Dziewięć - Andrzej Stasiuk - ebook
Opis

Warszawa, wczesne lata dziewięćdziesiąte. Drobny przedsiębiorca nie może oddać pożyczonych pieniędzy. Wikła się w gangsterską historię. Sensacyjna fabuła skrywa opowieść o pożądaniu, bogactwie, pieniądzach i rozpadającym się świecie.

"Stasiuk zmierza zawsze w jednym kierunku – metafizyki zła."

Przemysław Czapliński, "Polityka"

"Dziewięć to polemika z tradycyjną literacką wizją Warszawy."

Piotr Bratkowski, "Gazeta Wyborcza"

"Ta niezwykła powieść jest jak film noir."

Katrin Hillgruber, "Frankfurter Rundschau"

"W chirurgicznej precyzji, a jednocześnie sugestywności pisarstwa Stasiuka wychwytuję smak Hamsuna, Sartre’a, Geneta i Kafki. Dziewięć to jedno z ważniejszych osiągnięć współczesnej prozy, portret wykorzenionego i niespokojnego pokolenia Europejczyków oraz miasta pogodzonego z tym, że postkomunizm nie jest taki, jakim się go przedstawia."

Irvine Welsh, "The New York Times"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice tel./fax +48 18 353 58 93 e-mail: [email protected], [email protected], [email protected], [email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70 e-mail: [email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: [email protected], [email protected], [email protected], [email protected]

Dział marketingu: [email protected], [email protected]

Dział sprzedaży: Beata Motyl, MTM Firma ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa tel./fax +48 22 632 83 74 e-mail: [email protected]

Skład: D2D.PL

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e-mail: [email protected]

Tytuł pochodzi od jacka Sucheckiego

PROJEKT OKŁADKI I STRON TYTUŁOWYCH KAMIL TARGOSZ

COPYRIGHT © BY ANDRZEJ STASIUK, 1999

Redakcja MONIKA SZNAJDERMAN

KOREKTA BARBARA SAWOW

PROJEKT TYPOGRAFICZNY I SKŁAD ROBERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN: 978-83-7536-326-5

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Jackowi, a także Asi i Wojtkowi – już oni wiedzą, za co.

W nocy padał śnieg.

Paweł wstał z łóżka i poszedł do łazienki. Światło było zapalone, a lustro rozbite. Zgarnięte z półki tubki, szczoteczki i flakony leżały na podłodze. Biała strużka pasty wystrzeliła i zastygła na seledynowej ścianie. Maszynki do golenia były połamane i wdeptane w rozdarte pudełko proszku. Pęknięta klapa od sedesu leżała w kącie. Pomyślał, że dużo tu szkła, i wrócił do przedpokoju po buty.

Podniósł jedną ze szczoteczek, opłukał nad umywalką i zebrał ze ściany odrobinę pasty. Potem ukucnął i wybrał maszynkę z nadłamanym uchwytem. Pojemnik z pianką znalazł pod wanną. Był wgnieciony, lecz coś w nim jeszcze chlupotało. Ogolił się w resztkach lustra. Spłukał twarz. Flakon z old spiceem był pokruszony, lecz biała plastikowa powłoka przechowała trochę płynu. Potrząsnął zmiętą gruszką. Zachrzęściła jak głuchoniema wersja dziecinnej grzechotki. Parę kropelek wypadło na dłoń. Roztarł je na policzkach. Prawie nie szczypało, więc pomyślał, że tym razem udało mu się nie zaciąć. Odlał się i wrócił do pokoju.

Tutaj nie było lepiej. Więcej kruchych rzeczy. Srebrna spękana obudowa magnetofonu wypuszczała na podłogę kolorowe wnętrzności. Pstryknął kontaktem. Żyrandol był rozbity. Dzień dopiero się zaczynał. Światło poranka przypominało rozpylony kurz. Z rozprutego obicia kanapy wyłaziło coś białego. Pogładził to dłonią i poszedł w stronę wywalonych z szafy ubrań. Powąchał kilka sztuk, żeby w półmroku odnaleźć czyste. Włożył koszulę, sweter, przy łóżku znalazł spodnie, z nietkniętej szuflady wygrzebał skarpety i gdy je naciągnął, przestał w końcu drżeć.

Popijał kawę drobnymi łykami i patrzył w okno. Śnieg leżał na dachach domów, na chodniku, czarne drzewa były teraz białe i wszystko przypominało jakąś odległą Gwiazdkę. Czerwony autobus ostrożnie wchodził w zakręt. Sennie i bezszelestnie wyjechał na prostą i zaczął maleć w perspektywie lipowej alei. Korony drzew rozpływały się w niskim niebie. Zaczął nasłuchiwać stukotu kropel w rynnach. Żadnego dźwięku. – Trochę poleży – pomyślał. Czekał, aż kawa poderwie myśli do nerwowego łopotu, do czegokolwiek, co przypominałoby strach albo chociaż zdziwienie. Wypił ostatni łyk, wypłukał fusy, umył kubek, odstawił i wrócił do pokoju. Upchnął do szafy kupę szmat i zrobił sobie miejsce na spacer: dziesięć kroków w jedną i w drugą, od drzwi kuchni po balkonowe okno. Liczył kroki do stu kilkudziesięciu, lecz dał sobie w końcu spokój, wsparł czoło o zimną szybę i zamknął oczy. – Myśleć, myśleć – mruczał pod nosem – powinienem w nocy wziąć coś na sen. – Za oknem przejeżdżała piaskarka i strugała śnieżny wiórek z niebieskawego asfaltu, ale nie widział tego i gdy podniósł powieki, biały pejzaż był już przekreślony poziomą kreską. Poczuł żal, ten rodzaj smutku, jaki towarzyszy wspomnieniu, którego nie można przywołać w całości, wspomnieniu, z którego pozostał ledwo ślad.

Wrócił do kuchni. Zegar wskazywał 5.32. Większość najbiedniejszych już wstała i jechała tam, dokąd miała poje chać. Długi, prosty odcinek drogi wiodącej do autobusowej pętli był odśnieżony. Ciemne pasmo wiodło w dal i w przyszłość. Nadjeżdżały dwa maluchy, dwie zabawki w kolorze wesołego ognia i metalicznej zieleni. Z pierwszego piętra, z tej odległości, twarze kierowców były nie do rozpoznania, lecz wiedział, że są to na pewno porządni ludzie i nie minie dziewięć godzin, a będą wracać w tej samej albo odwrotnej kolejności. Nagi asfalt odbijał dudnienie dwucylindrowych silników. Dwie wrony miały to gdzieś i pozostały na swoim kasztanowcu, na gałęziach, które wisiały nad zakrętem jak druty odartego parasola. Samochodziki zawinęły i toczyły się dalej, a on poczuł w sercu ukłucie zazdrości.

Poszedł do pokoju, by z tamtego okna patrzeć w ślad za dwiema barwnymi plamami, które malały, niknęły w szarej mgle poranka, tam, gdzie drzewa mieszały się ze słupami trakcji, a wstęga szosy wpełzała na wiadukt nad torami i przez moment wyglądało to tak, jakby maluchy pięły się w górę, w stronę niewyraźnego nieba.

Poszedł po wiadro na śmieci. Postawił je na środku pokoju. Zrozumiał, że cały ten burdel nie zmieści się nawet do dziesięciu wiader. Paroma kopnięciami odsunął potłuczone butelki pod regał. To samo zrobił z książkami. Teraz mógł spacerować nawet z zamkniętymi oczami. Przedłużył trasę do okna w kuchni. Przedeptał ścieżkę między skorupami naczyń. Dziesięć i pięć dawało piętnaście kroków w jedną stronę.

Za pięć szósta pomyślał: – Do dupy z tym wszystkim. – Założył w przedpokoju brązową skórzaną kurtkę, wyszedł, zatrzasnął drzwi i nie sprawdził nawet, czy ma w kieszeni klucze.

W śnieżne poranki, gdy nie ma wiatru, powietrze peryferii ma smak węglowego dymu, a łopaty metalicznie pobrzękują o chodniki. Pomyślał, że pójdzie do pętli i posiedzi w ciepłym autobusie. Do rudych gałązek żywopłotu lepiły się cukrowe pasemka. Minął staroświecką willę z gankiem o czterech kolumnach. Na ganku stał trójkołowy rowerek z nieruchomym wiatraczkiem przy kierownicy. Na ścieżce nie było żadnych śladów prócz kilku wgłębień po kocich łapach. Minął następny dom i jeszcze dwa szare i kanciaste. Ludzie stąd już wyszli. Roznieśli śnieg na podeszwach. Zostało błoto i mizerna trawa. Potem zabudowa urwała się, uskoczyła, robiąc miejsce spiczastej bryle kościoła. Cegła miała barwę zakrzepłej krwi. Jak przesiąkająca przez bandaże rana. W głębi ulicy widział stojący autobus. Wokół nie było nikogo. Gdzieś zaszczekał pies. Ujadanie przepadło w odległym, niewidzialnym stukocie wagonów. To musiał być ekspres albo pośpieszny, bo bardzo szybko umilkł.

Ciepły pomruk autobusu wtrącał go w malignę. Przez kilka minut prześnił parę snów. Ludzie wsiadali i przechodzili wskroś majaków, nie niszcząc ich: pękały i zaraz zrastały się na powrót, bo materia minionego czasu, z którego były utkane, jest żywa. Na świecie jeszcze tylko ludzie są tak żywi. Przez kilka minut prześnił kilka lat w epizodach, zatrzymał się na minionej nocy, odbił i powrócił w dzieciństwo, gdy jeszcze nikomu się nie śniło, że działalność gospodarcza zbawi świat. Podniósł ramiona i wtulił dłonie między uda. Pochylony do przodu, z zamkniętymi oczami, wyglądał jak koleś, który kiwa się na jakiejś krawędzi i zaraz skoczy albo stchórzy, wybierając bezpieczny upadek na plecy.

Brzęknął dzwonek, drzwi psyknęły, autobus ruszył. Nie otwierał oczu. To była taka zabawa: zgadnąć, w jakim miejscu trasy znajduje się ikarus – szybkie uniesienie powiek, „sprawdzam” i przegrana albo wygrana, dom Zawadzkiego, rozpierdolony śmietnik, skrzyżowanie z Bystrzycką, brzozowy zagajnik z menelską ławeczką i tak do następnego przystanku. Słuchać silnika i liczyć metry w mroku. Uda się albo się nie uda. Niewidomi mają lepiej, bo pewnie boją się bez przerwy i w końcu przyzwyczajają.

Poczuł, że autobus skręca, i spojrzał za okno. Biel go oślepiła. Przystanek był za moment. Zaśnieżony, porośnięty krzakami plac, potem blaszana ściana magazynu i ścieżka, którą nadchodzili ludzie z tego małego osiedla trzech baraków, gdzie tygodnie snuły się długimi, ciemnymi korytarzami i gdy na końcu był już poniedziałek, to na początku rozkręcała się dopiero sobota. Przystanek był pusty. Staroświecki słupek wyglądał jak czerwona kredka wbita w przybrudzoną kartkę. Wszędzie były już nowe niebieskie tablice, lecz tutaj nie. – Bejrut – pomyślał. – Po co im przystanek. I tak tu zostaną. Jebał ich pies. – I poczuł, że ogarnia go smutek, zasrany żal nad sobą, uczucie, jakie mogą wywoływać wspomnienia, te niechciane obrazy, które wypełzają nie wiadomo skąd właśnie wtedy, gdy umysł powinien być chłodny i jasny, jak chłodna i jasna jest teraźniejszość.

Autobus zaczął wspinać się na wiadukt. Z przeciwka jechał star z mlekiem. Skrzynki miały kolor deszczu, a kapsle błyszczały jak tanie protezy. Tak działała jego wyobraźnia. Balustrada wydawała się cienka i krucha. Ażur płaskowników przywodził na myśl beznadziejnie powszednią wizję nieskończoności. Tory biegły na północ i po trzystu kilometrach przepadały w morzu jak srebrne nici, a elektryczna trakcja przepadała w niebie, które w nocy rozświetlały ogniste pióropusze rafinerii. Osobowy smyrgnął w stronę miasta. Wynurzył się z burego poranka i natychmiast w nim przepadł. Z uchylonej kabiny kierowcy było słychać, jak radio gra dla wszystkich, którzy już wstali. Muzyka „jedynki” miała smak sennej nudy, bo inaczej ci wszyscy ludzie dawno by oszaleli albo umarli gwałtowną śmiercią – przecież nie da się wytrzymać pięciu tysięcy poranków, musi być na to jakiś sposób, trucizna, coś, co wypełni próżnię pomiędzy niebem i ziemią.

Wiadukt się skończył, znów zaczęły się domy. Każdy stał na swoim, ogrodzony płotem z siatki, kwadratowe oczka powtarzały w nieskończoność kanciastą formę budynków, okien i placów. Na przystanku wsiadły trzy osoby. Autobus szarpnął, gruba kobieta z biletem w ręku zatoczyła się w tył i otarła o jego ramię. Poczuł jej miękki tyłek i zapach perfum.

Z prawej ciągnęły się kiedyś pola. Chmury gromadziły się nad rzeką, unosiły w górę i sunęły po niebie. Wlokły swoje cienie po rżyskach, na których jesienią stały krowy. Ulica była wąska, a samochody powolne. Horyzont wyglądał jak wydzieranka z zielonego papieru. Któregoś dnia pojechał w tamtą stronę na rowerze. Żółtawe ścieżki wiły się wśród wiklin. Zobaczył kilkunastoletnią dziewczynkę w czerwonym kostiumie kąpielowym. Sikała. Dostrzegł nawet ciemną plamę na piasku. Na jego widok wyprostowała się bez pośpiechu i zaczęła wolno podciągać majtki.

Teraz szereg wielkich tablic reklamowych odgradzał jezdnię od bezkresu szarych traw, które wyrosły w miejsce warzywników. Na horyzoncie stały szare bloki, a raczej zwisały z nieba niczym bure, podziurawione zasłony: chmury i ściany w jednym kolorze. – Blond pizda – pomyślał. Pamiętał ten moment, gdy czerwony materiał wędrował w górę i musiał ocierać się z cichym szelestem o jej jasne włosy. A potem wszystko zniknęło przypieczętowane pstryknięciem, gdy dziewczyna wysunęła kciuki spod gumki i wsparła dłonie na biodrach. Przycisnął mocniej, na twarzy czuł gorący wiatr. Wielkie plansze odgradzały go od tego wszystkiego.

Ktoś stanął obok jego siedzenia.

– A co to, dziś autobusem?

Podniósł głowę, poznał faceta i odpowiedział:

– Taa, czasem trzeba.

Stał w oknie i patrzył na brązowy gmach dyrekcji kolei. Tutaj po śniegu nie został nawet ślad. Jezdnia i chodnik były mokre. Koła syczały na asfalcie. Fasada za żelaznym ogrodzeniem wyglądała tak, jakby zapadała się w ziemię. „Tympanon”, przypomniał sobie słowo ze szkoły, a potem, też z bardzo daleka, dotarło do niego „Brama Brandenburska” i jeszcze inne obrazy i słowa. Tak minęły mu trzy minuty. Przeniósł wzrok na cerkiew. Czarne balony oplatała siatka bezlistnych gałęzi. – Ki chuj tam chodzi – pomyślał. – Tu Ruskie, tam Niemcy, tu Niemcy, tam Ruskie – myślał dalej. Na Wileński zajechał elektryczny i tłum ciągnął przez pasy na czerwonym świetle, wlewał się w gardło podziemnego przejścia i wypływał z drugiej strony koło poczty, tramwaje nadgryzały ruchliwe cielsko, łykały po kawałku i uwoziły w cztery strony miasta. Pomyślał, że najgorzej mają ci, co jadą do wzt, bo muszą iść do Ząbkowskiej i złapać wypchane i obwisłe 138, które powiezie ich pod ten ogromny zbiornik gazu, który śnił mu się po nocach, śnił mu się, jak pęka, wybucha i ogień sunie przy samej ziemi, obnaża ją, obiera ze wszystkiego, z zarośli, traw i dzikich śmietników na Olszynce, przelewa się kolejowymi tunelami na Koziej Górce, a po lokomotywowni zostają szkielety hal, wagonów, goła skóra ze skruszałymi żyłami szyn, Kamczatka płonie jak domek z kart i wszystkie złodziejki i morderczynie, piękne i nieosiągalne, stapiają się w jedno z metalowymi kościotrupami własnych łóżek. To mu się śniło wiele razy.

Na rogu przy poczcie i Władku Czwartym stały trzy Cyganki. Były nieruchome i barwne. Światło poranka nie dawało sobie z nimi rady. Zaczekały, aż tłum zrzednie, i zeszły pod ziemię. Szukał ich wzrokiem, lecz nie wyszły na powierzchnię. 21 sypnęło iskrami i popędziło na południe. Powietrze rozstąpiło się przed nim z jękiem, a kobieta z wielką torbą w czerwono-niebieskie pasy ledwo uskoczyła. Próbował sobie przypomnieć, czy w Moskwie są tramwaje. Nakreślił na szybie esa-floresa. Szkło było suche i został tylko mętny, tłustawy ślad. Odszedł w głąb mieszkania. Pod szarym dywanem zaskrzypiał parkiet. Wszedł do kuchni. Tutaj podłoga była z szerokich lakierowanych desek. Na stole stały resztki śniadania, dwa kieliszki do jajek, dwie kamionkowe miseczki i koszyk z ciemnym pieczywem. Jedno jajko było ledwo nadjedzone. Żółtko przeświecało spod białka jak oko spod bielma. Dotknął kukurydzianego płatka przylepionego do brzegu miseczki. Był mokry i zimny. Wziął go na palec i posmakował. Bez cukru. Spróbował odrobinę mleka z drugiej miseczki. Było słodkie jak ulepek. Wrócił do przedpokoju. Pchnął pomalowane na żółto drzwi, ale zaraz je zamknął. Poszedł z powrotem do kuchni i otworzył szafkę z ciemnego drewna. Płytkie i głębokie talerze stały w dwóch kolumnach, resztę zajmował dzbanek do kawy i waza na zupę, jedno i drugie pokryte kurzem. Były jeszcze trzy filiżanki z różnych kompletów. Pachniało wilgotnym drewnem i jedzeniem. Woń starego chleba wisi zawsze w szafkach, do których rzadko się zagląda. Zamknął drzwiczki i spojrzał w okno, ale nie dostrzegł żadnego ruchu. Ściana sąsiedniego domu połyskiwała martwymi szybami.

Wrócił do pokoju i zaczął krążyć wokół miejsca, gdzie kiedyś w domach stały stoły. Wypadł z czwartego okrążenia, zniosło go w stronę białego regału. Schował ręce do kieszeni i zaczął oglądać przedmioty. Niczego mu nie przypominały, do niczego nie służyły. Fajansowa tancerka, szklane naczynie pełne dupereli, sennik egipski, I-Ching chiński, książka telefoniczna, cztery tomy encyklopedii, szereg magnetofonowych kaset: Marillion, Pet Shop Boys, angielski dla początkujących, Smoleń z Laskowikiem, Kora z Maanamem, szczotka do włosów, łyżka do butów. Zajrzał do barku i znalazł napoczętą butelkę caberneta, kieliszki, popielniczkę i odbicie własnego brzucha w lustrze. Zamknął klapę, szkło zabrzęczało, zadzwonił tramwaj, podłoga zadrżała.

Szafa zamknięta była na klucz. Zamek nie chciał przeskoczyć. Docisnął połówki drzwi i spróbował jeszcze raz.

Prześcieradła i poszwy przylegały do siebie ciasno sprasowane. Żeby wsunąć między nie dłoń, musiał poruszać palcami, jakby rozklejał stronice wielkiej, leżącej na płask księgi. – Pralnia i magiel – pomyślał. Między pościelą a ręcznikami nie było tak ciasno, więc wsunął rękę głębiej, prawie po łokieć, i zatoczył dłonią półkole w chłodnej i szorstkiej ciemności, lecz nie było tam nic. Na niższej półce stało żelazko. Przesunął je, żeby sięgnąć za stertę obrusów i lnianych zasłon. Poczuł, że jest lekko ciepłe. Popatrzył na termostat. Nastawiony był na bawełnę. Zaczął przyglądać się ubraniom. Trykotowe podkoszulki miały miękkość rzeczy używanych i pranych setki razy. Zielony, czarny, czerwony, dwa białe, znowu czarny i na samym dole turkusowy. Cztery pary dżinsów: białe i niebieskie lewisy, ciemnozielone sztruksy, sprane, przetarte ogrodniczki w kolorze khaki sąsiadowały z grubymi bluzami od dresów. Niektóre z nich miały widoczne na brzegach napisy i emblematy. Czuł na grzbiecie dłoni gruby haft albo lepki dotyk gumowego druku. Wyżej leżały bluzki i spódnice. Ujął je w dłonie i nie ruszając z miejsca, przepuścił pod kciukami niczym dwie talie ogromnych i wiotkich kart, a potem nieco rozsunął i zajrzał głębiej. Zawiniątko opakowane było w gazetę. Wyjął je ostrożnie, ukucnął i położył na podłodze. Zaczął pogwizdywać: „pierdolił, pierdolił, rozpierdolił chliwek”, pożółkłe „Życie Warszawy” kruszyło się jak cieniutki opłatek, twarz Jaroszewicza pękła na pół. Uniósł wieczko bombonierki i znalazł pukiel jasnych włosów, suchą, czarną ze starości różę i plik zapisanych kartek. Przestał gwizdać, zawinął wszystko byle jak i wepchnął na miejsce. Okruchy gazet zgarnął nogą pod dywan.

Na wysokości twarzy miał półkę z bielizną. Chropawe miseczki biustonoszy tkwiły jedne w drugich: czarne, białe, czarne, cieliste, bezsensowna konstrukcja, bezcielesna i kanciasta, dwie czapki obok siebie, dwie cyklistówki bez daszków. Porzucił to na chwilę i podszedł do okna. Tłum przerzedził się, zegar na wieży zatrzymał piętnaście po trzeciej nie wiadomo którego dnia. Przebiegł wzrokiem chodniki i przejścia, Świerczewskiego, Wileńską, zapuścił zeza w Targową i poczuł chłód szyby na czole. 101 przewlokło brzuch przez szyny i stanęło na przystanku pod cerkwią. Facet w marmurkowym dżinsie porzucił kolejkę przy kiosku i skoczył w zamykające się drzwi. Zza winkla wyszło trzech kolesi, skręciło w Cyryla i podreptało w stronę parku. Wiatr od rzeki unosił poły ich ortalionowych kurtek jak skrzydła: czarne, brązowe i granatowe. Pierwszą porcję mieli już w sobie i nie czuli chłodu. Pomyślał, że chciałby być na ich miejscu. Jeszcze sto metrów i wślizgną się w splątane alejki, ukryje ich bezlistny gąszcz, przepadną w nim i, chociaż widzialni, będą bezpieczni. Drzewa zamkną się nad nimi jak wielki sufit, znajdą swoją ławkę obok starców grających w warcaby, niepokój ich opuści i niebo o barwie dymu będzie im świecić do samego zmierzchu, do chwili, gdy uwolnieni od bólu i strachu ruszą z powrotem w mrok pełen elektrycznych gwiazd sypanych przez pantografy wagonów sunących 11 Listopada i Stalową ku betlejemskiej nocy Szmulek i Targówka i będą czekać, czekać i czekać całe morze czasu, gdy on ma go tyle, co kot napłakał.

Przeszli Jagiellońską obok benzynowej stacji. 509 popędziło ich klaksonem, lecz on już tego nie widział. Wrócił do otwartej szafy. Dotknął majtek. Przypominały plik kolorowych książeczek. Pastelowe bajeczki, poczytaj mi mamo, żółty Kaczor Donald, seledynowa Kaczka Dziwaczka, Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki… przesunął palcami po grzbietach. Z góry na dół i jeszcze raz, a potem delikatnie wsunął dłoń między czarne i białe. Poczuł, że mu staje.

Chwilę później zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Zesztywniał i zaczął nasłuchiwać. Stukot powtórzył się. Cichy, ledwo słyszalny, ale na pewno dobiegał gdzieś z mieszkania. Wciągnął powietrze i zacisnął usta. Zrobił krok, podłoga skrzypnęła, znieruchomiał i wtedy stuknęło jeszcze wyraźniej. Podszedł do kanapy przykrytej białą futrzaną narzutą. Uniósł skraj nakrycia.

Żółw patrzył na niego nieruchomo i zimno jak aparat fotograficzny. Był brązowy i matowy, podobny do czegoś bardzo starego i skórzanego. Poruszył się i pusty talerzyk, w którym stała jego noga, stuknął o podłogę. – Ty pierdolony skorupiaku – powiedział cicho i zaczął normalnie oddychać.

Zamknął szafę w chwili, gdy w przedpokoju usłyszał trzask zasuwy.

Miała na sobie długi płaszcz z szarej wełny. Podszedł, żeby jej pomóc, lecz zsunęła go z ramion szybkim, wprawnym gestem i powiesiła na wieszaku. Zdjęła pantofle, włożyła kapcie i poszła do kuchni. Zaczęła uprzątać stół, naczynia do zlewu, resztki do śmieci, nadjedzone jajko obok zlewu, nie spojrzała na niego ani razu, ręce jej drżały. W szarym świetle, w ciszy, stukot i brzęk były trudne do zniesienia. W końcu zaczęła mówić: – Przepraszam, że cię tak zostawiłam. Musiałam zdążyć. Kierowniczka jest jędza, a ja zalegam za zeszły miesiąc. – Zerknęła na zegar z zielonego plastiku. Wisiał na ścianie i wskazywał 8.22. – Czego chcesz? Kawy czy herbaty? Zaraz będę musiała wychodzić.

– Kiedy idzie do szkoły?

– W przyszłym roku. Robię ci kawę.

Usiadł na krześle i patrzył na jej nogi. Stopy w niebieskich klapkach na podwyższonym obcasie dreptały między zlewozmywakiem a kuchenką. Zawsze, nawet w domu, chciała być elegancka. Nigdy nie wkładała rozdeptanych papuci. Tup, tup, tup i filiżanka, łyżeczka, tup, tup, pudełko z kawą, gwizd czajnika. – Z mlekiem? – Wszystko jedno – odpowiedział i zaczął przyglądać się pośladkom pod beżowym materiałem sukienki: ani śladu zgniecenia, musiała wstać cholera wie o której, żeby zrobić porządek ze sobą i z dzieciakiem. I jeszcze prasowanie – przypomniał sobie ciepłe żelazko. Ciemne włosy miała związane na karku.

– A co u ciebie?

– Nic.

– Przychodzisz po tylu latach o świcie i mówisz, że nic?

– Nic. Przechodziłem i pomyślałem, że sprawdzę, czy tu jeszcze mieszkasz.

– A gdzie mam mieszkać? W Kalifornii?

Postawiła przed nim brązową filiżankę z zielonym paskiem. Poczuł zapach perfum i ciepło ciała i nagle pojął, że w mieszkaniu jest zimno. Gdy się pochylała, zerknął na jej piersi. To stamtąd wydobywał się zapach. Drobinki ciepła wymykały się spod sukienki, sunęły od cipy w górę brzucha i wyfruwały między cyckami jak strumyczek z wodotrysku, jak woda z gumowej gruszki. Pomyślał, że włoży jej tam rękę po latach i zobaczy, co się stanie, zobaczy, czy coś da się zrobić z czasem, i ciekawe, co to będzie. Ale trwało to tylko chwilę. Wyprostowała się i odeszła. Znów znalazł się w zimnym i pustym powietrzu domu, do którego rzadko przychodzi ktoś obcy.

– A co u Jolki? – zapytał. – Co u reszty?

– Wyszła za Greka i wyjechała. Bolek…

– No? Bolka spotkałem kiedyś na ulicy. Spieszył się.

– Zarabia pieniądze. Właściwie chyba same mu się zarabiają. Sprzedaje, kupuje, sama nie wiem – odstawiła filiżankę na parapet. Z okna, z sufitu, ze ściany prószył szary kurz, na podwórku szczekał pies, pod kaloryferem leżała ranna pluszowa zabawka.

– Czasem go odwiedzam – odniosła filiżankę do zlewu, potem wróciła po jego. – No, teraz to już naprawdę muszę iść.

– Mieszka tam, gdzie wtedy?

– Tak.

Pustawe 26 powiozło ją w siną dal mostu prosto na zachód nad zgniłym ramieniem rzeki – minuta w przestrzeni, gdy miasto na drugim brzegu rzeki wygląda jak makieta czegoś, co dopiero ma powstać. Małe wieżyczki próbują dotknąć nieba, zawsze tak było, zawsze za małe.

Bezmyślnie poszedł śladem tramwaju. Przeciął Jagiellońską i skręcił do parku, żeby pomyśleć. Brunatne pnie drzew lśniły mokrym blaskiem, od którego robiło się jeszcze mroczniej. Nikt nie spacerował. Minął dziadka na ławce. Wyglądał jak stary manekin. Nie podniósł wzroku. Palił papierosa w ciemnej fifce, ręce miał wepchnięte w kieszenie wojskowego płaszcza. – Kwiecień jak jesień – pomyślał. Doszedł do szerokiej alei wiodącej wprost do zoo. Ale nie w głowie mu były małpy i pingwiny. Skręcił w lewo i wrócił do ulicy. Widok kiosku przypomniał mu, że nie ma papierosów. Przetrząsnął kieszenie. Dokładał banknot do banknotu. Zebrał sto dwadzieścia tysięcy. Sprawdził jeszcze raz, lecz nie znalazł już grosza. Podróbka zippo, klucze, pusta karta telefoniczna, żadnych dokumentów, dwa żetony. Kupił paczkę marsów, zapalił i zakręciło mu się w głowie. Wieże świętego Floriana celowały w niebo jak starodawne rakiety. Staruszki wchodziły do środka. Ich sylwetki były czarne i małe. Turlały się jak koraliki. Z przystanku ruszyło 162. Ludzie patrzyli przed siebie, czyli w przyszłość. Ruda dziewczyna musnęła go pustym spojrzeniem. Zaczekał na zielone i przeszedł na drugą stronę. Pomyślał, że jednak da sobie jeszcze trochę czasu, jeszcze jednego papierosa, i gdy szukał miejsca, żeby przycupnąć albo chociaż schronić się przed wiatrem od rzeki, pojął, że znalazł się w miejscu własnych urodzin. O kilkadziesiąt kroków stał szpital. Wśród plątaniny krzewów rosnących na skwerku, w błocie, pod napuchniętym niebem białe karetki na podjeździe wyglądały nierealnie i bezwstydnie jak śmierć. W drzwiach szpitala migały fartuchy łapiduchów, bo zawsze jak przychodzi co do czego, ludzie robią się nerwowi i spaprane życie próbują odrobić w piętnaście minut. – Powinienem tam pójść – pomyślał – i dać się zaszyć z powrotem w jakąś cipę. Takie cesarskie w drugą stronę.

Minął go dziadek w szynelu. Wszyscy go mijali, chociaż nie było ich wielu. Wpół do dziesiątej miasto przyczaja się, zamiera i daje czas tym, co nie mają nic do zrobienia. Pstryknął petem. Spadł w żółtą trawę. Strużka dymu uniosła się pionowo w górę, a potem porwał ją wiatr. Przestał myśleć, odwrócił się i ruszył w stronę Floriańskiej, gdzie na skraju chodnika od niepamiętnych czasów wystawali mężczyźni w sweterkach boucle i w rozszerzanych spodniach, których kanty zostały zaprasowane przed dwudziestu laty i tak już pozostały. Nad nimi, nad ich cichą szeleszczącą gadką wznosiły się ceglane ściany do samego nieba, lecz nikt nie szedłby o zakład, że tam, po ich drugiej stronie, coś jest, jakieś mieszkania, pokój z kuchnią i stare, oblazłe z forniru meble. Małolaci naśladowali swoich ojców. Tylko ich stroje były jaskrawsze, ford albo bulls, albo najki z jęzorami liżącymi trotuar. Skupieni w ciasnych kręgach kombinowali, jak tu dziś dać sobie radę ze światem, z której podejść go strony. Kobiet nie było. Łaciaty kundel biegał od grupki do grupki i szukał swego pana. Ktoś rzucił petardę. – Ach, tak – pomyślał. – Niedługo Wielkanoc.

Pod Pedetem dopadły go wspomnienia: szedł kiedyś z matką do kukiełkowego teatrzyku. W mroku jarzyły się ogniki papierosów. Mężczyźni stali w bramach i zagadywali w języku, którego nie rozumiał, chociaż niektóre słowa były znajome. Listopad albo grudzień. Białe światło latarń nie sięgało chodnika. Drgało i syczało w górze. Nagie gałęzie pokrywał metaliczny blask. Matka przyśpieszyła kroku i czuł przez jej ostygłą dłoń, że bardzo się boi.

Na scenie, w powodzi złotych błysków, w srebrnym pyle reflektorów królewicz ratował księżniczkę albo coś podobnego, jakaś wrzaskliwa historia, która obchodziła go o tyle, że był w takim miejscu pierwszy raz. Chciał jeszcze raz przejść tamtą wydrążoną w mroku ulicą o krok od jasnej Targowej, jeszcze raz zobaczyć czerwone iskry wędrujące w górę i w dół. Gdy przedstawienie się skończyło, matka wzięła go mocno za rękę i wślizgnęła się w środek gromady dzieciaków i rodziców. Był zawiedziony. Pedet przypominał szklaną szafę. Gdzieś w środku tkwiła ta gipsowa kobieta z wielkimi piersiami przykucnięta nad koszem jedzenia, z tyłkiem jak dwie poduszki. Często o niej myślał.

Gdy przecinał pustą i błyszczącą Okrzei z jednym dalekim samochodem jadącym od rzeki, przypomniał sobie, że właśnie tam, za domem towarowym, był kiedyś z ojcem.

Płaskie parterowe zabudowania, do których wchodziło się przez bramę w murze. W obskurnym pomieszczeniu mężczyźni w gumowych butach wrzucali szuflami zwierzęce wnętrzności do metalowych pojemników. Betonowy silos wypełniały lśniące kawały wątroby – cała góra śliskiej, połyskliwej czerwieni, a pod nogami chlupała krew. Ojciec znał tam kogoś.

Samochód przejechał za jego plecami z wilgotnym szumem. Ciągnął za sobą zapach mgły znad portu. Poszedł w lewo. Autobusy o tej porze były puste.

Szedł wzdłuż nieskończenie długiego szeregu aut i rozpoznawał marki. Od wiatru chronił go blok w kolorze musztardy. Drzewa urosły, a wielkie pole gruzu zamieniło się w plac zabaw. Dziesięciopiętrowiec skończył się, chłód uderzył go w twarz, lecz zaraz zaczął się następny. Policzył klatki schodowe. Wszędzie zainstalowali domofony. Czwarty blok, szósta klatka. Suma miała dawać dziesięć. Nigdy nie potrafił zapamiętać tych numerów. Przejechał palcem po guzikach. Ktoś zaczął się dopytywać, umilkł, potem znowu ktoś, aż w końcu zabrzęczało. Pchnął drzwi, poczuł zapach mokrego betonu i żeby zyskać na czasie, poszedł schodami.

Mężczyzna, który mu otworzył, był wielki i gruby.

– Niczego nie kupuję – powiedział i zaczął zamykać drzwi. – I na chuj było ten domofon zakładać – zamruczał pod nosem.

– Bolek?…

Drzwi zatrzymały się i zaczęły otwierać.

– Co Bolek? Kto ty jesteś? Koleś. – facet podniósł głos. W głębi mieszkania szczeknął pies. Chwilę potem łeb rottweilera przecisnął się między nogą w dżinsach a framugą.

– Spokój, Szejk. No, co jest?

– Bolek, to ja, Paweł.

– Jaki Paweł? – Zmarszczył czoło, kulka pamięci zaczęła wirować, stukać, aż w końcu znalazła swoją przegródkę.

– Od Kiciora?

– Od Bogny, dawno…

Facet zaczął się wygładzać, uśmiech niedowierzania uniósł mu kąciki ust, prawa ręka otworzyła drzwi szerzej, a lewa ucapiła psa za obrożę.

– Nie mogę. A ja, że akwizytor.

– Kupiłem to obok i kazałem wypierdolić ścianę. Razem jest sto trzydzieści metrów. – Złoty łańcuch zsunął mu się z przegubu na przedramię. Otrząsnął go, gdy sięgał po butelkę. Gdy podnosił kieliszek albo papierosa, bransoletka znów zatrzymywała się w połowie drogi do łokcia. Pies leżał na czerwonym materacu i przestał otwierać oczy. Paweł powiedział, że odbiera dziś po południu samochód z warsztatu, i pił co drugą kolejkę. Ogień hulał mu w pustym żołądku i podchodził do gardła, lecz głowę miał pustą i chłodną. Dzień robił się większy, wznosił się, nad dalekim Śródmieściem wisiał parasol chmur, lecz światło powoli torowało sobie drogę, rozprężało się i sklepienie sinych obłoków stawało się coraz wyższe. Nad hotelem powiewała chorągiewka czystego błękitu. Pomyślał, że cieplej nie będzie, ale będzie jaśniej, i zaczął przyglądać się mieszkaniu. Wyglądało jak kopia czegoś, co nie istnieje. Ciężkie czarne meble miały żółte okucia na narożnikach. Wielki kredens wrastał w sufit, może nawet go przebijał i kończył się piętro wyżej. Serwis stał za przydymionym szkłem w złote arabeski. Siedział w fotelu z czarnej skóry, pił z kieliszka ze srebrnym wzorkiem. Bolek pozwolił brzuchowi wylać się spod podkoszulka. Palma w fajansowej donicy rzucała na nich cień. Nad palmą płonął żyrandol z mosiądzu. Jego myśli były spokojne i precyzyjne, lecz nie miały czego się uchwycić. Czuł głód, więc palił papierosa za papierosem. Samolot sunął w poprzek okna od prawej strony do lewej: migotliwy, zielony robaczek świętojański na postrzępionym pasku uwolnionego od chmur nieba.

– Pamiętasz, Paweł, jak w Kaprysie wojsko chciało nas lać?

Pamiętał. Pijany kapral dostał wtedy krzesłem, szatniarz zamknął drzwi, więc z pomocą tego samego krzesła wyszli przez wielkie okno i pobiegli w stronę dworca, a potem schodami w dół do parku, żeby zgubić się w mroku, i gdy zmęczenie odebrało im oddech, padli w śnieg i śmiali się na całe gardło, a pociągi na moście pruły niebo jak żółte błyskawice.

– Teraz byś se, świniaku, nie pobiegał – pomyślał. Tamten znowu wypił, wlewając sobie po prostu kieliszek do gardła. Było widać, jak wódka odrywa się od szkła, płynie w powietrzu i wpada między rozchylone wargi. Czas wyczyniał brewerie, przyśpieszał albo zwalniał i czynił rzeczy prawie niewidzialne niemal widzialnymi. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy dwa uderzenia oznaczają kwadrans czy wpół. Słońce wyszło zza chmur, lecz świeciło w plecy bloku. Następny samolot frunął z lewej na prawą ze wzniesionym nosem, jasny jak okruch ognia, prosto na północ, Sztokholm, Oslo, Helsinki, może nawet Grenlandia, gdzie z sykiem miał zgasnąć w śniegu. Poczuł chłód w lewym bucie, poruszył palcami, skarpetka była mokra. Bolek z cichym złotym brzękiem rozgniótł niedopałek w popielniczce, czknął, wstał i poszedł w głąb mieszkania.

Teraz oglądał sobie wszystko w samotności. Po lewej miał morze. Bezkresne, błękitne, z białymi grzebykami fal i żaglowcem w połowie odległości między fotelem a horyzontem. Palma wyrastała z doniczki w tym miejscu, gdzie powinien znajdować się ląd. Obrócił się jeszcze bardziej w prawo. Fototapeta nie kończyła się razem ze ścianą, lecz załamywała w rogu i wpełzała na ścianę sąsiednią, tę z oknem, i gdyby nie framuga, płynnie zlewałaby się z niebem.

Obrócił się z powrotem. Kredens był już obejrzany, więc została jeszcze prawa strona. Tu ściana była pokryta brązową tkaniną tłoczoną w cieliste róże. Wystawał z niej zielony kinkiet w kształcie jakiegoś kwiatu. Niżej był barek z brązu. Z lwich łap wyrastały kółka. Daniels z Walkerem stali ramię w ramię ledwo napoczęci, Smirnoff miał już bliżej niż dalej, tylko brandy ukrywała etykietkę i poziom w cieniu. – Skurwiel – pomyślał i poczuł w ustach białawy, gorączkowy smak żytniej. Martwe cielsko telewizora połyskiwało w najdalszym kącie i miało pod sobą wszystko, co potrzeba: odtwarzacz, biblioteczkę kaset, kompakt i radio. Czubki trzech pilotów wystawały z półki jak noski wypastowanych butów. Powrócił wzrokiem do kredensu. Myśli krążyły po pokoju, to nadążając za spojrzeniem, to zostając w tyle. Sięgnął po papierosa. Wziął marlboro, ale wetknął je z powrotem. Napis można było ukryć pod palcem, lecz nie miały złotego paska jak jego marsy. Wstał.

Bolek wszedł w ostatniej chwili. Zapinał spodnie, w oddali szumiała woda. Paweł poczuł, jak stają mu włosy na głowie. Znieruchomiał i próbował sięgnąć wzrokiem za siebie.

– Nie ruszaj się! Ani kroku dalej.

– Dawno chciałem toto wyrzucić. Połowę rzeczy można było stąd wywalić i kupić nowe. – Zaczepił obrazek na haczyku. Ramka stuknęła o ścianę. Gdzieś wewnątrz bloku jechała winda. Bolek spojrzał jeszcze raz na chłopca w białym garniturku z gromnicą w dłoni, usiadł na kanapie i nalał.

– Widzisz, nie miałbyś jajec.

– Chciałem zobaczyć z bliska – powiedział Paweł.

– No to byś nie zobaczył. Zapomniałem ci powiedzieć, żebyś się nie ruszał. On już tak ma. Wiesz, ile dałem za tresurę? Taniej by mnie chyba nowy wyszedł.

Wypili, czas poruszył się. Paweł poczuł, że sunie przez pokój jak przeciąg, przyspiesza, spływa schodami w dół, wylewa się na ulicę, porywa wszystkich ludzi jak fala powodzi, niesie ich, oni próbują utrzymać się na powierzchni, lecz toną i tylko ruchliwi i samotni dają sobie jakoś radę, więc odstawił kieliszek, ale nie sięgnął po papierosa.

– Bolek, potrzebuję kasy.

Tamten spojrzał na niego wzrokiem tak samo pustym, jak flaszka na stole i zupełnie trzeźwym. Przeniósł spojrzenie i splótł dłonie na brzuchu.

– A wiesz, że ja też.

– Bolek, ja mówię poważnie.

– Ja też. Każdy się robi poważny, jak o kasę chodzi.

– Bogna mi powiedziała, żebym do ciebie przyszedł.

Bolek pochylił się do przodu, podciągnął lekko rękawy kurtki, jakby szykował się do gestykulacji, pantomimy rąk, do narysowania w powietrzu jakiegoś ciężkiego, poważnego kształtu.

– A co ona ma do tego? Niech ci pożyczy, jak taka mądra.

– Powiedziała mi tylko.

– Ile?

– Dwieście.

Bolek rozplótł dłonie, wyprostował nogę i sięgnął do kieszeni spodni. Wyjął garść banknotów, wyciągnął dwa i rzucił na szklany blat. Wyglądały jak zaczęte i nie dokończone kwiaty z papieru.

– Bolek, ja potrzebuję dwieście baniek.

Wtedy tamten pochylił się tak samo, oparł łokcie na kolanach i popatrzył na Pawła, jakby go dopiero teraz zobaczył.

– Koleś, pojebało cię? Przecież ja cię właściwie nie znam.