Dziś będzie inaczej. Dzień z życia Eleonor Flood - Maria Semple - ebook
lub
Opis

Większość ludzi może tylko pomarzyć o życiu, które przypadło Eleanor w udziale. Kochający mąż, mądry syn.
Błyskotliwa kariera rysowniczki. A jednak kobieta od jakiegoś czasu ma poczucie, że przechodzi przez życie jak Jaś Fasola, zostawiając za sobą pas spalonej ziemi. Walczy, by przetrwać bez większych strat każdy kolejny dzień.
Dość tego.
Dziś Eleanor zamieni ciuchy do jogi na elegancką sukienkę. Zawiezie Timby’ego do szkoły i po zajęciach go odbierze. Pójdzie na lekcję poezji. Zje lunch z Sydney Madsen, chociaż jej nie znosi. Zagra z dzieckiem w planszówkę, porozmawia z mężem. Może nawet zaproponuje mu seks?
Będzie swobodna, cierpliwa, zabawna, rozluźniona.
Słowem: dziś będzie inaczej.
Plan zaczyna się sypać już podczas lekcji poezji. To wtedy telefonują ze szkoły, że Timby’ego rozbolał brzuch.
A to dopiero początek przykrych niespodzianek. Meg Wolitzer, autorka Wyjątkowych, określiła tę powieść mianem „pani Dalloway na gazie rozweselającym”!

Skandalicznie zabawne!
„New York Times”

Maria Semple - (ur. 1964) – amerykańska pisarka i scenarzystka. Współtworzyła takie seriale jak Beverly Hills 90210 czy Szaleję za tobą. Zadebiutowała w 2008 roku powieścią This One Is Mine. Międzynarodowy sukces odniosła ej druga książka, Gdzie jesteś, Bernadette? (2012; wyd. pol. 2014), przetłumaczona na ponad
30 języków. Dziś będzie inaczej (2016) również doczekała się kilkunastu edycji zagranicznych.
HBO rozpoczęło prace nad serialem telewizyjnym na podstawie książki, z Julią Roberts w roli głównej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 287

Popularność


Maria ‌Semple

DZIŚ ‌BĘDZIE INACZEJ

Dzień z życia ‌Eleonor Flood

przełożyła ‌Agnieszka ‌Walulik

Tytuł oryginału: Today ‌Will Be Different

Copyright ‌© 2016 by ‌Maria ‌Semple

Copyright ‌© ‌for the ‌Polish ‌edition by Grupa Wydawnicza ‌Foksal, MMXVIII

Copyright © ‌for the Polish translation ‌by ‌Agnieszka ‌Walulik, ‌MMXVIII

Utwór Godzina skunksówRoberta ‌Lowella w przekładzie Stanisława ‌Barańczaka: Copyright ‌© for the Polish ‌translation by Anna Barańczak, ‌MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Dziś będzie inaczej. ‌Dziś będę się ‌skupiać na tu i teraz. ‌Dziś będę patrzeć ludziom ‌w oczy i słuchać ‌uważnie wszystkich rozmówców. Dziś ‌zagram ‌z Timbym ‌w jakąś grę planszową. ‌Zainicjuję ‌seks ‌z Joem. Nie ‌będę się ‌wstydzić tego, ‌jak wyglądam. Wezmę prysznic, ‌ubiorę się w przyzwoite ‌ubrania, a ciuchy do jogi ‌założę ‌tylko na jogę, ‌na którą dzisiaj faktycznie ‌pójdę. Dziś nie ‌będę przeklinać. Nie będę ‌rozmawiać o pieniądzach. Dziś ‌będę pełna swobody. Twarz ‌będę miała rozluźnioną, a moje ‌usta mimowolnie ułożą się ‌w uśmiech. Dziś ‌będę oazą spokoju. Nie ‌zabraknie mi ‌życzliwości ani samokontroli. Dziś ‌będę ‌kupować lokalne ‌produkty. Dziś będę ‌najlepszą wersją siebie, ‌będę człowiekiem, którym ‌jestem w stanie ‌być. Dziś będzie inaczej.

Sztuczka

Bo ‌po prostu nie ‌mogło ‌tak ‌dalej ‌być. To budzenie się ‌wyłącznie po to, ‌żeby jakoś przetrwać dzień ‌do ‌czasu, gdy ‌znowu nadejdzie pora snu. ‌To ‌ciągłe ‌wrażenie żmudy – ‌co ‌za bezczelność, co za afront wobec nieprawdopodobnego zaszczytu, jakim jest fakt, że w ogóle żyję. To błąkanie się jak po omacku, ta niezdolność do skupienia się i ciągłe zniecierpliwienie, ta mgła pośpiechu (wszystko to tylko domysły, tak naprawdę nie mam pojęcia, jak wyglądam w oczach innych ludzi – zgadza się, aż do tego stopnia brak mi świadomości, żyję niczym ropucha w zimie, zagrzebana głęboko pod ziemią). To poczucie, że świat jest gorszym miejscem tylko dlatego, że ja po nim chodzę. Ta ślepota na szlak zniszczenia, który się za mną ściele. Przechodzę przez życie niczym Jaś Fasola.

Jeśli mam mówić szczerze, oto jaki był przeze mnie świat w ciągu ostatnich siedmiu dni: gorszy, gorszy, lepszy, gorszy, bez zmian, gorszy, bez zmian. Nie jest to podsumowanie, od którego serce rośnie. Już nawet nie wymagam, żeby dzięki mnie było lepiej. Dziś będę żyć zgodnie z zasadą Hipokratesa – przede wszystkim nie szkodzić.

Przecież to nie może być takie trudne, prawda? Odwiozę Timby’ego do szkoły, pójdę na lekcję poezji (to mój najulubieńszy moment w całym tygodniu!), potem na jogę, zjem lunch z Sydney Madsen, której nie znoszę, ale przynajmniej odhaczę ją z listy (więcej o tym później), a na koniec odbiorę Timby’ego i poświęcę trochę uwagi Joemu, dzięki któremu mogę sobie pozwolić na tak luksusowe życie.

Pewnie próbujecie zrozumieć, w czym problem, bo przecież opisałam właśnie najzwyklejszy dzień w życiu białej kobiety z wyższej klasy średniej. Otóż chodzi o to, że istnieję ja i istnieje zwierz we mnie. Byłoby super, gdybym mogła odmalować tego zwierza na gigantycznym płótnie, które wstrząsałoby i budziło podziw, siało cudowne zniszczenie, po wsze czasy stało się pożywką dla intelektualnych rozmów. Gdyby stać mnie było na coś takiego, może bym się na to porwała: unicestwiłabym się we wspaniałym akcie performance’u. Ale smutna prawda? Zwierz we mnie grasuje na żałośnie małą skalę: ujawnia się w pożałowania godnych mikrointerakcjach, których drugą stroną jest zazwyczaj Timby, moi znajomi albo Joe. W ich obecności łatwo ulegam irytacji i dręczą mnie lęki; z dala od nich zaczynam się rozrzewniać i wygadywać głupoty. Ha! Pewnie się cieszycie, że dzieli nas bezpieczna odległość i możecie się przede mną ukryć za zamkniętymi drzwiami i zasuniętymi żaluzjami? Oj tam, spokojnie. Jestem całkiem sympatyczna. Przesadzam tylko dla większego efektu. Wcale nie jest tak źle.

Wreszcie zatem rozpoczął się ten dzień – od momentu, gdy zsunęłam z siebie kołdrę. Szybkie tup, tup, tup pazurków Yo-yo na drewnianej podłodze ucichło pod drzwiami sypialni. Dlaczego Yo-yo nigdy nie przybiega z rozpaczliwą nadzieją, kiedy to Joe się budzi? Jakim cudem potrafi rozpoznać zza zamkniętych drzwi, że to właśnie ja, a nie mój mąż? Kiedyś pewien treser psów wyjaśnił mi to w przygnębiająco prozaiczny sposób: chodzi o węch. Yo-yo wyczuwał mój zapach. Fakt, że ucieleśnieniem raju jest dla niego woń zdechłej foki wyrzuconej na plażę, sprawia, że znowu zadaję sobie pytanie: kiedy przyjdzie pora położyć się spać? Ale nie, dosyć tego. Nie dzisiaj.

Nie chciałam być złośliwa w stosunku do Sydney Madsen.

Kiedy dziesięć lat temu przenieśliśmy się z Joem z Nowego Jorku do Seattle, byliśmy gotowi, żeby założyć rodzinę. Miałam za sobą pięć wyczerpujących lat pracy przy Dnie i kołomyi. Gdziekolwiek spojrzałam, wszędzie były koszulki, naklejki na zderzaki i podkładki do myszek z motywami z serialu. „Ja jestem jak Vivian. A ja jak Dot”. Sami rozumiecie. A jak nie wiecie, o co chodzi, to zajrzyjcie do najbliższego sklepu z tanimi drobiazgami, do kosza z DVD w promocji „dwa w cenie jednego”, bo minęło już trochę czasu.

Joe jest chirurgiem specjalizującym się w urazach rąk. Cieszy się niemal legendarną sławą, od kiedy udało mu się zrekonstruować dłoń rozgrywającego, któremu kciuk odgiął się w drugą stronę i wszyscy myśleli, że już nigdy nie będzie mógł grać, a on tymczasem po roku pojawił się na boisku w zwycięskim finale Super Bowl (nie pamiętam, o kogo dokładnie chodziło, a zresztą i tak nie mogłabym powiedzieć z uwagi na klauzulę poufności na linii lekarz – pacjent – wścibska żona).

Od razu posypały się oferty pracy. Dlaczego wybraliśmy właśnie Seattle? Bo Joe, porządny chłopak z katolickiej rodziny mieszkającej pod Buffalo, nie wyobrażał sobie wychowywania dzieci na Manhattanie, z czym ja z kolei nie miałabym najmniejszego problemu. Dobiliśmy targu. Co dziesięć lat będziemy się przeprowadzać: najpierw tam, gdzie on będzie chciał, potem z powrotem do Nowego Jorku; dziesięć lat w jego mieście, dziesięć w moim, w tę i z powrotem, póki śmierć nas nie rozłączy (przy okazji wspomnę, że Joe najwyraźniej zapomniał o swojej części zobowiązania, bo właśnie upływa nasz dziesiąty rok w Seattle, a on słowem się nie zająknął o pakowaniu manatków).

Jak wiadomo, każdy katolik z odrobiną oleju w głowie staje się w końcu ateistą. A na pewnej konferencji dla sceptyków (tak, zgadza się, wczesne lata małżeństwa naprawdę spędziliśmy na takich rzeczach, jak samochodowe wyprawy do Filadelfii, żeby posłuchać debaty pewnego znanego ateisty z rabinem! Ach, być znowu bezdzietną kobietą… albo lepiej nie) Joe usłyszał, że to najmniej religijne miasto w całej Ameryce. I tak padło na Seattle.

Pewna członkini rady Lekarzy bez Granic urządziła przyjęcie powitalne na naszą cześć. Wpłynęłam nonszalancko do jej rezydencji nad Lake Washington, wypełnionej współczesną sztuką i przyszłymi znajomymi, wszystko było na wyciągnięcie ręki. Przez całe życie mnie lubiano. No dobrze, powiem wprost: byłam uwielbiana. Nie mam pojęcia, jak to możliwe przy tym moim paskudnym charakterze, ale jakoś tak wychodziło. Joe mówi, że to dlatego, że jestem najbardziej „facetowatą” babką, jaką zna, tyle że z seksapilem i bez emocjonalnej membrany (co za komplement!). Przechodziłam z pokoju do pokoju, zapoznając się z kolejnymi kobietami. Wszystkie były tak urocze i życzliwe, że z trudem je odróżniałam. Zupełnie jak w jednej z tych niezręcznych sytuacji, kiedy na przykład wpadasz na kogoś, kto mówi, że lubi biwakowanie, więc ty na to: „O! Właśnie rozmawiałam z człowiekiem, który wybiera się na dziesięciodniowy spływ po Snake River. Koniecznie musisz z nim pogadać!”, a wtedy ta osoba mówi: „To byłem ja”.

Cóż mogę rzec? Zupełnie nie mam głowy do twarzy. I do imion. I liczb. I godzin. I dat.

Całe przyjęcie upłynęło mi jakby w zamgleniu. Jedna kobieta proponowała, że pokaże mi różne fajne sklepy, druga – ukryte szlaki wędrowne, trzecia – włoską restaurację, którą ojciec Maria Bataliego prowadzi na Pioneer Square, czwarta – że przedstawi mnie najlepszemu dentyście w Seattle, który na suficie gabinetu ma brokatowe malowidło tygrysa na spadochronie, wreszcie piąta – że użyczy mi swojej gosposi. Jedna z nich, Sydney Madsen, zaprosiła mnie na lunch następnego dnia do Tamaryndowca w International District.

(Joe wierzy w coś, co nazywa testem prasowym. Chodzi o pierwszą reakcję, kiedy otwierasz skrzynkę pocztową i wyciągasz z niej czasopismo z prenumeraty. Od razu wiesz, czy numer ci się spodoba, czy nie. Dlatego właśnie nie prenumeruję „New Yorkera”, za to „Us Weekly” owszem. Odwołując się do terminologii testu prasowego, Sydney Madsen to ludzki odpowiednik miesięcznika o zaburzeniach słuchu).

Tamten pierwszy lunch: jak ona uważała na słowa, jak gorliwie się we mnie wpatrywała, zauważyła małą plamkę na widelcu i jak uprzejmie poprosiła kelnera o inny, przyniosła własną herbatę i poprosiła tylko o wrzątek, powiedziała, że nie jest zbyt głodna, więc może zjemy moją sałatkę z zielonej papai na spółkę, i wyznała, że nigdy nie widziała Dna i kołomyi, ale wypożyczy DVD.

Mam nadzieję, że to wystarczy, aby nakreślić obraz jej nudnawego sztywniactwa, nieogarniętego samolubstwa i odstręczającego skąpstwa. W końcu nikt jeszcze nie umarł od widelca ze śladem wody po myciu! I może byś tak kupiła sobie to DVD, co? A w restauracji wypada coś zamówić, po to się tam chodzi! Co najgorsze, Sydney Madsen była niemrawa, wszystko brała na poważnie, brakowało jej choćby szczypty poczucia humoru i mówiła… bardzo… wolno… tak jakby… jej… banalne… spostrzeżenia… były… na wagę… złota.

Byłam w szoku. Tak się kończy długoterminowe mieszkanie w Nowym Jorku – człowiek nabiera złudnego przeświadczenia, że świat jest pełen interesujących ludzi. Albo przynajmniej ludzi szurniętych w interesujący sposób.

W którymś momencie zaczęłam się wiercić na krześle tak mocno, że Sydney spytała wprost: „Może musisz się udać w ustronne miejsce?” (Ustronne miejsce? Ustronne miejsce? Nic, tylko ją zamordować!). A najgorsze w tym wszystkim, że te pozostałe kobiety, z którymi tak ochoczo umawiałam się na piesze wędrówki i zakupy, były dokładnie takie same. Normalnie klony! Niech diabli wezmą to moje zamglenie na tamtym przyjęciu! Rękami i nogami broniłam się przed zalewem jej kolejnych propozycji: może weekend w jej wakacyjnym domku na Vashon Island, a może przedstawi mnie czyjejś tam żonie albo jakiemuś tam dramaturgowi?

Uciekłam z krzykiem do domu i męża.

Joe: Ja na twoim miejscu od razu bym nabrał podejrzeń w stosunku do kogoś, kto tak usilnie próbuje się z tobą zaprzyjaźnić, bo to pewnie oznacza, że nie ma żadnych innych przyjaciół.

Ja: I dlatego właśnie cię kocham, Joe. Od razu trafiasz w punkt. (Joe Punktownik. Jak go nie kochać?).

Przepraszam za to przynudzanie o Sydney Madsen. Rzecz w tym, że przez dziesięć lat nie zdołałam jej spławić. Stała się moją przyjaciółką, choć wcale jej nie lubię i nawet nie wiem, czym się zajmuje, bo za pierwszym razem tak mnie znudziła, że zapomniałam spytać, i teraz już byłoby to niegrzeczne (a ja nie jestem niegrzeczna). Przyjaciółką, wobec której nie potrafię zachować się na tyle wrednie, by wreszcie do niej dotarło, że wcale nie chcę się z nią przyjaźnić (bo nie jestem wredna). Przyjaciółką, której można powtarzać w kółko nie, nie i nie, a ona i tak nie da ci spokoju. Jest jak choroba Parkinsona – nie zdołasz się jej pozbyć, możesz co najwyżej złagodzić objawy.

I dzisiaj wreszcie znowu zabił dzwon. Jemy razem lunch.

Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę zdaję sobie sprawę, że posiłek z kimś niezbyt interesującym to nie koniec świata. Kiedy mówię, że mam problemy, wcale nie chodzi mi o Sydney Madsen.

Yo-yo truchtał po ulicy niczym pan na włościach. Och, Yo-yo, ty głupie stworzonko z tą twoją werwą, ślepym oddaniem i naderwanym uszkiem kłapiącym przy każdym energicznym kroku. Z jaką roztkliwiającą dumą pozwalasz się wyprowadzać na spacer – mnie, twej nieśmiertelnej ukochanej. Gdybyś tylko wiedział!

Co za zniechęcający widok – kolejny miesiąc, kolejny apartamentowiec, jeszcze wyższy od poprzednich, a wszystkie zaludnione przez tysiące pracowników Amazona, którzy co rano wylegają ze swoich nowoczesnych, przestronnych mieszkań, uzbrojeni w niebieskie przepustki, w coraz bardziej zaawansowanym stadium smartwicy (jak ktoś pracuje dla Amazona, to wiadomo, że zaprzedał duszę. Pytanie tylko do jakiego stopnia). Od razu ogarnia mnie tęsknota za dawnymi dniami, kiedy na naszej ulicy poza mną były tylko puste witryny sklepowe i jeden ćpun, który wrzeszczał: „Tak się pisze Ameryka!”.

Pod naszym budynkiem stał Dennis ze śmietnikiem na kółkach i uzupełniał w dyspenserze torebki na psie kupki.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry, Dennis! – Zamiast jak zwykle go wyminąć, przystanęłam i popatrzyłam mu w oczy. – Jak leci?

– Nie mogę się uskarżać – odparł. – A u pani?

– Ja mogę, ale nie będę.

Dennis zarechotał.

Dziś – już jestem na plusie.

Otworzyłam drzwi do mieszkania. Na drugim końcu korytarza: Joe z twarzą na stole, czołem opartym o gazetę i ramionami rozłożonymi pod kątem prostym jak do rewizji osobistej.

Coś mi w tym obrazie zgrzytało. Zionął porażką, a to ostatnie słowo, które kiedykolwiek skojarzyłoby mi się z Joem…

Trzask.

Drzwi się zamknęły. Odpięłam smycz Yo-yo. Zanim zdążyłam się wyprostować, mój załamany mąż wstał i zniknął w swoim gabinecie. Cokolwiek się stało, nie chciał o tym rozmawiać.

Moja reakcja? Super!

Yo-yo popędził do swojej miski niczym ogar idący w las, jakby chciał przegonić tylnymi łapami przednie. Odkrywszy, że czeka na niego ta sama sucha karma co przed spacerem, spojrzał na miskę z niezrozumieniem i wyrzutem. Cofnął się i wlepił oczy w jakąś plamkę na podłodze.

W pokoju Timby’ego włączyło się światło. Złoty chłopak, wstał jeszcze przed budzikiem. Weszłam do łazienki i zastałam go w piżamie na podnóżku przed umywalką.

– Cześć, skarbie. No proszę, jak wcześnie dziś wstałeś.

Timby przerwał to, co robił.

– Mogę dostać na śniadanie bekon?

Patrzył na mnie w lustrze i czekał, aż wyjdę. Spuściłam wzrok. Timby, z refleksem Lucky Luke’a, poruszył się szybciej niż moje oczy. Zepchnął coś do zlewu, nim zdążyłam to zobaczyć. Usłyszałam charakterystyczny stukot lekkiego plastiku. Zestaw Sephora 200!

Sama jestem sobie winna, bo do świątecznej pończochy Timby’ego wrzuciłam zestaw do makijażu. W ten właśnie sposób kupowałam sobie dodatkowy czas w centrum handlowym – posyłałam syna, żeby pooglądał kosmetyki. Ekspedientki za nim przepadały; oczarował je łagodnym charakterem, krępym ciałkiem i piskliwym głosikiem. Nie minęło wiele czasu, a zaczęły go malować. Nie wiem, czy bardziej podobał mu się sam makijaż, czy stadko obskakujących go blondynek, ale dla żartu kupiłam mu zestaw wielkości książki w formacie kieszonkowym, mieszczący w sobie sześć osobnych tacek (!), zawierających łącznie dwieście (!) cieni do oczu, błyszczyków, różów i Bóg wie czego. Ktokolwiek zdołał pomieścić to wszystko na tak niewielkiej przestrzeni, powinien pracować dla NASA. O ile jeszcze istnieje.

– Przecież wiesz, że nie wolno ci się malować do szkoły – powiedziałam.

– Wiem, mamo. – Westchnienie i wzruszenie ramionami rodem z seriali na Disney Channel.

I znowu: to mój błąd, że ciągle pozwalam mu je oglądać. Dziś po szkole – puzzle!

Wyszłam z pokoju syna. Yo-yo, który czekał niespokojnie pod drzwiami, zadrżał z ulgi, widząc, że nie rozpłynęłam się w powietrzu. Domyślił się, że teraz pójdę do kuchni, aby przygotować śniadanie, więc znowu rzucił się do swojej miski. Tym razem łaskawie raczył nawet coś zjeść, choć ani na chwilę nie spuszczał ze mnie oka.

Joe już wrócił i robił sobie herbatę.

– Jak tam? – spytałam.

– Ale ładnie dziś wyglądasz – stwierdził.

Zgodnie z moim wielkim planem na dzisiaj wzięłam rano prysznic i ubrałam się w sukienkę i oksfordki. Gdybyście mogli zajrzeć do mojej szafy, uznalibyście mnie za kobietę o bardzo konkretnym guście. Sukienki z Francji i Belgii, z których zrywam metki, żeby Joe nie dostał wylewu, a do tego płaskie czarne buty w każdym możliwym wydaniu… Ich ceny także lepiej przemilczeć.

– Wieczorem przychodzi Olivia – powiedziałam, puszczając do męża oko i czując już smak różnych próbek win oraz rigatoni w restauracji Tavolàta.

– A może zabrałaby gdzieś Timby’ego? Mielibyśmy czas tylko dla siebie. – Joe chwycił mnie w pasie i przyciągnął do siebie, jakbyśmy nie byli parą pięćdziesięciolatków.

Wiecie, komu zazdroszczę? Lesbijkom. Dlaczego? Z powodu lesbijskiej śmierci łóżkowej. Podobno po pierwszym okresie namiętnych baraszków lesbijki w ogóle przestają uprawiać seks. To całkowicie logiczne. Gdyby kobiety miały wybór, po urodzeniu dzieci dawałyby sobie spokój z życiem erotycznym. Z punktu widzenia ewolucji nie ma żadnego powodu, żeby je wtedy kontynuować. Wiedzą to i nasze mózgi, i ciała. No bo kto by się czuł zmysłowo, kiedy musi się użerać najpierw z maluchami, a potem z tłuszczykiem i coraz bardziej płaskim zadkiem wieku średniego? Która kobieta chciałaby, żeby ktokolwiek oglądał ją wtedy nago, że nie wspomnę o mizianiu piersi, sflaczałych jak niewyrośnięte ciasto drożdżowe, albo dotykaniu brzucha miękkiego jak gąbka? Kto by chciał udawać, że nagrzał się jak sauna, kiedy i tak nie będzie pary?

Ja, oto kto, bo inaczej zostanę wymieniona na nowszy model.

– W takim razie wieczór w domu – powiedziałam do Joego.

– Mamo, popsuło mi się. – Wszedł Timby ze swoim ukulele i ciapnął je na kuchenny blat. Podejrzanie blisko kosza na śmieci. – Strasznie dziwnie brzmi.

– I co mam ci na to poradzić? – spytałam, tylko czekając, jak odpowie: „Kup mi nowe”.

Joe podniósł ukulele i brzdęknął w struny.

– Po prostu trochę się rozstroiło i tyle. – Zaczął kręcić kołeczkami.

– Hej – odezwałam się. – Od kiedy to potrafisz nastroić ukulele?

– Jestem prawdziwą studnią tajemnic – odparł Joe i wygrał na instrumencie piękny akord.

Zaczęło się pochłanianie bekonu i francuskich tostów oraz siorbanie koktajli owocowych. Timby siedział z nosem w komiksie o Archiem. Ja chodziłam z uśmiechem przyklejonym do twarzy.

Dwa lata temu, kiedy zaczęłam robić z siebie męczennicę i narzekać, że codziennie przypada mi robienie śniadania, Joe powiedział:

– To ja płacę za cały ten cyrk. Więc czy mogłabyś łaskawie zejść z krzyża i zrobić śniadanie bez tych cierpiętniczych westchnień?

Wiem, co myślicie: Co za palant! Seksistowska świnia! Ale Joe miał trochę racji. Mnóstwo kobiet zgodziłoby się na o wiele gorszy los w zamian za szafę pełną szmatek z Antwerpii. Od tamtej pory obsługuję rodzinę z uśmiechem. Trzeba wiedzieć, kiedy jest się na przegranej pozycji.

Joe pokazał Timby’emu gazetę.

– Znowu organizują wystawę pinballa. Chcesz iść?

– A myślisz, że naprawili już tę maszynę z Evelem Knievelem?

– Jestem przekonany, że nie – odparł Joe.

Wyciągnęłam wiersz, który wydrukowałam i zabazgrałam notatkami.

– No dobra, to kto mi pomoże? – spytałam.

Timby nawet nie podniósł głowy znad komiksu.

Joe sięgnął po kartkę.

– O, Robert Lowell.

Zaczęłam z pamięci:

– „Dziedziczka z Nautilus Island nigdy nie opuszcza – zima, nie zima – pustelni spartańskiego domku; jej owce wciąż się pasą na łąkach nad morzem. Jej syn jest biskupem. Dzierżawca jej majątku to członek rady miejskiej…”.

– „Dzierżawca jej majątku jest członkiem rady miejskiej” – poprawił Joe.

– Szlag. „Dzierżawca jej majątku jest członkiem rady miejskiej”.

– Mamo!

Uciszyłam Timby’ego i ciągnęłam z zamkniętymi oczami:

– „Staruszka od dawna ma sklerozę. Wskrzeszając wiktoriańską idyllę – z czasów, gdy wyższe sfery kultywowały «prywatność», gdy jeszcze można było mówić o «wyższej sferze» – wykupuje wszystkie wille, którym ma za złe, że szpecą wybrzeże, i pozwala im stać, aż się rozpadną. Zaczyna się zła pora roku – wyjechał już siedzący tu latem milioner, ten, co wygląda, jakby wypadł z katalogu L.L. Beana…”.

– Mamo, patrz na Yo-yo. Widzisz, jak opiera brodę na łapkach?

Yo-yo siedział na swojej okrągłej różowej poduszce i krzyżując elegancko białe łapki, wypatrywał jedzenia, które spadnie ze stołu.

– Ooo… – zachwyciłam się.

– Mogę mu zrobić zdjęcie twoim telefonem? – spytał Timby.

– Ciesz się pieskiem i już – odparłam. – Nie wszystko musi być w formacie elektronicznym.

– Patrz, jaką masz supermamę – powiedział Joe do Timby’ego. – Ciągle się uczy nowych rzeczy.

– Uczę się i od razu zapominam. Ale dziękuję.

Joe posłał mi całusa.

Parłam dalej:

– „Jolka (robiła dziesięć węzłów bez problemu), wystawiona na aukcję, przypadła któremuś z poławiaczy homarów…”.

– Prawda, że Yo-yo jest kochany? – spytał Timby.

– Zgadza się.

Bo to faktycznie szczera prawda. Yo-yo to najsłodszy psiak na świecie, częściowo boston terrier, częściowo mops, częściowo jeszcze coś innego… Biały z kolorowymi plamami i czarną łatką na oku, uszy jak u nietoperza, płaska mordka i zakręcony ogonek. Przed najazdem Amazonu, kiedy po ulicy kręciłam się tylko ja i dziwki, jedna z nich stwierdziła: „On wygląda jak skrzyżowanie Barbie z pitbullem”.

– Tato – powiedział Timby – a ty kochasz Yo-yo?

Joe popatrzył na psa z namysłem (kolejny dowód wyższości mojego męża: myśli, zanim coś powie).

– Jest trochę dziwaczny – stwierdził wreszcie i znowu skupił się na wierszu.

Timby’emu opadł widelec. Mnie opadła szczęka.

– Dziwaczny?! – zawołał Timby.

Joe podniósł wzrok.

– No tak. A co?

– Och, tato! Jak możesz tak mówić?

– No bo on po prostu siedzi przez cały dzień z przygnębioną miną – wyjaśnił Joe. – Kiedy wracamy, nie wita nas przy wejściu. A gdy jesteśmy w domu, to tylko śpi, czeka, aż ktoś mu da coś do jedzenia, albo gapi się na drzwi, jakby miał migrenę.

Timby i ja zwyczajnie nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.

– Rozumiem, co on ma z nas – ciągnął Joe. – Tylko nie wiem, co my mamy z niego.

Timby zeskoczył z krzesła i położył się na Yo-yo. Był to jego sposób przytulania.

– Yo-yo! Ja i tak cię kocham!

– No dalej. – Joe machnął kartką z wierszem. – Świetnie ci idzie. „Zaczyna się…”.

– „Zaczyna się zła pora roku” – wyrecytowałam. – „Wyjechał już siedzący tu latem milioner, ten, co wygląda, jakby wypadł z katalogu L.L. Beana…”. Ty – powiedziałam nagle do Timby’ego. – Szykuj się.

– Podrzucisz mnie tylko czy wejdziesz do szkoły?

– Tylko podrzucę. O ósmej trzydzieści mam Alonza.

Skończyliśmy śniadanie. Yo-yo podźwignął się z poduszki. Razem z Joem patrzyliśmy, jak podchodzi do drzwi wyjściowych i zaczyna się na nie gapić.

– Nie zdawałem sobie sprawy, że moja opinia wzbudzi taką kontrowersję – powiedział Joe. – „Zaczyna się zła pora roku”.

Od razu widać, kto chodził do katolickiej szkoły – wystarczy popatrzeć na zachowanie ludzi, kiedy podjeżdżają na Queen Anne Hill i przed nimi wyrasta gmach Galer Street. Ja chodziłam do zwykłej podstawówki, więc dla mnie to tylko imponujący ceglany budynek z wielkim trawnikiem i niesamowitym widokiem na Puget Sound. Joemu jednak to miejsce kojarzy się wyłącznie z zakonnicami bijącymi po rękach linijką, księżmi straszącymi gniewem Bożym i panoszącymi się łobuzami kradnącymi innym dzieciakom okulary.

Zanim dojechaliśmy na miejsce, zdołałam dwa razy bezbłędnie wyrecytować wiersz i właśnie zaczynałam od nowa – do trzech razy sztuka.

– „Pewnej nocy, w zupełnym mroku, mój ford wspiął się na czaszkę wzgórza”. Czekaj, dobrze mówię?

Złowróżbna cisza z tylnego siedzenia.

– Hej – powiedziałam. – Sprawdzasz to w ogóle?

– Tak, mamo. Świetnie tobie idzie.

– Ci. W środku zdania używamy krótszych form zaimków. – Przekręciłam wsteczne lusterko, żeby spojrzeć na syna, i zobaczyłam, że nad czymś się nachyla. – Co ty robisz?

– Nic. – I znowu rozległ się ten cichutki grzechot plastiku.

– Hej! Tylko żadnego makijażu!

– To po co Mikołaj dał mi ten zestaw?

Odwróciłam się, ale drzwi Timby’ego zdążyły się otworzyć i zamknąć. Zanim z powrotem usiadłam przodem, on wbiegał już po schodach. W drzwiach szkoły zobaczyłam odbicie jego powiek umazanych różem. Opuściłam szybę.

– Wracaj tu! Mały spryciarz!

Samochód za mną zatrąbił. No trudno, teraz to już problem nauczycieli.

Wyjechałam z Galer Street. Przede mną rozpościerała się perspektywa siedmiu godzin bez dziecka. Pora zapuścić tę muzyczkę na banjo, która akompaniuje filmowym ucieczkom.

– „Ja sam jestem piekłem; nie ma wokół nikogo – tylko skunksy: jak zawsze po nocach, wychodzą szukać żeru przy świetle księżyca. Suną przez Main Street; ciemną sierść przekreśla biała pręga, w lunatycznych oczach czerwony żar; nad nimi kredowo sucha wieżyczka Trinitarian Church. Stoję na szczycie schodków na tyłach domu i wdycham gęstą woń naszych śmieci: skunks-matka, na czele potomstwa, zażera się odpadkami. Wtyka klin głowy w kubek z resztkami kwaśnej śmietany, opuszcza strusi ogon, nic jej w tej chwili nie przestraszy”.

Udało się, wyrecytowałam co do sylaby.

Alonzo wyciągnął rękę.

– Gratulacje.

Wiecie, jak to jest, kiedy z mózgu robi się papka? Zaczyna się, kiedy zachodzisz w ciążę. Śmiejesz się ukradkiem, pełna zdumienia, i sama sobie przyganiasz: „Ja i ten mój ciążowy mózg!”. Wreszcie rodzisz dziecko, ale mózg jakoś nie wraca. Wtedy jednak karmisz piersią, więc znowu się śmiejesz, jakbyś należała do jakiegoś ekskluzywnego klubu. „Ja i ten mój mózg karmiącej matki!”. Aż w końcu odstawiasz malucha od piersi i dociera do ciebie straszliwa prawda: twój poprzedni mózg już nigdy nie wróci. Wymieniłaś zasoby słownictwa, przytomność umysłu i dobrą pamięć na rozkosze macierzyństwa. Znacie to uczucie, kiedy zaczynacie jakieś zdanie i orientujecie się, że na koniec będziecie potrzebować pewnego konkretnego słowa, i nagle nie macie pewności, czy zdołacie je sobie przypomnieć? No ale jesteście już w połowie drogi, więc jedziecie dalej i wreszcie – pauza, bo dotarłyście do końca zdania, ale słowo się nie pojawiło. I nie chodzi nawet o żaden superwyrafinowany termin w rodzaju „dyskursywny” albo „szybolet”, tylko coś ze środkowej półki, na przykład „nietuzinkowy”, więc w końcu mówicie po prostu „niesamowity”.

I nagle dociera do was, że należycie do bandy przygłupów, którzy na wszystko mają tylko to jedno słowo: „niesamowity”.

Strasznie mnie to denerwowało. Przecież musiałam napisać wspomnienia. Owszem, w dużej mierze miały się składać z ilustracji. Z tym nie było najmniejszego problemu. Kłopot zaczynał się ze słowami. Na papierze nie mogłam po prostu nawijać jak na co dzień. Klucz to zwięzłość. Ale zwięzłość była dla mnie nieosiągalna właśnie z powodu wyżej wspomnianego mózgu, który całkowicie zszedł na psy.

Wpadłam więc na genialny pomysł, żeby wyostrzyć sobie ten organ, ucząc się na pamięć różnych wierszy. Moja matka była aktorką; na dobranoc recytowała monologi szekspirowskie. To było naprawdę niesamowite. (O! I znowu: niesamowite! Gdyby mój mózg był w lepszej kondycji, mogłabym powiedzieć: „Stanowiło to dowód jej dyscypliny i wykształcenia, a być może również zapowiedź strasznego losu, który ją czekał”). Postanowiłam więc zrobić to, co każdy na moim miejscu: sięgnęłam po telefon, zadzwoniłam na Uniwersytet Stanu Waszyngton i zapytałam o najlepszego wykładowcę poezji.

Od roku w każdy czwartek rano jeżdżę do Loli na lekcje z Alonzem Wrennem. On wybiera mi jakiś wiersz. Ja recytuję go z pamięci, a potem rozmowa toczy się swobodnie. Płacę mu pięćdziesiąt dolarów plus śniadanie. Alonzo sam by mi je stawiał, bo kocha poezję nad życie, ale ja jestem bardziej uparta, więc wreszcie się z tym pogodził i teraz z wdziękiem poety przyjmuje zarówno posiłek, jak i nowiutki banknot.

– I jak ci się podoba? – spytał.

– Możemy zacząć od tego, co dokładnie dzieje się w tym wierszu? – poprosiłam. – Jak to się nazywało? Przypadek liryczny?

– Sytuacja liryczna.

– Sytuacja liryczna! – powtórzyłam. – Tak powinien brzmieć tytuł twojej autobiografii.

– Właściwie może nawet wolałbym Przypadek liryczny.

Rozłożyłam poznaczony notatkami wiersz i ruszyłam do boju.

– Zaczyna się od samotnej dziedziczki, która przez cały rok mieszka w letnim kurorcie na jakiejś wysepce. Wyobrażam sobie pejzaż w stylu stanu Maine.

Alonzo pokiwał głową, przyznając, że nie jest to wykluczone.

– Dzierżawca jej majątku – ciągnę. – Ktoś, kto coś od niej wynajmuje?

– Raczej ktoś, kogo zatrudniła, żeby zajmował się jej ziemią.

– Jej dzierżawca, tak jak ty jesteś moim poetą – powiedziałam.

– Tak jak ja jestem twoim poetą.

– Dużo tu koloru pomarańczowego – zauważyłam. – Ale i czerwonego. Blue Hill staje się czerwone jak w pożodze. Czerwień pojawia się też potem, przy komórkach krwi i w oczach skunksów. Boże, aż mi się serce kraje na myśl o tym „wdzięcznym w ruchach” dekoratorze. A tobie? Mam ochotę iść i coś u niego kupić. Albo najlepiej wyswatać go z tą pustelniczą dziedziczką, prawda?

– Właściwie, kiedy o tym wspomniałaś… – odparł Alonzo ze śmiechem.

– A potem z cienia wyłania się poeta. Do tej pory mówił tylko o „niej”, ale teraz nagle przechodzi na „ja”. Czy powinnam nazywać go poetą, czy podmiotem lirycznym?

– Podmiotem lirycznym – odparł Alonzo.

– No więc pojawia się podmiot liryczny. To taki wstrząs, kiedy w wierszu nagle dokonuje się zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i podmiot liryczny mówi: „Ja chyba tracę rozum”.

– Ile wiesz o Robercie Lowellu? – spytał Alonzo.

– Tylko tyle, ile mi zaraz powiesz.

Na stół wjechało jedzenie. Alonzo zawsze zamawiał Wielkie Śniadanie Toma. Jest w nim i ośmiorniczka, i bekon. Ja natomiast zawsze wybierałam jajecznicę z białek z owocami. Boże, sama siebie przygnębiałam.

– Mogę zjeść twój bekon? – spytałam.

– Robert Lowell urodził się w rodzinie należącej do bostońskiej śmietanki towarzyskiej – powiedział Alonzo, przekładając grube plastry bekonu na spodek. – Przez całe życie zmagał się z chorobą psychiczną, ciągle trafiał do kolejnych szpitali.

– Ach! – przerwałam, bo coś mi przyszło do głowy. Przywołałam kelnerkę. – Czy istnieje możliwość, żeby zamówić kosz upominkowy z tymi ciasteczkami, miętówkami i masłem czosnkowym, które państwo sprzedają?

Dla Sidney Madsen. Kolejną rzeczą, która mnie w niej irytowała, było to, że zawsze przynosiła mi jakieś upominki. Ale dziś będzie inaczej, bo tym razem ja również postanowiłam jej coś dać.

Alonzo mówił dalej:

– Poeta John Berryman sugerował, że Godzina skunksów opisuje moment, gdy podmiot liryczny wiersza…

– Podmiot liryczny? – Roześmiałam się mimowolnie. – Jesteśmy wśród przyjaciół. Może powiedzmy sobie wprost: chodzi o samego Roberta Lowella.

– …kiedy Robert Lowell uświadamia sobie, że czeka go atak depresji, przez który będzie musiał iść do szpitala. Berryman nazwał ten utwór „katatoniczną wizją zlodowaciałego przerażenia”.

– „Ja sam jestem piekłem; nie ma wokół nikogo – tylko skunksy” – zacytowałam. Coś mi przyszło do głowy. – Tylko. Przerabialiśmy już jeden wiersz, w którym wszystko kręciło się wokół tego słowa.

Alonzo zmarszczył brwi.

– Wybrzeże w Dover! – krzyknęłam niemal, bo to cud, że udało mi się zapamiętać ten tytuł, kiedy z trudem przypominam sobie, jaki mamy rok. – „Podejdź do okna, wdychaj tę nocną pogodę! Tylko od długiej granicy przyboju…”1. Ten wiersz także dokładnie w tym momencie odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni.

Alonzo pokazał palcem mój wydruk.

– Mogę?

– Jasne.

Oderwał skrawek kartki i zanotował na nim „tylko”.

– No patrzcie państwo, powiedziałam coś wartego zapisania! – stwierdziłam. – Wykorzystasz to w jakimś utworze?

Alonzo uniósł tajemniczo brew i wyciągnął portfel, pękający w szwach od podobnych skrawków. Wśród pliku kart kredytowych zobaczyłam niebieski pasek z białymi drukowanymi literami…

– Hej – powiedziałam bez namysłu. – Dlaczego masz prawo jazdy z Luizjany?

– Bo tam się wychowałem. – Alonzo pokazał mi na zdjęciu długowłosą wersję siebie. – W Nowym Orleanie.

Te dwa słowa były dla mnie jak cios w brzuch.

– Dobrze się czujesz? – spytał Alonzo.

– Nigdy nie byłam w Luizjanie – brzmiała moja odpowiedź, nie tylko pozbawiona sensu, ale i kłamliwa. Musiałam to zamaskować, mówiąc coś prawdziwego. – Nic mnie nie łączy z Nowym Orleanem.

Sam dźwięk tej nazwy w moich ustach sprawił, że upuściłam widelec prosto w swoje śniadanie.

W tym momencie podeszła skocznie kelnerka z koszem upominkowym wielkości samochodowego fotela.

– Ale ktoś będzie miał dziś niespodziankę! – Na widok mojej miny szybko dodała: – Albo i nie. Czy wszystko w porządku?

– U mnie owszem – powiedział Alonzo.

– U mnie też.

Żeby to udowodnić, wyjęłam widelec z jajecznicy i bezczelnie oblizałam rączkę.

Kelnerka obróciła się na pięcie i zwiała.

– Mam pytanie – rzekłam, sięgając pospiesznie po wiersz, by jak najszybciej wrócić do normalności. – „Kredowo sucha wieżyczka”. Chodzi o białą wieżę kościoła?

– Chyba tak… – odparł Alonzo.

Nagle zadzwonił mój telefon. SZKOŁA GALER STREET.

– Tylko nie to – powiedziałam.

– Czy to Eleanor? Mówi Lila z Galer Street. Nic się nie stało, ale wygląda na to, że Timby’ego rozbolał brzuch.

Już trzy razy w ciągu ostatnich dwóch tygodni musiałam go odbierać przed czasem! I trzy razy okazało się, że nic mu nie dolega.

– Czy ma gorączkę? – spytałam.

– Nie, ale wygląda naprawdę okropnie. Leży u nas w sekretariacie.

– Proszę mu powiedzieć, żeby przestał się wygłupiać i wracał na lekcje.

– Noo… – zaczęła Lila – ale jeśli naprawdę źle się czuje…

– Przecież właśnie mówię… – Nie było sensu się wykłócać. – No dobrze, zaraz tam będę. – Wysunęłam się zza stolika. – Co za dzieciak. Już ja mu pokażę.

Pożegnałam się z Alonzem, złapałam kosz upominkowy i poleciałam. Otwierając drzwi, spojrzałam po raz ostatni do tyłu. Alonzo – kochany człowiek! – wydawał się jeszcze bardziej niepocieszony niż ja, że nasza lekcja poezji musiała się tak szybko zakończyć.

Weszłam po schodach, minęłam przysadziste kolumny i wkroczyłam do imponującego holu szkoły. Był niedoświetlony i panował w nim chłód jak w katedrze. Oprawione zdjęcia opowiadały historię transformacji tego miejsca z domu dla dziewcząt, które pobłądziły, poprzez rodzinną rezydencję (!), aż po dzisiejszą, niebotycznie drogą szkołę prywatną.

Słowo o renowacji budynku. Drewniana inkrustacja w podłodze miała kształt liter: JAKŻE CIASNA JEST BRAMA I WĄSKA DROGA, KTÓRA PROWADZI DO ŻYCIA, A MAŁO JEST TAKICH, KTÓRZY JĄ ZNAJDUJĄ, z datą „1906”. Do stworzenia skomplikowanych gipsowych zdobień potrzeba było stu pięćdziesięciu gumowych form. Clerestorium powstało z alabastru wydobytego w Kolorado i pociętego na kawałki cieniutkie jak papier. Do ułożenia mozaiki z Chrystusem nauczającym dzieci ściągnięto siedemdziesięcioletniego rzemieślnika z Rawenny we Włoszech. Kiedy w dwa tysiące dwunastym roku rozpoczął się remont, wszyscy zadawali sobie pytanie, gdzie się podział miedziany żyrandol w stylu art déco, widoczny na dawnych fotografiach. Wreszcie znaleźli go robotnicy, którzy wypalali lampami lutowniczymi jeżynowe zarośla w podpiwniczeniu. Trzeba było spuścić na linach wielkie prosiaki z zasłoniętymi oczami, żeby wyjadły chaszcze i odsłoniły miejsce, w którym leżał żyrandol.

Skąd to wszystko wiem? Tak się złożyło, że kiedy weszłam do szkoły, szykowny architekt zawiadujący renowacją oprowadzał właśnie zwiedzających.

W drodze do sekretariatu usłyszałam:

– Eleanor!

Odwróciłam się. Przez cały ostatni miesiąc sala konferencyjna stanowiła centrum dowodzenia aukcją, dlatego mrowiło się w niej od rodziców-ochotników.

– Właśnie ciebie szukaliśmy! – zawołała jakaś kobieta, młoda mama.

– Mnie? – odparłam bezgłośnie, pokazując się palcem, zupełnie skołowana.

– Tak, ciebie! – powiedziała inna młoda matka jak do głupiej gąski. – Mamy jedno pytanie.

Kiedy skończyłam studia, nawet nie przyszłoby mi do głowy, że mogłabym nie pracować. W końcu kobiety uczą się właśnie po to, żeby znaleźć pracę. Więc ją znajdowałyśmy i, słowo daję, umiałyśmy pokazać, na co nas stać, aż nagle docierało do nas, że czas ucieka, i wszystkie jak na potęgę rzuciłyśmy się rodzić dzieci. Ja sama zwlekałam z decyzją ryzykownie długo (bez wątpienia wpłynął na to również fakt, że Joe Katolik, najstarszy z siedmiorga rodzeństwa, też nie miał parcia na dzieci, bo i tak nazmieniał się w życiu dość pieluch). Wreszcie jednak powiłam maluszka Timby’ego, dołączając tym samym do rzeszy zaniedbanych kobiet po czterdziestce, uwięzionych na placach zabaw, garbiących się bezsilnie nad wózkami, bez zastanowienia wsypujących sobie do gardła całą zawartość plastikowych pudełek z cheeriosami, bujających dzieci na huśtawkach, chodzących w ciążowych dżinsach jeszcze dwa lata po porodzie i dumnie obnoszących siwiejące odrosty wyglądające jak jasne paski na grzbiecie skunksa. (Bo kogo by teraz obchodziła uroda? Przecież miałyśmy już dzieci!).

Czyżbyśmy przedstawiały sobą tak wstrząsający widok, że całe kolejne pokolenie wykształconych kobiet oświadczyło: „Wszystko, byle nie to!”, i zupełnie zrezygnowało z kariery, żeby jeszcze przed trzydziestką poświęcić się rodzeniu dzieci? Kiedy patrzę na te matki z Galer Street, wydaje mi się, że odpowiedź brzmi: „Owszem”.

Mam nadzieję, że nie będą tego żałować.

Wsunęłam się do sali konferencyjnej, której ogromne fazowane okna wychodziły na plac zabaw oraz Elliott Bay. Na wielkim stole (według architekta wykonano go z pnia klonu rosnącego dawniej na terenie szkoły – czy jakiś inny modny nonsens w tym stylu) piętrzyły się pudła na dokumenty i kaskady teczek. Meandrowałam pomiędzy sięgającymi pasa stertami kartonów, z których wystawały koszulki Galer Street, czerwone niczym języki. Powietrze było jak naelektryzowane, unosiła się w nim atmosfera pracowitości i poczucia misji.

– No i gdzie ty jesteś? Gdzie ty jesteś? Gdzie ty jesteś? – mruczała tamta młoda mama.

– Tutaj? – zaryzykowałam odpowiedź.

– Musisz znaleźć numer pozycji i sprawdzić go przy jej nazwisku – podpowiedziała inna młoda matka.

Byłam kiedyś w Japonii i nasza przewodniczka twierdziła, że dla Japończyków wszyscy Amerykanie wyglądają tak samo. Pomyślałam wtedy: „A tam, mówisz tak tylko dlatego, że my mówimy tak o was”. Ale teraz, kiedy patrzyłam na ten zastęp młodych, promiennych, wysportowanych mam, przyszło mi do głowy, że może jednak Fumiko wcale się ze mną nie droczyła.

– To jakiś absurd – rzekła pierwsza młoda mama.

Jedyny w towarzystwie młody tata (bo zawsze znajdzie się jakiś rodzynek) uniósł wysoko teczkę.

– Zwycięstwo należy do mnie!

– Wygrałeś latte, wygrałeś latte – zanuciła w odpowiedzi pierwsza, druga, trzecia czy tam czwarta mama.

Zamknąć takich bez nadzoru i dać trochę papierkowej roboty, a od razu zaczynają się zachowywać jak szurnięci zwycięzcy loterii w reklamach.

– Zaoferowałaś na aukcję ręcznie rysowany portret nabywcy w stylu Dna i kołomyi – powiedziała jedna z mam, wreszcie przypominając sobie o mojej obecności.

– Więc to ty? – spytała inna.

Wszystkie zastygły i nachyliły ku mnie głowy. Wyglądały przy tym jak stado strusi.

– Słyszałam, że twoje dziecko tu chodzi – oznajmiła któraś, mierząc mnie wzrokiem.

– Eleanor to mama Timby’ego – wyjaśniła inna, widać ekspertka.

Seattle cierpi na brak celebrytów z prawdziwego zdarzenia. Dlatego też ja jako przebrzmiała animatorka i Joe jako lekarz, który poskładał jednego z zawodników lokalnej drużyny, stanowimy w szkole Timby’ego odpowiednik Victorii i Davida Beckhamów.

– Ja jestem zupełnie jak Vivian – stwierdziła jedna z mam.

– No co ty, przecież jesteś wykapaną Fern – poprawiła druga.

– A czym się teraz zajmujesz? – spytała mnie bez ogródek trzecia.

– Piszę swoje wspomnienia – odparłam, czując na policzkach dziwne, narastające ciepło. – W formie rysunkowej. – W ogóle nie powinno ich to obchodzić, ale mimo to mówiłam dalej: – Dostałam zaliczkę od wydawcy i w ogóle.

Strusie uśmiechnęły się w nieprzenikniony sposób.

Na stole leżał brelok z kluczami. Wszystkie klucze oznaczono kolorowymi plastikowymi główkami. Kupiłam ich w życiu setki, ale ostatecznie zawsze szły na marne, bo żeby je wcisnąć na kluczyk, potrzeba nadludzkiej wręcz siły. Była też schludna kolekcja kart członkowskich do Breathe Hot Yoga, Core de Ballet, Spin Cycle… Żeby zaś nadać brelokowi indywidualny rys, właścicielka – kolejna młoda i wysportowana mama – doczepiła do niego smycz z imieniem swojego dziecka, ułożonym z paciorków o wyglądzie klocków z literkami.

Przekręciłam głowę na bok, żeby odczytać imię.

D-E-L-P-H-I-N-E.

Zamarłam.

– Juhu! – zawołała jedna z młodych mam.

– Zapomniałaś określić wartość rynkową – powiedziała inna.

– Jaką wartość? – spytałam, przytomniejąc.

– Tego, co przekazałaś na aukcję – wtrąciła jeszcze inna. – Do celów podatkowych.

– Aha. Właściwie to sama nie wiem.

– Musimy coś wpisać – odezwała się ta pierwsza.

– To tylko kilka godzin mojej pracy. – Oddech uwiązł mi w gardle.

I po co ja patrzyłam na te przeklęte klucze?

– A jaką wartość ma twój czas? – To ten młody tata; starał się przejąć inicjatywę.

– Dosłownie? – upewniłam się. – Od godziny?

Czy miał na myśli godziny, które spędzałam w łóżku, obiecując sobie, że się zmienię? Godziny poświęcone na kupowanie segregatorów i kalendarzy, których później nawet nie wyjmowałam z toreb? Godziny wyszukiwania zajęć medytacyjnych, zapisywania się na nie i nawet podjeżdżania pod studio jogi albo galerię sztuki, gdzie przyglądałam się, jak pozostali zapaleni uczestnicy wchodzą do środka, a wszystko po to, żeby w ostatnim momencie spietrać i uciec? Godziny poświęcone na planowanie rodzinnych posiłków, choć i tak kończyło się na tym, że wszyscy siedzieliśmy z nosami w telefonach i każdy sobie rzepkę skrobał? A może godziny nurzania się we wstydzie, że nie mam żadnej wymówki, która by to wszystko tłumaczyła?

I nagle pisk.