Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 371 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyny od Versace - Cate Kendall

Witajcie w świecie „Dziewczyn od Versace”! Siostry Bella i Sera to stewardesy latające na międzynarodowych trasach. Świat stał otworem do czasu, gdy Sera zakochała się i postanowiła ustatkować. Obsesyjnie dbająca o zachowanie pozorów Sera zrobi wiele, żeby podtrzymać iluzję perfekcji, podczas gdy Bella chce jedynie jak najdalej odfrunąć od obowiązku matkowania młodszej siostrze, przygnębienia rozbitym małżeństwem i wspomnień. Spotkania z przyjaciółmi z kółka dziewiarskiego "Szale i żale" są jak terapia. Dużo nawijania bez zbytniego angażowania – inaczej by to nie działało.

Cierpki humor, bystre obserwacje i uderzająco realistyczne postaci. „Dziewczyny od Versace” wciągną cię już od pierwszej strony!

Opinie o ebooku Dziewczyny od Versace - Cate Kendall

Fragment ebooka Dziewczyny od Versace - Cate Kendall

Cate Ken­dall

Dziew­czy­ny od Ver­sa­ce

Tłuma­cze­nie: Jo­lan­ta Dąbrow­ska

Tytuł ory­gi­nału: Ver­sa­ce Si­sters

Tłuma­cze­nie: Jo­lan­ta Dąbrow­ska

Re­dak­cja, ko­rek­ta, pro­jekt gra­ficz­ny okładki: Do­li­na Li­te­rek

Zdjęcie na okładce: © Sub­bo­ti­na Anna – Fo­to­lia.com

Skład i łama­nie: Do­li­na Li­te­rek

Co­py­ri­ght © Lisa Blun­dell and Mi­chel­le Har­mer, 2009

First pu­bli­shed by Ran­dom Ho­use Au­stra­lia Pty Ltd, Syd­ney, Au­stra­lia.

This edi­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ran­dom Ho­use Au­stra­lia Pty Ltd.

Po­lish trans­la­tion © 2013 by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., 2013

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-321-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla Wy­lie­go Eastho­pe, 3 XI 1967 – 2 XII 2008.

Nie­zwykłego człowie­ka – LB

Dla mo­ich „sióstr z wy­bo­ru” Tra­cey Caul­field

i Ka­tri­ny Hard­man – MH

Pro­log1980

BELLA-RENE!

Krzyk mat­ki odbił się echem od ty­po­wej na podwórkach au­stra­lij­skich domów ob­ro­to­wej su­szar­ki na bie­liznę i ude­rzył w uszy Bel­li kryjącej się w dom­ku na drze­wie. Ob­ser­wo­wała kro­wy pasące się sen­nie na wy­bie­gu.

Szyb­ko zsunęła się po pniu i po­biegła w kie­run­ku domu. Cze­go może te­raz chcieć?

Dru­gie śnia­da­nie zje­dzo­ne, wszyst­ko uprzątnięte i jesz­cze ład­nych parę go­dzin, za­nim trze­ba będzie przy­go­to­wać stół do obia­du.

Drzwi z brudną mo­ski­tierą za­trzasnęły się za nią, kie­dy weszła do kuch­ni, ciem­nej po­mi­mo ja­sne­go dnia, z utrzy­mującym się w środ­ku za­pa­chem tłuszczu.

– Tak, mamo?

Mar­le­na Wal­ker zerknęła znad płyty pie­ca na swo­je naj­star­sze dziec­ko.

– Jezu, dziew­czy­no, ile razy ci mówiłam, żebyś nie nosiła po domu naj­lep­szej su­kien­ki? Do­pro­wa­dzisz się do upad­ku, jeśli nie prze­sta­niesz myśleć, że je­steś lep­sza od nas wszyst­kich. Fa­na­be­rie, dziew­czy­no, fa­na­be­rie.

Ka­za­nie Mar­le­ny zo­stało gwałtow­nie prze­rwa­ne ata­kiem su­che­go kasz­lu. Kon­ty­nu­owała, wy­cie­rając kąciki ust rąbkiem fla­ne­lo­wej ko­szu­li.

– Przy­pil­nuj dzie­ci, idę do pubu po ojca. I wrzuć wołowinę, jak woda w ron­dlu się za­grze­je, do­brze? – dodała, wkładając zie­lo­ny swe­ter z akry­lu i otwie­rając drzwi od podwórza.

Bel­la miała spraw­dzić, co robi młod­sza sio­stra, ale jej uwagę przy­ciągnęły krzy­ki i pi­ski do­bie­gające z po­ko­ju chłopców. Przy­ka­zała Cra­igo­wi, Tra­vi­so­wi i Ke­itho­wi, żeby prze­nieśli się z za­pa­sa­mi na podwórko i szła przez po­zo­stałe po­miesz­cze­nia drew­nia­ne­go domu, wołając:

– Sera? Se­ran­di­pi­ty? Gdzie je­steś?

Skie­ro­wała kro­ki z po­wro­tem do za­pa­ro­wa­nej kuch­ni, gdzie ron­del bu­zo­wał już na sta­rym pie­cu.

– Tu je­steś, łobu­zia­ku! – Głos Bel­li za­marł, a świat wokół za­wi­ro­wał.

Sera, wspi­nając się na krzesło, żeby sięgnąć po uko­chaną lalkę leżącą na za­gra­co­nym oka­pie nad pie­cem, wy­da­wała się po­ru­szać jak we śnie. Bel­la nie zdołała jej dosięgnąć.

Za późno!

Wi­działa, co się wy­da­rzy. Ob­raz wie­lo­krot­nie prze­sunął się przed jej ocza­mi w ciągu tych paru se­kund, za­nim stał się rze­czy­wi­stością. Usłyszała swój krzyk połączo­ny z krzy­kiem Sery, kie­dy pulch­na stópka dziec­ka za­ha­czyła o rączkę ron­dla, a wrząca woda wylała się na jej prawą nogę.

12009

Mikrocząstecz­ki ak­tyw­nych skład­ników Cap­tu­re Ul­ti­ma­te Wrin­ke Re­sto­ring Se­rum wni­kają głęboko w pory, wygładzając i odmładzając skórę. To je­den z mo­ich ulu­bio­nych pro­duktów tej se­rii. Na­zy­wa­my go tur­bo­dołado­wa­czem – zakończyła Sera ze szcze­rym uśmie­chem.

– A dla pani de­li­kat­nej skóry – kon­ty­nu­owała, zwra­cając się pro­fe­sjo­nal­nie do klient­ki z ru­mianą cerą – za­pro­po­no­wałabym Dior­skin Fo­re­ver, który zo­stał stwo­rzo­ny w opar­ciu o na­no­tech­no­lo­gię.

Trzy­dzie­sto­pa­ro­let­nia re­cep­cjo­nist­ka me­dycz­na nosząca prak­tycz­ne buty i ko­sme­ty­ki z su­per­mar­ke­tu spi­jała słowa z jej ust.

– Flu­id Dior­skin Fo­re­ver ma nie­wi­doczną na­no­sia­teczkę mi­kro­mo­le­kuł, która po­zwa­la za­cho­wać piękno na­wet w naj­mniej sprzy­jających wa­run­kach. – Sera wstrzy­mała od­dech w za­chwy­cie nad tym ko­sme­tycz­nym cu­dem.

W ciągu piętna­stu mi­nut re­cep­cjo­nist­ka wzbo­ga­ciła się o se­rum, flu­id, róż i krem na noc mający zre­du­ko­wać podstępne ozna­ki sta­rze­nia. Wyszła pro­mien­na, z obiet­nicą po­pra­wie­nia uro­dy.

Sera wes­tchnęła z sa­tys­fakcją. Ko­chała pracę w sto­isku z ko­sme­ty­ka­mi Dio­ra w domu han­dlo­wym Da­vid Jo­nes, bo wie­rzyła w swo­je pro­duk­ty i była za­chwy­co­na, kie­dy mogła nieść w świat ewan­ge­lię tej mar­ki.

Mimo to po­sta­no­wiła poświęcić przerwę śnia­da­niową na obchód in­nych sto­isk z ko­sme­ty­ka­mi.

W ten sposób zni­kała spo­ra część jej do­chodów z pra­cy na nie­pełny etat. Choć mając pod opieką dwo­je dzie­ci, męża i teściową, doszła do wnio­sku, że w pełni zasługu­je na ko­sme­ty­ko­we sza­leństwa.

– Cześć, Lu­cil­le – rzu­ciła, przeglądając ofertę Cli­ni­que. – Ma­cie coś no­we­go?

– Ko­cha­nie, wiesz, że za­wsze pierw­szej daję ci znać – uśmiechnęła się Lu­cil­le. – Jak się spraw­dził Tur­na­ro­und Con­cen­tra­te?

– Całkiem niezły. – Sera zmarsz­czyła brwi, bez­wied­nie prze­su­wając dłonią po po­kry­tym bli­zna­mi udzie. – Ale chciałabym wie­dzieć, co będzie następne.

Lu­cil­le sięgnęła pod ladę.

– Wy­da­je mi się, że jesz­cze nie próbowałaś na­sze­go Con­ti­no­us Re­scue An­tio­xi­dant Mo­istu­ri­ser.

To błyska­wicz­nie obu­dziło za­in­te­re­so­wa­nie Sery, która po­chy­lała się te­raz z wdzięcznością nad kon­tu­arem, pod­czas gdy Lu­cil­le wkle­py­wała w jej dłoń kil­ka cen­nych kro­pli sre­brzy­ste­go płynu. Był de­li­kat­nie je­dwa­bi­sty i sku­tecz­ny, jej skóra stała się bar­dziej lśniąca i gład­sza niż parę se­kund temu.

– Lu­cil­le, jest cu­dow­ny. Już czuję, że działa.

– Praw­da, że wspa­niały? Myślałam, że ci go po­ka­zy­wałam. Zwiększa pro­dukcję ko­la­ge­nu, a sil­ne mo­le­kuły odżywiają i re­ge­ne­rują znisz­czo­ne war­stwy naskórka…

Sera le­d­wie słyszała jej głos, za­mknięta w zna­jo­mej bańce na­dziei i ocze­ki­wań. Może to będzie ten krem. Może ten będzie działał.

Już tyle razy przeżywała taką eks­cy­tację i za­wsze kończyło się to roz­cza­ro­wa­niem i po­czu­ciem wy­rzu­ca­nia pie­niędzy. Bel­la wyśmiałaby ją za wiarę w ko­lej­ny nie­praw­do­po­dob­ny cud. Zdała so­bie sprawę, że od kil­ku ty­go­dni nie wi­działa sio­stry i prze­pełniło ją uczu­cie smut­ku zmie­sza­ne­go ze złością.

Lata, które wraz z Bellą spędziła jako ste­war­de­sa, prze­mie­rzając kulę ziemską, były pełne emo­cji i no­wych doświad­czeń. Ich do­rosłe życie zaczęło się dokład­nie tak, jak wymyśliły to w cia­snym po­ko­ju dzie­cięcym domu w Mole Cre­ek. Bel­la okle­jała wte­dy ścia­ny stro­na­mi mo­do­wych pism wyciągniętych ze śmiet­ników w lep­szych dziel­ni­cach. Obie­cy­wały jaśniej­szy, pełen blich­tru, ele­ganc­ki świat. Mimo najlep­szych sta­rań nie­wie­le mogły zro­bić, żeby prze­mie­nić sfa­ty­go­wa­ne ubra­nia z dru­giej ręki lub ku­pio­ne na skle­po­wych wy­prze­dażach w co­kol­wiek, co przy­po­mi­nałoby mod­ne ciu­chy ze lśniących stron ma­ga­zynów. Ver­sa­ce, z nie­co krzy­kli­wym sty­lem, stał się marką ich ma­rzeń, se­kret­nym szy­frem do lep­sze­go życia.

I stało się. Naj­pierw Bel­la, po­tem Sera uciekły z nud­ne­go jak po­my­je Mole Cre­ek i zaczęły pracę w li­niach lot­ni­czych Air Au­stra­lia. Wkrótce ku­po­wały praw­dzi­we Ver­sa­ce w Paryżu, sączyły kok­taj­le w Pra­dze, po­lo­wały na prze­ce­ny w lon­dyńskim Bur­ber­ry, na eks­cen­trycz­ne do­dat­ki we Włoszech i na La Pra­irie w Szwaj­ca­rii.

Ma­ni­pu­lo­wały har­mo­no­gra­mem pra­cy, błagały i płasz­czyły się przed ko­le­ga­mi, żeby prze­sunąć zmia­ny tak, aby nie­rozłączne sio­stry mogły ra­zem latać albo przy­najm­niej lądować w tych sa­mych mia­stach. Ich świa­to­we ucie­chy trwały na­wet wte­dy, gdy Bel­la poślubiła przy­stoj­ne­go pi­lo­ta, Cur­ti­sa.

Aż w końcu Sera spo­tkała Tony’ego i szczęśliwa za­mie­niła podróże na życie ro­dzin­ne. Spo­dzie­wała się też tego po Bel­li, ale star­sza sio­stra, ku jej zdzi­wie­niu, nie roz­stała się z efek­tow­nym świat­kiem.

Wra­cając do rze­czy­wi­stości, Sera spoj­rzała na grzbiet swo­jej dłoni. Była pew­na, że skóra wygląda młodziej i bar­dziej świeżo.

– Jaka jest naj­większa po­jem­ność, Lu­cil­le? – spy­tała.

– Może weź pięcio­mi­li­li­trową próbkę i sprawdź, czy ci od­po­wia­da? – za­ofe­ro­wała Lu­cil­le.

Sera od­sunęła fla­ko­nik na bok.

– Nie star­czyłoby mi na całą… twarz – zająknęła się za­czer­wie­nio­na. – To se­rum wy­da­je się ide­al­ne. Wezmę naj­większe.

– To two­ja wypłata. – Lu­cil­le wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Pod­rzucę ci pie­niądze, jak skończę zmianę. – Spie­szyła się już do pra­cy. – A właśnie, ile to kosz­tu­je?

– Sto sie­dem­dzie­siąt pięć do­larów, złotko – od­po­wie­działa Lu­cil­le. – Po­li­czyć ci na fir­mową kartę?

2

Bella le­d­wo szła. Jej ple­cy dziw­nie się wy­chy­lały, a duże pal­ce u stóp zdrętwiały. Ale ani myślała go­dzić się na to, by ból po­wo­do­wa­ny przez nie­sa­mo­wi­cie opiętą ołówkową spódnicę czy szpil­ki uci­skające pal­ce ze­psuł jej zabójczy wygląd.

Kie­dy prze­mie­rzała ter­mi­nal, jej fi­gu­ra mo­del­ki odciągała oczy zmęczo­nych podróżą pasażerów od przegląda­nych ga­zet i książek ku­pio­nych w lot­ni­sko­wym kio­sku. Nie­wy­so­ka blon­dyn­ka z nie­ska­zi­tel­nym blond kocz­kiem i w przy­le­gającym do ciała cze­ko­la­do­wym mun­dur­ku przy­ciągała pełne po­dzi­wu spoj­rze­nia unoszącą się wokół aurą pew­ności sie­bie.

Zdu­siła ziew­nięcie. Lot, który właśnie zakończyła, był strasz­nie nud­ny, ale te­raz czas na The Gro­ve, jej ulu­bio­ne miej­sce za­kupów w Los An­ge­les. W ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat Bel­la zjeździła wszyst­kie dziel­ni­ce LA, a skru­pu­lat­ne ba­da­nia po­twier­dziły, że z pięćdzie­sięcio­ma naj­lep­szy­mi bu­ti­ka­mi pod de­si­gner­skim da­chem The Gro­ve, naj­now­sza za­kupowa mek­ka jest miej­scem, gdzie na pew­no znaj­dzie wy­strzałową kre­ację na dzi­siej­szy wieczór.

Dołączając do ko­legów w tran­zy­to­wym bu­sie, bez­piecz­nie umieściła torbę pod sie­dze­niem po­prze­dzającego fo­te­la (siła przy­zwy­cza­je­nia) i po raz czwar­ty od zejścia z pokładu rzu­ciła okiem na ro­lek­sa. Wciąż był. Od­faj­ko­wa­ne. Za­tarła ręce i spraw­dziła ma­ni­kiur. Ide­al­ny. Od­da­liła dłoń i znów zbliżyła. Wciąż ide­al­ny. Prze­sunęła ręką po włosach. „Gład­kie”, wes­tchnęła z za­do­wo­le­niem.

Go­dzinę później roz­pa­ko­wała rze­czy w po­ko­ju ho­te­lo­wym, wsko­czyła w dżinsy Pa­ige, espa­dril­le, tur­ku­so­wy top z gnie­cio­ne­go je­dwa­biu i wyszła w za­nie­czysz­czo­ne po­wie­trze cen­trum Los An­ge­les.

The Gro­ve jak zwy­kle było zatłoczo­ne, lecz Bel­la była mi­strzy­nią w for­so­wa­niu tłumu ga­pio­wa­tych tu­rystów i wałęsających się tu­bylców. Zaczęła od Aber­crom­bie & Fitch, gdzie z radością od­kryła, że sza­ry zo­stał ogłoszo­ny no­wym czar­nym tego se­zo­nu. Zde­cy­do­wała się na pa­sek, dżinsy i prze­zro­czy­sty krop­ko­wa­ny top (oczy­wiście w sza­rościach) na ju­trzej­szy brunch.

Dru­gi punkt na liście to Vic­to­ria’s Se­cret – po­trze­bo­wała no­we­go biu­sto­no­sza w ko­lo­rze kawy, wzięła też czar­ny z sa­ty­ny. Ko­lejną upojną go­dzinę spędziła w bu­ti­ku Mi­cha­ela Kor­sa, gdzie kupiła prostą kok­taj­lową su­kienkę, do tego ręcznie ro­bioną, zdo­bioną dżeta­mi wie­czo­rową to­rebkę i wie­czo­rowe san­dałki do kom­ple­tu. Głęboko wes­tchnęła, gdy eks­pe­dient­ka pa­ko­wała jej za­ku­py. Kom­po­nujące się do­dat­ki spra­wiały, że świat na­bie­rał większe­go sen­su.

Jej wzrok przy­ciągnęła pro­sta biała ko­szu­la w oknie wy­sta­wo­wym Gapa. Dokład­nie w sty­lu, w którym Sera ubie­rała się do pra­cy. Bel­la prze­chy­liła głowę na bok. „Tak, ide­al­na”, pomyślała. Po­do­bałaby się sio­strze.

Wy­brała pięć ko­szul i za­trzy­mała się, za­nim do­tarła do kasy. Zno­wu to robi. Znów jej mat­ku­je. Na Boga, kie­dy wresz­cie prze­sta­nie się mar­twić Serą. Jej sio­stra ma trzy­dzieści sześć lat, męża i dwo­je dzie­ci, a Bel­la wciąż nie może prze­stać się o nią trosz­czyć. To jed­na z przy­czyn, dla których opuściła większość wie­czor­nych spo­tkań gru­py Sza­le i żale, na które za­pra­szała ją Sera. Kółko dzie­wiar­skie było za­baw­ne, ale naj­wyższy czas, żeby jej młod­sza sio­stra zna­lazła własny krąg przy­ja­ciół. Bel­la wie­działa, że Sera roz­pacz­li­wie pra­gnie jej obec­ności, ale była zde­cy­do­wa­na re­ali­zo­wać swój plan bru­tal­nej miłości. Ku­po­wa­nie sio­strze ciuchów do pra­cy ra­czej nie było częścią tego pla­nu.

Bel­la głaskała miękką tka­ninę, bijąc się z myślami. Wróciła pamięcią do lat dzie­cięcych, na dru­gim krańcu świa­ta i lata świetl­ne od prze­py­chu eks­klu­zyw­ne­go cen­trum han­dlo­we­go. Nie, żeby miała za dużo z tego dzie­ciństwa; głównie zaj­mo­wała się trze­ma hałaśli­wy­mi młod­szy­mi braćmi i małą sio­strzyczką.

Ich oj­ciec, gbu­ro­wa­ty mężczy­zna, który rzad­ko się do nich od­zy­wał, po ciężkim dniu po­zy­ski­wa­nia i zwózki drew­na od­da­wał się przy­jem­nościom w pu­bie. Ożenił się z ich matką, Mar­leną, kie­dy oznaj­miła mu, że jest w trze­cim mie­siącu ciąży, co prze­cież wca­le nie zna­czyło, że musi spędzić resztę życia w jej żałosnej obec­ności. Mar­lena nie miała za­mia­ru go­dzić się na to, żeby jego kwaśna mina ruj­no­wała jej dni, więc szu­kała po­cie­chy i za­ba­wy wśród po­moc­ników na sąsied­niej far­mie. A ci­che noce za­wsze można było wypełnić grą w bin­go.

Bel­la była dobrą matką zastępczą. Go­to­wała mięso i obie­rała ziem­nia­ki, żeby przyrządzić dzie­cia­kom posiłki, wy­pra­wiała je do szkoły, pil­no­wała, żeby przy­nieść pra­nie z ogro­du i żeby chłopcy wrócili do domu, za­nim się ściem­ni. Opie­ka nad braćmi była za­da­niem wy­czer­pującym, lecz pro­stym, trochę jak pro­wa­dze­nie zoo. Bellę mar­twiła Se­ran­di­pi­ty, najmłod­sza z ro­dzeństwa.

Sio­stra otrzy­mała imię od na­zwy po­bli­skie­go mia­sta Se­ren­di­pi­ty, gdzie Mar­le­na tra­fiła naj­większą wy­graną w bin­go. Nie­ste­ty zna­jo­mość li­ter, którą od­zna­czała się ich mat­ka, ska­zała Se­ran­di­pi­ty na dożywot­nie tłuma­cze­nia i po­pra­wia­nie swo­je­go imie­nia.

Bel­la właści­wie miała na imię Bel­la-Rene, co było jed­no­cześnie ukłonem w stronę ciot­ki Mar­le­ny, Rene, i wspo­mnie­niem mie­siąca mio­do­we­go ro­dziców spędzo­ne­go na krążeniu po lo­ka­lach z au­to­ma­ta­mi do gry na półwy­spie Bel­larine w sta­nie Vic­to­ria. Gdy Bel­la miała piętnaście lat, skróciła swo­je imię i za­twier­dziła to w urzędzie, odmówiła też zwra­ca­nia się do sio­stry in­a­czej niż Sera. Nie­dbałość, z jaką mat­ka prze­li­te­ro­wała imię swo­jej młod­szej córki, określiło również sposób, w jaki miały roz­winąć się ich sto­sun­ki. Mar­le­na nig­dy nie poświęcała dziec­ku spe­cjal­nej tro­ski. W kon­se­kwen­cji Sera przy­kleiła się do Bel­li od chwi­li, gdy zaczęła sta­wiać pierw­sze kro­ki. Przy­bie­gała do niej z wia­do­mościa­mi o pierw­szej czy­tan­ce, pierw­szym pocałunku i pierw­szej mie­siączce. Bel­la za­wsze była pierwszą osobą, do której zwra­cała się Sera we wszyst­kich przy­pad­kach i to nig­dy nie uległo zmia­nie.

Mu­zy­ka w skle­pie przywróciła Bellę do rze­czy­wi­stości. Zdała so­bie sprawę z tego, że gładzi to­rebkę Ver­sa­ce jak uko­cha­ne zwierzątko. Ma­rzyła o splen­do­rze Ver­sa­ce już w cza­sach ubóstwa. „Jeśli miałabym jakąkol­wiek rzecz tego włoskie­go pro­jek­tan­ta − myślała − byłabym częścią lep­sze­go, szczęśliw­sze­go świa­ta”. Pierw­sza pen­sja po­zwo­liła na za­kup oku­larów Ver­sa­ce i od tej chwi­li po­czuła się uza­leżnio­na. Pil­nie oszczędzała na nie­wielką wie­czo­rową to­rebkę, a kie­dy zaczęła latać, mogła ule­gać za­chcian­kom w sa­lo­nach Ver­sa­ce na całym świe­cie. Nie było już nie­po­rad­nej, źle ubra­nej dziew­czy­ny z pro­win­cji, jej miej­sce zajęła try­skająca bla­skiem ko­bie­ta ubra­na w de­si­gner­skie stro­je.

Odłożyła ko­szu­le na półkę i po­kle­pała je w geście pożegna­nia. Po raz siódmy od wejścia do skle­pu spraw­dziła te­le­fon komórko­wy. Brak wia­do­mości. Spoj­rzała na ma­ni­kiur. Wciąż ide­al­ny. Rzut oka na buty – dzięki Bogu – nie­za­ku­rzo­ne. Ojej, czy to pla­ma? Nie, w porządku. Jej od­dech się uspo­koił; to tyl­ko cień.

Wie­działa, że re­agu­je prze­sad­nie i co ozna­cza ciągłe spraw­dza­nie i po­now­ne spraw­dza­nie. Zaczęło się to w dniu ślubu, kie­dy nie mogła się po­wstrzy­mać przed do­ty­ka­niem każdego z ko­ra­lików na suk­ni, żeby skon­tro­lo­wać, czy wszyst­kie są na miej­scu. Kom­pul­syw­na po­trze­ba per­fek­cji, upew­nia­nia się, że wszyst­ko w niej jest w naj­lep­szym porządku, na­si­liły się od tam­tych czasów. Mogła swo­bod­nie od­dy­chać tyl­ko wte­dy, gdy spraw­dziła wszyst­ko, a za chwilę zno­wu spraw­dziła. Je­dy­nie wówczas czuła się bez­piecz­na.

„Okej, do­bra ro­bo­ta”, pomyślała, na­bie­rając głęboko po­wie­trza. Czas za­ba­wić się w ko­chającą cio­cię.

Krążyła po dzia­le za­ba­wek domu han­dlo­we­go Nord­strom. Cały ten pla­sti­ko­wy ko­mer­cyj­ny chłam był taki nud­ny. Mi­siacz­ki? Zbyt dzie­cin­ne. Po­jaz­dy na pi­lo­ta? Już i tak mają spo­ro. Chciała zna­leźć coś spe­cjal­ne­go, coś, cze­go Sera by im nie kupiła.

Pięcio­let­nia Mad­dy ko­chała wszyst­ko, co błyszczące i ładne. Bel­la za­ci­skała usta, prze­cha­dzając się wzdłuż alei. „Ide­al­ne”, pomyślała, gdy za­uważyła sklep Swa­ro­vskie­go. Może za­ini­cjo­wać ko­lekcję krysz­tałów dla sio­strze­ni­cy; wy­szu­kaną, war­tościową ko­lekcję, która po­zwo­li Ma­de­li­ne po­czuć się do­rosłą.

Te­raz coś dla małego Har­ry’ego. Uśmiechnęła się na myśl o swo­im świa­do­mym mody sio­strzeńcu. I miała po­mysł w sam raz dla nie­go. Białe dżinsy Ca­lvi­na Kle­ina. Chwy­ciła jedną parę z miną wi­no­waj­czy­ni – w przy­pad­ku trzy­lat­ka były zupełnie nie­prak­tycz­ne, ale wie­działa, jak bar­dzo mu się spodo­bają.

Kie­dy eks­pe­dient po­da­wał jej ele­gancką torbę z lo­giem CK, za­dzwo­nił jej te­le­fon.

– Halo, Bel­la Wal­ker – zaświer­go­tała w słuchawkę.

– O – od­po­wie­dział ktoś głębo­kim głosem – wróciłaś do sta­re­go na­zwi­ska.

Ser­ce Bel­li się ścisnęło. Roz­po­znała in­to­nację, sposób, w jaki prze­ciągał sa­mogłoski, i ten głęboki, nie­co chra­pli­wy tembr.

Nie słyszała go od ty­go­dni. Cała zadrżała. Jak­by przy­kryła ją ol­brzy­mia fala. Stra­ciła po­czu­cie kie­run­ku. Po­wie­trze uciekło jej z płuc, a gardło ścisnął strach.

Nogi ugięły się pod nią i z ulgą opadła na pla­sti­kową ławkę w przejściu.

– Cze­go chcesz? – spy­tała, a początko­we mdłości szyb­ko za­mie­niły się w gorącą falę złości.

W jej głowie bu­zo­wał kok­tajl gorz­kich emo­cji pro­wadzący do ko­lej­ne­go ata­ku pa­ni­ki. Sta­rała się na­brać po­wie­trze.

Znów wszyst­ko stanęło jej przed ocza­mi: zdu­szo­ny jęk młodej ste­war­de­sy w kok­pi­cie, kie­dy ręka jej męża powędro­wała pod jej spódnicę. Zażeno­wa­ne spoj­rze­nia i ukrad­ko­wy chi­chot in­nych członków obsługi pokłado­wej milknący, gdy Bel­la wcho­dziła do po­miesz­cze­nia. Powrót do domu dzień wcześniej po to, by w swo­jej łazien­ce na­dziać się na młodą blon­dynkę bez­czel­nie sma­rującą ciało ulu­bio­nym kre­mem pi­lin­gującym Bel­li od Cha­nel.

Jak mogła po­zwo­lić, żeby tak ją oszu­ki­wał? Nie­na­wi­dziła sie­bie za przełyka­nie jego głupich tłuma­czeń, za igno­ro­wa­nie mru­gnięć, flirtów, za po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia rzu­ca­ne jej łaj­daczącemu się mężowi na­wet wte­dy, gdy szła obok nie­go przez ter­mi­na­le świa­ta.

Oczy­wiście, że to wi­działa. Ja­sne, że zda­wała so­bie z tego sprawę. Ale dla­cze­go, do diabła, tak długo to wy­pie­rała? Tor­tu­ro­wała się tym py­ta­niem od chwi­li, gdy od niej od­szedł.

Ścisnęło ją w żołądku. Jak długo jesz­cze by to trwało? Jak długo żyłaby w swo­im pie­czołowi­cie zbu­do­wa­nym świe­cie fan­ta­zji, od­ma­wiając po­wro­tu do rze­czy­wi­stości? Boże, była taka bez­na­dziej­na i żałosna, zroz­pa­czo­na i słaba…

– Nie tak roz­ma­wia się z ka­pi­ta­nem – wy­ce­dził Cur­tis, prze­ry­wając jej myśli.

– O, obsługu­jesz ju­trzej­szy lot 421? – spy­tała, sta­rając się, żeby jej głos brzmiał pew­nie i bez emo­cji, co nie do końca jej się udało.

– Oczy­wiście, złotko. Spraw­dziłem listę per­so­ne­lu pokłado­we­go i było tam też two­je na­zwi­sko.

„Li­sta per­so­ne­lu, uśmiechnęła się kwaśno, to dla nie­go li­sta za­kupów. Ja­kieś mięsko, którego jesz­cze nie prze­te­sto­wałeś ko­cha­nie?”. Nie ma mowy, żeby na­ra­ziła się na coś ta­kie­go. Jak tyl­ko skończy tę roz­mowę, za­dzwo­ni, że jest cho­ra i nie może le­cieć.

– Słuchaj, kot­ku – ciągnął. – Nie dzwo­nię, żeby po­plot­ko­wać. Chciałbym, żebyś coś dla mnie zro­biła.

Mówił ze zwykłą po­ufałością, co spra­wiło, że moc­no wciągnęła po­wie­trze i w nie­do­wie­rza­niu od­sunęła te­le­fon od ucha. Zro­bić coś dla nie­go? Bre­dzi czy co?

„Może się upił”, pomyślała Bel­la, go­to­wa po­wie­dzieć temu cho­ler­ne­mu oszu­sto­wi, że jeśli myśli, że co­kol­wiek byłaby w sta­nie zro­bić dla nie­go, to jest w wiel­kim błędzie.

– Oczy­wiście, o co cho­dzi? – usłyszała swoją chłodną od­po­wiedź.

„Do diabła z tą moją słabością”, pomyślała, tupiąc nogą.

– Chciałbym jak naj­szyb­ciej do­stać pod­pi­sa­ne pa­pie­ry roz­wo­do­we, złotko. Na­prawdę szyb­ko.

Pa­pie­ry roz­wo­do­we leżały na dnie jej tor­by podróżnej, cze­kając na pod­pis, ale z ja­kie­goś po­wo­du jesz­cze się za to nie za­brała. Nie o to cho­dzi, że nie chciała roz­wo­du. Skończmy z tym.

– Oczy­wiście, dzi­siaj je wyślę. – Jej od­dech nie­mal się uspo­koił.

„Mogę odbyć nor­malną roz­mowę z tym sprośnym obrzy­dliw­cem. Nie za­mie­rzam się załamy­wać, po­radzę so­bie”, pomyślała.

– Dzięki, dzie­cin­ko, je­steś wiel­ka. Po­trze­buję ich tak szyb­ko, bo w przyszłym mie­siącu się żenię. O cho­le­ra, muszę le­cieć. Cha, cha, taki lot­ni­czy żar­cik. Moja li­mu­zy­na właśnie pod­je­chała. Ciao, Bel­la.

Roz­mo­wa się skończyła, a Bel­la wciąż trzy­mała słuchawkę przy uchu. Znie­ru­cho­miała z za­stygłą twarzą. W końcu jej ciało ru­szyło kie­ro­wa­ne na­tu­ral­nym me­cha­ni­zmem prze­trwa­nia, zmu­szając ją do tego, żeby wzięła głęboki od­dech.

Jej sio­stra, jej mała sio­strzycz­ka, po­trze­bo­wała jej bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek in­dziej. Sera była je­dyną osobą, która mogła jej te­raz pomóc. Spoj­rzała na te­le­fon. Zdrętwiałe pal­ce nie­pew­nie wędro­wały po kla­wia­tu­rze. Pod­dała się. Kogo chce oszu­kać? Nie może do niej za­dzwo­nić. Życie Sery było wy­star­czająco pokręcone. Nie będzie jesz­cze bar­dziej jej pogrążać swo­imi pro­ble­ma­mi. Naj­lep­sze, co może zro­bić, to nie wta­jem­ni­czać jej w ten kosz­mar. Poza tym za dużo mu­siałaby wyjaśniać. Sko­ki w bok, zdra­da, okrop­na noc, kie­dy ją zo­sta­wił. Do tej pory nie była w sta­nie ni­ko­mu o tym opo­wie­dzieć. Za bar­dzo bolało. Znów po­czuła mdłości.

Od­chy­liła głowę w tył, a su­fit nad nią wy­da­wał się płynąć. Na­gle podłoga za­fa­lo­wała, więc kur­czo­wo chwy­ciła się opar­cia ławki, żeby nie stra­cić równo­wa­gi.

Prze­chodząca obok moc­no opa­lo­na ko­bie­ta, widząc jej roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce i lśniącą warstwę potu po­kry­wającą po­licz­ki, rzu­ciła z dez­apro­batą:

– Nar­ko­man­ka.

I od­da­liła się tak szyb­ko, jak po­zwo­liły jej na to pięcio­cen­ty­me­tro­we ob­ca­sy szpi­lek od Jim­my’ego Choo.

Bel­la włożyła głowę między ko­la­na i cze­kała, aż po­czu­je się le­piej. W ciągu paru mi­nut krew napłynęła do mózgu, od­dech się uspo­koił i mogła się po­zbie­rać.

Więc się żeni. O kur­wa. Z kim? Z tą samą głupią pindą, dla której ją zo­sta­wił? Bel­la znów po­czuła atak mdłości i opuściła głowę w dół na ko­lej­nych parę mi­nut.

„Ale dla­cze­go, do cho­le­ry, się przej­muję?”, pomyślała. Nie chciała go w swo­im życiu. Pragnęła, żeby ten po­twor­ny, upo­ka­rzający epi­zod od­szedł w za­po­mnie­nie. Czy­li te­raz na­prawdę się od nie­go uwol­ni i będzie mogła zająć się swo­im życiem? Może na­wet pomyśli, żeby się z kimś umówić, choć coś jej mówiło, że rany w ser­cu będą po­trze­bo­wać trochę więcej cza­su, żeby się porządnie za­goić.

Skąd więc taka re­ak­cja? „Może po pro­stu nie spo­dzie­wałam się tej wia­do­mości”, pomyślała. Co po­wie­działby jej te­ra­peu­ta? Błysk od­po­wie­dzi po­ja­wił się z tyłu jej głowy. Rósł i wypływał na po­wierzch­nię. Zdała so­bie sprawę, że od daw­na uni­kała tej myśli. Boże, co z nią było nie tak! Nie, nie ma mowy, zwy­czaj­nie nie ma mowy… Czy to możliwe, że wciąż go ko­cha?

3

Chan­trea Kim wy­biegła z sa­mo­lo­tu za ostat­nim, otu­ma­nio­nym podróżą i zmianą stre­fy cza­so­wej, pasażerem. Jak nie­wiel­ki wul­kan ener­gii i fru­stra­cji prze­mknęła obok dwóch strażników lot­ni­sko­wych, w pośpie­chu nie­mal zwa­lając ich z nóg.

Dzie­więcio­go­dzin­ny lot z Hong­kon­gu spędziła na pokładzie z tą nudną szmatą, Ca­ro­li­ne; ta baba umiała ze­psuć podróż.

Wpadła do dam­skiej to­a­le­ty, ściągając w drzwiach fir­mo­wy żakiet. Rzu­ciła to­rebkę obok umy­wal­ki i zaczęła zdej­mo­wać przez głowę bluzkę, na­wet jej nie roz­pi­nając. Od­twa­rzała w myślach podróż.

„Już wrzask roz­wy­drzo­ne­go dzie­cia­ka, który wy­buchł z chwilą, gdy ro­dzi­ce usa­do­wi­li się na swo­ich miej­scach, po­wi­nien mnie ostrzec, że ten lot będzie okrop­ny”, myślała, ob­ra­cając spódnicę w po­szu­ki­wa­niu zapięcia.

Po­tem ten rzy­gający gru­ba­sek – to do­pie­ro była przy­jem­ność. Strze­lił fon­tanną wy­mio­cin pro­sto w trzech pasażerów, za­raz po star­cie. Pierwszą go­dzinę spędziła, czyszcząc po­zo­stałości prze­tra­wio­ne­go big maca i ofe­rując znie­sma­czo­nym ofia­rom ze­sta­wy pokłado­we z pierw­szej kla­sy.

Lu­bieżne awan­se pierw­sze­go ofi­ce­ra, który próbował ją ob­ma­cy­wać za każdym ra­zem, gdy wno­siła na­po­je do kok­pi­tu, jesz­cze bar­dziej na­si­liły w niej złość. Zwłasz­cza wte­dy, gdy szepnął, że wygląda w mun­dur­ku jak niezły kąsek. Sama mało się nie po­rzy­gała.

Poza tym wy­da­nie piętna­stu posiłków, ta­jem­ni­czo za­pcha­na umy­wal­ka w jed­nej z to­a­let kla­sy eko­no­micz­nej i trzech pasażerów z różnymi fo­bia­mi. Tak, ten lot nie należał do przy­jem­nych. Mar­nie się czuła, była zmęczo­na i miała dosyć za­spo­ka­ja­nia ka­prysów wy­ma­gających pasażerów.

Odzia­na je­dy­nie w czar­ny ko­ron­ko­wy biu­sto­nosz i strin­gi otwo­rzyła torbę na kółkach i zaczęła przeglądać jej za­war­tość. Wciągnęła na nogi czar­ne leg­gin­sy, de­si­gner­ski top vin­ta­ge w fio­le­to­wym ko­lo­rze i dodała do tego długą, fio­le­to­wo-zie­loną, szy­dełko­waną ka­mi­zelkę. Stro­ju dopełniły mar­ten­sy w ko­lo­rze czer­wo­ne­go wina.

Bra­ko­wało tyl­ko jed­ne­go. Przetrząsała ko­sme­tyczkę w po­szu­ki­wa­niu ulu­bio­ne­go do­dat­ku. Wpięła lśniącą fio­le­tową treskę powyżej kar­ku, tworząc modną i au­ten­tycz­nie wyglądającą ple­rezę.

Przeglądając się w lu­strze nad umy­walką, zwi­chrzyła sztyw­ne, za­cze­sa­ne do tyłu włosy, na­dając im pun­ko­wy wygląd, roz­pro­wa­dziła ja­skra­wy fio­le­to­wy cień na po­wie­kach o mig­dałowym kształcie i wy­so­kich kościach po­licz­ko­wych, co dodało życia obo­wiązko­we­mu w jej li­niach lot­ni­czych flu­ido­wi Cla­rins Tau­pe. Ja­skra­wy od­cień ide­al­nie pod­kreślał jej południo­wow­schod­nią, azja­tycką cerę.

Wrzu­ciła mun­du­rek do tor­by, wy­frunęła z to­a­le­ty i po­mknęła ko­ry­ta­rzem napędza­na kom­for­tem mar­tensów. Rzut oka na ma­syw­ny pla­sti­ko­wy ze­ga­rek pod­po­wie­dział jej, że to naj­lep­szy czas, żeby wpaść do ulu­bio­ne­go skle­pu vin­ta­ge na Oxford Stre­et. Później musi ode­brać Sal­ly z przed­szko­la. Ogarnęło ją lek­kie po­czu­cie winy, ale dosyć szyb­ko się z nim roz­pra­wiła.

Chan­trea była ocza­ro­wa­na oko­licą Dar­lin­ghurst, z blich­trem dzi­wek i drag qu­eens kon­tra­stujących z mi­gającymi tu i ówdzie ce­le­bry­ta­mi – można było spo­tkać Cate Blan­chett czy Da­nie­la John­sa prze­cha­dzających się między pod­miej­ski­mi żebra­ka­mi, trans­we­sty­ta­mi czy ho­mo­sek­su­ali­sta­mi. Dar­lin­ghurst było dzi­kim miej­scem pod­bar­wio­nym splen­do­rem Syd­ney. Jak sta­ra wie­czo­ro­wa to­reb­ka, miej­sca­mi lśniąca, ale zma­to­wiała i prze­tar­ta na brze­gach.

Chan­trea była w swo­im żywio­le w nie­chluj­nym, pełnym łachów wnętrzu skle­pu z używaną odzieżą De­ca­des. Szyb­ko wyłowiła opi­nającą ciało krótką su­kienkę Puc­ci z roz­sze­rzającymi się do dołu ręka­wa­mi. Wprost ide­al­na na dzi­siej­sze spo­tka­nie Sza­li i żali. Będzie świet­nie wyglądać z no­wy­mi espa­dril­la­mi.

Spędziła ko­lejną go­dzinę na po­szu­ki­wa­niu skarbów, wy­obrażając so­bie ich byłych właści­cie­li, aż jej pra­co­wi­tość za­owo­co­wała oszałamiającą tu­niką z na­pi­sem Cher i parą białych ręka­wi­czek, które, jak przy­sięgała eks­pe­dient­ka, nosiła kie­dyś Do­ris Day.

Tuląc za­ku­py do pier­si, Chan­trea wy­nu­rzyła się z cze­luści skle­pu i skie­ro­wała do brud­nej włoskiej ka­fej­ki, żeby po­pi­jając podwójne espres­so, przyglądać się pa­ra­dzie gejów.

Jej komórka za­anon­so­wała nową wia­do­mość pio­senką Dead or Ali­ve You Spin Me Aro­und (Like a Re­cord). Prze­chodzący obok znie­wieściały kel­ner dał za­im­pro­wi­zo­wa­ny po­kaz tańca do tej me­lo­dii.

Wia­do­mość była od jej przy­ja­cie­la, Sama. Brzmiała: „Co, do cho­le­ry, he­te­ro­sek­su­al­ny oj­ciec dwójki dzie­ci może przy­nieść na spo­tka­nie żeńskie­go kółka dziewiarskie­go?”.

Chan­trea się zaśmiała. Sam po raz pierw­szy dołączy dziś do gro­na Sza­li i żali. Kie­dy jakiś czas temu Sera za­dzwo­niła z za­pro­sze­niem, żeby przyszła na spo­tka­nie kółka dzie­wiar­skie­go, wyśmiała ją.

– Je­dy­na rzecz, której nie mogę so­bie wy­obra­zić, a przy­najm­niej dopóki nie dojdę do osiem­dzie­siątki, to dzier­ga­nie. Dzięki – po­wie­działa wte­dy.

– Ale dzier­ga­nie to nowa joga – prze­ko­ny­wała ją Sera. – Jest su­per, wszy­scy to robią. To do­bry powód, żeby się spo­tkać i wypić parę lam­pek wina… A jeśli zro­bi­my przy tym coś war­te­go uwa­gi, ofia­ru­je­my to ja­kiejś fun­da­cji cha­ry­ta­tyw­nej. Pro­jekt Włóczka dla po­ko­ju.

– Do­bry Boże, brzmi okrop­nie – jęknęła Chan­trea.

– Mówię ci, to faj­ne i na cza­sie – na­ma­wiała ją Sera. – Na­zy­wa­my się Sza­le i żale.

Ta na­zwa ją ujęła.

– No do­brze, spróbuję – zgo­dziła się niechętnie.

Na pierw­szym spo­tka­niu Chan­trea po­znała mi­lutką przy­ja­ciółkę Sery, Mal­lo­ry, i sąsiadkę, Ja­cqu­eli­ne (która jak na jej gust była zbyt sztyw­na), i od­kryła, że prze­ja­wia praw­dzi­wy ta­lent do dzier­ga­nia dużych, ko­lo­ro­wych rze­czy z mo­he­ru i kasz­mi­ru.

Tego wie­czo­ru miała przed­sta­wić no­we­go członka gru­py, Sama, sa­mot­ne­go ojca z przed­szko­la Sal­ly, z którym plot­ko­wała przy od­sta­wia­niu i od­bie­ra­niu dzie­ci. Wy­da­wał się bar­dzo miły, więc za­pro­po­no­wała, żeby do nich dołączył. Była na­prawdę zdzi­wio­na, kie­dy się zgo­dził.

Zaśmiała się, czy­tając wia­do­mość, i od­pi­sała: „Wy­kro­je, ko­ron­ko­we ser­wet­ki, za­lot­ki i far­tu­szek”.

Na drew­nia­nym sto­le, wypełniającym małe biu­ro w sze­re­gow­cu przy węźle Bon­di, zadźwięczał te­le­fon. Sam prze­pro­sił klien­ta, wy­do­był komórkę spod szkiców prze­bu­do­wy ma­ga­zynów w Wo­ol­lo­omo­oloo i spoj­rzał na wia­do­mość od Chan­trei. Uśmiechnął się sze­ro­ko.

Kie­dy już od­pro­wa­dził klien­ta do drzwi i obie­cał ko­lej­ne po­praw­ki do następne­go ty­go­dnia, spraw­dził go­dzinę. Nie­ste­ty nie miał zbyt dużo cza­su na za­ku­py, za­nim od­bie­rze dziew­czyn­ki.

Czter­dzieści mi­nut później stał zakłopo­ta­ny pośrod­ku wiel­kie­go skle­pu z za­baw­ka­mi. Isa­bel­le i Ale­xan­dra po­trze­bo­wały ko­stiumów na bal prze­bie­rańców i obie­cał im zna­leźć coś wspa­niałego.

Wie­czo­rem słyszał, jak szepczą w łóżkach, a rano Ale­xan­dra oznaj­miła, że chce być Mi­kiem Wa­zow­skim, Isa­bel­le zaś chciałaby wystąpić jako Ariel. Słuchając, jak Isa­bel­le czy­ta opo­wia­da­nie, mruknął:

– W porządku.

Przy­go­to­wał im dru­gie śnia­da­nie, do­pi­jając kawę.

Ale te­raz miał dy­le­mat. W jed­nej dłoni trzy­mał błękitną ak­sa­mitną su­kienkę Królew­ny Śnieżki, w dru­giej ko­stium w biało-nie­bie­skie pa­ski po­sta­ci z pro­gra­mu Ba­na­ny w piżamach. Wpa­try­wał się w nie i jed­no­cześnie żałował, że nie spy­tał córek, kim lub czym są Mike Wa­zow­ski i Ariel. W ta­kich chwi­lach bar­dzo bra­ko­wało mu żony.

Obsługa w wiel­kim skle­pie była nie­licz­na i nie­uchwyt­na. Sam zwrócił głowę w pra­wo, gdy kątem oka do­strzegł prze­chodzącego w szyb­kim tem­pie na­sto­lat­ka w nie­bie­skim uni­for­mie. Po­tem wy­ko­nał gwałtow­ny zwrot w lewo, widząc ko­lej­ne­go, prze­bie­gającego na końcu rzędu regałów, zasłaniającego się tek­tu­rową po­sta­cią Buz­za Li­gh­ty­eara.

Powlókł się do sta­no­wi­ska in­for­ma­cji, gdzie szyb­ko zniechęciła go długa ko­lej­ka nie­za­do­wo­lo­nych klientów. „No, to będzie wy­ma­gać trochę in­ne­go po­dejścia”, wy­mru­czał pod no­sem, pod­chodząc do małego chłopca wpa­trującego się z po­dzi­wem w de­sko­rol­ki.

– Wypróbuj – po­wie­dział. – Je­stem pew­ny, że nie mają nic prze­ciw­ko temu.

Dzie­ciak pod­niósł głowę z uśmie­chem – ta­kiej zachęty po­trze­bo­wał. Ściągnął naj­większą deskę z półki, wsko­czył na nią i krzycząc radośnie, po­mknął wzdłuż regałów z Bar­bie.

Sztucz­ka za­działała jak zaklęcie.

– Ej, ty – usłyszał głos z mu­tacją. – Nie można się tym bawić.

Właści­ciel głosu, z twarzą ob­sy­paną trądzi­kiem, zma­te­ria­li­zo­wał się w ma­gicz­ny sposób i po­spie­szył w ich stronę. Dzie­ciak gniew­nie spoj­rzał na Sama, po­rzu­cił deskę i zszedł ze sce­ny.

– Cho­le­ra. – Nie­zgrab­ny na­sto­la­tek badał stan nie­ska­zi­tel­nej nie­gdyś alei Bar­bie.

– Może po­mogę – po­wie­dział Sam, pod­nosząc z podłogi parę la­lek.

– Dzięki – wy­mam­ro­tał chłopak.

– Nie ma za co – uśmiechnął się Sam. – A właśnie, a może ty mógłbyś mi pomóc?

Ple­cy na­sto­lat­ka ze­sztyw­niały, kie­dy schy­lił się, żeby pod­nieść następną lalkę.

– No… nie wiem… Niedługo kończę… – wystękał, patrząc na nur­ko­wy ze­ga­rek.

– Ko­stiu­my – po­wie­dział sta­now­czo Sam. – Po­trze­buję ko­stiumów.

– Tak, su­per – od­po­wie­dział na­sto­la­tek z ulgą, że wy­ma­ga­nia nie są wiel­kie. – Rząd szósty. Oszałamiający wybór, koleś.

– Nie… – Sam spoj­rzał na pla­kietkę z imie­niem – Vic­tor. – „Cóż za opty­mi­stycz­ni ro­dzi­ce”, pomyślał. – Wiem, gdzie są ko­stiu­my – ciągnął, za­nim roz­czo­chra­na kre­atu­ra zdąży czmychnąć. – Ale nie mogę zna­leźć tego, cze­go szu­kam. Co to jest Mike Wa­zow­ski?

– Po­two­ry i spółka? – od­po­wie­dział z sym­pa­tią Vic­tor, jak­by było mu żal tego nieświa­do­me­go, sta­re­go człowie­ka.

– Nooo… – po­wie­dział nie­pew­nie Sam.

– Taki zie­lo­ny okrągły fa­cet? Piłka? Z rękami i no­ga­mi? I jed­nym okiem?

Sam chciał ude­rzać na­sto­lat­ka w usta za każdym ra­zem, gdy wy­do­by­wały się z nich wy­so­kie, mu­ta­cyj­ne brzmie­nia.

– No do­bra – po­wie­dział cier­pli­wie. – A Ariel?

– Sy­ren­ka? No wiesz? Z Małej Sy­ren­ki? I Małej Sy­ren­ki 2? A, i chy­ba była też w Małej Sy­ren­ce 3?

– Ma­cie te ko­stiu­my?

– No nie wiem. Może tak. Mie­liśmy. Więc może mamy. Ale mo­gliśmy je sprze­dać, to wte­dy nie mamy.

– Mam su­per­po­mysł. Może byś tak spraw­dził?

– No do­bra – od­po­wie­dział Vic­tor, tępo spoglądając na Sama, żeby oce­nić, czy fa­cet na se­rio chce, żeby szedł aż do szóste­go rzędu.

Dra­piąc prysz­cza na bro­dzie, zde­cy­do­wał, że poważnie o tym myśli, więc odwrócił się i powłócząc no­ga­mi, skręcił w naj­bliższą alejkę, z Sa­mem za ple­ca­mi.

Po­bieżnie rzu­cił okiem na ścianę z ko­stiu­ma­mi.

– Nie, nie mamy ich – po­wie­dział.

– A to co? – spy­tał Sam, unosząc okrągłą, zie­loną fi­gurę z jed­nym okiem.

– O, to Mike Wa­zow­ski? Z Po­tworów i spółki?

Sam uniósł rudą pe­rukę i rybi ogon z to­pem na wie­sza­ku.

– A to? Czy to Ariel?

– Nie, to Ariel. Przy­kro mi, że nie mogłem pomóc.

Na­sto­la­tek powlókł się z po­wro­tem, pod­trzy­mując jedną ręką spodnie.

Sam wes­tchnął i po­szedł do kasy.

Dzi­siej­sza li­sta spraw do załatwie­nia Ja­cqu­eli­ne Bo­uvier była długa na ki­lo­metr. Było już na niej wy­star­czająco dużo punktów, za­nim chłopcy do­da­li jej przy śnia­da­niu więcej obo­wiązków. Uśmiechnęła się z pobłażaniem; mężczyźni, co oni by zro­bi­li bez ko­biet.

Jo­shua i Da­niel zda­wa­li wkrótce eg­za­mi­ny, więc nie miała nic prze­ciw­ko temu, jak Da­niel spy­tał, czy mama może zwrócić jego DVD do wypożyczal­ni, choć mieściła się tuż obok szkoły. Jo­shua po­pro­sił, żeby od­wiozła gry na kon­solę Wii Ty­le­ra do jego domu w Lon­gu­evil­le. Ty­ler leżał cho­ry i chciał je z po­wro­tem, a Jo­shua miał je wczo­raj wziąć do szkoły, ale za­po­mniał.

A po­tem, dokład­nie w chwi­li, gdy weszła do domu po od­wie­zie­niu ich do szkoły (nie lu­bi­li jeździć au­to­bu­sem), ten głuptas za­dzwo­nił, że za­po­mniał wziąć stro­ju na zajęcia spor­to­we! Nic ta­kie­go, tyl­ko pół go­dzin­ki. No, go­dzi­na, jeśli li­czyć drogę po­wrotną.

Tho­mas chciał, żeby ode­brać jego ubra­nia z pral­ni, oddać wędkę do na­pra­wy (od­sta­je kołowro­tek) i pod­sko­czyć po kil­ka rze­czy do skle­pu z narzędzia­mi Bun­nings. Chciał też, żeby kupiła mu nową bie­liznę. Wspo­mniała wpraw­dzie rano, że ma za dużo spraw na głowie i za­kup bie­lizny może przełożyć na inny dzień, ale gry­mas nie­za­do­wo­le­nia znad ga­ze­ty prze­ko­nał ją, że i na to znaj­dzie czas.

Załatwiw­szy za­ku­py w Bun­nings, skie­ro­wała się do domu han­dlo­we­go Da­vid Jo­nes i kupiła mężowi zwy­czaj­ne sli­py, igno­rując wy­strzałowe bok­ser­ki z ly­cry w cu­kier­ko­wych ko­lo­rach. Jej Tho­mas był tra­dy­cjo­na­listą, zwłasz­cza jeśli cho­dzi o bie­liznę, i miała uzna­nie dla jego kon­se­kwen­cji.

W końcu wszyst­kie za­da­nia zo­stały wypełnio­ne i wresz­cie miała czas dla sie­bie.

Nieczęsto zda­rzało się wol­ne popołudnie. Jed­nak dziś Tho­mas umówił się na ko­lację z klien­ta­mi, a chłopcy mie­li po szko­le zajęcia spor­to­we, więc Ja­cqu­eli­ne była uspra­wie­dli­wio­na, od­dając się przy­jem­ności za­kupów.

De­ser, który chciała za­nieść na wie­czor­ne spo­tka­nie u Sery, mu­siał być wyjątko­wy. Chan­trea za­mie­rzała przy­pro­wa­dzić no­we­go członka gru­py: mężczyznę. Wdo­wiec z dwójką dzie­ci, a Chan­trea su­ge­ro­wała, że czu­je się osa­mot­nio­ny.

Ja­cqu­eli­ne z nie­cier­pli­wością stu­kała nogą, ska­nując półki naj­większe­go skle­pu z wy­po­sażeniem ku­chen­nym w Syd­ney, szu­kając od­po­wied­nie­go na­czy­nia. Nie mogło być zbyt ko­bie­ce, z uwa­gi na męskie to­wa­rzy­stwo, ale po­win­no być wy­star­czająco de­li­kat­ne, żeby pa­so­wało do tor­tu Pawłowej.

Jej uwagę przy­ciągnęła pacz­ka de­ko­ra­cyj­nych ha­czyków na ście­recz­ki. Każdy o kształcie małej osóbki, w po­god­nych bar­wach i ze słod­ki­mi twa­rzycz­ka­mi. Zerknęła na eks­pe­dientkę zajętą pre­zen­tacją ema­lio­wa­nych żeliw­nych garnków. Nie sposób było się oprzeć ha­czykom.

Z po­wro­tem do na­czyń. Ales­si z nie­rdzew­nej sta­li był mod­ny, ale bar­dziej pa­so­wałby do no­wo­cze­sne­go po­miesz­cze­nia, jak apar­ta­ment Bel­li, a nie do re­tro w sty­lu lat sześćdzie­siątych. Sera utrzy­my­wała, że tak właśnie chciała urządzić dom, choć było ja­sne, że przy­najm­niej kuch­nia do­ma­ga się grun­tow­ne­go re­mon­tu. Ja­cqu­eli­ne miała ochotę wy­brać fi­li­gra­nową pa­terę z białego me­ta­lu, która ide­al­nie pa­so­wałaby do de­li­kat­nej bezy, ale zde­cy­do­wała się na kre­mową, ce­ra­miczną, po­zba­wioną de­ko­ra­cji. Fak­tu­ra Pawłowej będzie kon­tra­sto­wać z pro­stotą na­czynia i nie będzie jej przyćmie­wać ja­kieś fru-fru. „Świet­nie”, pomyślała, klaszcząc z radością w dłonie. Zapłaciła za pa­terę, prosząc o za­pa­ko­wa­nie jej w podwójną warstwę fo­lii bąbel­ko­wej, i wyszła ze skle­pu.

Te­le­fon za­sy­gna­li­zo­wał przy­chodzącą wia­do­mość od Sery, po­twier­dzającą ku­li­nar­ny wkład Sama.

– Mam na­dzieję, że pasz­tet jest okej – prze­czy­tała.

Pasz­tet? Nie na to się uma­wia­li. Tupnęła stopą obutą w ba­le­ri­ny i po­mknęła z po­wro­tem do skle­pu. Musi jed­nak wy­mie­nić pa­terę na Ales­si.

Na­pi­sała ese­me­sa do Mal­lo­ry: „Nie przy­noś nic mięsne­go, Sam przy­cho­dzi z pasz­te­tem”.

Te­le­fon Mal­lo­ry zadźwięczał, gdy miała wejść do ulu­bio­ne­go skle­pu z dżin­sa­mi. Po chwi­li za­sta­no­wie­nia wzru­szyła ra­mio­na­mi i wy­ka­so­wała dziwną wia­do­mość od Ja­cqu­eli­ne.

Wsko­czyła do skle­pu oświe­tlo­ne­go je­dy­nie ja­skrawą dys­ko­te­kową lampą, która rozbłyski­wała w rytm buczącej mu­zy­ki. Ścia­ny ob­le­piały rur­ki, acid-wa­shed, sto­ne-wa­shed, ciem­ne, ja­sne, białe, bez ozdób, z dziu­ra­mi, z obniżonym sta­nem, prze­cie­ra­ne pia­skiem, ka­mie­nia­mi, spłowiałe, po­dar­te, na su­wa­ki, z różnym wykończe­niem, ob­ci­skające, a każda para ze stre­czu.

Re­tro tęcza ja­skra­wej żółci, ciem­no­nie­bie­skie­go i tur­ku­su blu­zek krzy­czała o uwagę, po­dob­nie jak T-shir­ty w nie­bie­sko-żółte pasy z wy­szar­pa­nym de­kol­tem, leg­gin­sy w krzy­kli­wych ko­lo­rach i mi­nispódnicz­ki w lam­par­cie wzo­ry. Z ko­szy wy­le­wały się pstro­ka­te naręcza ta­nich bran­so­le­tek i in­nych błysko­tek.

Mal­lo­ry była w swo­im żywio­le, za­chwy­cając się każdą rzeczą, zdzie­rając ubra­nia z wie­szaków w dro­dze do przy­mie­rzal­ni, szyb­ko za­po­mi­nając, że piętnaście lat wcześniej wysłała całe tor­by ta­kich sa­mych ciuchów do sklepów fun­da­cji cha­ry­ta­tyw­nej.

Kupiła leg­gin­sy, ge­try i ob­cisłe dżinsy dla sie­bie i piętna­sto­let­niej córki, Til­ly, która szczęśli­wie nosiła ten sam roz­miar, co jej młoda mama.

Cze­kając, aż eks­pe­dient­ka prze­sta­nie za­chwy­cać się no­wym kol­czy­kiem w no­sie koleżanki, Mal­lo­ry spraw­dziła te­le­fon i zna­lazła gru­pową wia­do­mość od Bel­li: „Nie uda mi się dzi­siaj do­trzeć. W San­ta Mo­ni­ca. Prze­pra­szam”.

„San­ta Mo­ni­ca? Czy to nie tam, gdzie miesz­ka Cyn­di Lau­per?”, pomyślała Mal­lo­ry.

Dom Sery miał za­sad­ni­cze wy­po­sażenie dziel­ni­cy Pad­ding­ton – wewnętrzny par­king. Wje­chała pod wiatę za bu­dyn­kiem, ko­lej­ny raz dziękując w du­chu za tę za­letę.

Przewrócona tacz­ka spra­wiła, że mu­siała za­par­ko­wać poza osłoną, w lek­kim desz­czu. Wor­ki ściółki po­rzu­co­ne na pod­jeździe pro­siły o uwagę. Przez ostat­nie ty­go­dnie chciała uporządko­wać wa­rzyw­nik, ale nie udało się jej wyjść poza za­kup ściółki i wyciągnięcie po­rdze­wiałej tacz­ki. Wes­tchnęła i oparła czoło na kie­row­ni­cy, żeby przy­go­to­wać się na ko­lej­ne wy­zwa­nie – obiad i bi­twa przed pójściem do łóżka.

Wciąż jesz­cze pamiętała nie tak od­ległe dni, kie­dy mogła po pro­stu wyjść z sa­mo­cho­du, prze­biec do podwórzo­wych drzwi, wejść, nalać so­bie lampkę wina i spo­koj­nie po­sie­dzieć. Brała wol­ność za pew­nik. Te­raz jej ciało tęskniło do po­przed­nie­go życia – cho­ciaż na dzień lub dwa.

W jej głowie po­ja­wiła się wi­zja Bel­li za­nu­rzo­nej w pia­no­wej kąpie­li; po­czuła ukłucie złości. Oto jej sio­stra, w Los An­ge­les, w wiel­kim świe­cie, nie może na­wet tak się zor­ga­ni­zo­wać, żeby być w domu na co­mie­sięczne spo­tka­nie Sza­li i żali. I oto ona, Sera, uwięzio­na w oko­wach do­mo­wych obo­wiązków.

Od zakończe­nia pra­cy minęły całe go­dzi­ny. Wpadła na nie­za­pla­no­wa­ny pe­di­kiur, ode­brała dzie­ci z przed­szko­la, przeżyła cha­os su­per­mar­ke­tu, ode­brała z ap­te­ki re­ceptę na pigułki an­ty­kon­cep­cyj­ne, po­le­co­ne z pocz­ty i kupiła wino na wieczór. Kie­row­ni­ca zro­biła się lep­ka od jej zaciśniętych dłoni. Uniosła głowę i otwo­rzyła oczy.

– No do­bra – po­wie­działa z de­ter­mi­nacją do dzie­ci. – Do ro­bo­ty!

Naj­pierw wyjęła ma­lu­chy z sa­mo­cho­do­wych krze­sełek, od­po­wia­dając na dzie­siątki sta­now­czych pytań Ma­de­li­ne i próbując prze­ko­nać Har­ry’ego, żeby nie wkładał kawałka owo­cu do ucha. Umo­co­wała im na ple­cach prze­pełnio­ne ple­ca­ki, schy­liła się, żeby pod­nieść kred­ki i po­jem­nik na dru­gie śnia­da­nie, które wy­padły z nie­za­piętej tor­by Har­ry’ego z wi­ze­run­kiem z fil­mu To­mek i przy­ja­cie­le, i popędziła ich w stronę schodów.

– Pada – jęknęła Ma­de­li­ne.

– To szyb­ciut­ko wchodź na scho­dy – od­po­wie­działa Sera.

Har­ry był zmęczo­ny i stał ci­cho, patrząc na mamę wzro­kiem bied­ne­go psia­ka błagającego, żeby wzięła go na ręce. Nie było sen­su go prze­ko­ny­wać, żeby szedł sam, kie­dy był w ta­kim sta­nie. Sera zde­cy­do­wała się na do­dat­kową rundę do sa­mo­cho­du i dźwignęła go na bio­dro. Prze­rzu­ciła pa­sek to­reb­ki na dru­gie ramię i wyjęła z bagażnika kil­ka sia­tek z za­ku­pa­mi.

Padało co­raz bar­dziej i wspi­nacz­ka po śli­skich scho­dach z do­dat­ko­wym obciążeniem nie była łatwa.

– Za­pu­kaj do drzwi! – krzyknęła do Ma­de­li­ne, która do­tarła już na miej­sce. – Może bab­cia nam otwo­rzy.

Mad­dy uniosła rączkę, wspięła się na pal­ce i kil­ka razy moc­no za­stu­kała dzie­cięcą piąstką.

Sera wto­czyła się na naj­wyższy sto­pień i uniosła ko­la­no, żeby po­de­przeć zsu­wającego się syn­ka. Stojąc na jed­nej no­dze, chwy­ciła wszyst­kie tor­by jedną ręką, żeby móc przekręcić w zam­ku opor­ny klucz. Kie­dy już udało się jej otwo­rzyć drzwi, Ma­de­li­ne wpadła gwałtow­nie do środ­ka, a Sara po­tknęła się i stra­ciła kon­trolę nad siat­ka­mi, to­rebką i klu­cza­mi. Wszyst­ko się roz­sy­pało.

Po­sa­dziła syna na podłodze i schy­lając się, żeby wyjąć awo­ka­do spod ku­chen­ne­go stołu, zo­ba­czyła kap­cie teścio­wej siedzącej na ka­na­pie. Zaj­rzała do sa­lo­nu, żeby się przy­wi­tać.

Na różowo-białym ple­dzie z an­go­ry okry­wającym ko­la­na Joan leżały plot­kar­ski ma­ga­zyn i pi­lot od te­le­wi­zo­ra.

Na­to­miast pokój wypełniały głosy roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych uczest­ników Fa­mi­lia­dy.

Joan zerknęła znad oku­larów.

– O, to wy. Tak myślałam, słysząc to upo­rczy­we pu­ka­nie.

– Mogłaś nam otwo­rzyć. – Sera sta­rała się nie oka­zy­wać iry­ta­cji.

Na sto­li­ku do kawy piętrzył się stos na­czyń. „Wypiła dziś pięć filiżanek her­ba­ty”, po­li­czyła.

– Żeby się prze­mo­czyć? Prze­cież pada deszcz. – Joan na­cisnęła gu­zik na pi­lo­cie, żeby zagłuszyć płacz Har­ry’ego. – Dzwo­niła two­ja mat­ka.

Sera jęknęła. To ostat­nia rzecz, ja­kiej te­raz po­trze­bo­wała. Har­ry za­no­sił się płaczem. Uno­sił rączki do góry, chcąc, żeby wzięła go na ręce. Za­ku­py całko­wi­cie zmokną w otwar­tym bagażniku, ale nic na to nie po­ra­dzi, dopóki nie uspo­koi dziec­ka.

Za­niosła zmęczo­ne­go, wijącego się syn­ka do kuch­ni i włączyła mu DVD z pro­gra­mem dla dzie­ci. Har­ry włożył kciuk do buzi i oparł główkę na ra­mie­niu Sery, wpa­trując się w ekran. Ci­chut­ko otwo­rzyła szu­fladę, nasłuchując dźwięków z sa­lo­nu. Har­ry wcze­pił się w jej bio­dro jak mały ko­ala. Przede wszyst­kim ko­or­dy­na­cja. Je­den niewłaściwy ruch i wszyst­ko weźmie w łeb.

Spraw­nie wyjęła wolną ręką bu­telkę, napełniła ją mle­kiem i dodała spo­ro sy­ro­pu cze­ko­la­do­we­go, który co praw­da może źle wpłynąć na ząbki syn­ka, ale za­pew­ni jej parę mi­nut spo­ko­ju. Har­ry ob­ser­wo­wał jej po­czy­na­nia, po­zwa­lając Se­rze po­sa­dzić się na ku­chen­nym krześle, pod­czas gdy przy­go­to­wy­wała jego ulu­bio­ny napój. Bezdźwięcznie zakręciła bu­telkę i podała dziec­ku, zer­kając ner­wo­wo w kie­run­ku teścio­wej.

Zmęczo­ne ciało Har­ry’ego roz­luźniło się, przy­mknął oczy, pożądli­wie ssąc słod­kie mle­ko. Sera zdała so­bie sprawę, że wstrzy­mała od­dech na kil­ka se­kund i go wypuściła.

– Mam na­dzieję, że nie da­jesz mu bu­tel­ki – usłyszała głos Joan. – Jest już na to zde­cy­do­wa­nie za duży.

Sera uniosła oczy. Zo­stała złapa­na na gorącym uczyn­ku.

– Okręcił so­bie cie­bie wokół pal­ca, dziew­czy­no. Nie tak to wyglądało za mo­ich czasów. Mu­sisz być bar­dziej sta­now­cza… – Głos Joan ucichł.

Sera nie miała cza­su na kłótnie. Mu­siała się po­spie­szyć, za­nim Har­ry za­uważy, że jej nie ma, i zno­wu za­cznie ma­ru­dzić.

Po­biegła do drzwi, prze­sko­czyła nad roz­sy­pa­ny­mi za­ku­pa­mi, zbiegła ze schodów, chwy­ciła siat­ki, za­mknęła sa­mochód i ru­szyła z po­wro­tem do domu. Wpadła w drzwi, obiła się o fra­mugę i jesz­cze raz upuściła tor­by na podłogę, zgnia­tając stopą paczkę chle­ba, gdy sta­rała się złapać równo­wagę.

Joan uniosła się na fo­te­lu, urażona hałasem.

– Mu­sisz za­wsze robić tyle szu­mu, kie­dy wcho­dzisz do domu?! – krzyknęła.

Ma­de­li­ne sie­działa na podłodze u stóp fo­te­la, bez­myślnie gapiąc się w ekran te­le­wi­zo­ra.

– Co będzie na obiad? – spy­tała Joan, zmie­niając kanał, żeby zo­ba­czyć, jak dziś jest ubra­na jej ulu­bio­na pre­zen­ter­ka.

Har­ry znów zaczął za­wo­dzić.

Sera pod­niosła część za­kupów z podłogi i po­deszła do dziec­ka, którego płacz prze­cho­dził już w gardłowy krzyk. Mały wyciągnął smo­czek z bu­tel­ki, a resz­ta mle­ka wylała się na nie­go i na podłogę.

Obeszła kałużę i odłożyła za­ku­py na ławę.

Mo­kra, uma­za­na cze­ko­ladą twarz dziec­ka była wy­krzy­wio­na złością.

Spraw­dziła w myślach listę za­kupów.

– O nie. Lody.

Ma­de­li­ne krzyknęła, że jest głodna.

Joan znów spy­tała, co na obiad.

Har­ry stał na krześle i wyciągał do niej pulch­ne, lep­kie rączki.

Sera wdepnęła w kałużę mle­ka, chwy­tając go, żeby nie spadł.

Za­uważyła smu­gi cze­ko­la­dy roz­sma­ro­wa­ne na jej służbo­wej ko­szu­li i przy­po­mniała so­bie, że nie ma czy­stych rze­czy na ju­trzejszą zmianę.

Zno­wu wes­tchnęła i moc­niej przy­tu­liła syn­ka. „A, pie­przyć uni­form”, pomyślała, dźwi­gając kłębek nie­do­li, smarków i cze­ko­la­dy do łazien­ki na piętrze. Zadręczała się myślą, że nie da rady wszyst­kie­go uporządko­wać. Fru­stro­wał ją ka­ta­klizm w kuch­ni, ale Har­ry jej po­trze­bo­wał i to było ważniej­sze.

– Co po­wiesz na wspólną kąpiel, mój mały mężczy­zno? – szepnęła mu do uszka.

– Uhum – sapnął uspo­ko­jo­ny tym, że wresz­cie jest tam, gdzie chciał być przez cały dzień; w ra­mio­nach mamy.

Moc­no obej­mo­wał jej szyję, bojąc się, że może zmie­nić zda­nie. Ale dzięki la­tom prak­ty­ki po­tra­fiła ro­ze­brać ich obo­je i przy­go­to­wać kąpiel bez wy­pusz­cza­nia go z rąk.

Sera usiadła w wan­nie z syn­kiem, który w końcu prze­stał się moc­no w nią wpi­jać i bawił się te­raz, roz­pry­skując wodę. Wkrótce dołączyła do nich Ma­de­li­ne.

Wy­cie­rała dzie­ci po kąpie­li, kie­dy usłyszała trzask drzwi.

– A to co, do diabła…? – do­biegł ją głos Tony’ego.

Przy­po­mniała so­bie, w ja­kim sta­nie jest dom. Czuła się nic nie­war­ta, kie­dy mąż wcho­dził do domu, w którym pa­no­wał cha­os. „Boże, prze­cież to nie lata pięćdzie­siąte”, pomyślała. Była dobrą, tro­skliwą matką, która po­trze­by dzie­ci sta­wiała na pierw­szym miej­scu.

Włożyła długi szla­frok i zbiegła po scho­dach.

– Cześć, ko­cha­nie – po­wie­działa Sera, unosząc twarz do  pocałunku.

Cmoknął ją w roz­tar­gnie­niu, patrząc na ka­ta­strofę w kuch­ni: roz­ta­piające się lody, zgnie­cio­ny chleb i masę pro­duktów roz­sy­pa­nych na podłodze.

Joan ra­czyła odwrócić wzrok od te­le­wi­zo­ra.

– Moje bied­ne ko­cha­nie, je­steś taki zmęczo­ny i na pew­no głodny. Ale obiad chy­ba jesz­cze nie­ugo­to­wa­ny – rzu­ciła z sar­ka­zmem.

– Nic się nie martw, mamo – od­po­wie­dział Tony, wrzu­cając pas z narzędzia­mi do sza­fy i zbie­rając za­ku­py, pod­czas gdy Sera po­spiesz­nie ułożyła w mi­secz­kach owo­ce i kra­ker­sy, a po­tem po­biegła na górę z posiłkiem przy­go­to­wa­nym dla dzie­ci.

– Do­bra­noc, dzie­cia­ki – zawołał Tony do Mad­dy i Har­ry’ego, patrząc w górę przez ba­rierkę schodów. – Do zo­ba­cze­nia rano.

Dzie­ci jadły, a Sera czy­tała im bajkę. Wy­pieściła je, utu­liła do snu i zeszła na dół.

Tony wy­tarł kałużę mle­ka i lody.

Sera na­mo­czyła służbową ko­szulę, po­zbie­rała resztę za­kupów i przy­go­to­wała posiłek składający się z zupy z pusz­ki i opie­czo­nych ka­na­pek.

Sta­wiając ta­le­rze na sto­le w sa­lo­nie, spoj­rzała na ze­gar w kształcie gwiaz­dy wiszący nad ko­min­kiem. Zo­stała jej tyl­ko go­dzi­na na zro­bie­nie szyb­kie­go porządku ze sobą i w domu, za­nim za­czną się scho­dzić człon­ko­wie kółka dzie­wiar­skie­go. Da radę?

Joan po­dejrz­li­wie spoj­rzała na ka­napkę z tuńczy­kiem.

– Chleb ma jakiś dziw­ny kształt – po­wie­działa.

4

Sera nie nosiła spódnic. Na­wet długie mogły odsłonić więcej, niż by chciała. Ale co mogła zro­bić? W tym se­zo­nie białe lnia­ne spódnicz­ki były bar­dzo mod­ne, a Sera za­wsze podążała za tren­da­mi.

Po całym cha­osie dnia i zwykłym sar­ka­zmie Joan z ulgą za­mknęła się w swo­im po­ko­ju, żeby przy­go­to­wać się do spo­tka­nia Sza­li i żali.

Ana­li­zo­wała swo­je od­bi­cie w dużym lu­strze. Nogi były nie­mal całkiem za­kry­te przez sięgającą ko­stek białą, lnianą spódnicę, ale i tak nie była pew­na, czy będzie miała wy­star­czająco dużo od­wa­gi, żeby ją założyć. Może udałoby się za­po­biec awa­rii, gdy­by spędziła cały wieczór na stojąco?

Przy­najm­niej jej ciem­no­sza­ra bluz­ka na ramiączka i nowe klap­ki nie po­wo­do­wały mo­do­wych roz­te­rek. Klap­ki wy­pa­trzyła pod­czas prze­rwy. Lśniące ka­mie­nie wzdłuż pasków opla­tających pal­ce połyski­wały tak cud­nie, że nie mogła się oprzeć za­ku­po­wi.

Oczy­wiście po­tem mu­siała się jakoś wcisnąć na pe­di­kiur po pra­cy i zna­leźć od­po­wied­ni cze­ko­la­do­wy ko­lor la­kie­ru do pa­znok­ci, który pa­so­wałby do ka­mie­ni. Po­ru­szając z radością pal­ca­mi stóp, stwier­dziła, że war­to było zna­leźć do­dat­kową go­dzinę opie­ki nad dziećmi, wyjść wcześniej z pra­cy i po raz ko­lej­ny odwołać, i tak spóźnioną, cy­to­lo­gię.

Cho­le­ra! Nie miała na­wet cza­su, żeby pomyśleć o za­ku­pie włóczki i drutów na dzi­siejszą sesję. Mie­siące minęły od cza­su, gdy skończyła swój ostat­ni pro­jekt; ra­czej dra­ma­tycz­nie wyglądający szal, którego Ma­de­li­ne nie chciała nosić.

Myślała na­wet, żeby zacząć robić czapkę dla Har­ry’ego, ale gdzieś zginęła jej tor­ba z robótka­mi, którą kupiła na wy­prze­daży. Wciąż miała na­dzieję, że się znaj­dzie. To była świet­na tor­ba.

Ale w końcu Sza­le i żale to tyl­ko wy­god­na wymówka, żeby napić się wina i wyżalić. I to było dla Sery w porządku. Chciałaby tyl­ko, żeby była tu Bel­la. Od wieków się nie wi­działy.

Ostat­ni raz rzu­ciła okiem do lu­stra. Gołe kost­ki, nie­przy­wykłe do dzien­ne­go światła, wy­sta­wały spod rąbka spódni­cy. Nie mogła tego zro­bić. Po­biegła z po­wro­tem do gar­de­ro­by i z szu­fla­dy wypełnio­nej raj­sto­pa­mi i pończo­cha­mi wyciągnęła sza­re leg­gin­sy.

– Cześć, piękności moje, do­brze, że założyłaś spódnicę. Świet­nie w niej wyglądasz – po­wie­dział Tony, wchodząc do sy­pial­ni, żeby się prze­brać.

– Tak, tak. – Sera zi­gno­ro­wała kom­ple­ment i schy­liła się szyb­ko, kie­dy próbował ją pocałować. – Le­piej się po­spiesz, two­je zajęcia z biz­ne­su za­czy­nają się za piętnaście mi­nut.

– Już się robi – od­po­wie­dział, wsu­wając na nogi buty Nike. – Przy­najm­niej mama wy­cho­dzi na lekcję włoskie­go i nie będzie się wam plątać pod no­ga­mi.

Sera pokręciła głową.

– Nie­ste­ty w sa­mo­cho­dzie Ma­vis wy­siadł aku­mu­la­tor, więc nie będzie miała jak do­je­chać.

– O, cho­le­ra. – Tony stanął w drzwiach, wciągając biały T-shirt. – I to aku­rat w ten dzień, kie­dy wszy­scy przy­chodzą do cie­bie.

– Nie­ważne – od­po­wie­działa dziel­nie Sera. – Je­stem pew­na, że będzie się po­tra­fiła za­cho­wać w to­wa­rzy­stwie. Choć jest trochę za­wie­dzio­na, że stra­ci lekcję.

– W za­sa­dzie po­win­na już płyn­nie mówić po włosku. Uczy się od wieków.

– Tak, tyl­ko nie ma gdzie z tego ko­rzy­stać. Ucie­kam, ko­cha­nie – uśmiechnął się Tony i prze­syłając jej szyb­kie­go całusa, zbiegł ze schodów.

Sera skon­tro­lo­wała śpiące dzie­ci i poszła do kuch­ni przyrządzić przekąski dla gości.

– Jak ro­bisz her­batę, to ja się też na­piję – zawołała Joan.

Sera zgrzytnęła zębami i napełniła czaj­nik.

– Za­raz będzie – za­szcze­bio­tała fałszy­wie.