecała sobie przy jednej z takich okazji, że nigdy się z żadnym paniczykiem nie straci. Żeby nie wysłuchiwać.

Pewnego dnia Mama gdzieś zniknęła, a Dziunia nie pytała, bo zniknięcie Mamy w niczym nie zakłócało biegu spraw: do szkoły trzeba było pójść (bo jak nie, to Ktoś Cię Zbada Ponownie), usiąść w ławce z chłopcem, któremu zmieniono przezwisko z Zakochany na Dziuniobójca, drapać ołówkiem po zeszycie w trzy linie (długopisy są dla dzieci, które piszą ładnie i schludnie), rysować szlaczki.

Konkursy szlaczków wygrywały dzieci, które rysowały ołówkowymi kredkami w pięknych kolorach. Świecowe kredki Dziuni robiły co najwyżej tłuste plamy. Ale plamy czy nie plamy, to i tak:

– Dziecko, ten twój szlaczek, mdli mnie, jak na niego patrzę, i sama nie wiem dlaczego.

Szlaczek przedstawiał jelito cienkie przerysowane z Chirurgii dla studentów weterynarii. Dla urozmaicenia. Przecież nie po to, żeby wygrać konkurs, w którym nagrodą była czerwona plakietka JESTEM WZOROWYM UCZNIEM. Do noszenia na piersi z dumą. Przez tydzień.

Zniknięcie Mamy wniosło tylko jedną zmianę: Dziunia mogła do woli gapić się w telewizor, nawet kiedy był wyłączony. Powiedzmy szczerze, uwielbiała telewizor, zwłaszcza kiedy był wyłączony. Wtedy mogła (do woli) wyobrażać sobie siebie:

śpiewającą do mikrofonu,

kłaniającą się tłumom,

tańczącą swobodnie,

grającą u boku Rogera Moore’a.

Różności.

Dziadziuś pytał czasem, czy nie tęskni za Mamą, ale słowo tęsknić nie miało (jeszcze) odpowiednika w układzie nerwowym Dziuni.

– Pojechała ratować rodzinę – powiedziała kiedyś Babunia i wtedy Dziunia wyobraziła sobie Mamę, jak rzuca się z mieczem, walcząc zaciekle i mężnie. Podczas gdy jakaś Rodzina, skulona, drżąca i ogólnie ledwie żywa, czeka w lochu na ocalenie. A Belfegor, tocząc z pyska pianę, próbuje ich pożreć żywcem, mniam.

Dziunia poczuła coś na kształt szacunku dla Mamy. Nawet próbowała ją przedstawić (walczącą z potworem) w którymś ze szlaczków, ale kredki się rozmazywały, jak zawsze.

Pani w szkole zwykła mawiać, że zarówno szlaczki, jak i literki Dziuni są niedojrzałe. Chociaż mówiła do siebie, patrzyła wtedy na Dziunię. Która była absolutnie niedojrzała (sześcioletnia) do tego, żeby z Panią głośno polemizować. Ale w myślach toczyła z nią dysputę, na argumenty, zawziętą. Bo słowo „niedojrzałe” brzmiało odrażająco. Jak „spleśniałe” albo „do wyrzucenia”, albo „zbutwiałe”. A Dziunia wcale nie czuła się do wyrzucenia, jeszcze nie.

– Czemu to dziicko jest takie dziwaczne? – Wzdychała Pani.

A Dziunia (dziwaczne dziicko) nie umiała na to pytanie odpowiedzieć. Ani wtedy, ani później. Dorośli też nie potrafili. Ani wtedy. Ani później.

Mama pojawiła się około Bożego Narodzenia i przybyła z pustą walizką.

– Kto wygrał, ty czy Belfegor? – zapytała Dziunia przy kolacji.

– Prosiłam, żeby nie oglądała za dużo telewizji. – Mama spojrzała z wyrzutem na Babunię.

– Lepiej niech ogląda telewizję, niż ma czytać Dzieła Marksa – podrzucił Dziadzio, który rzeczone dzieła zarekwirował Spod Stołu.

Pusta walizka przybyła z Mamą po Dziunię.

Mama była podniecona i radosna. Obcięła włosy i ładnie pachniała. Jak ładne mamy w przedszkolu. I jak ładne mamy dziewczynek w ładnych fartuszkach.

Babunia za to płakała. Dziadziuś też był smutny.

– Przecież to zupełne zadupie – mruczał. – Co ze szkołą, co z przyszłością?

– Dobrze robisz. – Płakała Babunia. – Rodzina powinna być razem. Tylko smutno będzie bez Dziuni.

Dziunia Pod Stołem płakała do wtóru Babuni. Dotarło do niej, że nie jedzie z Mamą na wycieczkę, tylko Na Zawsze. Na Zawsze Na Zadupie.

Rodzina została uratowana, od teraz będzie jak u ludzi: Tata, Mama, Dziunia i…

OSIEM: DRUGIE POCZĘCIE I BIOLOGICZNE IMPERATYWY

Gruchnęła Dobra Nowina. Mama urodzi nowe dziecko i nareszcie:

– Wszyscy będziecie jak rodzina – wyszeptała Babunia Dziuni na ucho. – Będziesz miała braciszka albo siostrzyczkę.

– Nie chcę braciszka – odrzekła Dziunia Babuni na ucho. – Chcę zostać Pod Stołem.

– Dlaczego mówisz: „jak rodzina”? – Oburzyła się Mama, która podsłuchiwała czujnie. – Powiedz po prostu „normalna rodzina”.

Na pytanie, jak do tego doszło, odpowiedzi są dwie: prosta i złożona.

Prosta: Tata i Mama spali w jednym łóżku, próbując przypomnieć sobie, co właściwie ich kiedyś do siebie zbliżyło. Tak bardzo zbliżyło i tak gwałtownie, że powołali na świat Dziunię. Przypomnieli sobie i powtórzyli (tyle że w łóżku, zamiast na igłach i mrówkach). Jeśli robisz to samo, zazwyczaj efekt jest taki sam. Tak to jakoś działa w przyrodzie.

Odpowiedź złożona, jak to bywa, składa się z prawdy i kłamstwa w nieznanych proporcjach. Co jest prawdą, a co nią nie jest, zależy wyłącznie od interpretacji.

W tym wypadku prawd było kilka, lecz obowiązywała taka: Mama pojechała Na Zadupie, przepędziła Brunetkę („kurwę, szmatę, goniącą się sukę”), postawiła Sprawę na Ostrzu Noża (a jednak, pomyślała Dziunia, nóż to nie miecz, ale zawsze!), załatwiła za jednym zamachem wszystko, co kobieta musi i powinna. Kobieta musi zapewnić dom i ojca (jakikolwiek by był) dziecku i powinna zrobić wszystko, żeby ten cel osiągnąć. To jest biologiczny imperatyw kobiet.

Co do mężczyzn, biologia wymaga od nich jedynie sprawnej hydrauliki, kiedy plemniki i jajeczka chcą się bawić w dom.

Tata Dziuni, jak głosi legenda, miał zostać Wielkim Muzykiem, ale okazał się Niewart Zachodu. Jego talent i temperament znosiły go raczej w kierunku klezmera. Pogrywał na weselach w remizach strażackich, założył zespół na wzór Niebiesko-Czarnych, skumał się z podobnymi sobie narwańcami i odkrył słodki stan rauszu, który sprawia, że Wszystko Możesz.

W wolnych chwilach studiował weterynarię, na którą trafił po wstawiennictwie Pułkownika. Ale to było już po tym, jak go wyrzucili z Akademii Medycznej, gdzie trafił po relegowaniu z Akademii Muzycznej.

W ten oto sposób wyjaśniło się, do kogo należał podręcznik Chirurgia dla studentów weterynarii, ulubiona lektura Dziuni. Jak pamiętamy, znalazła go na regale pomiędzy Marksem a Kalendarzem Ogrodniczym. Oczywiście, w żaden sposób nie dojdziemy, skąd się tam wziął. Ale przecież rzeczy (i dzieci) mają to do siebie, że zjawiają się tam, gdzie nikt się ich nie spodziewa.

Skłonność Taty do bycia wyrzucanym, relegowanym i wydalanym została przekazana Dziuni w genach, jak dowodzi jej spisana na tych kartach historia. Plemniki Taty były tak samo niepoważne jak on sam.

Z innych rzeczy, przekazanych zgodnie z prawami przyrody, Dziunia otrzymała w darze słuch muzyczny i nakrapiane oczy. Dla jednych fascynujące, dla innych kaprawe.

Jak również umiejętność sprawiania zawodu, marnowania talentu i szukania guza. Oraz duży nos.

Pułkownikostwo-Dziadostwo wyrazili dezaprobatę dla syna w jedyny znany sobie sposób:

– Nie jesteś naszym synem! – wykrzyknęła Babka, podnosząc ręce w górę i zerkając w lustro.

– Nie jesteś naszym bratem! – wrzasnęły Brzydkie Ciotki, ze zgrozą wytrzeszczając oczy.

– Nie będziemy cię dłużej utrzymywać – oznajmił Pułkownik, który nie lubił nikogo utrzymywać.

Tata utrzymywał się więc sam, grywając duszeszczypacielne kawałki na weselach.

W końcu otrzymał dyplom i przydział na staż Na Zadupiu. Historia nie wypowiada się na temat domniemanej protekcji w ostatecznym zdobyciu dyplomu. Chociaż w tamtych czasach Pułkownik (zakolegowany ciepło z pewnym Pierwszym Sekretarzem) mógł samą myślą uruchomić bardzo istotne ciągi zdarzeń. Nawet tak spektakularnych, jak talon na Syrenę 104, ale o tym kiedy indziej.

Tata pojechał zatem na wieś, dostatecznie daleko, żeby koledzy z zespołu nie mogli go namierzyć. Dostał służbowy motocykl SHL, aby dojeżdżać do pegeerów. Dostał gumofilce, aby mógł wchodzić do chlewni suchą nogą. Dostał pokój w agronomówce, gdzie mieszkała panna Ewa.

Oficjalnie była córką agronoma, ale ludziska wiedzieli swoje. Brunetkę o szerokim uśmiechu i bujnych biodrach („dziwkę nastojaszczą”), która była dobra w łóżku i umiała gotować, uważano za nieślubną (a jaką inną?) córkę miejscowego kapłana.

Tata zaangażował się mocno w nieskomplikowaną radość dzielenia łoża z Ewą, nie wnikając w to, czyją była córką. Wtedy – po raz pierwszy i ostatni w historii świata – Pułkownikowa zapukała do drzwi nędznej nory na wydmuchowie, gdzie żyła i rosła Dziunia.

– Bierz się w garść i ratuj rodzinę – poleciła Mamie, wręczając jej zwitek banknotów na pekaes.

– A tu wcale nie macie tak biednie. – Dodała jeszcze, odmawiając wypicia herbaty.

DZIEWIĘĆ: TĘSKNOTA TO OBWÓD ŁĄCZĄCY ŻOŁĄDEK Z PRAWYM OKIEM

Kiedy Mama poszła do szkoły, żeby powiadomić o przeprowadzce Dziuni do Zadupia, wydarzyły się trzy rzeczy:

Pani wyznała szczerze, co myśli.

Dziuniobójca wziął i się popłakał.

Dziunia wyznała szczerze, co myśli.

Pani zauważyła, że Dziunia posiada zdolności poznawcze nienormalne w tym wieku i używa słów, które nie powinny się znajdować w słowniku siedmiolatków. Nie, nie brzydkich słów. Po prostu mało zrozumiałych. Jeśli Dziunia Raczy Się Odezwać, to używa pojęć niedostępnych dla innych dzieci. Dlatego nikt z Dziunią nie rozmawia. Nikt jej nawet nie lubi. Ale można to odwrócić i zapobiec dalszym szkodom: „Niechże ktoś pośpiewa z tym dzieckiem (dziickiem) Wlazł kotek na płotek, poczyta dziicku bajki. Konika Garbuska na przykład. Wierszyki. Dobranocki”.

Mama wszystko sobie zapisała. Całą receptę wychowawczą. Całą mądrość pokoleń nauczycieli, wyrażoną ustami Pani.

Dziuniobójca popłakał się z niewiadomego powodu. Nikt mu nic nie zrobił, choć podejrzewano, że Dziunia mogła go czymś dźgnąć na pożegnanie. Nie znaleziono jednak dowodów: ani obrażeń, ani narzędzi do dźgania. Nie było też o co kruszyć kopii, bo to i tak był Ostatni Dzień, kiedy tych dwoje siedziało w jednej ławce.

W przyszłości Dziunia nie raz i nie dwa zobaczy koło siebie płaczącego faceta. Czasem nawet zapyta: ale o co chodzi? Z uprzejmości bardziej niż z potrzeby, żeby się dowiedzieć.

Na koniec Dziunia została zapytana przez Panią, czy lubi szkołę i czy będzie ją miło wspominać.

– Nie – odpowiedziała grzecznie Dziunia. – I nie.

– Mogłabyś czasem dyplomatycznie skłamać – zaproponowała Mama po wyjściu.

– Postaram się – skłamała dyplomatycznie Dziunia.

Jeszcze przed wyjazdem, ale już po spakowaniu walizek, Dziunia uległa jednemu ze swoich licznych wypadków. Zaglądając w patelnię (akurat nie było nic w telewizji), doznała kontuzji oka. Na patelni smażyły się kawałeczki słoniny na smalec (źródło siły i potęgi klasy robotniczej lat sześćdziesiątych) dla Dziadziusia. Dziadziuś jadał pajdy chleba ze smalcem na drugie śniadanie w fabryce. Jeden kawałek słoniny z wrodzoną świńską złośliwością wypalił wprost w szeroko otwarte lewe oko Dziuni, na dłużej wyłączając je z gry. Opakowane w budzący grozę („biedna dziewczynka”) biały opatrunek lewe oko Dziuni wzbudziło zainteresowanie dzieci i dorosłych. Dzieci patrzyły z zawiścią, a dorośli ze współczuciem.

Tylko Babunia powiedziała:

– Przecież mówiłam tysiąc razy, nie zaglądaj do garnków!

Pierwsza w życiu podróż, pekaesem Jelcz z Warszawy do Zadupia Dolnego, trwała – bagatela – cztery godziny. Dziunia dowiedziała się, co oznacza słowo „mdłości”, i nauczyła się rzygać tak cicho, że nikt nie zauważył. Jeszcze nie wiedziała, jak bardzo ważna w jej życiu okaże się kiedyś ta umiejętność.

Na miejscu czekał człowiek w gumiakach, z czarną skórzaną torbą na ramieniu, oparty o czerwony motocykl. Człowiek gapił się na Mamę, kiedy szarpała się z dwiema walizami, torebką, mniejszą torebką i na wpół ślepą, zarzyganą Dziunią. Do tego jeszcze chwiała się na szpilkach. Dziunia usiłowała pomagać, słaniając się na nogach.

– Przywitaj się z tatusiem. – Popchnęła ją Mama. – Powiedz mu, żeby ruszył dupę i pomógł mi z bagażem.

Najpierw pojechały walizki, przytroczone do motocykla. Dziunia z Mamą czekały sobie pod kawałkiem falistej blachy, tworzącej dach przystanku. Blacha kłapała na wietrze. Kłap, kłap, kłap.

– Dziadostwo – powiedziała Mama, a Dziunia rozejrzała się z niepokojem.

– Gdzie ty ich widzisz? – zapytała. – To oni też tu będą?

Później Dziunia i Mama (Mama z tyłu, a Dziunia na baku) zostały przywiezione do pokoju w agronomówce, od tej chwili zwanego Domem.

– Usiądź i bądź grzeczna – poleciła Mama, więc Dziunia usiadła i była grzeczna.

W żołądku czuła ssącą pustkę, całkiem inną niż głód. Prawe oko wydzielało łzy, które płynęły, płynęły, płynęły. Lewe oko niczego nie wydzielało albo też wszystko wsiąkało w opatrunek. Nie wiadomo.

Dziunia myślała o Babuni i Dziadziusiu, że gdzieś tam są, a ona jest Tutaj. I że to boli, boli, boli.

– A ta czego się smarcze? – spytał Tata.

– Natychmiast przestań się smarkać – nakazała Mama.

Więc Dziunia przestała, bo musiała.

DZIESIĘĆ: SZAFY KRYJĄ W SOBIE RÓŻNE RZECZY

Dom, czyli pokój z kuchnią w agronomówce, stojącej w centrum wsi, był ciemną i zimną norą opalaną węglem. W sam raz dla młodego (choć jakże doświadczonego życiowo) weterynarza na stażu, jego ciężarnej żony i (niezajmującej wiele miejsca) córki.

Z innych fragmentów scenografii wymieńmy kuchnię węglową, kopcącą jak sto tysięcy przez (jak się okazało) durnego gołębia, który zdechł w kominie. Wyobraźmy sobie linoleum w kolorze mysiej kupy, którego czystość stanie się obsesją Mamy. Nie jedyną obsesją, dodajmy.

W pokoju stał tapczan, oszklona meblościanka oraz stół z krzesłami. Stół był z tych „na wysoki połysk”, chwiał na rachitycznych nogach i absolutnie nie nadawał się do zasiedlenia przez Dziunię. Nie dawał żadnego schronienia, nie miał schowków, nie miał w sobie niczego, co powinien posiadać Stół. Koło tapczanu stała nowoczesna lampa z woskowanym abażurem w kolorze kuchennego linoleum.

W oszklonej meblościance zamknięto kryształowy wazon oraz – najważniejsze – książki. I cały stos zaczytanych na śmierć zeszytów Ewa wzywa 07, które staną się dla Dziuni źródłem wiedzy o świecie, z braku innych. Chwilowo.

W przedpokoju była szafa w ścianie. W szafie spała Dziunia (dopóki się czegoś nie kupi), na podściółce z pierzyny.

Po wystawieniu z szafy toreb i butów robiło się w niej całkiem przestronnie. Tylko buciany zapaszek utrzymywał się dość długo. Miał też taką podłą właściwość, że przenikał głęboko do wnętrza Dziuni, wręcz określał ją zapachowo. A już z całą pewnością nadawał trwały odorek jej włosom.

– Śmierdzę – powtarzała Dziunia do znudzenia.

– Śmierdzisz – przyznawała Mama – ale przynajmniej wygodnie śpisz.

Co wieczór odbywał się rytuał wystawiania butów i ścielenia szafy. Co wieczór Dziunia z wnętrza szafy przypominała Mamie, żeby jej przypadkiem nie zatrzasnąć. Co wieczór Tata, idąc do łazienki, odruchowo zamykał drzwi szafy. Od wewnątrz nie dało się ich otworzyć.

– Ratunku! – krzyczała Dziunia. – Wypuśćcie mnie!

Wtedy przychodziła Mama i otwierała szafę.

W zależności od tego, ile razy sikał Tata (wieczorem i w nocy), Dziunia bywała zamykana i otwierana z różną częstotliwością. To, ile razy sikał Tata, było wprost proporcjonalne do ilości wypitego piwa. Dlatego Dziunia liczyła puste butelki. Żeby mieć pogląd na nadchodzącą noc.

Szafa, miejsce potencjalnie bezpieczne (może nie tak bezpieczne jak Pod Stołem, ale przecież!), stała się dla Dziuni gabinetem grozy. Gdyby ktoś zapytał, skąd u dorosłej Dziuni wzięła się krańcowa klaustrofobia: wzięła się z szafy, a właściwie z piwa. Z połączenia szafy i piwa. I z tego, że Tata w żaden sposób nie mógł zapamiętać, że mieszka z nim Dziunia.

– Strasznie wrzaskliwa ta twoja córka – zwykł mawiać do Mamy, kiedy Dziunia rozpuszczała jadaczkę, wołając o pomoc. – Całkiem w ciebie i twoją prostacką rodzinkę.

– A za to twoja rodzina jest lepsza, co? – Stawała do walki Mama. – Inteligencja w pierwszym pokoleniu, chłopstwo spod Zielonej Góry i Żydzi spod Uralu!

– Mój ojciec mógłby twojego ojca kupić, sprzedać i znowu kupić – cedził Tata.

– Twój ojciec pasałby krowy, gdyby nie został komunistą.

– A twój powinien dzisiaj pasać krowy, bo do pięt nie dorasta mojemu!

Później zazwyczaj następował ranking matek, rodzeństwa, dalszych i bliższych krewnych oraz przyjaciół. Dziunia w tym czasie mogłaby spokojnie spać, gdyby nie ciekawość, z jaką słuchała o swoim pochodzeniu. Żydowsko-chłopsko-robotniczo-komunistyczno-kurewskim, mówiąc w dużym skrócie. Jej poczucie tożsamości mogło kształtować się swobodnie w obliczu ogromu informacji docierających do wnętrza szafy. Szafa była miejscem, gdzie kłębiły się zapachy butów i intrygujące słowa. Z mieszaniny słów i zapachów powstawały Bardzo Dziwne Sny.

Czasami po takich (dość głośnych i dynamicznych) rozmowach rodzinnych Mama i Tata Dziuni oddawali się czynnościom znacznie mniej dla niej ciekawym. Z książek wiedziała, że czynności te nazywają się kopulacją i mają na celu podtrzymanie gatunku. Wiedziała też, że w wyniku rzeczonej kopulacji będzie miała braci i siostry. Wyliczyła, że powinno ich być co najmniej dwadzieścioro, jeśli policzyć wszystkie kopulacje Taty i Mamy. A nie przybyło ani jedno nowe dziecko. Z nasłuchu wiedziała tylko, że jakieś jedno utknęło w Mamy brzuchu. A gdzie reszta? I dlaczego to jedno wciąż tam tkwi?

Ze swoimi wątpliwościami matematyczno-kopulacyjnymi poszła na parter do Panny Ewy, z którą Nie Wolno Było Rozmawiać. Zakradła się więc potajemnie i zadała kilka pytań o kopulację i jej skutki.

Panna Ewa uświadomiła Dziuni, że ludzie nie kopulują, tylko uprawiają miłość, że robią to dla przyjemności, a dzieci, owszem, czasem się rodzą, ale – na litość boską! – nie następnego ranka. Dziewięć miesięcy po kopulacji, tfu, po uprawianiu miłości.

Za sam fakt rozmowy z Panną Ewą („Czy wiesz, że ta suka omal nie rozbiła naszej rodziny?”) Dziunia otrzymała karę: pięć solidnych razów gumową sondą do żołądka (dla krów). Jak to u weterynarza, jaki fach, takie narzędzia. Mogło być gorzej, Tata mógł być rzeźnikiem. Albo drwalem.

Wykwitły jej na pysku paskudne pręgi, bo się rzucała, zamiast leżeć spokojnie, przez co Tata nie trafił tam, gdzie planował. Planował w tyłek. Ale nie trafił. Każdemu może się zdarzyć.

W ten sposób Dziunia doświadczyła na własnej skórze tej prostej prawdy, że zdobywanie wiedzy jest może ekscytujące, ale przynosi bolesne konsekwencje. Przyszło jej to do głowy po raz pierwszy, ale nie ostatni.

JEDENAŚCIE: NIEDOBRA, NIEDOBRA DZIUNIA

Mając przed sobą pójście do nowej szkoły, Dziunia przeżywała rozmaite rozterki. Już zrozumiała, że jako dziicko podlega takim a nie innym przymusom i obowiązkom. Nawet już przestała dociekać, dlaczego tak być musi. Obowiązek – słowo, za którym kryją się zestawy ponurych i powtarzalnych czynności. Za plecami obowiązku czai się zazwyczaj słowo „kara”. Czai się i czeka, jak by tu się zmyślnie objawić.

Szkoła była najgorszym i najbardziej uciążliwym z obowiązków. I wcale nie chodziło o samą naukę, kary za brzydkie pisanie, samotność w nieprzewidywalnym tłumie, Panią, która dostawała mdłości przez te głupie szlaczki. Najbardziej dolegliwa była konieczność siedzenia w ławce i czekania, podczas kiedy normalniejsze dzieci uczyły się czytać. Czekania, aż się nauczą.

– Bądź posłuszna i nie wyrywaj się z niczym. – Ostrzegała zawsze Babunia i na nic się te ostrzeżenia zdały.

Układ nerwowy Dziuni produkował impulsy, wobec których była bezradna. Najsilniejszy z tych impulsów nazywał się Wstać i Wyjść. Po prostu.

Jedno trzeba powiedzieć z całą mocą: Dziunia nie była Posłusznym Dzieckiem. Są na to dowody:

Robiła rzeczy, których się po niej nie spodziewano.

Nie robiła rzeczy, których się po niej spodziewano.

Trudno jej było odróżnić jedne od drugich. Wtedy. Później. Teraz.

Tata Dziuni bardzo się denerwował, kiedy musiał użyć krowiej sondy jako narzędzia kary. Był wrażliwym człowiekiem (artystą przecież) i wszelka przemoc budziła w nim odrazę. Nie uznawał bicia ręką, bo – jak mawiał – jest silny i mógłby zrobić krzywdę. Zaprosił więc do współpracy tę krowią sondę żołądkową i czuł się znacznie lepiej. Ale też nie tak dobrze, jak by chciał. Zwłaszcza że rzadko udawało mu się trafić w przeznaczony do tego tyłek. Zamiast tego siekł uciekającą Dziunię po nogach albo po pysku i potem chodziła mu przed nosem taka pręgowana, budząca złe wspomnienia.

– To twoja wina – zwykł mawiać. – Nie uciekaj, to nie będzie bolało.

Dziunia jednak, jak to ona, nie dawała wiary tej obietnicy. Nie znalazła w niej logiki, choć próbowała. Wiała ile sił, właziła w kąty i pod ten marny stół, chroniła tyłek, wystawiając pod gumę inne części ciała.

– Nie bij jej tak mocno – prosiła Mama, kiedy już było po wszystkim. – Przecież to tylko dziecko.

Tylko Dziecko słuchało tych próśb z wdzięcznością i nadzieją na lepszą przyszłość.

Szkoła w Zadupiu Dolnym znajdowała się w Zadupiu Górnym. Sześć kilometrów na północ od agronomówki. Można było iść drogą, czyli brukiem, ale wtedy to już się robiło osiem kilometrów. Dziunia miała więc pewien wybór, chodząc do szkoły. Mogła iść sześć kilometrów lub osiem. Ale musiała iść.

Nie umiała wtedy docenić wartości codziennej wędrówki: ścieżką przez łąkę Marciniaków, minąć chałupę Milczarków, dalej polami aż do stodoły Piekarskich, później kawałek lasku, mosteczek nad strumieniem, ścieżką między krzakami jeżyn, kawałek brukowaną drogą i już.

Szkoła była dawnym pałacykiem jakiegoś pasibrzucha-krwiopijcy, pełnym ciemnych i wilgotnych zakamarków i wieżyczek, otoczonym wiekowymi dębami i resztkami tajemniczych ogrodów. Pod szkołą były lochy i różne inne atrakcje, w tym (jak szeptano) walające się trupie czaszki i piszczele. Nie wiadomo czyje. Dziunia była zachwycona możliwościami chowania się i ukrywania, nawet tygodniami. Jakby co.

Nie mieli tam pierwszej klasy w roku, w którym zjawiła się Dziunia, wobec tego przydzielono ją do drugiej. I – no jakżeby inaczej – posadzono ją z chłopcem. Nie z żadnej małpiej złośliwości i nie za karę. Po prostu była jedyną dziewczynką. Było jeszcze kilka w klasie trzeciej i czwartej, za to chłopcy w okolicy najwyraźniej obrodzili. Tyle że jacyś marni. Najwyższy sięgał Dziuni do ramienia, a przecież ona sama nie była zbyt wyrośnięta.

Tak oto, w miesiąc po Przeprowadzce na Zadupie, Dziunia została uczennicą czteroklasowej (teoretycznie) szkoły podstawowej pod dyrekcją Pana Zdzisława. Nie będziemy rozstrząsać szczegółów jego fizjonomii, dość wspomnieć, że Dziunia nazywała go Pan Pucate Jajo.

Dziunia wprawdzie potrafiła biegle czytać, ale pisała jak kura pazurem. Wtedy. Później. Teraz.

[Wiecie, Dziunia uważa, że to dla niej wynaleziono Worda. Żeby mogła wreszcie czytelnie pisać.]

Czy pisała lewą ręką (nie wolno!), czy prawą, bazgroły nie podobały się Panu Pucatemu Jaju, nie podobały się Mamie. Nie podobały się Tacie i jego krowiej sondzie. Dlatego uradzono, że każdego wieczora, bez wyjątku („Tak, moja panno, w niedzielę też”) Dziunia będzie siedzieć na dupie i pisać po sto razy jedno zdanie. Jakie? Nieważne. Niech sobie jakieś wymyśli.

Można uznać przy odrobinie dobrej woli (a mamy jej mnóstwo), że wtedy Dziunia napisała swój pierwszy reportaż i przepisała go sto razy:

Gdy Mama do kur wychodzi, Tata do kurwy chodzi.

Jeszcze tego samego wieczoru odebrała należną nagrodę: jedna sonda za każde dwadzieścia pięć zdań. Jakże miłosiernie! Tata jednak czasem mylił się w liczeniu.

Obolała i pręgowana, zdołała jednak sformułować jasną myśl, którą obraca w umyśle do dzisiaj: Opisywanie rzeczywistości jest zajęciem wysokiego ryzyka i może być przyczyną bolesnych obrażeń.

DWANAŚCIE: POŚLADKI PANNY EWY

Jakże uroczo naiwna i łatwowierna była Mama Dziuni, wierząc, że raz przepędzona Brunetka („suka, szmata”) nie odważy się kręcić tyłkiem przed żonatym i dzieciatym (a przecież i ciężarnym) ojcem rodziny. Jak słodko się myliła, sądząc, że ten, z którym połączyły ją święte więzy mezaliansu (zawartego w białej sukni i welonie), oprze się wdziękom Panny Ewy, agronomówny (księdzówny).

Kiedy Dziunia wędrowała polami do szkoły, a Mama, skończywszy myć kuchenne linoleum, ubierała się i wychodziła – Panna Ewa, Brunetka, wbiegała schodami na piętro, do gabinetu młodego (choć jakże doświadczonego) weterynarza. Gabinet był nazywany biurem i śmierdział jak apteka, którą częściowo był.

Mama wychodziła do oddalonego o kilkaset metrów kurnika, by tam doglądać dużych kur i małych kurczaczków, rosnących sobie zdrowo pod lampą, czyli sztuczną kwoką.

Mama odczuwała pragnienie i wewnętrzny przymus, by stać się dojrzałą i zaradną panią domu. Taką nowoczesną i pomysłową farmerką. Zaczęła od kur, wynajmując pustą szopę na kurnik. Tam, w szopie z kurami, działy się też inne rzeczy, ale nie wolno jeszcze o tym mówić.

Wróćmy na razie do Panny Ewy i Pierwszego Reportażu Dziuni.

Panna Ewa nigdy nie wkładała majtek, odkąd raz zapomniała je zabrać spod biurka. Biegła po schodach, klaskając pokaźnymi pośladkami, plask, plask, plask.

Trzeba jej przyznać jedno – stanowczo odmówiła uprawiania seksu w łóżku, a nawet w mieszkaniu Mamy. Nie chciała mieć grzechu, jak wyznała kiedyś Dziuni. Zamiast tego kładła się na biurku w biurze, wśród narzędzi i strzykawek, odgarniając skalpele i kleszcze.

Nad biurkiem wisiała (już nam znana) krowia sonda. Tuż obok godło Polski, wtedy jeszcze bez korony. I czarno-białe zdjęcie Taty z rozdania dyplomów.

Panna Ewa była miła i chętna, Tata spragniony i seksowny, a Mama w ciąży. Dziunia zaś była ciekawska. Kiedy zachorowała na świnkę i z ogromną gębą na spuchniętej szyi powinna była leżeć w łóżku, plątała się po domu i zbierała materiały do reportażu.

Tym, co zebrała, był obraz Panny Ewy, na której spoczywał Tata. Spoczywał, bo właśnie zakończył, choć Panna Ewa jeszcze pojękiwała z rozpędu. Tata pojękiwał, bo uwierał go suwak od spodni. Kochankowie spoczywali (pojękując) na biurku. Które pojękiwało pod nimi.

Dziunia ułożyła to zdarzenie w zgrabną (jej zdaniem) frazę i użyła do nauki pisania.

I tyle.

Przyznajmy, że z pewnego punktu widzenia zasłużyła na rżnięcie sondą, bo okazała się nielojalna i gadatliwa.

– Kłamczucha – powiedziała Mama i pocałowała Tatę, na dowód, że mu wierzy.

– Kłamczucha – powiedział Tata i klepnął Mamę w tyłek, na dowód, że wciąż ją kocha.

Tylko Panna Ewa okazała trochę serca, jak zawsze: powiedziała Dziuni, że i tak ją lubi.

Z nieznanych powodów po tym zdarzeniu Dziunia została zwolniona z obowiązku codziennego pisania czegokolwiek. Przydzielono jej za to obowiązek bycia wreszcie Normalnym Dzieckiem. Jednogłośnie.

TRZYNAŚCIE: PANNA EWA ZDRADZA TAJEMNICE ŻYCIA NA ZIEMI, A CESIO CHCE BUZIAKA

Chłopiec, z którym posadzono Dziunię w ławce, miał na imię Cesio. Niby Czesław, ale nikt by się tak o nim nie wyraził. Siedział już w tej drugiej klasie kilka ładnych lat, więc dla Dziuni był stary jak piramidy, ale za to maleńki. Jego główka i okrągły buziaczek oraz wypukła klateczka piersiowa upodabniały go do krasnoludka, z małego noska zawsze zwisał gil.

Pokochał Dziunię ten malutki Cesio, miłością pierwszą i płomienną, a w dowód swych uczuć dawał jej spróbować swojego chleba ze smalcem i z cukrem (i z gilem). W zamian Dziunia dzieliła się z nim kanapkami z pasztetową i z jajkiem od kur z kurnika Mamy. Nie umiała go jednak pokochać, choć bardzo się starała. Nie lubiła malutkich mężczyzn. Ani wtedy, ani później.

W zamian (i z poczucia winy) otaczała swego wielbiciela opieką i uczyła go czytać, całkiem skutecznie. Była szczęśliwa, że ktoś ją ceni za intelekt i talenty. Cesio zaś marzył skrycie, że kiedy już będzie umiał czytać, Dziunia-intelektualistka pozwoli mu się pocałować. Chociaż jeden, jedyny raz.

Ze swoich marzeń zwierzył się siostrze, ta zwierzyła się sklepowej z Zadupia, sklepowa zaś (jak to sklepowe) rozgadała po wsi, że córka weteryniarza to mała dziwka i szmata. Tylko ujęła to dosadniej. W czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych, a te zwykłe działały na korbkę, funkcję internetu pełniły sklepowe i listonosze.

Teraz wieś miała już dwie dyżurne dziwki: Pannę Ewunię, księżą (lub agronomową) córkę, oraz Dziunię – Weteryniarzównę. Jak dwie bratnie dusze, mimo różnicy wieku, panny dziwki zaprzyjaźniły się serdecznie, chociaż nie wolno im się było do siebie odzywać. Za to pisały do siebie liściki i zostawiały w umówionym miejscu: za kamieniem pod akacją, po tej stronie domu, gdzie nie było okien.

Dziwka siedmioletnia tak pisała do swojej bratniej duszy:

Nie wiem kiedy, ale musisz mi opowiedzieć o chłopakach, bo ten Cesiek się do mnie zaleca. Coś, żeby się już nie zalecał.

Szmata lat dwadzieścia jeden odpowiadała:

Ciesz się, że masz kawalera, bo ja już jestem starą panną!

Z nadejściem lata życie w Zadupiu stało się łatwiejsze i o wiele ciekawsze. Dziuni wolno było chodzić do pobliskiego lasu po kurki na zupę. Panna Ewa też tam chodziła, po olszówki do marynowania.

W tamtych czasach na wsi olszówka była uważana za przysmak. Z czasem jednak została uznana za trującą i wywołującą zaburzenia psychoneurologiczne. To też wiele wyjaśnia, bo Dziunia uwielbiała podjadać marynowane olszówki.

Leśne spotkania z Panną Ewą przyniosły Dziuni uświadomienie seksualne, ponieważ dużo pytała, a Panna Ewa starała się odpowiadać zgodnie ze stanem swojej wiedzy.

Dziunia dowiedziała się intrygujących rzeczy o kobietach i mężczyznach, o miesiączce („Oj, żeby tylko mnie coś takiego nie spotkało!”), o włosach między nogami („Pokaż, nie wierzę, że masz tam włosy”). I o innych, nie mniej spektakularnych aspektach życia na ziemi.

Dowiedziała się, że mogłaby mieć siostrę (albo brata), ale Panna Ewa skakała ze schodów i robiła dużo przysiadów, a także piła dużo rycyny i ewentualne rodzeństwo spłynęło Pannie Ewie po nogach.

Tymczasem Mama pojechała do Warszawy urodzić prawdziwe (i z prawego łoża) rodzeństwo dla Dziuni. Okazało się ono braciszkiem.

CZTERNAŚCIE: PSYCHOPATOLOGIA KATARU LUB NA CO MOŻNA WYDAĆ STO ZŁOTYCH

Poczęty w łóżku, urodzony w szpitalu, braciszek Dziuni nie tylko przypominał ludzką istotę, a nie żabę; był piękny. Doskonale i skończenie piękny, rozkoszny i błękitnooki. Przyszedł na świat z dziesięcioma punktami i ważył tyle, co trzy Dziunie-noworodki razem wzięte.

Przyszedł na świat w trybie uznawanym za właściwy: najpierw ślub (choćby i mezalians), później seks, a na końcu baby. Wyrwa w porządku wszechrzeczy, jaką stworzyła swoim przyjściem na świat Dziunia, została więc nieco załatana. We wszechświecie, w tej jego części, która istniała na Zadupiu, przywrócony został pewien ład.

Młodzi, nieźle wykształceni i potencjalnie dobrze sytuowani rodzice otrzymali w darze od losu śliczną istotkę z siusiakiem, pulchną i budzącą miłość tak wielką, że Dziunia mogła tylko płakać.

Płakała z zachwytu i chęci, żeby dotknąć i przytulić Lubusia, jak go nazwała. Lubuś stał się dla Dziuni źródłem uczuć tak wielkich, że nie mogła ich objąć ani umysłem, ani nawet sercem. Zaczęła po nocach zgrzytać zębami, ponieważ nie mogła zaspokoić swojej największej potrzeby: nie mogła dotknąć braciszka ani się do niego zbliżyć.

Po prostu miała katar. Kazano jej się trzymać z daleka.

[Psychoanalityk zatarłby tu swoje lepkie łapska: aha, pewnie dostała alergii na nowe dziecko w rodzinie! Gdyby taki psychoanalityk wsiadł na tego konia, toby z niego nie zsiadł, ażby na nim umarł ze starości.]

Dziunia miała katar, ponieważ dzieci miewają katar, czasami. A poza tym, szczęśliwie, w Zadupiu w latach sześćdziesiątych nie było praktykującego freudysty.

[Prawdą jest natomiast, że po latach, leżąc na kozetce u kolegi po fachu, Dziunia dowiedziała się, że tak właśnie musiało być. Jej ciało, za podszeptem stłumionych emocji, mogło wyprodukować smarki w nosie, jako protest wobec odrzucenia. I tak dalej. I – na dodatek – zapłaciła za to odkrycie sto złotych. Zamiast kupić sobie seksowną bieliznę. Na usprawiedliwienie faktu, że w ogóle wlazła na tę kanapę, miała tylko jedno: żeby nie wiem co zrobiła, nigdy nie dała się lubić. Chciała się dowiedzieć: dlaczegóż to.

Jeśli nawet już ktoś zechciał ją polubić, to była to jakaś Panna Ewa, miejscowa szmata dyżurna. Ale nie normalni ludzie przecież.

Jeśli chcecie wiedzieć, czy Dziunia znalazła odpowiedź na swoje pytanie o lubienie: tak. Już znalazła. Brzmi ona: bo tak jest i już.]

Kiedy Mama przywiozła Lubusia na wieś, a Dziunia akurat zapadła na ten swój psychopatyczny katar, trzeba było ją gdzieś upchnąć. Przynajmniej na noc, żeby nie rzęziła i nie pluła bakteriami. Na skutek wspólnych przemyśleń (biegnących torem o nieznanych algorytmach i sposobach wnioskowania) pojawił się pomysł, żeby spała u Panny Ewy na dole.

Panna Ewa mieszkała z matką, z fotografią ojca-nie ojca agronoma (fotografia miała czarną wstążkę, co oznaczało, że głowa rodziny straszy już tylko jako duch), i z siostrą Bożenką, która była garbata i nie miała szyi. Agronom pił i bił, zanim sczezł, pamięć o nim była więc silnym spoiwem rodziny.

Pomysł spania z Panna Ewą w jednym łóżku spodobał się Dziuni do tego stopnia, że obiecała spać nie tylko w nocy, ale i w dzień, jeśli tylko będzie mogła zamieszkać ze swoją szmatławą przyjaciółką. Obiecała spać całą resztę życia, w zamian za możliwość poszeptania pod kołdrą, jak dziewczyna z dziewczyną.