Dziewczyny w przestworzach - Salazar Noelle - ebook + książka

Dziewczyny w przestworzach ebook

Salazar Noelle

4,0
29,90 zł

lub
Opis

Zdumiewająca historia pilotek Kobiecych Sił Powietrznych, których odwaga podczas II wojny światowej zmieniła zwyczajne kobiety w niezwykłe bohaterki.

Jest 1941 rok. Audrey Coltrane zawsze chciała latać. Od małego błagała ojca, żeby nauczył ją tego na pobliskim lotnisku w Teksasie. Dlatego też kiedy rozpoczęła się wojna w Europie, bez wahania zapisała się na szkolenie pilotów wojskowych na Hawajach. Teraz nie ma czasu na romantyczne uniesienia, nawet z niezwykle pociągającym porucznikiem Jamesem Hartem, który wkrótce będzie jej tak drogi jak kobiety, z którymi lata.

W jeden pamiętny dzień nad Pearl Harbour traci tak wiele. Strata popycha ją do działania i wkrótce dołącza do korpusu kobiet pilotek.

Dziewczyny w przestworzach” rzucają światło na mało znany kawałek historii. To portret nieustraszonych kobiet i opowieść o miłości i przyjaźni napisana tak, że poczujemy wiatr we włosach i słone łzy na policzkach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 495

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0



Dla Harry’ego i Allene

Nie są to czasy, w których kobiety powinny się wykazywać cierpliwością. Znajdujemy się w stanie wojny, którą musimy toczyć, wykorzystując wszystkie swoje możliwości i każdą dostępną broń. Kobiety pilotki są bronią, która czeka, by jej użyć*.

– Eleanor Roosevelt

* Ostatnie dwa wersy motta zaczerpnięto z przekładu książki Fannie Flagg,Babska stacja, przeł. Dorota Dziewońska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2015.

CZĘŚĆ I

Gdy mama chodziła ze mną w ciąży, tata powiedział raz, że ma takie wrażenie, jakbym trzepotała w jej brzuchu. „Jak ptaszyna, uwięziona w jajku i próbująca się wydostać na zewnątrz”. A kiedy zaczęłam stawiać pierwsze kroki, od razu poruszałam się biegiem, z rękami rozpostartymi szeroko niczym skrzydła.

Tata często potem mówił, że przypominam mu bardziej ptaka niż dziewczynę, rozskakana, roztrzepotana, niepomna ryzyka upadku.

Przekonana, że prędzej czy później wzniosę się na swoich skrzydłach.

Rozdział 1

wyspa Oahu, Hawaje

Fale zataczały wiry i pieniły się u moich stóp, podczas gdy ciepłe hawajskie pasaty harcowały wśród palm, przynosząc nad piaskiem zapach olejku kokosowego aż do miejsca, gdzie stałam i patrzyłam na linię horyzontu.

– Audrey!

Obejrzałam się przez ramię na trzy kobiety siedzące na dużym kocu, który jedna z nich musiała zabrać z łóżka rano, kiedy śpieszyłyśmy się na Sunset Beach, by znaleźć miejsce do parkowania. Moja ulubiona plaża stała się tłocznym miejscem wraz z nastaniem zimy i pojawieniem się fal, na których można było swobodnie surfować. Zaroiło się na niej od miłośników tej rozrywki, tak że trudno było o zaciszny zakątek. Nasze obawy nie były bezpodstawne – parking pękał w szwach, niemal w całości zajęty przez armijne dżipy, cywilne stateczne wozy z częściowo drewnianym nadwoziem oraz dwudrzwiowe fordy, wypakowane po dach różnokolorowymi deskami surfingowymi i wszelkim innym plażowym sprzętem.

– Słucham! – odkrzyknęłam.

Ruby, Catherine i Jean, każda w innej pozie, spoglądały w moją stronę wysmarowane olejkiem do opalania tak, że poranne słońce odbijało się od ich skóry.

– Zamierzasz tam sterczeć przez cały dzień? – zapytała Ruby, poprawiając na sobie ogniście czerwony kostium kąpielowy, który zdaniem Catherine kupiła celowo o numer za mały, bo przynajmniej góra ledwie zasłaniała jej biust.

– Może.

– W takim razie przesuń się odrobinę w tę stronę. Przyda mi się trochę cienia.

– Audrey rzuca tak chudy cień, że nic ci nie pomoże – zauważyła Jean, zdejmując słomkowy kapelusz z szerokim rondem, aby się powachlować, podczas gdy wolną dłonią starała się lekko wzburzyć gęste blond loki przyklejone do głowy.

Catherine, olśniewająca w białym jednoczęściowym kostiumie z odsłoniętymi plecami i minispódniczką zakończoną falbanką, przewróciła się z brzucha na plecy, po czym usiadła.

– Mam całe jezioro między piersiami – powiedziała, sprawiając, że przechodzący obok nich dwaj mężczyźni zamarli w pół kroku. Posłała im kokieteryjny uśmiech, równocześnie gładząc na całej długości jedną nogę wymanikiurowanymi palcami. Wieczny kociak, który pręży się, mizdrzy i fuka.

Odwracając się z powrotem w stronę morza, zahaczyłam wzrokiem o postać mężczyzny leżącego jakieś trzydzieści metrów ode mnie. Wystarczył moment mojego wahania i gdy mężczyzna uniósł oczy znad książki, którą czytał, nasze spojrzenia się spotkały.

Porucznik Hart.

Wciągnęłam powietrze i szybko dokończyłam obrót. Z nieznanych mi powodów ten dowódca pilotów szkolących się na Lotnisku Wojskowym im. S.H. Wheelera, a zarazem przełożony mojego bezpośredniego szefa, wytrącał mnie z równowagi. Nie w złym znaczeniu jednak; chodziło nie o strach, lecz o coś innego. Coś spokojniejszego i równocześnie silniejszego. Trzepot w podbrzuszu, który się pojawił, kiedyśmy się spotkali po raz pierwszy cztery miesiące temu na płycie, i który od tamtej pory nie chciał mnie opuścić. Pomimo swoich wysiłków ciągle myślałam o poruczniku, nawet wtedy gdy nie szkoliłam młodych pilotów pod jego nosem. To, że często spędzał swój wolny czas tam gdzie my, tylko pogarszało sprawę.

Ryk fal zagłuszył odgłos bicia mego serca; wypiętrzając się, rozbijając o brzeg i obmywając mi stopy, działały kojąco na moje nerwy. W końcu mogłam myśleć już tylko o tym, z jakiego powodu się tutaj znalazłam.

Wiedząc, że wedle kalendarza wiszącego na ścianie pomieszczenia rekreacyjnego w hangarze szkoleniowym kilka samolotów miało wylądować na lotnisku Haleiwa, piętnaście minut lotu na południe stąd, jak również że najpierw będą musiały przelecieć nad środkiem wyspy, zanim zawrócą i usiądą, postanowiłam sobie zapewnić miejsce w pierwszym rzędzie na ten spektakl.

– Która godzina? – krzyknęłam przez ramię.

– Jedenasta trzydzieści sześć – odparła Jean. – Może jednak nie przylecą.

Zerknęłam na północ, nasłuchując, czy w oddali nie rozbrzmiewa narastający szum silnika, ale nic nie mogło się przedostać przez panujący na plaży harmider, na który składały się głośne rozmowy plażowiczów, plaśnięcia piłki na prowizorycznym boisku do siatkówki nieopodal oraz dźwięki piosenki Jimmy’ego Dorseya Green Eyes lecącej z głośnika radia zamontowanego w samochodzie.

Westchnęłam i zaczęłam przepatrywać niebo na północy, ocieniając sobie oczy dłonią uniesioną do czoła. Gdy coś dotknęło moich łydek, opuściłam spojrzenie i zobaczyłam pustą biało-niebieską deskę surfingową.

– Wybacz, ślicznotko – powiedział jakiś nieznajomy, wyciągając deskę z wody i biorąc ją pod pachę.

– Nic się nie stało – mruknęłam, wykonując taki gest, jakbym odganiała muchę.

– Co tam jest ciekawego, że taka urocza dziewczyna jak ty nie może oderwać oczu? – zapytał nieznajomy, podchodząc bliżej, aż nasze ramiona się zetknęły.

Wyprostowałam się na całą swoją wysokość – nie byle jaki metr sześćdziesiąt osiem – skrzyżowałam ręce na piersi i cofnęłam się o krok, zanim spojrzałam na buńczucznego młodzieńca. Jego blond włosy wciąż nosiły ślady grzebienia, którym układał rano fryzurę, a umięśniona pierś nadymała się od poczucia własnej ważności. Męska zuchwałość nigdy nie znajdowała u mnie aprobaty, szczególnie gdy szła w parze z bezczelnością, a tę zarozumialec przejawił, decydując się mnie dotknąć bez pozwolenia ani zachęty. Wszystko to były cechy, których nie tolerowałam u płci przeciwnej. Przynajmniej na ogół.

Bezwiednie pomknęłam spojrzeniem ku porucznikowi, który zdążył już się podnieść na nogi i zapomniawszy o lekturze trzymanej w dłoni, mierzył właśnie wzrokiem Adonisa u mojego boku.

Tymczasem zarozumialec puścił do mnie oko i wyszczerzył się wesoło. Słońce zalśniło na jego zębach, gdy bezwstydnie lustrował mnie od stóp do głów, najwięcej czasu poświęcając mokrym włosom i skromnemu granatowemu kostiumowi jednoczęściowemu. Zbielałam na twarzy i cofnęłam się o kolejny krok.

– Narzucasz się mojej koleżance, Eddie? – Za nami wyrosła Ruby, podpierająca się pod boki. Jej kasztanowe włosy dosłownie płonęły w promieniach południowego słońca.

– O, panna Ruby Carmichael. – Zarozumialec obdarzył uśmiechem moją współlokatorkę. – Jak się pani miewa? Wciąż zadaje się pani z tym całym Travisem?

Ruby zachichotała, a ja westchnęłam. Moja koleżanka gustowała w najgorszym typie mężczyzn; każdy jej wybranek miał rozdmuchane ego i ptasi móżdżek.

– Travis to już przeszłość – odpowiedziała. – Aż dziw, że jeszcze go pamiętasz.

– Jak mógłbym zapomnieć, skoro najsłodsza panna, jaką miałem przyjemność poznać, umawia się z kimś innym zamiast ze mną? – zapytał ze wzrokiem wbitym w jej biust. – Powiadasz zatem, że z Travisem koniec?

– Koniec – potwierdziła lekko chrapliwym głosem.

– W takim razie – rzucił Eddy – pewnie dasz się namówić na spacer brzegiem morza?

– Z miłą chęcią.

W innych okolicznościach poczułabym się dotknięta, że Eddie tak jawnie mnie zignorował, praktycznie puszczając w niepamięć. W tej sytuacji jednak ogarnęła mnie wyłącznie ulga.

Przeniosłam spojrzenie na porucznika, który przez moment patrzył mi prosto w oczy, następnie zaś posłał mi słaby uśmiech i ledwie zauważalnie potrząsnął głową. Rzuciwszy książkę na ręcznik, wszedł po pierś do wody i zanurkował, znikając mi z pola widzenia. Wynurzył się w odległości paru metrów, po czym zaczął płynąć, silnymi wymachami ramion zagłębiając się w morze.

– Eddie bardzo ci się narzucał?

Podskoczyłam, gdy Jean niespodzianie stanęła obok mnie. Powiodła wzrokiem wzdłuż plaży, mrużąc brązowe oczy za oprawionymi w różowy plastik okularami przeciwsłonecznymi, które nosiła zepchnięte na sam czubek zadartego nosa.

– Chyba miał taki zamiar, ale coś odwróciło jego uwagę – powiedziałam.

Jean prychnęła.

– Ten Eddie to kobieciarz – rozległo się za naszymi plecami. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam przyjaciółkę Jean, Claire, pielęgniarkę, którą poznałyśmy już drugiego dnia naszego pobytu na wyspie, kiedy Ruby myślała, że ma złamany nadgarstek. Ona również odprowadzała teraz spojrzeniem Ruby i Eddiego, zaciskając z dezaprobatą wargi, ubrana w niemodny, przesiąknięty na wskroś potem kostium kąpielowy.

– Ruby da sobie z nim radę – oznajmiła Jean. – Zmienia chłopców jak Catherine sztuczne rzęsy. Biednego Travisa rzuciła zaledwie przedwczoraj po znajomości trwającej dwa tygodnie.

– Nawet nie tyle – wtrąciłam.

– Skoro tak – skwitowała Claire – ci dwoje są dla siebie stworzeni.

Jean dała mi kuksańca w bok.

– Może nie wyszło ci z Eddiem, ale z całą pewnością zwróciłaś na siebie uwagę porucznika. Wyglądał, jakby był gotów bronić twojego honoru.

– Wcale nie. – Pokręciłam głową.

– Hmmm… – mruknęła tylko Jean, po czym wyszczerzyła się do Claire, która odpowiedziała tym samym.

– Nie był w stanie oderwać od ciebie oczu – zapewniła.

– Zaniepokoił się o bezpieczeństwo podwładnej, to wszystko.

– Taaa. – Jean sarknęła. – Bez wątpienia o to tylko chodziło. Nie tłumaczy to jednak innych razów, przy okazji których przyłapałyśmy go na tym, jak się na ciebie gapi.

Zachichotały obydwie, ja zaś ponownie odwróciłam się w stronę horyzontu.

– Popłynął tam. – Jean poparła swoje słowa gestem, tak że musiałam złapać ją za rękę.

– Nie rozglądam się za porucznikiem – powiedziałam stanowczo. – Czekam na te przeklęte samoloty, które miały się dziś pojawić.

– Wy i wasze samoloty. – Claire wzruszyła ramionami. – Nie rozumiem was. Te maszyny są przecież takie…

– Ciii! – przerwałam jej, zmuszając ją do zamilknięcia.

Dźwięk był na granicy słyszalności, coś jak biały szum, szybko jednak zaczął narastać, przechodząc w wyraźne buczenie.

Przeszedł mnie dreszcz podniecenia. Powietrze rozdzierał huk, będący wypadkową wibracji silników nadlatujących samolotów. Plażowicze porzucili swoje zajęcia, siatkarze przestali grać, surferzy przysiedli na deskach – wszyscy jak jeden mąż zadarli głowy w stronę nieba.

Chwyciłam dłoń Jean na widok dwóch myśliwców Curtiss P-40 Warhawk, które leciały ku nam z rykiem, przód kadłuba mając wymalowany w rekinią paszczę. Siejące strach białe zębiska rozbłysnęły w promieniach słońca, kiedy maszyny nas mijały.

– Fiu! – zawołała Jean, machając do pilotów.

– Wspaniałe – szepnęłam.

– Za głośne! – wrzasnęła chowająca się za naszymi plecami Claire, zasłaniając uszy dłońmi. – Jeju, wyście chyba powariowały, że chcecie latać czymś takim. Nie przeszkadza wam ten hałas?

Zerknęłam na Jean, która udała, że nie rozumie.

– Hałas? – zapytała. – Jaki hałas?

– Mnie będzie dźwięczeć w uszach do wieczora – poinformowała nas Claire.

Jean objęła przyjaciółkę ramieniem.

– Chodźmy popływać – zaproponowała. – Audrey? Idziesz z nami?

Przez chwilę patrzyłam jeszcze w niebo, ale woda też mnie przywoływała, trącając lekko w łydki niczym małe dziecko skore do zabawy. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na północ, by sprawdzić, czy nie widać tam żadnych samolotów, zagłębiłam się w wodzie po pas, po czym odbiłam od aksamitnego morskiego dna i zaczęłam płynąć równolegle do brzegu, uważając na szalejących surferów.

W końcu przewróciłam się na plecy. Fale kołysały mnie, kiedy patrzyłam na przejrzyście błękitne niebo i wzdychałam raz po raz, rozkoszując się uczuciem wolności. Pragnęłam jej najbardziej ze wszystkiego i wreszcie ją dostałam. Na Hawajach. Z dala od czujnego wzroku mamy. Z dala od niemiłych mi wyobrażeń o tym, kim powinnam być. Z dala od obowiązków, które idą w parze z dobrym urodzeniem – wiecznych przyjęć, uroczystych kolacji i strojów, które przystoją posłusznej córce i dziedziczce fortuny Coltrane’ów. Osiągnięcia taty znajdowały wyraz w firmowych metkach na moich ubraniach. Ale mama wywodziła się z rodziny z tradycjami, co tylko przydawało nam splendoru. Brylantowe kolczyki, złoty sygnet, sznur pereł niczym obroża na mojej szyi. Dwadzieścia dwa lata trwało, zanim się od niej uwolniłam. Zanim tata pozwolił mi się uwolnić.

Przynajmniej chwilowo. Ta wyspa stała się moją szansą na udowodnienie mamie – i samej sobie – że potrafię zarobić na swoje utrzymanie i odłożyć wystarczająco dużo pieniędzy, by kupić jedyną rzecz na świecie, jakiej pragnęłam. Prywatne lotnisko. Było to moje marzenie, odkąd dorosłam na tyle, by mieć marzenia. A już na pewno od dnia, w którym siedziałam na jednym z wieczorków towarzyskich zorganizowanych przez mamę i przyglądałam się sączącym kolorowe drinki kobietom, które nie spuszczały z oczu mężów, aby w każdej chwili spełnić ich najdrobniejszą zachciankę, podczas gdy mężczyźni popijali koniak, whisky albo rum, rozmawiali między sobą i śmiali się w swoim gronie, nie zaszczycając małżonek nawet odrobiną uwagi. Nie chciałam być taka jak te kobiety, na których wzór i podobieństwo zostałam wychowana. Chciałam być sobą.

Tata to widział i zachęcał mnie do samodzielności. Ledwie pojawiła się okazja pobytu na Oahu, gdzie mogłabym szkolić nieopierzonych pilotów, a przy tym nieźle zarabiać, tata bez wahania kupił mi bilet – w ramach, jak tłumaczył, nagrody za rewelacyjne wyniki na uczelni.

– Zasługuje na nieco zabawy, zanim się ustatkuje, nie uważasz, Gennie? – zapytał mamę, podczas gdy ja ukrywałam się za załomem ściany i nadstawiałam uszu. – Zapracowała sobie na to.

– Ale dlaczego aż rok? – zrzędziła mama. – Rok to bardzo długo…

– Z tego, co pamiętam, twój ojciec wysłał cię na tyle samo do Paryża, po tym jak ukończyłaś szkoły.

Musiałam zagryźć wargę, żeby nie parsknąć śmiechem. Tata zawsze sypał argumentami jak z rękawa. Mama często powtarzała, że powinien był zostać prawnikiem. No ale prawnik nie zarabiał tyle co nafciarz.

– To co innego, o czym doskonale wiesz, Christianie. W Paryżu mam krewnych. Poza tym to miasto, gdzie na co dzień można mieć kontakt z kulturą. A na Hawajach… na Hawajach co najwyżej można spędzać czas na plaży, gdzie nie brakuje wysmarowanych olejkiem ciał, których właściciele z ledwością potrafią o siebie zadbać.

– Brzmi bosko – odparł tata. – Jestem gotów polecieć tam choćby jutro.

Mama chrząknęła, a on wybuchnął śmiechem. Po chwili milczenia podjął:

– Dobrze wiesz, że to przesada. Na Hawajach ludzie spędzają urlopy. George i Millie byli tam w ubiegłym roku i bardzo sobie chwalą ten pobyt. Nie bądź snobką, Gennie. Hawaje aż tętnią od kultury, a poza tym Audrey mogłaby tam zarabiać na utrzymanie, robiąc to, co uwielbia.

Ostatecznie mama się poddała, spróbowawszy jednak wcześniej odwieść mnie od tego szalonego jej zdaniem pomysłu za pomocą próśb i gróźb, które nic nie dały, ponieważ przed oczami miałam tylko wolność…

Do rzeczywistości przywrócił mnie plusk surfera w pobliżu. Nie chcąc ryzykować, uderzyłam mocniej nogami, aby zwiększyć dystans między nami, przypadkiem trącając przy tym przepływającego mężczyznę.

Nie był to pierwszy lepszy mężczyzna, jak się okazało.

– Poruczniku… – sapnęłam, podciągając kolana i poruszając lekko rękami, aby utrzymać się na powierzchni. Na twarzy czułam rumieniec. – Bardzo przepraszam.

– Nic się nie stało, panno Coltrane. – Głos miał niski i głęboki, a niosąca go woda sprawiała, że wydawał się dolatywać z bliższej odległości, co zapewniało atmosferę intymności pomimo kilkunastu osób dokazujących w morzu wokół nas.

Strumyczki wody ściekały mu po twarzy i szyi z ciemnych włosów przylizanych gładko do czaszki, dzięki czemu dobrze widziałam jego oczy, które przy odbijającym się w nich świetle słonecznym zdawały się zielone jak butelki napoju 7-Up, nagminnie porzucane przez Ruby w mieszkaniu gdzie się da.

Porucznik miał taką minę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale tylko skinął głową i zaczął odpływać.

– Do widzenia – powiedział, a koncha mojego ucha łagodnie przyjęła dźwięki tych słów.

– Do widzenia – odszepnęłam.

Z westchnieniem zawróciłam w stronę brzegu.

Kilka godzin później spakowałyśmy swoje rzeczy, aby udać się do domu, podobnie jak większość plażowiczów.

– No dalej, dziewczyny – ponagliłam, zarzucając torbę na ramię. – Chodźmy już. Umieram z głodu, a za jakieś dwie godziny zadzwoni mój tata.

Dzwonił regularnie w każdą niedzielę wieczorem. Przekazywał mi nowiny: jakie spotkania towarzyskie planowała mama, jakiego chłopca torturowała moja młodsza siostra Evie, a ja rewanżowałam się opowieściami z życia wyspy. Tata szczególnie upodobał sobie historyjki o Ruby. Traktował ją, jakby była postacią z jakiejś książki. „I co nasza Ruby znów planuje?”, pytał.

Kiedy kończyły nam się tematy, do telefonu podchodziła mama, nieodmiennie pełna dezaprobaty. Powtarzała to, co przed chwilą mówił tata, tyle że dodając drobiazgowe szczegóły, które nie mogłyby mnie obchodzić mniej. Jeśli Evie akurat była w domu, pojawiała się na linii po mamie i wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, opowiadała mi o swoim aktualnym chłopcu. Było to męczące doświadczenie, ale za nic nie przepuściłabym okazji, by porozmawiać z rodziną.

Jean, Catherine i Ruby – która zdążyła wrócić ze spaceru z Eddiem – wrzuciły swoje rzeczy do bagażnika jasnoniebieskiego kabrioletu Forda z tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku, na który wszystkieśmy się zrzuciły zaraz po przybyciu na wyspę, po czym zajęłyśmy miejsca w aucie.

Upchnęłam swoją torbę, zatrzasnęłam bagażnik i wspięłam się na tylne siedzenie.

– Oho, ktoś tu ma widownię – mruknęła Jean, wycofując z parkingu.

Odwróciłam się i zobaczyłam porucznika, który stojąc obok swego samochodu, trzymał wzrok wbity we mnie.

Przygryzłam wargę i zgarbiłam się na siedzeniu w próbie zignorowania przyśpieszonego rytmu serca. Całą siłą woli powstrzymywałam się od zbłądzenia oczami w stronę zainteresowanego mną mężczyzny. To nie była dobra pora na romanse. Nawet jeśli kandydatem byłby porucznik Hart.

Rozdział 2

Wiatr świszczał mi w uszach, gdy mknęłam po niebie swoim samolotem bojowym. W górze róż i pomarańcz rozciągały się od jednego końca horyzontu do drugiego. W dole lśniły wody Oceanu Spokojnego, częściowo przesłonięte cieniem mojej maszyny.

Kątem oka obserwowałam towarzyszący mi srebrzysty samolot. W pewnym momencie całą uwagę zwróciłam na przyrządy, które miałam przed sobą. Kolejno sprawdziłam odczyty na każdym.

– Gotów? – Pytanie skierowałam do niebiesko-żółtego jednopłatowca Fairchild PT-19.

Przez wiele miesięcy maszyna ta stała w hangarze szkoleniowym, po tym jak została uszkodzona podczas sesji w minionym roku. Bill, nasz szef obsługi technicznej, naprawiał ją w wolnym czasie, a ja zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Gdy Bill pozwolił mi się nią przelecieć, ledwie postawił ją na koła, nazwałam ją Roxy ze względu na jej ognisty podniebny temperament. Pierwotnie była biała w granatowe pasy po bokach kadłuba, ale Bill pozwolił mi wybrać nowe kolory. Na pamiątkę curtissa, słonecznej barwy samolociku, na którym uczyłam się latać tyle lat temu, poprosiłam Billa, żeby pomalował Roxy na niebiesko z żółtymi zakończeniami i statecznikami, a on nie opierał się. Dzięki swym jaskrawym kolorom stała się łatwo rozpoznawalna, przez co miałam pewne kłopoty z Billem, gdy się dowiedział, że po godzinach ćwiczyłam naloty dywanowe nad wyspą. Po trwającym tydzień uziemieniu zmniejszyłam częstotliwość takich szaleństw, ale nie zdołałam im się całkowicie oprzeć.

Srebrzysty samolot zbliżył się nieco, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Donikąd mi się nie śpieszyło. AT-6 Texan może i był szybszy, ale PT-19, o mniejszym silniku, miał swoje zalety.

Nie chodziło jednak o maszynę. Chodziło o pilota, równie zielonego jak banknot pięciodolarowy, który będzie mi wisiała Ruby, jeśli pokonam jej rekruta w tym wyścigu na hawajskim niebie.

Mknęliśmy ku północnemu krańcowi wyspy, gdzie mieliśmy zawrócić, przy pełnej prędkości pokonać wcześniejszy dystans i wylądować. Wygrywał ten, kto usiadł pierwszy. Jak należało się spodziewać, AT-6 dotarł do krańca wyspy przede mną, ale nie mogąc wyhamować w porę, poleciał dalej i w ten sposób przegapił właściwy moment na dokonanie zwrotu.

Wybuchnęłam śmiechem. Piloci mężczyźni wszyscy byli tacy sami – arogancja zawsze brała w nich górę. A rekruci bywali najgorsi.

Podczas gdy żółtodziób starał się skorygować kurs, zataczając szeroki łuk, ja przyciągnęłam wolant do brzucha.

Maszyna zwolniła, dzięki czemu przez moment mogłam podziwiać wspaniałą urodę Oahu, ale zaraz otworzyłam przepustnicę do maksimum, używając steru w celu jak najszybszego wykonania beczki. Na ułamek sekundy wyłączyłam ciąg, po czym znów użyłam steru, by przerwać beczkę w połowie, co wiązało się z opuszczeniem dziobu i nagłym pikowaniem, przez które aż mi przyśpieszyło tętno. Nie odrywałam wzroku od przyrządów. Na wstrzymanym oddechu odliczałam w głowie, następnie znów przyciągnęłam wolant ile sił, aby zakończyć manewr i wyrównać lot. Pędziłam teraz w przeciwnym kierunku, wysforowawszy się przed AT-6.

– Wygrałaś! – krzyknęła Jean, kiedy kilka minut później wysiadałam z posadzonej maszyny, szczerząc się od ucha do ucha.

Kiedy przy teksańczyku wszczęło się zamieszanie, spojrzałyśmy w tamtym kierunku w samą porę, by zobaczyć, jak rekrut Ruby zeskakuje na ziemię i wybiega za drzwi hangaru, zasłaniając usta dłonią. Te maszyny miały to do siebie, że przyprawiały pilotów o mdłości.

– Dobra robota, Parker! – zawołała za nim Ruby, po czym pokręciła głową do nas. – Przez tego cholernego dzieciaka straciłam pięć dolarów. – Wzięła mnie pod ramię. – Świetnie się spisałaś.

– Dziękuję.

Zaciągnęłyśmy osprzętowanie do magazynu, gdzie przy odwieszaniu spadochronów i odkładaniu hełmów i gogli zastanawiałyśmy się, gdzie by tu zjeść kolację.

– Moje panie…

Zamarłyśmy, stając niemal na baczność i wbijając wzrok w osobę, która po cichu weszła do magazynu tuż za nami.

Mae Burton zostałaby żołnierzem, gdyby była taka możliwość. Deprymowała nas swoim wzrostem, siwymi włosami upiętymi z tyłu w ciasny kok, onieśmielającym spojrzeniem stalowych oczu i sztywną postawą charakterystyczną dla człowieka, który jest gotów wydawać i przyjmować rozkazy. To ona zatrudniła każdą z nas, po tym jak odpowiedziałyśmy na to samo ogłoszenie informujące o zapotrzebowaniu na instruktorów latania na wyspie Oahu.

Plakaty wisiały na różnych lotniskach w całych Stanach, ale by kandydować, trzeba było mieć odpowiednią liczbę wylatanych – i udokumentowanych – godzin, jak również licencję pilota. Nasza czwórka pojawiła się jednego dnia w kilkugodzinnych odstępach tegorocznego lata.

Jean mieszkała w St. Louis, gdzie przez sześć dni w tygodniu latała co rano samolotem rolniczym, robiąc opryski, a potem do późna pracowała w rodzinnej restauracji. Ruby pochodziła z Kansas, a na płytę miejscowego lotniska zstąpiła z typową dla niej karminową szminką na wargach. Catherine z Wisconsin – gdzie jedynym morzem było morze zieleni na polach, nad którymi przelatywała, dostarczając przesyłki do urzędów pocztowych – miała ze sobą więcej bagaży niż my wszystkie razem wzięte. Ja zaś, prosto z Dallas, wykorzystałam bilet podarowany mi przez tatę: miesiąc po ukończeniu studium nauczycielskiego i tydzień po tym, jak odmówiłam podjęcia się wychowawstwa trzeciej klasy w mojej dawnej szkole podstawowej. Nauczanie zawsze traktowałam jako plan awaryjny. Moim prawdziwym celem było kupno lotniska. Oczywiście ku wielkiemu niezadowoleniu mamy.

Genevieve Elizabeth Rose O’Hare Coltrane była żywiołem w bladoróżowym kostiumie od Chanel, planującym moją przyszłość i moje szczęście w przekonaniu, że to, co dobre, spotka mnie wyłącznie wtedy, gdy ona będzie u steru.

Nawet mnie bawiła ta jej wizja mojego życia, jakże odmienna od moich wyobrażeń i pragnień. Wiedziałam, że mama mnie nie rozumie i że prawdziwa batalia o to, by wieść życie po swojemu, jeszcze się nie zaczęła. Bałam się konfrontacji, histerii, gróźb, nie zamierzałam jednak dać się wepchnąć w archaiczną formę, jaką dla mnie przyszykowała.

– Raporty? – rzuciła Mae, na co wręczyłyśmy jej sprawozdania dotyczące postępów wszystkich rekrutów, których szkoliłyśmy tego dnia. – Jak sobie poradzili? – zapytała, nie patrząc na papiery.

– W porządku, proszę pani.

– Doskonale, proszę pani.

– Mogliby jeszcze popracować nad manewrowaniem, proszę pani.

– Dobrze. Dobrze. Dostatecznie. – Wpatrując się w raport na samym wierzchu, Mae dodała: – A kto wygrał wyścig?

Popatrzyłyśmy po sobie, usiłując powstrzymać uśmiechy cisnące nam się na usta. Powoli podniosłam rękę.

– Znowu, Dallas? – Wszystkie byłyśmy dla niej miastami albo stanami; nigdy nie zwracała się do nas po imieniu.

– Tak, proszę pani – odparłam.

– Musicie popracować nad swoimi umiejętnościami. Dallas was wiecznie prześciga – powiedziała nasza przełożona, poruszając znacząco brwiami. Wciąż stałyśmy jak przymurowane. – Tylko uważajcie, żeby łysa pała nie nakrył was, jak szalejecie w jego ukochanych maszynach.

Ruby i Catherine prychnęły, zanim wszystkie spojrzałyśmy ku Billowi, który wpatrywał się w na poły wybebeszony samolot, drapiąc się po łysej jak kolano głowie i mamrocząc przekleństwa pod nosem.

– Tak, proszę pani.

– Dobranoc, proszę pani.

Jean zaśmiała się cicho, ledwie zostałyśmy same.

– Chryste, ta kobieta budzi we mnie strach – oznajmiła Catherine, opadając na ławę. – Już myślałam, że będziemy miały kłopoty. Skąd ona w ogóle wie o wyścigach?

– Powiedział jej pewnie któryś z dzieciaków – domyśliła się Ruby. – Przycisnę kilku i dowiem się który.

– Nie, daj im spokój – poprosiła Jean. – Terroryzowaniem wprawisz ich w popłoch, a oni są już wystarczająco zatrwożeni, że przez cały boży dzień muszą robić to, co każe im grupka kobiet.

– Biedactwa – sarknęłam, wycofując się w stronę drzwi i wpadając prosto na porucznika Harta.

Przeklęłam się w myślach, gdy wspomnienie jego obecności na plaży znów wywołało u mnie rumieniec.

– Przepraszam, sir.

Skinął głową trójce moich koleżanek, które wychodziły właśnie gęsiego. Dopiero potem spojrzał na mnie.

– Panno Coltrane – zaczął. – Szukałem pani.

– Naprawdę? – Ruby zapuściła żurawia do magazynu. – W celu randki po służbie na przykład?

Hart zaczerwienił się chyba nie mniej ode mnie.

– Mae napomknęła mi o pani… nazwijmy to… pełnej temperamentu metodzie szkoleniowej.

Zza węgła doleciało przekleństwo rzucone przez Jean.

– Bez obaw! – Uniósł obie ręce, wyginając wargi w lekkim uśmiechu. – Prawdę mówiąc, popieram takie metody. Uważam, że przyjazne współzawodnictwo jest korzystne. Zmusza do podejmowania błyskawicznych decyzji, co wyrabia refleks. Pod warunkiem oczywiście, że wszyscy trzymają się regulaminu i pilnują bezpieczeństwa.

– Och, mamy to we krwi – zapewniła go Ruby.

– To wspaniale – skwitował, ponownie spoglądając mi w oczy. – Niemniej zastanawia mnie ten manewr, który jak słyszę, wykonuje pani swoim fairchildem. Mae twierdzi, że ryzykuje pani wywrót, i to mnie martwi. Posunięcie niewątpliwie śmiałe, ale też nierozważne, gdy mówimy o moich rekrutach.

Spuściłam oczy i przygryzłam wargę.

– Dość długo nie latałem PT-19 – wyjaśnił porucznik. – Chciałbym, żeby pani wszystko mi pokazała, tak abym mógł sam przeprowadzić ten manewr.

– Audrey będzie zachwycona – wtrąciła Catherine, dyskretnie szczypiąc mnie w tyłek.

– Oczywiście, sir – wymamrotałam, czując, że serce mi zamiera. – Bardzo chętnie.

– Jutro rano? – zaproponował. – Powiedzmy o piątej trzydzieści?

– Dobrze, sir.

– Cudownie. Dziękuję, panno Coltrane. – Kiwnął głową na pożegnanie i odszedł.

W drodze do samochodu zaklęłam siarczyście. Ale moje koleżanki były tak podekscytowane, że o niczym innym nie potrafiły mówić, kiedyśmy jechały do Skipa, naszego ulubionego lokalu, gdzie podawano burgery, frytki i koktajle mleczne.

– Widziałyście, jak patrzył na Audrey? – zapytała przy obiedzie Ruby, rozmarzonym gestem składając policzek na dłoni. – Na mnie żaden mężczyzna nigdy tak nie patrzył.

– Mężczyźni bez przerwy na ciebie patrzą – powiedziałam, zamaczając frytkę w koktajlu waniliowym. – Porucznik skupił się na mnie, gdyż był zły.

– Nie wydaje mi się – zaoponowała Jean. – Zaniepokojony może, ale nie zły.

– A ja myślę, że mu się podobasz – stwierdziła Catherine. – Widziałaś, jak się zaczerwienił, kiedy Ruby zasugerowała randkę?

– Niepotrzebnie go zawstydziła… – Rzuciłam Ruby spojrzenie.

– Catherine ma chyba rację – poparła przyjaciółkę Jean. – Wiem, jak na ciebie patrzył na plaży w ostatnią niedzielę.

Westchnęłam i odsunęłam talerz.

– Zjadłyście? – zapytałam.

– Skąd ten pośpiech? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Ruby. – Chcesz się dobrze wyspać, żeby wyglądać świeżo na porannej randce?

Rzuciłam w nią serwetką.

– Ruby! A ty nie masz przypadkiem randki dziś wieczór? – przypomniała jej Jean.

– A niech to! – Ruby zerwała się z miejsca i ponagliła nas gestem. – Pośpieszcie się, bo się spóźnię!

Rozdział 3

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
CZĘŚĆ I
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
CZĘŚĆ II
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
CZĘŚĆ III
Rozdział 27

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Flight Girls

Redaktor prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Klemzy, © Everett Collection / Shutterstock.com

Copyright © 2019 by Noelle Salazar

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Urszula Gardner, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66718-19-7

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek