Wydawca: Świat Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 470 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewięć dni - Gilly MacMillan

NOWA GWIAZDA ŚWIATOWEGO KRYMINAŁU

Po opublikowaniu debiutanckiego thrillera psychologicznego „Dziewięć dni” popularny portal The Media Eye okrzyknął Gilly MacMillan wschodzącą gwiazdą powieści kryminalnej. Chwaliły ją media i znani autorzy, docenili czytelnicy, książka znakomicie się sprzedała. Powieść przetłumaczono na 20 języków. W krajach, gdzie już ją wydano, święci triumfy. We Włoszech znalazła się na pierwszym miejscu list bestsellerowych kryminałów. Czytając „Dziewięć dni” niełatwo oderwiesz się od lektury, a po jej przeczytaniu jeszcze długo będzie tkwiła w twojej głowie!

Rachel Jenner, samotna matka wychowująca ośmioletniego syna Benedicta Fincha, wybiera się z nim na spacer do lasu pod miastem. Pozwala dziecku pobiec do przodu razem z ulubionym psem, po czym chłopiec nagle znika. Poszukiwania nie dają rezultatów i po kilku godzinach jest jasne, że Ben został porwany.

„Koszmar każdego rodzica ukazany w niezwykły sposób, z dużą wrażliwością. Ta niesamowicie inteligentna powieść trzyma w napięciu!”.

Rosamund Lupton

„Znakomity, porywający, cudownie napisany thriller. Czytałam nocą i nie mogłam przestać przewracać kartek. Miałam ciarki na plecach”.

Liane Moriarty

Opinie o ebooku Dziewięć dni - Gilly MacMillan

Fragment ebooka Dziewięć dni - Gilly MacMillan

Tytuł oryginału BURNT PAPER SKY

Wydawca Grażyna Woźniak

Redaktor prowadzący Beata Kołodziejska

Redakcja Magdalena Sikorska

Korekta Jadwiga Przeczek Marzenna Kłos

Copyright © Gilly Macmillan 2015 Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2016

Świat Książki Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

Na tym świecie, podobnym do śmierdzącej kupy łajna, można polegać tylko na miłości matki.

James Joyce

W najmroczniejszej godzinie duszy zawsze, dzień po dniu, wybija trzecia nad ranem.

PROLOG  

RACHEL

W oczach innych często nie jesteśmy tym, za kogo się uważamy.

Kiedy kogoś poznajemy, próbujemy wypaść jak najlepiej, przedstawić siebie w jak najlepszym świetle.

To jedna z pułapek życia.

Dużo o tym myślałam po zaginięciu Bena. Kiedy się nad tym zastanawiam, zawsze nasuwa mi się pytanie: Skoro nie jesteśmy tym, za kogo się uważamy, to czy inni też nie są? Jeśli inni ludzie mogą nas oceniać tak błędnie, skąd pewność, że my sami postrzegamy ich prawidłowo?

Rozumiecie, do czego zmierzam?

Czy powinniśmy komuś ufać lub na kimś polegać tylko dlatego, że ma autorytet w społeczeństwie albo należy do rodziny? Czy nasze przyjaźnie i związki są oparte na naprawdę bezpiecznych podstawach?

Jeśli jestem w refleksyjnym nastroju, zastanawiam się, jak mogłoby się potoczyć moje życie, gdybym okazała się na tyle mądra, by myśleć o tych rzeczach przed zaginięciem Bena. Kiedy wpadam w posępny nastrój, zarzucam sobie, że tego nie zrobiłam, i przez wiele dni dręczę się paraliżującymi myślami.

Rok temu, tuż po zaginięciu Bena, uczestniczyłam w konferencji prasowej transmitowanej przez telewizję. Moja rola polegała na tym, by zaapelować o pomoc w odnalezieniu syna. Policja dała mi tekst, który miałam odczytać. Przyjęłam, że widzowie automatycznie zrozumieją, kim jestem, że ujrzą przed sobą matkę, której dziecko zaginęło, zainteresowaną tylko tym, by je odzyskać.

Wielu obserwatorów, zwłaszcza najaktywniejsi z nich, uważało inaczej. Oskarżali mnie o okropne rzeczy. Nie wiedziałam dlaczego, dopóki nie zobaczyłam filmu z konferencji prasowej – zbyt późno, by ograniczyć szkody – lecz wtedy natychmiast wszystko zrozumiałam.

Wyglądałam jak ofiara.

Nie ładna ofiara, na przykład antylopa o wielkich oczach biegnąca na szczupłych nogach, lecz zwierzę zaszczute przez sforę drapieżników, bliskie śmierci. Pokazałam światu twarz wykrzywioną z rozpaczy, pokrytą krwią, dygotałam z żalu i mówiłam ochryp­łym głosem wydobywającym się z zaschniętych ust. Wcześniej wyobrażałam sobie, że uczciwe pokazanie ludziom swoich emocji, choćby bolesnych, może wywołać współczucie i ułatwić poszukiwania Bena, lecz się pomyliłam.

Uznali, że mają przed sobą wariatkę. Przerażałam ludzi, ponieważ byłam osobą, którą spotkało najgorsze, i rzucili się na mnie jak sfora psów.

Później proponowano mi następne występy w telewizji. Sprawa wzbudziła sensację. Zawsze odmawiałam. Kto się na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha.

Nie powstrzymuje mnie to od wyobrażania sobie, jak mógłby wyglądać taki wywiad. Widzę wygodne studio telewizyjne i miłego prowadzącego, który mówi: „Powiedz nam coś o sobie, Rachel”. Siada wygodnie w fotelu, ustawionym nieco na ukos względem mojego, jakbyśmy gawędzili w pubie. Ma wyraz twarzy człowieka, który patrzy, jak barman przygotowuje koktajl albo lody z owocami. Rozmawiamy swobodnie, daje mi dużo czasu, bym mogła się przedstawić, opowiedzieć swoją historię. Wypadam dobrze. Panuję nad sobą. Wydaję się normalną matką. Moje odpowiedzi są rozsądne, wyważone. Nikogo nie atakuję. Nie zaczynam snuć wokół siebie pajęczyny podejrzeń, nie wygłaszam opinii, które brzmią rozsądnie tylko w mojej głowie. Nie popełniam błędów, nie ponoszę klęski.

Fantazje te mogą trwać wiele minut. Rezultat jest zawsze taki sam: wyobrażony wywiad wypada wspaniale, cudownie, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że prowadzący nie zadaje mi pytania, którego najbardziej nienawidzę. Mógłby je sformułować następująco: „Czy przed zaginięciem Bena miała pani przeczucie, że może mu się stać coś złego?”.

Nienawidzę tego pytania, ponieważ sugeruje ono, że w jakiś sposób nie dopełniłam swoich obowiązków. Wynika z niego, że gdybym bardziej kierowała się instynktem macierzyńskim, była lepszą matką, wówczas miałabym przeczucie, że mój syn może się znaleźć w niebezpieczeństwie, a przynajmniej powinnam je mieć. Jak odpowiadam na to pytanie? Mówię: „Nie”.

To prosta odpowiedź, ale ludzie często patrzą na mnie pytająco i marszczą brwi ze szczególnym wyrazem twarzy. Chęć usłyszenia ciekawej plotki jest w nich silniejsza od współczucia dla cudzego nieszczęścia. Lekko zmarszczone czoła i baczne spojrzenia zadają pytanie: „Jak to? Jest pani pewna? Czy to możliwe?”.

Nigdy nie uzasadniam swojej odpowiedzi. „Nie” musi im wystarczyć.

Ograniczam odpowiedź do jednego słowa, ponieważ to, co mnie spotkało, zmniejszyło moje zaufanie do ludzi, to zupełnie zrozumiałe. Wiele moich relacji ze znajomymi jest nacechowana wątpliwościami, które przypominają odłamki stłuczonej szklanki leżące na podłodze: są niewidzialne, ale można się nimi skaleczyć długo po posprzątaniu pokoju.

Mogę w tej chwili ufać tylko niewielu ludziom, którzy stanowią kotwicę trzymającą mnie przy życiu. Znają całą moją historię.

Jakaś część mnie myśli, że chętnie porozmawiałabym z nimi o tym, co się stało, ale tylko wtedy, gdybym miała pewność, że zechcą mnie słuchać. Musieliby wysłuchać całej mojej historii bez przerywania albo oceniania mnie, musieliby rozumieć, że wszystko, co robiłam, robiłam dla Bena. Niektóre z moich działań były pochopne, inne niebezpieczne, ale wszystkie służyły synowi, bo moja miłość do niego to jedyna prawda, jaką znałam.

Gdybyście chcieli odegrać rolę gości weselnych słuchających starego żeglarza[1], wtedy w zamian za czas, cierpliwość i zrozumienie poznalibyście wszystkie szczegóły. Myślę, że to dobra oferta. Uwielbiamy poznawać okropne szczegóły życia innych ludzi.

Tak naprawdę nigdy nie rozumiałam, dlaczego nie istnieje angielski odpowiednik niemieckiego słowa Schadenfreude. Może wstydzimy się przyznać, że coś takiego czujemy. Lepiej podtrzymywać złudzenie, że jesteśmy niewiniątkami.

Moja historia niewątpliwie zaskoczyłaby współczującego słuchacza, ponieważ prasa nie pisała o większości wydarzeń. Byłoby to coś w rodzaju wywiadu na wyłączność. Kiedy wyobrażam sobie, że opowiadam swoją historię fikcyjnemu słuchaczowi, myślę, że zaczęłabym od odpowiedzi na znienawidzone pytanie, po raz pierwszy, bo jest ważne. Rozpoczęłabym opowieść w sposób następujący:

Kiedy Ben zaginął, nie miałam żadnych przeczuć. Absolutnie żadnych. Zajmowało mnie coś innego. Nie przestawałam myśleć o nowej żonie swojego byłego męża.

1 Por. Samuel Taylor Coleridge, Pieśńo starym żeglarzu, przeł. Jan Kasprowicz, [w:] Poeci języka angielskiego, t. II, wybór i opracowanie Henryk Krzeczkowski, Jerzy S. Sito, Juliusz Żuławski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1997, s. 224. (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

JIM

Oto lista rzeczy, nad którymi niegdyś panowałem: praca, związki, rodzina.

Teraz problemem są myśli w mojej głowie.

Przypominają mi co godzinę, czasem minuta po minucie, o stracie, o działaniach, których nie mogę cofnąć, choćbym bardzo pragnął.

W ciągu tygodnia rzucam się w wir pracy, próbując odegnać myśli.

Weekendy są trudniejszym wyzwaniem, ale znalaz­łem sposoby, by je wypełnić: ćwiczę, pracuję, potem znowu ćwiczę i pracuję.

Najgorsze są noce. W mojej głowie nieustannie kłębią się myśli i nie pozwalają mi zasnąć.

Na studiach uczyłem się o bezsenności. Specjalizowałem się w poezji surrealistycznej i czytałem, że brak snu może mieć psychodeliczny, halucynogenny wpływ na umysł, wyzwolić ukryte rezerwy zdolności twórczych, wzbogacić życie i duszę.

Moja bezsenność jest inna.

Bezsenność sprawia, że staję się niespokojny, nieszczęśliwy. Nic twórczego, tylko beznadziejność i frustracja.

Każdej nocy, gdy kładę się do łóżka, ogarnia mnie trwoga przed nieuniknionym. Kiedy dotykam głową poduszki, mój umysł robi wszystko, bym nie zasnął, nawet jeśli jestem straszliwie zmęczony i rozpaczliwie pragnę zapomnieć o tym, co mnie dręczy.

Staję się nadmiernie wrażliwy na wszystkie docierające do mnie bodźce i każdy z nich wydaje się zadawać mi ból.

Przekręcam się na łóżku, aż gładkie prześcieradło zaczyna przypominać popękaną ziemię pokrytą śladami zwierzęcych pazurów. Jeśli próbuję leżeć nieruchomo z rękami na piersi, słyszę mocne bicie serca i nie mogę złapać tchu. Jeżeli leżę odkryty, powietrze w pokoju wywołuje gęsią skórkę niezależnie od temperatury. Otulony kołdrą, czuję klaustrofobię, która uniemożliwia mi oddychanie i sprawia, że łóżko staje się podobne do cuchnącego bajora, w którym muszę się taplać.

Męczę się w łóżku i słucham odgłosów miasta za oknem: krzyków nieznajomych, dźwięków samochodów, motorynek, syren, szumu koron drzew poruszanych przez wiatr, niekiedy ciszy. Pustka wypełniona hałasem.

W niektóre noce nie mogę znieść ciszy i wstaję, najczęściej po północy, po czym ubieram się i wychodzę z domu. Krążę ulicami w pomarańczowym świetle lamp sodowych; jedyna oznaka życia to nagły ruch widziany kątem oka, może lis albo bezdomny w bramie.

Ale nawet spacer na świeżym powietrzu nie rozjaśnia mi w głowie, bo z każdym krokiem coraz bardziej boję się powrotu do mieszkania, do łóżka, do pustki, bezsenności.

Najbardziej lękam się myśli, które znowu będą krążyć w moim umyśle.

Prowadzą mnie do mrocznych, niebezpiecznych miejsc, które w ciągu dnia starałem się trzymać zamknięte. Moja wyobraźnia odnajduje ukryte komnaty, otwiera zamki, wyłamuje drzwi, odrywa deski, którymi zabito okna, po czym wpuszcza światło w mroczne zakamarki. Wszystko jest jaskrawo oświetlone, jak miejsce przestępstwa. Na środku sceny – Benedict Finch. Spogląda na mnie przejrzystymi błękitnymi oczami, które mają tak niewinny wyraz, że odbieram to jak oskarżenie.

Nad ranem udaje mi się czasem zasnąć, ale problem polega na tym, że nie jest to odświeżająca ciemność, odpoczynek dla umysłu. Nawet we śnie nie mam chwili spokoju, ponieważ dręczą mnie koszmary.

Niezależnie od tego, czy śpię, czy nie, rano często jestem spocony i brudny, zmęczony jeszcze przed rozpoczęciem dnia. Poduszka jest mokra od łez, a prześcieradło od potu, i wkraczam w nowy dzień z trwogą, że bezsenność nie tylko zatarła granicę między dniem a nocą, lecz również naruszyła równowagę mojego umysłu.

Zanim mnie to spotkało, chyba nie doceniałem leczniczej potęgi snu i niszczącej siły bezsenności. Nie zdawałem sobie sprawy, że wyczerpanie może tak zrujnować ludzką psychikę. Nie zdawałem sobie sprawy, że umysł może zachorować, że człowiek w ogóle jest w stanie zauważyć, iż stopniowo, nieodwołalnie pogrąża się w mroku.

Wstydzę się opowiadać komukolwiek o tych sprawach, wspominać, że odczuwam w ciągu dnia skutki bezsenności, wplecione w tkankę życia. Zmęczenie powoduje, że kawa ma metaliczny posmak, a myśl o jedzeniu budzi wstręt. Kiedy się budzę, natychmiast chce mi się palić. Podczas jazdy rowerem do pracy czuję przypływ adrenaliny, jestem zdenerwowany i zbliżam się niebezpiecznie do krawężnika. Źle oceniam odległość od skrzyżowania i pisk opon samochodu zatrzymującego się na światłach sprawia, że zaczynam szybko pedałować, czując ból w nogach.

W pracy wcześnie rano Fraser pyta: „Dobrze się czujesz, Jim?”. Kiwam potakująco głową, ale czuję, że moje czoło pokrywa się potem. „Nic mi nie jest” – odpowiadam. Wytrzymuję jeszcze dziesięć minut, aż ktoś pyta: „Co sądzisz o tym pomyśle, Jim?”.

Powinienem się cieszyć z tego pytania. To szansa zaprezentowania swojej opinii, dowiedzenia własnej wartości. Rok temu właśnie tak bym zareagował. Teraz wbijam wzrok w odłamany kawałek plastiku na końcu swojego długopisu. Przezwyciężam zmęczenie i zmuszam się do uniesienia głowy i spojrzenia na pełne oczekiwania twarze otaczających mnie ludzi. Mogę myśleć tylko o tym, że bezsenność zupełnie pozbawiła mnie jasności umysłu. Czuję narastającą panikę, która przypomina wstrzyknięte lekarstwo rozchodzące się po ciele: biegnie tętnicami, żyłami, dociera do naczyń włosowatych, aż wreszcie ogarnia mnie całego. Opuszczam w milczeniu salę i znalazłszy się na zewnątrz, uderzam pięścią w ścianę, aż zaczynają mi krwawić knykcie.

Nie zdarzyło się to po raz pierwszy, ale po raz pierwszy zrealizowali swoją groźbę, że wyślą mnie do psychologa.

Nazywa się doktor Francesca Manelli. Stwierdzili jasno, że jeśli nie wezmę udziału we wszystkich sesjach terapeutycznych i nie zechcę rozmawiać z doktor Manelli, wyrzucą mnie z wydziału kryminalnego.

Odbyliśmy wstępne spotkanie. Chce, żebym przygotował opis sprawy Benedicta Fincha. Zaczynam, przedstawiając własne zastrzeżenia.

Raport dla doktor Franceski Manelli na temat przebiegu sprawy Benedicta Fincha, przygotowany przez inspektora Jamesa Clemo z policji Avon i Somerset

POUFNE

Chciałbym rozpocząć ten raport od deklaracji, że zgłaszam oficjalny sprzeciw wobec konieczności jego napisania oraz wobec udziału w sesjach terapeutycznych z doktor Manelli. Uważam, że świadczenia zdrowotne dla policjantów są rzeczą cenną, ale funkcjonariusze powinni z nich korzystać z własnej woli. Zamierzam złożyć ten sprzeciw formalnie, korzystając z przewidzianej drogi służbowej.

Rozumiem, że celem tego raportu jest moja ocena wydarzeń, do których doszło w trakcie śledztwa w sprawie Benedicta Fincha. Stanie się to podstawą dyskusji między mną a doktor Manelli w celu ustalenia, czy powinna ona udzielić mi długoterminowego wsparcia, by rozwiązać problemy wynikające z mojego udziału w tym śledztwie, a także problemy osobiste, które dotknęły mnie w owym czasie.

Rozumiem, że w razie potrzeby powinienem podawać szczegóły dotyczące mojego prywatnego życia, w tym kontaktów z aspirantką Emmą Zhang, ponieważ pozwoli to doktor Manelli uzyskać pełny obraz moich procesów decyzyjnych i motywacji w okresie, w którym było prowadzone śledztwo. Doktor Manelli będzie czytać przygotowywane przeze mnie materiały, które staną się przedmiotem naszych dyskusji podczas cotygodniowych sesji terapeutycznych.

Doktor Manelli poinformowała mnie, że najważniejszą częścią raportu powinien być opis wydarzeń, do których doszło w czasie prowadzenia śledztwa, jednak jeśli uzna to za stosowne, może on również zawierać stenogramy naszych rozmów lub inne materiały.

Zgadzam się uczestniczyć w tej procedurze tylko pod warunkiem, że zawartość raportu pozostanie utajniona.

Inspektor James Clemo

WCZEŚNIEJ  DZIEŃ PIERWSZY   NIEDZIELA, 21 PAŹDZIERNIKA 2012

W Wielkiej Brytanii zgłoszenia o zaginięciu dziecka są przyjmowane co trzy minuty.

www.missingkids.co.uk

RACHEL

Mój były mąż ma na imię John, a jego nowa żona Katrina. Jest drobną brunetką o świetnej figurze i ciemnych oczach, mężczyźni pożerają ją wzrokiem. Jej kasztanowe włosy lśnią jak u modelki z kolorowego czasopisma. Nosi boba, starannie układając włosy wokół drobnej twarzy o przekornych ustach.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ją na uroczystości w szpitalu, którą prowadził John, podziwiałam jej oczy. Były żywe, roziskrzone, pełne uroku. Rozglądały się bez przerwy po sali, czasem poważnie, czasem zalotnie, czasem nieco wyzywająco. Wydały mi się oczami sroki zerkającej ukradkiem na wszystkie strony i szukającej cudzych skarbów, które mogłaby zanieść do gniazda.

John wyprowadził się w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Na Gwiazdkę podarował mi iPada, a Benowi szczeniaka. Uważałam te prezenty za miłe i przemyślane, lecz drugiego dnia świąt wyjechał samochodem spod domu ze spakowanymi walizkami na tylnym siedzeniu, gdy tymczasem na stole stygła pieczeń wieprzowa, a Ben płakał, bo nie rozumiał, co się dzieje. Kiedy wreszcie się odwróciłam i weszłam do środka, by rozpocząć nowe życie jako samotna matka, zdałam sobie sprawę, że prezenty świadczyły o poczuciu winy: miały wypełnić pustkę, która pozostanie w naszym życiu po jego odejściu.

Z pewnością na krótką metę bardzo nas zajęły, ale inaczej, niż wyobrażał sobie John. Nazajutrz po świętach Ben zarekwirował iPada, a ja spędziłam kilka godzin w ogrodzie pod parasolką, drżąc z zimna i nie mogąc przyjść do siebie, w kompletnie przemoczonych, zabłoconych butach Cath Kidston otrzymanych na Gwiazdkę od siostry, a tymczasem szczeniak próbował wyrywać powojnik zamiast siusiać.

Katrina skłoniła Johna do wyprowadzenia się od nas dziesięć miesięcy przed zniknięciem Bena. Moim zdaniem zrealizowała swój plan po mistrzowsku. Uwiodła mojego męża, ukradła mi go. Nie znam szczegółowo przebiegu ich romansu, ale cała sprawa kojarzy się z fabułą kiepskiego filmu o lekarzach zatrudnionych w szpitalu. John był ordynatorem oddziału chirurgii dziecięcej, a Katrina niedawno rozpoczęła pracę jako wykwalifikowana dietetyczka.

Wyobrażam sobie, że poznali się przy łóżku pacjenta, spoglądali sobie w oczy, niechcący muskali swoje dłonie. Flirt stopniowo zmienił się w coś poważniejszego, aż wreszcie Katrina bezwarunkowo oddała się Johnowi jako osoba, która nie ma jeszcze dzieci. W tamtym okresie John miał obsesję na punkcie pracy. Całkowicie go pochłaniała i dlatego uważam, że to Katrina musiała wykazać inicjatywę i że jej działania zapewne sprowadziły się do uwodzicielskiej propozycji.

Byłam rozgoryczona. Mój związek z Johnem miał taki solidny, ostrożny początek, że zakładałam, iż będzie trwał wiecznie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że nasze małżeństwo może się rozpaść. Teraz zdaję sobie sprawę, że byłam wyjątkowo naiwna.

Nie rozumiałam, że John myśli inaczej niż ja, że nie uważa naszych problemów za zwyczajne, możliwe do przezwyciężenia. Dla niego sytuacja była krytyczna, nie radził sobie z dalszym byciem ze mną, toteż postanowił rozwiązać problem przez wyprowadzenie się z domu.

Kiedy zatelefonowałam do siostry po jego odejściu, spytała z niedowierzaniem:

– Spodziewałaś się czegoś takiego? Jesteś pewna, że poświęcałaś mu dość uwagi?

Ton głosu Nicky sugerował, że mogła to być moja wina i że należało tego oczekiwać.

Odłożyłam słuchawkę. Moja przyjaciółka Laura powiedziała:

– Wydawało mi się, że był ostatnio trochę nieobecny. Zakładałam, że jakoś sobie z tym poradzicie.

Laura była moją najlepszą przyjaciółką, poznałyśmy się w szkole pielęgniarskiej. Podobnie jak ja zrezygnowała z życia w świecie kroplówek i wydzielin. Zwolniła się z pracy i zajęła dziennikarstwem. Znałyśmy się od bardzo dawna: widziała narodziny mojego związku z Johnem, a także jego koniec. Była bystra i prostolinijna. Słowo „nieobecny” zapadło mi w pamięć, ponieważ, szczerze mówiąc, w ogóle tego nie zauważyłam. Kiedy trzeba opiekować się dzieckiem i zajmować nową karierą, czasami nie zwraca się uwagi na wiele rzeczy.

Rozstanie i rozwód z Johnem złamały mi serce, przyznaję. Kiedy Ben zniknął, ciągle byłam w żałobie po mężu. W ciągu dziesięciu miesięcy można się przyzwyczaić do samotności, ale rany goją się dłużej.

Kiedy John przeprowadził się do Katriny, pojechałam kiedyś do jej mieszkania. Łatwo je znalazłam. Nacisnęłam dzwonek, a gdy otworzyła drzwi, straciłam panowanie nad sobą. Oskarżyłam Katrinę, że zburzyła życie naszej rodziny; mówiłam jeszcze gorsze rzeczy. Johna nie było, ale Katrina miała gości, troje przyjaciół, którzy usłyszeli nasze podniesione głosy i pojawili się za jej plecami. Stali z otwartymi ustami, wstrząśnięci, niczym chór w tragedii greckiej. Trzymali w dłoniach kieliszki z białym winem i z dezaprobatą obserwowali, jak się awanturuję. Nie był to mój najlepszy dzień, ale nigdy nie przeprosiłam Katriny.

Możecie się zastanawiać, jak wyglądam, skoro mojego męża uwiodła taka bezczelna mała sroka. Jeśli widzieliście film z konferencji prasowej, macie pewne wyobrażenie na ten temat, choć wypadłam wtedy kiepsko. Bardzo kiepsko.

Widzieliście, że mam rozczochrane, brudne włosy, choć moja siostra usiłowała doprowadzić je do porządku. Wyglądałam jak czarownica. Czy uwierzycie, że w normalnych okolicznościach są jedną z moich najładniejszych ozdób? Mam długie, falujące, jasne włosy, które opadają poniżej ramion. Są naprawdę śliczne.

Z pewnością zauważyliście moje oczy. Telewizja najczęściej powtarza właśnie to ujęcie: przekrwione, pełne rozpaczy, błagające oczy, z czerwonymi obwódkami i spuchnięte od płaczu. Musicie mi uwierzyć na słowo, że normalnie wyglądają ładnie: są szeroko rozstawione, intensywnie zielone i niegdyś myślałam, że pasują do mojej jasnej, czystej cery.

Ale tak naprawdę mam nadzieję, że zauważyliście kilka piegów na moim nosie. Widzieliście je? Ben je po mnie odziedziczył i zawsze bardzo się cieszyłam, że jest w nim mój wyraźny ślad.

*

Nie powinnam sugerować, że w dniu zaginięciu Bena myślałam wyłącznie o Katrinie. Mój syn zniknął w niedzielę po południu, gdy spacerowaliśmy z psem po lesie. Wybraliśmy się samochodem za miasto, na drugą stronę rzeki Avon.

Przejechaliśmy przez most wiszący Clifton, przerzucony nad głęboką, błotnistą doliną rzeki, i widzieliśmy w dole ciemny, wezbrany nurt. Dolina rzeki stanowi granicę między miastem a terenami wiejskimi. Po jednej stronie znajduje się miasto, sięgające aż do brzegu, a po drugiej wznoszą się strome wzgórza porośnięte drzewami.

Po pięciu minutach dotarliśmy do lasu. Zaparkowałam samochód i weszliśmy między drzewa. Było piękne jesienne popołudnie i w czasie spaceru rozkoszowałam się dźwiękami, zapachami i widokami lasu.

Zajmuję się fotografią. Zawód zmieniłam po urodzeniu Bena. Bez żalu zrezygnowałam z dotychczasowej pracy pielęgniarki. Fotografowanie sprawiało mi radość, stało się absolutną namiętnością, co oznaczało, że zawsze obserwuję światło, zastanawiam się, jak je wykorzystać na zdjęciu. Dzięki temu doskonale pamiętam nasz popołudniowy spacer.

Było dość późno i światło miało w sobie coś niepewnego, ale było jeszcze dość silne, toteż barwy liści w górze i dokoła mnie były ciągle wyraziste i piękne. Niektóre liście spadały na ziemię, gdy szliśmy. Bezszelestnie odrywały się od gałęzi, na których wisiały od miesięcy, i szybowały przed nami w dół, po czym lądowały na ścieżce. Kiedy zaczęliśmy spacer, było ciągle pogodne popołudnie i można było spokojnie smakować barwy późnej jesieni.

Oczywiście Ben i pies nie zwracali na to wszystko uwagi. Kiedy wyobrażałam sobie fotografie, biegali dokoła i bawili się w chowanego. Mieli roziskrzone, dzikie oczy, a z ich ust buchała para. Ben był ubrany w czerwoną kurtkę z kapturem obszytym futrem; widziałam ją przed sobą na ścieżce, a potem migała między drzewami. Skittle biegł obok Bena.

Mój syn rzucał patykami w pnie drzew, przyklękał na pokrytej liśćmi ziemi, by obejrzeć grzyby, których nie wolno mu było dotykać. Próbował iść z zamkniętymi oczami i opisywać, co czuje.

– Chyba tu jest błoto, mamo – powiedział, czując, że jeden z jego butów ugrzązł w rozmokłej ziemi.

Musiałam wyciągnąć but z błota, gdy tymczasem Ben stał z uniesioną nogą w skarpetce, kołysząc się niebezpiecznie. Zbierał szyszki i pokazał mi, że jedna jest jeszcze niedojrzała.

– Będzie padać, popatrz! – odezwał się.

Mój syn wyglądał pięknie tego popołudnia. Miał zaledwie osiem lat. Jego jasne włosy były zmierzwione, a policzki zaróżowione z wysiłku i zimna. Jasnobłękitne oczy Bena przypominały szafiry. Spoglądałam na bladą, jesienną cerę syna, nieskazitelną z wyjątkiem kilku piegów, na jego uśmiech, który kochałam najbardziej na świecie. Sięgał mi mniej więcej do piersi, mógł położyć mi dłoń na ramieniu, trzymać mnie za rękę, co nadal czasem robił, choć nie w szkole.

Tego popołudnia Ben tryskał szczęściem w nieskomplikowany, dziecięcy sposób. Ja także czułam się szczęśliwa. Po odejściu Johna przeżyłam dziesięć trudnych miesięcy i chociaż ciągle myślałam o nim więcej, niż powinnam, bywały również chwile, gdy miałam wrażenie, że wszystko jest w porządku, że nie ma nic złego w tym, iż jesteśmy tylko we dwoje. Szczerze mówiąc, zdarzało się to rzadko, ale to popołudnie w lesie było jedną z takich chwil.

*

O wpół do piątej zaczęło się robić coraz zimniej i zdałam sobie sprawę, że trzeba powoli wracać do domu. Ben miał inne zdanie.

– Mogę się pohuśtać na linie? Proszę!

– Tak – odpowiedziałam. Uznałam, że zdążymy wrócić do samochodu przed zmrokiem.

– Mogę pobiec przodem?

Często wracam myślami do tego momentu i zanim ocenicie odpowiedź, jakiej udzieliłam, chciałabym zadać wam pytanie. Jak należy się zachować, gdy ktoś jest jednocześnie matką i ojcem swojego dziecka? Byłam samotną matką. Mój instynkt macierzyński mówił jasno: Chroń swoje dziecko przed każdym niebezpieczeństwem. Głos matki chciał powiedzieć: Nie, nie możesz iść sam, jesteś za mały, powinnam iść z tobą do liny i nie spuszczać cię z oka. Ale pod nieobecność ojca Bena uważałam, że mam obowiązek wysłuchać jeszcze jednego głosu, głosu ojca. Wyobrażałam sobie, że zachęcałby on syna do samodzielności, podejmowania ryzyka, odkrywania życia na własną rękę. Wyobrażałam sobie, że ten głos mówi: Oczywiście, że możesz iść sam! Biegnij!

Z tego powodu rzeczywista rozmowa przebiegła następująco:

– Mogę pobiec przodem?

– Och, Ben, nie jestem pewna...

– Proszę, mamo! – powiedział, przeciągając samogłoski, przymilając się.

– Znasz drogę?

– Tak!

– Jesteś pewny?

– Zawsze tędy chodzimy!

Miał rację, rzeczywiście tak było.

– W porządku, ale jeśli nie będziesz wiedział, gdzie skręcić, zaczekaj na mnie na głównej ścieżce.

– Dobrze – odpowiedział i popędził naprzód razem ze Skittle’em.

– Ben! – zawołałam. – Jesteś pewien, że znasz drogę?!

– Tak! – krzyknął z pewnością siebie dziecka, które prawie nigdy nie słucha, co się do niego mówi, bo ma ciekawsze zajęcie. Nie zatrzymał się i nie obejrzał.

Wtedy widziałam go ostatni raz.

*

Idąc ścieżką za Benem, odsłuchałam na komórce pocztę głosową. Wiadomość zostawiła moja siostra. Zrobiła to w porze lunchu.

„Cześć, to ja! Możesz do mnie zadzwonić w sprawie zdjęć z Gwiazdki na blog? Jestem na targach żywnościowych Cotswold i mam całe mnóstwo pomysłów, o których zamierzam z tobą pogadać, więc chciałabym potwierdzić, że przyjedziesz w przyszły weekend. Wiem, że mówiłyśmy, że powinnaś przyjechać do nas do domu, ale pomyślałam, że mogłybyśmy przygotować coś lepszego w chacie, udekorować ją ostrokrzewem i tak dalej, więc może byś tam przyjechała? Dziewczęta zostaną z Simonem, bo mają różne rzeczy do zrobienia, czyli będziemy tylko we dwie. Nawiasem mówiąc, dziś tam przenocuję, więc możesz dzwonić na telefon stacjonarny, jeśli nie złapiesz mnie przez komórkę. Pozdrów ode mnie Bena. Pa!”.

Moja siostra prowadzi bardzo popularny blog na temat gotowania. Nazywa się „Keczup i krem”, od ulubionych dodatków kulinarnych jej córek. Ma ich cztery, wszystkie niezwykle podobne do ojca, z głęboko osadzonymi ciemnobrązowymi, prawie czarnymi oczami, uparte i zadziorne. Moja siostra często żartuje, że gdyby sama ich nie urodziła, wątpiłaby, czy rzeczywiście są jej córkami. Przyznaję, że niekiedy zastanawiałam się, czy siostra naprawdę rozumie córki: wydają się tajemnicze nawet własnej matce.

Są w zbliżonym wieku – wszystkie starsze od Bena – i stanowią zwartą grupkę, z którą Ben nigdy się nie zżył; odnosił się do nich z pewnym dystansem, ponieważ traktowały go jak zabawkę.

Jednak Nicky potrafi sobie z nimi doskonale radzić, układa harmonogram ich dnia minuta po minucie, panuje nad nimi, wypełniając im czas. Ich życie jest tak dokładnie uporządkowane, że zastanawiałam się czasami, czy te kruczowłose dziewczęta nie zapadną się w sobie, gdy znajdą się w prawdziwym świecie poza kontrolą matki.

W swoim blogu Nicky publikuje przepisy, dzięki którym, jak twierdzi, nawet najbardziej wybredne rodziny mogą w zgodzie spożywać zdrowe posiłki. Kiedy zaczęła go prowadzić, uznałam to za idiotyzm, ale ku mojemu zdziwieniu blog okazał się sukcesem i często wymieniano go w gazetach w pierwszej dziesiątce blogów o tematyce kulinarnej i rodzinnej.

Moja siostra jest świetną kucharką i łączy przepisy z ciepłymi komentarzami na temat kłopotów związanych z gotowaniem dla dużej rodziny. Nie jest to mój ulubiony temat – uważam go za zbyt wydumany i naiwnie sentymentalny – lecz jej wpisy podobają się wielu kobietom, które starają się realizować ideał pani domu.

Oddzwoniłam i zostawiłam wiadomość: „Tak, przyjedziemy w sobotę i wyjedziemy w niedzielę po lunchu. Chcesz, żebym coś przywiozła?”.

Pytałam o to celowo. Wiedziałam, że o nic mnie nie poprosi. Szczyci się, że jest idealną gospodynią.

Celowo ograniczałam również czas wizyty. Kiedy postanowiłam odwiedzić Nicky w jej chacie, uznałam, że należy tam spędzić tylko jedną noc. Nie mam innej bliskiej rodziny oprócz siostry i czuję się zobowiązana ją odwiedzać, by Ben mógł poznać swoje siostry cioteczne, ale nigdy specjalnie mi na tym nie zależało.

Wielki dom na przedmieściach Salisbury zawsze doskonale się prezentował, epatował tradycją i roiło się w nim od gości, lecz już po jednej nocy zaczynałam odczuwać klaustrofobię. Wszystko mnie przytłaczało: superskuteczna Nicky dokonująca cudów jako gospodyni, jej tęgi, wesoły mąż z kieliszkiem wina w ręku, nieustannie opowiadający anegdoty, i córki, które ciągle się kłóciły, naśmiewały się z matki za jej plecami i owijały sobie ojca wokół palca. Moje spokojne życie z Benem w naszym niewielkim domu w Bristolu było zupełnie inne.

Wiejski dom również nie był moim ulubionym miejscem, nawet gdy nie musiałam się stykać z rodziną Nicky. Zapisała go mnie i siostrze ciotka Esther, która nas wychowała; był niewielki, wilgotny i budził we mnie nieprzyjemne wspomnienia. Sprzedałabym go już wiele lat temu, z pewnością przydałyby mi się pieniądze, ale Nicky była do niego bardzo przywiązana i pokrywała wraz z mężem całkowite koszty utrzymania, chyba głównie z poczucia winy, że nie pozwala mi uwolnić kapitału. Namawiała mnie, bym częściej z niego korzystała, ale po pobytach w tym wiejskim domu czułam się nieco dziwnie, jakbym nigdy nie dorosła, na zawsze pozostała nastolatką.

Schowałam komórkę do kieszeni. Dotarłam do początku ścieżki prowadzącej do liny służącej jako huśtawka. Nie zauważyłam Bena, więc przyjęłam, że jest już dalej. Podążałam za nim błotnistą ścieżką, przedzierając się przez gałęzie. Kiedy dochodziłam do polany, na której wisi lina, uśmiechałam się na myśl, że za chwilę go zobaczę, radosnego, triumfującego, że dotarł tam samodzielnie.

Jednak nie zauważyłam syna ani Skittle’a. Lina huśtała się powoli, do przodu i do tyłu. Ruszyłam naprzód i rozejrzałam się po polanie.

– Ben! – zawołałam. Żadnej odpowiedzi. Poczułam nagły przypływ paniki, lecz stłumiłam ją w sobie. Pozwoliłam Benowi na trochę samodzielności, głupio byłoby wszystko zanegować, zachowując się nadopiekuńczo. Ben prawdopodobnie schował się za drzewem ze Skittle’em i nie powinnam psuć mu zabawy.

Rozejrzałam się. Polana była niewielka, o rozmiarach połowy kortu tenisowego. Prawie ze wszystkich stron otaczał ją gęsty, ciemny las, chociaż w jednym miejscu rosła spora kępa młodych drzew średniej wielkości, wysmukłych i delikatnych, pozbawionych liści. Rozpraszały wokół siebie światło w dziwny sposób. Na środku polany, na skraju niewielkiego strumienia, rósł dorodny buk. Do jednego z konarów przymocowano linę służącą jako huśtawka. Doszłam do wniosku, że Ben schował się za grubym pniem.

Weszłam powoli na polanę, udając, że go szukam.

– Hmm, ciekawe, gdzie się właściwie podział Ben? – zaczęłam myśleć na głos, patrząc w stronę buka, by syn mógł mnie słyszeć. – Zastanawiam się, co się z nim stało... Myślałam, że się tu ze mną spotka, ale nigdzie go nie widzę, nie ma też psa. To zagadkowe.

Zatrzymałam się, by posłuchać, czy nie zdradzi się jakimś dźwiękiem, lecz niczego nie usłyszałam.

– Ciekawe, czy Ben poszedł beze mnie do domu – ciągnęłam, wsadzając czubek buta do strumyka. – Lina przestała się huśtać; wisiała nieruchomo. – Może zaczął w lesie nowe życie beze mnie? Może będę musiała wrócić do domu, zjeść grzankę z miodem i oglądać samotnie Doktora Who?

Znów nie usłyszałam żadnej odpowiedzi i poczułam przypływ lęku. Kiedy mówiłam w ten sposób, zwykle triumfalnie wychodził z ukrycia, zadowolony, że tak długo mnie oszukiwał. Powiedziałam sobie, że powinnam być spokojna, że Ben podnosi stawkę, zmusza mnie do wysiłku.

– Cóż, skoro Ben chce żyć samotnie w lesie, chyba będę musiała oddać jego rzeczy innym chłopcom. – Usiadłam na omszałym pieńku, czekając na odpowiedź Bena, usiłując zachować spokój. Później zagrałam swoją kartą atutową. – Ciekawe, kto będzie chciał dostać misia Woreczka... – Miś Woreczek był ulubioną zabawką Bena, pluszowym niedźwiadkiem, którego dostał od dziadków, kiedy był malutki.

Rozejrzałem się, spodziewając się ujrzeć Bena, który wychodzi na otwartą przestrzeń, trochę roześmiany, trochę zły, ale panowała absolutna cisza, jakby las wstrzymał oddech. Spojrzałam w ciszy na pnie otaczających mnie drzew, a później na niebo widoczne w górze. Nagle poczułam nadciągającą ciemność, która posuwała się od wschodu niczym czarna warstwa spalenizny na papierze pożeranym przez płomienie i zmieniającym się w popiół.

W tej samej chwili zrozumiałam, że Bena nie ma na polanie.

Podbiegłam do drzewa. Okrążyłam je, raz, drugi, jeszcze raz, czując, jak kora szoruje o moje palce.

– Ben! – krzyknęłam – Ben! Ben! Ben...!

Żadnej odpowiedzi. Wołałam dalej, a gdy umilkłam i zaczęłam nasłuchiwać, w dalszym ciągu panowała cisza. Z każdą sekundą narastało mdlące uczucie w żołądku.

Nagle usłyszałam hałas: cudowny trzask, odgłos kogoś przedzierającego się przez zarośla. Dochodził spośród młodych drzew na skraju polany. Popędziłam w tamtą stronę, wbiegłam między drzewa, omijając niskie, giętkie gałęzie, i poczułam, że jedna z nich uderza mnie w czoło.

– Ben, tu jestem! – zawołałam. Żadnej odpowiedzi, lecz hałas się przybliżał. – Idę do ciebie, kochanie! – krzyknęłam. Poczułam przypływ ulgi. Biegnąc, obserwowałam gęste krzaki znajdujące się z przodu, spodziewając się ujrzeć Bena. Dźwięki odbijały się echem od otaczających mnie drzew, utrudniając orientację. Nagle coś wypadło z krzaków koło moich stóp i wzdrygnęłam się zaskoczona.

Był to duży pies, wyraźnie zadowolony ze spotkania ze mną. Skakał koło moich nóg, domagając się pieszczot. Miał szeroko otwarty, ciemnoczerwony pysk i wywieszony wielki język. Kilka metrów za nim spomiędzy drzew wyszła kobieta.

– Och, bardzo przepraszam, moja droga – powiedziała. – Nie ugryzie pani, jest bardzo przyjazny.

– O Boże! – jęknęłam. Przyłożyłam dłonie do ust i zawołałam: – Ben! – Tym razem krzyknęłam tak głośno, że zimne powietrze niemal sparzyło mi gardło, gdy nabrałam powietrza w płuca.

– Zgubiła pani psa? Tam go nie ma, bo bym go spotkała. Ach, wie pani, że ma pani zakrwawione czoło?! Nic pani nie jest? Proszę chwileczkę zaczekać.

Włożyła rękę do kieszeni płaszcza i podała mi chusteczkę higieniczną. Była w wieku emerytalnym, miała kapelusz z szerokim rondem mocno wciśnięty na głowę. Na jej pomarszczonej twarzy malowała się troska i z trudem łapała oddech. Zignorowałam chusteczkę i chwyciłam kobietę za ramiona, aż poczułam ich opór przez grubą kurtkę. Żachnęła się.

– Nie, nie psa, tylko syna! – powiedziałam. – Zgubiłam syna!

Wypowiadając te słowa, czułam strużkę krwi płynącą po czole.

Tak się zaczęło.

*

Szukałam Bena razem z kobietą. Przeczesałyśmy teren wokół huśtawki, po czym wróciłyśmy na ścieżkę i ruszyłyśmy w przeciwnych kierunkach, planując się spotkać na głównym parkingu.

Nie byłam spokojna, o nie. Ściskało mnie w brzuchu ze strachu.

W czasie poszukiwań las się zmienił. Niebo pociemniało i zasnuło się chmurami, a w niektórych miejscach konary drzew tworzyły gęste łukowate sklepienie i ścieżka przypominała tunel.

Kiedy wiatr zaczął się wzmagać, liście zaszeleściły wokół mnie niczym zbutwiałe konfetti, a potężne korony zakołysały się, targane podmuchami.

Zaczęłam znowu wołać Bena i wsłuchiwać się w odgłosy lasu, próbując rozszyfrować jego dźwięki. Zaskrzypiała gałąź. Zaśpiewał ptak, wydając piskliwy dźwięk podobny do krzyku. Odpowiedział mu inny ptak. Wysoko w górze przelatywał samolot.

Najgłośniejszy ze wszystkiego był mój oddech, chlupot moich butów w błocie. Słyszałam odgłosy własnej paniki.

Nigdzie nie słyszałam Bena ani Skittle’a.

Nie widziałam jaskrawoczerwonej kurtki.

*

Gdy dotarłam na parking, byłam bliska histerii. Wszędzie stały samochody i kręcili się ludzie, ponieważ z pobliskiego boiska do piłki nożnej wychodziły drużyny chłopców, rodziny i kibice. W jednym z rogów stała grupka fanów gier fantasy przebranych w fantastyczne stroje; pakowali do samochodów broń i przenośne lodówki do piwa. W niedzielne popołudnia regularnie pojawiali się w lesie.

Skupiłam się na chłopcach. Wielu z nich miało czerwone ubrania. Chodziłam pomiędzy nimi, szukając Bena. Odwracałam ich, patrzyłam im w oczy, zastanawiałam się, czy Ben jest pośród nich. Zauważyłam kilka znajomych twarzy. Wołałam syna, pytałam, czy chłopcy go widzieli, pytałam, czy widzieli Bena Fincha. Nagle znieruchomiałam, czując na ramieniu czyjąś rękę.

– Rachel!

Był to Peter Armstrong, samotny ojciec Finna, najlepszego przyjaciela Bena. Za nim stał Finn w stroju piłkarskim, ubłocony, jedząc kawałek pomarańczy.

– Co się stało?

Peter wysłuchał mojej opowieści.

– Musimy zadzwonić na policję – powiedział. – Natychmiast.

Sam zatelefonował, a ja stałam obok niego, dygocąc na całym ciele. Nie wierzyłam w to, co słyszałam, bo wszystko stawało się w ten sposób rzeczywiste i rozumiałam, że dzieje się naprawdę.

Później Peter zaczął organizować ludzi. Zebrał na parkingu kilka rodzin, poprosił część osób, by zostały z dziećmi, i sformował grupę poszukiwawczą.

– Za pięć minut wyruszamy – rzekł do zgromadzonych.

Kiedy czekaliśmy, w okulary Petera zaczęły uderzać kropelki deszczu. Zadygotałam.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział, otaczając mnie ramieniem. – Znajdziemy go.

Staliśmy obok siebie, gdy z lasu wynurzyła się starsza pani. Była zdyszana i z trudem powstrzymywała psa ciągnącego smycz. Na mój widok spuściła nos na kwintę.

– Ach, tak mi przykro, moja droga – powiedziała. – Byłam pewna, że już go pani znalazła. Wezwała pani pomoc? – spytała. – Robi się ciemno, więc to chyba konieczne.

*

Nie trwało to długo, lecz kiedy wszyscy się zebrali, cienie i kontury otaczających nas drzew straciły wyrazistość i zmieniły się w rozmazane plamy mroku. Las wydawał się wrogi i niedostępny. Wszyscy przynieś­li latarki, jeśli je mieli. W skład naszej grupy wchodziły różne osoby: rodzice dzieci grających w piłkę nożną, członkowie grupy fanów gier fantasy ciągle noszący swoje przebrania i jeden kolarz w kostiumie z lycry. Na zmarzniętych twarzach malował się narastający lęk, że Ben się nie zgubił, lecz stało mu się coś złego.

Peter zwrócił się do zgromadzonych:

– Chłopiec ma na sobie czerwoną kurtkę, niebieskie buty sportowe z odblaskami i dżinsy. Ma ciemnobrązowe włosy i niebieskie oczy. Pies to czarno-biały cocker spaniel o imieniu Skittle. Jakieś pytania?

Nie było żadnych. Podzieliliśmy się na dwie grupy i wyruszyliśmy ścieżkami w różnych kierunkach. Peter stał na czele jednej grupy, ja drugiej.

Weszliśmy do lasu. Po niespełna dziesięciu minutach deszcz się wzmógł i strugi wody przebiły korony drzew. Po kilku minutach byliśmy przemoczeni do suchej nitki, a na ścieżce pojawiły się wielkie kałuże. Posuwaliśmy się do przodu znacznie wolniej, ale w dalszym ciągu wołaliśmy i nasłuchiwaliśmy odpowiedzi. Wokół przesuwały się snopy światła latarek, padając na drzewa i zarośla. Wysilaliśmy oczy, próbując cokolwiek zobaczyć.

Kiedy mijały kolejne sekundy, a pogoda coraz bardziej się pogarszała, mój strach zmienił się w trwogę, która zaczęła grozić eksplozją.

*

Po dwudziestu minutach poczułam wibrację swojej komórki. Był to SMS od Petera, który brzmiał: „Spotkajmy się na parkingu”. To wszystko.

Poczułam przypływ nadziei. Zaczęłam biec, coraz szybciej i szybciej. Kiedy znalazłam się na parkingu, musiałam się nagle zatrzymać. Znalazłam się w jaskrawym świetle dwóch reflektorów samochodowych.

– Rachel Jenner? – W świetle pojawiła się czyjaś postać. – Nazywam się Sarah Banks. Pracuję na posterunku policji w Nailsea, jestem konstablem. Rozumiem, że pani syn się zgubił? Znaleźli państwo jakieś ślady?

– Nie.

– Zupełnie nic?

Pokręciłam głową.

Z tyłu rozległ się okrzyk. Był to Peter. Niósł na rękach Skittle’a. Delikatnie położył psa na ziemi. Jedna z jego cienkich tylnych łap była wykręcona pod nienaturalnym kątem. Zaskomlał na mój widok i przytulił nos do mojej dłoni.

– Ben? – spytałam.

Peter pokręcił głową.

– Pies wybiegł, kuśtykając, na ścieżkę tuż przed nami. Nie mamy pojęcia, skąd przyszedł.

Moje wspomnienia tego momentu to przede wszystkim dźwięki i doznania. Krople deszczu na mojej twarzy, przemoczone kolana, gdy klęczałam na ziemi, ponure pomruki otaczających ludzi, ciche skomlenie psa, mocne porywy wiatru, ciche brzmienie muzyki pop dobiegające z jednego z samochodów, w którym schroniły się dzieci, jego zaparowana przednia szyba.

W tle rozlegał się trzask policyjnego radia tuż za moimi plecami i głos policjantki Banks, która wzywała posiłki.

*

Peter zabrał Skittle’a do weterynarza. Policjantka Banks nie pozwoliła mi wrócić do lasu. Miała ostre młodzieńcze rysy twarzy, równe białe zęby i wydawała się zbyt niedojrzała, by wymusić posłuszeństwo, lecz okazała się nieugięta.

Usiadłyśmy razem w moim samochodzie. Wypytała mnie dokładnie, co Ben i ja robiliśmy, gdzie go ostatnio widziałam. Powoli, starannie zanotowała wszystko krągłym charakterem pisma; pisane przez nią słowa wyglądały jak tłuste gąsienice pełznące po papierze.

Zadzwoniłam do Johna. Kiedy odebrał, rozpłakałam się, a policjantka Banks łagodnie odebrała mi komórkę i poprosiła go o potwierdzenie, że jest ojcem Bena. Później powiedziała, że Ben się zgubił i że John powinien natychmiast przyjechać do lasu.

Zatelefonowałam do swojej siostry Nicky. Na początku nie odebrała, ale szybko oddzwoniła.

– Ben się zgubił – poinformowałam. Ledwo ją słyszałam i musiałam podnieść głos.

– Co takiego?

– Ben się zgubił!

– Zgubił się? Gdzie?

Wszystko jej powiedziałam. Przyznałam, że pobiegł przodem, że to moja wina. Zareagowała bardzo praktycznie.

– Zawiadomiłaś policję? Poprosiłaś ludzi o pomoc w poszukiwaniach? Czy mogę porozmawiać z policją?

– Sprowadzili psy, ale jest ciemno i mówią, że do rana nie mogą nic zrobić.

– Mogę z nimi porozmawiać?

– To nie ma sensu.

– Zależy mi na tym.

– Robią wszystko, co możliwe.

– Mam przyjechać?

Była to wielkoduszna propozycja. Wiedziałam, że siostra nienawidzi jeździć samochodem po ciemku. Nawet w najlepszych warunkach była nerwowym kierowcą, na drodze zachowywała się ostrożnie i konserwatywnie, podobnie jak w życiu. Nocowała w domu, gdzie spędziłyśmy dzieciństwo, a okoliczne drogi były zdradliwe nawet w ciągu dnia. Dom znajdował się w głębi hrabstwa Wiltshire, na skraju dużego zalesionego majątku i można tam było dotrzeć tylko plątaniną wąskich, krętych dróg, przy których znajdowały się głębokie rowy i wysokie żywopłoty.

– Nie, nie ma potrzeby. John jest już w drodze.

– Zadzwoń do mnie, jeśli będą jakieś nowe wiadomości, cokolwiek.

– Dobrze.

– Przez cały czas będę miała komórkę przy sobie.

– Okej.

– Czy w lesie pada?

– Tak, jest bardzo zimno. Ben ma na sobie tylko kurtkę i bawełnianą bluzę.

Ben nie znosił swetrów. Zanim pojechaliśmy do lasu, zmusiłam go do włożenia swetra, ale w samochodzie natychmiast go ściągnął.

– Jest mi bardzo gorąco, mamo – powiedział. – Naprawdę bardzo gorąco.

Sweter, czerwony, zrobiony na drutach, leżał na tylnym siedzeniu mojego samochodu. Sięgnęłam po niego, położyłam sobie na kolanach, przycisnęłam do siebie i poczułam zapach syna.

Nicky ciągle mówiła, jak zwykle starając się mnie uspokoić, chociaż sama czuła coraz większy niepokój.

– Nic się nie stało. Na pewno niedługo go znajdą. Nie mógł daleko odejść. Dzieci są bardzo odporne.

– Nie pozwalają mi go szukać. Kazali mi zostać na parkingu.

– To rozsądne. Mogłabyś się zranić w ciemności.

– Ben już niedługo powinien iść spać.

Odetchnęła głęboko. Wyobrażałam sobie jej zmarszczoną, zatroskaną twarz; prawdopodobnie obgryzała paznokieć małego palca. Wiedziałam, jak wygląda niepokój Nicky. W dzieciństwie był naszym nieodłącznym towarzyszem.

– Wszystko będzie dobrze – odezwała się, ale obie wiedziałyśmy, że to tylko słowa i że nie ma żadnej pewności.

*

Po przyjeździe Johna policjantka Banks zaczęła z nim rozmawiać. Stali w świetle reflektorów samochodu Johna. W dalszym ciągu padał deszcz, z nieba lały się strugi wody. Ogromny buk dostarczał pewnej osłony. Miał jeszcze dużo liści i w świetle padającym z samochodu korona drzewa przypominała złocistą kulę.

John z uwagą słuchał słów Banks. Wydawał się zdenerwowany i zaniepokojony, lecz tryskał energią. Włosy o barwie mokrego piasku przylepiły mu się do głowy, a blada twarz wydawała się wyrzeźbiona z kamienia.

– Rozmawiałam ze swoim inspektorem – odezwała się do niego Banks. – Już tu jedzie.

John skinął głową. Zerknął na mnie, lecz szybko odwrócił wzrok. Miał napięte ścięgna szyi.

– To dobra wiadomość – ciągnęła Banks. – Znaczy, że traktują sprawę poważnie.

Dlaczego nie mieliby traktować jej poważnie? – pomyślałam. – Dlaczego mieliby lekceważyć zniknięcie dziecka? Ruszyłam w stronę Johna. Chciałam dotknąć jego dłoni. Tak naprawdę chciałam, by mnie przytulił. Nagle spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Pozwoliłaś mu pobiec przodem? – spytał, a w jego głosie zabrzmiało napięcie. – Co ty sobie właściwie myślałaś?

– Bardzo mi przykro – odpowiedziałam. – Naprawdę strasznie mi przykro.

Nie było sensu próbować się tłumaczyć. Stało się. Będę zawsze tego żałować.

– Myślę, że w tej chwili wszyscy powinniśmy się skupić na poszukiwaniach Bena – odezwała się Banks. – Obwinianie kogokolwiek nic mu nie pomoże.

Miała rację. John to rozumiał. W jego oczach lśniły łzy. Wyglądał na oszołomionego, jakby nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Obserwowałam, jak przeżywa po kolei te same emocje, których doznawałam po zniknięciu Bena. Zadał wiele pytań, na które cierpliwie odpowiadała policjantka Banks, aż wreszcie uznał, że wie wszystko, co można wiedzieć, i że policja podejmuje wszelkie niezbędne działania.

Kiedy stałam obok niego i słuchałam, jak Banks stara się go uspokoić, zdałam sobie sprawę, że od przeszło dziesięciu miesięcy nie widziałem na jego twarzy uśmiechu, i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek znów go zobaczę.

JIM

Uzupełnienie raportu inspektora Jamesa Clemo dla dr Franceski Manelli

Stenogram sesji terapeutycznej z udziałem inspektora Jamesa Clemo zarejestrowanej przez dr Francescę Manelli

Spostrzeżenia dr Franceski Manelli na temat stanu psychicznego lub zachowania inspektora Clemo podano kursywą.

Niniejszy stenogram obejmuje pierwszą normalną sesję psychoterapeutyczną z udziałem inspektora Clemo. Poprzednio odbyliśmy jedynie krótkie spotkanie wstępne, podczas którego przeprowadziłam wywiad i rozmawiałam z inspektorem Clemoo raporcie, jaki kazałam mu napisać. Zgodnie z przewidywaniami, ze względu na jego niechęć do terapii, raport przygotowany na tym etapie nie zawierał informacji o jego osobistych emocjonalnych przeżyciach w trakcie śledztwa w sprawie zaginięcia Benedicta Fincha. Stenogram w pewnym stopniu wypełnia te luki. W czasie pierwszej sesji terapeutycznej priorytetem było zdobycie zaufania inspektora Clemo.

Inspektor Clemo wolał się ze mną spotkać w prywatnym gabinecie w Clifton, a nie na terenie komendy głównej policji, gdzie udostępniono nam gabinet.

Dr Francesca Manelli (FM): Cieszę się, że pana znowu widzę. Dziękuję, że zaczął pan pisać raport.

Inspektor James Clemo (JC) zdawkowo kiwa głową. Jeszcze się nie odezwał.

FM: Zauważyłam, że w dalszym ciągu wyraża pan sprzeciw wobec uczestnictwa w sesjach terapeutycznych.

JC milczy. Unika również kontaktu wzrokowego.

FM: A zatem chciałabym zacząć od pytania, czy doszło do kolejnych incydentów?

JC: Incydentów?

FM: Ataków paniki podobnych do tych, które spowodowały, że pana do mnie skierowano.

JC: Nie.

FM: Mógłby pan opisać, co się działo, gdy dwa razy przeżył pan ataki paniki?

JC: Nie mogę tak po prostu tu przychodzić i mówić o takich rzeczach.

FM: Gdybym znała więcej szczegółów, byłoby to bardzo pomocne. Moglibyśmy od czegoś zacząć. Co wywołało uczucie paniki, w jaki sposób zmieniło się ono w ciężki atak, co pan wtedy czuł?

JC: Nie zamierzam mówić o swoich uczuciach! To nie w moim stylu! Wszyscy bez przerwy chcą rozmawiać o uczuciach, robi mi się od tego niedobrze! Wystarczy włączyć pierwszy lepszy kanał sportowy w telewizji, dziennikarze stale gadają o uczuciach! Sue Barker rozmawia z facetem, który grał przez cztery godziny w tenisa, albo dopada kogoś, kto przed chwilą przegrał najważniejszy mecz w życiu. „Co pan wtedy czuł?”. A może należałoby spytać: „Jak to się stało? Czy trenował pan dość intensywnie?”.

FM: Uważa pan, że wyrażanie emocji to słabość?

JC: Tak, właśnie tak sądzę.

FM: Czy dlatego nie chce pan rozmawiać o swoich atakach paniki? Bo ich przyczyną mogły być bardzo silne emocje?

Nie odpowiada.

FM: Wszystko, co pan powie w tym gabinecie, pozostanie tajemnicą.

JC: A później podejmie pani decyzję, czy jestem zdolny do służby.

FM: Przygotuję dla pańskich przełożonych sprawozdanie z zaleceniami, ale nikt nie będzie miał dostępu do pańskiego raportu ani do stenogramów naszych rozmów. Tylko ja będę korzystać z tych materiałów. Nasze spotkania mogą trwać długo, ale jeśli postara się pan rozmawiać ze mną w sposób szczery, mamy większą szansę na sukces i jest nadzieja, że w końcu wróci pan do pracy, na której panu zależy.

JC: Jestem detektywem. Mam to we krwi. To sens mojego życia.

FM: Powinien pan również zdawać sobie sprawę, że liczba sesji psychoterapeutycznych finansowanych przez pańskich przełożonych jest ograniczona.

JC: Wiem o tym.

FM: W takim razie proszę mi opowiedzieć, co się stało.

Milczy przez dłuższą chwilę.

JC: Na początku nie mogłem złapać tchu, nabrać powiet­rza w płuca. Otwierałem szeroko usta, próbowałem głęboko oddychać, powstrzymać zawroty głowy i myślałem, że za chwilę zemdleję. Później serce zaczęło mi bić bardzo szybko, utraciłem zdolność myślenia, nie mogłem się na niczym skupić i nagle ogarnęła mnie panika. Wpadłem w kompletne przerażenie i chciałem tylko wybiec z sali i zacząć walić pięściami ścianę.

FM: Zrobił to pan.

JC: Nie jestem z tego dumny.

Zasłania lewą ręką knykcie prawej, ale już wcześniej zauważyłam, że są pokryte świeżymi strupami i bolą go.

FM: W ciągu następnych dni miewał pan również napady płaczu?

JC: Nie wiem, dlaczego tak się stało.

FM: Nie ma się czego wstydzić. To po prostu jeden z objawów lęku, podobnie jak ataki paniki.

JC: Jestem silnym człowiekiem.

FM: Silni ludzie czasem odczuwają lęk.

JC: Najgorsze ze wszystkiego jest to, że mogę zacząć płakać w każdej chwili, wszędzie. Nie potrafię się powstrzymać. Jestem jak dziecko.

Po policzkach JC zaczynają spływać łzy.

FM: Nie, nie jest pan dzieckiem. To po prostu symptom. Proszę wytrzeć twarz. Wrócimy do tego tematu.

Wyjmuje chusteczkę z pudełka stojącego koło krzesła, szybkimi ruchami wyciera policzki, próbuje się uspokoić. Robię notatki, by dać mu trochę czasu. Po minucie albo dwóch JC odzywa się jako pierwszy.

JC: Co pani pisze?

FM: W czasie pracy z każdym pacjentem robię trochę notatek. Dzięki temu lepiej pamiętam przebieg sesji. Chciałby pan przeczytać to, co napisałam?

JC kręci przecząco głową.

FM: Chciałabym zapytać, czy są jakieś osoby, które pana wspierają. Jest pan z kimś w związku?

JC: Nie mam w tej chwili partnerki.

FM: A rodzina, przyjaciele?

JC: Moja matka mieszka w Exeter, rzadko ją widuję, podobnie jak siostrę. Moi przyjaciele w Bristolu to głównie koledzy z pracy. Rozmawiamy wyłącznie o sprawach zawodowych.

FM: Widzę z pana raportu, że pana ojciec zmarł na krótko przed początkiem śledztwa w sprawie Benedicta Fincha.

JC: Zgadza się. Jakiś miesiąc wcześniej.

FM: Również był inspektorem policji?

JC: Zastępcą szefa policji w okręgu Devon i Kornwalii.

FM: Czy to dlatego wstąpił pan do policji?

JC: W dużej mierze tak.

FM: I rozpoczął pan karierę w okręgu Devon i Kornwalii?

JC: Owszem.

FM: Było to trudne? Czuł pan, że musi dorównać ojcu?

JC: Oczywiście.

FM: Nie odbierał pan tego jako swoistej presji?

JC: Nie boję się presji.

FM: Kiedy służył pan w Devon i Kornwalii, czy wszyscy wiedzieli, że jest pan synem swojego ojca?

JC: Na początku mówiono o mnie „syn Micka Clemo”, ale tak jest z każdym, kto ma rodzinę w policji.

FM: Czy to się zmieniło, gdy przeniósł się pan do Bristolu, do policji Avon i Somerset?

JC: Całkowicie. Mojego ojca znało osobiście tylko kilku starszych funkcjonariuszy z Bristolu.

FM: Więc mógł pan zacząć wszystko od nowa?

JC: Przede wszystkim był to awans.

FM: Czy postąpił pan słusznie, wybierając karierę w policji? Jak pan sądzi?

JC: Zawsze chciałem pracować w policji. Nigdy nie wyobrażałem sobie innej drogi życiowej. Jak powiedziałem, mam to we krwi. To musi być coś we krwi.

FM: Dlaczego „musi”?

JC: Bo człowiek wszystko widzi. Najbrudniejsze, najczarniejsze strony życia. Widzi, co robią sobie ludzie. Często są brutalni.

Ma spokojne spojrzenie i patrzy prosto na mnie. Czuję, że chce, bym zaprzeczyła albo próbowała pomniejszyć walory służby w policji. Przypominam sobie, że zawód Clemo również wymaga umiejętności analizy ludzkich zachowań, podobnie jak mój. Postanawiam zmienić temat.

FM: Z pańskich akt personalnych wynika, że przed rozpoczęciem służby w policji uzyskał pan magisterium z filologii angielskiej.

JC: Aby wstąpić do policji, trzeba dziś mieć magisterium. Kiedyś było inaczej, szło się prosto po szkole średniej.

FM: Lubił pan studia?

JC: Tak.

FM: W czym się pan specjalizował? Coś sprawiało panu szczególną przyjemność?

JC: Yeats. Lubiłem Yeatsa. Specjalizowałem się w literaturze angielskiej.

FM: Pamiętam jeden wiersz Yeatsa: „Kołując coraz to szerszą spiralą, sokół przestaje słyszeć sokolnika...”. Zna pan ten wiersz? Zdaje mi się, że to Yeats. Zapomniałam tytułu.

JC nie może się powstrzymać i zaczyna cytować następne linijki.

JC: „Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze; czysta anarchia szaleje nad światem”.

FM: „Wzdyma się fala mętna od krwi, wszędzie wokół”.

JC: „Zatapiając obrzędy dawnej niewinności”.

FM: To dość długi wiersz.

JC: Nie znam na pamięć całego tekstu.

FM: Yeats to wspaniały poeta.

JC: Pisze prawdę.

FM: Ciągle czyta pan wiersze?

JC: Nie. Nie mam teraz czasu na takie rzeczy.

FM: Dużo pan pracuje?

JC: To konieczne, jeśli chce się coś osiągnąć.

FM: A pan? Chce pan coś osiągnąć?

JC: Oczywiście.

FM: Czy mogłabym pana spytać jeszcze raz: Czy pańskie ataki mają konkretną przyczynę?

JC zakrywa twarz rękami, trze oczy i masuje sobie skronie. Zaczynam myśleć, że nie odpowie, że zbyt szybko posunęłam się za daleko, lecz w końcu podejmuje decyzję i spogląda mi prosto w oczy.

JC: Nie mogę spać. Czasem mam od tego mętlik w głowie. Zaczynam wątpić w swój rozum.

FM: Cierpi pan na bezsenność?

JC: Tak.

FM: Od jak dawna?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

DZIEŃ DRUGI  PONIEDZIAŁEK, 22 PAŹDZIERNIKA 2012

DZIEŃ TRZECI  WTOREK, 23 PAŹDZIERNIKA 2012

DZIEŃ CZWARTY  ŚRODA, 24 PAŹDZIERNIKA 2012

DZIEŃ PIĄTY  CZWARTEK, 25 PAŹDZIERNIKA 2012

DZIEŃ SZÓSTY  PIĄTEK, 26 PAŹDZIERNIKA 2012

DZIEŃ SIÓDMY  SOBOTA, 27 PAŹDZIERNIKA 2012

DZIEŃ ÓSMY  NIEDZIELA, 28 PAŹDZIERNIKA 2012

DZIEŃ DZIEWIĄTY  PONIEDZIAŁEK, 29 PAŹDZIERNIKA 2012

EPILOG  GRUDZIEŃ 2013 – ROK I PIĘĆ TYGODNI PÓŹNIEJ

Od autorki

W trakcie zbierania materiałów do powieści znalazłam kilka serwisów internetowych i publikacji, które okazały się bardzo cennymi źródłami. Chociaż w książce znajdują się odnośniki do tych źródeł, Spopielone niebo to w całości fikcja literacka, a wszystkie cytaty dotyczące fabuły są fikcyjne. Opisane postaci i wydarzenia, blogi, komentarze i nicki internautów, artykuły prasowe, adresy mejlowe i większość stron internetowych to materiał całkowicie fikcyjny i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych bądź zmarłych, a także rzeczywistych stron internetowych, adresów mejlowych, komentarzy i nicków internautów, artykułów prasowych lub blogów jest całkowicie przypadkowe.

Jeśli popełniłam błędy w opisie policyjnych procedur śledczych, ponoszę za nie wyłączną odpowiedzialność i przepraszam dwóch emerytowanych inspektorów, którzy łaskawie udzielali mi konsultacji. Starałam się jak najwierniej przedstawić Bristol, chociaż obok parkingu w lesie Leigh nie ma boiska do gry w piłkę nożną, a opisy wnętrza Kenneth Steele House są wytworem mojej wyobraźni.

Podziękowania

Jestem ogromnie wdzięczna wielu osobom. Oto one:

Emma Beswetherick, moja błyskotliwa redaktorka, której entuzjazm, wsparcie, rady i sugestie pozwoliły niewiarygodnie poprawić tekst. Dziękuję.

Caroline Kirkpatrick. Dziękuję również wszystkim, którzy wykonali cudowną pracę nad książką w wydawnictwie Little Brown.

Nellie Andrew, moja fantastyczna agentka, osoba o wielkim sercu. Ogromne podziękowania za zainteresowanie niedoskonałą pierwszą wersją i za wielką pomoc, która pozwoliła mi ją poprawić. Bardzo dziękuję także Rachel Mills, Alexandrze Cliff i Marilii Savvides z Peters Fraser & Dunlop Ltd.

Abbie Ross, która współuczestniczyła w pisaniu. Bardzo dziękuję za wielokrotną lekturę maszynopisu, za bezcenne uwagi i za przyjaźń.

Philippa Lowthorpe. Dziękuję za długie spacery z psem, za zachęty, rady dotyczące narracji i wiele innych rzeczy, bez których nic by mi się nie udało.

Dwaj emerytowani inspektorzy policji, z którymi współpracowałam. Dziękuję, że łaskawie poświęciliście tak dużo czasu na picie kawy i rozmowy na temat procedur policyjnych oraz wszelkich kwestii związanych z policją. Było to bezcenne. Ponoszę wyłączną odpowiedzialność za błędy!

Moi rodzice, Jonathan i Cilla Pagetowie. Dziękuję, że wychowaliście mnie w domu, w którym było mnóstwo książek, i że zachęcaliście mnie do ich czytania.

Jules Macmillan. Dziękuję za spaghetti carbonara i sugestie dotyczące fabuły, za ogromną sympatię dla Jamesa Clemo i za niestrudzone poparcie dla książki.

Rose, Max i Louis Macmillan. Byliście wspaniali, bo bez waszego wsparcia niczego bym nie stworzyła. Dziękuję wam przede wszystkim za to, że na mojej twarzy codziennie pojawia się uśmiech.

Bibliografia

W powieści wykorzystano następujące serwisy internetowe i artykuły:

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.