Dzika bestia - Jorge Franco - ebook + książka

Dzika bestia ebook

Jorge Franco

0,0
31,90 zł

lub
Opis

„Każdego popołudnia sterczę pod ogrodzeniem w nadziei, że zjawi się znowu. Czekam na nią do szóstej, licząc, że wyjdzie do lasu. Ale nie ujrzałem jej już nigdy więcej, choćby wyglądającej przez okno. Czasem słyszę jakieś gwizdy i wtedy ogarnia mnie wzruszenie, bo myślę, że to znak od niej, ale gwizd oddala się, niknie gdzieś między drzewami i dochodzi z coraz to innego miejsca.” 

Izolda mieszka w dziwacznym i zarazem fascynującym zamku, zupełnie nieprzystającym do miasta Medellín, nad którym góruje. Przytłoczona nierealnością otaczającego ją świata ucieka od samotności w gęstwinę zamkowego lasu. Do środka, przez gałęzie drzew rosnących wokół zamku wkradają się niepostrzeżenie zagrożenia świata zewnętrznego. Stopniując napięcie, Jorge Franco kreuje w swojej powieści mroczną baśń, która przeradza się w obłąkańczą historię pewnego porwania. Zarówno w twierdzy jak i poza nią, miłość, „ta Dzika bestia”, przybiera postać obsesji, uzurpuje sobie prawo do sprawowania kontroli nad drugim człowiekiem, rozpala żądzę zemsty i można się od niej uwolnić jedynie akceptując śmierć jako przeznaczenie. 

Powieść zdobyła Nagrodę Wydawnictwa Alfaguara w 2014.


Dzika bestia”, mieszanka fantazji i okrucieństwa, mająca coś z baśni braci Grimm i atmosfery filmów braci Cohen, kryje w sobie smakowitą niespodziankę.
Laura Restrepo

Jest to jeden z tych kolumbijskich autorów, który może być moim następcą.
Gabriel García Márquez

Jest niewielu pisarzy, którzy swoim pisarstwem wzbudzają we mnie taki podziw jak Jorge Franco.
Almudena Grandes

Fascynująca i zaskakująca powieść. Zaczyna się jak bajka, a kończy jak film Tarantino.
Sergio Vila-Sanjuan


Jorge Franco urodził się w Medellín (Kolumbia) w 1962 r. Ukończył studia na wydziale literatury bogotańskiego Pontificia Uniwersidad Javeriana oraz filmowe w The London Film School. Zbiorem opowiadań zatytułowanych „Maldito amor” wygrał Konkurs Prozatorski Pedro Gómez Valderrama, natomiast jego powieść „Mala noche” zdobyła pierwszą nagrodę w XIV Konkursie Literackim na Powieść Ciudad de Pereira i została finalistką w Konkursie na Powieść Kolumbijskiego Instytutu Kultury. Kolejna powieść Jorge Franco, „Rosario Tijeras”, zdobyła stypendium kolumbijskiego Ministerstwa Kultury, nagrodę międzynarodową w dziedzinie powieści Dashiell Hammett 2000 (Gijón, Hiszpania) i została przetłumaczona na ponad piętnaście języków, jak również przeniesiona z powodzeniem na duży ekran i zaadaptowana na potrzeby telewizji. Filmowa adaptacja powieści „Paraíso Travel” (2001) stała się jednym z najbardziej kasowych obrazów kolumbijskiego kina. Na podstawie powieści „Melodrama” (2006) powstał spektakl teatralny pod tym samym tytułem. Jego przedostatnią powieścią jest „Santa suerte” (2010). Jorge Franco opublikował wiele opowiadań i artykułów w prasie kolumbijskiej i zagranicznej. Został zaproszony przez Gabriela Garcíę Márqueza do Międzynarodowej Szkoły Filmowej i Telewizyjnej w San Antonio de los Baños na Kubie, gdzie u boku mistrza prowadził warsztaty „Cómo se cuenta un cuento” (Jak opowiedzieć opowiadanie).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 326




Tytuł oryginału

EL MUNDO DE AFUERA

Copyright © Jorge Franco, 2014

All rights reserved

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

Jezus Acevedo

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8097-716-7

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Valerii, mojemu wewnętrznemu światu

EGZEMPLARZ PRASOWY

BIULETYN INFORMACYJNY NR 034

SIŁY ZBROJNE KOLUMBII

GWARDIA NARODOWA

Medellín, 9 sierpnia 1971 r.

Dowódca IV Brygady pułkownik Gustavo López Montúa informuje, że w dniu 8 sierpnia br. o godz. 18:20 w El Poblado, dzielnicy Medellín, został porwany Diego Echevarría Misas. Tego barbarzyńskiego czynu dokonano w pobliżu miejsca zamieszkania porwanego, rezydencji znanej jako Zamek. Trzech uzbrojonych bandytów, zastraszywszy towarzyszące panu Echevarríi osoby, obezwładniło go i uwiozło w nieznanym kierunku białym jeepem comando o numerze rejestracyjnym L4531.

Apelujemy do mieszkańców Medellín oraz całego departamentu Antioqui o udzielenie wszelkich informacji mających związek z porwaniem i mogących przyczynić się do odnalezienia i uwolnienia don Diega, jak również schwytania i postawienia przed sądem porywaczy.

1

Prawie nie słychać wiatru, który niczym jedwabisty parasol tłumi nieznośny jazgot zakładów włókienniczych, hut, autobusów, aut, motocykli, a nawet zmęczone dudnienie pociągu, przecinającego Medellín po raz ostatni tego dnia. Zamkowe wzgórze jest strome i trzyma się arogancko na uboczu, z dala od zgiełku dnia codziennego. W górę pnie się brukowa droga, tak wąska, że z trudem mogą się na niej minąć dwa samochody. Wzgórze nosi nazwę Balsos, kiedyś bowiem wszystkie jego zbocza porośnięte były drzewami balsa. Przelatujące tuż nad górskim łańcuchem samoloty rozdzierają jednostajnym buczeniem panującą ciszę. Pasażerowie siedzący z prawej strony maszyny mogą zobaczyć z lotu ptaka zamek i jego ogrody. A jeśli komuś dopisze szczęście, dostrzeże księżniczkę machającą dłonią do przelatujących nad nią ludzi.

W dole, na samym dnie, dolinę rozcina rzeka, która wydziela nieprzyjemne zapachy i nad którą kołują sępy, obserwujące czujnie zawartość strug bluzgających z kanałów ściekowych. Leniwy prąd wlecze ze sobą śmieci, fekalia i brunatną pianę. Po obu stronach rzeki, w skromnych i spokojnych dzielnicach mieszka nieco ponad siedemset tysięcy ludzi. Nie brak też fabryk, zatruwających powietrze chmurami dymu.

Słyszeliśmy opowieści o bandytach i napadach rabunkowych, o kradzieży w pewnym domu, z którego złodzieje buchnęli srebrne sztućce, czy o napadzie na bank, o mordobiciach w kantynach, skokach w bok, o ojcu, który kropnął jednego chłopaka za to, że ten zwiał z jego córką, o tym, że komuś objawił się szatan, czy o zaklęciu, dzięki któremu pewna kobieta przygruchała sobie męża.

Zamek sąsiaduje z dwiema szkołami żeńskimi, kościołem, klasztorem, w którym zakonnice sprzedają okrawki hostii, oraz z naszymi przestronnymi i nowoczesnymi domami, wznoszącymi się pośród pustych placów i wąwozów. Na drzewach roi się od górskich tukanów, piłodziobów, błękitników, kacyków, turkawek, a także kolibrów, które księżniczka nazywa zalotnikami. Nocą zasypiamy przy rechocie żab i skrzypieniu cykad, a o świcie budzi nas ptasi rejwach. Tak jak księżniczkę.

W nocy pada deszcz, o poranku rozkwitają kwiaty, a my galopujemy w górę i w dół przez puste parcele. Uwielbiamy włóczyć się w pobliżu zamku, zawsze jednak trzymamy się na odległość ze strachu przed tym, co może kryć w sobie takie zamczysko: baszty, lochy, krypty i duchy, chociaż w zamkowych murach mieszkają przecież księżniczki i królowie. W tym naszym, na wzgórzu, mieszka księżniczka. Podglądamy ją, jak bryka w ogrodach i ucieka przed wiecznie zdyszaną kobietą.

– Isolde, Isolde! – rozlega się donośny bas Heddy, nawołującej dziewczynkę, która czmycha pośród anturiów i mussaend, a blask jej sukienki wplątuje się w helikonie. Skacze przez rabaty w świecie, który nie ma jeszcze dla niej granic. Fryga, nawiewając Heddzie, zdzierającej gardło z wyniosłych wieżyc i odgadującej trasę tej rejterady po chichocie dziewczynki, którą śmieszą męski głos i twardy akcent guwernantki. Chowa się, żeby zmusić kobietę do wyjścia na słońce. – Isolde, wo bist Du?

W zamku są lokaj, dwie pokojówki, dwie kucharki, szofer i ogrodnik Guzmán, który czasem daje się wciągnąć dziewczynce w zabawę w chowanego. Hedda pyta go, czy jej nie widział, a on odpowiada, że fruwała tu gdzieś dopiero co. Hedda woła ją znowu, szuka jeszcze przez chwilę, ale w końcu brak jej powietrza, daje za wygraną i chroni się w chłodnych murach zamku, aby ugasić pragnienie wodą i odzyskać oddech, zanim pójdzie na skargę do Dity.

– Wsiąkła jak kamfora. Chowa się przed lekcją haftu. Nie przychodzi też na arytmetykę, nie przykłada się do geografii, ucieka do puszczy.

Dita uśmiecha się, słysząc, jak guwernantka nazywa jej ogród. Zapewne skojarzenie to wywołują u Heddy drzewa kauczukowe, śliwy, areki i rozłożyste albicje saman. Spogląda na zegarek na nadgarstku. Robi to tak często, iż można by sądzić, że ciągle dokądś się śpieszy. Mówi, że sprawdza, która godzina jest w jej rodzinnym Herscheid, bo ona wciąż żyje tamtejszym czasem. Prosi Heddę o cierpliwość, niech Izolda jeszcze z kwadrans się pobawi.

Hedda nie kryje rozgoryczenia. Nie zostawiła Niemiec po to, żeby teraz wystawiano na szwank jej autorytet; jeśli dziewczynka nie chodzi, jak wszystkie inne dzieci, do szkoły, winna podporządkować się dyscyplinie, która uczyni z niej przyzwoitą kobietę w tym dzikim kraju. Dita widzi minę Heddy, znowu patrzy na zegarek i mówi, że już dobrze, już pójdzie jej poszukać.

Woła tylko raz i dziewczynka wyłania się spomiędzy paproci, ze źdźbłami trawy we włosach i dziadami uczepionymi skarpetek. Podbiega do matki i mówi:

– Nie chcę haftować.

Dita obiecuje, że po podwieczorku będzie mogła wrócić do zabawy. Wówczas, ze zwieszoną głową, córka idzie do sali gobelinów wprawiać się w sztuce haftowania.

Wyszywa zwierzątko, które wcześniej naszkicowała na kawałku tkaniny. To królik z długimi, położonymi do tyłu uszami, dwoma wielkimi zębiskami i kręconym rogiem wyrastającym na środku czoła. „Nazywa się almiraj1”, powiedziała, gdy stwór wyłonił się spod jej pióra. Hedda prychnęła, ale nie sprzeciwiła się, wychodząc z założenia, że niech robi, co chce, byleby haftowała.

Później z mamą i Heddą je podwieczorek w jadalni obok – pandequeso2 z gorącą czekoladą. Uwija się szybko i przypomina Dicie, że obiecała puścić ją do ogrodu.

– Jeszcze słońce świeci – szczebioce i podbiega do okna.

Guwernantka wzdycha ciężko, ale zanim ktokolwiek zdąży otworzyć usta, Dita zdoła się rozmyślić, słońce skryć się za górami, zanim wyląduje ostatni dzisiaj samolot, zaledwie odrobinę przed tym, nim rozryczą się fabryczne syreny oznajmiające koniec pracy – dosłownie na sekundy przed tym wszystkim – księżniczka wybiega do ogrodu i podskakując radośnie, mknie w stronę lasu, rozświetlona złocistym blaskiem gasnącego z wolna dnia, muskana ciepłymi podmuchami wiatrów szemrzących w jej królestwie.

Nie ma już Guzmána, który mógłby mieć ją na oku. Siedzi przed radioodbiornikiem w domku na skraju ogrodu i słucha wieczornych wiadomości. Hedda, zamknięta w czterech ścianach swojego pokoju, jak co dnia zamęcza się tym samym pytaniem: Co ja robię w tym dzikim kraju, rozgniatając nogą karaluchy i opędzając się od komarów, tak daleko od ciebie, czy też może od wspomnienia o tobie, daleko od twego milczenia, odgrodzona od niego przepastnym oceanem. Kucharki zaglądają do spiżarni, zastanawiając się, co by tu przygotować na kolację, pokojówki prasują prześcieradła i narzuty. Dita siedzi przed toaletką i patrzy w lustro, układa włosy na lakier, pudruje się i perfumuje, jak każda cnotliwa małżonka oczekująca męża u schyłku dnia.

Na Medellín spływa gęstniejący zmierzch, don Diego łagodnie napomina prowadzącego limuzynę Gerarda, żeby włączył światła, przecież już ledwo co widać. Wzdychająca w oknie Hedda pierwsza dostrzega świetlistą łunę torującą autu drogę wysadzoną cyprysami. Zbiega na dół i wypada przed zamek.

– Isolde, Isolde, twój tata wrócił! – krzyczy w stronę ogrodu.

W tej samej chwili rozlega się klakson i Guzmán biegnie czym duch otworzyć bramę. Dita wstaje od toaletki i wygładza suknię. Pokojówki i kucharki powtarzają nowinę: Pan wrócił! Lokaj Hugo idzie krótkim, sprężystym krokiem do drzwi wejściowych i klnie w żywy kamień niesforne rękawiczki, bo za każdym razem dwa palce pakują mu się do jednej dziury.

Gerardo otwiera drzwi auta i don Diego wysiada, cały w czerni. Wdycha głęboko zapach lilii i rusza ku szerokim schodom, gdzie oczekuje go już Hugo, pochylający z szacunkiem głowę.

Dziewczynka wynurza się z lasu, przeskakując przez hortensje, chryzantemy, santoliny i begonie. Omija korzenie drzew kauczukowych wijące się po ziemi niczym anakondy. Don Diego słyszy tupot stóp córki pędzącej co sił w nogach, jej przyśpieszony oddech i wołanie: Tatusiu, tatusiu! – głosem rwącym się z radości i wysiłku. Patrzy na nią spod portyku, na tę jaśniejącą w półmroku księżniczkę z cudacznie skołtunionymi włosami – cztery splątane kędziory opadają jak rogi błazeńskiej czapki, na czole sterczy stożkowaty wiecheć, a na czubku głowy ma zatknięty jakiś kwiat.

1 Z jęz. arabskiego al-mi’raj, przypominający wielkiego królika stwór o żółtej sierści, jednym czarnym rogu na czole i krwiożerczym apetycie, występujący w arabskiej mitologii (przyp. tłum.).

2 Tradycyjna w departamencie Antioqui przekąska w kształcie zamkniętego rogalika, wypiekana z masy wykonanej na bazie mąki kukurydzianej i świeżego sera, spożywana, między innymi, z gorącą czekoladą (przyp. tłum.).

2

– Zanim zszedłem na złą drogę, też marzyłem o tym, aby ją objąć i powiedzieć jak pan: Moja Izoldo. Ja nie pragnąłem pańskich pieniędzy, inżynierze, pragnąłem pańskiej córki. Ja też ślepiłem za nią jak jej rówieśnicy z sąsiedztwa, te bogate dzieciaki, pętające się całymi dniami wokół pańskiego zamku.

Don Diego patrzył obojętnie na ścianę i nawet nie mrugnął. Małpa Riascos czekał na jakąś reakcję, ale don Diego tylko odchylił głowę i zamknął oczy, jak to robił w swoim zamku, kiedy chciał zapomnieć o całym świecie. Małpa zerknął z obrzydzeniem do swojego kubka – na dnie zalegały grudki skisłego mleka.

– No tak, mnie też odechciałoby się jeść – mruknął i odstawił kubek na podłogę. – Nie mogę jednak skapować – ciągnął dalej – czemu nie ułatwi pan życia sobie i innym. Nie lepiej byłoby panu w domu? – zapytał, a potem zawołał Brewkę i kazał mu zabrać kubki. – Napiłem się tego gówna. Zobacz, co jest na dnie.

Brewka spojrzał na białawą breję wymieszaną z fusami kawy i uniósł brwi.

– No… mleko – stęknął, speszony.

– Chyba tylko z nazwy – odparł Małpa. – Tak trudno jest skombinować świeże mleko? Przecież dokoła roi się od krów.

– Mówiłeś, żeby nie wychodzić – bronił się Brewka.

– Dobra, dobra – burknął Małpa – ale przykazałem też, że macie mi dbać o don Diega, bo to on jest tutaj najważniejszy. Mam rację, inżynierze? – Don Diego trwał w bezruchu. Miał zamknięte oczy i ciężko oddychał. Skostniały od chłodu doskwierającego w Santa Elena, próbował się ogrzać, otulając się własnymi ramionami. – Żeby mi jutro nie brakło dla naszego gościa świeżo udojonego mleka, zagrzać mu je jak należy, żeby mi się nie skarżył, a z tego, co zostanie, zrobić serek – przykazał Małpa, nie odrywając wzroku od don Diega. – A teraz zmiataj i zabierz mi to paskudztwo.

Poczekał, aż Brewka wyjdzie, i ruszył w obchód po izdebce. Zerkał od czasu do czasu na don Diega, który leżał nieruchomo, jakby spał.

– Już panu mówiłem, że jedną z wielu moich zalet jest cierpliwość – zagaił Małpa. – Kiedyś całymi popołudniami mogłem podpatrywać Izoldę w ogrodzie, siedząc na gałęzi drzewa ze zdrętwiałym tyłkiem, pan wybaczy, że się wyrażam, ale po jakimś czasie nie wiedziałem już, jak mam się usadowić, przenosiłem się z gałęzi na gałąź, ale nic nie pomagało, chociaż tak naprawdę zaczynało boleć dopiero wtedy, kiedy w ogóle nie wychodziła. A jeszcze jak spadła ulewa… Pan przecież wie, że jak w Medellín leje, to nie daj Boże, a jeszcze w pańskim zamku, gdzie ziąb od gór przewierca kości. Zimno panu, don Diego? – Małpa podał mu koc. – Proszę, niech pan się okryje. – Don Diego otworzył oczy, popatrzył na sztywną od kurzu, porwaną derkę i zacisnął usta. Małpa nie potrafił odgadnąć, czy to grymas udręki, upokorzenia, czy może w tej właśnie chwili stary przełknął swoje nieustępliwe milczenie. Bardzo mało mówił od czasu, kiedy oświadczył, że nie zapłacą za niego złamanego peso. – Najgorsze były ulewy i przenikliwy wiatr – ciągnął Małpa na stojąco, zakutany w ruanę, z rękami w kieszeniach. – Ale warto było czekać. Kiedy wreszcie wychodziła, to było tak, jakby… – Przerwał, zauważywszy, że don Diego zaciska oczy. Zaczekał z podjęciem wątku, dopóki nie stwierdził, że z twarzy starego zniknęło napięcie. – Jakiś blask rozjaśniał ogród – kontynuował – powiewała ciepła bryza, a kiedy się śmiała, to było tak, jakby, jakby… – Wzruszenie odebrało mu mowę. – Kiedy Izolda wychodziła na dwór, przestawało nawet padać, a ja z miejsca zapominałem, że konar wpija mi się niemiłosiernie w siedzenie, bałem się tylko, żeby ktoś z zamku mnie nie zdybał. – Małpa przyciągnął sobie drewniany, z lekka koślawy stołek. – Za pozwoleniem, klapnę sobie. – Don Diego otworzył oczy, a że Małpa bacznie się w niego wpatrywał, na sekundę, po raz pierwszy tego wieczoru, skrzyżowali spojrzenia. Zaraz jednak don Diego powrócił do poprzedniego stanu – zamknął powieki, odchylił głowę i na nowo poczuł dojmujące zimno przenikające jego kości. – To było tak, jakby wyszło słońce! – zawołał z uniesieniem Małpa. – A ja truchlałem, że tyle światła może mnie zdemaskować, choćbym się skrył w najgłębszej gęstwinie. Wprawdzie drzewa były moim żywiołem, bo to przezwisko to dzięki mojej smykałce do łażenia po drzewach. – Małpa chciał się zaśmiać, ale z jego ust wydobył się smętny jęk.

Za drzwiami gruchnął głośny, irytujący rechot, jakby podsłuchiwali i nabijali się z niego, ale jak tylko usłyszał chichotanie Twiggy, zrozumiał przyczynę tej nagłej uciechy i zezłościł się jeszcze bardziej. Potarł twarz dłońmi, podrapał się nerwowo w głowę, potargał włosy i z beznadziejną rozpaczą w głosie poskarżył się, dlaczego kobiety są tak upierdliwe. Później pchnął z całej siły drzwi i wrzasnął, żeby się przymknęli.

Nastąpiła tak dramatyczna cisza, że w izbie słychać było tylko przyśpieszony oddech don Diega, wciąż leżącego z zamkniętymi powiekami. Na dworze świergotał lelek, ćwir, ćwir, ćwir, przypominający don Diegowi lelki wijące gniazda w zamkowych krzewach.

– Z czego pan się śmieje? – zdziwił się Małpa i śmiech zamarł don Diegowi na ustach. – Z tych tam? Ze mnie? Śmieje się pan ze mnie? – Małpa Riascos zarżał nieszczerze i wycedził: – A to dobre. – Jak pies okrążył dwa razy stołek, zanim znowu usiadł, oparł głowę o ścianę i rzekł: – Ciekawe, czy jak to wszystko się skończy, będzie panu do śmiechu, don Diego. A może to z jej powodu? Jakieś wspomnienie z nią związane? Uśmiechnął się pan na wspomnienie o naszej Izoldzie?

Don Diego otworzył oczy, w których błysnęła furia.

– Naszej? – rzucił wzgardliwie.

Tym razem Małpa roześmiał się serdecznie.

– Mnie przytrafia się to samo, kiedy o niej myślę. Czasem daję się przyłapać na tym, że śmieję się ni stąd, ni zowąd, jak głupi do sera. Pytają mnie wtedy, czy przypomniała mi się jakaś ucieszna chryja, ale ja mam to samo, co szanowny pan, to ona za tym stoi, uśmiecham się na wspomnienie o naszej Izoldzie, mimo że się pan złości, kiedy mówię: nasza. – Małpa wstał i podszedł do okna, zaślepionego deskami i kantówkami przybitymi zawzięcie do muru i wewnętrznej okiennicy. Stawiał kroki wolno, poruszając wargami, jakby rozmawiał sam ze sobą. Naraz uniósł nieco głos, żeby stary mógł go usłyszeć: – „Życie jest dobre dla tych, co potrafią znosić je w cierpieniu. Mnie twoje życie jawi się skąpane szczodrze w bólu, w udręce, w morzu łez słonych, jest jak pustynia słońca wypalona ogniem, ja dam ci przeto więcej szczęścia niż liści zielonych gniazdom bujne drzewa, a wieczór zmierzchowi obłoków pąsowych”. – Zamilkł i spojrzał z zaciekawieniem na don Diega, który z zaczerwienioną twarzą oddychał gwałtownie, z trudem łapiąc powietrze. – Wiem, inżynierze, że nie jest pan miłośnikiem poetów spod znaku ruany, ale gdyby nie maestro Flórez, nie dałbym rady czekać całymi godzinami na Izoldę. Wyuczyłem się jak pacierza wszystkich jego wierszy, chociaż teraz, po tylu latach, wiele z nich zatarło mi się w pamięci. Nauczyłem się ich dla niej, dla Izoldy. – Małpa zamyś­lił się. Podszedł do stojącego w kącie krzesła i położył dłonie na oparciu. – I proszę, co za ironia losu, komu przyszło mi je recytować. – Westchnął, po czym dodał: – I to w jakich okolicznościach. – Zabębnił palcami w oparcie. Spojrzał na zegarek. – Proszę mi wybaczyć, don Diego, ale zmuszony jestem przerwać naszą pogawędkę. Czekają mnie sprawy niecierpiące zwłoki. Między innymi muszę zadzwonić do pańskiego domu, minęło już kilka dni od ostatniego razu. Proszę sobie wyobrazić, że nie chcą poprosić do telefonu pańskiej małżonki. Podobno nie życzy sobie ze mną rozmawiać.

– Dziękuję, Dita... – wyszeptał don Diego.

– Co? Co takiego? – Małpa nadstawił ucha, lecz don Diego milczał. – Wszystko jedno, tak czy inaczej zadzwonię. Jeśli chcą pana zostawić tu na pastwę losu, to ich sprawa. – Raz jeszcze zaterkotał palcami w oparcie krzesła. Przez chwilę stał w milczeniu, czekając na jakąś reakcję don Diega, ale ten leżał nieruchomo jak kłoda na twardej, sfatygowanej pryczy, patrząc w sufit. – Dobranoc – powiedział Małpa.

Wyszedł i zamknął drzwi na kłódkę. Ze spuszczoną głową pokonał kilka metrów pogrążonego w mroku korytarza. Zastał swoich ludzi w dużej izbie, poszeptujących o czymś i chichoczących w najlepsze.

– Małpa, Małpeczko. – Twiggy jednym susem stanęła przed nim. Uśmiechnęła się jak gdyby nigdy nic.

– Czy do ciebie nic nie dociera? – naskoczył na nią Małpa. – W jakim języku mam do ciebie mówić?

Twiggy zatrzepotała ciężkimi od tuszu rzęsami i zaszczebiotała dziecinnie:

– Brakuje mi ciebie, Małpeczko. Tęsknię za tobą, musiałam cię zobaczyć.

– Nie przychodź tutaj – burknął Małpa. – Jak będziesz mi potrzebna, sam cię znajdę.

Twiggy chwyciła brzeg wściekle zielonej minispódniczki, jakby od niej zależało jej życie, i szepnęła miękko:

– Przecież gdybym do ciebie nie przyszła, nigdy byśmy się nie widywali.

– Przestań – uciął Małpa. Stanął pośrodku pokoju i popatrzył na Brewkę, Carlitosa i Chwasta. – A gdzie Pluskwa? – spytał, zdziwiony.

– Poszedł po mleko – pośpieszył z odpowiedzią Brewka.

– O tej porze?

– Sam kazałeś.

– Dwa pastwiska dalej pasą się krowy – dodał Chwast.

– Teraz poszedł doić krowę? – z uporem drążył Małpa.

– Nie – wyjaśnił Brewka – przyciągnął krowę tutaj. Lepiej mieć ją na miejscu, nie trzeba się będzie nigdzie szwendać.

Małpa aż przysiadł z wrażenia. Znowu potarł twarz i potarmosił włosy.

– Znaczy co? Poszedł ukraść krowę? – spytał, nie wierząc własnym uszom.

– No, tak. Przecież sam kazałeś – powiedział Brewka.

Małpa jednym ruchem ściągnął z siebie ruanę.

– Jak można być takim tępym bydlakiem! – zawołał. Twiggy przycupnęła obok, w bezpiecznej odległości. – Co ja ci powiedziałem? – zapytał, z trudem zachowując spokój. – Że masz zorganizować mleko czy ukraść krowę?

– Ale, Małpa – bronił się Brewka – najbliższy sklep jest o godzinę drogi stąd...

Małpa jednak nie pozwolił mu dokończyć.

– Jutro właściciel krowy zorientuje się, że brak mu jednej sztuki, zacznie jej szukać, nie znajdzie, pójdzie na posterunek, złoży zawiadomienie, pały zaczną węszyć po całej okolicy. Słuchasz mnie, Brewka? I co wtedy? No, który mnie oświeci, co się stanie, jak zjawi się tu policja i zacznie rozpytywać o tę zajebaną mućkę?

Nikt się nie odzywał, dopiero Twiggy bąknęła:

– Małpa, ja dopiero co wparowałam. Nie mam pojęcia, czyj to był pomysł.

– Zakute łby! – wybuchnął Małpa i Twiggy, gryząc knykcie, na wszelki wypadek odsunęła się jeszcze trochę. Małpa zaczerpnął powietrza, żeby ochłonąć. – Carlitos, idź powiedz Rudemu, żeby się kopnął po Pluskwę i przyprowadził mi go z powrotem – zarządził.

Carlitos spojrzał spode łba na Brewkę.

– Co jest? – spytał Małpa.

– No bo Rudy poszedł razem z Pluskwą – odparł cicho Brewka.

Małpa przystanął, wbił pięści w kieszenie spodni, wolno okrążył stojący na środku stół, po czym jednym kopniakiem poderwał go do góry. Wszystko, co leżało na blacie, wzbiło się w powietrze: kolorowe pisemka, szklanki, popielniczka i cynowe talerze. Butelka lemoniady wirowała na podłodze wokół własnej osi. Kiedy znieruchomiała, Małpa zapytał:

– Znaczy co? Nikt nie pilnuje?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI