Dzikusy. Tom 1 - Sabri Louatah - ebook
Opis

Poznaj powieść, na punkcie której oszalała cała Francja.

Ironiczna i nieprzewidywalna mieszanka thrillera politycznego i rodzinnej sagi, która wciąga jak najlepszy serial.
Po raz pierwszy w historii prezydentem Francji może zostać imigrant z Algierii. Tymczasem w Saint-Étienne gwarną, algierską rodzinę Narrusz trawi gorączka ślubnych przygotowań. Tylko młodego Karima, świadka pana młodego, dręczy rosnący niepokój. Nim miną 24 godziny, losy szalonego rodu i politycznej nadziei kraju skrzyżują się z wielkim hukiem.

To wyjątkowy thriller polityczny i społeczny […] Energia i wyobraźnia "Les Sauvages" są wspaniałe. Podobnie jak Zadie Smith, Sabri Louatah ma wspaniałe ucho […]. Wydaje się też, że umie przewidzieć – albo wydedukować – przyszłość […]. Sam opisuje siebie jako „mieszczucha, bardzo nerwowego, trochę szalonego”. Jest również błyskotliwy i zabawny.
„Libération”

Sabri Louatah (ur. 1983) – francuski pisarz kabylskiego pochodzenia. Debiutował w 2012 powieścią Les Sauvages, za którą otrzymał „Lire” Magazine Prize za najlepszy francuski debiut i która stanowiła pierwszą część tetralogii o tym samym tytule. Saga została entuzjastycznie przyjęta we Francji i zagranicą, a sam autor został porównany do wybitnych pisarzy współczesnych i dawnych oraz nagrodzony prestiżową Lagardère Fellowship for Writing.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sabri Louatah

DZIKUSY

Tom 1.

Francuskie wesele

przełożyła Beata Geppert

Cet ouvrage a bénéficié du soutien des Programmes d’aide à la publication de l’Institut français.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Institut Français w ramach programów wsparcia wydawniczego.

Tytuł oryginału: Les Sauvages tome 1

Copyright © Flammarion/Versilio, 2011

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Beata Geppert, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Rozdział 1. Karim

1

Sala weselna, 15:30

Niebawem trzeba było zdecydować, kto zostaje w sali weselnej, a kto jedzie do merostwa. Rodzina panny młodej była zbyt liczna i wszyscy nie zmieściliby się w ratuszu, zwłaszcza że szanowny pan mer nie słynął z wyrozumiałości w tego rodzaju sytuacjach. Jego poprzednik (lewica pozapartyjna) najzwyczajniej w świecie zakazał ślubów w sobotę, żeby Bogu ducha winnym mieszkańcom centrum oszczędzić klaksonów, muzyki raï i bolidów obwieszonych biało-zielonymi proporczykami. Obecny mer zniósł zakaz, ale nie wahał się grozić jego przywróceniem za każdym razem, gdy jakiś szalejący klan rodzinny siał zamęt w Pałacu Republiki.

Do tych, którzy nie mieli zamiaru ruszać się z miejsca, należała ciotka Zalicha. Siedziała spokojnie na swoim parowniku do gotowania kuskusu i wachlowała się najnowszym numerem „20 minutes” – tym samym, z którego Farhat wyrwał pierwszą stronę z wielkim tytułem WYBORY STULECIA. Stary Farhat miał na głowie niewiarygodną szarozieloną czapkę, od której pociły mu się uszy. Jeden z siostrzeńców usiłował przemówić mu do rozumu, ale gdy tylko ktoś poruszał temat, staruszek marszczył podbródek i łagodnym, trochę mentorskim tonem, którego nikt dotychczas u niego nie słyszał, zaczynał mamrotać jakieś analizy ostatnich sondaży wyborczych.

Tego popołudnia wszyscy zachowywali się nieco dziwacznie; wieść niosła, że goście ze strony rodziny panny młodej liczą się na setki, a w ogóle jak na piątego maja było zdecydowanie za gorąco. Wyniki pierwszej tury zamieniły kraj w szybkowar; wyglądało na to, że kuzyn Ra’uf jest ostatnim zaworem, który powstrzymuje go przed eksplozją. Opryskiwał się wodą w sprayu i wystukiwał coś na iPhonie. Babka patrzyła na niego, jakby kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiała tej nowej rasy ludzi żyjącej za pośrednictwem ekranów. Przyklejony do Twittera jakiejś fanatyczki sondaży, śledząc kolejne wpisy na jednej ze stron poświęconych zagadnieniom politycznym, Ra’uf odpalał papierosa od papierosa i na bieżąco komentował prognozy wyborcze, które jego kumpel – podobnie jak on szef restauracji hallal w Londynie – wrzucał na Facebooka.

Ra’uf, często podziwiany za swoją elegancję, czyli garnitury w prążki po tysiąc euro sztuka, już drugi dzień z rzędu miał na sobie luźny T-shirt z portretem uśmiechniętego kandydata Partii Socjalistycznej, doskonale widoczny pod blezerem z podwiniętymi rękawami odsłaniającymi jego unerwione przedramiona biznesmena. Można by pomyśleć, że w jego żyłach bije puls całego narodu.

Babka, która wcześniej wypominała mu, że nie włożył od razu garnituru, nie miała już ani siły, ani chęci komukolwiek cokolwiek wypominać. Milcząco tronowała w lśniącym audi Ra’ufa z włączoną klimatyzacją, jednym uchem słuchając kabylskich piosenek, których dźwięki dochodziły z pozostałych odświętnie przystrojonych samochodów. Wystawiwszy z auta suchą jak u koguta łydkę, omiatała wzrokiem pustawy parking, na którym koczował jej klan.

Licząca około osiemdziesięciu pięciu lat babka (nikt nie znał prawdziwej daty jej urodzin) cieszyła się szczególnym statusem wśród członków rodziny: wszyscy się jej bali jak ognia. Od niepamiętnych czasów była wdową; nikt nigdy nie widział, żeby się użalała, wzruszała lub powiedziała jakieś miłe słowo do kogokolwiek, kto wyszedł z wieku dojrzewania. Królowała wyprostowana między swoimi frywolnymi, gadatliwymi córkami niczym uosobienie Wyrzutu, czerpiąc siłę ze swej niezwykłej wytrzymałości, która nasuwała podejrzenie, że babka zawarła pakt z Diabłem, a jednocześnie pozwalała przypuszczać, że pochowa wszystkie swoje córki.

Tymczasem w sali weselnej faceci od nagłośnienia zaczęli sprawdzać sprzęt, babka zamknęła się więc z powrotem w przytłumionej ciszy audi.

– Po co już tu jesteście? – zapytał Ra’ufa szef od nagłośnienia.

– To nasz punkt zbiórki – odpowiedział Ra’uf, nawet nie wyjmując słuchawki z ucha. – Zanim pojedziemy do merostwa. Zaraz wyjeżdżamy, czekamy tylko, aż wszyscy się zjawią.

Facet od nagłośnienia nie wyglądał na przekonanego. Między zbyt dużymi zębami utkwił mu kawałek sałaty, z ust zajeżdżało cebulą.

– Wy jesteście z rodziny pana młodego, no nie? Dobra, wyłączcie teraz muzykę w samochodach, jeśli łaska. Przestrzegano nas, żebyśmy przed wieczorem nie robili za dużo hałasu. A ta pani na parowniku?

– O co chodzi?

– Myślałem, że będzie catering.

Ra’uf nie wiedział, co odpowiedzieć. Z zakłopotaniem rozłożył ręce i obrócił się w stronę przypominającej różowawy gąsior ciotki Zalichy, dostojnej, stoickiej i niewzruszonej, starannie wdychającej i wydychającej powietrze pod rozłożystym kasztanowcem, którego oblepione pąkami gałęzie ani trochę nie osłaniały jej przed skwarem.

Pozostałe trzy ciotki cierpliwie czekały w niewielkim cieniu topoli, plotkując o swojej najmłodszej siostrze, sprawiającej niemałe kłopoty Raszidzie, podczas gdy Dunja, matka pana młodego, biegała od grupki do grupki zaniepokojona, że nikt nie jest gotowy do wyjazdu.

– Będą tylko goście z jej rodziny – pojękiwała, wymachując białą woalką i telefonem komórkowym. – Wa-Allah1, co za wstyd, tak nie można… A Fu’ad! – krzyknęła, nagle przypomniawszy sobie drugiego syna, który miał przyjechać z Paryża, żeby być świadkiem na ślubie brata. – Nie mogę go złapać!

Wujek Abu Zid zdjął czapkę, żeby otrzeć z potu nagą czaszkę. Jego łysina była dziwna, nierówna i umięśniona, przecięta wzdłuż grubą, wystającą żyłą, która zazwyczaj zapowiada rychły wylew.

– No już, Dunja, uspokój się. Ślub zaczyna się za godzinę, nawet Slim jeszcze nie przyjechał. Poza nim jesteśmy już w komplecie, prawda? Tak się bałaś, a tu wszyscy stawili się dużo przed czasem, więc wyluzuj! Wyluzuj! – prawie wrzasnął, dodając z półuśmiechem: – Co ty zresztą myślisz, że nie wpuszczą matki pana młodego? To nie klub nocny! Ha, ha, ha. „Przepraszamy, ale to prywatne przyjęcie”. Proszę cię. Chodź, pogadamy z Rab’, siedzi biedna zupełnie samiutka.

Rabi’a rozmawiała przez telefon, zwijając na palcu loczki i raz za razem wybuchając śmiechem jak nastolatka. Była młodą mamą. Jej pierworodny miał osiemnaście lat, a ona zaledwie czterdzieści. Zakończyła rozmowę, żeby do niego zadzwonić. Nie odebrał. Rabi’a dołączyła więc do grupki szwagrów, którzy rozprawiali o samochodach, wyborach prezydenckich i wynikach gonitw, od czasu do czasu krzycząc na swoje żony, które z kolei krzyczały na szalejące dzieciaki.

2

A w głębi, za budynkiem hali sportowej, w której następnego dnia ludzie mieli głosować, z dala od dźwięków raï i plotek, stał Karim. Karim i jego zaspane oczy. Karim i jego gęste, nastroszone, buntownicze brwi. Karim i jego dziwnie płaskie kości policzkowe, które zgodnie z powszechną opinią nadawały mu wygląd małego Chińczyka.

Oparty plecami o billboard wyborczy, na którym wisiały już tylko dwa plakaty, wycierał srebrną zapalniczkę o błyszczący lampas na dresie, gdy podeszła do niego Rabi’a, jego matka, żeby zapytać, dlaczego nie odbiera telefonu, a przede wszystkim, czy jedzie do merostwa. Schował zapalniczkę do kieszeni i wzruszył ramionami, unikając jej wzroku.

– Czy ja wiem…

– Jak to: „czy ja wiem”? Czemu się tu kręcisz? Znowu zacząłeś palić trawę? Spójrz mi w oczy… Przysięgałeś, że już przestałeś. Co to znaczy? Czyli nigdy nie można ci zaufać, tak? To ty domalowałeś Sarkozy’emu hitlerowski wąsik? Patrz na mnie! To ty?

– Skąd, to nie ja.

– Więc jak, jedziesz?

– Sam nie wiem – burknął Karim. – Przecież mówię, że nie wiem.

– Skoro nie wiesz, to znaczy, że nie jedziesz. Nie chcesz wesprzeć kuzyna w merostwie? Tak czy siak nie masz wyboru! No co, nie chcesz go wesprzeć?

– Co ty wygadujesz? – rozeźlił się Karim. – „Wesprzeć kuzyna”, jakby to była jakaś wojna. A w ogóle dlaczego na mnie napadasz?

Rabi’a uniosła wzrok znad ekranu komórki, złapała syna za rękę i pociągnęła w kierunku drzwi szatni. Były otwarte: kierownik kompleksu sportowego miał tam wstawić zapas krzeseł. Rabi’a ruszyła prosto w stronę pryszniców i groźnie podniosła głos:

– Karim, nie będziesz mi tu odstawiać swoich zwykłych salam-alejków. W każdym razie nie dzisiaj, ostrzegam cię.

– Ty się już nadajesz do leczenia. Poza tym nie mówi się salam-alejki.

– Co takiego? – Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

– Daj mi spokój.

– To wszystko moja wina. Gdybym była złą matką, buty byś mi lizał. Reddem le regel g idduni, tym gorzej dla mnie. Jak zwykle, byłam za dobra i za głupia. No cóż, nauczka na przyszłość.

Po raz dziesiąty w ciągu pięciu minut zerknęła na listę ostatnich esemesów. Choć miała zaledwie czterdzieści lat, komórka pozostawała dla niej przedmiotem tajemniczym, którym posługiwała się z obawą, naciskając klawisze sztywnymi, wyprostowanymi palcami, całkowicie skupiona na tym, żeby się nie pomylić. Uniosła pokrytą loczkami głowę i spojrzała na syna. Lata spędzone na opiece nad „kochanymi maleństwami” w miejskich żłobkach sprawiły, że ani jej wzrok, ani głos nigdy nie nabrały powagi. Miała ptasi móżdżek, była pusta, niestała i dziecinna. Przypominała dziewczynki z dołeczkami i wielkimi oczami, które całymi dniami rysowała swoim podopiecznym, uwielbiającym ją niemal wbrew sobie, ponieważ nigdy nie przestała być jedną z nich.

– No więc jak, kochanie, pojedziesz z nami?

– Doprowadzasz mnie do szału! Do szału! Czy ty nie rozumiesz, że mnie doprowadzasz do szału?

– Przysięgnij, że przestaniesz palić trawę – poprosiła błagalnym tonem. – Pomyśl o swojej siostrze. Skoro nie chcesz myśleć o ojcu, pomyśl o siostrze.

– Dobra, zrozumiałem.

– Przecież sam wiesz, dokąd cię to zaprowadzi…

– Daj mi wreszcie spokój!

– Tatuś miał rację: zamienisz się w osła, jak Pinokio.

– Dobra, już dobra! – wrzasnął Karim. – Powiedziałem, że dobra!

Po czym wzrokiem, ramionami, dłońmi, całą swą napiętą fizjonomią zaczął szukać najbliższych drzwi.

3

Rabi’a nalegała, żeby syn pojechał do merostwa, ponieważ Karim (w rzeczywistości nazywał się Abd al-Karim) miał być drugim świadkiem pana młodego, ale przede wszystkim kierowała się tym, że spośród dwanaściorga ciotecznego rodzeństwa Slim był mu najbliższy. Rabi’a i Dunja, ich matki, były najlepszymi przyjaciółkami na świecie, złączonymi więzami krwi i podobnym losem (małżeństwo z miłości, przedwczesne wdowieństwo), a choć Slima i Karima dzieliły dwa lata i ich drogi życiowe coraz bardziej się rozchodziły, kiedyś byli nierozłączni. W dzieciństwie nadali sobie przezwiska Mohammed i Hardy, dwa beduiny z Saint-Christophe; słowo „beduin” było wówczas ulubionym słowem Slima, ukradł je jakiemuś wujkowi, ale tak rozszerzył jego użycie, że w końcu straciło jakiekolwiek znaczenie: patrz na tego beduina, co tam biegnie, te dwa blondaski to przecież beduiny, a co to za beduin przyczepił ci się do podeszwy?

Wiele razem przeszli: pogonie i ucieczki po blokowisku, gdzie mieszkała babka, szalone grille, podczas których ich ojcowie obstawiali swoje daty urodzin na końskich gonitwach, groźne „czekam na dworze” i marsz ramię w ramię na miejsce pojedynku o piątej po południu z uniesionym podbródkiem jak bohaterowie westernu, podłoga z desek w małym gabinecie dyrektorki do spraw wychowawczych, wesela, podczas których nękali swoją małą kuzyneczkę, i wreszcie, a właściwie przede wszystkim zapach rosnących na podwórku sosen, pod którymi sikali, przyglądając się swym pozbawionym napletka penisom.

Slim na całe życie miał zapamiętać dzień, kiedy Karim, stojąc w szatni z dowodem w ręce, wrzasnął, że wreszcie się dorobił fiuta prawdziwego mężczyzny.

– Też coś! I to ma być fiut prawdziwego mężczyzny?

– No to pokaż swojego, mądralo.

– Jak ci pokażę moją pałę, to zemdlejesz z wrażenia.

Ale Karim już nie słuchał, zafascynowany długimi kręconymi włosami, które niemal mógł policzyć wokół tego nowego oliwkowego penisa o faktycznie imponujących rozmiarach.

Abd al-Karim, którego nazywano Karim lub Krikri, nie zadawał sobie żadnych pytań, dopóki przedwcześnie przybyły i w jego przypadku podejrzanie rozrzutny czarodziej wieku dojrzewania nie sprawił, że jego przedramiona podwoiły objętość, a nad górną wargą pojawił się groźny puszek. Od tej chwili wszystko w jego życiu zaczęło się źle układać.

Po skończonej trzeciej klasie gimnazjum skierowano go do zawodówki, nie tyle – jak wyjaśniono na spotkaniu z rodzicami i na radzie pedagogicznej – ze względu na stopnie z przedmiotów technicznych, które miał tylko odrobinę mniej kiepskie niż z pozostałych, ile z powodu widocznego z jego strony zainteresowania działaniem maszyn. Znaleziono dla niego właściwą drogę, dalsze lekceważenie zawodów związanych z pracą fizyczną byłoby zresztą głupie, by nie rzec zbrodnicze i tak dalej. Ta sama gadka, którą trzydzieści lat wcześniej raczono jego ciotki, na siłę wypychając je do zawodówki. Całe pokolenie na nic.

Nowa szkoła mieściła się na uboczu i wyglądała dość przygnębiająco: betonowa podłużna bryła na wzgórzu w strefie przemysłowej, z powiewającą na maszcie flagą, która tak bardzo przypominała piracką banderę, że szkołę imienia Eugène’a Sue nazywano Titanikiem. Jej cztery kominy wznosiły się ponad porannymi mgłami, okna sal klasowych były zakratowane do trzeciego piętra, a na czwartym znajdowały się oczywiście biura.

Po rozpoczęciu roku szkolnego Karim, rzucający się z pięściami na każdego, kto ośmielił się użyć wobec niego zdrobnienia Krikri, poznał chłopaka, przez własnego ojca, człowieka łagodnego i słabowitego zdrowia, nazywanego Knotem na pamiątkę charyzmatycznego łobuziaka, który sprowadził na złą drogę Pinokia. Karim został jego kumplem i zaczął palić. Porzucił też swoją drużynę piłkarską i zrezygnował z lekcji gry na fortepianie, na które kiedyś zapisała go matka, bo nauczycielka w drugiej klasie podstawówki, sama grająca na skrzypcach, twierdziła, że Karim ma jakoby nie tylko ogromnie zręczne palce, ale i coś, co z niepojętym nabożeństwem nazywała „słuchem absolutnym”. Teraz zaczął się tego wstydzić.

Tej samej zimy laryngolog z Lyonu zdiagnozował u niego nadwrażliwość słuchową: słyszał więcej i lepiej niż inni, co zapewne było przyczyną jego potwornych bólów głowy. Czy to się da wyleczyć? Nie. Kupiono więc zatyczki do uszu i grubsze zasłony do okien, po czym przestano o tym mówić.

Kilka tygodni później, podczas świąt Bożego Narodzenia, gdy po raz pierwszy od lat śnieg przez parę dni nie topniał, ojciec Karima umarł po wypadku w fabryce, gdzie nawdychał się toksycznych oparów.

Jak wiadomo, leżący na ziemi śnieg tłumi dźwięki, łagodzi ból i wyszlachetnia cały świat. Tymczasem fatalne zdarzenie z wolna zbliżało się, skradało, aby w końcu spaść na Karima – zdarzenie niezwykłe, katastrofalne, a przede wszystkim zupełnie niewiarygodne, zdarzenie, które miało go wyrzucić na margines systemu, w sumie nieprzynoszącego niczego szczególnego tym, którzy przestrzegali jego reguł.

Życie toczyło się raz lepiej, raz gorzej, można było niemal mieć poczucie komfortu, aż pewnego dnia Karim podłożył się władzy znacznie bardziej brutalnej niż władze państwowe: Mauludowi Ibn Barace, nieuchwytnemu kaidowi, któremu miejscowa prasa nadała przydomek „Bernardo Provenzano z departamentu 42”. Karim pełnił funkcję „szpicy” dla jego poruczników: pilnował wejść do klatek schodowych, gdzie przeprowadzano transakcje, pohukiwał jak sowa, gdy zobaczył nieoznakowany radiowóz brygady kryminalnej. Jako szesnastolatek zgarniał czasem po tysiąc pięćset euro miesięcznie, więcej, niż kiedykolwiek zarabiał jego ojciec. Pewnego dnia udało mu się ukraść pięćdziesiąt gramów najlepszego haszu, jaki od lat pojawił się w okolicy. Maulud Ibn Baraka wezwał go do siebie i najpierw wytargał za uszy. Karim zaczął się szarpać, więc dostał parę razy po twarzy. Kiedy Maulud Ibn Baraka wyciągnął swój szakali łeb, czekając na wyjaśnienia, Karim prawie do krwi ugryzł go w płatek lewego ucha. Trzeba było całego talentu dyplomatycznego Nazira, najstarszego brata Slima, żeby uspokoić wściekłość władcy świata przestępczego Saint-Étienne, który mimo wszystko poprzysiągł, że jeśli kiedykolwiek natknie się na Karima, zrobi z niego marmoladę.

4

Rabi’a nie miała oczywiście pojęcia o tym incydencie, podobnie zresztą jak Slim. Jak mawiał Nazir, to sprawa między nim a Karimem, nawet jeśli Wielki Momo, najlepszy przyjaciel Karima, też został w końcu dopuszczony do tajemnicy. A Karim nauczył się żyć z wiszącym nad głową mieczem Damoklesa. Wiadomo przecież, że najgorsze kłopoty znikają same z siebie, jak człowiek przestaje na okrągło o nich myśleć. Jeśli wieczorem ogarniały go czasami smutek i lęk, zamykał wówczas oczy i w myślach powracał do jednej z sonat, które kiedyś grywał na clavinovie podarowanej mu przez dziadka. Muzyka rozjaśniała i oczyszczała wszystkie drogi jego umysłu. Nie zostawiając ani krztyny miejsca na chaos świata.

Pozostawał jednak pewien problem: jego siostra Luna, którą zawsze na swój szorstki i bezceremonialny sposób uwielbiał, a która tonęła we łzach za każdym razem, gdy ich matkę wzywano na komisariat w związku z kolejnym wyskokiem syna. Ucieczka przed poczuciem zamętu ucieleśnionym w smutku Luny nic Karimowi nie dała, dlatego właśnie kilka lat później jego mała siostrzyczka nadal mogła do niego przemawiać równie moralizatorskim tonem, jakby coś w jego twarzy nieodparcie kusiło do kazań i wyrzutów.

– Dlaczego powiedziałeś mamie, że wrzuciłam gołe filmiki na fejsa?

– Co takiego?

Luna, wcale już nie taka mała, założyła swoją najbardziej wyjściową czarną sukienkę, a twarz posypała pudrem z drobinkami złota, które absurdalnie błyszczały, gdy jej policzki pojawiły się w cieniu budynku. Przez chwilę Karim sądził, że się przesłyszał: właśnie sprawdzano moc systemu nagłośnienia, rozkręcając wzmacniacz na coraz większy regulator.

Skrzywił się, chowając twarz przed ostrym promieniem słońca, i przesunął się o kilka kroków.

– O co ci chodzi z tym fejsem?

– Włamałeś mi się na konto? Nie, na to jesteś za głupi, pewnie zakolegowałeś się z jedną z moich znajomych i obejrzałeś filmiki na mojej tablicy, tak? W głowie się nie mieści. Wiesz, co teraz zrobisz? Pójdziesz do mamy i jej powiesz, że wszystko zmyśliłeś. Mam to gdzieś, musisz coś wykombinować, ale…

Na twarzy Karima pojawił się uśmiech. Ukryty w dłoni skręt zaczynał działać.

– Palant – rzuciła Luna i ruszyła w stronę hali sportowej.

Jej chód był ucieleśnieniem oślego uporu, ale niemal zawsze po paru krokach zaczynała biec z zaciśniętymi pięściami i wyprostowanymi ramionami, jakby się szykowała do skoku przez konia z łękami. Karim nie potrafił przywyknąć do myśli, że piętnastolatka może być bardziej umięśniona niż większość chłopaków w jej wieku: ćwiczenia wyrzeźbiły jej bicepsy, brzuch, mięśnie czworoboczne, a nawet naramienne. Gdy tak jak dzisiaj miała na sobie sukienkę bez rękawów, mięśnie na jej ramionach, zwłaszcza tricepsy, rysowały się bardzo wyraźnie, nawet jeśli szła z rękami luźno zwisającymi wzdłuż ciała.

Jakby słysząc myśli brata, Luna nagle zawróciła, podeszła do niego znowu i pogroziła palcem.

– Jeśli nie powiesz mamie, że zmyśliłeś tę historię z moimi zdjęciami na fejsie, przysięgam, że pożałujesz.

– Serio? Od kiedy znasz słowo „pożałować”?

– Na twoim miejscu raczej bym uważała. – Po czym dodała trochę niepewnym tonem, nie patrząc mu w oczy: – Mam na ciebie haka, więc na twoim miejscu…

– No już, spadaj, wa-Allah, nawet cię nie słucham.

– Myślisz, że nie widziałam cię w zeszłym tygodniu z Wielkim Momo?

– Jasne, znikaj stąd, moja ty rozbójniczko.

Zamiast jednak poczekać, aż Luna odejdzie, wolał sam się oddalić żwawym krokiem w kierunku gęstych zarośli rosnących za rogiem hali sportowej.

5

Ruszył wzdłuż zarośli, przyglądając się kolcom ostrokrzewu, małym niejadalnym jagodom i pękom olśniewających kwiatów o nieznanych mu nazwach. Obok wejścia do szatni, z którą łączyło go tyle wspomnień, ciągnęła się dróżka prowadząca do pokrytego sztuczną trawą boiska piłkarskiego, żeby jednak tam dotrzeć, trzeba było się przedrzeć przez minilabirynt roślin, gdzie Karim umościł sobie kryjówkę, w której mógł spokojnie dopalić skręta. Popadł w zadumę, nasłuchując różnych dźwięków, a to ludzkich głosów, a to ćwierkania ptaków. Kilka bloków dalej dudnił młot pneumatyczny, chyba na skraju drogi ekspresowej i jej niskich częstotliwości, do których Karim nie potrafił przywyknąć. Z oddali dochodził szum dmuchawy do liści; uporczywie wydobywała z siebie powtarzalny i dramatyczny motyw, niczym akompaniament do melodii, która nigdy nie miała zabrzmieć.

Nagle Karim usłyszał czyjś głos, który wydał mu się znajomy.

– Najgorsze, że połowa ludzi, którzy tu przyjdą dziś wieczorem, nawet nie ma kart wyborczych. To mnie doprowadza do szału. … No ale co zrobisz? Zmusisz ich, żeby głosowali? … Co masz na myśli, że niby to cudzoziemcy?

Karim rozpoznał głos swojego kuzyna Ra’ufa i z ciszy zapadającej między zdaniami wywnioskował, że rozmawia przez telefon. Ra’uf był jedynym przedsiębiorcą w rodzinie i choć Karim go nie widział, mógł sobie świetnie wyobrazić, jak wygląda: brązowy golf, marynarka w prążki i śnieżnobiały uśmiech.

– No nie, to znaczy tak, cudzoziemcy też powinni mieć prawo głosu. W wyborach lokalnych, a właściwie, kurde, we wszystkich. …

Ra’uf wyprowadził się do Londynu i od wieków nie widziano go w okolicy. Karimowi przemknęło przez głowę, czy przypadkiem nie przesadził z haszem, bo nie potrafił sobie przypomnieć twarzy kuzyna.

Przełknął ślinę i zmienił pozycję, starając się jak najmniej hałasować. Przez gałęzie mógł teraz widzieć sylwetkę Ra’ufa: stał obok bramki i kopał w powietrze, rozmawiając przez zestaw głośnomówiący. Stał zaledwie o parę metrów od Karima, który nadstawiał ucha, zastanawiając się, czy zdoła wyrzucić z głowy obraz skręta, w którym brązowe drobinki tytoniu z każdą sekundą zamieniały się w popiół.

– Tak czy owak większość z nich to wcale nie są cudzoziemcy. No bo jak nazwać kogoś, kto tu mieszka od pięćdziesięciu lat? W pewnym momencie trzeba przestać, skoro płacisz tutaj podatki, to tutaj głosujesz i basta. … Moja legitymacja Partii Socjalistycznej? Tak. Nie, ale czekaj, to nie jest tak jak zwykle, to historyczna chwila. W sumie wstąpiłem do PS z powodów prawicowych, no wiesz, spotkanie między człowiekiem a epoką. Ha, ha, ha. … Kurwa, niczego przy sobie nie mam, nie wiem, jak wytrzymam do poniedziałku. … Co? Nie zgrywaj się, pięćdziesiąt dwa do czterdziestu ośmiu we wszystkich sondażach, nawet w „Figaro”, Brice Teinturier powiedział na TF1, że przymierze między Villepinem a Mélenchonem to jakaś kpina, ale to się trzyma kupy. Zwłaszcza że od debaty sytuacja zaczęła się zmieniać. Z jednej strony Sarko, bardziej rozdygotany niż zwykle, wymachujący palcem i wpadający w szał. A z drugiej Szawisz, który… Z drugiej Szawisz, no tak…

Karim miał wrażenie, że jeśli bardzo się skupi, zdoła odgadnąć, z kim rozmawia Ra’uf. Ale ten prawie nie zostawiał swojemu rozmówcy czasu na nabranie tchu.

– Ja już w to wszystko nie wierzę, robią nam wodę z mózgu z tą swoją ostrożnością za trzy grosze. Tajność kabin wyborczych i co jeszcze? Kurde, przecież on zajął drugie miejsce w pierwszej turze czy mi się tylko przyśniło? Miał idealną kampanię, absolutnie pozytywną, ledwo wspomniał o Sarko. No po prostu nie mogę zrozumieć, że… że… Zapomniałem, co chciałem powiedzieć. … Francuzi to zwykłe barany, ha, ha, ha. … A, już wiem, chciałem powiedzieć, że ludzie kłamią, jak głosują na Front Narodowy, to jasne. I to wymaga korekty. Bo się wstydzą, bo głosują, żeby zaprotestować, pełna zgoda. Ale tutaj jest, kurde, na odwrót! To jest głosowanie nadziei, ludzie są z tego dumni. Wreszcie jakieś ideały, trochę entuzjazmu i optymizmu w świecie bydlaków i biurokratów. Poza tym Szawisz to uosobienie witalności. Jak ludzie go oglądają w telewizji, nie widzą siebie takimi, jakimi są, nędznymi hipokrytami, tylko takimi, jakimi chcieliby być, wierzą w życie, w przyszłość. …

Ra’uf sprawiał wrażenie porwanego własną wizją, egzaltowaną i pełną emocji. Rozglądał się na wszystkie strony, na niczym nie zatrzymując wzroku. Patrzył tak samo, jak mówił: tak szybko, że wyglądało, jakby za chwilę miał unieść się w powietrze.

– A czego miałbym się obawiać? Upadku? W sensie, że robimy kampanię w duchu poezji, a rządzimy w duchu… Nie, niczego się nie obawiam, mam kompletnie dosyć jakichkolwiek obaw…

Tymczasem rozanielony Karim wyciągnął się na zboczu i leżał cichuteńko, spoglądając na delikatne pierzaste obłoczki płynące po miękkim, matowym, lazurowym niebie jak po najbardziej gościnnym materacu; tak właśnie musi wyglądać niebo w raju.

Czekając, aż Ra’uf zacznie znowu gadać, skręcił sobie jointa na później. Słońce za krzakami obrysowywało nieregularny trójkątny kontur świerka rosnącego na pokrytym trawą wzniesieniu, obrysowywało go linią tak czystą, że można było dostrzec jego czubek w kształcie krzyża. Cień po tej stronie zarośli był delikatny i świeży jak w oazie. Karim znalazł sobie tutaj naprawdę idealne miejsce na schronienie: ni to kryjówkę, ni to cypel, prawdziwą lisią jamę pod otwartym niebem.

6

– Poczekaj – powiedział nagle Ra’uf cichym głosem, rozglądając się czujnie po okolicy. – Muszę ci zadać pytanie, jeśli masz chwilkę. Pamiętasz, jak ostatnim razem rozmawialiśmy o MDMA? No więc jest taka jedna dziewczyna, kumpelka z Londynu, która to wzięła i opowiada niesamowite rzeczy na Twitterze. … Pigułka miłości? Nie, nie wiedziałem. Niby że jak, łykasz i wszystkich kochasz?

Ra’uf zaciągnął się papierosem. Karim zadrżał: odgłos, wilgotny i mięsisty jak cmoknięcie, od którego filtr musiał już być całkiem mokry, świadczył, że zdenerwowanie kuzyna osiągnęło stan krytyczny.

– Słuchaj, musisz mi pomóc, nie wytrzymam przez dwa dni na głodzie z całą tą bandą. … A właśnie, czemu nie przyjechałeś? To z powodu Fu’ada, tak? Przecież ta wasza wojenka nie będzie trwać sto lat! Halo! Nazir? … Nie, po prostu myślałem, że przerwało, pytałem, dlaczego nie przyjechałeś, no ale dobra, rozumiem. Tyle że, kurde, to w końcu ślub twojego młodszego brata. …

Nastąpiła długa cisza, tak długa, że Karim przestał słuchać. Nastawił ucha dopiero wtedy, gdy mu się wydało, że z ust Ra’ufa padło jego imię. Chyba jednak się przesłyszał, bo znowu mówił o ich kuzynie Fu’adzie, aktorze, który od początku roku pięć razy w tygodniu pojawiał się na ekranie telewizora.

– Czekaj, jak na początku roku przyjechałem na jeden dzień do Paryża, to on się nawet do mnie nie odezwał! A jak ostatnim razem czatowałem na fejsie, była czwarta rano i nikogo. Nagle pojawia się Fu’ad, piszę do niego, a on nawet nie odpowiada. I kolejnym razem to samo. Gorzej: zawsze jak wchodzi na fejsa i widzi, że jestem aktywny, natychmiast się wyłącza. Kurde, nie powiesz mi, że robi to przypadkiem albo że o czwartej rano jest zajęty! … Nie, ale słuchaj, jeśli rozmowa z kuzynami tak go wkurza, jeśli dla niego jesteśmy bandą kmiotów, skoro z niego teraz taki gwiazdor, to niech się buja, co niby mam powiedzieć?

Karimowi zaschło w ustach od skręta, którego wypalił przed znalezieniem kryjówki. Z trudem wstał i ruszył w kierunku szatni, żeby napić się wody, nikogo o nic nie prosząc. Ale drzwi były znowu zamknięte na klucz. Gdy z ręką na klamce starał się znaleźć inne rozwiązanie, nagle podszedł wracający z boiska Ra’uf, mrugnął do niego i objął ramieniem, żeby poprosić o przysługę.

Najpierw nastąpiła wymiana zwyczajowych grzeczności, co słychać, jak zdrowie, jak rodzina, przy czym Ra’uf puszczał mimo uszu jednosylabowe odpowiedzi młodszego kuzyna. Gdy wreszcie przeszedł do sedna, z kolei Karim go nie słuchał, zafascynowany tikami kokainisty, które co rusz wydłużały i skracały bladą, gładką twarz kuzyna przedsiębiorcy, wyblakłą od garniturów, kolacji na mieście, bliskości bieguna północnego i bywania w forsiastym, bezkrwistym i bezlitosnym towarzystwie w kolorze blond.

– Czy ty mnie słuchasz, Karim? Pytałem, czy nie można by znaleźć jakiegoś towaru przed dzisiejszym wieczorem.

– Jakiego?

– No na przykład… – Ra’uf zawahał się, zanim dodał, bez przerwy zagryzając wargi: – Wiesz, co to jest MDMA?

– Nie. A co to?

– Nic takiego. Coś w rodzaju ecstasy, ale lepsze. – Ra’uf położył sobie rękę na karku i dorzucił rozmarzonym tonem: – Ludzie nazywają to pigułką miłości…

Na myśl o pigułce miłości automatycznie włożył rękę do kieszeni, wyjął pięćdziesiąt euro i wcisnął je do kieszeni Karima.

– Gdyby przypadkiem udało ci się coś znaleźć. Jak nie, trudno, to dla ciebie. Sadaka.

Karim powiedział, że będzie go informować na bieżąco. Ra’uf poprosił go o numer komórki i zadzwonił, żeby Karim też mógł sobie zapisać jego numer. Po czym obaj kuzyni wtopili się w przytłumiony zgiełk, który wciąż panował na parkingu.

7

Dzielnica Montreynaud, 16:00

Chwilę później, już w samochodzie wujka Abu Zida, Karim wysłał esemesa do Wielkiego Momo, żeby się wypytał o MDMA. Czekając na odpowiedź, uświadomił sobie, że jego supermoc zaczęła znikać. Twarze, których już nie pamiętał, głosy, które mu się mieszały, wszystkie fałszywe nuty zapewne wkrótce mu umkną, a może nawet w perspektywie średnioterminowej zacznie mu się podobać nosowy głos Cheba jak-mu-tam, którego piosenka dochodziła z trzeszczącego radia w samochodzie wujka Abu Zida. Wujek ściszył radio i włączył zapalniczkę samochodową.

– No cóż, Karim, obiecałem twojej matce, że utniemy sobie małą pogawędkę. Masz już siedemnaście lat. Kiedy są twoje urodziny?

– Były wczoraj.

– Aha. Czyli od wczoraj masz osiemnaście lat, posłuchaj mnie więc uważnie…

Karim doskonale wiedział, o co chodzi. Przełączył się na autopilota i nastawił na przytakiwanie co piętnaście sekund.

Słuchając zarzutów, że po dwóch dniach porzucił pracę w McDonaldzie, spoliczkował uczesaną w kok szefową i powoli dobija własną matkę, Karim upajał się płynną jazdą wuja, która przypominała mu jazdę ojca i tamte wieczory, kiedy wszyscy byli w dobrym nastroju i pozwalano mu siadać z przodu, gdzie czuło się najdrobniejsze nierówności oświetlonej księżycem drogi. Te same emocje Karim odnajdował, grając w GTA IV: nie uczestniczył w żadnych rozgrywkach, trzymał się z dala od zadań, złodziei i żandarmów, zadowalając się jazdą bez końca po rozrośniętych jak macki ośmiornicy ulicach wirtualnych miast, gdzie świat zatrzymał się w starych, dobrych czasach, gdy ziemia była płaska, a na jej granicach leżał abstrakcyjny ocean, poza którego krańce nikomu nie przyszłoby do głowy podróżować.

Wujek Abu Zid, podobnie jak ojciec Karima i on sam za kierownicą pikselowego samochodu, brał zakręty szerokimi, zamaszystymi łukami. W przypadku wujka było to zapewne skrzywienie zawodowe: jako kierowca transportu miejskiego w Saint-Étienne jeździł na okrytej złą sławą linii autobusowej numer dziewięć, łączącej trudną dzielnicę Montreynaud z centrum miasta. Przyzwyczajenie do szerokiego brania zakrętów i trzy razy większej kierownicy przejawiało się w sposobie, w jaki skręcał, nie zwracając uwagi na linie wymalowane na jezdni. Na niektórych łukach Karima aż ogarniał dreszcz szczęścia. Czuł się piękny, wytworny i ważny u boku ludzi, którzy prowadzili swoje pojazdy tak znakomicie, że można się było rozmarzyć, iż pewnego dnia to samo nieuchronnie zrobią ze swoim życiem. Lecz rzeczywistość wyglądała inaczej. W rzeczywistości wujek Abu Zid dopiero zaczynał się rozkręcać. Coraz częściej spoglądał w lusterko, coraz rzadziej na Karima.

– …kiedyś wreszcie trzeba się zdobyć na odrobinę honoru, tfamet? Ja też w młodości robiłem różne głupstwa, co ty myślisz! Że jesteś jedyny? Wszyscy przez to przeszliśmy. Kiedyś jednak musisz dorosnąć. I przestać się szwendać z tymi łobuzami. Ludzie mówią: Sarkozy do śmietnika… Ale prawda jest taka, że on ma rację! Tych wszystkich chuliganów ja też bym najchętniej wywalił do śmietnika. Całymi dniami ich oglądam i powiem ci tyle: niech ja któregoś z nich zobaczę, jak zapala peta albo czepia się jakiejś staruszki, to ze mną będzie miał do czynienia. Co ty sobie właściwie wyobrażasz, że łobuzeria będzie stanowić prawo? Musisz wreszcie wziąć na siebie swoje obowiązki. Zwłaszcza przy głosowaniu na Szawisza. Mam nadzieję, że dostałeś już kartę wyborczą? Skończyłeś osiemnaście lat, czyli możesz głosować. No bo kiedyś wreszcie trzeba…

W chwili, gdy samochód zjechał z drogi ekspresowej i ruszył krętą szosą w dół zbocza Montreynaud, Karim dostał esemesa. Zakrywając dłonią świecący ekran, przeczytał wiadomość:

Otrzymano: dzisiaj 16:02

Od: N

D-1, mam nadzieję, że jesteś gotowy.

Karim zasępił się. Od kilku miesięcy Nazir wysyłał mu po dziesięć esemesów dziennie, od „Jak leci?” po filozoficzne maksymy typu „To nadzieja czyni ludzi nieszczęśliwymi”. Karim nauczył się myśleć samodzielnie, od kiedy zbliżył się do starszego kuzyna, któremu prawdopodobnie zawdzięczał, że jeszcze chodzi po świecie. Może zresztą Maulud Ibn Baraka tylko wykłułby mu oczy lub obciął jaja. Plotka głosiła, że spalił żywcem faceta, który nie okazał szacunku jego starej matce…

Nazir potrafił z nim negocjować i ocalić skórę młodszego kuzyna, ponieważ był ulepiony z tej samej gliny co Maulud Ibn Baraka: nie miał żadnych złudzeń. Zamiast sobie coś wmawiać, widział rzeczy takimi, jakie są, o czym świadczyły esemesy, które wysyłał do Karima, a które ten starannie archiwizował pomimo formalnego zakazu Nazira. Posunął się nawet do przepisania najważniejszych z nich na kartkę papieru, którą złożył na troje i nosił w kieszeni dresu.

Na otrzymanego przed chwilą esemesa Karim odpowiedział po prostu, że wszystko w porządku i czuje się gotów; w tym momencie samochód zatrzymał się na czerwonych światłach naprzeciw portretu Szawisza, który patrzył Karimowi prosto w oczy. Karim odwrócił wzrok i dodał jeszcze: „MDMA? WTF?”, co zapewne należało przypisać działaniu haszu. Nazir odpowiedział zaskakująco sucho:

Otrzymano: dzisiaj 16:09

Od: N

Nie twój interes. BTW dzisiaj żadnych dragów.

8

Wuj mieszkał w chyba najbardziej podupadłej dzielnicy miasta. Tu także znajdowało się terytorium Mauluda Ibn Baraki, toteż Karim bezwiednie wcisnął się głębiej w siedzenie, żeby nikt go nie zauważył.

Ulice na wzgórzu nosiły nazwy od słynnych kompozytorów, a poszczególne bloki od ptaków o wyjątkowo melodyjnym śpiewie: łozówek, rudzików, sikorek… Tu i ówdzie sterczały wieżowce z tysiącami okien upstrzonych antenami satelitarnymi połyskującymi w promieniach palącego słońca. Kamienne balkony kruszyły się, firanki i ściany szarzały. Mimo wózków po brzegi wypchanych zakupami, które zastawiały drzwi wejściowe, mimo matek wykłócających się z wariatkami z pierwszego piętra bloki wyglądały tak, jakby w każdej chwili mogły wylecieć w powietrze, jak w telewizji. Dwadzieścia pięter nagle się rozpada: nikogo by to nie zaskoczyło. Krajobraz był ponury. Wołał o wyburzenie, jak dżungla woła o deszcz.

– Dobra, nie ma czasu do stracenia – ożywił się wujek Abu Zid, przełażąc nad rozwalonymi drzwiami wejściowymi do wieżowca, na których była przyklejona kartka A4 z informacją dla osiedlowych łobuzów: W TYM BUDYNKU NIE MA JUŻ NICZEGO CENNEGO.

Wujek wbiegł po schodach i wszedł do swojej kawalerki. Wisiał w niej ciężki odór niemytych nóg pomieszany z zapachem piżmowego płynu po goleniu, jakiego używał od wczesnej młodości, czyli od lat siedemdziesiątych.

– Przymierz to – powiedział, podając mu szary garnitur, niebieską koszulę i brązowy krawat, które chwilę wcześniej wyciągnął z szafy.

Lewe skrzydło szafy nosiło ślady niedawnej bijatyki, prawdopodobnie na pięści.

Podczas gdy Karim przebierał się w łazience, wujek Abu Zid postanowił wyznać mu swój wielki sekret.

Stał tuż za drzwiami, ale najwyraźniej zapomniał, że przy zapalonym świetle w łazience włącza się ogłuszający system wentylacji, przez co z całej jego przemowy Karim słyszał zaledwie co trzecie słowo.

Kiedy wyszedł z marynarką w ręku, trochę oszołomiony głodem, od którego na skutek skręta zaczynało go ostro ssać w żołądku, wujek Abu Zid spojrzał na niego wielkimi piwnymi oczami przepełnionymi uczuciem. Podbródek lekko mu drżał, jak Charlesowi Ingallsowi w Domku na prerii; wyglądał na kompletnie wykończonego.

– Będę musiał to spłacać do końca życia. Do końca życia. Pięćset euro miesięcznie, a wszystko z powodu, zarma, jakiejś bójki w barze.

Karim nigdy nie wiedział, jak reagować na wstrząsające wyznania. Jego matka też często je robiła, z takimi samymi szeroko otwartymi oczami, które starały się przekonać rozmówcę, że wszyscy należymy do jednej wielkiej drużyny, jaką stanowi gatunek ludzki. Skrępowany uroczystą atmosferą Karim spuścił wzrok i wtedy zorientował się, że będą mu potrzebne mokasyny. Czy wujek Abu Zid o tym pomyślał?

– Musisz przestać robić głupstwa, Karim. Kurde, jesteś młody, inteligentny, zdrowy, al-Hamdu li Llah, całe życie przed tobą. Przyrzeknij, że przestaniesz!

– Tak, tak, przyrzekam.

– Ja mówię poważnie. Przyrzeknij mi, że przestaniesz.

– Przyrzekam.

– No – sapnął z ulgą wujek Abu Zid, szczypiąc go w ramię. – Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Sam popatrz, jutro wybory; przecież chyba się ucieszysz, jeśli, in sza Allah, Szawisz zostanie prezydentem? Arabski prezydent! Wa-Allah, chciałbym, żeby wygrał, choćby po to, żeby zobaczyć miny żabojadów u mnie w robocie. Ty nie?

– Jasne, że też.

– Dobra, chodź, znajdziemy ci jakieś buty i krawat. A, krawat już włożyłeś? Nie ma rady, nie codziennie Slim się żeni!

Nagle przystanął, mierząc siostrzeńca od góry do dołu.

– Trochę za duże to ubranie, ale niech będzie. Powinieneś więcej jeść, nie chcesz chyba wyglądać jak Slim? Miskin, skóra i kości, ot co!

Abu Zid zanurkował do pakamery przy wejściu, a Karim rozejrzał się po kawalerce, w której wujek mieszkał od czasu, gdy porzuciła go ostatnia „przyjaciółka”. Zadawał się tylko z Francuzkami, ale każda historia – jak mawiał – kończyła się jak zwęglony mer-guez: żadna z dziewczyn nie traktowała go poważnie, wszystkie źle się do niego odnosiły, a on za każdym razem przysięgał na głowę babki, że to już ostatnia taka przygoda, że tym razem znajdzie sobie porządną dziewczynę, czyli miłą i płodną muzułmankę.

– Znasz Aïta Menguelleta? – zapytał Karima, który koniuszkami palców trzymał płytę CD ze zdjęciem sobowtóra jego ojca na okładce: czterdziestoletni mężczyzna z wąsami, o pociągłej, jasnej, tragicznej twarzy.

Karim pokręcił przecząco głową.

– No to masz, prezent urodzinowy ode mnie. Jak chcesz, to posłuchamy w samochodzie. Przyda się trochę odmiany od raï. W każdym razie przygotuj się, że dziś wieczorem nasłuchamy się tej ich wieśniackiej muzyki…

Karim wsadził płytę do kieszeni nowej marynarki. Pierwszy raz w życiu miał na sobie marynarkę z poduszkami, podobnie jak płócienne spodnie z tak wyszukanym rozporkiem. Szaro-niebiesko-brązowa góra z eleganckim krawatem nawet dość mu się podobała, ale dół ani trochę: czarne mokasyny przy jasnych spodniach wyglądały równie żenująco jak białe skarpetki przy ciemnym garniturze.

Wujek Abu Zid popchnął go do wyjścia i starannie zamknął trzy zamki w antywłamaniowych drzwiach.

– A wojska lądowe? – zapytał nagle. – Nie myślałeś, żeby wstąpić do wojsk lądowych? Poczekaj, daj sobie wytłumaczyć, tam jest mnóstwo możliwości. Albo do marynarki wojennej. Mógłbyś zostać kucharzem w marynarce wojennej. Trzeba mieć jakiś projekt, rozumiesz? Najważniejsze są projekty.

Karim z czułością spojrzał na lśniącą czaszkę wujka Abu Zida. Po chwili usłyszał dobiegający z drugiego końca korytarza głos małej dziewczynki, która brała rozpęd, żeby jednym skokiem pokonać sześć stopni prowadzących do windy.

Wszechobecny w korytarzu kurz unosił się w promieniach słońca przecinających klatkę schodową od potłuczonych szyb w okienku do jasnobrązowych ud dziewczynki. Gdy mała wreszcie skoczyła, Karim odniósł wrażenie, doznał przeczucia, a w końcu nabrał niezachwianej pewności, że jego stopa stanęła w tym budynku po raz ostatni.