Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 385 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyny od Gucciego - Cate Kendall

Witajcie w świecie „Dziewczyn od Gucciego”, gdzie największym zmartwieniem okazują się codzienne potyczki z Mafią Parkingową i Matką Przełożoną, kiedy zawozi się dzieci do najbardziej prestiżowej szkoły w Melbourne. Jednak czy tylko to? Idealna rzeczywistość Mim powoli odsłania kolejne rysy. Gdy tylko udaje się jej dotrzymywać kroku rodzinom Jonesów i Mason-Jacksonów, zaczyna brakować pieniędzy, a mąż musi zostawać w pracy coraz dłużej. I jeśli nawet dwie najlepsze przyjaciółki Mim miałyby podobne kłopoty, ona sama nigdy by się o tym nie dowiedziała. Dziewczyny od Gucciego są zbyt pochłonięte przebierankami i wizytami w salonach kosmetycznych, żeby dostrzegać jakiekolwiek problemy. Cierpki humor, bystre obserwacje i uderzająco realistyczne postaci. „Dziewczyny od Gucciego” wciągną cię już od pierwszej strony!

Opinie o ebooku Dziewczyny od Gucciego - Cate Kendall

Fragment ebooka Dziewczyny od Gucciego - Cate Kendall

Cate Ken­dall

Dziew­czy­ny od Guc­cie­go

Tłu­ma­cze­nie: Mo­ni­ka Pia­now­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Guc­ci Ma­mas

Tłu­ma­cze­nie: Mo­ni­ka Pia­now­ska

Re­dak­cja, ko­rek­ta, pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Do­li­na Li­te­rek

Zdję­cie na okład­ce: © Sub­bo­ti­na Anna – Fo­to­lia.com

Skład i ła­ma­nie: Do­li­na Li­te­rek

Co­py­ri­ght © Lisa Blun­dell and Mi­chel­le Har­mer, 2007

First pu­bli­shed by Ran­dom Ho­use Au­stra­lia Pty Ltd, Syd­ney, Au­stra­lia.

This edi­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ran­dom Ho­use Au­stra­lia Pty Ltd.

Po­lish trans­la­tion © 2013 by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., 2013

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-322-4

Dla Kel­ly, nie­zwy­kłej sio­stry – MH

Dla ko­cha­ne­go Iana – LB

PrologMascarowe objawienie

Była­bym szczę­śli­wa, na­praw­dę szczę­śli­wa, gdy­bym mia­ła taki ty­łek”, wes­tchnę­ła Mim, gdy zo­ba­czy­ła w wi­try­nie ap­te­ki od­bi­cie jędr­nej, wy­mo­de­lo­wa­nej pupy w ob­ci­słych dżin­sach od Ca­lvi­na Kle­ina. „Pie­przo­na far­cia­ra, za­ło­żę się, że ma ide­al­ne ży­cie”, po­my­śla­ła z ża­lem, rzu­ca­jąc jesz­cze jed­no spoj­rze­nie na na­prę­żo­ne po­ślad­ki, i obie­ca­ła so­bie, że w przy­szłym ty­go­dniu znaj­dzie czas na za­ję­cia z jo­gi­la­te­su.

Za­baw­ne, że aku­rat tego dnia Mim mia­ła na so­bie ta­kie same spodnie...

Ale za­raz... Słod­ki Jezu!

To było JEJ od­bi­cie.

To była JEJ pupa.

Jak to moż­li­we?

Ty­łe­czek z wi­try­ny na­le­żał do ra­do­snej ko­bie­ty, ale ta ko­bie­ta znaj­do­wa­ła się „tam”. A Mim była nig­dzie. I wca­le nie była szczę­śli­wa. Cią­gle wal­czy­ła i sta­ra­ła się zna­leźć przy­najm­niej obok tego ma­gicz­ne­go „tam”.

I na­gle po­ja­wia się dy­le­mat. Jak inni od­bie­ra­ją oso­bę z po­ślad­ka­mi, któ­re pre­zen­tu­ją taką pew­ność sie­bie? Któ­re wręcz ema­nu­ją sa­mo­za­do­wo­le­niem ze swo­jej sprę­ży­sto­ści? I pod­czas gdy tak mało rze­czy idzie z nimi w pa­rze?

„To tro­chę nie­po­ko­ją­ce, że ty­łek za­pew­nił so­bie awans w ży­ciu spo­łecz­nym, za­nim jego wła­ści­ciel­ka ze­bra­ła pe­łen ekwi­pu­nek gwa­ran­tu­ją­cy lep­sze ży­cie”, my­śla­ła za­kło­po­ta­na Mim, pła­cąc za tusz do rzęs, po któ­ry gna­ła przed pod­rzu­ce­niem dzie­cia­ków do szko­ły.

Po­tem obej­rza­ła się ostat­ni raz w lu­strze i szyb­ko wró­ci­ła do rze­czy­wi­sto­ści.

1Kłopoty w raju

Mim sie­dzia­ła bez sło­wa i prze­szy­wa­ła Ja­me­sa wzro­kiem, po czym na­stą­pi­ła jej na­tu­ral­na re­ak­cja – uciecz­ka. Za­wsze w ta­kiej sy­tu­acji roz­wią­za­nie było jed­no. Iść so­bie w cho­le­rę, ulot­nić się, po pro­stu znik­nąć. Zła­pa­ła to­reb­kę i klu­cze, go­to­wa do wy­pa­ro­wa­nia przez drzwi. „Ja­sne, Mim, jak zwy­kle, ucie­kaj. Ro­bisz to przez całe ży­cie”. Od­wró­ci­ła się z wście­kło­ścią w stro­nę swo­je­go męża. Stał tam w ty­po­wej po­zie dla wku­rzo­ne­go fa­ce­ta – ręce na bio­drach, nogi w roz­kro­ku. Ga­pił się na nią w ocze­ki­wa­niu, aż Mim ła­ska­wie po­wie, o co jej tym ra­zem cho­dzi.

– Cze­go jesz­cze ode mnie chcesz?! – wrzesz­cza­ła. – Nie wy­trzy­mam w tym sy­fie ani se­kun­dy dłu­żej! Mu­szę wyjść! I to już!

– To, co mu­sisz, mała roz­pusz­czo­na księż­nicz­ko, to zo­stać tu­taj i roz­wi­kłać spra­wę. Przy­najm­niej raz prze­stań się cho­wać. A te­raz odłóż te pie­przo­ne klu­czy­ki od auta.

– Jak śmiesz, ty skoń­czo­ny dup­ku! – od­par­ła Mim, rzu­ca­jąc pę­kiem klu­czy w gło­wę Ja­me­sa.

Jed­nak w ostat­niej chwi­li zdo­łał zro­bić unik, a klu­czy­ki ze­śli­zgnę­ły się po gip­so­wej ścia­nie w kąt, zo­sta­wia­jąc pa­skud­ny ślad.

– No nie­źle – po­wie­dział Ja­mes i pod­szedł do kąta oce­nić stra­ty. – Prze­moc do­mo­wa to two­ja nowa me­to­da, co?

– Jak mo­żesz tak wszyst­ko od­wra­cać? – Mim była bli­ska hi­ste­rii, a jej pi­skli­wy głos zdra­dzał fru­stra­cję. – Tu nie cho­dzi o mnie, Ja­mes, tu cho­dzi o nas, o na­szą ro­dzi­nę. Od ty­go­dni nie wra­ca­łeś z pra­cy na czas, żeby zo­ba­czyć się z dzieć­mi! W ża­den week­end nie ma cię na wspól­nych obia­dach. Ostat­niej nocy Char­ley pła­kał z tę­sk­no­ty za tobą. A te­raz le­cisz so­bie do Lon­dy­nu na Bóg wie jak dłu­go.

Ja­mes pa­trzył na nią, a kie­dy wziął głęb­szy od­dech, żeby za­trzy­mać jej sło­wo­tok, Mim wcię­ła się z ko­lej­ną ty­ra­dą.

– I spójrz na sie­bie, na li­tość bo­ską, jak ty wy­glą­dasz. Nie ćwi­czy­łeś od mie­się­cy, ty­jesz, jesz i pi­jesz prak­tycz­nie tyl­ko na mie­ście, masz wory pod ocza­mi i brzyd­ką skó­rę. Cią­gle cho­dzisz ze­stre­so­wa­ny i za­tru­wasz tym ro­dzi­nę!

– Aha, więc to moja wina, tak? – Ja­mes wkro­czył z im­pe­tem do kuch­ni, wy­jął z lo­dów­ki piwo i otwo­rzył je jed­nym pstryk­nię­ciem. – Będę jadł i pił, co chcę i kie­dy chcę, Mim. W pra­cy je­stem cią­gle pod ku­rew­ską pre­sją. W domu to samo, a jak­że! Czy ja kie­dy­kol­wiek będę miał ja­kieś ży­cie to­wa­rzy­skie?

Mim z drwi­ną ci­snę­ła to­reb­kę na skó­rza­ną sofę i po­drep­ta­ła za mę­żem, słu­cha­jąc jego wy­ża­leń.

– Chy­ba zda­jesz so­bie spra­wę, że wy­pa­dy i po­ga­dusz­ki z ja­poń­ski­mi biz­nes­me­na­mi to nie jest mój pa­tent na do­brą za­ba­wę. To nie jest coś, co ro­bię z wła­snej woli. Ty­ram w ro­bo­cie jak po­je­ba­ny, żeby na­dą­żyć za tym try­bem ży­cia, któ­ry dla nas wy­my­śli­łaś.

– O czym ty, do dia­bła, mó­wisz? To nie ja wy­bra­łam ten... ten... – Mim ma­cha­ła cha­otycz­nie rę­ka­mi, pró­bu­jąc zi­lu­stro­wać jej dom i styl by­cia. – MY pod­ję­li­śmy de­cy­zję, żeby tu za­miesz­kać, żeby zro­bić re­mont, żeby wy­słać dzie­ci do szko­ły Lan­ghol­me – nie ja.

Mim od­wró­ci­ła się, żeby ukryć łzy.

– Mim! – Ja­mes rzu­cił de­ską do kro­je­nia o gra­ni­to­wy blat z taką siłą, że – z trza­skiem gło­śnym ni­czym wy­strzał z pi­sto­le­tu – na ca­łej jego dłu­go­ści po­ja­wi­ło się bez­li­to­sne pęk­nię­cie.

Mim od­wró­ci­ła się zszo­ko­wa­na.

– Kie­dy się de­cy­do­wa­li­śmy, wie­dzie­li­śmy, że trze­ba bę­dzie za­ci­snąć pasa. Zgo­dzi­li­śmy się na plan oszczęd­ne­go ży­cia przez pięć ko­lej­nych lat, żeby po­tem móc so­bie po­zwo­lić na wy­ma­rzo­ne rze­czy.

– A, tak, ra­cja – bied­ne miesz­czu­chy. – Mim za­kre­śli­ła w po­wie­trzu kró­lew­ski gest.

– Wła­śnie tak po­sta­no­wi­li­śmy! – wrza­snął sfru­stro­wa­ny Ja­mes. – Tyl­ko te­raz to wszyst­ko ci nie wy­star­cza. Mamy dom, sa­mo­cho­dy, wa­ka­cje, szko­ły, a na­wet pier­do­lo­ne musz­le klo­ze­to­we od naj­lep­szych pro­jek­tan­tów i mar­ko­we szczo­tecz­ki do zę­bów. Cze­go jesz­cze ode mnie chcesz?

– Po pro­stu zwy­czaj­nie chcę, że­byś był w po­bli­żu, że­byś był czę­ścią tej ro­dzi­ny. Nie mam za­mia­ru dłu­żej wszyst­kie­go ro­bić sama.

– Jak miał­bym ci to za­pew­nić?! Może to ty za­ję­ła­byś się czymś wię­cej niż two­je gów­nia­ne zle­ce­nia, do któ­rych jesz­cze do­pła­casz. Może to ty po­win­naś zna­leźć praw­dzi­wą pra­cę?! – krzy­czał zie­lo­ny ze zło­ści Ja­mes.

– Pra­cę?! Jak śmiesz mi mó­wić, co mam ro­bić?! Nie za­mie­rzam sie­dzieć w ja­kimś szka­rad­nym biu­rze ośmiu go­dzin. Jak mia­ła­bym wy­cho­wy­wać dzie­ci, kie­dy wra­ca­ła­bym wy­koń­czo­na po ta­kiej pra­cy?

– Cóż, je­stem pe­wien, że na pew­no nie by­ło­by go­rzej niż te­raz – od­bił pi­łecz­kę Ja­mes, świa­do­my, że zro­bił krok za da­le­ko i po­wie­dział za dużo, ale był tak na­bu­zo­wa­ny stre­sem i ad­re­na­li­ną, że nie po­tra­fił się już kon­tro­lo­wać.

– Ty gno­ju! – Mim była w szo­ku.

Czy on rze­czy­wi­ście są­dzi, że jest bez­na­dziej­ną mat­ką?! Jej ręce po­wę­dro­wa­ły w stro­nę bio­der.

– Skąd, do kur­wy nę­dzy, mo­żesz wie­dzieć, jaką je­stem mat­ką, sko­ro nig­dy cię tu nie ma?

– Bo kie­dy już tu je­stem, wi­dzę, że je­steś wy­bu­cho­wa, zdą­ży­łaś wy­pić pół bu­tel­ki wina, je­steś opry­skli­wa, agre­syw­na, nie chce ci się kłaść dzie­ci spać. Za­wsze wal­czy­łaś ze mną o porę spa­nia, ale te­raz je­steś już poza tym.

– W po­rząd­ku... („ty skoń­czo­ny im­be­cy­lu”, do­da­ła w my­ślach Mim) raz. – Wy­cią­gnę­ła oskar­ży­ciel­sko pa­lec. – Oczy­wi­ście, je­stem po­ryw­cza, ję­dzo­wa­ta, a przede wszyst­kim je­stem wy­czer­pa­na.

– Ojej, bie­dac­two – po­wie­dział Ja­mes. – Te­nis w środ­ku ty­go­dnia tak cię wy­kań­cza, hm? A może to wy­prze­daż u Pra­dy jest tak stre­su­ją­ca? – W jego gło­sie sły­chać było sar­kazm.

– Co, nie wie­rzysz? – Mim pa­trzy­ła na nie­go w osłu­pie­niu. – Masz w ogó­le po­ję­cie, co to zna­czy wy­cho­wy­wać trój­kę ma­łych dzie­ci? Jak wiel­ką pre­sję na mnie wy­wie­ra­ją? Wiecz­ne uże­ra­nie się, wy­ma­ga­nia, po­świę­ca­nie mo­je­go cza­su i uwa­gi. Przy­go­to­wy­wa­nie cały dzień je­dze­nia, któ­re lą­du­je po­tem na mnie. I żad­ne­go sło­wa uzna­nia. Je­steś w sta­nie to so­bie wy­obra­zić?

– Po­wi­nie­nem te­raz wy­jąć skrzyp­ce i za­grać coś smut­ne­go? – za­py­tał zło­śli­wie Ja­mes, po czym prze­ma­sze­ro­wał przez sa­lon i rzu­cił się na tap­czan.

Był wście­kły na Mim, wku­rzo­ny na sie­bie i pe­łen po­gar­dy dla wła­sne­go ży­cia.

– Je­steś zwy­kłym, ego­istycz­nym su­kin­sy­nem i na­praw­dę nie wiem, co ja w to­bie wi­dzia­łam.

Mim chwy­ci­ła to­reb­kę i zbie­ra­ła się do wyj­ścia. Przy­szedł czas, żeby ode­brać dzie­cia­ki od Liz.

A kie­dy już mia­ła za­my­kać drzwi ga­ra­żu, mo­gła­by przy­siąc, że usły­sza­ła, jak Ja­mes mam­ro­cze jesz­cze pod no­sem:

– Wal się, księż­nicz­ko!

2Wszystko po staremu

Poły sa­ty­no­we­go szla­fro­ka od Si­mo­ne Pérèle za­ło­po­ta­ły fry­wol­nie wo­kół nóg Mim, kie­dy ta ska­ka­ła nie­zdar­nie, pró­bu­jąc na oślep ze­rwać garść li­ści z im­po­nu­ją­ce­go, stu­let­nie­go dębu ro­sną­ce­go na prze­dzie ogro­du. Roz­go­ry­czo­na roz­glą­da­ła się po traw­ni­ku. Na pew­no na zie­mi są ja­kieś li­ście. Mu­szą być, w koń­cu mamy je­sień, na li­tość bo­ską! Ale ogrod­nik był tu dzień wcze­śniej i po­zo­sta­wił dar­ni­nę w nie­ska­zi­tel­nym sta­nie.

Mim spró­bo­wa­ła po­now­nie, dała susa, śli­zga­jąc się po błot­ni­stym pod­ło­żu i ra­niąc so­bie ra­mio­na o niż­sze ga­łę­zie, ale zu­peł­nie omi­nę­ła dę­bo­we li­ście.

Po jesz­cze paru po­dej­ściach stwier­dzi­ła, że po­trze­bu­je do­dat­ko­we­go na­pę­du.

Wzię­ła zde­cy­do­wa­ny roz­bieg, sko­czy­ła i wresz­cie uda­ło jej się ze­rwać kil­ka po­je­dyn­czych li­ści.

– Juhu! – krzyk­nę­ła trium­fal­nie.

– Po­ran­ne pra­ce w ogro­dzie, pani Wo­ol­cott? – dał się sły­szeć me­lo­dyj­ny głos ja­kiejś za­do­wo­lo­nej z sie­bie oso­by.

Cho­ler­na pani La­cey z ogrom­nej re­zy­den­cji obok oczy­wi­ście po­dzi­wia­ła wy­gi­ba­sy Mim, je­dząc śnia­da­nie.

– Dzień do­bry, pani La­cey – wy­ce­dzi­ła przez zęby Mim.

Spoj­rza­ła na swo­je ubło­co­ne do­mo­we pan­to­fle i po­ma­sze­ro­wa­ła do domu.

– Pro­szę, oto je­sien­ne li­ście do two­je­go pro­jek­tu, Char­ley. Broń Boże, że­byś się spóź­nił z za­li­cze­nio­wym pro­jek­tem po pierw­szej kla­sie. Kto wie, jak mo­gło­by to wpły­nąć na two­ją ka­rie­rę aka­de­mic­ką?

Nie­na­wi­dzi­ła się za tę iro­nię w swo­im gło­sie, ale se­rio – jak wiel­ką pre­sję mu­szą wy­wie­rać w Lan­ghol­me na jej sze­ścio­lat­ku, sko­ro mały pa­nicz­nie boi się iść do szko­ły z nie­odro­bio­ną pra­cą do­mo­wą?

– Wło­żę ko­laż z li­ści do two­je­go ze­szy­tu prac do­mo­wych, Char­ley – po­wie­dzia­ła, się­ga­jąc po ple­cak syna. – O, zo­bacz, ja... to zna­czy my... Cóż, mia­łam na my­śli, że ty, ko­cha­nie, do­sta­łeś szóst­kę za układ żo­łąd­ko­wo-je­li­to­wy, któ­ry ostat­nio na­ry­so­wa­li­śmy... Wie­dzia­łam, że te wszyst­kie go­dzi­ny spę­dzo­ne na szpe­ra­niu w Go­ogle się opła­cą.

Zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. O, cho­le­ra! Spóź­nią się – jak zwy­kle.

– Chodź­cie, dzie­cia­ki, mamy pół go­dzi­ny na to, żeby się ubrać, skoń­czyć śnia­da­nie i do­je­chać do szko­ły i Cen­trum Na­ucza­nia Po­cząt­ko­we­go, za­nim za­brzmi dzwo­nek – i przy oka­zji nie chcę zgar­nąć ko­lej­nych punk­tów kar­nych, dzię­ki – mam ich już wię­cej niż wszyst­kie inne mat­ki ra­zem wzię­te!

Po­sta­wi­ła na sto­le sło­ik pe­łen pie­ni­stej, zie­lo­nej cie­czy, igno­ru­jąc fakt, że za­war­tość na­czy­nia przy­po­mi­na szu­mo­wi­ny z sa­dzaw­ki.

– Przy­go­to­wa­łam sok z mar­chwi i tra­wy psze­nicz­nej. Szklan­ka dla cie­bie, Chloe. Tyl­ko, pro­szę, nie wy­lej tego na nową pi­żam­kę – w Co­un­try Road mie­li je­den je­dy­ny kom­plet w two­im roz­mia­rze. Jack, pro­szę, zdej­mij kra­wat z gło­wy i skup się na po­że­ra­niu swo­jej por­cji fa­so­lek mung – do­star­czą ci dużo biał­ka.

Jack wy­da­wał dziw­ne od­gło­sy, wą­cha­jąc nie­uf­nie po­dej­rza­ne fa­sol­ki, pod­czas gdy Chloe przy­pad­kiem szturch­nę­ła swój ku­bek z so­kiem, two­rząc na lnia­nym ob­ru­sie ob­śli­zgły, zie­lon­ka­wy stru­myk.

Mim wes­tchnę­ła.

– Przy­najm­niej zjedz jo­gurt z mu­sli. Prze­cież wiesz, jak Saf­fron cięż­ko pra­cu­je przy kom­po­no­wa­niu diet, któ­re wpły­wa­ją na od­po­wied­nią pra­cę mó­zgu i spraw­ność fi­zycz­ną.

Sama nie mo­gła uwie­rzyć, że rze­czy­wi­ście wzię­ła do sie­bie ochrzan od wład­czej die­te­tycz­ki za od­cho­dze­nie od or­ga­nicz­nych, wy­so­ko ener­ge­tycz­nych, ni­sko wę­glo­wo­da­no­wych pro­duk­tów z menu uło­żo­ne­go spe­cjal­nie dla jej dzie­ci.

Ja­sne, że Mim chcia­ła je do­brze od­ży­wiać, ale w tym mo­men­cie naj­lep­sze wy­da­wa­ło się po pro­stu coś na szyb­ko.

– A, niech to li­cho! Ma­cie... – Mim wy­ję­ła z kry­jów­ki pu­deł­ko cze­ko­la­do­wych chru­pek i z im­pe­tem po­sta­wi­ła je na sto­le.

Zo­sta­wi­ła dzie­cia­ki na­peł­nia­ją­ce wiel­kie mi­chy słod­ki­mi zbo­żo­wy­mi ku­lecz­ka­mi i po­szła na górę się ubrać. Po dro­dze swo­ją por­cję soku z tra­wy psze­nicz­nej wla­ła do mi­ski la­bra­do­odle’a – przy­najm­niej je­den czło­nek ro­dzi­ny do­ce­ni wa­lo­ry tego zdro­wot­ne­go na­po­ju.

W sy­pial­ni Mim mo­men­tal­nie ochło­nę­ła, jak­by wła­śnie prze­kro­czy­ła próg sank­tu­arium spo­ko­ju. Po ostat­niej wie­czor­nej awan­tu­rze z Ja­me­sem czu­ła się wy­pom­po­wa­na, za­lęk­nio­na i z ner­wów na­ba­wi­ła się bólu gło­wy, któ­ry przy­brał roz­mia­ry po­twor­ne­go kaca. Nig­dy przed­tem nie kłó­ci­li się tak za­cie­kle – a te­raz Ja­mes opu­ścił kraj na ty­dzień, zo­sta­wia­jąc mię­dzy nimi nie­roz­wią­za­ny pro­blem.

Spoj­rza­ła na zdję­cie ślub­ne wi­szą­ce na ścia­nie. „Boże, wy­glą­da­my na ta­kich szczę­śli­wych”, po­my­śla­ła Mim, włą­cza­jąc mu­zy­kę. Łzy wy­peł­ni­ły ką­ci­ki jej oczu, ale w po­śpie­chu je wy­tar­ła. W koń­cu ma te­raz waż­niej­szą spra­wę – w co się ubrać?

Dzię­ki Bogu moda dzia­ła na nią jak ko­ją­cy bal­sam.

Wy­bra­ła bia­łe dżin­sy od Ca­lvi­na Kle­ina, świe­żo wy­pra­so­wa­ną ko­szu­lę Puc­ci i z gra­cją wsu­nę­ła sto­py w parę pa­ste­lo­wych mo­ka­sy­nów z sa­lo­nu Todd.

Swo­je na­tu­ral­ne, lśnią­ce brą­zo­we loki spię­ła kla­mer­ką na wy­so­ko­ści kar­ku i na­ło­ży­ła na twarz, szy­ję i pod oczy ulu­bio­ny krem mar­ki La Pra­irie. Po­tem pod­kład od Eli­za­beth Ar­den, szmin­ka i ko­rek­tor (na de­fek­ty w oko­li­cach oczu, któ­re so­bie ubz­du­ra­ła), na­stęp­nie mie­nią­cy się cień do po­wiek, kon­tu­rów­ka pod­kre­śla­ją­ca usta i kred­ka do oczu. Się­gnę­ła po ko­sme­tycz­kę od Lo­uis Vu­it­ton i na­gle uświa­do­mi­ła so­bie coś prze­ra­ża­ją­ce­go.

O nie, tyl­ko nie to!

Wprost nie mo­gła uwie­rzyć, że dzień wcze­śniej za­po­mnia­ła ku­pić nowy tusz do rzęs. Za­zwy­czaj ma po dwie-trzy sztu­ki za­pa­so­wych ko­sme­ty­ków po­se­gre­go­wa­ne w szu­fla­dzie – każ­da prze­gród­ka na inną oka­zję. Brak ulu­bio­nej ma­sca­ry tyl­ko świad­czył o tym, jak bar­dzo ostat­nio była na­ra­żo­na na stres, no i w ta­kim wy­pad­ku nie ma wyj­ścia – musi sko­czyć do dro­ge­rii w dro­dze do szko­ły.

Le­piej się spóź­nić, niż do­trzeć na miej­sce z nie­po­ma­lo­wa­ny­mi rzę­sa­mi.

Te­raz, kie­dy do­dat­ko­wo jej mał­żeń­skie nie­do­le zo­sta­ły przy­ćmio­ne przez na­głe ta­ra­pa­ty, w po­śpie­chu wy­bra­ła ró­żo­wo-zło­tą bran­so­let­kę i pa­su­ją­cy na­szyj­nik, oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne od Pra­dy i brą­zo­wo­sza­rą tor­bę od Her­mèsa. Jesz­cze tyl­ko ob­fi­cie spry­skać się per­fu­ma­mi Bul­ga­ri i Mim jest go­to­wa.

Za­ha­cza­jąc o po­kój dzie­ci, za­bra­ła bra­ku­ją­ce ele­men­ty mun­dur­ków, o któ­rych za­po­mnia­ły, do­dat­ko­wo sprzęt spor­to­wy, far­tuch na pla­sty­kę i ka­pe­lusz Jac­ka, flet i czy­tan­kę Char­leya.

Mim prze­lot­nie zer­k­nę­ła na ze­ga­rek i ru­szy­ła na dół. Jezu, już 8.10. Cmok­nę­ła z iry­ta­cją, kie­dy na­gle za­dzwo­nił te­le­fon. Nor­mal­ne – za­wsze w ta­kim mo­men­cie. Za­zwy­czaj dzwo­ni albo jak wła­śnie wy­cho­dzą do szko­ły, albo o 5.30 (bar­ba­rzyń­ska go­dzi­na).

– Tak, słu­cham? – prych­nę­ła w słu­chaw­kę, wca­le nie ukry­wa­jąc swo­je­go znie­cier­pli­wie­nia.

– Cześć, ko­cha­nie. Prze­pra­szam, nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, któ­ra u was go­dzi­na. – Po dru­giej stro­nie wy­brzmiał głos Ja­me­sa.

„No, nig­dy so­bie nie zda­jesz spra­wy”, po­my­śla­ła Mim, ale w porę ugry­zła się w ję­zyk i od­par­ła gło­sem pro­mien­nym na tyle, na ile uda­ło jej się zmu­sić:

– Zwy­czaj­ne, sza­lo­ne, po­ran­ne tem­po. Je­steś na lot­ni­sku?

– Wła­śnie czi­lu­ję w Qan­tas przy kaw­ce i ga­ze­cie. Lot za pół go­dzi­ny – od­po­wie­dział.

Mim prze­wró­ci­ła tyl­ko ocza­mi, bo po­my­śla­ła, jak bar­dzo po­ra­nek męża róż­ni się od jej po­ran­ka.

– Jak się mie­wasz? – za­py­tał ze szcze­rą tro­ską.

– Spo­ko – od­par­ła krót­ko, wcho­dząc do kuch­ni, po czym jed­no­cze­śnie star­ła ze sto­łu roz­cia­pa­ne ma­sło, pod­nio­sła prze­wró­co­ny ku­bek i ener­gicz­nym kop­nię­ciem za­mknę­ła kla­pę od zmy­war­ki.

– Po­słu­chaj, skar­bie. Prze­pra­szam cię za ostat­nią noc. Se­rio uwa­żam, że po­win­ni­śmy o tym na spo­koj­nie po­roz­ma­wiać. Masz te­raz chwil­kę?

W my­ślach Mim wes­tchnę­ła po­iry­to­wa­na, mimo że mąż miał do­bre chę­ci, bo prze­klę­ty ze­ga­rek ty­kał zło­wiesz­czo i skra­cał jej po­ra­nek.

– Ja­mes – za­czę­ła opa­no­wa­nym to­nem (a przy­najm­niej tak są­dzi­ła). – Na­praw­dę bar­dzo bym chcia­ła po­roz­ma­wiać o wczo­raj­szej „dys­ku­sji”, ale w sa­mo­cho­dzie cze­ka tro­je de­li­kwen­tów, któ­rych mu­szę do­star­czyć do szko­ły w sześć i pół mi­nu­ty.

– Aha... – po­wie­dział Ja­mes spo­koj­nie. – W po­rząd­ku, sko­ro fak­tycz­nie nie masz cza­su... – za­wie­sił głos, nie do­kań­cza­jąc zda­nia.

– Ja­mes – od­par­ła Mim peł­na po­dzi­wu dla sie­bie, że uda­ło jej się nie krzyk­nąć na wi­dok prze­su­wa­ją­cej się wska­zów­ki. – Ko­cha­nie, mnie też jest bar­dzo przy­kro, pa­dło wie­le nie­przy­jem­nych i nie­spra­wie­dli­wych słów, ale uwierz, to nie jest do­bry mo­ment na roz­mo­wę. Może jak wy­lą­du­jesz w Hong­kon­gu, to do mnie za­dzwo­nisz i do­koń­czy­my?

– Pew­nie, skar­bie – od­po­wie­dział de­li­kat­nie utem­pe­ro­wa­ny Ja­mes. – Słu­chaj, jest może coś szcze­gól­ne­go, co byś chcia­ła z Ha­rvey Nicks? – za­py­tał w na­dziei, że uda mu się tro­chę udo­bru­chać Mim. – Czy może wy­słać se­kre­tar­kę, żeby wy­bra­ła dla cie­bie co­kol­wiek?

– Byle co – od­par­ła. – Se­rio, mu­szę le­cieć. Mi­łe­go lotu. Pa, pa, Ja­mes!

Dzie­ci wy­ko­rzy­sta­ły oka­zję, że mama roz­ma­wia przez te­le­fon, i w tym cza­sie oglą­da­ły te­le­wi­zję w ba­wial­ni. Mim zde­ner­wo­wa­na wy­łą­czy­ła te­le­wi­zor.

– Wie­cie o tym, że nie ma żad­nej wzro­ko­wej sty­mu­la­cji przed szko­łą – przy­po­mnia­ła. – A te­raz za­łóż­cie mun­dur­ki tak, jak na­le­ży. Jack, po­daj mi klej z szaf­ki na przy­bo­ry. Chloe, odłóż świn­kę mor­ską z po­wro­tem do klat­ki, nie prze­my­cisz jej ko­lej­ny raz do przed­szko­la. Wiesz do­brze, że pani Ca­sey ma swo­je za­sa­dy, je­śli cho­dzi o zwie­rzę­ta. Char­ley, wyj­mij pro­wiant z lo­dów­ki. Do­bra, rusz­my się wresz­cie!

– Oj, mamo... Nie mo­że­my sami so­bie ku­pić lun­chu? To jest do kitu – ję­czał Char­ley.

– Nie ma mowy – ucię­ła Mim i na­ci­snę­ła spust pi­sto­le­tu na klej, przy­twier­dza­jąc je­sien­ne li­ście do ka­wał­ka zło­ta­wej tek­tu­ry.

Na samą myśl o je­dze­niu ze szkol­ne­go skle­pi­ku i wpły­wie kon­ser­wan­tów na na­ukę dzie­ci prze­szedł ją zim­ny dreszcz.

Po­gna­ła do po­ko­ju dzien­ne­go po pi­sak i za­sta­ła tam Mo­chę, jej cze­ko­la­do­wo­brą­zo­we­go mie­szań­ca pu­dla z la­bra­do­rem, w te­atral­ny spo­sób wy­mio­tu­ją­ce­go so­kiem z tra­wy psze­nicz­nej na weł­nia­ny dy­wan.

– Krów­ka! – wrzesz­cza­ła Mim, wkra­cza­jąc pro­sto w jesz­cze cie­płe ba­jo­ro. – Głu­pol! Nie­do­bry pies!

Wy­my­śli­li, że nie będą prze­kli­nać z uwa­gi na do­bro dzie­ci, ale w tym mo­men­cie Mim bar­dzo tego ża­ło­wa­ła. Oce­ni­ła stra­ty, oglą­da­jąc swo­je dro­gie mo­ka­sy­ny, zrzu­ci­ła je z nóg i z wście­kło­ścią wy­rzu­ci­ła do ko­sza. No i te­raz mu­sia­ła od nowa do­bie­rać pa­su­ją­ce ele­men­ty gar­de­ro­by...

– Cho­le­ra ja­sna! – pę­kła w koń­cu.

– Mamo, wrzu­casz za karę pięć do­lców do skar­bon­ki za prze­kli­na­nie – oznaj­mił Jack. – Mamy już pięć­dzie­siąt!

Fakt, to był stre­su­ją­cy ty­dzień.

– Płać – roz­ka­zał z uśmie­chem Jack.

– Nie mam w tym mo­men­cie żad­nych pie­nię­dzy – wy­pa­li­ła roz­złosz­czo­na Mim. Chy­ba tro­chę prze­gię­li z tą fi­nan­so­wą od­po­wie­dzial­no­ścią. – Słu­chaj, za­ła­twi­my to póź­niej, a te­raz wy­peł­nij­cie mi­sję i bie­gnij­cie do tego pie­przo­ne­go sa­mo­cho­du, na li­tość bo­ską. Ja się mu­szę prze­brać.

– Ma­aaaamo­oooooo.

– Za­po­mnij, ani cen­ta wię­cej! – wrza­snę­ła. – Za­bie­raj swo­ją sio­strę, za­bie­raj swo­je­go bra­ta, za­kła­daj­cie buty i IDŹ­CIE DO AUTA!

„Kur­de, do­pie­ro 8.20, a ja już krzy­czę”, po­my­śla­ła.

Mim nie była taką mat­ką, jaką chcia­ła być. Wiecz­nie po­iry­to­wa­na, zmę­czo­na, w po­śpie­chu i w ner­wach. Za­wsze spóź­nio­na. Za­wsze poza kon­tro­lą. Co po­szło nie tak? Wszyst­ko mia­ła za­pla­no­wa­ne, prze­czy­ta­ła wszyst­kie po­trzeb­ne książ­ki. Do­kład­nie wie­dzia­ła, ja­kim ro­dzi­cem chce być. Ra­zem z Ja­me­sem uczęsz­cza­li na­wet na kurs dla przy­szłych ro­dzi­ców i ob­ga­da­li wszyst­kie kwe­stie, za­nim Mim za­szła w cią­żę. Nie chcie­li da­wać klap­sów i krzy­czeć na swo­je po­cie­chy. Mia­ło nie być te­le­wi­zji i in­nych ogłu­pia­czy, zero śmie­cio­we­go je­dze­nia, a przede wszyst­kim mia­ło się obyć bez kłót­ni, prze­kleństw i pi­cia al­ko­ho­lu w obec­no­ści dzie­ci.

Ale wszyst­kie te pla­ny wzię­ły w łeb, kie­dy dzie­cia­ki się po­ja­wi­ły. Od tam­tej pory Mim cią­gle ma wra­że­nie, jak­by go­ni­ła wła­sny ogon.

W no­wym brą­zo­wo­sza­rym bez­rę­kaw­ni­ku, jaki mu­sia­ła za­ło­żyć, żeby pa­so­wał do obu­wia od Pra­dy, któ­re zmie­ni­ła w związ­ku z psim in­cy­den­tem, Mim wsko­czy­ła za kie­row­ni­cę czar­ne­go mer­ce­de­sa 4WD i ru­szy­ła z pi­skiem opon, żeby za­wró­cić na jezd­nię.

Po­tem wy­sko­czy­ła na chwi­lę, żeby prze­biec do­oko­ła auta, otwo­rzyć drzwi pa­sa­że­ra i za­piąć pas Chloe w dzie­cię­cym fo­te­li­ku.

Wró­ci­ła na sie­dze­nie kie­row­cy, i ru­szy­ła w dro­gę do dro­ge­rii, po­tem do szko­ły, a na koń­cu do przed­szko­la.

W tym sa­mym cza­sie szyb­ko wy­tu­szo­wa­ła rzę­sy, oglą­da­jąc efek­ty swo­ich ko­sme­tycz­nych za­bie­gów w sa­mo­cho­do­wym lu­ster­ku.

Za­dzwo­nił te­le­fon, a Mim, zręcz­nie żon­glu­jąc ma­sca­rą i kie­row­ni­cą, przy­ło­ży­ła słu­chaw­kę do ucha.

– Mim Wo­ol­cott – ode­bra­ła chłod­no i dała dzie­ciom ostrze­gaw­cze ge­sty, żeby sie­dzia­ły ci­cho na tyl­nym sie­dze­niu.

– Może ja­kaś kawa, naj­droż­sza?

– El­lie, py­siu, z roz­ko­szą – za­szcze­bio­ta­ła Mim, zdej­mu­jąc grud­kę tu­szu z rzęs. – Po­zbę­dę się mo­ich be­stii i już u cie­bie je­stem.

3Dzień dobry!

Gdy słoń­ce za­świe­ci­ło w za­puch­nię­te od snu oczy, LJ jęk­nę­ła.

– Dzień do­bry, anioł­ku! – za­szcze­bio­tał jej mąż.

Dur­ny Phil­by. Dla­cze­go, do cho­le­ry, on tak za­wsze świer­go­li o po­ran­kach?

– Jak się czu­je­my? – do­py­ty­wał, cho­ciaż do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że dwie bu­tel­ki szam­pa­na po­łą­czo­ne ze zbyt małą ilo­ścią prze­spa­nych go­dzin ra­czej nie dają po­zy­tyw­nych re­zul­ta­tów.

LJ wy­gra­mo­li­ła się po­wo­li z po­ście­li, usia­dła, zsu­nę­ła ma­secz­kę z oczu na czu­bek gniaz­da uple­cio­ne­go na gło­wie z po­plą­ta­nych ru­dych wło­sów i z od­ra­zą prze­tar­ła oczy, kie­dy pro­mie­nie słoń­ca na­chal­nie prze­dzie­ra­ły się spo­mię­dzy ża­lu­zji.

Phil­by po­sta­wił przy niej fi­li­żan­kę z her­ba­tą i po­ca­ło­wał ją czu­le w czo­ło, a po­tem udał się pod prysz­nic.

– Bono zjadł śnia­da­nie i jest już go­to­wy do szko­ły. – Z szu­mu wody wy­do­był się jego głos. – Wła­śnie wsta­wał, kie­dy wró­ci­łem z po­ran­ne­go jog­gin­gu.

LJ tkwią­ca w przy­kur­czo­nej po­zy­cji wy­glą­da­ła jak pro­szą­ca o jał­muż­nę mo­dlisz­ka. Z tru­dem wy­pro­sto­wa­ła koń­czy­ny, żeby za­pew­nić swo­je­mu li­che­mu kor­pu­so­wi ja­kiś prze­pływ krwi, po­dzi­wia­jąc przy oka­zji po­ma­lo­wa­ne na czer­wo­no pa­znok­cie u stóp, któ­re nie­spo­dzie­wa­nie wy­ło­ni­ły się spod czer­wo­no-czar­nej de­si­gner­skiej na­rzu­ty w orien­tal­ny mo­tyw. Pod­pa­trzy­ła go w ko­lek­cji Aki­ry Iso­ga­wy i oka­za­ło się, że ide­al­nie pa­su­je do wy­stro­ju jej sy­pial­ni sty­li­zo­wa­nej na azja­tyc­ką. Bzdur­na ga­da­ni­na Phil­by’ego prze­la­ty­wa­ła jej koło uszu, kie­dy są­czy­ła go­rą­cą her­ba­tę i za­czy­na­ła od­czu­wać jej ko­ją­ce dzia­ła­nie.

Się­gnę­ła po ga­ze­ty, któ­re Phil­by zo­sta­wił skrzęt­nie po­ukła­da­ne na brze­gu łóż­ka, i za­czę­ła żar­li­wie prze­rzu­cać stro­ny.

– Ożeż, KUR­WA! – za­klę­ła, roz­le­wa­jąc her­ba­tę na po­ściel.

– Co się sta­ło, cu­kie­recz­ku? – Phil­by był przy­go­to­wa­ny na naj­gor­sze.

– Ga­le­ria z wczo­raj­sze­go wer­ni­sa­żu Dana Dan­drew­sa!

Phil­by’ego zmro­zi­ło – z tonu LJ mógł wy­czy­tać, że to było coś wię­cej niż tyl­ko zła re­cen­zja.

– Nie ma two­je­go zdję­cia, ko­cha­nie? – za­ry­zy­ko­wał py­ta­nie, ża­łu­jąc, że sam nie przej­rzał wcze­śniej pra­sy.

– Ależ oczy­wi­ście, kur­wa, że jest. Ale ta­kie ma­lut­kie i na­wet nie mie­li na tyle dzien­ni­kar­skiej uczci­wo­ści, żeby pod­pi­sać je moim na­zwi­skiem. Dali tyl­ko „sio­strze­ni­ca wła­ści­cie­la ga­le­rii”, jak­bym była ja­kimś dru­go­rzęd­nym do­dat­kiem. Ale co gor­sze...

Phil­by mógł­by przy­siąc, że LJ bu­du­je na­pię­cie. Po­wlo­kła się do ła­zien­ki. Jej prze­wiew­ny, je­dwab­ny szla­frok le­d­wo za­kry­wał pła­skie miej­sce, gdzie po­wi­nien znaj­do­wać się ty­łek.

– Patrz! – za­pisz­cza­ła jak ry­jów­ka, przy­le­pia­jąc bul­wer­su­ją­cą stro­nę w ga­ze­cie do szy­by ka­bi­ny prysz­ni­ca.

Phil­by wes­tchnął, od­wró­cił się od hy­dro­ma­sa­żu, starł parę z szy­by i spoj­rzał – jak na­ka­za­ła LJ.

Jego try­bi­ki pra­co­wa­ły szyb­ko. Nie było cza­su do stra­ce­nia. Je­śli w cią­gu naj­bliż­szych trzech se­kund nie na­mie­rzy pro­ble­mu i nie oka­że zro­zu­mie­nia, za­wy­je sy­re­na alar­mo­wa, sy­tu­acja uro­śnie do ran­gi kry­tycz­nej i zaj­mie na­praw­dę dużo cza­su, za­nim zo­sta­nie za­ła­go­dzo­na. Phil­by wie­dział, że wyj­ście na pro­stą bę­dzie od nie­go wy­ma­ga­ło spo­rej daw­ki wa­ze­li­niar­stwa. Był pod pre­sją – po­cił się mimo sta­nia pod prysz­ni­cem. Prze­ska­no­wał całą stro­nę zdjęć przed­sta­wia­ją­cych ba­wią­cą się śmie­tan­kę by­wal­ców wer­ni­sa­ży, ale… Kur­de, przy ca­łym swo­im do­świad­cze­niu przy tego typu dy­le­ma­tach i mimo ry­go­ru ze stro­ny mał­żon­ki zwy­czaj­nie nie wi­dział tam ab­so­lut­nie nic zdroż­ne­go. Co miał po­wie­dzieć?

LJ wy­czu­ła, że Phil­by się waha, i wy­ła­pa­ła prze­my­ka­ją­cy przez jego mo­krą twarz wy­raz zmie­sza­nia. Po­sta­no­wi­ła de­li­kat­nie za­su­ge­ro­wać od­po­wiedź.

– ZO­BACZ, JAK WIEL­KIE JEST ZDJĘ­CIE PIE­PRZO­NEJ EL­LIE ASH­COM­BE! Prze­cież to prak­tycz­nie jed­na czwar­ta stro­ny! – wrzesz­cza­ła do im­be­cy­la, któ­ry był jej mę­żem.

LJ wy­bu­chła. Nie­do­brze.

Phil­by po­sta­no­wił po­wstrzy­mać la­wi­nę ko­lej­nych strat. Jako fa­cho­wiec od PR-u był za­zna­jo­mio­ny z emo­cjo­nal­ny­mi re­ak­cja­mi i wie­dział, jak po­stę­po­wać z tak kru­chy­mi jed­nost­ka­mi, jak jego żona, i po­mi­mo pierw­sze­go ob­la­ne­go te­stu miał pew­ność, że za dru­gim po­dej­ściem już nie spie­przy tej spra­wy.

– Ależ, anioł­ku, El­lie jest atrak­cyj­ną ko­bie­tą i jej zdję­cie sta­no­wi prze­cież świet­ną re­kla­mę ga­le­rii Neva – po­wie­dział, wy­cho­dząc z ka­bi­ny i szo­ru­jąc ręcz­ni­kiem swo­ją czu­pry­nę z blond pa­sem­ka­mi. – Ma szczę­ście, że w ogó­le po­ja­wi­ła się na im­pre­zie. Pięk­ni lu­dzie – tacy jak ty, ma chérie – są jak pa­pie­ry war­to­ścio­we i siłą rze­czy pro­mu­ją ga­le­rię.

– El­lie wca­le nie jest taka ład­na! A za­wsze do­sta­je lep­szą dział­kę w pra­sie niż ja! Za­wsze tra­fia do ga­le­rii zza ku­lis i w ogó­le tra­fia­ją się jej lep­sze rze­czy!

LJ tup­nę­ła nogą o bia­łe płyt­ki i wy­dę­ła swo­je ko­la­ge­no­we usta. W ta­kich mo­men­tach ko­ja­rzy­ła się Phil­by’emu z Mic­kiem Jag­ge­rem prze­bra­nym za ko­bie­tę. Po­wstrzy­mał się od śmie­chu, ale był wy­lu­zo­wa­ny, bo woj­na do­mo­wa zda­wa­ła się zmie­rzać ku koń­co­wi.

– Ale, ko­cha­nie, to ty ją za­pro­si­łaś – przy­po­mniał żo­nie.

– Nie o to cho­dzi – ma­ru­dzi­ła jak dziec­ko LJ. – Wia­do­mo, że ją za­pro­si­łam. To było bar­dzo waż­ne, żeby ją za­pro­sić. Prze­cież to oczy­wi­ste, że nie mo­głam jej nie za­pro­sić. Bo jak bym mo­gła?

Phil­by miał pro­blem z na­dą­że­niem za jej to­kiem ro­zu­mo­wa­nia. Mu­siał uwa­żać na za­wi­łą po­li­ty­kę so­cjal­ną i zdra­dli­wą skład­nię wy­po­wie­dzi LJ.

– Ale jak to moż­li­we, że jest waż­niej­sza ode mnie? Je­stem sio­strze­ni­cą Neva i też do­brze się pre­zen­tu­ję – ję­cza­ła da­lej, wy­po­wia­da­jąc ostat­nie sło­wo przez kil­ka iry­tu­ją­cych se­kund.

Ze zło­ścią po­dar­ła cza­so­pi­smo. Skraw­ki pa­pie­ru swo­bod­nie opa­da­ły na dy­wan. Ktoś inny je póź­niej po­zbie­ra.

Phil­by dys­kret­nie wy­co­fał się do gar­de­ro­by, żeby się ubrać. LJ roz­po­star­ła poły swo­jej po­dom­ki i rów­nież sta­nę­ła przed sza­fą. Co dziś za­ło­żyć?

Czerń.

Mia­ła w zwy­cza­ju no­sić się na czar­no i pod­kre­ślać ubiór ko­lo­rem, któ­ry od­zwier­cie­dlał jej na­strój o po­ran­ku.

Dzi­siej­szy ak­cent za­tem też bę­dzie czar­ny – wszyst­ko wina tej cho­ler­nej El­lie.

LJ zde­cy­do­wa­ła się na czar­ną, do­pa­so­wa­ną, wy­kro­jo­ną mi­ni­su­kien­kę, czar­ne buty do ko­lan, a na wierzch czar­ną na­rzut­kę. Upię­ła swo­je – jak jej się wy­da­wa­ło – buj­ne locz­ki (ale w rze­czy­wi­sto­ści wy­glą­da­ły ra­czej jak po­strzę­pio­ne frędz­le ze sta­re­go sznu­ra) w luź­ny kok, po czym zbie­gła na dół, a koń­ce na­rzut­ki fa­lo­wa­ły za nią jak skrzy­dła kru­ka.

– Bono, idź do sa­mo­cho­du, je­ste­śmy spóź­nie­ni.

– Ja­sne, mamo.

Bono ze­sko­czył z ka­na­py, chwy­cił swo­ją tor­bę i po­gnał ko­ry­ta­rzem w stro­nę ga­ra­żu. Wy­czuł, jaki hu­mor ma jego mat­ka, i wie­dział, że nie ma sen­su się sprze­czać ani ocią­gać, bo to tyl­ko skom­pli­ku­je sy­tu­ację.

LJ wzię­ła ba­na­na z mi­ski peł­nej owo­ców, żeby trzy­mać na wo­dzy swo­ją hi­po­gli­ke­mię, na­pi­sa­ła krót­ki li­ścik do sprzą­ta­cza, w któ­rym ka­za­ła mu spra­wić, żeby wy­ło­żo­ny bia­ły­mi płyt­ka­mi sa­lon błysz­czał, i szyb­ko po­dą­ży­ła za swo­im syn­kiem do sa­mo­cho­du.

„Pięć mi­nut, jesz­cze tyl­ko pięć mi­nut; czte­ry i pół, już nie­du­żo zo­sta­ło, da­lej, dziew­czy­no, dasz radę”.

Przy­sa­dzi­ste, po­kry­te ly­cro­wy­mi ge­tra­mi nogi Tif­fa­ny trzę­sły się, kie­dy ich wła­ści­ciel­ka od­mie­rza­ła czas do koń­ca swo­je­go co­dzien­ne­go tre­nin­gu. Po­li­czy­ła na głos do sześć­dzie­się­ciu se­kund, po­tem dwu­dzie­stu, po­tem dzie­się­ciu, ze­szła z bież­ni i za­wi­sła na pod­po­rach do cza­su, aż ochło­nę­ła. Więk­szość ko­biet tro­chę się błysz­czy po ćwi­cze­niach; ale nie Tif­fa­ny. Z niej lał się pot, jej twarz sta­ła się ja­sno­czer­wo­na; sa­pa­ła nie­po­ko­ją­co i ję­cza­ła, zgi­na­jąc się wpół.

To wła­śnie po­wo­dy, dla któ­rych zde­cy­do­wa­ła się na si­łow­nię w domu i sa­mo­dziel­ną wal­kę z tłusz­czem na udach w pry­wat­nych wa­run­kach.

Gdy­by Tif­fa­ny mo­gła zmie­nić w so­bie ja­kąś rzecz, by­ły­by to wła­śnie uda – do­szła do ta­kie­go wnio­sku już wie­le lat temu. Co­dzien­nie rano marsz­czy się na wi­dok wor­ków sa­dła, któ­re nosi na no­gach – jak muł przy­go­to­wa­ny do da­le­kiej dro­gi.

To nie było tak, że się nie sta­ra­ła. Po pro­stu wy­lo­so­wa­ła naj­krót­szą słom­kę w ge­ne­tycz­nej lo­te­rii. Kie­dy mia­ła dwa­dzie­ścia lat, cie­szy­ła się syl­wet­ką nor­mal­ną wśród drob­nych ko­biet, ale po cią­ży jej bio­dra i po­ślad­ki spu­chły do ta­kich roz­mia­rów, że ze smu­kłej dziew­czy­ny za­mie­ni­ła się w na­brzmia­łą grusz­kę.

Cią­gle wal­cząc o swo­bod­ny od­dech, po­wlo­kła się ko­ry­ta­rzem do swo­jej ogrom­nej kuch­ni. Nie­ska­zi­tel­ne, sza­re, gra­ni­to­we po­wierzch­nie me­bli lśni­ły, two­rząc kon­trast dla czer­wo­nych ka­fel­ków w tle. Zer­k­nę­ła przez szkla­ną szy­bę na swój naj­now­szy sprzę­to­wy na­by­tek – wiel­ką lo­dów­kę na wino – żeby się upew­nić co do jej za­war­to­ści. Szam­pan na wie­czór, po­sta­no­wio­ne.

Jana, uśmiech­nię­ta fran­cu­ska opie­kun­ka, po­ja­wi­ła się dzi­siaj wy­jąt­ko­wo wcze­śnie i wła­śnie wy­peł­nia­ła mi­ski spe­cjal­nie do­bra­ny­mi do nich płat­ka­mi – Kel­log­g­sy do We­dgwo­od i Weet-bixy do Mi­ka­sy. Dzie­ci nie tyl­ko mia­ły od­mien­ny gust, je­śli cho­dzi o śnia­da­nio­wy re­per­tu­ar, ale tak­że wo­la­ły inne wzo­ry chiń­skiej por­ce­la­ny.

Jana wy­ci­snę­ła kil­ka świe­żych po­ma­rań­czy w so­ko­wi­rów­ce i po­kro­iła w pla­ster­ki doj­rza­łe­go me­lo­na.

– Dzie­ci, śnia­da­nie! – za­wo­ła­ła Tif­fa­ny.

W trak­cie ocze­ki­wań na po­ran­ną ce­re­mo­nię za­mie­ni­ła adi­da­sy na szpil­ki od Miu Miu. Jako oso­ba, któ­ra ma metr pięć­dzie­siąt w ka­pe­lu­szu, Tif­fa­ny czu­ła się nie­zręcz­nie w pła­skich bu­tach, na­wet krzą­ta­jąc się po domu. Lata cho­dze­nia na ob­ca­sach spra­wi­ły, że ścię­gna Tif­fa­ny znacz­nie się skró­ci­ły. Do tego stop­nia, że na do­brą spra­wę cho­dze­nie boso było dla niej nie­moż­li­we.

– Dzień do­bry, moja pięk­na – po­wi­ta­ła swo­ją có­recz­kę So­phie, po­ry­wa­jąc ją w ra­mio­na. – Kto ma pra­wie sześć lat?

– JA!!! – krzyk­nę­ła roz­pro­mie­nio­na dziew­czyn­ka i po­bie­gła do sto­łu.

– Hej, przy­stoj­nia­ku – za­szcze­bio­ta­ła do po­tar­ga­ne­go Edwar­da. – Do­brze się spa­ło?

– Taa... – otrzy­ma­ła opóź­nio­ną od­po­wiedź i mały po­czła­pał do mi­ski z płat­ka­mi.

„Co z tymi ośmio­lat­ka­mi?”, za­sta­na­wia­ła się Tif­fa­ny, po­dą­ża­jąc za swo­im sy­nem ubra­nym w pi­ża­mę. „Je­stem pew­na, że są zro­bie­ni z pla­ste­li­ny. On urósł pięć cen­ty­me­trów w tym ty­go­dniu, przy­się­gam!”.

Kie­dy dzie­ci gło­śno chru­pa­ły, Tif­fa­ny ogry­za­ła ka­wa­łek me­lo­na.

– Cześć, tato – za­śpie­wa­ły chór­kiem dzie­ci, kie­dy Cliff po­ja­wił się w kuch­ni – bez ko­szul­ki, świe­żo spod prysz­ni­ca.

– Cześć, dzie­cia­ki – od­po­wie­dział pół­gęb­kiem, jed­no­cze­śnie wo­dząc de­spe­rac­kim wzro­kiem w po­szu­ki­wa­niu kawy.

Tif­fa­ny pró­bo­wa­ła sku­sić go i prze­ko­nać do eks­pre­su, ale Cliff wo­lał tra­dy­cyj­ne me­to­dy. Dreszcz prze­szedł ją na samą myśl.

– Dzień do­bry, ko­cha­nie. Nie sły­sza­łam, jak przy­sze­dłeś w nocy – po­wie­dzia­ła.

Cliff na­prę­żył owło­sio­ną kla­tę. Pę­pek był jak czar­ne oczko na jego umię­śnio­nym brzu­chu. Tif­fa­ny bar­dzo się sta­ra­ła, żeby sku­pić wzrok na jego twa­rzy.

Chrząk­nął i cięż­ko opadł na krze­sło usta­wio­ne w sło­necz­nym ką­cie kuch­ni.

– No, było póź­no. Sta­ra­łem się ci­cho za­cho­wy­wać – od­parł, za­nim Tif­fa­ny wy­pa­li­ła z se­rią py­tań i zbił ją z tro­pu: – A jak two­ja noc?

– Och, w po­rząd­ku. Pra­ce chy­ba nie­źle wy­pa­dły, przy­najm­niej tak mó­wi­li w re­cen­zjach... Więk­szość z Lan­ghol­me się po­ja­wi­ła, więc było z kim po­ga­dać na wer­ni­sa­żu. Szko­da, że nie mo­głeś przyjść, pew­nie by ci się spodo­ba­ło... Bry­ce Ash­com­be też tam był.

– Faj­ny ko­leś ten Bry­ce, na­praw­dę spo­ko gość – znów uciął Cliff, żeby unik­nąć prze­słu­cha­nia. Po­ło­żył swo­je ku­dła­te ra­mio­na na sto­le i le­ni­wie się prze­cią­gnął. – Do­bra, trze­ba się ubrać. Za­raz mam waż­ną ope­ra­cję.

Tif­fa­ny za­wsze sta­ra­ła się wy­ka­zać za­in­te­re­so­wa­nie mę­żem i jego mo­no­ton­ną pra­cą, więc za­py­ta­ła:

– A jaką?

Z ko­lei Cliff nig­dy nie prze­pu­ścił oka­zji, żeby opo­wie­dzieć o pe­ry­pe­tiach w ka­rie­rze or­to­don­ty. Wró­cił do kuch­ni i za­czął wy­ja­śniać:

– Dziw­ny przy­pa­dek, na­praw­dę – jej zęby są w ide­al­nym sta­nie, ale ta ko­bie­ta chce, żeby ze­trzeć je wszyst­kie i po­kryć por­ce­la­no­wą po­wło­ką! Bar­dzo trud­ny i dro­gi za­bieg, a efekt wła­ści­wie mało im­po­nu­ją­cy. Mo­głem spró­bo­wać od­wieść ją od tego po­my­słu, ale sko­ro sama tego chce... Po­dob­no to z po­wo­du hol­ly­wo­odz­kiej gwiazd­ki, jak jej tam, któ­ra zro­bi­ła z zę­ba­mi do­kład­nie to samo.

Od­wró­cił się do wyj­ścia i rzu­cił jesz­cze przez ra­mię:

– Cóż, dzie­sięć pa­ty­ków za po­ran­ną ro­bo­tę to nie po­wód do na­rze­ka­nia.

Od­rzu­co­na Tif­fa­ny po­pro­si­ła Janę o spraw­dze­nie, gdzie się znaj­du­ją wszyst­kie po­trzeb­ne pra­ce do­mo­we, czy­tan­ki, ple­ca­ki, stro­je gim­na­stycz­ne, a dzie­ci wy­sła­ła, żeby ubra­ły się w szkol­ne mun­dur­ki. Do­koń­czy­ła me­lo­na, prze­rzu­ca­jąc kart­ki ostat­nie­go nu­me­ru „Vo­gue’a”. Oka­za­ło się, że jej ulu­bio­ny wzór – wę­żo­wa skó­ra – jest na to­pie, więc Tif­fa­ny po­szła na górę zmie­rzyć się z co­dzien­nym tru­dem do­bo­ru od­po­wied­nie­go ubra­nia. Niech sza­fa i lu­stro będą jej sprzy­mie­rzeń­ca­mi.

Ubra­na w dłu­gą do zie­mi, ozdo­bio­ną piór­ka­mi, bia­łą, je­dwab­ną po­dom­kę El­lie po­fru­nę­ła do wy­ło­żo­nej wło­skim mar­mu­rem kuch­ni i gło­śno po­ca­ło­wa­ła w szy­je sie­dzą­ce przy sto­le dzie­ci, któ­re wła­śnie pa­ła­szo­wa­ły kasz­kę i to­sty po­sma­ro­wa­ne droż­dżo­wą pa­stą.

– Cześć, mamo – za­chi­cho­ta­ła Pa­ris.

– Ma­aaaamo­ooooo! – Ru­pert ze­rwał się z miej­sca i po­biegł za mamą jak na­tręt­ny ko­mar.

W od­po­wie­dzi do­stał jesz­cze jed­ne­go ca­łu­sa. Cały trząsł się ze śmie­chu od ła­sko­tek na szyi.

– Jak się masz, ko­cha­na Ur­su­lo? – El­lie z fi­ne­zją opa­dła na ob­ło­żo­ną po­dusz­ka­mi sofę, pod­ło­ży­ła mięk­kie po­dusz­ki pod gło­wę i sko­pa­ła ze stóp swo­je opie­rzo­ne pan­to­fle.

– Bar­dzo do­brze, pani Ash­com­be, a pani? – za­py­ta­ła opie­kun­ka, jak co dzień wrę­cza­jąc El­lie ulu­bio­ną lat­te.

– Och, zmę­czo­na je­stem, mia­łam dłu­gą noc.

– Wiem, wiem... Pro­szę spoj­rzeć, zo­sta­wi­łam dla pani na wierz­chu pra­sę. Leży na sto­li­ku ka­wo­wym.

El­lie przej­rza­ła stro­ny z ga­le­rią zdjęć z wer­ni­sa­żu.

– Ład­na fot­ka LJ. Zo­bacz. Liz wy­glą­da uro­czo obok tego ar­ty­sty, praw­da? Była taka za­fa­scy­no­wa­na jego pra­cą z upo­śle­dzo­ny­mi dzieć­mi. Chy­ba nie za­mie­ni­ła z nim sło­wa na te­mat wy­sta­wy.

Za­nu­rzy­ła się z po­wro­tem w mo­rzu po­du­szek na so­fie i ob­ser­wo­wa­ła dzie­ci.

– Chy­ba mu­sisz dzi­siaj wie­czo­rem umyć wło­sy, Pa­ris.

Dziew­czyn­ka zro­bi­ła nie­po­cie­szo­ną minę.

– Tak, pani Ash­com­be, po­my­śla­łam to samo. Może być pani pew­na, że to zro­bi­my. Praw­da, Pa­ris? – za­pew­nia­ła Ur­su­la.

– Ur­su­lo, je­steś bo­ska. Dzię­ku­ję ci, ko­cha­na – wy­ce­dzi­ła El­lie, są­cząc swo­ją kawę.

Fi­li­żan­kę zo­sta­wi­ła na sto­le, na łóż­ku roz­ba­bra­ną ga­ze­tę, a kap­cie na pod­ło­dze i wró­ci­ła do sy­pial­ni.

Od­su­nę­ła cięż­kie, kwie­ci­ste za­sło­ny, któ­re opa­da­ły gu­stow­nie na gru­by dy­wan. Słoń­ce ską­pa­ło jej na­gie­go męża przy­sy­pia­ją­ce­go na ogrom­nym mał­żeń­skim łożu i wy­peł­ni­ło bia­ło-ma­li­no­wy po­kój.

El­lie mia­ła za­le­d­wie dwa­dzie­ścia trzy lata, kie­dy stra­ci­ła gło­wę dla ma­gna­ta mię­dzy­na­ro­do­wych me­diów i do dzi­siaj nie po­tra­fi po­wie­dzieć, czym sama go urze­kła. Bry­ce jest naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cym i szar­manc­kim męż­czy­zną, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek w ży­ciu spo­tka­ła, a kie­dy są ra­zem, dwa­na­ście lat róż­ni­cy zwy­czaj­nie się roz­my­wa.

Lu­dzie uzna­li, że pięk­na mo­del­ka El­lie Fitz­pa­trick wy­szła za mąż tyl­ko dla ko­rzy­ści fi­nan­so­wych, ale ona sama zi­gno­ro­wa­ła zło­śli­we ko­men­ta­rze. To praw­da, Bry­ce nie wy­glą­dał jak mło­dzie­niec z ma­lo­wi­dła. Może i miał duży nos, co­raz rzad­sze wło­sy i przy­bie­rał na wa­dze, ale El­lie wi­dzia­ła w nim coś wię­cej. Na tyle dużo, żeby zre­zy­gno­wać dla nie­go z suk­ce­sów i za­wrot­nej ka­rie­ry mo­del­ki.

Tuż po ślu­bie za­czę­ła w to­wa­rzy­stwie Bry­ce’a dłu­gą po­dróż, mię­dzy­na­ro­do­wą przy­go­dę wy­peł­nio­ną wi­zy­ta­mi w eg­zo­tycz­nych miej­scach, cie­ka­wy­mi do­świad­cze­nia­mi i splen­do­rem. Ta po­dróż trwa­ła osiem lat, aż obo­je zde­cy­do­wa­li się osiąść w Au­stra­lii i za­ło­żyć ro­dzi­nę.

– Mmmmmmm – wy­mam­ro­tał Bry­ce i wy­cią­gnął do żony ręce, kie­dy ta po­de­szła do łóż­ka.

– O, na pew­no nie, chło­pa­ku! – Wy­śli­zgnę­ła się z jego ob­jęć z uśmie­chem. – Raz w cią­gu rana ci wy­star­czy.

– Ojej, mam taki li­mit?

– Zde­cy­do­wa­nie! – od­po­wie­dzia­ła su­ro­wo, ale jej oczy się śmia­ły.

– Wred­na je­steś... – za­mru­czał Bry­ce, pod­no­sząc się z łóż­ka, po czym po­czła­pał do ła­zien­ki.

El­lie wśli­zgnę­ła się za nim pod prysz­nic i au­to­ma­tycz­nie „po­ran­ny li­mit” Bry­ce’a zo­stał prze­kro­czo­ny.

Chwi­lę póź­niej El­lie sta­ła przed sza­fą po­grą­żo­na w za­du­mie. To była jej sztu­ka – moda – a jej cia­ło było jak płót­no. Mia­ła fi­gu­rę i wy­twor­ność, któ­re gwa­ran­to­wa­ły, że każ­de ubra­nie bę­dzie na niej le­ża­ło do­sko­na­le.

Dżin­sy z Gu­ess i kusy top od Tom­my’ego Hil­fi­ge­ra będą na dzi­siaj naj­lep­sze – po­sta­no­wi­ła. Mia­ła ta­lent do do­bie­ra­nia do­dat­ków – ła­pa­ła pierw­szą lep­szą sta­rą tor­bę i buty (oczy­wi­ście od pro­jek­tan­ta) i po pro­stu z nimi wy­cho­dzi­ła. Je­śli nie pa­so­wa­ły, mó­wi­ła, że zwy­czaj­nie ma „eklek­tycz­ny” styl. Tym sa­mym oszczę­dza­ła so­bie wy­sił­ku i ner­wów przy do­pa­so­wy­wa­niu od­po­wied­nich ak­ce­so­riów. Ale jej naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka – Mim – za­wsze so­bie tym za­wra­ca gło­wę.

– Ur­su­lo, my­ślę, że nie dam rady dzi­siaj od­pro­wa­dzić dzie­ci do szko­ły – za­wo­ła­ła z koń­ca ko­ry­ta­rza. – By­ła­byś tak uprzej­ma i zro­bi­ła to za mnie?

– Ależ oczy­wi­ście, pani Ash­com­be – od­po­wie­dzia­ła miło opie­kun­ka.

Szyb­ko ubra­ła dzie­cia­ki, na­szy­ko­wa­ła ich wy­praw­ki i – po po­że­gnal­nych przy­tu­lan­kach z ro­dzi­ca­mi – usa­dzi­ła je w sa­mo­cho­dzie i ru­szy­ła do szko­ły.

Liz wkro­czy­ła do swo­je­go mi­ni­ma­li­stycz­ne­go przed­sion­ka po za­koń­czo­nym pię­cio­ki­lo­me­tro­wym bie­gu, na jaki wy­bie­ra się każ­de­go ran­ka. Woli nie­za­gra­co­ne prze­strze­nie, żeby uwy­dat­nić swo­ją ko­lek­cję au­stra­lij­skich dzieł sztu­ki. Była nie­zwy­kle dum­na z po­sia­da­nia ob­ra­zu Al­ber­ta Na­ma­tji­ry, któ­ry zdo­bił głów­ną ścia­nę. Strauss, ich bia­ły pu­del, ru­szył do mi­ski z wodą, kie­dy Liz od­pię­ła go ze smy­czy. Po­szła za nim do kuch­ni i włą­czy­ła wie­żę. Z gło­śni­ków za­czę­ły się są­czyć kla­sycz­ne dźwię­ki, któ­re wkrót­ce wy­peł­ni­ły cały dom. To była jej de­li­kat­na me­to­da in­for­mo­wa­nia dzie­ci, że ich dzień wła­śnie się za­czy­na.

Se­ba­stian wszedł do roz­świe­tlo­ne­go po­miesz­cze­nia. Jego siwe, się­ga­ją­ce ra­mion wło­sy były w nie­ła­dzie, wzrok miał utkwio­ny w kar­tecz­ce z drob­ny­mi za­pi­ska­mi i coś do sie­bie mam­ro­tał.

– Dzień do­bry, ko­cha­nie – po­wie­dzia­ła Liz pro­mien­nie i za­bra­ła się do szy­ko­wa­nia śnia­da­nia. – Dzi­siaj twój wiel­ki wie­czór?

– Hmmm... Co...? A, tak... Do­bry – od­parł nie­obec­ny du­chem Se­ba­stian i usiadł przy ła­wie, cią­gle mru­cząc coś pod no­sem i wy­ko­nu­jąc w po­wie­trzu fa­lu­ją­ce ge­sty.

Jako dru­gi dy­ry­gent Or­kie­stry Sym­fo­nicz­nej w Mel­bo­ur­ne Se­ba­stian przy­go­to­wy­wał się do wiel­kiej pre­mie­ry no­we­go re­per­tu­aru – ukło­nu w stro­nę Beetho­ve­na – i był strasz­nie roz­tar­gnio­ny. To zro­zu­mia­łe.

Do kuch­ni wkro­czył Ro­man i wspiął się na sto­łek przy śnia­da­nio­wym bla­cie. Ubra­ny w prze­wią­za­ny w pa­sie szla­frok, kap­cie i z oku­la­ra­mi, któ­re trzy­mał zło­żo­ne w ręku, wy­glą­dał jak mały sta­ru­szek.

– Jak się spa­ło, słon­ko? – za­py­ta­ła Liz, wsta­wia­jąc wodę na jaj­ka i pie­kąc to­sty.

– W po­rząd­ku, ale całą noc mia­łem w gło­wie me­lo­dię. Chy­ba mu­szę ją za­pi­sać. Masz dłu­go­pis? – za­py­tał, stu­ka­jąc pal­cem o stół w rytm roz­brzmie­wa­ją­ce­go w my­ślach utwo­ru.

– Oczy­wi­ście, skar­bie. Pro­szę.

Wrę­czy­ła mu coś do pi­sa­nia i ka­wa­łek kart­ki z ze­szy­tu do nut, a Ro­man za­czął no­to­wać jak sza­lo­ny.

Liz sta­ła i uśmie­cha­ła się na wi­dok męża i naj­star­sze­go syna prze­chy­lo­nych na boki i po­grą­żo­nych we wła­snym świe­cie mu­zy­ki.

Nie­dłu­go po­tem do kuch­ni wpa­ro­wał Hu­bert i rzu­cił się ma­mie w ob­ję­cia.

– Cześć, koc­mo­łusz­ku – przy­wi­ta­ła się z sy­nem i moc­no go uści­ska­ła. – Jaj­ka na śnia­dan­ko?

– Mmmmmm, tak, po­pro­szę – za­skom­lał i wgra­mo­lił się na sto­łek mię­dzy tatą a bra­tem.

Nie za­wra­cał so­bie gło­wy po­wi­ta­niem z po­zo­sta­ły­mi fa­ce­ta­mi – wie­dział z do­świad­cze­nia, że i tak go nie usły­szą.

Liz przy­go­to­wa­ła czte­ry na­kry­cia na jaj­ka i to­sty, po czym otwo­rzy­ła cza­so­pi­smo i za­głę­bi­ła się w dział kul­tu­ral­ny. Mia­ła na­dzie­ję, że uda jej się w przy­szłym ty­go­dniu zna­leźć czas na re­ci­tal w Ho­te­lu Wind­sor i po­trze­bo­wa­ła wię­cej szcze­gó­łów tego wy­da­rze­nia.

Jej uwa­gę przy­ku­ły stro­ny po­świę­co­ne re­la­cji z wer­ni­sa­żu. Z nie­sma­kiem spoj­rza­ła na zdję­cie LJ, któ­ra prze­sa­dzi­ła z ma­ki­ja­żem i ilo­ścią wy­pi­te­go wina.

„Co za kiep­ska sztu­ka – po­my­śla­ła Liz. – Tak bar­dzo NZNP (Nie Z Na­szej Pół­ki)”, jak to zwy­kła mó­wić z dziew­czy­na­mi o lu­dziach z niż­szych sfer.

Bluz­ka LJ mia­ła de­kolt pra­wie do pęp­ka, a kusa spód­nicz­ka zo­sta­wia­ła na­praw­dę małe pole do po­pi­su wy­obraź­ni.

Było tam rów­nież pięk­ne zdję­cie El­lie, a ona aku­rat wy­glą­da­ła bo­sko – jak za­wsze.

Uda­ny wie­czór, jed­nak twór­czość Dana Dan­drew­sa nie przy­pa­dła jej do gu­stu. Jako mi­ło­śnicz­ka sztu­ki współ­cze­snej Liz ro­ści­ła so­bie pra­wo, żeby uznać go za ama­to­ra, ale da­wa­ła mu szan­se na osią­gnię­cie doj­rza­ło­ści i wy­ro­bie­nie wy­czu­cia przy do­bo­rze obiek­tów.

Odło­ży­ła ga­ze­tę, spraw­nie wsta­wi­ła brud­ne na­czy­nia do zmy­war­ki Mie­le i usu­nę­ła wszel­kie śla­dy śnia­da­nia. Sprzą­tacz był umó­wio­ny na dziś, a Liz nie chcia­ła, żeby za­stał ba­ła­gan.

W po­ko­ju z ła­zien­ką Liz zrzu­ci­ła swój do­pa­so­wa­ny, gra­na­to­wy dres i bia­ły T-shirt i ob­my­ła twarz zim­ną wodą. Woda i my­dło sta­no­wi­ły dla niej re­cep­tę ma pięk­ną cerę. Liz nig­dy nie wcie­ra­ła w swo­ją ala­ba­stro­wą twarz żad­nych kre­mów i rzad­ko się ma­lo­wa­ła. Uło­ży­ła wło­sy w mi­ster­ny ko­czek, któ­ry stał się jej zna­kiem fir­mo­wym, i uda­ła się do gar­de­ro­by.

Wy­wa­żo­na ele­gan­cja – to był styl Liz. Za­zwy­czaj za­kła­da­ła spodnie szy­te na mia­rę, a do kom­ple­tu uni­ka­to­wą bluz­kę. Dzi­siaj zde­cy­do­wa­ła się na coś znacz­nie luź­niej­sze­go. Wsu­nę­ła sto­py w adi­da­sy, port­fel, klu­cze, te­le­fon i ka­len­da­rzyk wrzu­ci­ła do po­ręcz­ne­go ku­fer­ka i wró­ci­ła do ro­dzi­ny.

Współ­cze­sny mi­ni­ma­lizm – ni­skie, bia­łe tap­cza­ny oży­wio­ne po­ma­rań­czo­wy­mi, czer­wo­ny­mi i żół­ty­mi po­dusz­ka­mi, z któ­rych część le­ża­ła na pod­ło­dze wy­ło­żo­nej drew­nem z re­cy­klin­gu.

No­wo­cze­sne rzeź­by w każ­dym ką­cie.

Chłop­cy sie­dzie­li przy ni­skim, drew­nia­nym sto­li­ku ka­wo­wym, ubra­ni i przy­go­to­wa­ni do wyj­ścia do szko­ły. Prze­szko­dzi­ła im w grze w sza­chy.

– Wi­dzę, że je­ste­ście już go­to­wi. Pra­ca do­mo­wa od­ro­bio­na?

Ża­den z sy­nów nie uznał tego py­ta­nia za god­ne od­po­wie­dzi, więc obaj tyl­ko rzu­ci­li ma­mie lek­ce­wa­żą­ce spoj­rze­nie.

– Oczy­wi­ście, od­ro­bio­na – po­pra­wi­ła się. – W po­rząd­ku, w ta­kim ra­zie wska­kuj­cie do auta. My­ślę, że dzie­sięć mi­nut przed cza­sem ni­ko­mu nie za­szko­dzi.

Kie­dy szła za swo­imi dwo­ma ma­ły­mi dżen­tel­me­na­mi wzdłuż ko­ry­ta­rza, roz­my­śla­ła nad ich po­wa­gą. Na­tu­ral­nie była za­chwy­co­na ich ta­len­tem mu­zycz­nym i zdol­no­ścią na­uki. Jaki ro­dzic nie był­by dum­ny? Ale cza­sa­mi ża­łu­je, że nie pso­cą, nie ta­pla­ją się w bło­cie i nie bru­dzą na po­tę­gę. Ock­nę­ła się, kie­dy zna­leź­li się przed za­par­ko­wa­nym w ga­ra­żu vo­lvo. Wy­co­fa­ła sa­mo­chód i prze­sta­ła się za­sta­na­wiać, co by było gdy­by. Ma wiel­kie szczę­ście, że Ro­man i Hu­bert są jej sy­na­mi.

4Bieg z przeszkodami

Mim upu­ści­ła te­le­fon i wci­snę­ła się w wy­pa­trzo­ne miej­sce par­kin­go­we przed szko­łą Lan­ghol­me. Zła­pa­ła je­sien­ny pro­jekt Jac­ka, z któ­re­go od­pa­da­ły far­foc­le i zdą­ży­ły za­śmie­cić cały sa­mo­chód, po­pra­wi­ła chłop­com ma­ry­nar­ki, wy­rów­na­ła kra­wa­ty, w po­śpie­chu star­ła im z po­licz­ków śla­dy cze­ko­la­do­we­go mle­ka i przy­gła­dzi­ła wło­sy dys­kret­nie po­li­za­ną dło­nią.

– Mamo, to obrzy­dli­we – na­rze­kał Jack, pró­bu­jąc od­chy­lić gło­wę i unik­nąć fry­zjer­skich za­bie­gów.

– Nie chce­my chy­ba ko­lej­nych punk­tów ujem­nych za mun­du­rek, praw­da? I pod­cią­gnij też skar­pet­ki, bo jesz­cze lu­dzie po­my­ślą, że two­ja mat­ka o cie­bie nie dba.

Szyb­ko od­pię­ła pas Chloe, zła­pa­ła ją w pa­sie i wy­ję­ła z fo­te­li­ka, po czym jak pa­sterz za­pro­wa­dzi­ła całą gro­ma­dę do głów­ne­go wej­ścia aku­rat w mo­men­cie, gdy roz­legł się dźwięk dzwon­ka.

MP (Ma­fia Par­kin­go­wa) sta­ła tam, gdzie zwy­kle – przy bra­mie wjaz­do­wej. Pierw­sze zja­wia­ły się na miej­scu, a jako ostat­nie je opusz­cza­ły. Ta ban­da ofiar mody nig­dy nie była w sali lek­cyj­nej, ba – nig­dy na­wet nie prze­kro­czy­ła pro­gu szkol­ne­go bu­dyn­ku ani nie po­sta­wi­ła sto­py na szkol­nym bo­isku, ale trzy­ma rękę na pul­sie i ja­kimś cu­dem zna wszyst­kie naj­śwież­sze plot­ki. Ma­fię ła­two dało się roz­po­znać po ubio­rze. Mia­ły szpil­ki z czu­ba­mi i roz­klo­szo­wa­ne dżin­sy przy pod­rzu­ca­niu dzie­ci na lek­cje, te­ni­so­we su­kien­ki Re­ebo­ka na po­ran­ne po­ga­du­chy albo ob­ci­słe bluz­ki z ly­crą i spoden­ki ko­lar­skie na spo­tka­nia z oso­bi­sty­mi tre­ne­ra­mi. No­wo­bo­gac­kie. Żony pił­ka­rzy, gwiazd roc­ka i byłe mo­del­ki. Afi­szo­wa­ły się ze swo­im bo­gac­twem, no­sząc po­ły­sku­ją­cą bi­żu­te­rię. Zło­te łań­cu­chy i dia­men­ty były wręcz obo­wiąz­ko­wą po­zy­cją w ich mo­do­wym re­gu­la­mi­nie. Te la­ski były uza­leż­nio­ne od szpa­ner­skich bły­sko­tek. Po za­ku­pie pierw­sze­go klej­no­tu sta­ły się zde­spe­ro­wa­ny­mi, dia­men­to­wy­mi ćpun­ka­mi. Pierw­szy strzał, pierw­szy dia­men­to­wy haj – i zna­la­zły się w pu­łap­ce, chcia­ły co­raz wię­cej bły­skot­ko­wych wra­żeń. Dia­men­ty na cie­le za­pew­nia­ły im nie­usta­ją­cy od­jazd. Pęp­ki po­środ­ku ich na­prę­żo­nych brzu­chów mie­ni­ły się, aż ra­zi­ło w oczy. Na szy­jach dyn­da­ły po­ły­sku­ją­ce ka­mie­nie, pa­znok­cie zdo­bi­ły na­kle­ja­ne krysz­tał­ki, a jak się mia­ło szczę­ście, moż­na było za­uwa­żyć mi­go­cą­cą ozdo­bę na­wet na sie­ka­czach. Ich akry­lo­we tip­sy przed­sta­wia­ły całą pa­le­tę ko­lo­rów i wzo­rów, od ha­waj­skie­go wscho­du słoń­ca po spa­da­ją­ce gwiaz­dy na spe­cjal­ne oka­zje – jak na przy­kład pu­char Brown­lo­wa czy roz­da­nie na­gród Lo­gie. Ma­fia spło­dzi­ła po­tom­stwo tyl­ko dla­te­go, że nie było nic in­ne­go do ro­bo­ty, jak we­se­le się skoń­czy­ło. Oczy­wi­ście wszel­kie do­wo­dy i śla­dy po cią­żach w cu­dow­ny spo­sób znik­nę­ły dzię­ki sztucz­kom lo­kal­nych chi­rur­gów pla­stycz­nych. Tak się przy­pad­kiem zło­ży­ło, że to byli ci sami go­ście, któ­rzy pro­sto­wa­li im nosy i po­więk­sza­li biu­sty do nie­re­al­nych roz­mia­rów.

Mim mi­nę­ła Ma­fię z cierp­kim uśmie­chem i po­czu­ła na ple­cach, jak mie­rzy­ły ją wzro­kiem. Ża­ło­wa­ła, że nie mia­ła rano cza­su, żeby do­su­szyć wło­sy. Wy­mam­ro­ta­ła coś szyb­ko na po­wi­ta­nie De­spe­ra­tek o prze­krwio­nych oczach. De­spe­rat­ki za­wo­do­wo zaj­mo­wa­ły się roz­wo­da­mi. To były ko­bie­ty, któ­re bra­ły ślub tyl­ko dla pie­nię­dzy i po­zy­cji, czy­ści­ły mę­żom port­fe­le i kon­ta, po czym roz­po­czy­na­ły ko­lej­ne pod­bo­je. Były płyt­kie, zbla­zo­wa­ne i znisz­czo­ne wód­ką po­łą­czo­ną z nad­mia­rem słoń­ca. De­spe­rat­ki za­czy­na­ły jako opie­kun­ki u ro­dzin, oma­mia­ły mę­żów i w re­zul­ta­cie ulat­nia­ły się z nimi, zo­sta­wia­jąc żony i dzie­cia­ki na pa­stwę losu. Po­tem przez parę lat uda­wa­li szczę­śli­wą ro­dzi­nę, w tym sa­mym cza­sie może na­wet zmaj­stro­wa­li dziec­ko albo i dwo­je, ale po­tem De­spe­rat­ka się nu­dzi­ła i prze­rzu­ca­ła na po­sia­da­cza więk­sze­go ma­jąt­ku. Kie­dy De­spe­rat­ki aku­rat nie były za­ję­te skła­da­niem mał­żeń­skiej przy­się­gi albo nie znaj­do­wa­ły się na roz­pra­wie roz­wo­do­wej w są­dzie, la­ta­ły do Hong­kon­gu w po­szu­ki­wa­niu bu­tów od­po­wied­nich do ich ma­łych stóp. Ich dziew­czę­ce fi­gu­ry były utrzy­my­wa­ne dzię­ki sil­ne­mu przy­wią­za­niu do za­bu­rzeń ży­wie­nio­wych, z któ­rych były nie­zwy­kle dum­ne.

Ich dro­gie wi­zy­ty w sa­lo­nach ko­sme­tycz­nych słu­ży­ły tyl­ko temu, żeby ukryć śla­dy ni­ko­ty­ny na pal­cach, a hek­to­li­try fran­cu­skich per­fum, któ­re na sie­bie wy­le­wa­ły, mia­ły ma­sko­wać smród al­ko­ho­lu i pa­pie­ro­so­we­go dymu.

Parę kre­sek ko­ka­iny, któ­re De­spe­rat­ki wcią­ga­ły od cza­su do cza­su, po­zwa­la­ły sza­leć całą noc na im­pre­zach, a rano mieć jesz­cze na tyle siły i świa­do­mo­ści, żeby od­pro­wa­dzić dzie­ci do szko­ły (kie­dy już nia­nia je na­szy­ku­je). Pod­rzu­ce­nie do szko­ły było obo­wiąz­ko­wym punk­tem każ­de­go dnia: szan­sa na to, żeby się po­ka­zać, oka­zja do prze­chwa­łek swo­imi ostat­ni­mi pi­jac­ki­mi wy­czy­na­mi i oczy­wi­ście do­god­ny mo­ment, żeby ro­zej­rzeć się wśród no­wych ta­tu­siów. Po­tem te noc­ne kre­atu­ry wlo­kły się do łó­żek i prze­sy­pia­ły naj­gor­sze go­dzi­ny, kie­dy sro­gie re­alia ich pu­ste­go ży­cia oka­zy­wa­ły się zbyt trud­ne do udźwi­gnię­cia. Ale w koń­cu od cze­go jest ko­lej­na noc – czas po­lo­wań na nową ofia­rę.

Kie­dy Mim po­ko­na­ła już ten bieg z prze­szko­da­mi, roz­tar­gnio­na dała Jac­ko­wi bu­zia­ka na po­że­gna­nie, a Char­leya za­pro­wa­dzi­ła do po­ko­ju dla pierw­szo­kla­si­stów, a tam cze­ka­ła na nią ko­lej­na gru­pa ma­tek. To były Mat­ki Prze­ło­żo­ne – nad­zwy­czaj­ne ko­bie­ty, któ­re ma­cie­rzyń­stwo i wy­cho­wa­nie po­tom­stwa uzna­ły za swo­ją pro­fe­sję. Po­świę­ca­ły się temu cał­ko­wi­cie, jed­no­cze­śnie wszel­kie luki w ży­ciu ła­ta­jąc szko­łą. Kto­kol­wiek pod­szedł do nich w do­brej in­ten­cji, zo­sta­wał od­rzu­co­ny. Nie po­trze­bo­wa­ły do­brych rad. Ta gru­pa ma­tek zgo­to­wa­ła cięż­ki los na­uczy­cie­lom. Mat­ki Prze­ło­żo­ne były za­zna­jo­mio­ne z naj­now­szy­mi książ­ka­mi psy­cho­lo­gicz­ny­mi i edu­ka­cyj­ny­mi tek­sta­mi, któ­re mo­gły­by im po­móc ro­bić wszyst­ko jesz­cze le­piej. Mo­gły się po­pi­sać wie­dzą o sys­te­mach edu­ka­cji, rów­no­le­głym ucze­niu się, dys­cy­pli­nie i me­to­dach sty­mu­la­cji mó­zgu. Bra­ły udział we wszyst­kich moż­li­wych ze­bra­niach i w ape­lach, nad­zo­ro­wa­ły każ­dą wy­ciecz­kę. Nie­chęt­nych na­uczy­cie­li za­pra­sza­ły do domu na obiad, żeby ich do sie­bie prze­ko­nać, wy­sy­ła­ły dy­rek­to­rom e-ma­ile z żar­li­wy­mi po­dzię­ko­wa­nia­mi i były człon­ki­nia­mi wszel­kich ko­mi­te­tów.

Sta­no­wi­ły ją­dro spo­łecz­no­ści szkol­nych mam. Za­wsze wy­glą­da­ły tak, jak trze­ba, za­wsze koń­czy­ły pra­cę do­mo­wą na czas, za­wsze mia­ły w za­na­drzu do­mo­we wy­pie­ki i zna­ły szcze­gó­ły z ży­cia wszyst­kich ro­dzin, któ­rych dzie­ci uczęsz­cza­ły do Lan­ghol­me. Cały ze­spół niań, opie­ku­nek, go­spo­dyń, oso­bi­stych asy­sten­tów i tre­ne­rów pra­co­wał za ku­li­sa­mi, żeby za­pew­nić im w ży­ciu pod­po­rę per­fek­cyj­no­ści.

– Zno­wu spóź­nio­na, Mim? – za­py­ta­ła Hor­ten­se Ma­thews na­le­żą­ca do Ma­tek Prze­ło­żo­nych od nie­pa­mięt­nych cza­sów.

Hor­ten­se po­cho­dzi­ła z Sur­rey, z An­glii, i mimo że prze­pro­wa­dzi­ła się do Mel­bo­ur­ne, kie­dy mia­ła za­le­d­wie osiem lat, za­cho­wa­ła wy­spiar­ski ak­cent, w czym prze­ja­wia­ła się naj­więk­sza sztucz­ność.

Śmia­ła się jak koń (i jej twarz bar­dzo do tego śmie­chu pa­so­wa­ła) i chy­ba my­śla­ła, że jest księż­nicz­ką Anną. Ża­den z na­uczy­cie­li z ka­dry Lan­ghol­me nie zo­stał wy­łą­czo­ny z gro­na osób, któ­rym chcia­ła za­im­po­no­wać. Oby­dwaj dy­rek­to­rzy na­uczy­li się wy­glą­dać na za­pra­co­wa­nych, kie­dy tyl­ko Hor­ten­se znaj­do­wa­ła się w po­bli­żu, żeby unik­nąć jej wa­ze­li­niar­skich tek­stów, jaką to wspa­nia­łą in­sty­tu­cją jest ich szko­ła.

– Za­spa­łaś, co, ko­cha­na?

Mim uśmiech­nę­ła się i szyb­ko mi­nę­ła zwar­tą pacz­kę Ma­tek Prze­ło­żo­nych, igno­ru­jąc py­ta­nie.

Ko­bie­ty zmie­rzy­ły ją wzro­kiem, zwra­ca­jąc uwa­gę na wło­sy, buty, ubra­nie i (dzię­ki Bogu) pro­fe­sjo­nal­nie na­ło­żo­ną ma­sca­rę. Sta­ra­ły się uni­kać peł­ne­go kon­tak­tu wzro­ko­we­go i de­li­kat­nie się od­chy­li­ły, kie­dy Mim szła obok.

Mim we­tknę­ła gło­wę do sali, w któ­rej trwa­ły za­ję­cia Char­leya, i po­wie­dzia­ła pani Ke­ith tyl­ko bez­dź­więcz­ne „prze­pra­szam”, kie­dy ta ki­wa­ła gło­wą z po­ża­ło­wa­niem. Przed drzwia­mi chcia­ła w eks­pre­so­wym tem­pie wy­pa­ko­wać z ple­ca­ka rze­czy syna i prze­ko­py­wa­ła się przez wszyst­kie szpar­ga­ły.

– Char­ley, gdzie two­ja czy­tan­ka? – za­py­ta­ła w amo­ku.

– Nie wiem – wy­beł­ko­tał.

– Wkła­da­łam ci ją do ple­ca­ka. Gdzie jest te­raz? Wyj­mo­wa­łeś ją w sa­mo­cho­dzie?

– O, tak. Wy­ją­łem na chwi­lę, żeby się­gnąć po moje PSP.

Mim tu­pa­ła nogą po­iry­to­wa­na.

– Dla­cze­go nie mo­żesz być odro­bi­nę bar­dziej od­po­wie­dzial­ny, Char­ley? Stój tu z Chloe, a ja pój­dę po czy­tan­kę.

Po­gna­ła z po­wro­tem do sa­mo­cho­du i jesz­cze raz po­ko­na­ła bieg z prze­szko­da­mi spon­so­ro­wa­ny przez Ma­fię Par­kin­go­wą.

– Su­per te dżin­sy – po­wie­dzia­ła LJ Ma­ho­ney, któ­ra cią­gle nie mo­gła się otrzą­snąć po zo­ba­cze­niu zdję­cia El­lie – naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki Mim – w ru­bry­ce z re­la­cją z wer­ni­sa­żu. – Wy­glą­da­ją na to­bie sza­ło­wo.

– Dzię­ki – od­par­ła za­sko­czo­na Mim.

– No, ja swo­je no­si­łam, aż się roz­le­cia­ły – w po­przed­nim se­zo­nie. – Wścib­ska plu­skwa za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem i uśmiech­nę­ła się szy­der­czo do swo­je­go kla­nu.

Mim ucie­kła stam­tąd i mało bra­ko­wa­ło, a ci­snę­ła­by czy­tan­ką pro­sto w krąg Ma­tek Prze­ło­żo­nych sto­ją­cych w go­to­wo­ści do ak­cji na środ­ku ko­ry­ta­rza.

Mia­ły wy­ra­zy twa­rzy peł­niej­sze cier­pli­wo­ści i mi­ło­sier­dzia niż naj­święt­si świę­ci, a w dło­niach dzier­ży­ły czer­wo­ne dłu­go­pi­sy do za­zna­cza­nia błę­dów.

– Za­po­mnia­ły­śmy na­szej czy­tan­ki, praw­da, Mim? – uśmiech­nę­ła się pa­skud­nie jed­na z ma­tek.

– Tak się skła­da, że Char­ley za­po­mniał – od­bi­ła pi­łecz­kę Mim. – Char­ley, gdzie się po­dzia­ła Chloe?

– Po­szła na plac za­baw – od­po­wie­dział, dłu­biąc pal­cem głę­bo­ko w no­sie.

– Prze­stań to ro­bić i idź do kla­sy. – Mim po­pchnę­ła ma­łe­go w stro­nę drzwi i na­gle pod wpły­wem olśnie­nia do­da­ła istot­ną for­muł­kę: – Ko­cham cię, je­steś wy­jąt­ko­wy, do­ko­nuj dzi­siaj do­brych wy­bo­rów.

– Czy­ta­nie dzi­siaj, Mim? – za­py­ta­ła Mat­ka Prze­ło­żo­na Mary, uno­sząc swo­je ide­al­nie wy­re­gu­lo­wa­ne brwi (przy czym na jej na­bo­tok­so­wa­nym czo­le nie po­ja­wi­ła się ani jed­na zmarszcz­ka).