Dzisiaj śpisz ze mną - Anna Szczypczyńska - ebook
Opis

Powieść autorki bloga "Panna Anna Biega", inspirującego tysiące kobiet!

"Na ręce wysypał mi się brokat, Twój brokat, z którego zawsze się śmiałem. (…) Zebrałem wszystkie ziarenka i wrzuciłem z powrotem do książki. Dzięki temu częściowo jesteś ze mną."

Nina zdaje się mieć ułożone życie: kochający mąż, śliczne córki, stabilizacja. W najmniej oczekiwanym momencie ten spokój burzy Jan, młody i przystojny mężczyzna, który sprawia, że znów czuje się piękną i zmysłową kobietą. I choć Nina broni się przed rodzącą się namiętnością, to nie może uwolnić się od marzeń o Janie. To on przypomniał jej jaka była kiedyś. To on uwolnił tęsknotę za tą dziewczyną, którą była, zanim weszła w rolę żony i matki. Targana emocjami, poczuciem odpowiedzialności i namiętnością, kobieta dojrzewa do podjęcia tej jedynej, właściwej decyzji. Jednak czy jest to możliwe? Czy w tej sytuacji jest tylko jedno dobre rozwiązanie? Czy odpowiedzialność za rodzinę zawsze musi oznaczać rezygnację z marzeń? Czy miłość usprawiedliwia każdą decyzję? A może przeciwnie, to miłość właśnie wymaga poświęceń?

"Dzisiaj śpisz ze mną" to piękna i zmysłowa opowieść o marzeniach, trudnych wyborach i odpowiedzialności.

Anna Szczypczyńska opowiada historię, która może dotyczyć każdej z nas. Wszystkie bowiem stajemy przed niezliczoną ilością wyborów, a każda decyzja niesie za sobą konsekwencje. I choć nigdy nie wiemy, jakie one będą, to to, co przeżyjemy, buduje nas na nowo. Najważniejsze jest to, by świadomie stawiać kolejne kroki, bo zawsze gdzieś tam czeka na nas miłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Motto:

(...) nie widziałem jeszcze ludzi, którzy spotkaliby się w dobrym miejscu życia. Takiego miejsca w życiu nie ma i być nie może. Zawsze zdaje się, że jest zbyt późno lub zbyt wcześnie; że zbyt wiele doświadczenia albo że zbyt mało. Zawsze coś stoi na przeszkodzie.

Marek Hłasko, Ósmy dzień tygodnia

PROLOG

– Jan Ogiński – powiedziałeś, ściskając moją rękę, a ja zakochałam się w brzmieniu tych dwóch słów od pierwszego ich usłyszenia. Zrozumiałam, że to początek końca. Że już nie będę umiała wymazać cię z pamięci ani sobie darować.

Jak dawno nikt mnie tak nie dotknął! To nagłe odkrycie bardzo zabolało. I choć w tym geście nie było niczego nadzwyczajnego, ot zwykła uprzejmość, jaką się okazuje nowo poznanej osobie, kiedy spojrzałam w twoje oczy, wszystko zrozumiałam. Cały świat nagle się zatrzymał. Przez moment nie byłam żoną, matką, zapomniałam, że za trzy godziny muszę podesłać gotowy raport, a w drodze do domu kupić kozi ser do naleśników.

To wszystko zniknęło. Byłeś tylko ty, twoja jasna skóra – młoda, jędrna, napięta i niezmęczona życiem, przenikliwe oczy i lekki uśmiech. Ja z kolei na ten ułamek sekundy stałam się dawną wersją siebie, taką, która wierzy, że może przenosić góry, a każde marzenie da się przekuć w plan, który trzeba zrealizować. Za wszelką cenę. Choćby nie wiadomo, jak była ona wysoka…

ROZDZIAŁ 1

Uśmiechnął się wyrozumiale – więcej niż wyrozumiale. Był to jeden z tych rzadkich uśmiechów dających pewność i otuchę na zawsze, uśmiech, który można spotkać w życiu cztery albo pięć razy. Obejmował – albo zdawał się obejmować na moment – calusieńki nieskończony świat, a potem koncentrował się na tobie z nieodpartą życzliwością. Było w nim akurat tyle zrozumienia, ile ci było potrzeba, i tyle wiary w ciebie, ile sam chciałbyś mieć; uśmiech ten zapewniał cię, że wywarłeś takie wrażenie, jakie – w najkorzystniejszych okolicznościach – chciałbyś wywrzeć.

F.S. Fitzgerald, Wielki Gatsby

Czasami zupełnie przypadkowe spotkanie może wywrócić do góry nogami całe życie. Wystarczy jedno spojrzenie, nieśmiały uśmiech, krótki, ale zdecydowany uścisk dłoni, by do naszego uporządkowanego świata wkradł się chaos. A może nie ma przypadków? A może wszystko, co nam się przytrafia, dzieje się po coś?

Nina Szklarska nie wierzyła w przeznaczenie. Twierdziła, że życie to splot wydarzeń i to od nas zależy, które z nich uznamy za istotne, a które zignorujemy. Janka też spotkała przez przypadek i sama zadecydowała o tym, do którego worka go wrzuci.

Był to jeden z czwartkowych poranków, jakich wiele w szarej, listopadowej Warszawie.

Na drzewach ostatkiem sił dyndały wysuszone na wiór liście. Siąpił drobny, z pozoru nieszkodliwy deszcz, ale Nina doskonale wiedziała, co się kryje pod płaszczykiem słowa „mżawka”. Niby niewinna, lekka, jednak łapie cię nagle i zazwyczaj wtedy, gdy jesteś już zbyt daleko od domu, by wrócić po parasol, ale jeszcze niedostatecznie blisko miejsca docelowego, by nie zmoknąć. Wystarczy dziesięć minut, by ubranie, które masz na sobie, nasiąkło wodą. Włosy, po kwadransie układania przed lustrem, zamiast figlarnie powiewać na wietrze, ciężko oblepiają twarz i ramiona, a tusz do rzęs zamienia się w ciemną breję, spływającą po policzkach aż na szyję. Dlatego co cwańsze warszawianki makijaż dokańczają dopiero po dotarciu do biura. Nina robiła podobnie, ale tamtego dnia umalowała się w domu i zamówiła Ubera. Poranne spotkanie z naczelnym Pośpiechem było wystarczająco stresujące, by martwić się o rozmyty podkład czy puder. Szczególnie gdy na Marynarskiej trzeba się zjawić punkt dziewiąta.

– Spotkania o tej porze powinny być zabronione. Tutaj trzeba się umawiać o ósmej albo o jedenastej trzydzieści! – stwierdziła, gdy na dobre utknęli w granatowym peugeocie Leszka (jak podawała aplikacja). Korek na Wołoskiej zdawał się ciągnąć w nieskończoność. – Może ja już tutaj wysiądę i sobie podbiegnę? – Wcisnęła głowę między przednie siedzenia w nadziei, że jej błagalne spojrzenie wprost w szare, szkliste oczy kierowcy coś przyspieszy.

– Niech się pani nie wygłupia. Zaraz będziemy. O! Pani patrzy, tam już się przerzedza.

Chwilę później wbiegła do wielkiego, błękitnego budynku. Przestronny hall z samego rana przypominał tor przeszkód albo galerię handlową w czasie wyprzedaży. Najpierw wpadła na wciśniętego w dobrze skrojony garnitur bruneta. Ładnie pachniał. Chanel Allure, edycja sportowa – od razu rozpoznała. Maciek używał tych perfum, kiedy się poznali. Przyjemne wspomnienie. Nieco mniej sympatyczne było czołowe zderzenie z dwiema biurwami. Granatowe mundurki zdradzały przynależność do gangu obsługi klienta w jednej z sąsiadujących firm. Wyższa trzymała w ręku latte czy inne cappuccino, wnioskując z rozmiaru papierowego kubka, a jego zawartość o mało co nie wylądowała na płaszczu Niny.

Zza długiego blatu dostrzegła koński ogon Agnieszki. „O nie!”, na jej widok przypomniała sobie o nieszczęsnej karcie. Przynajmniej dwa razy w tygodniu zapominała o wejściówce.

– Nie zabijaj.

– Zapomniałaś? – Agnieszka już ją dobrze znała.

– Zapomniałam! Otworzysz mi i dryndniesz na górę, żeby mnie wpuścili? Przepraszam cię, Aga. Dziś po pracy przeszperam cały dom i znajdę tę kartę – obiecała. Spojrzała na swojego ukochanego longinesa, który kilka lat temu dostała na gwiazdkę od męża: miała jeszcze całe trzy minuty. Mogła złapać oddech.

– Nie ma sprawy. Dzwonię do Martynki, bo Lucyna jest na zwolnieniu. – Podniosła słuchawkę i wybrała numer wewnętrzny.

– Na zwolnieniu? Coś się stało?

– Dzwoniła do ciebie, ale miałaś wyłączony telefon. Zostawiła wiadomość. Ma zapalenie krtani. Nie będzie jej do końca tego tygodnia i pewnie przez cały kolejny.

– O, matko! Biedna! Faktycznie, już od poniedziałku słabo się czuła.

– No biedna, biedna, dziś to już ledwo gadała. Cześć, Martynko! – przerwała, gdy po drugiej stronie słuchawki odezwał się znajomy głos. – Nina właśnie wjeżdża na górę i prosi, żebyś ją wpuściła. Dziękuję, kochana, miłego dnia! – Otworzyła bramkę. – Wskakuj!

– Tylko co ja teraz zrobię? Co my dzisiaj mamy? Czwartek! – Nina pobladła na myśl o tym, że przez kolejne dni zostanie sama na polu bitwy. Listopad nie był najlepszym miesiącem dla serwisów poświęconych aktywności i zdrowemu stylowi życia. Statystyki leciały w dół na łeb na szyję. Trudno się dziwić. Kto w taką pogodę ma chęć na przebieżkę czy boot camp w terenie? Zestaw: grzaniec, kocyk i Netflix brzmią bardziej kusząco. – Mam teraz pootwieranych kilka projektów, idę właśnie na spotkanie z Pośpiechem. Nie masz dla mnie jakiegoś ogarniętego praktykanta?

– Hania Lubieniecka ma! Przyjęła na staż pięć osób. Wyrabiałam im karty w zeszłym tygodniu. Pogadaj z nią, na pewno chętnie ci kogoś odstąpi.

– Złoty człowiek z ciebie! Na wszystko masz odpowiedź!

– To jeszcze jedno: zanim wejdziesz do Pośpiecha, skocz do łazienki. Banan? – Aga wskazała jej subtelnie na dół sukienki. Na samym środku czarnej dzianiny, która wystawała spod rozpiętego płaszcza, straszyła żółtobrązowa plama. Pewnie kaszka, której jej młodsza córka Zuza najwyraźniej nie zjadła.

– O, matko! Nie zauważyłam. Owsianka, ale bananowa. Blisko. Dzięki! – rzuciła, nim drzwi windy zdążyły się zamknąć. Była sama. Postanowiła wykorzystać tę sytuację na szybki przegląd: rozpięła płaszcz i przejrzała się w lustrze. Poza kaszką nie było już żadnej awarii. Długie, ciemne włosy opadały delikatnie na ramiona i podkreślały oliwkowy odcień skóry, który teraz bardzo lubiła, ale w dzieciństwie sprawiał jej sporo przykrości. Właściwie nie wiadomo, skąd się wziął: jej ojcem nie był Chińczyk ani Włoch, jak sugerowały dzieci na podwórku, tylko Tadeusz Pokorski urodzony w szpitalu na warszawskich Bielanach. Skóra Elżbiety Pokorskiej z kolei przypominała czystą kartkę papieru, na której aż chciałoby się zapisać setki krążących po głowie myśli. Matka za to szybko się opalała. Od razu na piękny odcień earl greya z kroplą mleka. I to chyba po niej Nina odziedziczyła karnację.

Sukienka, którą kupiła kilka tygodni wcześniej w Zarze, leżała całkiem nieźle. Piersi wróciły już na swoje miejsce i po wykarmieniu dwóch małych żarłoków wyglądały lepiej, niż się spodziewała. Brzuchowi i pupie też nie można było niczego zarzucić. Wiadomo, skóra zawsze mogłaby być bardziej napięta, a mięśnie wyraźniej zarysowane, ale przestała przejmować się takimi detalami. Na szczęście jeszcze w liceum pokochała sport, a właściwie nie sport sam w sobie, a młodego, wysokiego i szalenie przystojnego pana od wuefu. Miał niski głos, pełne usta i to ciało… Nina rzuciła książki w kąt i postanowiła podciągnąć się w siatkówce, koszykówce, a potem nawet w sprincie, by przykuć uwagę nauczyciela. Każdego ranka, jeszcze przed śniadaniem, biegała wytrwale przez trzydzieści minut wokół placu Grzybowskiego, gdzie akurat mieszkała. Swój nawyk kontynuowała jeszcze na studiach. Może już nie codziennie, ale trzy, cztery razy w tygodniu wychodziła na przebieżkę, by oczyścić głowę z dziwnych myśli albo najzwyczajniej w świecie – wybiegać kaca. Świeżo upieczonej matce z kolei porządne buty biegowe były dużo bardziej potrzebne niż sesja u psychoterapeuty. Spojrzała jeszcze raz w lustro – podobała się sobie. „Jeszcze tylko pozbędę się tej owsiano-bananowej broszki i mogę podbijać świat!”, pomyślała i pewnym krokiem wyszła z windy.

Owsiankę Nina zawsze lubiła i gdyby nie fakt, że w kolorowych magazynach i na blogach, straszyli węglowodanami, cukrami oraz skokami insuliny, jadłaby ją o każdej porze dnia i nocy, a tak serwowała sobie ten przysmak jedynie na śniadanie. Miała kilka ulubionych przepisów, a najbardziej lubiła tę z bananami, z dodatkiem masła orzechowego – niebo w gębie!

Gorąca miłość do płatków zaczęła lekko przygasać, gdy na świecie pojawiły się dzieci. Powód był prosty: córkom serwowała zwykle zblendowany wariant, a kremowa maź lądowała wiecznie: a to na rękawie, a to na jeansach, zasychała nawet w kosmykach włosów. I te biszkopciki i bananki, które trafiały wszędzie, tylko nie do małej buzi…

Rzuciła kilka przekleństw, kiedy owsiana papka rozmazała się jeszcze bardziej pod wpływem ciepłej wody. W końcu wsadziła skrawek sukienki pod kran, dokładnie wypłukała, wycisnęła resztki wody, a na koniec stanęła pod suszarką do rąk. Wyprostowała się, wzięła głęboki wdech i powędrowała prosto do paszczy lwa – gabinetu Piotra Pośpiecha.

Piotr Pośpiech tak naprawdę nazywał się Robert Ryski, ale ze względu na swój charakter został przemianowany. Dzięki temu prostemu zabiegowi wszyscy w redakcji mogli swobodnie o nim rozmawiać przy kawie, w windzie, na recepcji, na papierosie, choć już mało kto palił, i nie obawiać się, że naczelny usłyszy kilka słów na swój temat. Nie były to „ochy” i „achy”.

– Dzień dobry! – Uśmiechnęła się serdecznie. Miała nadzieję, że na wejściu zarazi go dobrym humorem. – Jak samopoczucie? Dobre? Złe? Wydarzyło się w twoim życiu coś miłego? – Nigdy nie była dobra w small talkach, co znacznie utrudniało pracę dziennikarza. Ratowała ją jednak pozytywna energia, którą potrafiła poruszyć nawet największych ponuraków. Wystarczyło, że pojawiła się w drzwiach, a ludzie momentalnie się uśmiechali, mieli ochotę pić z nią kawę, plotkować, nawet zwierzać się z intymnych spraw. Ale nie Ryski. Ryski chyba w ogóle nie lubił nikogo oprócz siebie.

– Dzień dobry. – Nawet na nią nie spojrzał. – Siadaj. Widziałaś statystyki? Dupy nie urywają. – Przekręcił monitor w jej stronę. – To nie może tak wyglądać. Stracimy wszystkich stałych reklamodawców. Bo o nowych to ja już przestałem nawet marzyć! Nina, co się dzieje? – zapytał, ale jak zwykle nie czekał na odpowiedź. – Przecież wszystkie ankiety pokazują, że Polacy z roku na rok coraz chętniej uprawiają sport. Biegają, pływają, jeżdżą na rowerze, na nartach, chodzą do klubów fitness i na siłownię. A u nas na stronie jakoś tego, kurwa, nie widać! – Lubił przeklinać i dawać znać, kto tu rządzi, a taka „kurewka” wetknięta tu i ówdzie, sprawiała, że czuł się ważny.

– Jest połowa listopada. Biegają już tylko ci, którzy na serio biegają, a oni nie potrzebują naszych pomysłów na to, od czego zacząć ani planów na marszobiegi. Resztę zniechęca zła pogoda, jesienna deprecha albo już poczuli święta i zaczęli przygotowania. Przed sylwestrem znowu statystyki pójdą w górę. Zobaczysz. W styczniu i w lutym będzie dobrze, mam przygotowane fajne projekty na początek roku, a na wiosnę znowu wszyscy zaczną biegać – wyjaśniała.

– Chyba na łeb upadłaś! Nie będę czekał do wiosny. Grudzień ma być lepszy od listopada i nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. To już twoja sprawa. Możemy nawet dawać codziennie gołe laski albo zdjęcia małych kotków z hantlami. Chcę mieć lepsze statystyki i więcej followersów na Instagramie! Koniec, kropka. Szkoda czasu na gadanie. Bierzemy się do roboty. Chyba że masz jeszcze jakieś sprawy? – Rozsiadł się wygodnie w fotelu, założył ręce za głowę i czekał.

– Nie mam. Coś wymyślę. Grudzień będzie lepszy – skłamała. Wiedziała, że to niemożliwe. Bo niby kogo w grudniu mogą interesować ćwiczenia na pośladki i ciasteczka fit? Każdy myślami jest już przy świątecznym stole i zatapia zęby w makowcu z lukrem. Takim prawdziwym, z białego cukru. Syrop z agawy, sos daktylowy, mąka kasztanowa i inne jaglano-kokosowe mieszanki muszą poczekać na noworoczne postanowienia.

Zrezygnowana wróciła do swojego biurka i poszukała wzrokiem Lucyny. Miały opanowany do perfekcji schemat miniburzy mózgów, z którego dość często korzystały w pracy z Pośpiechem, ale w porę sobie przypomniała, że Lucyny nie ma i jeszcze długo nie będzie. Nie dość, że nie pomoże jej podnieść statystyk, to jeszcze nie wymyśli niczego, by je utrzymać. Pisać trzeba, a nie ma komu. Otworzyła kalendarz zadań na przyszły tydzień: nie wyglądało to dobrze. Podeszła do okna z nadzieją, że w budynku naprzeciwko wypatrzy rozwiązanie problemów, ale dostrzegła jedynie ruch przy drukarkach i małe głowy skierowane w stronę wielkich monitorów. Nie ona jedna miała niekończącą się listę zadań na korkowej tablicy nad biurkiem i zbyt krótką dobę, której w żaden sposób nie była w stanie wydłużyć.

Z chwilowego zawieszenia wyrwał ją dzwonek telefonu. Spojrzała na wyświetlacz: Hania Lubieniecka. No tak! Miała prosić ją o pomoc!

– Boże, Haniu, z nieba mi spadłaś! – Odebrała ze szczerą radością.

– Ha, ha, już do mnie Aga dzwoniła i wszystko mi opowiedziała. Mam tutaj paru delikwentów. Powiedz mi, do jakich zadań potrzebujesz? Research, tłumaczenia, sondy uliczne, wywiady przez telefon, relacje z eventów? – Od razu przeszła do konkretów.

– Haniu, potrzebuję kogoś bardzo ogarniętego, najlepszego, jakiego masz. Kogoś, kto naprawdę zastąpi mi choć w pewnym stopniu Lucynę. Ma myśleć i lubić sport. Nie musi być pakerem, instruktorem narciarskim ani maratończykiem, tylko ruszać się chociaż raz na jakiś czas. Żeby wiedział, o czym pisze. A, i jeszcze jedno, to właściwie najważniejsze: niech się zna na internetach, instagramowych trendach itd.

– Dobra: ktoś ogarnięty, kto lubi sport i siedzi na Instagramie – powtórzyła Hania.

– Nie siedzi, bo na to nie będzie mieć u mnie czasu, ale zna się, coś tam wie.

– A to widzisz, mam taką fajną Zuzkę, ale ona jest za bardzo skupiona na dobrym selfie… Poczekaj, myślę. Wiem! Dam ci Janka Ogińskiego!

– Jan Ogiński – powtórzyła Nina. – Ładnie się nazywa. Już mi się podoba!

– Kochana, bo Jan Ogiński to jest cały ładny, musi się i ładnie nazywać, a nie, bo ja wiem, Patryk Barszcz czy Krzysiek Bąk. Ale Janka to ja ci oddam tylko za butelkę dobrego wina. To mój najlepszy stażysta: obowiązkowy, o wszystkim pamięta, nigdy się nie spóźnia i zawsze, jak go proszę o sto procent, to robi sto pięćdziesiąt. Wysłać go do ciebie czy odbiór na miejscu?

Piętnaście minut później Nina już sterczała nad biurkiem Hani z belgijską czekoladą w ręku. Dostała ją latem od jednego z zewnętrznych współpracowników. Pewnie liczył na to, że jest w stanie zdziałać cuda i przyspieszyć przelew za kolejną fakturę, ale panie z księgowości były nieugięte. Nawet uśmiech Niny w żaden sposób nie mógł przyspieszyć tego procesu. Za to czekolada, dobrze schowana na dnie szuflady, właśnie się przydała.

– Godiva! Uwielbiam! – Hani zaświeciły się oczy. – Dziękuję!

– Z solą morską. Niebezpiecznie dobra. Lojalnie uprzedzam!

Hania na brak pomocy nie narzekała, wprost przeciwnie, ucieszyła się, że może kogoś na moment odstąpić. Odkąd w redakcji pojawił się nowy przepis, że każdy stażysta musi najpierw przejść przez dział kontaktu z czytelnikami, najzwyczajniej w świecie zaczęło brakować miejsca do pracy. Ci ambitniejsi przyjeżdżali z własnymi laptopami i gnieździli się przy biurkach z tymi, którzy jeszcze się załapali na komputer stacjonarny.

Jan Ogiński lubił pracować na swoim sprzęcie. Cenił sobie ład i przewidywalność, a grzebanie w czyimś komputerze, gdzie masz dostęp do prywatnych treści osób, których nawet nie zdążyłeś poznać, nie było w jego stylu. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie.

– Chodź, już mówiłam Jankowi, że adoptujesz go na jakiś czas. Ucieszył się bardzo. Chciałby pisać, robić wywiady i w ogóle ambitniejsze rzeczy niż odbieranie telefonów od czytelników. Cieszę się, że mu to umożliwisz. Na pewno ci pomoże. Pomożesz, Janek, prawda? – krzyknęła głośniej w stronę biurka przy oknie. – To jest Nina Szklarska, redaktor prowadząca nasz serwis o zdrowym stylu życia, a to jest Jan Ogiński, mój pracowity stażysta.

– Jasne, że pomogę. Dzień dobry, Jan Ogiński. – Podał jej rękę i tak promiennie się uśmiechnął, że najchętniej wcale by jej nie wypuszczała. Nie był ładny, jak zapowiadała wcześniej Hania, był piękny! Miał w sobie coś takiego, że nawet Nina, która od kilku lat nie zwracała uwagi na żadnego mężczyznę poza swoim mężem – najpierw motyle w brzuchu, potem ciąża, hormony, karmienie i kolejna ciąża – tym razem swoją uwagę zwróciła. Był wysoki, szczupły, a z jego oczu biło ciepło, które zapewniało, że można się przy nim odprężyć. On się wszystkim zajmie.

– W takim razie chodź, szkoda czasu. Usiądziesz przy biurku Lucyny, która mi się rozchorowała. Spisałam najważniejsze zadania, wszystko ci wytłumaczę i wierzę, że sobie poradzisz. Hania cię bardzo chwaliła. – Wreszcie mogła oderwać od niego wzrok i popatrzeć na koleżankę.

– Nie narób mi obciachu. Mam obiecane dobre wino, jak się sprawdzisz!

– O, jak dobre wino wchodzi w grę, to muszę dać z siebie wszystko. – Wstał od stołu, chwycił plecak i poszedł za Niną do windy.

Niby tylko dwa piętra w dół, ale miała wrażenie, że ta podróż ciągnie się w nieskończoność. To zabawne, jak dziwną konstrukcją jest czas: kiedy dobrze się czujesz i bawisz, masz wrażenie, że całe godziny mijają szybciej niż minuta, a kiedy coś cię krępuje, męczy, trapi, boli, jedna minuta potrafi trwać całą wieczność.

– Studiujesz dziennikarstwo? – To było najprostsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy. Gorszego zadać nie mogła, aż sama się nim zawstydziła, ale w biurowej sytuacji trudno o coś bardziej wyszukanego na początek. W końcu przez kilka najbliższych dni miał dla niej pracować. Powinna wiedzieć takie rzeczy.

Gdyby mogła w życiu robić to, na co ma ochotę, zapytałaby go, czy kawę pije z samego rana, czy może raczy się nią dopiero po śniadaniu? Jakie zapachy lubi, a które go drażnią? Jakiej muzyki słucha, gdy odpoczywa, a jakiej, gdy pracuje? A tak dowiedziała się tylko, że zrobił licencjat z socjologii, potem spędził rok na Erasmusie w Mediolanie i wrócił do Warszawy. Kończył właśnie magisterkę na dziennikarstwie. Odetchnęła, gdy dojechali na właściwe piętro i usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Potrzebowała powietrza.

***

W Rekreacji nie było tak tłoczno jak u Hani. Przy wysprzątanym na błysk biurku Lucyny wreszcie mógł się poczuć jak w domu. Nawet krzesło było całkiem wygodne. Przekazała mu listę zadań, potrzebne nazwiska i numery telefonów.

– Wszystko masz, w razie czego wiesz, gdzie mnie szukać. Lecę. Muszę wymyślić jakieś przełomowe rozwiązania, które zwiększą liczbę odsłon i rozkręcą Instagram, a nie jestem królową social mediów – ściszyła głos. To ten uśmiech i to spojrzenie zachęciły ją do spontanicznych zwierzeń. Zupełnie niepotrzebnie. – Zapomniałam! Kuchnia jest tuż za rogiem, w razie czego tam siedzi bardzo sympatyczna Martynka i możesz się do niej zwracać z każdą sprawą – zmieniła temat. Martynka rzeczywiście była niezastąpiona. Kiedy raz na ruski rok zachorowała albo wzięła kilka dni urlopu, całą redakcję ogarniała panika, bo tylko ona wiedziała, gdzie są przechowywane raporty, kiedy wychodzą przelewy, do kogo zadzwonić, gdy w drukarce zabraknie tonera, a do kogo, gdy potrzebna jest wypowiedź specjalisty do tekstu na temat tkanki tłuszczowej. Martynka miała odpowiedź na wszystko.

Zaproponował, że będzie się meldował raz dziennie, by omówić zadania, które właśnie wykonał. Odetchnęła z ulgą. W ciągu kilku lat pracy w redakcji nauczyła się jednego: obecność praktykanta wcale nie oznacza odciążenia. Niestety zazwyczaj to mnóstwo niepotrzebnych pytań, które nie mogą pozostać bez odpowiedzi, setki instrukcji, jakich trzeba udzielić, a przy tym niewiele korzyści. Bilans zysków i strat nie wygląda zachęcająco. Wszystko wskazywało na to, że tym razem będzie inaczej.

Usiadł i zaczął zapełniać biurko Lucyny swoimi rzeczami. Obok laptopa położył lustrzankę, pękaty zeszyt i kilka długopisów. Każdy w idealnym stanie. Widać, nie gryzł ich nerwowo w czasie pracy, jak miała to w zwyczaju Nina. Z plecaka wystawała już tylko Lolita Nabokova, którą najwyraźniej akurat czytał.

– To jest ta prezentacja, o której ci mówiłam. Znajdziesz tam główne założenia serwisu, cele na przyszły rok i zobaczysz, w jaki sposób komunikujemy się z czytelnikami. Po prostu rzuć na nią okiem. Pochodź sobie po serwisie, poklikaj, żebyś się zorientował, jak mniej więcej pracujemy. Właśnie! Sprawa z sugestiami działa w dwie strony: jeśli masz jakieś uwagi, coś byś zrobił inaczej, mów! Oczywiście to jest korpo, więc na wiele rzeczy nie mam wpływu i muszą zostać w takiej formie, w jakiej są, ale wbrew pozorom sporo można zmienić, więc śmiało krytykuj. – Przekazała mu wszystkie papiery. Jej wzrok zatrzymał się na otwartym plecaku.

– Lolita! Moja ukochana książka! – Oczy jej się zaświeciły. – Uwielbiam Nabokova!

– A ja, szczerze mówiąc, nie za bardzo. Świetnie pisze, owszem, ale to jest tak gęste, wręcz duszne jak wypełniony po brzegi poranny tramwaj na Marynarską. – Uśmiechnął się. – Każde zdanie jest przepakowane porównaniami, szczegółowymi opisami. Trzeba ogromnego skupienia przez cały czas, by niczego nie przeoczyć. Poczekaj, pokażę ci fragment, który akurat przeczytałem dziś w drodze do redakcji. Dosłownie jedno zdanie. Masz chwilkę?

Dla Nabokova zawsze miała. Nawet kilka chwil, a jeszcze z ust Janka?

– Czytaj!

– Wrażenie wywołane tym, co ujrzałem w ułamku sekundy, muszę tu zawrzeć w szeregu słów; a kiedy tak fizycznie mnożę je na papierze, gdzieś się zatraca sam błysk, ostra jedność percepcji: skłębiona szmata w kratę, auto, starzec-manekin, pielęgniarka panny W., gdy z na wpół opróżnionym kubkiem w ręce wraca szeleszczącym kłusem na werandę z siatkami przeciw owadom w oknach – gdzie, jak można sobie wyobrazić, podparta poduszkami, uwięziona, niedołężna dama krzyczy piskliwie, lecz nie dość głośno, aby zagłuszyć rytmiczne ujadanie setera Starociów, który łazi między jedną grupką ludzi a drugą – od grona sąsiadów (bo już zdążyli się zgromadzić na chodniku przy strzępku kraciastej tkaniny) z powrotem do auta, które w końcu udało mu się osaczyć, stamtąd zaś do grupki na trawniku, złożonej z Lesliego, dwóch policjantów i tęgiego mężczyzny w okularach w szylkretowej oprawie. (Lolita). To jest jedno zdanie. Ile tam się dzieje? Za dużo! Nie wiadomo, na czym skupić uwagę – podsumował.

– Ale widzisz to, prawda? Tę werandę z siatkami na owady, tych wszystkich ludzi, właśnie dzięki nagromadzeniu tylu szczegółów – stwierdziła, choć sama wspomnianej siatki na owady wcale nie widziała. W głowie pobrzmiewał jeszcze dźwięczny głos, który czyta słowo po słowie jej ulubioną książkę.

– Wolę Cortazara. Gra w klasy to zdecydowanie moja Lolita.

– Niech i tak będzie. Do roboty! – Grę w klasy czytała jakieś trzynaście, może już nawet piętnaście lat temu. W tamto pamiętne lato…

Boże! Nina! Skąd wytrzasnęłaś takiego przystojnego praktykanta?

Mail od Martynki już na nią czekał. No tak, nie tylko ona w mig dostrzegła walory Jana Ogińskiego.

ROZDZIAŁ 2

[…] Patrzysz na mnie, patrzysz na mnie z bliska, jeszcze bardziej z bliska, oczy powiększają się, zbliżają do siebie, nakładają jedno na drugie, cyklopi patrzą sobie w oczy, łącząc oddechy, usta odnajdują się i łagodnie walczą, gryząc się w wargi, leciutko opierając języki o zęby, igrając wśród tego terenu, gdzie przelewa się tam i z powrotem powietrze, pachnące starymi perfumami i ciszą. Wtedy moje ręce zanurzają się w twoich włosach, pieszczą powoli głąb twych włosów, podczas gdy całujemy się, jakbyśmy mieli usta pełne kwiatów czy też ryb o szybkich ruchach, o świeżym zapachu.

I jeżeli całujemy się aż do bólu – jest to słodycz, a jeżeli dusimy się w krótkim, gwałtownym, wspólnie schwyconym oddechu – ta sekundowa śmierć jest piękna. Jedna tylko jest ślina, jeden zapach dojrzałego owocu, kiedy czuję, jak drżysz koło mnie niby księżyc odbijający się w wodzie […]

Julio Cortazar, Gra w klasy

Udało się! O matko, naprawdę to zrobiłam! Może powinnam się uszczypnąć i sprawdzić, czy to na pewno nie sen? Nie, to niemożliwe. Przecież nie zmrużyłam oka od kilku godzin i już na pewno tego nie zrobię, choćby nie wiem co. Nie zmarnuję teraz ani sekundy. W życiu tak rzadko zdarzają się chwile, kiedy wiesz, że to właśnie tu i teraz jesteś szczęśliwy. Dokładnie w tym momencie. Kiedy nie wzdychasz do wspomnień ani nie marzysz o tym, co dopiero się wydarzy. Rozkoszujesz się pojedynczą minutą, godziną, pochłaniasz je z każdym wdechem i czujesz, jak rozgrzewają cię od środka.

Czternaście lat temu, dokładnie we wtorek, czwartego lipca o godzinie piątej piętnaście nad ranem właśnie tak się czułam. Miałam ochotę krzyczeć, wierzgać nogami, a potem podskoczyć i parę razy klasnąć w dłonie, niczym sympatyczny grubasek z amerykańskiego filmu, kiedy dostaje wymarzoną pracę albo numer telefonu cycatej blondynki, o której marzył od szkolnej ławki. Powstrzymałam się jednak i celebrowałam ten moment w ciszy.

Obróciłam głowę w jego stronę. Delikatnie, lekko, tak, by go nie zbudzić. Leżał obok, a ja wciąż nie mogłam w to uwierzyć. Był piękny! Najpiękniejszy! Wyglądał jeszcze lepiej niż w mojej wyobraźni. Na początku pamiętałam go całkiem wyraźnie: ostro zarysowaną szczękę, młodą, gładką skórę, wielkie, niebieskie oczy. Ale już po kilku tygodniach obraz się rozmył, a rysy jego twarzy coraz bardziej przypominały kolegę, którego właśnie spotkałam w windzie, albo faceta z zatłoczonego autobusu. Kiedy zrobił się podobny do jednego z moich wykładowców, zrozumiałam, że już po wszystkim. Że zniknął na dobre. To ciekawe, jak szybko z głowy ulatnia się obraz twarzy, kiedy jakiś czas jej nie widzimy. I nie ma znaczenia, jak bardzo się staramy i jak bardzo chcemy ją wyryć w pamięci. Po prostu znika. Wiedziałam, że tym razem będzie podobnie, dlatego chciałam zapamiętać jak najwięcej szczegółów, detali, niedoskonałości, które w jakiś magiczny sposób wydłużą proces wymazywania.

Spał spokojnie, odgarnęłam mu z czoła zbłąkany kosmyk i patrzyłam dalej. Ileż ja się musiałam na niego naczekać? Ile nakombinować?

Pierwszy raz pomyślałam o nim w ten sposób rok wcześniej. Siedział samotnie na werandzie i czytał Imię Róży Umberto Eco. Znaliśmy się od kilku lat, ale na zasadzie „kolega kolegi”, i to dużo młodszy kolega, który sam obcina sobie włosy, znoszone trampki maże korektorem, a dziurawe T-shirty łata agrafkami. Mój różowy top z głębokim dekoltem, jeansowe szorty i stopy wysmarowane brokatem nijak się miały do jego bajki. Przynajmniej jeszcze przez kolejny rok.

– Dziwny wybór na wakacje – rzuciłam, wychodząc na papierosa przed dom, gdzie zabawa trwała w najlepsze. Bo wybór był rzeczywiście dziwny. Kiedy miałam szesnaście lat i wyjeżdżałam na wakacje, myślałam tylko o tym, gdzie można kupić wino bez dowodu, do którego klubu da się wejść z podrabianą legitymacją, a jeśli coś czytałam, to raczej był to Stephen King czy Nicholas Sparks, na pewno nie Eco.

– Masz zapalniczkę? – zapytałam, wyciągając z małej, czerwonej torebki paczkę papierosów.

– Zapałki.

– O, też dobrze. Chcesz papierosa? Niestety mam tylko vogue’i. Jeśli nie masz żadnych uprzedzeń do babskich papierosów, to proszę. – Wysunęłam w jego stronę białe pudełeczko w fioletowe maziaje.

– Może być. – Wyciągnął jednego i wrócił do czytania.

– Wiesz, że jeszcze przez to nie przebrnęłam? – Wskazałam na książkę.

– A ja sam nie wiem, czy mi się podoba.

Usiadłam kilka stopni niżej i rozkoszowałam się chwilą sam na sam z moim najlepszym wówczas przyjacielem – papieroskiem. Kochałam te fioletowe vogue’i i przez długie lata byłam im wierna. Żadne inne tańsze imitacje i cienkie nowości nie miały tego aromatu. Rozpoznałabym go wszędzie, w każdym stanie świadomości. Podpalałam więc papieroska i miałam dokładnie pięć i pół minuty tylko dla siebie. Na moment znikały wszystkie problemy, nie istniały sprawy do załatwienia, telefony do odebrania, rzeczy do przemyślenia. Jednak rzadko paliłam sama. Może dlatego te chwile były dla mnie wyjątkowe? W końcu papieros to rekwizyt socjalny. Ma w sobie coś, co rozwiązuje języki, przełamuje pierwsze lody, sprawia, że nawet obcy ludzie na te pięć i pół minuty stają się sobie bliscy. Tak się zdarzyło i tamtego wieczoru.

– Wolę książki, które od razu chwycą mnie za gardło, zaskoczą, wywołają wielkie „wow!”, a tutaj tego nie było – odezwał się po chwili.

– Też jestem niecierpliwym czytelnikiem, nie lubię zbyt długo czekać na to, aż zostanę oczarowana. Nie jestem z tego dumna, ale szybko się nudzę.

Noc była ciepła i cicha. Wszechobecny spokój raz na jakiś czas przerywały dochodzące z domu piski i śmiech. Nikt nie odważył się do nas dołączyć na dłużej niż kilka minut, bo ciężar świata przedstawionego i narracji był nie do udźwignięcia po kilku piwach i skręcie. Skutecznie zniechęcaliśmy każdego śmiałka. I kiedy tak opowiadał mi o tym, co przeczytał, co mu się podobało, a co znudziło na śmierć, poczułam, że go chcę. Tak po prostu, bez żadnego konkretnego powodu. A może jeden by się znalazł: był inny niż wszyscy. Czytał, i to nie jakieś szmiry dla nastolatków. Pił wino, co prawda paskudne kwasidło, którego ja winem bym nie nazwała, ale dobrze, że miał już ten nawyk, a gust się z czasem wyrobi. Najważniejsze, że nie opijał się bezmyślnie wódką dla szybszego efektu, licząc jedynie „woltaż”, ani nie wlewał w siebie hektolitrów piwska tylko dlatego, że było tanie i łatwo dostępne.

To przyszło nagle, tak po prostu, bez żadnej zapowiedzi. Spojrzałam na jego dłonie, kiedy podpalał kolejnego papierosa, i wyobraziłam sobie, że te długie, zgrabne palce wędrują po moim ciele. Czułam, jak rozczesują moje splątane włosy i delikatnie gładzą policzek. Kiedy lądują w okolicy ust, wybieram sobie jeden z nich, oplatam ciepłymi wargami i zaczynam ssać. Chcę, by wiedział, że to dopiero początek, że mam ochotę na więcej. Spojrzałam na jego lekko rozchylone wargi, w których trzymał papierosa. Były wilgotne i sprężyste. Chciałam poczuć je na swoich ustach, dowiedzieć się, jak smakuje. Ja podobno smakowałam winem, tytoniem i malinami, ale o tym powiedział mi dużo później.

Kamil, lekko otumaniony sporą dawką alkoholu, snuł dalej swoje wywody na temat powieści – tym razem padło na Reverte – nie miał pojęcia, że w mojej głowie właśnie ściąga koronkowy biustonosz i dociera do sterczących sutków: łapczywie zanurza je w ustach, ssie i podgryza na zmianę. Niby niewinnie siedział na werandzie i sięgał po butelkę, ale dla mnie te same dłonie, które pod starymi, drewnianymi schodami usiłowały wymacać szklaną szyjkę, krążyły właśnie bez ładu i składu po moim ciele, jakby szukały właściwiej drogi. Przebiegły szybko przez moje uda i wylądowały tam, gdzie czekałam na nie najbardziej. „Tutaj! Dotykaj mnie tutaj! Nie przestawaj!”, prawie wyrwało mi się z ust. Czułam, że jestem gotowa, że płonę i ciężko będzie to powstrzymać, odwrócić, zapomnieć. Chciałam na moment odrzucić wszystkie konwenanse, zasady, nie zwracać uwagi na ludzi wokół, szybkim ruchem pozbyć się szortów, a później skąpych majtek i po prostu go dosiąść...

– Na mnie już pora. Jestem zmęczona – skłamałam, by w ostatniej chwili ratować sytuację. – Idę spać.

– Coś ty? Nie wygłupiaj się! Zostań ze mną jeszcze! Nie chcesz pogadać?

Chciałam, oj bardzo chciałam: gadać, całować, dotykać, lizać, ssać, smakować, leżeć, stać, siedzieć, być nad nim, pod nim, z tyłu, z przodu, z boku – wszystko. Ale nie dziś, nie teraz, za wcześnie. Niech przeczyta więcej, zobaczy, zwiedzi, przeżyje. Niech wypije lepsze wino i jak wino dojrzeje.

– Dobranoc – powiedziałam wbrew sobie i wstałam. – Na pewno jeszcze będzie okazja, żeby to powtórzyć. – Pocałowałam go w policzek na pożegnanie.

– No jasne! Dzięki za Kafkę i Dostojewskiego – krzyknął na pożegnanie. No proszę, zapamiętał te wszystkie mądrości, którymi się z nim dzieliłam w ostatnich godzinach. Ale już się nie odwróciłam. Po co kusić los? Wyjechałam następnego dnia z samego rana.

***

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że czekałam na niego cały kolejny rok. To była jedna głupia noc, nic nieznacząca rozmowa, paczka papierosów i dwie butelki słabego wina. Ileż podobnych wieczorów spędziłam w ciągu tych trzystu sześćdziesięciu pięciu dni z innymi, bardziej lub mniej ciekawymi facetami? Ile godzin przegadałam, ile spotkań zakończyło się pośpiesznymi pocałunkami, a ile ogrzewaniem zmarzniętych dłoni między ciepłymi udami? Nie wiem, ale pewnie wiele.

Skłamałabym też, gdybym powiedziała, że zapomniałam. Nie umiałam tego w żaden logiczny sposób wytłumaczyć, ale przez cały czas Kamil nie dawał mi spokoju. Pojawiał się w snach, wracał, gdy na moment odcinałam się od rzeczywistości i niby bezmyślnie gapiłam się w okno w poszukiwaniu inspiracji do referatu z poetyki czy analizy kolejnego utworu z niekończącej się listy lektur. Kiedy kupowałam nowy sweter, byłam ciekawa, czy jemu się spodoba. Bez sensu, przecież nawet go nie zobaczy… Kiedy wchodziłam do księgarni, zastanawiałam się, którą książkę teraz czyta. Chciałam kupić tę samą, by mieć punkt zaczepienia, gdy kiedyś przypadkiem wpadnę na niego na ulicy.