Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 696 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewiąty grób - Stefan Ahnhem

Zabiłbyś dla kogoś, kogo kochasz?

Szwedzki minister sprawiedliwości wychodzi z domu poselskiego po zażartej debacie. Wybiera boczne wyjście z budynku, żeby umknąć dziennikarzom, ale nigdy nie dociera do czekającego na niego samochodu. Zapadł się pod ziemię w samym centrum siedziby władz.

W tym samym czasie w Danii, w swoim domu w Kopenhadze zostaje brutalnie zamordowana żona pewnego celebryty. Dunja Hougaard rozpoczyna śledztwo, które wkrótce zawiedzie ją do Szwecji.

Jest tydzień przed Bożym Narodzeniem. Zima łapie Sztokholm i Kopenhagę w silnym uścisku, kiedy Fabian Risk dostaje polecenie, by w tajemnicy zbadał sprawę zniknięcia ministra. Oficjalnie śledztwo prowadzą służby specjalne, ale zarówno one, jak i Fabian oraz jego ciężarna koleżanka Malin Rehnberg szybko trafiają na ślepy zaułek. Wkrótce staje się jasne, że nic nie jest tym, czym się z początku wydawało, a pewne potężne siły robią wszystko, by skandaliczna prawda nie wyszła na jaw.

Dziewiąty grób to wielowątkowy thriller, który odpowiada na pytanie, co kazało Fabianowi Riskowi opuścić Sztokholm i przeprowadzić się do rodzinnego Helsingborga. Ścieżki Fabiana i Dunji niejednokrotnie się przecinają w pogrążonej w ciemnej zimie Skandynawii. Oboje odkrywają spisek, który okazuje się o wiele gorszy, niż każde z nich odważyłoby się pomyśleć.

Opinie o ebooku Dziewiąty grób - Stefan Ahnhem

Fragment ebooka Dziewiąty grób - Stefan Ahnhem

Tytuł oryginału DEN NIONDE GRAVEN
Przekład EWA WOJCIECHOWSKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja ROMAN HONET
Korekta MAGDALENA JANKOWSKA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne PIOTR ZDANOWICZ
Łamanie | manufaktu-ar.com
Den nionde graven Copyright © Stefan Ahnhem 2015 Published in agreement with Partners in Stories Stockholm AB Copyright © for the translation by Ewa Wojciechowska Copyright © for the polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65586-32-2
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Prolog

14 czerwca 1998 – 8 listopada 1999

Było tak ciemno, że ledwo cokolwiek dostrzegał. Na dodatek ciężarówka, którą wieziono go razem z innymi jeńcami, kołysała się mocno, przedzierając się przez trudno dostępny teren. Dlatego stawiane przez niego z mozołem litery były prawie nieczytelne. Nie mógł nic na to poradzić. Miał ostatnią szansę, by wszystko spisać, zanim rosnąca pod jego ciałem kałuża krwi stanie się jeszcze większa. Pisał o zakochaniu, przez które rzucił wszystko, co znał, i podążył w nieznane. O tym, jak został postrzelony i wzięty do niewoli przez własnych ludzi, i obecnie jest w drodze na pewną śmierć.

Miał przy sobie długopis, od kiedy opuścił izraelski obóz wojskowy przy blokadzie drogi w punkcie kontrolnym Hawara i udał się na niekontrolowane tereny Zachodniego Brzegu. Zdobył papier, wyrywając parę pustych kartek z pamiętnika znalezionego w plecaku Tamira. Była tam nawet zużyta koperta, którą udało mu się wywrócić na drugą stronę. Kiedy skończył, złożył list zakrwawionymi palcami, wsunął go do koperty i zalepił najmocniej, jak zdołał.

Nie miał ani znaczka, ani adresu odbiorcy. Znał tylko imię i nazwisko. Mimo to nie zawahał się ani na chwilę, wcisnął list w ciasną szparę w tylnych drzwiach ciężarówki i puścił go. „Jeśli Bóg zechce, pozwoli mu dotrzeć” – pomyślał, poddając się wreszcie zmęczeniu.

Koperta nie zdążyła nawet opaść na ziemię. Silny podmuch wiatru poderwał ją i uniósł wysoko, ku bezgwiezdnemu niebu nad górami Ebal i Garizim, przez które właśnie przetaczała się kolejna nawałnica. Odstępy czasu między przeszywającymi ciemność błyskawicami a pomrukami grzmotów stawały się coraz krótsze. Deszcz wisiał w powietrzu i zdawało się, że lada moment ulewa zamieni wyschniętą glebę w błotnistą maź i ciśnie kopertę na ziemię.

Jednak deszcz nie nadszedł, a poplamiona krwią koperta z odręcznie napisanym listem kontynuowała swój lot coraz wyżej i wyżej, przebyła góry, a potem wiatr poniósł ją dalej, za granicę z Jordanią.

Saladyn Hazajma leżał na macie i wpatrywał się w niebo. Światło poranka podjęło właśnie pierwszą próbę przebicia się przez gęsty mrok. Silny wiatr, wiejący nocą, ucichł wreszcie i zdawało się, że wstanie piękny dzień.

Zupełnie jakby słońce postanowiło wysprzątać niebo do czysta z okazji jego siedemdziesiątych urodzin. Ale w tej chwili to nie pogoda zajmowała myśli Saladyna. Wprawdzie siedemdziesiąte urodziny były przyczyną dziesięciodniowej wędrówki, ale teraz skupił się na czymś całkiem innym.

W pierwszej chwili pomyślał, że to samolot lecący tysiące kilometrów nad ziemią. Potem doszedł do wniosku, że to ptak z uszkodzonym skrzydłem. Teraz nie wiedział już wcale, co to za przedmiot dryfuje w powietrzu, obniża się z wolna i połyskując raz po raz na biało, w końcu spada jakieś pięćdziesiąt metrów od niego.

Saladyn Hazajma wstał, stwierdzając ze zdziwieniem, że dokuczający mu każdego ranka ból pleców zniknął jak ręką odjął. Pośpiesznie zwinął matę i włożył ją do plecaka. Czuł, że zaraz coś się wydarzy. Coś o wielkim znaczeniu. Przepełniała go energia.

Nie mogło to być nic innego niż znak z niebios. Objawienie od Boga, w którego wierzył, odkąd sięgał pamięcią, i który teraz mówi mu, że wędrowiec jest na dobrej drodze. Bóg, którego śladami podążał z okazji swoich siedemdziesiątych urodzin z Jerozolimy do Jeziora Galilejskiego.

Wczoraj odwiedził świętą jaskinię w pobliżu miasteczka Andżara. Chciał spędzić tam noc, jak Jezus z Maryją i apostołami, ale nakryli go strażnicy i był zmuszony spać pod gołym niebem. „Wszystko ma swoją przyczynę” – pomyślał i pośpieszył lekkim krokiem przez nierówny teren w stronę drzewa oliwnego, w którego gałęziach utkwił znak od Boga.

Gdy dotarł na miejsce, stwierdził, że to koperta.

„Koperta?” – zdziwił się w myślach.

Nieważne, jak długo by się zastanawiał, nie potrafiłby znaleźć logicznego wyjaśnienia tego zjawiska. Uznał w końcu, że „niebo” wystarczy mu za odpowiedź. Być może miał rację, bo w głębi siebie usłyszał głos powtarzający mu w kółko jak mantrę, by zajął się tym listem tak, jak życzył sobie jego nadawca. Że to właśnie znalezienie tego listu, nic innego, było prawdziwym celem jego wędrówki.

Po paru próbach wreszcie udało mu się wycelować kamieniem w kopertę i strącić ją na ziemię. Była brudna i poprzecierana, jakby wbrew wszelkim przeciwnościom przetrwała koniec świata. W dodatku była cięższa, niż się spodziewał.

W jednej chwili pozbył się wszystkich wątpliwości.

Został wybrany przez Boga.

To nie była zwyczajna koperta.

Obejrzał ją dokładnie z obu stron, szukając jakichś wskazówek, lecz znalazł tylko imię i nazwisko skreślone drobnym, rozstrzelonym pismem.

Aisza Szahin

Saladyn Hazajma przysiadł na kamieniu i z trudem odczytał te dwa słowa na głos. Nie brzmiały znajomo. Po krótkim namyśle wyjął z kieszeni nóż i ostrożnie rozerwał kopertę. Nieświadomy nawet, że wstrzymuje oddech, rozłożył zgięte wpół kartki i spojrzał na odręczne pismo składające się na długie rzędy słów.

List napisano po hebrajsku, tyle mógł orzec z całkowitą pewnością. Niczego więcej się nie dowiedział, bo ledwie czytał nawet po arabsku.

Cóż takiego Bóg próbował mu powiedzieć? Może chciał ukarać go za to, że nigdy nie nauczył się porządnie czytać? A może ten list wcale nie był przeznaczony dla niego? Czyżby miał jedynie odegrać rolę pośrednika, przekazać list kolejnej osobie? Przez chwilę na próżno walczył z ogarniającym go rozczarowaniem, wreszcie złożył kartki, wsunął je z powrotem do koperty i podjął wędrówkę do Adżlun. Tam niechętnie wrzucił list do skrzynki pocztowej.

Wielu ludzi zdecydowałoby bez wątpienia, że Chalid Szawabka postąpił niegodnie i niemoralnie. Ale on nie czuł, że robi coś złego, sięgając po list pozbawiony znaczka, nadawcy i adresu odbiorcy. Chalid był zdania, że listy nieodpowiednio oznakowane przez nadawców stawały się jego własnością. Wyznawał tę zasadę bez wyjątków od czterdziestu trzech lat, odkąd rozpoczął pracę w sortowni poczty.

Miał w domu kilka skrzynek, a w nich zagubione listy, uporządkowane według lat, i nic nie sprawiało mu takiej przyjemności, jak wyjmowanie któregoś na chybił trafił i poznawanie czyichś myśli przeznaczonych dla jeszcze kogoś innego. Jednak ta przesyłka była wyjątkowa.

Już jej stan świadczył o tym, że dotychczasowa podróż listu była niebezpieczną przygodą. W dodatku ktoś już otworzył kopertę, ale zostawił w środku list.

Do niego. Do nikogo innego.

Chalid Szawabka wszedł do domu i zamknął drzwi od środka na klucz dokładnie dziewięćdziesiąt osiem minut wcześniej niż zwykle. Aby zyskać trochę czasu, pominął przerwę na herbatę, choć tego dnia przyniósł z domu ciasteczka, a potem pokonał truchtem całą drogę z przystanku. Dostał solidnej zadyszki i czuł, że pot próbuje wydostać się przez zdecydowanie za ciasną poliestrową koszulę.

Obiad mógł zaczekać. Chalid nalał do kieliszka wino chowane za książkami na półce, usiadł w fotelu, włączył starą lampę stojącą, wyjął z kieszeni kopertę i z bijącym sercem wyciągnął z kieszeni list.

– Nareszcie – szepnął pod nosem i sięgnął po kieliszek, szczęśliwie nieświadomy, że skrzep, który przez wiele lat tworzył się w lewej nodze, właśnie się poluzował i rozpoczął powolną wędrówkę do płuc.

Minął już rok, od kiedy stryj zmarł na zator płucny, ale Maria nie postawiła dotychczas stopy w jego domu. Jej dwaj bracia robili, co mogli, by podważyć testament i zmusić ją do zrzeczenia się spadku. Nawet ojciec próbował ją przekonać, że Chalid przez wiele lat żył samotnie i na starość postradał rozum, w dodatku kobiety nigdy przecież nie były i nie są stworzone do tego, by mieć coś na własność i zarządzać nieruchomościami.

Maria jednak nie dała za wygraną i teraz mogła wreszcie włożyć klucz do zamka i otworzyć drzwi. Walkę o swoje przypłaciła utratą kontaktów z braćmi i rodzicami, ale nie potrafiła nic na to poradzić.

Zamierzała wysprzątać dom i szybko go sprzedać, a po otrzymaniu pieniędzy rzucić posadę szwaczki, przenieść się do Ammanu i zacząć pracę w organizacji Jordanian National Commission for Women, walczącej o prawa kobiet w jej kraju.

To nie miało prawa się udać. Nic nie wskazywało na to, by list miał choćby cień szansy na dotarcie do adresata. Przeszkód było tak wiele, że prawdopodobieństwo dostarczenia go właściwej osobie równało się zeru.

Ale to się stało.

Rok, cztery miesiące i szesnaście dni po tym, jak nadawca przepchnął list przez szparę w drzwiach ciężarówki, i po tym, jak kopertę przechwycił wiatr, trafił on do rąk Marii Szawabka, która po chwili zdołała skojarzyć go ze zniszczoną kopertą, na której widniało tylko imię i nazwisko jakiejś kobiety.

Maria przeczytała opisaną w nim wstrząsającą historię i trzy bezsenne noce później, po znalezieniu paru informacji w internecie, nakleiła znaczek, uzupełniła brakujący adres i wrzuciła list do najbliższej skrzynki pocztowej. Nie zdawała sobie sprawy z konsekwencji.

Aisza Szahin

Selmedalsvägen 40, 7 p.

129 37 Hägersten

Szwecja

I

16–19 grudnia 2009

Wielu ludzi poczuje się wstrząśniętych moimi uczynkami. Niektórzy będą uważać, że to zemsta za dokonane niegodziwości. Inni dostrzegą w nich grę, której celem było sprawdzenie, jak daleko system pozwoli mi się posunąć. Jednak przytłaczająca większość dojdzie do wzruszająco jednomyślnego wniosku, że uczynki te są dziełem skrajnie chorego człowieka.

Wszyscy oni będą się mylili...

1

Dwa dni wcześniej

Sofie Leander siedziała w poczekalni pracowni USG w szpitalu Södersjukhuset i przeglądała sfatygowany numer czasopisma „Rodzice”. Na każdej stronie uśmiechały się do niej szczęśliwe mamy i tatusiowie. O niczym nie marzyła bardziej niż o tym, by stać się właśnie taką szczęśliwą mamą. Ale po wszystkich nieudanych kuracjach lekiem pergotime zaczęła wątpić, czy kiedykolwiek uruchomi w sobie produkcję komórek jajowych.

To była jej ostatnia szansa. Jeśli się okaże, że lek nie zadziałał również tym razem, będzie musiała się poddać.

Zdawało się, że jej mąż zrobił to już jakiś czas temu. Ten sam mężczyzna, który kiedyś obiecywał, że stanie u jej boku zawsze, gdy będzie go potrzebowała. Odblokowała telefon i jeszcze raz przeczytała wiadomość od niego. „Coś mi wypadło. Nie zdążę”. Jakby chodziło o kupienie mleka po drodze do domu. Nie zdobył się nawet na głupie „powodzenia!”.

Miała nadzieję, że przeprowadzka do Szwecji trzy lata temu będzie dla nich nowym początkiem. Szczególnie po przyjęciu przez męża jej nazwiska. Widziała w tym wyraz wielkiej miłości. Dowód na to, że cokolwiek by się wydarzyło, pozostaną nierozłączni. Teraz nie była tego już taka pewna. Prawdę mówiąc, nie mogła wyzbyć się wrażenia, że coraz bardziej się od siebie oddalają. Próbowała z nim o tym porozmawiać, lecz mąż nie wykazywał dla tej sprawy zrozumienia i uparcie zapewniał Sofie o swojej miłości. Ale ona dostrzegała prawdę w jego spojrzeniu. A raczej w sposobie, w jaki wówczas unikał jej wzroku.

On, który kiedyś uratował jej życie, oznajmiał nagle, że „coś mu wypadło”, i nie chciał spojrzeć jej w oczy. Poczuła nagłą chęć, by do niego zadzwonić i zażądać wyjaśnień. Postawić go pod ścianą pytaniem, czy przestał ją kochać, bo poznał kogoś innego. Nie znalazła w sobie odwagi. Zresztą była przekonana, że on i tak nie odpowie. Zawsze tak było, kiedy pracował, szczególnie w okresach takich jak teraz, gdy pochłaniał go nowy projekt. Nie, mogła mieć nadzieję tylko na dobre wieści od lekarza. Jeśli je usłyszy, wszystko jakoś się ułoży. Nareszcie da mężowi upragnione dziecko, a on uświadomi sobie, jak bardzo ją kocha.

– Sofie Leander! – zawołał głos w głębi korytarza.

Poszła za położną do małego pokoju badań z zaciągniętymi żaluzjami, łóżkiem i sporej wielkości urządzeniem przypominającym komputer.

– Proszę powiesić płaszcz na wieszaku, o tutaj, i się położyć. Lekarz zaraz do pani przyjdzie – powiedziała położna.

Sofie kiwnęła głową, powiesiła okrycie i zaczęła zdejmować kozaki. Została sama. Położywszy się, rozpięła bluzkę i rozsunęła zamek w spodniach, jednocześnie postanawiając, że jednak zadzwoni do męża i zapyta go, cóż tak ważnego nie pozwoliło mu jej towarzyszyć. Sięgnęła do torebki, ale nie zdążyła wyjąć telefonu, bo w drzwiach stanął lekarz.

– Pani Sofie Leander? – zapytał.

Potwierdziła skinieniem głowy.

– Świetnie, zaraz zobaczymy... Proszę się położyć na boku, plecami do mnie.

Sofie wykonała polecenie. Usłyszała, że lekarz rozrywa jakieś plastikowe opakowanie. Miała niejasne przeczucie, że ta wizyta nie przebiega tak, jak powinna.

– Przyszłam przebadać jajniki... – powiedziała niepewnie.

– Oczywiście. Ale najpierw musimy załatwić jedną rzecz – odparł lekarz i zaczął badać palcami kręgosłup Sofie.

Nagle poczuła ukłucie w samym środku pleców.

– Ale moment, co pan robi? Dał mi pan jakiś zastrzyk? – Sofie odwróciła się szybko i zdążyła dostrzec, jak lekarz chowa coś do kieszeni spodni. – Proszę mi wyjaśnić, co...

– Spokojnie. To rutynowa procedura. Czy to są pani rzeczy? – Lekarz pokazał palcem na płaszcz i kozaki, a po chwili, nie czekając na odpowiedź, sięgnął po nie i położył na łóżku u stóp Sofie. – Nie chcemy przecież, żeby się zapodziały. Jak by to wyglądało?

To nie była pierwsza wizyta, podczas której Sofie miała być poddana badaniu ultrasonografem. Wiedziała więc, że to, co zrobił przed momentem lekarz, bynajmniej nie było rutynową procedurą. Nie miała pojęcia, co to wszystko ma znaczyć. Była pewna jedynie tego, że nie ma ochoty w tym uczestniczyć. Zapragnęła jak najszybciej stąd wyjść. Uciec jak najdalej od tego lekarza i tego pomieszczenia. Jak najdalej od tego szpitala.

– Muszę już iść – oznajmiła, próbując wstać. – Słyszy pan? – Ciało odmówiło jej posłuszeństwa. – Co się dzieje? Co pan mi zrobił?

Mężczyzna pochylił się nad nią, uśmiechnął się i pogładził ją po policzku.

– Wkrótce zrozumiesz.

Chciała zaprotestować, krzyknąć z całych sił, ale maska tlenowa, którą lekarz przycisnął jej nagle do twarzy, stłumiła jej głos. Zanim Sofie zdążyła się połapać, co się dzieje, mężczyzna zwolnił hamulec łóżka, wyprowadził je na korytarz i ruszył, pchając je w nieznanym kierunku.

Gdyby tylko Sofie mogła chwycić się czegoś, obojętne czego, podnieść się i stanąć na nogach, natychmiast zażądałaby wyjaśnień. Ale nie zdołała poruszyć dłonią. Mogła jedynie wpatrywać się w sufit, w przesuwające się nad jej głową świetlówki.

Po chwili ujrzała jakieś twarze. Twarze przyszłych mam i tatusiów, lekarzy i pielęgniarek. Byli tak blisko, ale zarazem daleko. Jakieś drzwi. Potem winda i głosy ludzi, którzy jechali nią razem z Sofie. Wreszcie drzwi windy się zasunęły. A może otwarły?

Znów znalazła się sam na sam z lekarzem, który gwizdał pod nosem melodię odbijającą się echem od surowych ścian. Słyszała tylko te dźwięki i swój oddech, przypominający jej napady astmy z dzieciństwa. Chwile, gdy musiała przerwać zabawę i rozpaczliwie łapać powietrze. Czuła się wtedy zupełnie bezbronna. Teraz znów miała wrażenie, że jest mała i słaba, chciała zwinąć się w kłębek i płakać, ale nie mogła zrobić nawet tego.

Nagle świetlówka na betonowym suficie stanęła w miejscu. Lekarz przełożył Sofie na nosze, chwytając najpierw za nogi, potem za ramiona. „Wkrótce zrozumiesz, tak powiedział” – pomyślała. Jak mogła to zrozumieć? Myślała w kółko o chirurgu plastycznym z Malmö, który wstrzykiwał coś swoim pacjentkom, żeby nie mogły stawiać oporu, kiedy je gwałcił. Ale po co ktoś miałby ją gwałcić?

Wjechała tyłem do ciasnego pomieszczenia. Zorientowawszy się, że to wnętrze karetki, postanowiła zapamiętać wszystkie odgłosy. Po chwili zatrzasnęły się drzwi szoferki i zawarczał silnik. Karetka wyjechała na drogę, skręcając w Ringevägen, potem potoczyła się prosto Hornsgatan w kierunku Hornstull i przez prowadzący za miasto most Liljeholmsbron. Do tego momentu Sofie nie miała wątpliwości co do kierunku, ale kawałek dalej było już gorzej. Karetka wjechała na rondo i krążyła tam chwilę, kółko za kółkiem, aż Sofie całkiem straciła orientację.

Kiedy dwadzieścia minut później wóz nagle zahamował, mógł być równie dobrze w zupełnie nieznanym miejscu, jak i z powrotem w szpitalu. Sofie usłyszała, że otwierają się drzwi do jakiegoś garażu, karetka podjechała jeszcze ze trzydzieści metrów i się zatrzymała. Zgasł silnik.

Potem drzwi się otworzyły, wysunięto nosze i powieziono je korytarzem. Na suficie znów pojawił się przerywany sznur świetlówek. Nosze jechały coraz szybciej, a kroki lekarza dudniły echem odbitym od ścian. Nagle się zatrzymali. Zabrzęczały klucze, coś piknęło i włączyło się jakieś urządzenie.

Wjechali do ciemnego pokoju, miała wrażenie, że zasunęła się za nią metalowa brama. Nagle pod sufitem rozbłysła silna lampa, świecąca wprost na podłużny stół. Sofie nie mogła dostrzec żadnych okien ani zorientować się, jak duże jest pomieszczenie. Widziała jedynie stół otoczony jakąś aparaturą. Podjechali bliżej i ujrzała, że stół jest owinięty przezroczystym plastikiem, są na nim pasy i dziesięciocentymetrowy otwór trochę na prawo od środka. Obok stał stolik nakryty białym materiałem, na którym leżały równo narzędzia chirurgiczne.

Dopiero teraz Sofie zdała sobie sprawę, co się z nią dzieje.

Zrozumiała wszystko na widok skalpeli, obcęgów i nożyczek.

Wiedziała już, dlaczego została porwana.

I co ją czeka.

2

Fabian Risk ponownie przeczytał wiadomość, zanim podniósł wzrok znad komórki i napotkał zdziwione spojrzenie wychowawczyni.

– Przykro mi, ale musimy sobie poradzić bez niej – powiedział.

– Aha. Rozumiem... – odparła nauczycielka, nie kryjąc, co o tym myśli.

– Co? Mama nie przyjdzie? – Mina Matyldy wyraźnie mówiła, że dziewczynka wolałaby zeskoczyć z mostu Västerbron, niż uczestniczyć w spotkaniu z wychowawczynią bez Sonji.

Fabian ją rozumiał. Ostatnimi czasy to on najczęściej nie przychodził na te spotkania i choć jego córka była już w trzeciej klasie, nie potrafił sobie przypomnieć, jak nazywa się jej wychowawczyni.

– Matysiu, mama musi dłużej popracować – wyjaśnił. – Wiesz, jak to jest, kiedy przygotuje się do wystawy.

– Ale przecież powiedziała, że przyjdzie.

– Wiem. I zapewniam cię, że jestem tak samo zawiedziony, jak ty. Ale i tak wiem, że świetnie sobie poradzimy. – Poklepał córeczkę po głowie i spojrzał na nauczycielkę w nadziei na wsparcie.

Kobieta uśmiechnęła się obojętnie, jak podczas partii pokera.

– No przestań... – Matylda odepchnęła jego dłoń i poprawiła różowe spinki przytrzymujące w pożądanym miejscu pasma ciemnych, sięgających ramion włosów.

– Dobrze więc... – zaczęła wychowawczyni. – Jeśli chodzi o motywację Matyldy do nauki i umiejętność skupienia się na lekcjach, zebrałam od innych nauczycieli same dobre opinie – oznajmiła i przewróciła stronę w notatniku. – Na lekcjach szwedzkiego i matematyki jest jedną z najlepszych w... – Zamilkła i spojrzała na leżącą na stole komórkę Fabiana, która zaczęła wibrować.

– Przepraszam – Fabian odwrócił telefon wyświetlaczem do dołu, ale zdążył na niego zerknąć i stwierdzić z zaskoczeniem, że dzwoni Herman Edelman.

Edelman był jego szefem od wielu lat, odkąd Fabian zaczął pracę w wydziale kryminalnym sztokholmskiej policji, i mimo że miał już koło sześćdziesiątki, nie zwalniał obrotów i wciąż z tą samą zajadłością dociekał prawdy w kolejnych dochodzeniach. Fabian dobrze wiedział, że gdyby nie Edelman, nigdy nie zostałby dobrym dochodzeniowcem.

Ale akurat tego dnia nikt nie widział Edelmana w komendzie od lunchu, na popołudniowej zmianie żaden z kolegów Fabiana nie rozmawiał z przełożonym nawet przez telefon i wszyscy w wydziale zaczęli się już zastanawiać, czy aby coś się nie stało.

A teraz Edelman dzwonił do niego. Po godzinach pracy. To znaczyło tylko jedno.

Wydarzyło się coś poważnego.

Coś, co nie może zaczekać.

Fabian sięgnął po telefon i już miał odebrać, ale wychowawczyni chrząknęła wymownie.

– Nie możemy tu siedzieć w nieskończoność. Nie jest pan jedynym rodzicem, z którym na dziś się umówiłam.

– Przepraszam – powtórzył, odrzucając połączenie. – Na czym skończyliśmy?

– Rozmawiamy o Matyldzie. Pana córce. – Nauczycielka zdobyła się na uśmiech. – Jak wspomniałam, docierają do mnie same dobre opinie, ale... – Spojrzała Fabianowi w oczy. – Jeśli to możliwe, chciałabym zamienić z panem kilka słów na osobności.

– Ach... tak? No jasne, co nie, Matysiu?

– Ale o czym będziecie rozmawiać? – Dziewczynka zmarszczyła brwi.

– O sprawach dla dorosłych. – Fabian spojrzał na wychowawczynię, która przytaknęła z uśmiechem. – Zaczekaj na korytarzu, zaraz do ciebie przyjdę.

Matylda westchnęła głośno i ruszyła do drzwi, demonstracyjnie powłócząc nogami. Fabian odprowadził ją wzrokiem, ale nie mógł przestać się zastanawiać, czego chciał od niego Edelman.

– Sprawa wygląda tak – kontynuowała nauczycielka, kładąc na blacie splecione dłonie. – Dochodzą do mnie słuchy, że Matylda...

Znów zawibrował telefon Fabiana. Wychowawczyni już nie skrywała poirytowania.

– Proszę wybaczyć, ale ja naprawdę nie mam pojęcia, co się dzieje. – Fabian podniósł komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Tym razem dzwoniła Malin Rehnberg, która była w Kopenhadze na jakimś seminarium. Edelman musiał do niej zadzwonić, sądząc, że uda się jej szybciej dotrzeć do Fabiana. – Przepraszam, nie mam wyboru, muszę odebrać i...

– Dobrze, w takim razie skończymy na dziś – oznajmiła nauczycielka, zgarniając papiery na kupkę.

– Chwileczkę, czy nie możemy po prostu...

– W tej szkole wyznajemy zasadę zerowej tolerancji dla telefonów komórkowych podczas lekcji. Nie widzę powodu, żeby nie stosować jej również w przypadku rodziców. – Włożyła plik kartek do teczki. – Proszę odebrać, skoro to aż takie pilne. Ja pójdę się spotkać z rodzicami, którzy interesują się swoimi dziećmi. Miłego wieczoru. – Kobieta podniosła się z krzesła.

– Ależ niech pani zaczeka, to wszystko nie tak. – Fabian też się poderwał, rejestrując kątem oka, że telefon zamilkł. Włączyła się automatyczna sekretarka. – Jeszcze raz panią przepraszam. To jasne, że przyszedłem tu w sprawie Matyldy.

Nauczycielka, której nazwiska nie potrafił sobie przypomnieć, posłała mu spojrzenie wyrażające coś na granicy pogardy.

– Dobrze – odparła po chwili, usiadła i wyjęła teczkę Matyldy. – Właściwie to nie są sprawy, w które zwykliśmy wtykać nos. Ale w przypadku państwa córki nasiliło się to w ogromnym stopniu i jeśli czegoś państwo z tym nie zrobicie, obawiam się, że Matylda wkrótce zacznie mieć problemy z nauką.

– Ale moment. O czym pani mówi? Co niby mamy zrobić?

Wychowawczyni położyła na stole rysunek.

– To jedna z ostatnich prac pana córki. Niech pan sam zobaczy.

Fabian rozpoznał siebie z kozią bródką, którą zgolił przed paroma tygodniami. Naprzeciwko niego stała Sonja z nożem kuchennym w wyciągniętej dłoni. Oboje mieli otwarte usta i czerwone twarze. Krzyczeli. Przypomniał sobie wieczór, kiedy zarzucał jej, że za dużo pracuje. Sonja wpadła we wściekłość i wypomniała mu jego zarwane przez pracę noce. Oskarżyła go, że myśli wyłącznie o sobie.

„Pomyśleć, że obiecaliśmy sobie nigdy nie kłócić się przy dzieciach” – stwierdził z żalem w myślach. Przypomniał sobie, że tamtego wieczoru nawet zagroził Sonji rozwodem.

– Nie wiem, co powiedzieć... – wybąkał pod nosem. – To... to jest...

– Tutaj mam jeszcze jeden – przerwała mu nauczycielka.

Fabian ujrzał wzorzystą tapetę w pokoju Matyldy. Tak samo jak w jej prawdziwym pokoju, w lewym dolnym rogu obrazka na poduszkach na łóżku siedziały w rzędzie pluszaki. Częściowo Fabian poczuł dumę, bo córka naprawdę ładnie rysowała, ale musiał stawić czoło temu, co znajdowało się w chmurkach z dialogami. Słowa kłótni dochodzącej zza ściany. Tym razem chodziło o seks. Fabian stwierdził ze smutkiem, że większość z nich była boleśnie prawdziwa.

Chciał zapaść się pod ziemię.

– Jest dla mnie jasne, że spora część z tego to wymysły albo wyolbrzymienia – mówiła dalej nauczycielka. – Ale domowe awantury stały się motywem przewodnim wszystkich rysunków Matyldy, pomyślałam więc, że powinniście państwo o tym wiedzieć. Gdybym to ja była rodzicem, na pewno bym sobie tego życzyła.

– Oczywiście – odparł Fabian, starając się ukryć telefon, który znów zawibrował mu w dłoni.

Wyszedłszy ze szkoły, Fabian spróbował zadzwonić do Edelmana, ale numer był zajęty.

– Spójrz, Matysiu, napadało jeszcze więcej śniegu. – Powiódł wzrokiem po szkolnym boisku pokrytym grubą warstwą białego puchu. – Ale super, co nie? Możecie jutro ulepić bałwana.

– Jutro pewnie będzie już chlapa – mruknęła dziewczynka i ruszyła w dół schodkami na chodnik.

– Matysiu, zaczekaj. – Fabian pośpieszył za nią. – Ty chyba nie myślisz na serio, że mama i ja chcemy się rozwieść?

– Czyli o tym rozmawialiście?

– Powiedz, naprawdę tak myślisz?

Matylda nie odpowiedziała, tylko pobiegła do samochodu zaparkowanego po drugiej stronie ulicy.

Fabian uniósł dłoń z pilotem i otworzył drzwi, żeby mogła wsiąść. Najchętniej poszedłby za nią i dotrzymał jej towarzystwa, ale nie wiedział, co jej powiedzieć. Przecież miała rację. Jeśli on i Sonja dalej będą się tak zachowywali, koniec nadejdzie szybciej, niż oboje sobie wyobrażają. A przecież obiecał Sonji, może nawet bardziej sobie samemu, że nie popełni błędów jego rodziców. Choćby nie wiadomo co. Choćby było im bardzo ciężko. Przecież nie liczyło się nic poza nimi, nic nigdy nie zdoła sprawić, by się poddał.

Teraz nie był już tego taki pewien.

Czuł się tak, jakby uszło mu powietrze ze wszystkich opon, a on jeździł dalej na samych felgach już od tak dawna, że lada chwila nieodwracalnie zniszczy koła. Westchnął ciężko, przystanął, sięgnął po komórkę i wybrał numer Malin Rehnberg.

– Fabian, co ty, u diabła, wyprawisz? Ratuje cię tylko to, że znajduję się w odległości sześciuset kilometrów od ciebie.

Uznał, że lepiej będzie się nie odzywać i zaczekać, aż Malin się wygada.

– Herman uczepił się mnie jak kleszcz, bo tobie się nie chce odebrać telefonu. Czy ja jestem jego sekretarką, czy co? Wiem, że wszyscy mają to gdzieś, ale tak się składa, że jestem w Kopenhadze na seminarium, które, o dziwo, okazało się całkiem ciekawe.

– Okej, ale dowiedziałaś się, o co...

– Ale łóżka mają tu okropnie niewygodne. Poza tym czuję się jak tłusta świnia.

– Rozumiem, ale...

– I powiem ci, że w dupie mam, że to jeszcze dwa miesiące, bo nie odpowiadam za siebie i chyba zrobię coś nielegalnego, jeśli nie uwolnię się wkrótce od tych gówniarzy. Halo? Fabian? Jesteś tam?

– Dowiedziałaś się, po co dzwonił?

– Nie, chociaż... sama już nie wiem. Najwyraźniej to coś ważnego. Ale wiesz co? Mam pomysł, jak temu zaradzić.

– Jaki?

– Następnym razem odbierz telefon!

Fabian usłyszał kliknięcie. Malin się rozłączyła. Nie mógł się z nią nie zgodzić. On też miał nadzieję, że jej ciąża wkrótce dobiegnie końca. Po kilkunastu sekundach dostał wiadomość z przeprosinami. Malin obiecała, że znów będzie sobą, kiedy tylko skończy się ten „ciążowy koszmar”.

Fabian wsiadł do samochodu i zerknął w lusterko wsteczne na Matyldę.

– Co powiesz na to, żebyśmy wpadli po drodze do Ciao Ciao i kupili pizzę? – zapytał.

Dziewczynka wzruszyła ramionami, ale udało mu się dostrzec, że rozbłysły jej oczy, choć bardzo się starała niczego po sobie nie okazywać. Przekręcił kluczyk i ruszył prosto ulicą Maria Prästgatan. Spróbował ponownie dodzwonić się do Edelmana.

– Cześć, Herman. Dzwoniłeś do mnie.

– Pewnie powinienem podziękować Malin.

– Byłem na spotkaniu z wychowawczynią Matyldy i dopiero teraz zorientowałem się, że...

– Dobrze, już dobrze. Dzwoniłem, bo zostałem wezwany na dwudziestą do Säpo[1]. Chcę, żebyś mi towarzyszył.

– Dziś wieczorem? Wybacz, ale jestem sam z dziećmi. I czy to naprawdę aż tak ważne, żebym ja musiał...

– Kto trzyma stery, ty czy ja?

– Nie to przecież miałem na...

– Posłuchaj. Persson i Päivinen właśnie wpadli na nowy trop w sprawie Adama Fischera, a Höglund i Carlén planują coś ważnego w sprawie Diega Arcasa. Jedynymi, którzy nie mają teraz niczego na warsztacie, jesteście ty i Rehnberg. I o ile się nie mylę, Rehnberg jest w Kopenhadze.

– No dobrze, ale możesz mi powiedzieć, co się stało?

– Mam nadzieję, że dowiemy się tego na spotkaniu. Widzimy się przed wejściem za pięć ósma. Na razie.

Fabian wyjął z ucha słuchawkę i skręcił w Nytorgsgatan. Bynajmniej nie po raz pierwszy miał mieć do czynienia ze służbami specjalnymi, ale nigdy wcześniej nie zaproszono go na tajne spotkanie po godzinach pracy. Świadczyło to jedynie o tym, że znajdował się bardzo nisko w hierarchii. Natomiast Herman Edelman bywał tam co chwilę i nie przepuszczał żadnej okazji, by podkreślić, że trzeba zawsze siedzieć plecami do ściany, chcąc wyjść cało z tych spotkań.

A teraz niespodziewanie zażyczył sobie towarzystwa Fabiana.

– To nie wchodzi w grę, przykro mi. Musisz sobie jakoś poradzić.

– Ale jak to? Niby jak mam sobie poradzić? – spytał Fabian, spoglądając na zaśnieżoną linię dachów za oknem. Usłyszał w słuchawce, jak Sonja zaciąga się rakotwórczym dymem i zaraz wypuszcza go z płuc jednym długim wydechem. Był to znak, że jest w kiepskim humorze.

– Skąd mam wiedzieć? Wymyśl coś. Nie mam teraz czasu, żeby z tobą rozmawiać.

– Zaczekaj – powiedział, dostrzegając w szybie odbicie Matyldy przysłuchującej się jego rozmowie. Sięgnął po pilota, włączył telewizor i pogłośnił dźwięk.

„Mija ósma doba od zniknięcia Adama Fischera. Policja nie wyklucza, że celebryta mógł zostać uprowadzony...”

– Sonju, ja nie mam tu nic do gadania. Wyjaśniłem ci, że Herman nie dał mi wyboru.

– A wydaje ci się, że ja mam jakiś wybór?

„Jest z nami w studiu profesor kryminologii Gerherd Ringe...”

– Mam tak po prostu rzucić pędzle i powiedzieć Ewie: „sorry, nie będzie żadnej wystawy”?

– Nie, skądże, ale...

– No właśnie.

– Kochanie, nie denerwuj się, proszę.

„Dlaczego policja zdecydowała się na upublicznienie informacji o możliwym uprowadzeniu? I dlaczego nie docierają do nas żadne informacje o żądaniu okupu?”

– Nie denerwuję się – odparła Sonja i ponownie zaciągnęła się dymem, nawet nie starając się tego ukryć. – Po prostu nie rozumiem, dlaczego nagle mamy taki straszny problem tylko dlatego, że po raz pierwszy to ja muszę zostać dłużej w pracy.

– W porządku. Jakoś sobie poradzę. Ale czy możesz mi powiedzieć choć w przybliżeniu, o której wrócisz?

– Kiedy skończę. Nie pytaj mnie, proszę, kiedy to będzie, bo sama nie mam pojęcia. Wiem tylko to, że z każdą chwilą coraz bardziej nienawidzę tych obrazów. – Znów się zaciągnęła i zrobiła długi wydech. – Przepraszam cię... po prostu... ostatnio mam wszystkiego tak dosyć, że chce mi się rzygać.

– Kochanie, wszystko się ułoży. Przecież tak jest przed każdą wystawą. A potem nagle przychodzi moment, kiedy uznajesz, że jest lepiej, niż sądziłaś, i reszta idzie jak z płatka.

– Zobaczymy, jak będzie tym razem.

– Jakoś sobie poradzę, nie myśl już o tym.

– Dobrze.

– Kocham cię.

– Na razie.

Fabian usiadł przy stole kuchennym obok Matyldy i wyjął z kartonu kawałek pizzy.

– I jak ta twoja bananowa?

– Może być. Wiesz co?

– Co takiego?

– Czy mama odpowiedziała, że też cię kocha?

Spojrzał jej w oczy i zastanowił się, co odpowiedzieć.

– Nie, nie zrobiła tego.

– To pewnie przez ten stres.

Fabian kiwnął głową i ugryzł spory kawałek pizzy, która już dawno wystygła.

3

To nie była pierwsza wizyta Fabiana w siedzibie Säpo. Ale nigdy dotychczas nie wpuszczono go za tak wiele pilnie strzeżonych drzwi i tak daleko w głąb budynku, że stracił orientację. Dopiero po przejażdżce kilkoma windami i przejściu przez kilka pozbawionych okien korytarzy razem z Hermanem Edelmanem, który dla odmiany nie wypowiedział podczas tej przechadzki ani słowa, został wprowadzony do dużej, słabo oświetlonej sali.

Zanim Fabian wyszedł z domu, Teodor wrócił z treningu unihokeja i po krótkich negocjacjach zgodził się zająć Matyldą i zadbać o to, żeby siostra poszła spać o stosownej porze. Mimo że był to środowy wieczór, Fabian musiał zgodzić się na chipsy, colę i oglądanie filmu w sypialni jego i Sonji. W zamian uzyskał zapewnienie, że nie wygadają się przed mamą i że Matylda nie narysuje tej scenki na plastyce.

– Panowie Herman Edelman i Fabian Risk, jak mniemam. – Kobieta wyłoniła się z cienia, podeszła i uścisnęła im dłonie. – Witamy. Pan Anders Furhage i pozostali już na panów czekają.

Poprowadziła ich w głąb pomieszczenia, a gdy oczy Fabiana przywykły do półmroku, ujrzał przed sobą kilka ogromnych skrzyń przypominających kontenery, które sprawiały wrażenie, jakby unosiły się metr nad podłogą. Słyszał plotki o specjalnych kabinach zabezpieczonych przed podsłuchami, za które Säpo zapłaciła dziesiątki milionów, ale po raz pierwszy widział je na własne oczy. Edelman nie wyglądał na zaskoczonego. Spokojnie wytarł chusteczką okulary i wykonał krok w przód. Fabian nie miał okazji widzieć go tak poważnego i nasrożonego, odkąd przed blisko dziesięcioma laty zmarła na raka jego żona.

– Proszę panów o oddanie komórek – powiedziała kobieta, zatrzymawszy się przy schodkach prowadzących do jednej z kabin.

Otwarte na oścież drzwi o grubości kilkudziesięciu centymetrów świadczyły o tym, że pomieszczenie jest hermetyczne.

Wypełnili polecenie i weszli do pokoiku o ciemnobrązowych ścianach i podłodze pokrytej bordową wykładziną. Na środku stał owalny stół z orzechowego drewna, a na jego blacie butelki z wodą i szklanki. Siedziało przy nim trzech mężczyzn w garniturach, każdy w krawacie innego koloru. Fabian od razu rozpoznał dyrektora generalnego Säpo Andersa Furhage. Mężczyzna wstał i przywitał się z nimi. Z tyłu bezszelestnie zamknęły się drzwi.

– Cieszę się, że zgodziliście się panowie przyjść na to naprędce zwołane spotkanie. Jak panowie doskonale wiecie, nic, co zostanie tutaj powiedziane, nie może wyjść poza ściany tego pomieszczenia.

Fabian i Edelman pokiwali głowami i zajęli miejsca przy stole.

– Od razu przejdę do rzeczy – mówił dalej Furhage, zaglądając obu przybyłym w oczy. – Zaistniała pewna sytuacja, która, jeżeli sprawa wkrótce się wyjaśni, może okazać się zupełnie błaha. Ale na razie musimy potraktować ją poważnie.

Fabian zerknął na Edelmana, lecz mina szefa świadczyła o tym, że on również nie ma pojęcia, o czym mowa.

– Pan Melvin Stenberg, szef ochrony rządu, powie nam więcej. – Furhage skinął głową na mężczyznę w niebieskim krawacie.

– Dziś o piętnastej dwadzieścia cztery, godzinę po zakończeniu debaty nad ostatnią interpelacją w parlamencie, Carl-Eric Grimås opuścił budynek domu poselskiego zachodnim wejściem. Czekał na niego samochód, ale kierowca twierdzi, że Grimås się nie pojawił. Od tamtego czasu nikt go nie widział.

– Chwileczkę – odezwał się Edelman. – Chce pan powiedzieć, że zniknął minister sprawiedliwości?

Stenberg poprawił krawat i potwierdził skinieniem głowy.

– Przeszukaliśmy okolice pałacu Rosenbad i budynków kancelarii Riksdagu[2], zapytaliśmy jego rodzinę i szefa jego gabinetu w departamencie sprawiedliwości – dodał mężczyzna w zielonym krawacie. – Nikt nie wie, co się z nim stało.

W pomieszczeniu zapadła cisza, zupełnie jakby wszyscy, w szczególności trzej mężczyźni w krawatach, potrzebowali chwili na przetrawienie faktu, że szef jednego z najważniejszych departamentów w kraju, na dodatek ten, któremu wszyscy trzej podlegali, najwyraźniej zniknął bez śladu.

– I twierdzisz, że ta sprawa może się okazać zupełnie błaha? – Edelman spojrzał wymownie na dyrektora Säpo.

– Hermanie, przecież nie to miałem na myśli – odparł z uśmiechem Furhage. – Nie chodzi o to, żeby się łapać za słówka. Wszyscy jesteśmy świadomi, także ty, Hermanie, że on mógł po prostu...

– Przecież nie zapadł się pod ziemię! Ilu, u diabła, polityków musi zginąć w tym kraju, żebyśmy się wreszcie obudzili?[3] Czy Grimås nie ma dwudziestoczterogodzinnej ochrony?

Furhage spojrzał na Stenberga. Ten odchrząknął.

– No więc... – zaczął. – Wszystko rozbija się o fundusze i aktualne priorytety. W przypadku ministra Grimåsa oceniliśmy, że może on bez ryzyka pozostawać bez ochrony w obrębie budynków Riksdagu.

„Ale było nas stać na kosmiczną kabinę, w której możemy teraz siedzieć i rozmawiać o tym bez świadków” – pomyślał Fabian. Tymczasem Furhage dał zielonemu krawatowi znak i mężczyzna wybrał jakiś przycisk na zamontowanym w stole panelu kontrolnym.

Na jedną ze ścian spłynął z sufitu ekran.

– To film z monitoringu, obraz z kamery zamontowanej przy wyjściu, z którego skorzystał minister – wyjaśnił mężczyzna, włączając projektor.

Film nie trwał nawet minuty. Carl-Eric Grimås szedł ze skórzaną teczką w lewej ręce. Zbliżył się do podwójnych szklanych drzwi, przytknął identyfikator do czytnika, pchnął dłonią jedno skrzydło, potem drugie, i zniknął w szalejącej na zewnątrz śnieżycy.

Fabian rozpoznał go po zimowym okryciu, bo niedawno widział zdjęcie ministra w gazecie. Nosił płaszcz z czarnym futrzanym kołnierzem i charakterystyczny kapelusz, który był znakiem rozpoznawczym Grimåsa. W lewym dolnym rogu ekranu widniała godzina 15.24.

Obraz zniknął, a ekran bezszelestnie pomknął do góry.

– A przed budynkiem czekał na niego samochód z kierowcą – stwierdził Fabian, odnosząc wrażenie, że to wszystko nie trzyma się kupy.

Zielony krawat potwierdził skinieniem głowy.

– Ale padał gęsty śnieg i kierowca nie miał dobrego widoku na wyjście z budynku.

– O której przyjechał do Riksdagu?

– Jeśli ma pan na myśli Grimåsa, minister wszedł głównym wejściem zachodniego budynku o jedenastej czterdzieści trzy. – Zielony krawat nie skrywał zadowolenia, że udzielił tak szybkiej i precyzyjnej odpowiedzi.

– O jedenastej trzydzieści osiem wyszedł z pałacu Rosenbad i przeszedł szybkim krokiem ulicą Strömgatan, ale zamiast przeciąć cieśninę przez most Riksbron, zdecydował się na Vasabron i dotarł do wejścia od strony nabrzeża Kanslikajen. W towarzystwie ochrony – dodał z naciskiem Stenberg.

– A o której zaczęła się debata nad interpelacją? Koło dwunastej?

– Nie, o wpół do pierwszej, ale Grimås słynie z tego, że zawsze przychodzi przed czasem.

– Na którą godzinę był zamówiony samochód, który później czekał na niego przed wyjściem?

– Na piętnastą – odparł Stenberg i napił się wody.

– A więc chociaż minister jest znany z tego, że zawsze przychodzi za wcześnie, tym razem zjawia się dwadzieścia cztery minuty po czasie?

Mężczyźni w krawatach wymienili spojrzenia. Anders Furhage odkaszlnął.

– Pozwoli pan, że coś wyjaśnię – powiedział. – Nie jesteście tu po to, żeby przejąć sprawę. Wręcz przeciwnie. Chcemy was tylko poinformować. Innymi słowy, dopóki nie potwierdzi się informacja, że doszło do przestępstwa, to my prowadzimy czynności wyjaśniające.

– Co waszym zdaniem mogło się stać, jeżeli przyjmiemy, że nie doszło do żadnego przestępstwa? – zapytał go Edelman, lekko skubiąc brodę.

– Na razie nic na to nie wskazuje i tak, jak zauważył pan... przepraszam – Furhage zwrócił się do Fabiana. – Przypomni mi pan swoje nazwisko?

– Fabian Risk.

– A, tak. Jak zauważył pan Risk, w tej sprawie nasuwa się wiele pytań. Podjęliśmy intensywne starania, by znaleźć odpowiedzi. W mojej ocenie wyciąganie wniosków na tym etapie jest bezzasadne. Oczywiście będziemy panów na bieżąco o wszystkim informować.

– Czyżby? Trzymaliście to w tajemnicy od wpół do czwartej i mówicie nam o tym dopiero teraz. Czy tak ma wyglądać informowanie nas na bieżąco?

– Ujmę to tak. Obecnie nie mamy ani ciała, ani żadnych gróźb. Nic nie przemawia za tym, byśmy mieli do czynienia z aktem terroru. Doszły nas za to słuchy, że w ostatnim czasie minister zdradzał objawy rozkojarzenia i zdenerwowania. Nie wykluczamy więc, że zniknął na własne życzenie, bo najzwyczajniej chciał pobyć chwilę w spokoju.

Edelman bez zażenowania parsknął śmiechem.

– Moim zdaniem te wasze analizy zagrożenia nie są warte funta kłaków i próbujecie teraz ugrać trochę czasu, żeby zdążyć zamieść pod dywan dowody na nieudolne zarządzanie.

– Hermanie, proszę cię o utrzymanie naszej rozmowy na stosownym poziomie – odparł spokojnie Furhage. Zdawało się, że uwagi Edelmana nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. – Nikt tutaj nie próbuje niczego zataić. Gdyby tak było, nie siedzielibyśmy tu teraz razem, nieprawdaż? Mamy wspólny cel. Chcemy wyjaśnić tę sprawę. Nie wykluczam, że mogliśmy popełnić błąd, oceniając zagrożenie, ale to nie zmienia faktu, że to my działamy dopóty, dopóki się nie upewnimy, że mamy do czynienia z przestępstwem. Chcę jednocześnie zaznaczyć, że nie jest naszym zamiarem trzymanie was na dystans. Wręcz przeciwnie, liczymy na dyskretną współpracę. Doskonale przecież wiesz, Hermanie, że gdy tylko pójdzie w ruch cała wasza maszyneria, sensacyjna informacja o zniknięciu ministra sprawiedliwości trafi na pierwsze strony gazet, a ty i ja nie będziemy mieli czasu na nic poza organizacją konferencji prasowych.

– Co będzie, jeśli nie zgodzę się na taką współpracę?

– Zgodzisz się. Chcąc ci oszczędzić zachodu, ustaliłem już wszystko z Crimsonem.

Fabian dostrzegł kątem oka, że twarz Edelmana nie zdradza żadnych emocji, mimo że został powalony na deski i trwało odliczanie. Furhage zdążył już porozmawiać za jego plecami z jego zwierzchnikiem i dostał zgodę na to, by wydział kryminalny trzymał się tymczasem na dystans. Prawdopodobnie zostali tu zaproszeni i poinformowani o sprawie na życzenie Crimsona. Zdaniem Fabiana Edelman musiał uznać to za cios w plecy.

Mimo to siedział w milczeniu. Mijały sekundy, a on wciąż nie zdradził nawet mrugnięciem, co o tym myśli. Potem spokojnie sięgnął do obu kieszeni, z jednej wyjął papierośnicę, a z drugiej starą zapalniczkę marki Ronson, i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, końcówka papierosa, którego wetknął do ust, zajaśniała wściekłą czerwienią. Furhage się nie odezwał, nie zrobił tego też żaden z pozostałych krawatów. Po dwóch głębokich zaciągnięciach Edelman zdusił papierosa w najbliższej szklance.

– Zatem wszystko jasne – powiedział. – W takim razie chyba już skończyliśmy. Będę czekał na bieżące informacje w tej sprawie.

– Oczywiście. – Furhage wyciągnął do niego rękę. – Jesteś pierwszą osobą na mojej liście, przecież o tym wiesz.

Edelman nie uścisnął mu dłoni, spojrzał tylko na Fabiana, który poderwał się z krzesła i wyszedł z kabiny, powtarzając sobie w myślach, żeby nigdy, przenigdy nie godzić się na objęcie kierowniczego stanowiska.

W drodze powrotnej przez labirynt korytarzy Edelman znowu zamilkł. Fabian nie umiał ocenić, czy wynikało to z obawy, że będą podsłuchiwani, czy też jego szef był po prostu zbyt wściekły. On też wolał się nie odzywać, choć cisnęło mu się na usta mnóstwo pytań.

Dopiero gdy wyszli na Polhemsgatan, prosto w śnieżycę, Edelman zaproponował – choć czekała na niego taksówka – by usiedli na moment w wozie Fabiana. Przeszli na drugą stronę ulicy. Fabian otworzył samochód, a gdy wsiedli do środka, włączył silnik i ogrzewanie. Edelman wpatrywał się w zasypaną śniegiem przednią szybę.

– Chyba nie wiesz, że Grimås... – Edelman zrobił głęboki wdech. – To mój stary przyjaciel, którego wciąż darzę wielką sympatią

Fabian pokiwał głową. Wiele lat temu Grimås był szefem Edelmana w wydziale kryminalnym, dopiero później porzucił pracę w policji i zajął się polityką. To, że ci dwaj świetnie się dogadują, nie uszło niczyjej uwadze. Edelman nie przepuszczał żadnej okazji, by powiedzieć, jak w swoim czasie on i Grimås zrobiliby to czy tamto. Mimo to Fabian był zaskoczony, słysząc, że wciąż utrzymują kontakt.

– Przychodzi ci do głowy jakiekolwiek wyjaśnienie, co się z nim stało? – zapytał.

– Obawiam się najgorszego... Dlatego musimy zrobić, co w naszej mocy, żeby ustalić jak najwięcej, zanim Säpo ukręci łeb sprawie.

– Sądzisz, że oni naprawdę...

– Nic nie sądzę. Ale Furhage jest ostatnią osobą, której bym zaufał.

– A więc mamy rozpocząć śledztwo, mimo że Bertil Crimson...

– Nie my mamy rozpocząć śledztwo. Ty masz to zrobić. – Edelman spojrzał na Fabiana. – Będę z tobą szczery. W całym wydziale nie ma innej osoby, która mogłaby temu podołać. Wiesz o tym tak samo dobrze, jak ja.

– Ale jak mam wszcząć śledztwo, skoro Furhage wyraźnie powiedział, że...

– Nikt nie każe nam nazywać tego śledztwem. Chodzi mi o to, że... Kto dowie się prawdy, jeśli my tego nie zrobimy? Säpo?

Fabian mógł tylko kiwnąć głową na zgodę. Edelman miał zupełną rację.

– Pamiętaj, żeby trzymać się poza zasięgiem radaru. A jeśli coś ustalisz, przyjdziesz z tym do mnie, do nikogo innego.

Edelman wysiadł z auta i zatrzasnął drzwi z taką siłą, że z szyb opadł prawie cały śnieg. Fabian włączył wycieraczki, by zmiotły resztę, i odjechał.

Próbował skupić się na jeździe, ale jego myśli rozpierzchały się na wszystkie strony. Nie pojmował, co właściwie się wydarzyło. W końcu zjechał na parking przy ulicy Norr Mälarstrand, opuścił szybę i zaciągnął się głęboko zimnym powietrzem.

Jakby nie wystarczyło, że minister sprawiedliwości zniknął bez śladu, Edelman kazał Fiabianowi właśnie wszcząć tajne śledztwo. Im dłużej o tym myślał, tym wyraźniej widział, jaki powinien być jego następny krok.

Od czego powinien zacząć.

I do kogo zadzwonić.

4

Malin Rehnberg marzyła tylko o tym, żeby napić się wina. Czerwone, aromatyczne zinfandel idealnie nadałoby się do polędwicy, którą miała na talerzu. Gdy tylko dowiedziała się, że jest w ciąży, nie miała żadnego problemu z odstawieniem alkoholu. Ochota na trunki zniknęła, jak ręką odjął. Niemniej teraz, gdy znalazła się w Kopenhadze, pociąg do alkoholu nie chciał dać jej spokoju. Nie wykluczała jednak, że przyczyną jest towarzystwo Dunji Hougaard, koleżanki z wydziału kryminalnego kopenhaskiej policji, jej osoby kontaktowej po duńskiej stronie. Wyglądało na to, że Dunka nie ma najmniejszego problemu z samodzielnym opróżnieniem całej butelki.

Polubiły się już po paru godzinach spędzonych na seminarium dla śledczych z wydziałów kryminalnych z całej Europy, którzy przybyli do Kopenhagi, by przez dwa dni rozmawiać o współpracy międzynarodowej. Od razu postanowiły, że pozostaną w kontakcie. Tak miło im się rozmawiało, że Malin zaproponowała wspólne wyjście na kolację.

Siedziały w restauracji Barock nad kanałem portowym Nyhavn i Malin zaczynała powoli rozumieć, dlaczego duńskie dzieci uczą się mówić najpóźniej na świecie. Nowa znajoma już po pierwszym kieliszku porzuciła bezpieczną zatokę języka angielskiego i mówiła wyłącznie po duńsku, który, w miarę jak opróżniała kolejne lampki wina, stawał się coraz mniej zrozumiały. Na początku Malin jej przerywała i dopytywała się o znaczenie niektórych słów, ale wkrótce się poddała, kiwała już tylko głową i próbowała skupić się na zrozumieniu kontekstu.

Teraz nie robiła już nawet tego. Miała wrażenie, że słowa wypadające z ust Dunji zlepiają się w bezkształtną masę, i co chwilę przyłapywała się na tym, że myśli o czymś zupełnie innym. Choćby o tym, jak bardzo zazdrości swojej duńskiej koleżance, że ta nie jest w ciąży i może wypić tyle wina, ile zechce. Nie wspominając już o jej wściekle czerwonych dżinsach i w ogóle całym ciele, które miało wszystko na swoim miejscu i w odpowiednich proporcjach.

Malin aktualnie nienawidziła swojego ciała, chowała się pod brzydkimi ciuchami dla ciężarnych i gdyby tylko mogła, bez mrugnięcia zamieniłaby się właściwie z kimkolwiek. Przytyła dwadzieścia pięć kilogramów, a do porodu zostały jeszcze ponad dwa miesiące.

Dwa pieprzone miesiące.

Cała była opuchnięta, obolała i nieustannie spocona. Czuła się jak wielkie i lepkie pole minowe naszpikowane skurczami czy innymi dokuczliwościami, które groziły, że z każdą chwilą przerodzą się w coś nieznośnego. Choćby ten wydęty brzuch i skóra napięta do granic możliwości. Codziennie rano i wieczorem wcierała w nią krem tak drogi, że musiała ukrywać jego cenę przed Andersem, a i tak wszędzie miała rozstępy.

– Jesteś pewna, że nie chcesz napić się wina? – spytała Dunja.

– Słucham? – Malin się ocknęła. – Co mówiłaś? Nie zrozumiałam.

– Trochę wina. – Dunja spróbowała naśladować szwedzki. Uniosła butelkę.

– Nie, dziękuję. Obiecałam sobie, że nie tknę alkoholu przez całą ciążę.

– Ale dlaczego? – Dunja zrobiła szczerze zdziwioną minę.

Malin zastanowiła się, czy zamiast do sąsiedniego kraju nie trafiła przypadkiem na inną planetę.

– Bo to niebezpieczne dla płodu. W moim przypadku dwóch. No wiesz, alkohol przenika prosto przez łożysko i...

– Ależ to typowo szwedzkie.

– Co takiego?

– Macie tyle zakazów i reguł, i w ogóle jesteście wiecznie zestresowani i wystraszeni. Serio. Co ci zaszkodzi kieliszek wina?

Malin musiała zrobić głęboki wdech, żeby nie okazać poirytowania.

– Nie wiem, być może takie informacje nie docierają do Danii, ale potwierdzono już wieloma badaniami, że picie alkoholu w ciąży źle wpływa na rozwój płodu i zwiększa ryzyko, że dziecko będzie miało ADHD. Poza tym...

– Nie, to wszystko są brednie. – Dunja pociągnęła kolejny łyk wina i zajrzała Malin w oczy. – Tutaj, w Danii, przeprowadzono badania na tysiącach pięciolatków i nie dało się wykazać żadnej różnicy między tymi, których matki piły w ciąży do nieprzytomności, a tymi, których matki nie napiły się nawet łyczka.

– Czyżby? To naprawdę dziwne. W zależności od tego, jak przeprowadzane jest badanie, można wykazać dokładnie to, co się chce. Chodzi przede wszystkim o to, że...

– Chcesz wiedzieć, co ja o tym myślę? No chcesz? – W powietrzu zawisła dłoń Dunji z wystawionym palcem wskazującym. – Myślę, że jedyne ryzyko, na jakie narazisz swoje dzieci, wypijając lampkę wina, jest takie, że będą miały zadowoloną mamę.

– Jak to będą miały zadowoloną mamę? Przecież ja jestem zadowolona! – Malin poczuła, że nie pokona wzbierającej w niej fali irytacji.

– Okej, Malin. Musisz mi odpuścić, bo trochę się upiłam. Ale i tak mi się wydaje, że racja jest po mojej stronie.

– No dobra. Wysłucham cię. – Malin stwierdziła nagle, że rozumie każde słowo Dunji.

Dunka zajrzała jej w oczy.

– Wcale nie wyglądasz na zadowoloną – oznajmiła.

Malin nie wiedziała, co odpowiedzieć ani jak zareagować. Coś jej podszeptywało, że powinna się zezłościć, kazać swojej nowej znajomej wypchać się tym pijackim bełkotem, odwrócić się na pięcie i pójść, a potem znaleźć nową osobę kontaktową po duńskiej stronie. A gdyby później Anders odważył się na choćby słowo krytyki, powinna bez mrugnięcia okiem złapać za sekator i odciąć mu przyrodzenie.

Ale z jakiegoś powodu nie opanowała jej złość. Wręcz przeciwnie.

– No dobra... – Opróżniła szklankę z wodą mineralną. – Chrzanić to, nalej mi trochę.

Wyciągnęła szklankę w kierunku Dunji, a ta napełniła ją ze śmiechem, jednocześnie dając kelnerowi znak, żeby przyniósł im drugą butelkę.

Wzniosły toast. Upiwszy łyk, Malin poczuła rozlewającą się po całym ciele błogość.

– Boże, jakie to dobre. – Znów się napiła. – Ale trzeba ci wiedzieć, że w jednym całkiem się mylisz – dodała. – Pewnie nie tylko ty, ale wszyscy Duńczycy. W Szwecji wcale nie ma więcej zakazów niż w Danii. Wręcz przeciwnie. – Upiła następny łyk. – Tu na przykład nie można mieszkać w domku letniskowym tak długo, jak się chce. Niektóre leki, u nas dostępne bez recepty, u was są zabronione. No i w niedzielę macie zamknięte sklepy. To się dopiero nazywa zamiłowanie do reguł.

– Okej, okej. Coś w tym jest, ale...

– A wiesz, co jest najlepsze? Wiedziałaś, że zgodnie z duńskim prawem robotnicy muszą używać pomadki ochronnej do ust z filtrem przeciwsłonecznym, kiedy pracują na zewnątrz?

– To jakiś głupi żart.

– Wcale nie! Przyznasz, że to wiadomość dnia.

Roześmiały się głośno, Malin wzniosła toast.

– Na zdrowie!

– Wiesz co? Trochę ci zazdroszczę tej ciąży.

– Chyba żartujesz. Z radością bym się z tobą zamieniła.

– Ale dlaczego? Czy to nie fantastyczne przeżycie?

– Co widzisz fantastycznego w tym, że przybiera się rozmiary krowy i wszystko boli? Nie zrozum mnie źle, nie mam nic przeciwko posiadaniu dzieci. Naprawdę. A bliźnięta, postrzegam nawet jako plus, bo łatwiej przebrnąć przez te pierwsze, najtrudniejsze lata za jednym razem. Ale ta ciąża... Mówiąc szczerze, z każdym dniem coraz bardziej nienawidzę tego stanu.

– Naprawdę jest aż tak źle?

– Sama przecież powiedziałaś, że nie wyglądam na zadowoloną. Właśnie przez to. – Malin pokazała jedną ręką na swój wielki brzuch, a drugą na szklankę z winem. – Na początku ciąży żartowałam sobie z Andersem i pytałam go, co woli wybrać dla siebie: ciążę, poród czy karmienie piersią. Teraz już mnie to nie bawi. Chwilami myślę, że się wykończę, jeżeli on naprawdę mi w czymś nie ulży. Posłuchaj więc mojej rady i nie skazuj tego swojego, wybacz mi bezpośredniość, fantastycznego ciała na takie przejścia.

– To mi raczej nie grozi.

– Jak to, jesteś singielką?

– Nie, ale ja i mój Carsten, my... no wiesz, za mało...

Malin pokazała palcem i kciukiem lewej dłoni otwór, wsunęła do niego palec wskazujący prawej dłoni i zrobiła pytającą minę.

Dunja kiwnęła głową.

– Próbowaliśmy o tym rozmawiać i nawet wprowadziliśmy zasadę, że robimy to co najmniej raz w tygodniu, ale z niewielkim skutkiem.

– Kochasz go?

– Jasne, że tak. Latem chcemy wziąć ślub. A potem planujemy przenieść się do Silkeborga.

– Do Silkeborga? Czy to nie jakaś mieścina w Jutlandii? Na Boga, co ty będziesz tam robić?

– Carsten ma przejąć po ojcu firmę zajmującą się doradztwem finansowym.

– A co z twoją karierą?

– No cóż... i tak nie będę mogła pracować na cały etat, kiedy urodzę dzieci.

– Droga Dunju, posłuchaj ty mnie. – Malin napełniła winem kieliszek i swoją szklankę.

– Może już nie pij więcej, bo to trochę za dużo...

– Teraz ja mówię – przerwała jej Malin. – Nigdy wcześniej nikomu tego nie powiedziałam i nie sądzę, bym miała to kiedykolwiek powtórzyć. Ale... posłuchaj mnie uważnie. Nie zachodź w ciążę. A już na pewno nie z tym... Carstenem czy jak mu tam.

– Dlaczego tak mówisz? – Dunja odsunęła kieliszek.

– Kiedy facet ma w łóżku takie ciało jak twoje, a nie ma ochoty na seks, musi z nim być coś nie w porządku...

– Nie w porządku?

– Albo ten twój Carsten jest gejem, albo cię nie kocha. Ty też odpowiedz sobie szczerze na pytanie, czy go kochasz.

– Oczywiście, że się kochamy. Kto, u diabła, dał ci prawo, żeby tak mówić, przecież nie masz poję...

– Mówię tylko to, co widzę.

– Czyli co?

– Widzę kobietę, która... która... no przecież to oczywiste, że ty i ten twój Carsten... – Malin nagle zamilkła, uświadomiwszy sobie, że stąpa po cienkim lodzie. Odsunęła szklankę i zakryła usta dłońmi. – Jezu, przepraszam cię, Dunju. – Nie po raz pierwszy łapała się na tym, że mówi, co ślina na język przyniesie, ale po raz pierwszy zdarzyło jej się pleść takie rzeczy pod adresem kogoś, kogo ledwie zna. – Wybacz mi, cofam wszystko, co powiedziałam. Boże, ależ jestem głupia. Nie wiem, co we mnie wstąpiło.

– Może pozwoliłaś sobie na trochę za dużo tego dobrego? – Dunja wskazała skinieniem głowy szklankę z winem.

– Najwyraźniej. W dodatku nie ma żartów z moimi hormonami. W moim stanie najlepiej zbyt wiele się nie odzywać.

Dunja roześmiała się głośno, sięgnęła po kieliszek i wzniosła toast.

5

Fabian słuchał utworu Black Mirror zespołu Arcade Fire i patrzył na światła okien odbijające się w wodach Riddarfjärden. Po drugiej stronie zatoki, na wzniesieniach wyspy Södermalm, jaśniały ich tysiące. Zdumiał się, jaki to piękny widok. Nad wodą unosiła się mgła, kusząco tajemnicza i jednocześnie zdradliwa. Można było pomyśleć, że nagle zrobiło się ciepło.

Un! Deux! Trois! Dis: Miroir Noir!

W rzeczywistości tylko godziny dzieliły zatokę od zamarznięcia.

Fabian ściszył muzykę i odszukał w telefonie odpowiedni numer. Odebrała po dwóch sygnałach.

– No cześć! Kopę lat...

– Prawda. To już prawie dwa lata, odkąd zmieniłaś pracę. Wybacz, że dzwonię tak późno – dodał, choć nie brzmiała jak zmęczona ani zaspana.

– Nic się nie stało, noc jeszcze młoda. Poza tym... przecież mnie znasz.

– Czy ja wiem, może się ustatkowałaś? Może masz rodzinę, dzieci i teraz zrywasz się bladym świtem?

Niva Ekenhielm parsknęła śmiechem. Fabian dobrze wiedział, że życie rodzinne to dla niej taka sama abstrakcja jak wyprowadzka na Księżyc. Pracowali w tym samym wydziale przez sześć lat. Niva była informatykiem czy też „cyber-gliną”, jak nazywali ją koledzy. Nikogo nie dziwiło, że zostaje w pracy, gdy inni zbierają się do domu. Bywało też, że zastawali ją za biurkiem, kiedy zjawiali się w komendzie następnego dnia.

Fabian przepracował w jej towarzystwie wiele nocy, zwykle przy okazji jakiegoś śledztwa, które nie dawało mu spać, ale zdarzał mu się też taki natłok roboty, że tylko nocą znajdował czas na zapanowanie nad papierami piętrzącymi się na biurku.

Po każdej takiej nocy Sonja urządzała mu scenę zazdrości i Fabian nieraz myślał w takiej chwili, że ich związek tego nie wytrzyma. Mimo to rozumiał żonę. Niva była piękną kobietą, na dodatek wytwarzała wokół siebie aurę, rodzaj promieniowania, które czyniło ją wyjątkowo atrakcyjną. Miała też specyficzny styl. Początkowo Fabian myślał, że Niva zachowuje się tak w stosunku do wszystkich mężczyzn, ale później zrozumiał, że ona z nim flirtuje. Dał jej wyraźnie do zrozumienia, że nie jest zainteresowany, ale i tak robiła dwuznaczne uwagi i nie kryła się z tym, na co ma ochotę.

Jednak tym razem to on czegoś od niej chciał.

– Co mogę dla ciebie zrobić, Fabianie? Chyba mi nie powiesz, że się rozwiodłeś?

– Nie, nie ma tak dobrze. – Natychmiast pożałował tych słów i zaśmiał się, by zamaskować zakłopotanie. – Żarty na bok. Chcę cię poprosić o pomoc w czymś, co musi zostać poza wydziałem.

– Czy to coś może zaczekać do jutra?

– Raczej nie.

Fabian utkwił wzrok w stojącym po drugiej stronie zatoki budynku dawnego browaru Münchenbryggeriet, w którym mieściły się teraz hale targowe i centrum konferencyjne. Próbował zliczyć, w ilu oknach pali się światło. Słyszał, jak Niva chodzi tam i z powrotem, stukając obcasami w parkiet. Po chwili się odezwała:

– Okej. Mów.

6

Karen Neuman od dziecka bała się ciemności. Gdy była mała, wyobrażała sobie, że pod łóżkiem lub za zasłoną czai się potwór, i spała przy włączonym świetle. Rodzice uznawali, że to normalne w jej wieku, i wierzyli, że z tego wyrośnie. Okazało się jednak, że strach przed ciemnością rósł razem z dziewczynką, a kiedy stała się nastolatką, zaczęła cierpieć na tak dotkliwą bezsenność, że przepisano jej środki nasenne.

Teraz nie wierzyła już w potwory pod łóżkiem, ale strach przed ciemnością nie odpuścił, więc by móc normalnie funkcjonować, Karen wciąż łykała tabletkę przed snem. Co gorsza, właśnie nadchodziła zima i dni zrobiły się bardzo krótkie.

Nie pomagało też, że zamieszkali z Akselem w starym domu z muru pruskiego. Budynek był piękny i z jego okien rozciągał się wspaniały widok na cieśninę Sund. Przynajmniej wszyscy tak mówili. Lecz Karen nie potrafiła się nim cieszyć, i choćby nie wiadomo, jak się wysilała, zawsze dochodziła do wniosku, że to nie morze jest ich najbliższym sąsiadem, tylko ciemność.

Długie godziny spędzone na terapii i specjalna instalacja oświetleniowa w domu i wokół budynku, za którą Aksel zapłacił fortunę, z pewnością trochę pomogły. Ucisk w piersi Karen nieco zelżał, choć nie zniknął, ale przynajmniej mogła zostawać sama na czas wieczornego programu Aksela w TV2, emitowanego trzy razy w tygodniu. W domu świeciły się wszystkie lampy. Karen nie potrafiła z tego zrezygnować mimo protestów Aksela i gróźb, że zbankrutują przez rachunki za elektryczność.

Akurat tego wieczoru ucisk w piersi dokuczał jej wyjątkowo. Zaraz po powrocie z zajęć jogi, tuż po dziewiątej, odniosła wrażenie, że w powietrzu wisi coś dziwnego. Już jadąc do domu, zwróciła uwagę, że na Gammel Strandvej, trochę na uboczu, stoi zaparkowany sportowy samochód. Wprawdzie ludzie często zostawiali tam auta i szli na spacer po plaży, ale nie zdarzało się to o tej porze roku. Jeszcze dziwniejsze było to, że samochód miał szwedzką rejestrację, a takie rzadko widywano w Tibberup, chociaż było stąd tylko parę kilometrów na południe od Muzeum Sztuki Nowoczesnej Louisiana.

Mimo wszystko samochód tam stał.

Choć zmrok zapadł już parę godzin temu.

Zgodnie z zaleceniami terapeuty Karen postanowiła nie poddawać się lękowi i starała się spokojnym krokiem pokonać odległość od samochodu do drzwi. Zorientowawszy się, że nie włączyło się oświetlenie w ogrodzie, podeszła do czujnika ruchu, pomachała ręką i podskoczyła. Nadaremno. Wówczas jej serce załomotało gwałtownie, a puls dwukrotnie przyśpieszył. Pobiegła pędem do domu, otworzyła drzwi i drżącymi rękami wyłączyła alarm.

W środku oświetlenie działało. Karen sięgnęła po pilota i włączyła światło w całym domu. Potem poszła prosto do kuchni i przyrządziła sobie duży kubek gorącej wody z cytryną, szczyptą soli himalajskiej i miodem, żeby wyrównać poziom elektrolitów w organizmie po wyczerpującej godzinie Bikram jogi. Uspokajała się w duchu, że w instalacji ogrodowej po prostu przepalił się jakiś bezpiecznik. Wkrótce poczuła, jak powoli rozlewa się po jej ciele fala spokoju.

– To z pewnością nic takiego – powtórzyła na głos, przeszła do salonu i włączyła tablet z muzyką.

Wybrała płytę szwedzkiej wokalistki Lisy Nilsson, której głos zawsze działał na nią kojąco. Muzyka popłynęła z głośników ukrytych w suficie i Karen przypomniała sobie, jak Aksel przekonywał ją, że media strumieniowe są o wiele wygodniejsze od odtwarzania płyt kompaktowych. Teraz i ona nie wyobrażała sobie funkcjonowania bez możliwości zmiany muzyki jednym kliknięciem i przenoszenia jej w dowolne miejsce w domu, na przykład do łazienki, gdzie właśnie zamierzała wziąć gorącą kąpiel.

Zrzuciła strój do jogi, spięła wysoko włosy, weszła do jacuzzi i poddała się masującym strumieniom wody. Zamknęła oczy.

– To z pewnością nic takiego – powtórzyła raz jeszcze i zaśpiewała z Lisą Nilsson refren piosenki Niebo tuż za rogiem, naśladując szwedzką wymowę.

Aksel uprzedził ją, że być może przenocuje w ich mieszkaniu w Kopenhadze i wróci do domu dopiero na śniadanie. Powodem byli goście wieczornego programu, którzy z pewnością będą mieli ochotę na drinka po wyjściu ze studia. Niezależnie od tego Karen wiedziała, co zrobić z czasem. Po kąpieli zamierzała zjeść resztkę wczorajszej sałatki z kurczaka z dodatkiem komosy ryżowej, rozsiąść się przed telewizorem i oglądać serial Mad Men, odcinek za odcinkiem, do upadłego, choć wiedziała, że Aksel życzyłby sobie, by obejrzała jego program.

Gdy Lisa Nilsson ucichła, Karen nagle znów ogarnął niepokój. Czy tylko jej się zdawało, czy rzeczywiście w holu trzasnęły drzwi? To nie mógł być Aksel, program nawet jeszcze się nie zaczął. Karen wyłączyła hydromasaż i sięgnęła po tablet, chcąc zatrzymać muzykę, zanim rozpocznie się następny kawałek, ale miała mokrą rękę i sekundę później znów rozbrzmiał głos Lisy Nilsson, tym razem w piosence Nigdy, nigdy, nigdy.

Myśli zakotłowały się w głowie Karen. Nie wiedziała, czy powinna zamknąć się w łazience czy wyjść i sprawdzić, czy ktoś wszedł do domu. W końcu wyszła z wanny, wytarła dłonie i wyłączyła muzykę. Nagła cisza zaskoczyła ją do tego stopnia, że się wzdrygnęła. Uświadomiła sobie, że cała jest napięta. Znów poczuła się jak wystraszona pięcioletnia dziewczynka.

Pod łóżkiem znów czaił się potwór.

Podeszła na palcach do drzwi i przytknęła do nich ucho, ale słyszała jedynie swój oddech. Czuła, że nie ma dość odwagi, ale mimo to nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi. Rozległo się przeszywające skrzypnięcie. Już od tak dawna wierciła Akselowi dziurę w brzuchu, by naoliwił zawiasy, że jej prośba zmieniła się z czasem w często powtarzany w domu żart.

„Może to rzeczywiście Aksel” – pomyślała. „Może z jakiegoś powodu odwołano dzisiejszy program?” Wystawiła głowę za drzwi i zawołała go, ale nie doczekała się odpowiedzi. „Nic dziwnego” – stwierdziła w myślach. „Przecież jestem sama w domu”.

Ale czy na pewno?

Zawołała ponownie, tym razem głośniej, ale odpowiedziała jej ta sama głucha cisza. Powoli zaczęła dochodzić do wniosku, że się przesłyszała. Że drzwi trzasnęły w jej wyobraźni. Ojciec zawsze powtarzał, że ona tylko wyobraża sobie te wszystkie straszne rzeczy.

Pokręciła głową i postanowiła wrócić do wanny. Jednak zaraz po wejściu do wody rozmyśliła się, znowu wyszła i wytarła się ręcznikiem. Potem starannie nasmarowała się masłem do ciała, zwłaszcza miejsce wokół blizny. Zawsze, gdy widziała je w lustrze, czuła ukłucie dręczących ją wyrzutów sumienia, choć od tamtego dnia minęło już ponad dziesięć lat.