Wydawca: Egmont Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzikie serce. Kroniki Czerwonej pustyni - Moira Young

Drugi tom serii Kroniki Czerwonej Pustyni! Saba była pewna, że po tym, jak uratowała brata z rąk porywaczy, jej świat wróci do normy. Że wraz z rodzeństwem będzie prowadzić spokojne życie i że znów spotka ukochanego Jacka. Ale potężny wróg rośnie w siłę. A Jack chyba wcale nie jest tym, za kogo się podaje…

Opinie o ebooku Dzikie serce. Kroniki Czerwonej pustyni - Moira Young

Fragment ebooka Dzikie serce. Kroniki Czerwonej pustyni - Moira Young

Tytuł oryginału: The Rebel Heart

Copyright © Moira Young, 2012

Originally published by Doubleday Canada, a division of Random House of Canada Limited

Copyright © for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o.,

Warszawa 2014

Przekład: Anna Klingofer

Redakcja: Joanna Egert

Korekta: Tadeusz Baranowski, Rafał Sarna

Projekt okładki: Russel Gordon

Zdjęcia na okładce: © 2012 Michael Frost; Think stock/Getty Images

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0482-2

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Moim sio­strom

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZYJACK

Jest późne popołudnie. Od rana szlak wiódł wzdłuż ciągu wież oświe­tle­nio­wych. A ra­czej żela­znych ki­kutów tego, co z nich po­zo­stało. Daw­no temu po­sta­wi­li je tu Złomon­te­rzy, daw­niej, niż pamięć sięga. Dro­ga wije się po spłowiałych fałdach wzgórz, wśród spa­lo­nej słońcem tra­wy i cier­ni­stych krzewów.

Jed­no­staj­ny skwar pełni lata leje się na głowę jeźdźca. Ka­pe­lusz mężczy­zny jest wil­got­ny od potu. Pył wie­lu dni osiadł na jego skórze, ubra­niu, bu­tach. Czu­je jego smak, gdy ob­li­zu­je su­che usta. Przez cały czas podróżował przez spękaną, nie­przy­jazną zie­mię. Te­raz dro­ga wspi­na się na grań, aby po­tem gwałtow­nie opaść ku nie­wiel­kiej do­li­nie. Na­gle znużone­go wędrow­ca ota­cza so­czy­sta zie­leń. Po­wie­trze jest łagod­ne i słod­kie. Uno­si się w nim woń żywi­cy skarłowa­ciałych so­sen, po­ra­stających zbo­cza wzgórz.

Jack ściąga wo­dze. Głęboko od­dy­cha. Długo, z wdzięcznością, napełnia płuca po­wie­trzem. Na­pa­wa oczy wi­do­kiem. W do­li­nie skrzy się w słońcu nie­wiel­kie je­zio­ro. Nad jego brze­giem stoi nędzna cha­ta po­kry­ta da­chem z kory i dar­ni. Jej ścia­ny skle­co­no z ru­pie­ci Złomon­terów, ka­mie­ni i wy­schniętego błota, gdzie­nieg­dzie wzmoc­nio­no je ko­na­ra­mi drzew. Na za­dba­nych grządkach upraw­nej zie­mi pra­cują mężczy­zna, ko­bie­ta i dziew­czyn­ka.

Lu­dzie. Na­resz­cie. Od wie­lu dni Jack nie miał oka­zji ode­zwać się do żywej du­szy, z wyjątkiem białego mu­stan­ga, Atla­sa. Sa­mot­ność za­czy­nała mu ciążyć.

A już myślałem, mówi głośno, że je­stem je­dy­nym człowie­kiem na świe­cie.

Ru­sza da­lej, po­gwiz­dując me­lo­dię. Woła do nich na po­wi­ta­nie, a oni od­ry­wają się od zajęć i pod­chodzą, żeby się z nim przy­wi­tać. Nie są zbyt przy­jaźni. Mają zmęczo­ne twa­rze. Nie­uf­ny wzrok. Nie przy­wy­kli do to­wa­rzy­stwa, nie in­te­re­su­je ich sze­ro­ki świat i nie mają wie­le do po­wie­dze­nia. Nie­ważne. Już samo to, że ich zo­ba­czył i może odbyć tę niezręczną, na ogół jed­no­stronną roz­mowę, bez­gra­nicz­nie go ra­du­je.

Mężczy­zna jest wy­cieńczo­ny. Ko­bie­ta wygląda na scho­ro­waną. Ma żółtawą skórę, usta moc­no zaciśnięte z bólu. Dziew­czyn­ka, na oko czter­na­sto­let­nia, jest całkiem krzep­ka. Na wi­dok Jac­ka wbi­ja wzrok w czub­ki swo­ich butów. Mil­czy, na­wet gdy on zwra­ca się bez­pośred­nio do niej. Ale jej po­spo­li­ta, płaska twarz roz­pro­mie­nia się miłością, kie­dy z cha­ty wy­bie­ga bosy chłopczyk.

Nes­sa! Nes­sa!, woła ma­lec.

Wesoły, okrągłooki czte­ro­la­tek ma na imię Rob­bie. Jego ro­dzi­na pa­trzy na nie­go z czułością i zdu­mie­niem za­ra­zem. Widać, że nie do­wie­rzają własne­mu szczęściu. Chłopczyk opie­ra się o nogę star­szej sio­stry. Ener­gicz­nie ssie kciuk i mie­rzy Jac­ka wzro­kiem.

Znisz­czo­ny ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem. Srebr­ne oczy. Szczupła, opa­lo­na twarz, która od wie­lu ty­go­dni nie wi­działa brzy­twy. Długi, za­ku­rzo­ny płaszcz i zno­szo­ne buty. Ku­sza na ple­cach, porządnie wy­po­sażony pas z bro­nią: pio­ru­no­strzały, długi nóż, bo­las, pro­ca.

Mam cię!, stra­szy go na niby Jack. Rob­bie gwałtow­nie otwie­ra buzię, bez­wied­nie wy­su­wa z niej kciuk.

Te­raz Jack war­czy. Z pi­skiem za­chwy­tu chłopczyk pusz­cza się bie­giem w stronę je­zio­ra. Nes­sa goni bra­cisz­ka. Do­li­na roz­brzmie­wa ich okrzy­ka­mi i śmie­chem.

Może ci tu­taj nie są zbyt to­wa­rzy­scy, ale złego słowa nie można o nich po­wie­dzieć. Dają przy­by­szo­wi wody do my­cia i porządną strawę. Poją jego ko­nia. Pro­po­nują mu dach nad głową na noc, ale Jack nie chce zwle­kać. O zmierz­chu znów wy­ru­sza w drogę. Ci lu­dzie ciężko pra­cują, wcześnie wstają. Położą się, gdy tyl­ko od­je­dzie.

Pas Burz po­wi­nien być nie da­lej niż trzy dni dro­gi stąd. Właśnie tam zmie­rza. Do Pasa Burz, do karcz­my zwa­nej Prze­graną Sprawą i sta­rej do­brej zna­jo­mej o imie­niu Mol­ly. Jest posłańcem złej no­wi­ny. Naj­gor­szej. Im prędzej ją prze­każe, tym szyb­ciej będzie mógł zawrócić i ru­szyć na zachód.

Na zachód. Nad Wielką Wodę. Ona tam cze­ka. Obie­cał jej, że właśnie tam się z nią spo­tka.

Wyciąga ka­mień, który nosi na szyi, za­wie­szo­ny na skórza­nym rze­my­ku. Jest gładki i chłodny w do­ty­ku. Bla­doróżowy. W kształcie pta­sie­go jaja, długości kciu­ka.

Ka­mień ser­ca. Za­pro­wa­dzi cię do tego, cze­go pra­gnie two­je ser­ce. Tak mówią.

Te­raz po­je­dzie na zachód i ją od­naj­dzie. To ona mu go dała.

Saba.

* * *

Le­d­wie opuścił do­linę, gdy Atlas się płoszy. Rzu­ca łbem i rży. Mu­siał po­czuć, że ktoś się zbliża. Jack bez chwi­li na­mysłu zjeżdża z dro­gi i cho­wa się w so­sno­wym le­sie. Przy­trzy­mu­je pysk mu­stan­ga. Z ukry­cia może spo­koj­nie przyj­rzeć się prze­jeżdżającym.

To Ton­to­ni. Dzie­więciu mężczyzn w czar­nych sza­tach. Eskor­tują parę jadącą wo­zem zaprzężonym w bawołu. Dowódca pro­wa­dzi konwój. Czte­rech lu­dzi kon­no za nim, po­tem wóz, za nim trzech jeźdźców. Ostat­ni, dzie­wiąty mężczy­zna po­wo­zi wo­zem z pustą klatką więzienną.

Jack uważnie im się przygląda. Do­brze zna członków Ton­to­nu. Są nie­okrze­sa­ni, brud­ni i skłonni do nie­po­ha­mo­wa­nej agre­sji. To ban­da zbirów przy­ssa­nych do ko­ry­ta władzy. Lo­jal­ni tyl­ko wo­bec sie­bie, od­po­wia­dają je­dy­nie przed swo­im pa­nem, jeśli aku­rat jest im to na rękę. Kie­rują się wyłącznie własnym in­te­re­sem. Ale ci tu­taj wy­dają się inni. Wszyst­ko w nich jest czy­ste i lśniące, wy­po­le­ro­wa­ne i uporządko­wa­ne. Są uzbro­je­ni po zęby. Zdy­scy­pli­no­wa­ni. Sku­pie­ni na celu.

A to bu­dzi w nim nie­pokój. Ozna­cza, że wróg zmie­nił za­sa­dy gry.

Jack przygląda się pa­rze siedzącej na wo­zie. To chłopak i dziew­czy­na. Mają nie więcej niż szes­naście, sie­dem­naście lat. Siedzą bli­sko sie­bie. Są młodzi, sil­ni i zdro­wi. Chłopak po­wo­zi. W jed­nej ręce trzy­ma lej­ce, drugą obej­mu­je dziew­czynę w ta­lii. Ale między ich ciałami jest prześwit. Siedzą sztyw­no, wy­pro­sto­wa­ni. Nie czują się swo­bod­nie, to widać. Jak­by le­d­wo się zna­li.

Patrzą przed sie­bie, dum­nie za­dzie­rają podbródki. Ich twa­rze wyrażają de­ter­mi­nację. Widać, że nie są więźnia­mi Ton­to­nu.

Wóz jest wyłado­wa­ny me­bla­mi, pościelą i narzędzia­mi. Wszyst­kim, cze­go po­trze­ba do urządze­nia domu.

Gdy wóz z łosko­tem mija Jac­ka, dziew­czy­na na­gle od­wra­ca głowę. Wy­pa­tru­je cze­goś wśród drzew. Jak­by czuła, że ktoś się tam cho­wa. Zmierz­cha się i Jack wie, że ukrył się bez­piecz­nie, ale i tak się cofa. Ona pa­trzy dopóty, dopóki konwój nie mi­nie lasu. Nikt – ani Ton­to­ni, ani siedzący obok dziew­czy­ny chłopak – nicze­go nie za­uważa.

Jack wyraźnie wi­dzi jej czoło. I czoło chłopa­ka. Wy­pa­lo­no im piętna. I to nie­daw­no. Prze­cięte na krzyż kółka pośrod­ku ich czół wyglądają na świeże i bo­le­sne.

Konwój zmie­rza w kie­run­ku do­li­ny. Do go­spo­dar­stwa. Z pustą klatką więzienną.

Te­raz Jack nie tyl­ko się nie­po­koi. Mar­twi się.

Trzy­mając się bli­sko li­nii drzew, pro­wadząc ko­nia, za­wra­ca i po­wo­li ru­sza za nimi.

* * *

Za­pa­da zmrok. Z lasu u szczy­tu do­li­ny Jack ma do­bry wi­dok na go­spo­dar­stwo, które do­pie­ro co opuścił. Ton­to­ni już wchodzą do cha­ty.

Musi po­wstrzy­my­wać sto­py wy­ry­wające się w jej kie­run­ku. Dłoń sięgającą po kuszę. Bo doświad­cze­nie pod­po­wia­da mu, że wszyst­ko już zo­stało przesądzo­ne.

Co­kol­wiek ma się tu wy­da­rzyć, on i tak nie zdoła temu prze­szko­dzić.

Ale może być świad­kiem. Będzie świad­kiem. Czu­je, jak wzbie­ra w nim gniew. Z zaciśniętymi pięścia­mi przygląda się temu, co dzie­je się w do­li­nie.

Ton­to­ni ze­rwa­li już całą ro­dzinę z łóżek. Zmęczo­ne­go mężczyznę i ko­bietę, ich dzie­ci, Nessę i Rob­bie­go. Te­raz trzy­mają ich na musz­kach ognio­miotów. Wszy­scy czwo­ro stoją przy­tu­le­ni do sie­bie w gasnącym świe­tle dnia, a dowódca Ton­to­nu wygłasza krótką mowę. Pew­nie wyjaśnia im, co się da­lej sta­nie i dla­cze­go. Wy­po­wia­da słowa, które mają prze­stra­szyć i zdez­o­rien­to­wać lu­dzi i tak już zbyt prze­stra­szo­nych, i zdez­o­rien­to­wanych, by mo­gli go uważnie wysłuchać.

Jack za­sta­na­wia się, po co Ton­ton za­wra­ca so­bie tym głowę. Cóż, pew­nie taka jest pro­ce­du­ra.

Napiętno­wa­na młoda para cze­ka w wo­zie, go­to­wa wpro­wa­dzić się do swo­je­go no­we­go domu. Przejęcie zie­mi. Prze­sie­dle­nie. A więc o to tu cho­dzi.

Stąd wszy­scy wy­dają się tacy mali. Jak lal­ki. Jack nie słyszy, co mówią. Ale wy­czu­wa nie­pokój w pod­nie­sio­nych głosach członków ro­dzi­ny. Nes­sa pada na ko­la­na. Błaga o litość, moc­no tuli do sie­bie bra­cisz­ka. Je­den z Ton­tonów za­bie­ra Rob­bie­go, a dwaj inni chwy­tają dziew­czynkę za ręce. Pro­wadzą ją do wozu więzien­ne­go. Ona wy­ry­wa się i krzy­czy, od­wra­ca się i spogląda na ro­dziców.

Ton­to­ni za­bi­jają jed­no­cześnie obo­je do­rosłych strzałami w czoło. Ciała męża i żony bezwład­nie osu­wają się na zie­mię.

Nes­sa krzy­czy. Tym ra­zem Jack wyraźnie słyszy jej słowa:

Ucie­kaj, Rob­bie! Ucie­kaj!

Chłopczyk wierz­ga i wy­ry­wa się z rąk Ton­to­na. Gry­zie go w dłoń. Mężczy­zna krzy­czy i wy­pusz­cza małego. Rob­bie jest wol­ny. Ucie­ka przez pole ile sił w no­gach, a sio­stra po­na­gla go, żeby biegł szyb­ciej. Ale jest lato, zboże jest wy­so­kie, a on ma tyl­ko czte­ry lata.

Dowódca wy­krzy­ku­je roz­ka­zy. Je­den z jego lu­dzi ru­sza za ucie­ki­nie­rem. Za późno. Gor­li­wy nowy osad­nik już ze­ska­ku­je z wozu. Ce­lu­je z ognio­mio­tu. Od­da­je strzał. Rob­bie pada w bie­gu. Zni­ka wśród dzi­kiej psze­ni­cy.

Dowódca Ton­to­nu stra­cił kon­trolę nad sy­tu­acją. Wszyst­ko po­win­no pójść gładko. A za­pa­no­wał cha­os. Gdy on i osad­nik wrzeszczą na sie­bie, Nes­sa za­czy­na krzy­czeć. Jej wy­so­kie za­wo­dze­nie, pełne roz­pa­czy i wściekłości, wywołuje ciar­ki na skórze Jac­ka.

Dziew­czyn­ka ma roz­dartą ko­szulę. Próbuje zasłonić na­gie ciało. Mężczyźni szydzą z niej. Ona płacze, krzy­czy, na oślep roz­da­je cio­sy. Wykręcają jej ręce za ple­ca­mi. Je­den z nich na­chal­nie ją do­ty­ka.

Dowódca to za­uważa. Pod­cho­dzi szyb­kim kro­kiem i za­bi­ja mężczyznę strzałem w głowę.

W jakiś sposób w tym całym zamęcie Nes­sa zna­lazła pio­ru­no­strzał. Wkłada so­bie lufę do gardła i na­ci­ska spust.

Jack od­wra­ca wzrok. Opie­ra głowę o szyję ko­nia, ciężko od­dy­cha. Atlas nie­spo­koj­nie przestępuje z nogi na nogę.

Co za bałagan. Spar­ta­czo­na ro­bo­ta. To oczy­wi­ste, że mie­li za­brać Nessę i Rob­bie­go, młodych i zdro­wych, a zabić tyl­ko ich scho­ro­wa­nych ro­dziców. Za­miast tego wszy­scy są mar­twi.

Ton­ton zmie­nił za­sa­dy gry. To pew­ne. Już wie­le mie­sięcy wcześniej Jack słyszał pogłoski o przejęciach zie­mi i prze­sie­dle­niach. Ale nig­dy tak da­le­ko na za­cho­dzie. Ton­toni prze­ta­czają się przez tę kra­inę jak pla­ga.

Jeśli to te­ry­to­rium należy już do nich, tak samo jest w Pa­sie Burz. A to ozna­cza, że Mol­ly jest w nie­bez­pie­czeństwie.

Te­raz Jack nie tyl­ko się mar­twi. Boi się.

* * *

Jack zba­cza ze szla­ku. Tu jest zbyt nie­bez­piecz­nie.

Jadą z Atla­sem na wschód nie­zna­ny­mi dro­ga­mi. Te­ren jest trud­ny, nie­przy­ja­zny. Mało uczęszcza­ne, ka­mie­ni­ste ścieżki, do których nig­dy nie do­cie­rają pro­mie­nie słońca. Cza­sem Jack wi­dzi w od­da­li ja­kie­goś wędrow­ca – ru­cho­my punkt kra­jo­bra­zu – ale chy­ba wszy­scy mają równie bacz­ny wzrok jak on i też pragną prze­je­chać nie­zau­ważeni, bo nikt nig­dy się do nie­go nie zbliża. Jack spie­szy się, tyl­ko raz na jakiś czas od­po­czy­wa przez go­dzinę lub dwie. Ma mnóstwo cza­su na roz­myśla­nie o tym, co zo­ba­czył.

Ton­ton. Do nie­daw­na pry­wat­na ar­mia Vi­ca­ra Pin­cha: sza­leńca, nar­ko­ty­ko­we­go ba­ro­na i sa­mo­zwańcze­go Króla Świa­ta. Te­raz mar­twe­go.

Po­ko­na­li Ton­tonów na So­sno­wym Wzgórzu. On, Saba i Ike, z po­mocą Maev, jej wo­jow­ni­czek, Wol­nych Jastrzębi, i ich sprzy­mie­rzeńców, Łupieżców z Za­chod­nie­go Szla­ku. Saba zabiła Vi­ca­ra Pin­cha. Ale nie po­zby­li się Ton­tonu. Nie wy­bi­li ich do ostat­nie­go. Na­wet gdy­by im się to udało, Jack już dość długo żyje na tym świe­cie, dość dużo wi­dział, aby wie­dzieć, że nie da się wytępić całego zła z tej zie­mi. Znisz­czysz to, co wi­dzisz przed sobą, a ono już czai się za two­imi ple­ca­mi.

Ton­to­ni zde­cy­do­wa­nie do­brze się mają. Ale zmie­ni­li się. Za­wsze byli nie­chluj­ni, a na­wet brud­ni, no­si­li długie włosy i buj­ne bro­dy. Ci ostat­ni jed­nak byli gładko ogo­le­ni, z krótko ostrzyżony­mi włosa­mi. Ich sza­ty były czy­ste, buty także, po­dob­nie jak cały ekwi­pu­nek. Ko­nie wy­pielęgno­wa­ne, o lśniącej sierści. To nowy, czy­sty Ton­ton.

Nie dość czy­sty. Ope­ra­cja w do­li­nie poszła bar­dzo źle. Dowódca nie pa­no­wał nad swo­imi ludźmi. Nie chcie­li go słuchać. A to, jak je­den z nich po­trak­to­wał Nessę, po­ka­zało, że niektórzy z nich nadal chcie­liby grać we­dle daw­nych za­sad. Ale dowódca go za­strze­lił. Na­tych­miast. Bez wa­ha­nia. Głośno i wyraźnie prze­ka­zał wia­do­mość każdemu, kto mógł mieć ja­kieś wątpli­wości. Nowa gra. Nowe za­sady. Żad­nych dru­gich szans.

A za­tem…

Mała zie­lo­na do­li­na. Skra­wek żyznej zie­mi. Cha­ta. Czy­sta woda. Ton­to­ni za­bi­jają chorą żonę i wy­cieńczo­ne­go męża. A gdy­by wszyst­ko poszło zgod­nie z pla­nem, za­bra­li­by ze sobą Rob­bie­go i jego siostrę. Obo­je byli młodzi i zdro­wi. Tyl­ko dokąd by ich za­bra­li? Skąd przy­by­li prze­sie­dleńcy, chłopak i dziew­czy­na? Może ich też ode­bra­no ro­dzi­nom. Ale nie widać było, żeby sta­wia­li opór. Chłopak ocho­czo włączył się do ak­cji, wziął spra­wy w swo­je ręce.

To piętno na ich czołach, prze­cięte na krzyż kółko, musi coś ozna­czać. W Mieście Na­dziei Ton­to­ni wy­pa­la­li dziw­kom na czo­le li­terę D, ale Jack nig­dy nie słyszał o in­nych zna­kach. Piętno­wa­nie ozna­cza cię na za­wsze. Po­ka­zu­je wszyst­kim, do której gru­py należysz.

Zdro­wi młodzi lu­dzie, napiętno­wa­ni. Eks­pan­sja te­ry­to­rial­na. Przej­mo­wa­nie żyznej zie­mi i wody pit­nej. Kon­tro­la za­sobów. Nowy, bar­dziej zdy­scy­pli­no­wa­ny Ton­ton, wy­ko­nujący roz­ka­zy. Tyl­ko czy­je? Kogoś u góry. Kto działa zgod­nie z szer­szym pla­nem.

Taki człowiek mu­siałby być potężny. Zde­ter­mi­no­wa­ny, zdy­scy­pli­no­wa­ny, prze­ko­nujący i bar­dzo, bar­dzo spryt­ny.

Jack zna tyl­ko jed­ne­go człowie­ka. Z Ton­to­nu. Był zastępcą Vi­ca­ra Pin­cha. Szarą emi­nencją, siłą stojącą za tro­nem. Od­je­chał z So­sno­we­go Wzgórza jesz­cze przed bitwą. Opuścił swo­je­go sza­lo­ne­go pana, zo­sta­wił go na pastwę losu bez jed­ne­go spoj­rze­nia za sie­bie. I za­brał ze sobą grupę lu­dzi.

De­Ma­lo.

To wszyst­ko mu­siało trwać od ja­kie­goś cza­su. Mu­siało się zacząć jesz­cze za życia Vi­ca­ra Pin­cha, który tak na­prawdę nie miał już nic do po­wie­dze­nia. De­Ma­lo mu­siał pla­no­wać tę ope­rację na boku. To wyjaśniałoby plot­ki, które zaczęły do­cie­rać do Jac­ka już parę lat wcześniej. Z tego, co wie o tym człowie­ku, choć wie o nim nie­wie­le, może jed­nak po­dej­rze­wać, że De­Ma­lo nie jest ty­pem, który zde­cy­do­wałby się na krwa­wy przewrót.

O nie. Jest o wie­le bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ny. Ni­czym szty­let w mro­ku. Tru­ci­zna w wi­nie. Cier­pli­wie cze­kał na od­po­wied­ni mo­ment. Jack wy­obraża so­bie, jak De­Ma­lo mu­siał uśmiechnąć się w du­chu, kie­dy zo­ba­czył, że oni za­mie­rzają od­wa­lić za nie­go brudną ro­botę na So­sno­wym Wzgórzu.

Naj­ważniej­sze jest to, że przy­go­to­wy­wał plan z dala od wzro­ku i uszu Pin­cha. Nie udałoby mu się to, gdy­by w jakiś sposób nie za­pew­nił so­bie lo­jal­ności i mil­cze­nia swo­ich zwo­len­ników z Ton­to­nu.

Niesłycha­ne. Bar­dzo cie­ka­we. I bar­dzo nie­po­kojące.

Jack wie­le by dał, żeby do­wie­dzieć się, co dokład­nie knu­je De­Ma­lo. Gdzie. Jak. I po co.

Im szyb­ciej do­trze do Prze­gra­nej Spra­wy, tym le­piej.

* * *

Karcz­ma stoi na roz­sta­ju dróg, wprost przed nim. Przy­cup­nięta, chy­li się ku zie­mi. Ob­skur­ne miej­sce, sa­mot­ne na su­chej, roz­ległej równi­nie, oto­czo­ne czar­ny­mi, groźnymi szczy­ta­mi gór.

Prze­gra­na Spra­wa. Na­resz­cie.

Z po­wo­du dro­gi, którą wy­brał, aby uniknąć wszel­kie­go ry­zy­ka, że na­tknie się na Ton­tonów, do­tarł tu do­pie­ro po ty­go­dniu mo­zol­nej wędrówki. O wie­le później, niż zakładał.

Zbliża się świt. Świt i zmierzch wy­zna­czają czas w Pa­sie Burz. Jack zer­ka na nie­bo. Przy­je­chał w samą porę. Nad równiną gro­madzą się pa­skud­ne bru­nat­ne chmu­ry. Nad­ciągają ze wszyst­kich stron, kłębią się i w pośpie­chu wpa­dają jed­na na drugą. Słychać groźny po­mruk grzmo­tu. Bu­rza siar­ko­wa.

Atlas rzu­ca łbem. Jack popędza go, żeby się nie za­trzy­my­wał. Przed karczmą ze­ska­ku­je z ko­nia i wpro­wa­dza go do staj­ni. Stoi tam Prue, ko­sma­ta, ru­da­wa klacz należąca do Mol­ly. Co za ulga. Przez całą drogę Jack mar­twił się, że za­sta­nie to miej­sce spa­lo­ne przez Ton­tonów. Ale i tak dzi­wi go wi­dok sa­mot­nej kla­czy. Staj­nia zwy­kle jest pełna wierz­chowców gości: mułów, koni, co pe­wien czas po­ja­wia się na­wet wielbłąd.

Jack pod­cho­dzi do drzwi. Szyld karcz­my kołysze się i skrzy­pi na sil­nym wie­trze. Wy­blakła far­ba się łuszczy, ale wciąż widać tonącą we wzbu­rzo­nym mo­rzu maleńką łódź, którą za­raz pochłonie ogrom­na fala. Za każdym ra­zem, gdy tu był, w du­chu spo­dzie­wał się, że łódź w końcu całkiem znik­nie. Za­to­nie na dnie mo­rza.

Prze­gra­na Spra­wa. Do­sko­nała na­zwa. Stos ru­pie­ci Złomon­terów, którego pies z ku­lawą nogą by nie obwąchał. Wystrzępio­ne reszt­ki nie wia­do­mo cze­go. Po­obi­ja­ne ele­men­ty tego i owe­go. Wy­star­czyłoby moc­niej dmuchnąć i wszyst­ko by się roz­sy­pało. A jed­nak ta karcz­ma stoi tu od za­wsze. Od lat. Była tu­taj na długo przed zmianą kli­ma­tu i po­ja­wie­niem się burz. Kie­dyś ota­czała ją porośnięta bujną trawą, tętniąca życiem zie­lo­na równi­na.

Na­wet wte­dy było to po­pu­lar­ne miej­sce spo­tkań. Nig­dy nie bra­ko­wało tu bim­bru i dzi­wek. Ale karcz­ma stała się na­prawdę sławna do­pie­ro wte­dy, gdy przejęła ją ro­dzi­na Mol­ly. Czte­ry po­ko­le­nia Prattów uczy­niły ją naj­ważniej­szym przy­stan­kiem w tej części świa­ta. Słynne bójki, złoczyńcy knujący po kątach swo­je nie­cne spi­ski, gorączko­wy brzęk mu­zy­ki, na­pit­ki dość moc­ne, żebyś stra­cił czu­cie w ce­bul­kach włosów, i nie­grzecz­ne dziew­czy­ny wszel­kiej maści. Jack za­sta­na­wia się, czy Li­lith nadal tu­taj pra­cu­je. Pew­nie trochę się za­okrągliła tu i tam.

Nig­dy nie słyszał, żeby Prze­gra­na Spra­wa była kie­dy­kol­wiek za­mknięta, w dzień czy w nocy. Mol­ly pew­nie nie śpi, na­wet o tej po­rze. Za­wsze wcześnie wsta­je. Wy­star­czają jej czte­ry go­dzi­ny snu i popołudnio­wa drzem­ka. Może na­wet stoi te­raz za ba­rem.

Jack przy­sta­je przed drzwia­mi. Żołądek mu się wy­wra­ca ze zde­ner­wo­wa­nia. Przez całą drogę za­sta­na­wiał się, co ma jej po­wie­dzieć. Jak jej po­wie o Ike’u. I nadal tego nie wie. Nig­dy nie robił nic ta­kie­go. Musi mieć na­dzieję, że właściwe słowa same do nie­go przyjdą.

Żeby zy­skać jesz­cze chwilę, strze­pu­je pył z ka­pe­lu­sza i gołębie pióro za­tknięte za wstążką. Na jego usta mi­mo­wol­nie wypływa uśmiech, gdy przy­po­mi­na so­bie, ile za­cho­du kosz­to­wało Emmi zna­le­zie­nie ide­al­ne­go pióra, aby mogła ozdo­bić jego sta­ry znisz­czo­ny ka­pe­lusz. Jack wsa­dza je więc z po­wro­tem i za­wa­diac­ko prze­krzy­wia.

Bie­rze głęboki od­dech. Otwie­ra drzwi i wcho­dzi do środ­ka.

* * *

Mol­ly stoi za ba­rem. Wy­cie­ra za­rdze­wiałe, po­obi­ja­ne kub­ki i dzba­ny, które wy­dają się jesz­cze nędzniej­sze, niż gdy był tu ostat­nio. Pra­co­wi­cie czyści stos na­czyń, jak­by cze­kał na nie tłum spra­gnio­nych pi­jaków. Ale Jack jest tu je­dy­nym gościem.

Ko­bie­ta pod­no­si wzrok. Nie po­tra­fi ukryć za­sko­cze­nia. Przez jej twarz prze­bie­ga szyb­ki błysk radości. I jesz­cze coś. Ulga. Która zni­ka tak szyb­ko, jak się po­ja­wiła. Ma­ska wra­ca na miej­sce. Uśmiech, który mówi: już wszyst­ko w życiu słyszałam. I te oczy, które wszyst­ko wi­działy.

Jac­ka i Mol­ly łączy wspólna hi­sto­ria. Która sięga da­le­ko. Ale re­ak­cja ko­bie­ty nie miała żad­ne­go związku z nim. Nie dla nie­go była dzi­ka, gorąca radość, której błysk przed chwilą zo­ba­czył. Nie. Ona myśli, że przy­je­chał z nim Ike. Jack przełyka gulę w gar­dle.

No, no, ce­dzi słowa Mol­ly, pa­trz­cie, kogo wiatr tu­taj przy­wiał.

Wra­ca do swo­je­go zajęcia. Gąszcz długich, kręco­nych blond włosów związała w koński ogon. Ma usta, na wi­dok których mężczyźni tracą głowę. Kuszące krągłości. By­stry wzrok. Wędrow­cy nadkładają dro­gi tyl­ko po to, żeby zna­leźć się w jed­nej izbie z Mol­ly. To wszyst­ko, na co mogą li­czyć na­wet naj­lep­si z nich.

Mol­ly Pratt, mówi Jack. Przy­po­mnij mi, co taka nie­biańska isto­ta robi w tej no­rze?

Po­daję bim­ber ta­kim łaj­da­kom jak ty, od­po­wia­da Mol­ly. A jeśli jesz­cze raz na­zwiesz mój lo­kal norą, więcej tu nie wej­dziesz.

Już ostat­nim ra­zem do­stałem za­kaz wstępu, przy­po­mi­na jej Jack, i po­przed­nim, i jesz­cze po­przed­nim. Pamiętasz?

Och, pamiętam. Do­bra, wejdź, coś ty na­gle taki nieśmiały? Cza­isz się jak dzie­wi­ca w noc poślubną. Sia­daj, na­pij się, przy­suń stołek dla Ike’a. Gdzie on jest? Za­pro­wa­dził ko­nie do staj­ni?

Jack nie od­po­wia­da. Zbie­ra się do tego, co ma po­wie­dzieć. Naj­pierw gol­nie so­bie jed­ne­go. Albo i trzy. Za­cze­ka na od­po­wied­nią chwilę. Pod­cho­dzi do baru, po dro­dze zgar­nia dwa ple­cio­ne z gałązek stołki. Sia­da, rzu­ca sakwę z kory na podłogę, pas na broń kładzie na ba­rze. Wszędzie jest pia­sek. Sto­sy w kątach izby. Wi­ru­je wokół jego stóp w prze­ciągu wpa­dającym przez szpa­ry w drzwiach.

Źle się tu dzie­je, Mol­ly, mówi Jack.

Wi­taj w No­wym Ede­nie. Mamy tu ślicz­ny, no­wiut­ki świat.

Chy­ba krwa­wy świat, chcesz po­wie­dzieć.

To za­wsze był krwa­wy świat. Tyl­ko te­raz krew niektórych lu­dzi jest lep­sza niż in­nych.

Co no­we­go?, pyta Jack. Trze­ba przy­znać, że Ton­ton nie jest taki jak kie­dyś. Co z jego dowódcą? Słyszałaś o nie­ja­kim De­Ma­lo?

Mol­ly kręci głową.

Na­zy­wają go Wiel­kim Pio­nie­rem, mówi. Złodzie­je zie­mi… prze­pra­szam, Strażnicy Zie­mi wdy­chają jego imię, jak­by był nad­ludzką istotą. Twierdzą, że jest cu­dotwórcą. Że przy­był, aby ule­czyć zie­mię.

Nie po­win­naś tu być, mówi Jack. Tu nie jest bez­piecz­nie.

Cóż, to praw­da, mówi ona, Ton­to­ni nie lubią bim­bru ani dzi­wek. Wszyst­ko się po­zmie­niało. Ale ci dra­nie mają ważniej­sze spra­wy na głowie niż ta karcz­ma. Zie­mia w Pa­sie Burz na nic się im przy­da. Od­pra­wiłam Li­lith i inne dziew­czy­ny. Jak sam wi­dzisz, nie mam tu tłumów gości. Nie ma dzi­wek, go­rzałki nie­wie­le, Ton­ton nie będzie so­bie za­wra­cać mną głowy.

Tego nie wiesz, mówi on. Mu­sisz stąd wy­je­chać, Mol­ly.

Tu jest mój dom, Jack. Mój in­te­res. Pro­wadzę tę karczmę od piętna­ste­go roku życia. Przede mną pro­wa­dził ją mój oj­ciec, a on przejął ją od swo­je­go ojca. Przez całe życie muszę so­bie ra­dzić z różnymi upar­ty­mi su­kin­sy­na­mi.

Wi­działem ich, Mol­ly. Wi­działem ich w ak­cji, mówi Jack. Chcesz oddać życie za to miej­sce? Za to?

Nig­dy do tego nie doj­dzie, od­po­wia­da Mol­ly. A jeśli tak, po­tra­fię o sie­bie za­dbać.

No cóż, nie po­win­naś być tu sama. Kie­dy odeszły dziew­czy­ny?, pyta Jack.

Jakiś czas temu. Sama mogę ry­zy­ko­wać, ale ich nie za­mie­rzam narażać, oświad­cza.

Coś w głosie Mol­ly spra­wia, że Jack mruży oczy.

Co ty kom­bi­nu­jesz?

Daj spokój, uci­na Mol­ly.

Ten te­mat jest już za­mknięty.

Mol­ly pod­su­wa Jac­ko­wi napełnio­ny po brze­gi po­rdze­wiały ku­bek. Pływa w nim zdechły żuk.

Wy­pij, mówi Mol­ly. Nie po­liczę ci za ro­ba­la. Le­piej na­leję dla Ike’a. Pew­nie umie­ra­cie z pra­gnie­nia, chłopa­ki.

Gdy na­le­wa bim­ber do dru­gie­go kub­ka, a on wyławia żuka, Mol­ly zer­ka na drzwi.

Co mu tyle zaj­mu­je? Och, nie mów mi. Wiem. Cho­wa się za swo­im ko­niem. Cały Ike. Wysyła cię przo­dem, żebyś roz­po­znał wro­ga, a sam cze­ka, aż będzie czy­sto. Wrócę za trzy mie­siące, mówi do mnie, trzy mie­siące, Mol­ly, masz moje słowo, a po­tem już nig­dy cię nie opuszczę. Trzy mie­siące. Far­ma­zo­ny. Ra­czej trzy lata, dzie­sięć mie­sięcy i sześć dni. Po­wie­działam ci to wte­dy, Jack, i te­raz powtórzę: nie wra­caj tu, o ile nie przy­pro­wa­dzisz Ike’a, żeby zro­bił ze mnie uczciwą ko­bietę, na wie­ki wieków, amen. Jeśli nie, wrzucę cię do becz­ki w go­rzel­ni i ugo­tuję w podłym bim­brze. Uprze­dziłam cię czy nie?

Uprze­dziłaś, po­twier­dza Jack.

A czy nie je­stem ko­bietą, która do­trzy­mu­je słowa?

Je­steś.

Sam wi­dzisz.

Jack wy­chy­la tru­nek do dna. Moc­ny al­ko­hol pali mu przełyk.

Nie­by­wałe, mówi Jack, kie­dy znów może się ode­zwać. Co to jest?

Piołunówka, wyjaśnia Mol­ly. Zro­bio­na w zeszły wto­rek. Od­stra­sza plu­skwy, wszy i mu­chy. Do­bra też na wy­sypkę od siodła. Ostat­ni gość, który jej spróbował, wy­biegł stąd na czwo­ra­kach, wyjąc jak wil­ko­pies.

Któregoś dnia kogoś za­bi­jesz, ostrze­ga ją Jack.

Kto po­wie­dział, że już tego nie zro­biłam? Co, do diabła, za­trzy­mało tego fa­ce­ta?

Rzu­ca to od nie­chce­nia, jak­by w ogóle jej to nie ob­cho­dziło. Ale jej oczy mówią co in­ne­go.

Jesz­cze je­den i jej po­wie. Pod­su­wa ku­bek.

Po­lej, pro­si.

Sam się obsłuż, od­po­wia­da Mol­ly.

Jest zajęta przegląda­niem się w kawałku lu­stra, które trzy­ma za ba­rem. Pod­szczy­pu­je po­licz­ki, za­gry­za war­gi i bawi się włosa­mi, przez cały czas zer­kając na drzwi. Ma dwa­dzieścia dzie­więć lat, a za­cho­wu­je się jak przejęta dzier­lat­ka, wy­cze­kująca tego je­dy­ne­go, na którego wi­dok jej ser­ce szyb­ciej bije. Jack czu­je bo­le­sny ucisk w pier­si.

Pije. Żołądek skręca mu się z nerwów. Da­lej, po­na­gla sie­bie w du­chu, zrób to. Po­wiedz jej te­raz. Ale za­miast tego mówi:

Przy­sięgam, Mol­ly, za każdym ra­zem, gdy cię widzę, je­steś jesz­cze piękniej­sza niż ostat­nim ra­zem. Ile serc dzi­siaj złamałaś?

Daj spokój, uci­sza go Mol­ly. Wiem, że wyglądam jak cza­row­ni­ca. Jack par­ska z nie­do­wie­rza­niem, a ona uśmie­cha się do sie­bie w lu­strze, za­do­wo­lo­na. Życie w tej pie­kiel­nej no­rze ode­brało mi urodę, mówi. Ze­sta­rzałam się, cze­kając na Ike’a. Prze­gra­na Spra­wa. To ja, Jack, naj­większa prze­gra­na spra­wa w dzie­jach ludz­kości. I wiesz co? Jaka ja byłam głupia! Żeby myśleć, że mężczy­zna mógłby po­wie­dzieć coś poważnie. Ike z Cie­ni­ste­go Boru by się ustat­ko­wał? Wol­ne żarty. Równie do­brze mógłbyś po­pro­sić słońce, żeby prze­stało świe­cić.

Te­raz. Po­wiedz jej.

Mol­ly, za­czy­na Jack, muszę ci coś…

Do­bra, dość już o Ike’u. Pokaże swoją fa­cjatę, kie­dy zbie­rze się na od­wagę. Mol­ly opie­ra łokcie na ba­rze. A to co za pa­skudz­two? Pstry­ka pal­ca­mi ron­do jego ka­pe­lu­sza, który spa­da na podłogę. Tak le­piej, mówi Mol­ly. Niech cię szlag, Jack, przy­stoj­ny drań z cie­bie. Ty i te two­je księżyco­we oczy.

Posłuchaj, Mol­ly, ja…

Myślisz o niej cza­sem?, pyta na­gle Mol­ly.

Jack nie od­po­wia­da. Wpa­tru­je się w swój ku­bek.

Miałaby te­raz sześć lat, mówi ona. Wiem, że to głupie, ale… lubię so­bie wy­obrażać, jaka by była. Jaki miałaby cha­rak­ter, no wiesz. W kogo by się wdała. Miała ta­kie same oczy jak ty. Była piękna, praw­da?

Tak, mówi Jack. Bar­dzo.

Bie­rze jej dłoń w swo­je. Ści­ska ją moc­no i całuje. Patrzą na sie­bie. W po­wie­trzu pomiędzy nimi wisi ciężar tego, co było. Tego, co nie miało trwać, a mimo to połączyło ich na za­wsze.

Jack? Mol­ly przygląda mu się uważnie, ba­daw­czo. Od­chy­la się, jak­by coś na­gle ją ude­rzyło.

O Boże, Jack. Ty chcesz mi coś po­wie­dzieć.

Jack wy­pusz­cza po­wie­trze.

Tak, po­twier­dza. Tak, chcę. Cho­dzi o to, Mol­ly, że… ja…

A niech mnie!, mówi ona. Na jej twarz po­wo­li wypływa uśmiech.

Zdzi­wio­ny Jack marsz­czy brwi.

Mol­ly?

Ha, ha! Nie wierzę! Ko­bie­ta ude­rza dłonią o blat. Do kroćset i al­le­lu­ja, Jack, kim ona jest?

Kto? O czym ty mówisz?

Tyl­ko bez uników, za do­brze cię znam. Kim ona jest? Co to za dziew­czy­na? A to co? Wyciąga ka­mień ser­ca scho­wa­ny za jego ko­szulą.

Przygląda mu się z na­mysłem.

Prze­cież to ka­mień ser­ca, mówi Mol­ly. Dała ci ka­mień ser­ca!

Może go zna­lazłem, mówi Jack.

O nie. Widzę to w two­jej twa­rzy, Jack. Widzę ją w two­ich oczach.

Nie wiem, o czym mówisz.

Hej, stro­fu­je go Mol­ly, to prze­cież ja, pamiętasz? Ty i ja nie uda­je­my. Mamy to za sobą. Odkąd cię znam, Jack, trzy­małeś drzwi do swo­je­go ser­ca za­mknięte, a klucz głęboko scho­wa­ny. Wygląda na to, że ona go zna­lazła.

Jack mil­czy. Mol­ly cier­pli­wie cze­ka.

Klu­cze nie są w jej sty­lu, od­zy­wa się w końcu Jack. Wyważyła drzwi kop­nia­kiem.

Ko­chasz ją, mówi Mol­ly.

Hm, tego nie wiem. Ja… hm. Ko­chać… To brzmi zbyt bez­piecz­nie. A to, co jest między nami, wca­le nie jest bez­piecz­ne.

Och. Czy­li tak to wygląda?

Nie chcę tego, Mol­ly, mówi. Ja… co­kol­wiek to jest, na pew­no sam tego nie szu­kałem.

Nie mu­sisz szu­kać, mówi ona. Jeśli coś jest ci pi­sa­ne, samo cię znaj­dzie. Lu­bi­my myśleć, że pa­nu­je­my nad swo­im życiem, ale wca­le tak nie jest. Nie do końca. Po­wi­nie­neś już to wie­dzieć.

Nie znaj­dziesz ni­ko­go bar­dziej upar­te­go od niej, choćbyś się sta­rała, mówi Jack. Za­wsze myśli, że wszyst­ko wie naj­le­piej, na­wet jeśli tak nie jest. Zwłasz­cza jeśli tak nie jest. Jest kol­cza­sta i upar­ta i ma wszyst­kie ce­chy, które wy­mie­niłabyś na sa­mym dole li­sty, gdy­byś robiła listę… No wiesz jaką. Której ja oczy­wiście nie robię. Nie robiłem.

Ale?, pyta Mol­ly.

Ale… Mój Boże, Mol­ly, ona tak ja­sno świe­ci, mówi Jack. Ogień życia tak moc­no w niej płonie. Za­nim ją spo­tkałem, nie zda­wałem so­bie spra­wy, że… że przez całe życie byłem zim­ny.

Wiem, przy­zna­je łagod­nie ona.

Cho­dzi o to, że… Ech, do diabła. Ona wi­dzi we mnie lep­sze­go człowie­ka, niż na­prawdę je­stem.

Cóż, je­steś lep­szym człowie­kiem, niż ci się wy­da­je, mówi Mol­ly.

Jest za młoda, mówi. Ma osiem­naście lat.

Skan­dal!, obu­rza się Mol­ly. Bo prze­cież ty je­steś taki sta­ry.

Wiek to nie tyl­ko lata, do­brze o tym wiesz. Tak czy in­a­czej pokłada­nie tylu na­dziei w jed­nej oso­bie… To nie­bez­piecz­ne.

Nie waż się od tego ucie­kać, Jack, nie waż się, ostrze­ga ostro Mol­ly. Większość lu­dzi nig­dy nie po­czu­je tego, co ty czu­jesz. Bądź z nią. A jeśli ma to trwać go­dzinę, jedną noc, ty­dzień, mie­siąc, to bez zna­cze­nia. Bądź z nią, płoń z nią, lśnij z nią… Tak długo, ile będzie ci dane. Do­brze. Po­wiedz mi, jak ma na imię. Mów.

Jack bie­rze głęboki od­dech.

Saba, mówi. Ma na imię Saba.

Mol­ly kładzie dłoń na jego twa­rzy.

Och, mój dro­gi Jac­ku… Właśnie tego dla cie­bie pragnęłam. To wszyst­ko, cze­go dla cie­bie pragnęłam. Jak mogłaby oprzeć się tym oczom?

Próbowała, mówi Jack. I to jak próbowała. Ale… posłuchaj, Mol­ly, ja nie dla­te­go…

Trze­ba to uczcić!, woła Mol­ly. Taka oka­zja wy­ma­ga poważnego to­a­stu! I mam na myśli na­prawdę poważny!

Śmie­je się i z hu­kiem sta­wia kub­ki na ba­rze w długim sze­re­gu.

Do diabła, gdzie się po­dzie­wa Ike? Ike!, woła. Cho­le­ra, człowie­ku, w tej chwi­li przy­pro­wadź tu swo­je włocha­te ciel­sko! Pi­je­my za Jac­ka i Sabę! Po ko­lei napełnia na­czy­nia, chla­piąc i roz­le­wając płyn do­okoła. Mówię ci, Jack, je­steś dla mnie na­tchnie­niem. Zmie­nię nazwę tego miej­sca. Ko­niec z Prze­graną Sprawą. O nie. Od tej chwi­li będzie się na­zy­wało Źródłem Wiecz­nej Na­dziei! A kie­dy Ike wej­dzie przez te drzwi, przy­wiążę go do krzesła i nig­dy nie wy­puszczę, bo życie jest za krótkie i już czas, żebym zaczęła słuchać własnych rad. Mogę po­trze­bo­wać two­jej po­mo­cy, oczy­wiście, ale je­stem pew­na, że nie będziesz miał nic prze­ciw­ko temu, widząc jak…

Mol­ly! Jack chwy­ta ją za rękę. Prze­stań, Mol­ly, proszę. Cho­le­ra, Moll. Ike nie wej­dzie przez te drzwi.

Mol­ly za­mie­ra. Jej uśmiech zni­ka.

Proszę, nie mów tego, szep­cze.

Nie jest w sta­nie. Ale musi to zro­bić.

Ike nie żyje, mówi Jack. Nie żyje, Mol­ly. Tak mi przy­kro.

Jej oczy napełniają się łzami, które te­raz ci­cho płyną po jej twa­rzy. Pa­trzy mu pro­sto w oczy.

To się stało mie­siąc temu. Nie… Trochę więcej. Była… wiel­ka bi­twa. Tym ra­zem praw­dzi­wa, nie jakaś tam bójka w knaj­pie. Z Ton­to­nem.

Z Ton­to­nem, po­wta­rza Mol­ly.

Wróciliśmy na Pola Wol­ności, ciągnie Jack. Spa­li­liśmy pola dżaalu. Ru­szy­li za nami w pościg… Nie tyl­ko za mną i Ikiem, ale też za Sabą i in­ny­mi. Wal­czy­liśmy z nimi, Mol­ly. Po­ko­na­liśmy ich. I przez pe­wien czas, przez chwilę, do­brzy wy­gry­wa­li. Ja i Ike, ci do­brzy. Kto by pomyślał?

Ja, mówi Mol­ly. Ja wiem.

Umarł wśród przy­ja­ciół, Moll, mówi Jack. Byłem przy nim. Byłem tuż obok, a on… Umarł na mo­ich rękach. Dobrą śmier­cią. W chwa­le. Tak jak chciał. Ostat­nią rzeczą, którą mu po­wie­działem… Szepnąłem mu do ucha: Mol­ly cię ko­cha, Ike. To ostat­nie słowa, ja­kie usłyszał.

Mol­ly przez chwilę stoi nie­ru­cho­mo. Kiwa raz głową. Wy­su­wa dłoń spo­między dłoni Jac­ka.

Cieszę się, że to właśnie ty mi o tym po­wie­działeś, mówi. Nie mar­nuj już więcej cza­su, Jack. Jedź do niej. Bądź z nią. Płoń ja­sno. Obie­caj mi.

Wy­jedź stąd, prze­ko­nu­je. Po­jedź ze mną, proszę.

Obie­caj mi, mówi Mol­ly.

Obie­cuję.

Do wi­dze­nia, Jack.

Mol­ly całuje go w po­li­czek. Po­tem wy­cho­dzi na za­ple­cze i za­my­ka za sobą drzwi.

Ci­sza. Pew­nie przy­ci­ska coś do ust, żeby nie robić hałasu. Mogłaby odpuścić i porządnie zawyć. Prze­cież tyl­ko on tu jest. Jack wcho­dzi za bar i puka do drzwi.

Mol­ly? Ci­sza. On za­mie­rzał do cie­bie wrócić, Mol­ly, mówi Jack. Ko­chał cię.

Odejdź.

Nie mogę cię tak zo­sta­wić. Wpuść mnie.

Na litość boską, po pro­stu zrób to, co mówię!, woła Mol­ly.

Jack wra­ca na swój stołek. Pa­trzy na pełne kub­ki usta­wio­ne na ba­rze i za­czy­na od pierw­sze­go. Zna roz­pacz Mol­ly. Gdy on od­je­dzie, ona za­mknie karczmę na klucz. Po­tem będzie płakać i pić. I tak w kółko, aż skóra na najświeższej ra­nie stward­nie­je na tyle, żeby mogła ru­szyć da­lej.

Za­cze­ka, aż mi­nie bu­rza. Po­tem od­je­dzie. Wyciąga znów ka­mień ser­ca. Po­cie­ra go pal­ca­mi. Jest chłodny, mimo że spo­czy­wał na jego skórze. Tak już jest z ka­mieniem ser­ca. Po­zo­sta­je chłodny, dopóki nie zbliży się do tego, cze­go pra­gnie two­je ser­ce. Im bliżej, tym bar­dziej pa­rzy. Ostat­nim ra­zem, kie­dy wi­dział Sabę, założyła mu go na szyję. Był gorący.

Pomoże ci mnie zna­leźć, po­wie­działa.

Nie po­trze­buję ka­mie­nia, żeby cię zna­leźć, od­parł. Znajdę cię wszędzie.

A po­tem go pocałowała. Aż nie mógł myśleć. Aż zakręciło mu się w głowie z pożąda­nia.

Jack wsu­wa ka­mień ser­ca z po­wro­tem za ko­szulę.

Bu­rza ude­rza. Słyszy nagły, głuchy łoskot siar­ki walącej o dach Prze­gra­nej Spra­wy. Wkrótce spad­nie deszcz i ją zmy­je.

Na­gle drzwi otwie­rają się z hu­kiem. Wiatr, za­wodząc, wpa­da do środ­ka, grze­cho­cze kro­kwia­mi, po­ru­sza pia­skiem na podłodze, tar­mo­si płaszcz Jac­ka. On wsta­je, żeby je za­mknąć.

Ale za­nim zdąży to zro­bić, do karcz­my wchodzą dwaj mężczyźni. Ob­sy­pa­ni siarką. Skórza­ne zbro­je. Ku­sze. Pio­ru­no­strzały. Długie czar­ne sza­ty. Długie włosy. Bro­dy.

Ton­to­ni. W sta­rym sty­lu. Nie­do­brze.

Każdy nerw, każdy mięsień w cie­le Jac­ka na­pi­na się i drży. Ale pa­nu­je nad głosem i swo­bod­nym to­nem mówi:

Coś tu pu­sto, chłopa­ki. Wygląda na to, że wszy­scy się zmy­li.

Przy­szedłem zo­ba­czyć się z tą Li­lith, mówi je­den z nich. Gdzie ona jest?

Wy­je­chała, od­po­wia­da Jack, tak jak mówiłem. Sprawdźcie sami.

Ton­ton przygląda mu się przez chwilę. Pod­cho­dzi do drzwi w rogu. Pro­wadzą na ko­ry­tarz, od którego od­chodzą czte­ry małe po­ko­iki, gdzie dziew­czy­ny przyj­mo­wały klientów. Wy­cho­dzi.

Li­lith! Hej, Li­lith! Chodź tu­taj!, woła. Słychać trzaśnięcie drzwia­mi, jed­no po dru­gim.

Je­den Ton­ton z głowy. Jack zer­ka na bar. Leży na nim jego pas z bro­nią.

Dru­gi Ton­ton błyska­wicz­nie wyciąga pio­ru­no­strzał i ce­lu­je w Jac­ka. To był ułamek se­kun­dy. Te­raz pod­cho­dzi do baru i opróżnia do dna je­den z kubków. Nie spusz­cza wzro­ku z Jac­ka. Przez cały czas trzy­ma go na musz­ce.

Wra­ca pierw­szy Ton­ton.

Dokąd wy­je­chała?, pyta.

Nie wiem, przy­ja­cie­lu, od­po­wia­da Jack. Już mówiłem, że ni­ko­go tu nie ma.

W tej sa­mej chwi­li słychać płacz Mol­ly. Długi, żałosny, zwierzęcy sko­wyt bólu.

Gdy dźwięk cich­nie, ten z kub­kiem pyta:

A to kto?

On i Jack przy­pa­trują się so­bie.

Zo­staw ją w spo­ko­ju, mówi Jack.

Ton­ton mie­rzy pio­ru­no­strzałem w ser­ce Jac­ka. Le­ni­wie. Uśmie­cha się.

Zawołaj ją, mówi. Da­lej… przy­ja­cie­lu. Zawołaj ją.

ROZ­DZIAŁ DRU­GIJAŁOWA ZIE­MIAMIE­SIĄC PÓŹNIEJ

Stoję na gra­ni. Oglądam wschód słońca. Białoli­ce, już bez­li­tośnie pali. Ko­lej­ny świt na Jałowej Zie­mi. Ko­lej­ny dzień na tym pust­ko­wiu. Śro­dek lata. Upał i pył. Pra­gnie­nie i głód.

Ja i Lugh, Tom­mo i Emmi. Ob­wi­nia­my się po ko­lei. Kto co zro­bił. Kto co po­wie­dział. Czy­ja to wina, że tu utknęliśmy. Uwięźliśmy w tej kra­inie śmier­ci i kości, gdy po­win­niśmy już żyć w do­stat­ku na za­cho­dzie. Zbu­do­wać dla sie­bie nowe życie.

Za górami. Nad Wielką Wodą. Gdzie po­wie­trze jest słod­kie jak miód. Gdzie cze­ka na mnie Jack.

Och, Jack. Proszę. Za­cze­kaj.

Liczę na cie­bie.

Od daw­na po­win­niśmy tam być. Od wie­lu ty­go­dni. Emmi mówi, że ta zie­mia nas tu trzy­ma. Że za­mknęła nas w pułapce. Wolałabym, żeby smar­ku­la nie wy­ga­dy­wała ta­kich rze­czy… Wia­do­mo, że to bzdu­ry, ale gdy tak mówi, one jakoś wchodzą mi do głowy, a po­tem nie mogę ich stamtąd wy­rzu­cić.

Rzecz w tym, że źle zaczęliśmy. Bez żad­ne­go pla­nu. Po pro­stu zwróciliśmy się na zachód i ru­szy­liśmy. Wie­rzyć się nie chce, że czte­ry oso­by mogą być tak bez­myślne, a tu proszę. Nie myśleliśmy trzeźwo, żadne z nas. Za dużo się wy­da­rzyło. Do­pie­ro co sta­wi­liśmy czoło Ton­to­nom w ciężkiej wal­ce. To, że w ogóle nam się udało, za­wdzięcza­my Maev i jej Wol­nym Jastrzębiom. Gdy­by się nie po­ja­wiły, Ton­to­ni by nas wykończy­li.

A po­tem Jack. Który mówi mi: Do zo­ba­cze­nia na za­cho­dzie i – och, a tak przy oka­zji – je­steś w mo­jej krwi, Saba.

A więc miałam głowę na­bitą Jac­kiem i całą resztą, no i jesz­cze… Od­zy­skałam Lugh. Od dnia, kie­dy Ton­to­ni po­rwa­li go nad Srebr­nym Je­zio­rem, tyl­ko na tym się sku­piałam. Chciałam od­na­leźć Lugh i przy­wieźć go z po­wro­tem. I byłam taka szczęśliwa. Taka szczęśliwa i wdzięczna, że on i ja znów je­steśmy ra­zem.

Nie mówię, że nie ob­cho­dzi mnie, że Ike zginął w wal­ce. Na myśl o nim prze­pełniają mnie smu­tek i ból. Ser­ce mi się ści­ska. Ale nie cier­pię tak jak Tom­mo, nie aż tak. On opłaku­je Ike’a całą duszą. Chy­ba żaden głuchy chłopiec nig­dy nie będzie gadułą, ale on jest tak zroz­pa­czo­ny, że przez ostat­nie dni rzad­ko słyszy­my jego dziw­ny, chra­pli­wy głos. Em zaczęła mówić w jego imie­niu, a Tom­mowi to chy­ba nie prze­szka­dza.

Ale kie­dy wy­ru­szy­liśmy, naj­ważniej­sze było to, że żyje­my. Że jakoś… jakoś udało nam się to wszyst­ko prze­trwać. A ja od­zy­skałam mo­je­go Lugh. Swo­je­go naj­uko­chańsze­go bra­ta bliźnia­ka. Byliśmy oszołomie­ni z radości… Po­czu­liśmy taką ulgę, że za­po­mnie­liśmy o całej resz­cie.

Jak­byśmy już do­tar­li tam, dokąd zmie­rza­liśmy.

W końcu za­py­ta­liśmy o drogę pierw­sze­go na­po­tka­ne­go wędrow­ca. Jakiś gość na wielbłądzie zbie­rał sól na jed­nym z wiel­kich słonych je­zior Jałowej Zie­mi. Nie mie­liśmy czym po­han­dlo­wać, mo­gliśmy mu dać tyl­ko sprzączkę od pa­ska i parę sznurówek. Do­sta­liśmy za to pół pusz­ki soli i radę, żeby ru­szyć pro­sto na przełaj przez Jałową Zie­mię. Po­wie­dział, że to naj­szyb­sza, najkrótsza dro­ga na zachód. Uzna­liśmy, że wie, co mówi, więc zro­bi­liśmy, jak ra­dził. Po­je­cha­liśmy na przełaj.

Te­raz już wie­my, że za sprzączkę i sznurówki nie kupi się do­brej rady.

Nie po­wie­dział nam, co to za miej­sce. Dla­cze­go na­zy­wają je Jałową Zie­mią. Nie wspo­mniał o wo­dzie śmier­ci. Nie ostrzegł, że nie ma na co po­lo­wać. Za­ra­za Złomon­terów zryła to miej­sce na wie­le lig. Na­gle po dro­dze po­ja­wiają się za­pa­dli­ska. W jed­nej chwi­li idziesz spo­koj­nie, a w następnej zie­mia się rozstępuje i lądu­jesz w dole między szkie­le­ta­mi.

Ja wpadłam pierw­sza. Już kie­dyś tkwiłam po szyję w ludz­kich kościach. Pomyśle­li­byście, że je­stem przy­zwy­cza­jo­na. Że nie będę miała nic prze­ciw­ko temu. Ale tak nie jest. Mam coś prze­ciw­ko.

Mam śmier­tel­nie dosyć śmier­ci.

Do tego jesz­cze spra­wa Buc­ka, ko­nia Lugh. Na szczęście nie połamał so­bie kości ani nie stało się nic gor­sze­go. Ale skręcił prawą nogę. To było ty­dzień temu i wciąż nie jest całkiem zdrów. Dla­te­go ugrzęźliśmy tu, dopóki nie wy­do­brze­je. Utknęliśmy na Jałowej Zie­mi.

Może ona na­prawdę próbuje nas tu za­trzy­mać. Może Emmi ma rację. Nie tak daw­no temu nie zważałabym na to, co mówi moja dzie­więcio­let­nia sio­stra. Ale Emmi in­a­czej wi­dzi różne rze­czy, in­a­czej wi­dzi świat. Ostat­nio nie lek­ce­ważę jej tak szyb­ko.

Jed­no jest pew­ne. W tym miej­scu coś nie gra. Cie­nie są tam, gdzie nie po­win­no ich być. Kątem oka widzę coś i wy­da­je mi się, że to Nero, a może inny ptak, ale nig­dy nic tam nie ma. I słyszę te… te odgłosy. Jak­by… Sama nie wiem, jak­by szep­tał ktoś albo coś.

Nie mówię nic po­zo­stałym. Już nie. Naj­pierw mówiłam. Wszy­scy rozglądaliśmy się, co to może być, ale nikt nig­dy ni­cze­go nie zna­lazł, a po­tem zaczęli dziw­nie na mnie pa­trzeć, więc te­raz po pro­stu trzy­mam język za zębami.

Źle sy­piam. Nie wy­spałam się porządnie od tak daw­na, że właści­wie już do tego przy­wykłam, a po śmier­ci Epo­ny zro­biło się jesz­cze go­rzej. Ale dzięki temu mogę ich pil­no­wać. Lugh, Emmi i Tom­ma. Za­dbać o to, żeby nie stała się im żadna krzyw­da. Jeśli nie śpię, nikt nie może po­dejść i ich po­rwać.

Głównie jed­nak pil­nuję Lugh. Śpi długim i głębo­kim snem. Ale nie­spo­koj­nym. Nig­dy nie śpi spo­koj­nie. Przez większość nocy mówi przez sen. Nie ro­zu­miem słów. Prze­ważnie mam­ro­cze. Co jakiś czas wyłowię ja­kieś po­je­dyn­cze słowo czy dwa.

Cza­sa­mi Lugh płacze. Jak małe dziec­ko. To jest naj­gor­sze. Wte­dy płaczę ra­zem z nim. Nie mogę się po­wstrzy­mać. Jego łzy są mo­imi. Za­wsze tak było. Je­dy­na chwi­la, gdy pamiętam go płaczącego, to dzień śmier­ci mamy, kie­dy mie­liśmy po osiem lat. Wte­dy polało się mnóstwo łez. Ja, Lugh i tata pew­nie wypłaka­liśmy ich dość, żeby trzy razy napełnić Srebr­ne Je­zio­ro. Ale łzy nie wrócą życia umarłym. Tego się już na­uczyłam.

Na ra­zie mam coś do zro­bie­nia. Tam, w obo­zie wszy­scy obudzą się z pu­sty­mi brzu­cha­mi, a te­raz moja ko­lej, aby coś upo­lo­wać. Jasz­czur­ka, wiel­kosz­czur, wąż – nie wy­brzy­dzam. Wszyst­ko się nada, byle nie była to sza­rańcza. Ostat­nie trzy razy przy­niosłam sza­rańczę, a to wszyst­ko dla­te­go, że… Po pro­stu wszy­scy mają już dosyć trzeszczących w zębach ro­ba­li, to pew­ne.