Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 356 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyny z Roanoke - Amy Engel

Dziewczyny z Roanoke nigdy nie zabawiają tutaj długo. Koniec końców zawsze uciekamy albo umieramy”.

Po samobójczej śmierci matki piętnastoletnia Lane Roanoke przyjeżdża do Kansas, żeby zamieszkać z dziadkami oraz żywiołową kuzynką Allegrą w ogromnej wiejskiej posiadłości. Lane nie wie prawie nic o tajemniczej rodzinie matki, ale szybko odnajduje się w roli pięknej i bogatej Dziewczyny z Roanoke. Kiedy jednak odkrywa mroczną tajemnicę rodzinną, ucieka - byle szybciej i dalej.

Jedenaście lat później Lane odbiera telefon od dziadka, który informuje ją o zniknięciu Allegry. Czy ona też uciekła? A może przydarzyło się jej coś złego? Lane, nie potrafiąc odmówić dziadkowi, wyjeżdża z Los Angeles i wraca do rodzinnej posiadłości, by pomóc w poszukiwaniach i zagłuszyć wyrzuty sumienia, że opuściła kuzynkę. Powrót do Kansas oznacza dla Lane również ponowne spotkanie z chłopakiem, któremu złamała serce tamtego pamiętnego lata. Przede wszystkim jednak będzie musiała zmierzyć się z druzgocącą tajemnicą, przed którą już raz uciekła – czy ma w sobie dość siły, by i tym razem się uratować?

Akcja książki, w której autorka zręcznie przeplata sceny z pierwszego lata Lane w Roanoke oraz z jej powrotu, szokuje i nęci czytelnika, prowadząc go od jednego zdumiewającego odkrycia do kolejnego, odsłaniając przed nim tajemnice składające się na historię przerażającej namiętności, która łączy bohaterów, jednocześnie rozdzielając ich na zawsze.

Opinie o ebooku Dziewczyny z Roanoke - Amy Engel

Fragment ebooka Dziewczyny z Roanoke - Amy Engel

PROLOG

Po raz pierwszy zobaczyłam Roanoke we śnie. Wówczas jeszcze nie wiedziałam prawie nic o tym miejscu – znałam jedynie jego nazwę i wiedziałam, że znajduje się w Kansas – nigdy tam nie byłam. Matka wspominała o nim tylko po wypiciu znacznej ilości wina, kiedy jej oddech stawał się słodki, a słowa płynęły powoli jak gęsty syrop. Moja podświadomość dopowiedziała resztę. W moim śnie był to okazały i majestatyczny budynek o czerwonej fasadzie, na której odcinały się czarne okiennice, białe wykończenia i ażurowe metalowe balkony. Wyobrażenia małej dziewczynki o zamku z bajki.

Po przebudzeniu zaczęłam opowiadać swój sen matce. Mówiłam z ustami pełnymi cheeriosów i lekko skwaśniałego mleka. Jednak na sam dźwięk nazwy Roanoke matka przerwała mi w pół słowa.

– To zupełnie nie tak – powiedziała stanowczo. Siedziała na szerokim parapecie z nogami podciągniętymi pod bawełnianą nocną koszulę, spowita dymem z papierosa. Jej połamane paznokcie u stóp wbijały się w drewnianą framugę okna.

– Nawet nie dałaś mi skończyć – poskarżyłam się.

– A obudziłaś się z krzykiem?

Strużka mleka spłynęła mi po podbródku.

– Co?

Wtedy odwróciła się i spojrzała na mnie – była blada i miała przekrwione oczy. Kości jej twarzy wydawały się tak ostre, że niemal przecinały skórę.

– Czy to był koszmar?

Potrząsnęłam głową zmieszana i trochę przestraszona.

– Nie.

Z powrotem odwróciła się do okna.

– W takim razie to nie było Roanoke.

WTEDY

Po raz drugi zobaczyłam Roanoke miesiąc po tym, jak moja matka popełniła samobójstwo. Powiesiła się na klamce drzwi swojego pokoju, kiedy byłam w szkole. Zrobiła pętlę z paska od szlafroka i uklękła w błagalnym geście. Odbierając sobie życie, wykazała się zaangażowaniem i determinacją, których nigdy u niej nie zaobserwowałam. Obok niej leżał egzemplarz „Sunday Timesa”, na którego marginesie zostawiła wiadomość: „Chciałam poczekać. Przepraszam”. Policjanci zapytali mnie, czy wiedziałam, o co mogło jej chodzić, ale nie miałam pojęcia. Na co chciała poczekać? Jakby kiedyś miał nadejść odpowiedni czas, żeby mogła ze sobą skończyć.

Pierwsze kilka dni po jej śmierci spędziłam u naszego sąsiada, który był drag queen. Moja matka nie miała żadnych przyjaciół, ja, prawdę powiedziawszy, również nie. Nikt nie pospieszył, żeby mnie pocieszyć i nakarmić. Biorąc więc pod uwagę moich potencjalnych opiekunów, Carl nie był wcale zły. Pozwolił mi używać swoich kosmetyków do makijażu. Był miły. I podobnie jak moja matka nie zaprzątał sobie głowy tym, jak powinno się wychowywać dzieci. Ale nawet gdyby chciał mnie zatrzymać, wiedziałam, że władze mu na to nie pozwolą.

Przydzielona mi pracownica opieki społecznej, Karen, miała słabość do spranych podkoszulków z zespołami rockowymi i chipsów cebulowych.

– Nie rozumiem, dlaczego nie mogę po prostu znaleźć sobie pracy – powiedziałam jej. – I mieszkać sama.

Karen wepchnęła sobie garść chipsów do ust i wytarła zatłuszczone palce o twarz Axla Rose’a.

– Nie masz nawet szesnastu lat.

– Już niedługo – przypomniałam jej. – Jeszcze tylko trzy tygodnie.

– To bez znaczenia, mogłoby ci nawet brakować trzech minut. Musiałabyś mieć osiemnaście lat.

– Ale ja nie chcę…

Karen przerwała mi, podnosząc rękę.

– Znalazłam rodzinę, która cię chce.

– Jaką rodzinę?

Oczywiście wiedziała, że moja matka pochodziła z Kansas. Że wychowała się w domu, który nazywał się jak osoba, jak żywa istota. Ale nigdy nie poznałam żadnych krewnych. Nigdy nas nie odwiedzili, nigdy nie zadzwonili ani nie napisali. Podejrzewałam więc, że już nie żyli albo woleli uważać nas za zmarłe.

Karen spojrzała na papiery, które leżały przed nią na biurku.

– Rodzice twojej mamy. Yates i Lillian Roanoke’owie. Mieszkają tuż za Osage Flats w Kansas. – Uderzyła dłonią w blat, aż podskoczyłam. – Skup się, to twój szczęśliwy dzień. – Znów podniosła dłoń i wyciągnęła jeden palec. – Po pierwsze, są bogaci. – Kolejny palec w górze. – Po drugie, wychowują już twoją kuzynkę. – Karen zerknęła do dokumentów na biurku. – Allegrę. Jakieś pół roku młodszą od ciebie. Z tego, co wiem, zajmują się nią od urodzenia. Po trzecie, oni cię chcą. Nie tylko zgadzają się tobą zaopiekować. Oni naprawdę cię chcą. – Pomachała kartką papieru w moją stronę. – Kupiłam ci już bilet na autobus. Wyjeżdżasz jutro.

To była naprawdę dziwna podróż: im bardziej oddalałam się od Nowego Jorku, którego nigdy wcześniej nie opuszczałam, tym bardziej czułam, jakbym wracała do domu. Kiedy zatłoczony miejski krajobraz ustąpił szerokim otwartym przestrzeniom i rozległym równinom, które stwarzały wrażenie, jakby horyzont był nieskończenie odległy, i we mnie coś się rozluźniło. A co dziwniejsze, nie byłam wcale zdenerwowana ani przestraszona. Życie spędzone z matką sprawiło, że dobrze znosiłam nieprzewidywalność sytuacji. Na swój dziwny sposób przygotowywała mnie dokładnie na ten moment.

Wysiadłam na stacji w Wichita i usiadłam na odziedziczonej po matce walizce Louis Vuitton, która stanowiła jedną z niewielu pamiątek po jej życiu przed moimi narodzinami. Po chwili podszedł do mnie starszy mężczyzna.

– Lane Roanoke? – zapytał i chrząknął, jakby miał splunąć czymś obrzydliwym tuż pod moje stopy.

– No.

– Jestem Charlie. Pracuję dla twojego dziadka. Przysłał mnie, żebym cię odebrał. – Dał mi znak ręką, żebym wstała, i podniósł moją walizkę i plecak z energią znacznie młodszej osoby. – Chodźmy.

Wyszliśmy z budynku dworca, a blask słońca był oślepiający, niemal bałam się, że wypali mi oczy – nie przesłaniały go żadne wysokie budynki, nie było tłumów, za którymi można by się schować. Również upał odczuwało się tutaj inaczej: w powietrzu unosiła się oblepiająca wilgoć – miałam wrażenie, że moje płuca lada chwila porosną mchem.

Charlie wrzucił moje bagaże na tył zardzewiałego pikapa, który niegdyś musiał być jaskrawoczerwony, ale obecnie spłowiał do odcienia zeschniętej plamy krwi.

– Wskakuj – powiedział, wskazując mi drzwi od strony pasażera.

Mimo że Charlie zostawił otwarte okna, w środku było tak gorąco, jak się obawiałam, i musiałam zwalczać w sobie chęć, żeby wystawić głowę na zewnątrz, jak to robią psy.

– Jak długo będziemy jechać? – zapytałam. – Jak daleko do Roanoke?

– Kilka godzin. – Znów wydał ten sam nieprzyjemny dźwięk i tym razem obrócił się i splunął przez okno.

W porównaniu z tym, do czego byłam przyzwyczajona, Wichita wydawało mi się opustoszałe, ale z każdą kolejną milą okolica stawała się jeszcze bardziej bezludna. Przez wiele minut jechaliśmy, nie mijając żadnego innego samochodu, tylko pola i pola – Charlie wskazywał na nie i mówił „kukurydza”, „pszenica” albo „soja”. Od czasu do czasu w oddali dostrzegałam kombajn przy pracy lub stado krążących sępów. Nie wiedziałam, że na świecie może być tak spokojnie. Charlie nie był rozmowny, co mi odpowiadało. Podczas całej drogi odezwał się jeszcze tylko raz, kiedy zjechaliśmy z dwukierunkowej wiejskiej drogi na żwirowy podjazd i przejechaliśmy przez bramę z kutego żelaza, którą wieńczyła ozdobna litera „R”.

– Przykro mi z powodu twojej mamy. Byłem tutaj, kiedy się urodziła.

– Jasne, dzięki – powiedziałam. Już wtedy moja matka należała dla mnie do zamierzchłej przeszłości, którą najchętniej puściłabym w niepamięć. Pochyliłam się na siedzeniu, ściskając mocno popękaną skórę, którą było pokryte – nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę Roanoke. Inaczej niż w moim śnie prawie w ogóle nie było drzew, ale za to w każdym kierunku ciągnęły się niekończące się pola łagodnie falującej na wietrze pszenicy. Aż w końcu dostrzegłam Roanoke. W niczym nie przypominało domu, o którym śniłam. Nawet gdybym miała sto lat na wyobrażanie sobie tego domu, nigdy nie wpadłabym na coś takiego.

Zaśmiałam się na poły zachwycona, na poły przerażona.

– To to?

Charlie mruknął coś wymijająco, parkując samochód na półkolistym podjeździe. Wszystko wskazywało na to, że Roanoke początkowo zbudowano jako zwykły wiejski dom – miał obicie z białych desek, werandę i okna na poddaszu. Ale w ciągu wielu lat zaczęto rozbudowywać go w szalony sposób: z jednej strony dostawiono wieżyczkę z czerwonej cegły, na tyłach coś, co wyglądało jak zupełnie odrębny kamienny dom, a z drugiej strony – część nawiązującą do pierwotnego budynku, ale wyższą i nowocześniejszą. Całość sprawiała wrażenie, jakby ktoś stłoczył razem kilka wielkich domów, ignorując wszelkie zasady estetyki czy spójności. Roanoke było jednakowo przerażające i urzekające.

Wysiadłam z samochodu, nie mogąc przestać gapić się na dom i usiłując zrozumieć, co kryło się za tą mieszaniną form i materiałów. Istne dzieło wariata lub kogoś, kto miał wszystko gdzieś. Dopiero kiedy ponownie spojrzałam na werandę, dostrzegłam dziewczynę stojącą na czubkach palców, jakby miała zlecieć na dół, żeby mnie powitać.

– Cześć! – zawołała, machając gorączkowo obiema rękami. Miała dwa długie warkocze przewiązane na końcach kokardkami w biało-niebieską kratkę. Była ubrana w krótkie postrzępione dżinsowe szorty i podkoszulek na ramiączkach, które niespodziewanie zestawiła z niewiarygodnie wysokimi czerwonymi szpilkami.

– Witaj w Oz! – zawołała, otwierając szeroko ramiona.

Gapiłam się na nią oniemiała, więc ręce szybko jej opadły.

– Ja pierdolę – powiedziała z pełnym udręki westchnieniem i zrzuciła buty, które zakreśliły łuk w powietrzu i wylądowały na trawniku tuż obok mojej walizki. – Żartowałam. To był ż a r t. – Zbiegła po schodach i stanęła tuż przede mną. Zaczęła przyglądać się mojej twarzy, ale jej uwagę odciągnęło coś za mną. Machnęła ręką, jakby chciała przegonić natrętnego owada. – Przestań się czaić. Wynoś się stąd, stary głupcze.

Dopiero po chwili zorientowałam się, że mówiła do Charliego. Przyglądałam się, jak w odpowiedzi zmierzył ją długim spojrzeniem, po czym odszedł, charcząc.

– Obrzydliwe – powiedziała dziewczyna, marszcząc nos i z powrotem przenosząc swoją uwagę na mnie. Przekrzywiła głowę i zaczęła mi się intensywnie przyglądać. – A niech to – powiedziała w końcu – jesteś ładniejsza ode mnie. – Z tonu jej głosu wywnioskowałam, że nie była do tego przyzwyczajona.

– Nie sądzę, żeby…

– Nie, naprawdę jesteś ładniejsza. Nie zaprzeczaj.

Prawdę powiedziawszy, nie widziałam między nami dużej różnicy. Miała moje ciemne włosy – nawet pasemka rozjaśnione przez słońce na miedziany odcień były identyczne. Nasze nogi były tak samo długie i jeszcze niezgrabne, obie byłyśmy smukłe i obdarzone pokaźnym biustem. Tyle tylko że ta dziewczyna, która, jak przypuszczałam, była moją kuzynką, Allegrą, odsłaniała znacznie więcej w swojej mocno wyciętej bluzce niż ja, ubrana w zwykły biały podkoszulek.

Allegra wskazała palcem na moje oko, jej pomalowany na czerwono paznokieć zatrzymał się tuż przed moją tęczówką.

– Masz oczy Roanoke’ów, ty suko – powiedziała, ale zrobiła to z uśmiechem.

Miałam oczy po matce: chłodne, niebieskie z jasnozieloną gwiaździstą obwódką wokół źrenicy. Oczy Allegry były nieskazitelnie błękitne, niczym niebo w bezchmurny dzień.

– Jestem Allegra – powiedziała, biorąc mnie pod ramię i ciągnąc do domu.

– Lane – odpowiedziałam, pozwalając jej na to.

Allegra roześmiała się dźwięcznie i wesoło.

– No przecież.

– Co z moim bagażem?

– Charlie go przyniesie.

Kiedy weszłyśmy za próg, Allegra puściła moje ramię, ale wzięła mnie za rękę.

– Tak się cieszę, że tu jesteś. Wiedziałam, że twoja mama nigdy nie wprowadzi się tutaj z powrotem, ale często, leżąc w łóżku, modliłam się, żebyś ty wróciła do domu. – Ścisnęła mi dłoń tak, że poczułam swoje kości. – Oczywiście nie chciałam, żeby się zabiła, ale wiesz… cieszę się, że wyszło, jak wyszło.

Nie udało mi się nawet wymyślić żadnej odpowiedzi, a Allegra już ciągnęła mnie ciemnym korytarzem w głąb domu. Ani jej słowa, ani jej szaleńcza energia nie wstrząsnęły mną tak, jak mogłyby kimś innym. Allegra przypominała mi matkę, była równie nieprzewidywalna. Podobnie jak ona zdawała się stąpać po linie rozpiętej między światłem i ciemnością, smutkiem i radością – ja mogłam jedynie stać z szeroko rozpostartymi ramionami i mieć nadzieję, że kiedy spadnie, uda mi się ją złapać. A przynajmniej starałam się to robić dla mojej matki, kiedy byłam młodsza. W ostatnich latach raczej nie próbowałam jej chronić – wolałam patrzeć, jak spadała.

Allegra wskazywała na mijane przez nas pokoje: pokój dzienny, salon, duży salon, biblioteka, jadalnia, pokój muzyczny, gabinet, pokój słoneczny, tam dalej jest zabudowana weranda, a na górze są sypialnie i weranda do spania, ale szła tak szybko, że mogłam zaledwie rzucić okiem na te pomieszczenia. Niektóre pokoje były skąpane w słońcu, w innych panowały takie ciemności, że mogłabym przysiąc, iż jest noc. Schody o dziwnym nachyleniu ciągnęły się w górę i w dół, prowadząc nie wiadomo dokąd. Również różnice w temperaturze były znaczące: w niektórych pomieszczeniach panował chłód od klimatyzacji, w innych było tak gorąco jak w pikapie Charliego.

– Gdzie są… – Urwałam, niepewna, jakich słów użyć. – Gdzie są nasi dziadkowie?

– Babcia jest gdzieś tutaj – odpowiedziała Allegra. – A dziadek pewnie w polu. – Poprowadziła mnie przez wykrzywione drzwi, podłoga pod naszymi stopami była nieznacznie pochyła. – Tu jest kuchnia.

Podobnie jak w całym domu, tak i w kuchni panował miszmasz. Zupełnie nowe sprzęty kuchenne ze stali nierdzewnej stały na bardzo starej drewnianej podłodze. Oświetlenie było nowoczesne, ale kafelki wiekowe i popękane, a łącząca je fuga – brudna. Wyglądało to, jakby ktoś w trakcie remontu nagle stracił zapał. Najlepszą częścią kuchni była znajdująca się na końcu dobudówka z przeszkloną ścianą, pod którą stał długi stół, a przy nim wyściełana ława i krzesła. Przy blacie stała starsza kobieta i kroiła warzywa. W pierwszej chwili pomyślałam, że to może babcia, ale nie podniosła głowy, kiedy weszłyśmy, a Allegra w ogóle nie zwracała na nią uwagi, mimo że przeszła koło niej, żeby zdjąć z półki dwa aluminiowe kubki.

– Fioletowy czy czerwony? – zapytała.

– Co?

Pomachała kubkami tuż przed moją twarzą.

– Fioletowy czy czerwony?

– Och, obojętnie. Może być fioletowy.

Allegra tanecznym krokiem podeszła do zlewu, napełniła oba kubki wodą i podała mi fioletowy. Upiłam łyk. Woda była lodowata i odznaczała się metalicznym posmakiem, jakby piło się z ustami pełnymi monet. Allegra przyglądała mi się znad brzegu swojego kubka. W jej spojrzeniu czaiła się zachłanność, jakby chciała zamiast wody wypić całą mnie. Odstawiłam kubek na blat.

Przez drzwi obok długiego stołu do kuchni weszła kobieta. Była szczupła i delikatnie zbudowana, blond włosy miała upięte w kok u nasady szyi.

– Allegro, gdzie położyłaś te perły, które pożyczyłaś wczoraj? – zapytała.

– Nie wiem – Allegra machnęła ręką. – Gdzieś tutaj są.

Kobieta cmoknęła z dezaprobatą, ale nic nie powiedziała. Jej spojrzenie powędrowało ku mnie.

– Ty musisz być Lane.

– Tak.

Skinęła głową i podeszła bliżej.

– Jestem twoją babcią Lillian. Możesz tak się do mnie zwracać, Allegra tak robi. – Ujęła obie moje ręce w swoje dłonie. Jej skóra była zimna, miękka i gładka. – Niech ci się przyjrzę.

Do tej pory wiedziałam tylko dwie rzeczy o mojej babci: że pochodziła ze starej zamożnej rodziny ze Wschodniego Wybrzeża i że była piękna. Wyobrażałam ją sobie w stylu Blanche DuBois: przesiąkniętą alkoholem i usmarowaną szminką, spędzającą dni w jedwabnym szlafroku i znaczącą teren popiołem z papierosa. Ta kobieta była zupełnie inna. Miała na sobie czarne spodnie capri i białą bluzkę, której starannie podwinięte rękawy odsłaniały porcelanowe przedramiona. Jej włosy były błyszczące, a makijaż subtelny. Nie sprawiała wrażenia dużo starszej od matek niektórych moich koleżanek ze szkoły. Jej niebieskie oczy właściwie nie były zimne, ale nie znajdowałam w ich spojrzeniu żadnego zaproszenia. Wyglądała na osobę bardzo spokojną i kompetentną. Zupełne przeciwieństwo jej córki, która mnie wychowała.

– Myślę, że umieścimy cię w białej sypialni – powiedziała, puszczając moje ręce. – Allegro, pokaż Lane jej pokój.

Wyszła z kuchni równie niespodziewanie, jak się pojawiła, zostawiając za sobą zapach nie papierosów, lecz drogich perfum. Możliwe, że gdzieś w środku liczyłam na to, że babcia mnie przytuli i wypowie jakieś czułe słowa, ale jej powściągliwe zachowanie przyniosło mi przede wszystkim wielką ulgę. Nigdy nie doświadczyłam matczynej czułości i nie wiedziałabym, jak na nią zareagować.

Allegra wskazała na odległy kąt kuchni.

– Tam są tylne schody, ale chodźmy najpierw tędy. Chcę ci coś pokazać.

Wyszłyśmy z kuchni, ani razu nie zwróciwszy się do pracującej tam kobiety. Ale kiedy obejrzałam się przez ramię, dostrzegłam, że obserwowała mnie swoimi ciemnymi oczami.

– Kto to był? – zapytałam Allegrę, kiedy skręciłyśmy z głównego korytarza w boczny.

– Kto?

– Ta kobieta w kuchni, która kroiła warzywa.

– Och, to Sharon. Można powiedzieć, że to nasza służąca. Pierze, sprząta i gotuje. Ale jej jedzenie jest naprawdę okropne. Cały czas mówię dziadkowi, żeby ją zwolnił, ale ona jest tutaj od zawsze. – Allegra zatrzymała się przed ścianą, na której wisiały oprawione zdjęcia. – To tu – wskazała palcem rozgorączkowana. – Tadam! Oto dziewczyny z Roanoke!

Posłusznie podążyłam spojrzeniem ku największej pozłacanej i ozdobnej ramce. Ktoś niewprawną ręką wyrył u jej dołu koślawe litery RG. W korytarzu było dość ciemno, więc musiałam podejść bliżej, żeby zobaczyć. W ramce umieszczono zbiór dużych owalnych fotografii – dwie w górnym rzędzie, cztery poniżej, a na samym dole znajdowała się tylko jedna, na której widniała moja kuzynka. Rozpoznałam jeszcze moją matkę w środkowym rzędzie, ale nikogo poza tym.

– Kim one są?

– To my! – zapiszczała Allegra. Dźgnęła palcem dwie górne fotografie. – To siostry dziadka, Jane i Sophia. W drugim rzędzie są córki dziadka i babci. Penelope, która była córką Jane, ale wychowali ją nasi dziadkowie. Następnie moja mama, Eleanor. Twoja mama, Camilla. Której, tak na marginesie, dostało się najlepsze imię. – Trąciła mnie swoim kościstym łokciem. – Oraz maleńka Emmeline. Możemy zrobić ci zdjęcie i je tutaj dołożyć – wskazała puste miejsce obok swojego zdjęcia i klasnęła w dłonie jak mała dziewczynka na przyjęciu urodzinowym.

Wszystkie zdjęcia były czarno-białymi ujęciami portretowymi, co nadawało im staroświecki wygląd, chociaż nawet te przedstawiające siostry dziadka nie mogły mieć więcej niż czterdzieści lat. Z każdego z nich spoglądały nastolatki, oprócz Emmeline, którą sfotografowano jako niemowlę, co, jak się domyślałam, nie wróżyło jej dobrze. Podobieństwo między nimi wszystkimi było naprawdę zadziwiające. Jakby geny Roanoke’ów były tak silne, że eliminowały każde obce DNA.

– Gdzie one wszystkie teraz są? – zapytałam.

Allegra znów wyciągnęła palec i po kolei wskazywała na fotografie.

– Jane zniknęła. Sophia i Penelope nie żyją. Moja mama zniknęła. – Zatrzymała się na chwilę, zanim lekko przejechała palcem po twarzy mojej matki. – Twoja mama oczywiście nie żyje. Emmeline zmarła w niemowlęctwie. A ja jestem tu.

– Co masz na myśli, mówiąc „zniknęła”?

– Jane przepadła zaraz po narodzinach Penelope, pewnie uciekła tak jak moja matka. Miałam zaledwie dwa tygodnie, kiedy postanowiła się stąd zwinąć. – Mówiła rzeczowym tonem, ale ze ściśniętymi ustami i zamglonymi oczami. Stuknęła mocno knykciem w twarz Eleanor.

– A jak zmarły pozostałe?

Allegra wzruszyła ramionami, już najwyraźniej znudzona.

– Sophia utonęła w North Fork podczas wiosennej powodzi. Miała dwadzieścia kilka lat. Penelope spadła z głównych schodów i skręciła sobie kark. Nastąpiła na swoją koszulę nocną w środku nocy. Była w naszym wieku, może trochę młodsza. Straszna tragedia. Emmeline zmarła śmiercią łóżeczkową. Sharon powiedziała, że babcia przez pół roku nie wstała po tym z łóżka. Wszyscy obawiali się, że się wykończy, że umrze ze smutku.

Pod wpływem tych historii dziewczyny na zdjęciach były już nie tyle piękne, ile tragiczne. Patrzyły na mnie niepokojąco. Została tylko Allegra. I ja. Nagle bardzo nie chciałam znaleźć się na tej ścianie.

– O rany – powiedziałam, czując, że mimo zaduchu panującego w korytarzu na karku mam gęsią skórkę. – Naprawdę sporo nieżywych dziewczyn.

Allegra odskoczyła ode mnie, wykonując piruet, uśmiech na jej ustach był nieco za szeroki.

– Dziewczyny z Roanoke nigdy nie zabawiają tutaj długo. – Biegła, podskakując, a jej głos stawał się coraz cichszy, jakbyśmy stały po dwóch stronach tunelu. – Koniec końców zawsze uciekamy albo umieramy.

TERAZ

Telefon dzwoni o trzeciej nad ranem, kiedy sen jest tak głęboki, że przypomina śmierć. Co najmniej pięć sygnałów wybrzmiewa, zanim udaje mi się wynurzyć przez warstwy snu na powierzchnię.

– Halo? – Mój głos jest zachrypnięty, nadal czuję w gardle wypitą przed snem wódkę.

– Lane? Lane, czy to ty?

Odsuwam telefon od twarzy i patrzę na niego, jak to robią w filmach, po czym znów przykładam go do ucha.

– Kto mówi? – pytam, choć już to do mnie dotarło i czuję ciężar w żołądku na dźwięk jego głębokiego głosu.

– Mówi twój dziadek, Lane. Musisz wrócić do domu. Do Roanoke.

Słowa te sprawiają, że przeszywa mnie dreszcz i natychmiast przytomnieję. Siadam wyprostowana, odsuwając włosy z twarzy.

– Skąd masz mój numer?

Dziadek wzdycha. Słyszę skrzypnięcie krzesła.

– Musisz wrócić do domu, Lane – powtarza.

– Czemu?

– Ponieważ Allegra zaginęła.

Na dźwięk jej imienia wracają do mnie słowa, które wypowiedziała lata temu: „Dziewczyny z Roanoke… zniknęła… nie żyje… nie żyje… zniknęła”.

– Ale ja… Co się stało?

– Nikt nie widział jej od tygodnia. Sprawą zajęła się policja, ale nic jeszcze nie wiadomo. Potrzebujemy cię tutaj. – W tle słychać głosy. – Muszę już iść. Proszę, wróć do domu, Laney.

Odkłada słuchawkę.

Rzucam komórkę na łóżko i kładę głowę na ugiętych kolanach. Czuję zapach alkoholu i potu, a w ustach mam gorzki smak, jakbym wymiotowała. To nie byłby pierwszy raz. Odkąd opuściłam Roanoke, nie rozmawiałam ani z babcią, ani z dziadkiem – nawet raz. Z Allegrą też prawie nie utrzymywałam kontaktu. Nigdy nie gadałyśmy przez telefon, od czasu do czasu wymieniałyśmy mejle, pod warunkiem że ona napisała pierwsza. Sięgam po komórkę i przeglądam pocztę drżącymi palcami. Znajduję wiadomość bez problemu. Wysłaną dziewięć dni temu o godzinie 23.42.

Lane, próbowałam się do Ciebie dodzwonić, ale twoja poczta głosowa jest zapchana. To pewnie nic takiego, pewnie zwariowałam (jakby to było coś nowego, co?), ale tylko z Tobą mogę o tym porozmawiać. Proszę, odezwij się. Uściski, A

Nie zadzwoniłam. Nigdy jej nie odpisałam.

Wyjeżdżam z Los Angeles o zachodzie słońca: walizka w bagażniku i lodówka turystyczna na siedzeniu dla pasażera. Ledwo starcza mi pieniędzy na benzynę, żeby dojechać do Kansas, nie stać mnie na zatrzymywanie się po drodze na jedzenie.

Podróż jest długa, ale spokojna. Od czasu do czasu staję, żeby odpocząć, ale nigdy na dłużej niż kilka godzin. Staram się ze wszystkich sił nie wybiegać myślami naprzód. Wczesnym popołudniem, kiedy słońce żarzy się wysoko na niebie, przekraczam granicę stanową Kansas. Mruczę pod nosem: „Witaj w Oz”, i gardło ściska mi się boleśnie.

Przyjeżdżam do Roanoke bez pompy. A przecież niebo powinno było się otworzyć, a trąby zabrzmieć, kiedy zjechałam z drogi numer dwadzieścia cztery i przekroczyłam bramę prowadzącą na podjazd. Powrót wnuczki marnotrawnej. Ze wszystkich kobiet Roanoke, które opuściły to miejsce, jestem pierwszą, która kiedykolwiek wróciła. Ale dom pogrążony jest w ciszy, ani na podjeździe, ani dalej koło stodoły nie stoi żaden samochód. Widok Roanoke napawa mnie grozą, czuję przypływ adrenaliny. Wiem, że to miejsce nie jest dla mnie dobre, ale moje głupie, zdradzieckie serce śpiewa: oto jest mój dom.

Wyciągam szyję, ale z mojej perspektywy nie widać, żeby dokonano kolejnej szalonej rozbudowy posiadłości. Siedzę w samochodzie, dopóki upał mnie z niego nie wygoni. Stróżki potu spływają mi do stanika. Na zewnątrz natychmiast atakują mnie zapachy i dźwięki: trawa, pszenica, kurz, wiatr, koncertujące świerszcze i cykady. Wszystko to jest dla mnie niczym policzek, więc cofam się i opieram o rozgrzany metal samochodu, czekając, aż to oszałamiające uczucie déjà vu minie. Kilkakrotnie od czasów wyprowadzki odwiedzałam Nowy Jork, ale to miasto nigdy nie wywierało na mnie takiego wrażenia. Za to jedno długie lato, które spędziłam w Roanoke, wystarczyło, żeby to miejsce odcisnęło na mnie piętno, a jego wspomnienie zatruło mi krew.

Nie wypakowując walizki ani lodówki z samochodu, wchodzę po szerokich stopniach na werandę. Wiatr porusza skrzypiącą huśtawką.

– Babciu? – wołam, otwierając drzwi i wchodząc do środka. – Dziadku?

Cisza. Słychać jedynie tykanie starego zegara w przedpokoju, który, jak dostrzegam, nadal nie chodzi prawidłowo.

Mijam puste pokoje. W kuchni na blacie leży rozwałkowane ciasto na placek, obok niego stoi miska dorodnych czerwonoczarnych czereśni, ale Sharon nigdzie nie widać.

– Jest tu kto? – wołam, po czym poddaję się i wchodzę tylnymi schodami na drugie piętro. Drzwi do wszystkich sypialni są pozamykane, a w powietrzu panuje zaduch. Mijam mój dawny pokój i kieruję się do tajemnych schodów prowadzących do ceglanej wieży, gdzie mieszka Allegra. Zawsze uwielbiała swój pokój na wysokościach, mimo że nie zainstalowano w nim klimatyzacji i latem panował w nim ukrop.

Niewiele zmieniło się w pokoju Allegry, odkąd widziałam go po raz ostatni niemal dziesięć lat temu. Narzuta na jej zabytkowym łożu z baldachimem była zielona, a nie lawendowa, a ściany pokoju, niegdyś w odcieniu złamanej bieli, przemalowano na srebrzysto-szary kolor. Ale na podłodze nadal walają się sterty ubrań, a toaletka zarzucona jest kosmetykami do makijażu i biżuterią. W powietrzu wciąż unosi się jej charakterystyczny zapach – mieszanina kokosowego balsamu do ciała i piżmowych perfum. Nie chcę niczego dotykać, na wypadek gdyby policja jeszcze nie przeglądnęła jej rzeczy. Wycofuję się powoli i upewniam się, że zamknęłam drzwi – tak jak to lubi Allegra.

Na drugim piętrze wpadam wprost na babcię, która wyłania się z głównej sypialni akurat wtedy, kiedy wychodzę zza rogu.

– Lane? – mówi, kładąc rękę na szyi. – Lane?

– Tak, babciu, to ja.

Nie dotykamy się, nawet nie podajemy sobie rąk. Babcia postarzała się trochę, ale nie tak bardzo, jak się spodziewałam. Nadal ma blond włosy, a jej sylwetka jest nienaganna. Owal jej twarzy nie jest już tak perfekcyjny, a wokół oczu pojawiła się siateczka nowych zmarszczek, ale nadal wygląda nieprzyzwoicie młodo jak na babcię dorosłej kobiety.

– Co ty tutaj robisz? – Wydaje się odrobinę rozdrażniona moją obecnością, jakbym była gościem, który zjawił się na proszonej kolacji o godzinę za wcześnie i zaburzył przygotowania.

W pierwszej chwili brakuje mi słów, ale szybko i mnie zalewa fala irytacji.

– Dziadek zadzwonił do mnie w środku nocy. Powiedział, że powinnam przyjechać.

Twarz babci ściąga się na ułamek sekundy.

– Och, ten twój dziadek. Zawsze przesadza.

– Nie wydaje mi się, żeby martwienie się o Allegrę, która zaginęła, było przesadą. Co się właściwie stało? Rozumiem, że powiadomiliście policję?

Babcia wachluje się palcami.

– Oczywiście, że tak, chociaż zupełnie niepotrzebnie. Ona wróci sama. Pewnie wybrała się na przejażdżkę do Wichita albo coś w tym stylu.

Patrzę na nią szeroko otwartymi oczyma.

– Na tydzień? I nie odezwała się? – Jestem w tym domu od niecałej godziny, ale już czuję, że zaczynam wariować. Przypominam sobie, jak rzeczy się mają w Roanoke: tornado to wiaterek, a zaginiona dziewczyna z pewnością po prostu się gdzieś zabawia.

– Ona jest dorosła, Lane. Tak jak ty. Nie pilnujemy jej.

– Ale babciu, mimo wszystko coś złego mogło się jej przydarzyć. Mogła mieć wypadek albo…

– Nie dramatyzuj – przerywa mi. – Znasz Allegrę. Jestem pewna, że nic jej nie będzie.

– Właściwie to nie, wcale jej nie znam – odpowiadam powoli. – Spędziłam tutaj tylko jedno lato, i to dawno temu.

Babcia zaciska usta i marszczy brew.

– Bzdury – mówi, wymijając mnie. – Jesteście praktycznie jak siostry.

Taka właśnie jest babcia – mistrzyni aluzji.

O zmierzchu schodzę na dół, ale w kuchni nadal jest pusto, zniknęły nawet składniki na placek. Zaglądam do jadalni, ale panuje tam cisza i zalegają cienie. Wracam do kuchni, sięgam po jabłko i butelkę piwa, i zabieram je ze sobą na werandę, gdzie siedząc na najwyższym stopniu, przyglądam się, jak zapada noc.

Na drodze pojawia się tuman kurzu i dostrzegam samochód patrolowy, który wjeżdża na podjazd i parkuje. Ponieważ siedzący w nim funkcjonariusz nie spieszy się, żeby wysiąść, wnioskuję, że nie ma żadnych pilnych wieści o Allegrze, ale mimo to podnoszę się i odstawiam butelkę. Kiedy w końcu otwierają się drzwi samochodu, wychodzi z niego tylko Tommy i z rękoma w kieszeniach idzie w moim kierunku, ale zatrzymuje się już na najniższym stopniu.

Wygląda tak samo jak w moich wspomnieniach. Ciemnobrązowe włosy lekko kręcące się nad uszami, poważne spojrzenie orzechowych oczu. Nie ma już co prawda mięśni rezerwowego rozgrywającego – poszerzył się w pasie, a jego twarz lekko się zaokrągliła, ale nadal wygląda dobrze, jest postawny i silny. Mundur policyjny, łącznie z kajdankami przypiętymi nad biodrem i srebrną plakietką z imieniem na lewej piersi, pasuje mu jak ulał, choć nigdy nie podejrzewałam, że skończy jako glina.

Opieram się o balustradę, a na moje usta wkrada się uśmiech.

– Teraz ty stanowisz tutaj prawo, Tommy Kenningu?

– Na to wygląda – mówi, kołysząc się na stopach.

– Cholera. To już raczej nie poćwiczymy gry w baseball na skrzynkach pocztowych?

– Nie. Nie zwędzimy też niczego więcej w sklepach w miasteczku. – Tommy uśmiecha się, a jego zęby są białe jak niegdyś. Wyjmuje ręce z kieszeni i wbiega po czterech stopniach, aby przycisnąć mnie do swojej szerokiej piersi. Mnąc w rękach jego koszulę – co nie jest łatwe, tak jest wykrochmalona – z przerażeniem odkrywam, że do oczu napływają mi łzy. Pozwalam sobie zatonąć w jego objęciach na trzy krótkie chwile, po czym się odsuwam.

– Napijesz się piwa? – pytam, unikając jego spojrzenia. – Czy jesteś tu służbowo?

– Nie, piwo będzie super. Jestem po służbie. Dotarły do mnie plotki, że wróciłaś, więc pomyślałem, że wpadnę.

– Szybko się rozniosło.

Siadamy na przeciwnych końcach huśtawki z piwem i napoczętą paczką precli, którą wyciągnęłam z samochodu.

– O co chodzi w tej całej sprawie z Allegrą? – pytam Tommy’ego. Drę etykietkę na mojej butelce, wiec zmuszam się, żeby przestać.

Tommy wskazuje głową w kierunku domu.

– Oni nic ci nie powiedzieli?

Unoszę brwi do góry.

– Sam wiesz, jak tu jest. Spróbuj cokolwiek od kogoś wydobyć… – Biorę duży łyk piwa. – Nawet się jeszcze nie widziałam z dziadkiem.

Spodziewałam się, że w domu będzie się dużo działo, że policja, ochotnicy i moi dziadkowie będą prowadzić gorączkowe poszukiwania Allegry. Powinnam była wiedzieć, że nie tak załatwia się sprawy w Roanoke. Jesteśmy bardzo dobrzy w oszukiwaniu samych siebie.

– Z tego, co wiemy, zniknęła dziewięć dni temu – mówi Tommy rzeczowym tonem policjanta.. – Zjadła kolację z waszymi dziadkami. A późnym wieczorem babcia widziała ją, kiedy szła się położyć. Allegra siedziała na kanapie i oglądała film. Następnego ranka nie zeszła na śniadanie, ale wasi dziadkowie pomyśleli, że po prostu zaspała. Kiedy w porze lunchu nadal nie zeszła na dół, poszli do jej pokoju. Zobaczyli, że nie spała tej nocy w łóżku. Jej samochód stał w garażu. – Tommy wzdycha i pociera twarz ręką. – Żadnej wiadomości, ani śladu. Zupełnie, jakby się rozpłynęła.

– A jej telefon?

– Zostawiła go na toaletce.

– Sprawdziliście go? A jej komputer? Co mówią jej przyjaciele?

Tommy posyła mi znużony uśmiech.

– Lane, zrobiliśmy to wszystko. Nie martw się. Zrobiliśmy i robimy wszystko, co w takich przypadkach się robi.

– Dzwoniła do mnie przed swoim zniknięciem – słyszę własny głos, słowa wypowiadane zbyt szybko. – Przysłała mi też mejla.

Tommy kiwa głową.

– Widziałem to na wykazie połączeń. Wiesz, czemu dzwoniła?

– Nie nagrała wiadomości, a w mejlu prosiła tylko, żebym się z nią skontaktowała.

– Zrobiłaś to? – pyta Tommy nie od razu.

– Nie – odpowiadam, spuszczając wzrok. – Masz już jakąś teorię? Podejrzewasz, co mogło się stać?

– Myślę, że mogła uciec – odpowiada. – Nie byłby to pierwszy raz w waszej rodzinie.

Potrząsam głową, zanim skończy mówić.

– Tommy, ona stąd nie uciekła. Allegra kocha Roanoke.

– Możesz mieć rację. Ale ona nie zawsze postępuje przewidywalnie. Trudno się domyślić, co mogła zrobić.

Ale ja wiem. Allegra nigdy nie opuściłaby Roanoke, nie z własnej woli.

– Co teraz? – pytam. – Jaki jest następny krok?

– Nadal traktujemy tę sprawę jak zaginięcie. W tym momencie nie mamy podstaw, by podejrzewać, że popełniono przestępstwo. Szukamy. Sprawdzamy. Zadajemy pytania. – Tommy przelotnie ściska moją dłoń. – Coś w końcu znajdziemy. Zawsze tak jest.

Parsknęłam śmiechem. Zabrzmiało to trochę bardziej nieprzyjemnie i złośliwie, niż chciałam.

– Dużo masz przypadków zaginięć w Osage Flats?

Szyja Tommy’ego robi się czerwona.

– No cóż, nie możemy się równać z Los Angeles, ale też nie jesteśmy zupełnymi idiotami.

– Nie to miałam na myśli, Tommy. – Oczywiście dokładnie to chciałam powiedzieć.

Ucisza moje nieszczere przeprosiny.

– Nie ma o czym mówić. Nie powinienem był na ciebie naskoczyć. Ostatnio byle co wytrąca mnie z równowagi.

To wystarczy, żebym się uśmiechnęła. To, co Tommy uważa za „byle co”, u innych uchodzi za anielską cierpliwość. Delikatnie odpycham się jedną nogą, wprawiając huśtawkę w ruch.

– Co się działo w Osage Flats, odkąd wyjechałam?

– Och, no wiesz… niewiele. Wszystko po staremu. Nadal w miasteczku nie ma gdzie przyzwoicie zjeść. Della Ward po raz trzeci wyszła za mąż, a Cooper wciąż naprawia silniki i chłodnice.

Nie przestaję oddychać mimo silnego ukłucia w klatce piersiowej. Sięgam po łyk piwa i wycieram usta wierzchem dłoni.

– Cooper nadal tu jest? Myślałam, że przeprowadził się do Kansas City.

Kansas City znajduje się w odległości zaledwie trzech godzin jazdy od Osage Flats, ale kiedy tu mieszkałam, zaledwie garstka moich rówieśników była tam choć raz. W ich oczach to miasto było niczym Mekka, do której nie mieli dotrzeć, równie egzotyczne co Nowy Jork czy Paryż. Zawsze zadziwiało mnie, że Cooper, któremu lenistwo nie pozwalało korzystać z niewątpliwej inteligencji, chyba że trzeba było zwędzić papierosy lub poderwać jakąś ślicznotkę, zdobył się na ambicję i odbył tę podróż.

– Tak, ale wrócił już kilka lat temu. – Tommy przygląda się mi z ukosa. – Skąd wiedziałaś, że się przeprowadził? Utrzymujecie kontakt?

– Nie. Allegra przysłała mi kiedyś wiadomości.

Zamiast gazety w Osage Flats co pół roku wydaje się – używam tego sformułowania dość swobodnie – coś w rodzaju przeglądu mieszkańców. W większości są to informacje na temat ślubów, narodzin i śmierci, a od czasu do czasu pojawia się opis czyjegoś sukcesu – otwarcia kwiaciarni lub awansu na głównego kasjera w miejscowym spożywczaku.

– Ach tak – krzywi się Tommy. – Pamiętam. Do diabła, tutaj można wydrukować cokolwiek, a i tak będzie to sensacja.

– Na bezrybiu i rak ryba – mówię, a Tommy parska z aprobatą.

Wycinek dotyczący Coopera, który przysłała mi Allegra, był krótki – zaledwie kilka zdań. Coś w rodzaju „miejscowy chłopak, któremu się powiodło”, chociaż przeprowadzka do miasta oddalonego o zaledwie trzy godziny, żeby pracować tam w warsztacie samochodowym, jest miarą sukcesu jedynie w Osage Flats. Na górze pomiętej strony Allegra napisała: „Cooper Sullivan na szczycie! Cha, cha, cha!”.

Tommy porusza się, a jego kajdanki uderzają o huśtawkę.

– Nie mogę uwierzyć, że zostałeś gliną – mówię. – Kiedy tu mieszkałam, łamałeś prawo przynajmniej raz dziennie.

Tommy uśmiecha się do swojej butelki.

– Szybko się tego oduczyłem.

– I jak ci się to podoba?

Wzrusza ramionami.

– Nie miałem w życiu innej pracy, więc ciężko mi powiedzieć. Zazwyczaj jestem zadowolony. Ostatnio jest trochę ciężko.

– Przez Allegrę? – mówię i nie brzmi to jak pytanie.

– Przez Allegrę.

– Czy kiedykolwiek… Podejrzewam, że porzuciłeś pomysł ożenienia się z nią?

Tommy śmieje się, choć nie wesoło.

– Podejrzewam, że przez te wszystkie lata musiałem się jej oświadczyć z tysiąc razy, ale ona zawsze mówiła nie.

Gdyby kiedykolwiek poprosił mnie o radę, powiedziałabym mu, żeby sobie darował. Allegra nigdy by za niego nie wyszła, obojętnie, jak by ją prosił. Spoglądam na grubą złotą obrączkę na jego serdecznym palcu.

– Znudziło ci się czekanie, co?

– No – przytakuje, obracając obrączkę wokół palca. – Jestem z tych, co się żenią.

– Kim ona jest?

– Sarah Fincher. Jest o rok młodsza od ciebie, ale jestem pewien, że spotkałaś ją raz czy dwa, kiedy tu mieszkałaś.

– Pamiętam ją – mówię, choć jestem w stanie przywołać w myślach jedynie niewyraźny obraz drobnej dziewczyny o mysich włosach, która zakrywa dłonią usta, kiedy się śmieje.

– A ty? Wyszłaś za mąż?

– Tak, ale nie trwało to długo.

Tommy milczy w oczekiwaniu, że powiem coś więcej.

– On jest pilotem, poznałam go, kiedy pracowałam na lotnisku.

Tommy jest pod wrażeniem, jak tylko małomiasteczkowy chłopak potrafi być na myśl o wielkim mieście, myląc hałas i światło z czymś bardziej szykownym. Celowo nie wspominam, że pracowałam jako kelnerka w barze i tam poznałam Jeffa. Mój strój był tak krótki, że za każdym razem, kiedy nachylałam się, żeby postawić drinka, widać mi było pośladki. Jeff żartował, że była to miłość od pierwszego spojrzenia.

– Co się stało?

Nagle spływa na mnie fala zmęczenia i muszę bronić się przed pokusą położenia się na huśtawce i zamknięcia oczu.

– Kto to wie? Co takiego dzieje się w ogóle, że ludzie się rozstają? – Kończę piwo jednym długim łykiem. Za nic nie powiem Tommy’emu prawdy, że moje małżeństwo rozpadło się, ponieważ pieprzyłam się z kimś innym, ponieważ pozwoliłam, żeby Jeff przyłapał mnie w łóżku z naszym sąsiadem – byliśmy zupełnie nadzy i nic nie dało się ukryć. Dobry, słodki Tommy nigdy by nie zrozumiał, że czasem musisz kogoś skrzywdzić, żeby dowieść sobie, że nadal żyjesz.

WTEDY

Okazało się, że kolacji w Roanoke nie serwuje się w słonecznej kuchni przy dębowym stole. Kolacje w Roanoke miały oficjalny charakter, przynajmniej w założeniu, i podawane były w jadalni – dziwnym pomieszczeniu, z którego żadne okno nie wychodziło na zewnątrz. Wszystko wskazywało na to, że kiedyś było inaczej, ale nieszablonowy sposób rozbudowy posiadłości sprawił, że obecnie okna jadalni wychodziły nie na niebo i pola, ale na ciemny korytarz. Było tam jak w jaskini. Sharon ustawiła różne naczynia na kredensie z orzecha i wróciła do kuchni. Stół, przy którym mogło się zmieścić dwanaście osób, przygotowano dla czterech: przy każdym nakryciu znajdowały się kryształowy kieliszek, lniana serwetka i srebrne sztućce. Poczekałam, aż Allegra nałoży sobie na talerz, żeby wiedzieć, gdzie usiąść.

– Jedz – powiedziała babcia, wskazując widelcem na mój talerz, na który nałożyłam sobie smętnie wyglądającą zieloną fasolkę i pachnący rybą kotlet oraz galaretowaty sos tatarski. – Twój dziadek zawsze się spóźnia. Nie będziemy na niego czekać.

– Tak, ale jeśli nie poczeka, to będzie musiała to zjeść – powiedziała Allegra. A następnie udała, że rzyga na swój talerz.

– Och, cicho – powiedziała babcia, ale w jej głosie nie było przygany.

– Co to jest? – zapytałam.

– Pasztecik z łososia – wyjaśniła babcia.

– Ten łosoś jest z p u s z k i– dodała Allegra. – Uważaj na ości. – Odepchnęła się od stołu i zniknęła za drzwiami, żeby wrócić po minucie z butelką ketchupu. – Łatwiej zjeść tę rybę, jak się ją utopi.

Przyglądałam się, jak Allegra potrząsa butelką nad swoim talerzem, a jej bujny biust o mało co nie wyskoczy zza dekoltu letniej sukienki. Była ona zresztą tak krótka i ciasna, że wyglądała jak wspomnienie sprzed kilku lat, i zaczęłam się zastanawiać, czy to nie kolejna gra mojej kuzynki.

Nagle rozległo się chrząknięcie i wszystkie trzy obróciłyśmy głowy w kierunku mężczyzny, który zjawił się w drzwiach. Nie miałam wątpliwości, że to mój dziadek, Yates Roanoke. Moja matka, która czasem wspominała o mojej babci, o nim nigdy nie mówiła. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale mój dziadek nie wyglądał jak żaden inny. Był zabójczo przystojny. Miał ciemne włosy, jedynie na skroniach nieznacznie przyprószone siwizną, skórę ogorzałą od słońca, był wysoki, postawny i miał oczy Roanoke’ów. Z łatwością można było sobie wyobrazić, że ten człowiek, wchodząc do pomieszczenia, od razu wszystkich sobie zjednywał – mężczyźni na jego widok urywali w pół słowa, a kobiety wstrzymywały oddech. Patrząc na niego, poczułam przypływ dumy, że jestem potomkiem kogoś takiego. Gdyby charyzma przekładała się bezpośrednio na władzę, mój dziadek byłby królem.

Spojrzał na Allegrę i na jego twarzy odmalowało się rozbawienie.

– Czy taki teraz obowiązuje ubiór do kolacji? – zapytał łagodnym tonem. – Mamy wszyscy jeść półnago? – Sięgnął po talerz leżący na kredensie i zaczął napełniać go jedzeniem. – Idź, włóż coś przyzwoitego.

Allegra wydęła dolną wargę niczym kapryszące dziecko, mimo że dziadek był do niej odwrócony plecami.

– Ależ, dziadku…

– Dziewczyno – przerwał jej, nadal nie odrywając wzroku od jedzenia – lepiej zrób, jak ci mówię.

Allegra z hukiem postawiła butelkę ketchupu na stole, rozsiewając deszcz czerwonych kropelek na białym obrusie.

– Och, Allegro – westchnęła babcia. – Popatrz, co narobiłaś!

Ale Allegra już wybiegła z jadalni, z korytarza niosły się jej ciężkie kroki. Dziadek zajął miejsce u szczytu stołu, niedaleko drzwi i naprzeciw mnie.

– Jesteś córką Camilli – powiedział, patrząc na mnie.

– Tak.

Ujął mój podbródek między kciuk i palec wskazujący i delikatnie uniósł moją twarz.

– Wykapana mama.

Patrzyliśmy na siebie nawzajem i czułam się, jakbym znała go całe życie. W ciągu pięciu sekund poczułam się z nim bardziej związana niż z moją matką przez piętnaście lat.

– Cieszę się, że tu jesteś – powiedział, puszczając mój podbródek i delikatnie ciągnąc mnie za kosmyk włosów.

– Zadowolony? – zapytała Allegra, wchodząc z powrotem do jadalni, ubrana w ten sam podkoszulek i krótkie spodenki, które miała na sobie wcześniej – nadal był to strój odważny, ale już przynajmniej nie groteskowy.

– Znacznie lepiej – powiedział dziadek, posyłając jej uśmiech, który sprawił, że gniew Allegry natychmiast się rozpłynął.

– Przepraszam, że poplamiłam obrus – powiedziała Allegra do babci. – Myślisz, że Sharon uda się go doprać?

– Jestem tego pewna – odparła. – A jeśli nie, kupimy nowy.

Zjedliśmy we względnej ciszy, ja i Allegra posyłałyśmy sobie udręczone spojrzenia znad talerzy. Prawie nie tknęłam swojego kawałka łososia i tylko przesuwałam go na talerzu. Nikt nie zapytał mnie o matkę ani o moje dzieciństwo – za co byłam wdzięczna.

– Czy całe życie mieszkałeś w Roanoke? – zapytałam dziadka, kiedy nasze talerze zostały uprzątnięte, a babcia kroiła ciasto brzoskwiniowe.

– Urodziłem się w tym domu – powiedział. – Oczywiście, niektóre jego części dobudowano później. – Mrugnął do babci, a ona odwzajemniła się uśmiechem, rumieniąc się przy tym. – Za każdym razem, kiedy miało pojawić się dziecko, twoja babcia zarządzała remont.

– Pokazałam Lane zdjęcia w korytarzu – powiedziała Allegra. – Wszystkich dziewczyn Roanoke.

Dziadek uśmiechnął się do mnie, odsłaniając lekko krzywe dolne zęby.

– Musimy tam umieścić twoje zdjęcie. Tam jest twoje miejsce. Przypominasz je wszystkie.

– Oprócz Emmeline – wtrąciła Allegra, a babcia przerwała na chwilę krojenie mojego kawałka. – Ponieważ umarła jako niemowlę, nie wiadomo, jak wyglądałaby jako dorosła.

Dziadek spojrzał na babcię, która koncentrowała się na swoim zadaniu, a następnie zwrócił się do Allegry.

– Jestem pewien, że byłaby piękna. Tak jak wy wszystkie.

Allegra pochyliła się ku mnie nad stołem, kładąc na nim niemal cały tułów, i postukała swoimi pomalowanymi na czerwono paznokciami o brzeg mojego talerza.

– Znalazłam fragmenty pamiętnika mojej mamy. Napisała, że kiedy Emmeline umarła, wszystkie siostry musiały ją pocałować. W usta. – Zniżyła głos do scenicznego szeptu. – Smakowała mlekiem z piersi i formaldehydem. – Allegra uniosła i opuściła brwi. Ponownie sięgnęła w moją stronę, porwała kawałek brzoskwini z mojego ciasta i zaczęła go głośno ssać. Po brodzie pociekł jej sok.

– Allegro! – zawołała babcia z szeroko otwartymi oczami. Jedną rękę przytknęła do piersi. – Spokój już. To przykra historia!

Dziadek potrząsnął głową i ugryzł spory kawałek ciasta.

– Nie wiem, co w ciebie dziś wstąpiło.

Zauważyłam, że nikt nie zaprzeczył, więc historia była pewnie prawdziwa.

Myślałam, że będę miała problemy z zaśnięciem w nowym stanie, w nowym domu, w nowym łóżku. Ale nawet mimo upału, od którego prześcieradło lepiło mi się do nóg i przez który musiałam włączyć głośny wiatrak, natychmiast zapadłam w głęboki sen. Obudziłam się jednak wcześnie i leżałam w łóżku, przyglądając się wędrówce słońca nad horyzont. Ktoś zapukał do moich drzwi.

– Tak? – zawołałam, obracając się na brzuch i unosząc na łokciu.

Do pokoju zajrzał dziadek i posłał mi uśmiech.

– Cześć, Lane. Pomyślałem, że może chcesz zejść ze mną do stodoły? Zobaczyć zwierzęta?

Nigdy nie przepadałam za zwierzętami. W Nowym Jorku nie miałyśmy nawet złotej rybki, ale skoro i tak już nie spałam, pomyślałam, że dobrze będzie się do niego przyłączyć.

– Jasne. Daj mi pięć minut.

– Spotkamy się w kuchni – powiedział, cicho zamykając za sobą drzwi.

Włożyłam szorty i przez chwilę zastanawiałam się, jaki podkoszulek wybrać, ale szybko postanowiłam olać kwestię przyzwoitości. Jeśli Allegrze paradowanie z biustem na wierzchu uchodziło na sucho, to przecież mnie też. W kuchni dziadek musiał stłumić chichot na widok moich klapek.

– Będziemy musieli kupić ci buty. Te nie nadają się na farmę.

Podał mi wielką cynamonową bułeczkę owiniętą w kawałek papierowego ręcznika i wziął kubek kawy z blatu.

– Jej śniadania są znacznie lepsze niż obiady – powiedział, mrugając do mnie porozumiewawczo, kiedy zobaczył, jak ostrożnie obwąchuję jedzenie.

Chociaż dopiero nastał poranek, powietrze było równie ciężkie jak w południe, nieznaczną ulgę niosło tylko to, że słońce nie wzeszło jeszcze zbyt wysoko. Dziadek rozsunął wielkie drzwi do stodoły i weszliśmy do jej ciemnego wnętrza, gdzie powietrze przesycone było kurzem i pyłem. Z boksu na końcu powitało nas radosne rżenie konia, a gromadka kociąt wpadła mi wprost pod nogi.

– Uważaj – powiedział dziadek, delikatnie ujmując mnie za łokieć. – Te utrapione koty są wszędzie. – Następnie zaczął wymieniać imiona wszystkich zwierząt: trzech koni, jednej krowy i niezliczonych kotów. – Mamy też pół tuzina psów, ale one nie przychodzą do stodoły, chyba że pada śnieg. Na zewnątrz jest zagroda dla kóz i kurnik.

Obejrzałam się, ponieważ koń z boksu za mną szturchał mnie pyskiem.

– Czy tyle zwierząt wystarcza na farmie? Zawsze wyobrażałam sobie ich więcej.

Dziadek się roześmiał.

– Ależ dziewczyno, to są pupile Allegry. Kiedy ona się uprze, że chce coś mieć, nie potrafię jej odmówić. – Wyjął jabłko z kosza i wyciągnął je na otwartej dłoni do konia za mną, który wziął je swoimi wielkimi żółtymi zębami. – Już od wielu lat to nie jest gospodarstwo produkcyjne.

– A co z pszenicą?

– Rośnie tylko dla mojej przyjemności, żebym miał się czym zająć. Ale głównym surowcem tutaj jest ropa.

– Ropa? – Przypomniał mi się stary program telewizyjny o rodzinie, która na własnym podwórku natknęła się na złoże ropy i stała się bogata. Nagle zaczęło to brzmieć wiarygodnie.

– Oczywiście. Mój ojciec odziedziczył tę ziemię, z biegiem lat nabywał okoliczne grunty. Obecnie mamy prawie tysiąc hektarów, z czego większość leży odłogiem. Mój ojciec trafił na ropę, kiedy byłem mały, i tyle. – Dziadek odgonił konia, który zabrał się do żucia mojego kucyka. – Twoja mama nigdy ci o tym nie opowiadała?

– Nie. W ogóle prawie nic o was nie mówiła.

Dziadek westchnął. Jego twarz nagle się zapadła, jakby ktoś wymierzył mu cios.

– Nadal tęsknię za nią każdego dnia. Co ja bym dał, żeby nie uciekła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki