Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Dziewczynka z zapalniczką ebook

Mariusz Czubaj  

4.32777777777778 (180)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczynka z zapalniczką - Mariusz Czubaj

Dziewczynka z zapalniczką” to książka, która wciąga od pierwszych stron! Katarzyna Bonda o mówi o niej: „Po prostu petarda”! Nowy mroczny kryminał Mariusz Czubaja  to przykuwająca uwagę intryga i trzymająca w napięciu fabuła.

 

Współczesny Śląsk. W lesie w Katowicach zostaje zamordowany Jacek Szymon, dawny mentor i kolega Rudolfa Heinza. Wiele lat wcześniej, we wrześniu 2001 roku, w willi na Brynowie odkryto okaleczone zwłoki 6-letniej dziewczynki. Śledztwo prowadził wówczas Jacek Szymon, a sprawcy nigdy nie znaleziono. Co łączy te dwie sprawy?

Profiler, który jeszcze niedawno zastanawiał się nad odejściem z policji, angażuje się w śledztwo. Tymczasem na wolności przebywa groźny przestępca, który kiedyś groził śmiercią Szymonowi oraz Heinzowi. Wiele wskazuje, że nie rzucał słów na wiatr.

 

 

Po prostu petarda!

Katarzyna Bonda

Do tej pory z prozy polskiej czytałem tylko brata, ale teraz zmieniam zdanie. Tak dobrego kryminału nie czytałem od co najmniej kilku lat. „Dziewczynka z zapalniczką” to prawdziwa petarda i pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników kryminałów!

Wojtek Miłoszewski

Najmocniejszy autor polskiego kryminału i jego najbardziej nieoczywisty bohater. Czubaj i Heinz mistrzami literackiej intrygi!

Leszek Koźmiński „Kryminalna Piła”

Opinie o ebooku Dziewczynka z zapalniczką - Mariusz Czubaj

Fragment ebooka Dziewczynka z zapalniczką - Mariusz Czubaj

MARIUSZ

CZUBAJ

DZIEWCZYNKA ‌Z ZAPALNICZKĄ

Copyright © by Grupa ‌Wydawnicza ‌Foksal, MMXVIII

Wydanie ‌I

Warszawa MMXVIII

Patrzyła mi ‌w twarz z taką uwagą, ‌tak badawczo, jakby wiedzieć, ‌co ja w owej chwili ‌myślę, czy w ogóle coś ‌myślę, ‌czy ‌coś wiem, ‌znaczyło ‌dla ‌niej nieporównanie ‌więcej ‌niż… ‌Prawdopodobnie było ‌to dla niej ‌ważniejsze ‌niż życie. ‌Bo zawsze najważniejsze, ważniejsze ‌niż zdobycz i wynik jest ‌jedno: wiedzieć, ‌co myśli o nas ofiara ‌albo ten, którego ‌upatrzyliśmy sobie na ‌ofiarę…

Sándor Márai, ‌Żar

Prolog

Dziewczynka uśmiechnęła ‌się ‌przez ‌sen. Chichot brzmiał ‌przyjaźnie, ‌nie ‌miał nic ze ‌złośliwego ‌śmiechu gnoma, którego widziała ‌w telewizyjnej bajce. Uśmiechnęła ‌się raz jeszcze. ‌A potem coś wydobyło ją ‌ze snu. ‌Delikatnie wyciągało ‌z głębi, aż ‌znalazła się na powierzchni.

Była ‌noc, środek upalnego ‌lata. Dziewczynka na zmianę ‌wsłuchiwała ‌się ‌w swój ‌oddech ‌i w ciszę za ‌uchylonym ‌oknem. Powietrze stało ‌w miejscu. Położyła ‌się na boku i przytuliła ‌do pluszowego misia ‌z oderwanym uchem. Zamknęła oczy ‌i wtedy usłyszała cichy chichot ‌kolejny raz. A może ‌było to pochlipywanie. Może ‌ktoś płakał?

Głos ‌dobiegał ‌z dołu. Głos kobiety.

Usiadła i spojrzała ‌na podświetlany zegar ‌z różowym cyferblatem i kucykiem. ‌Nie umiała jeszcze ‌odczytywać godzin, wiedziała ‌tylko, że gdy obie ‌wskazówki są razem najwyżej, ‌na dwunastej, wtedy ‌jest południe albo północ. ‌Wskazówki ‌były prawie złączone ‌w najwyższym punkcie.

Tym ‌razem usłyszała na dole ‌męski głos.

Wstała i najciszej jak ‌potrafiła otworzyła drzwi. ‌Z pokoju brata dobiegało chrapanie. Tata mówił, że armaty mogłyby walić, a on by spał. Powoli, jakby się skradała albo polowała na dzikie zwierzę, zsuwała się w dół, opierając ramieniem o zimną, chropowatą ścianę.

Ostatni stopień schodów skrzypnął, ale odgłos został zagłuszony przez inny dźwięk. To z pewnością nie był płacz.

Głosy dobiegały z sypialni.

Drzwi były uchylone. Na stoliku przy łóżku paliła się lampka. Oświetlała pomieszczenie łagodnym, żółtym światłem, które tak bardzo lubiła, gdy kotłowała się z rodzicami na gigantycznym łóżku. Wstrzymała oddech.

Wpatrywała się w olbrzymie stopy i owłosione nogi ojca. Leżał na kołdrze w łososiowym kolorze, ozdobionej delikatnymi wzorkami. Na mężczyźnie, zgięta wpół, leżała kobieta. Ręka ojca głaskała jej plecy. Dwie głowy przylegały do siebie.

Kiedyś widziała mamę i tatę, gdy tak się obejmowali i tulili. A potem usłyszała od nich, że dzieci mają swoje zabawy, a dorośli swoje. I że to bardzo brzydko podglądać dorosłych. I że ma tego nigdy więcej nie robić.

Kobieta wyprostowała się i zaczęła poruszać. Jakby tańczyła. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Naprężyła się i odgarnęła blond włosy z pleców. Sprężyny łóżka jęczały, ojciec mruczał, a oddech kobiety stał się głębszy.

Dziewczynka zamrugała oczami. Z jej ust wydobył się krzyk.

To nie była mama. Mamy już dawno w domu nie ma. Tęskniła za nią i nie rozumiała, dlaczego musiała udać się w daleką podróż.

Kobieta wygięła się w łuk, jęknęła i na chwilę znieruchomiała.

To nie była jej matka, ale nie dlatego dziewczynka krzyknęła.

Rysunek. Przeraził ją rysunek, który zobaczyła na plecach.

Ojciec poderwał się gwałtownie, a blondynka odwróciła głowę. Patrzyły teraz na siebie.

Dziewczynka znała tę twarz.

Pobiegła na górę i nakryła głowę kołdrą. Nie wiedziała, kiedy zasnęła.

Ktoś zdjął kołdrę z jej głowy. Ojciec pocałował ją w czoło, a potem szerzej otworzył okno. Śpiew ptaków wdarł się do pokoju.

– Wstawaj, śpiochu. Bo prześpisz piękną sobotę.

Pogłaskał ją po policzku.

– Wydaje mi się… Zdaje się, że coś złego śniło ci się w nocy. Ale to tylko sen. Mnie też się czasem to zdarza.

Uśmiechnął się. Podniósł dwa puzzle z podłogi i położył obok innych na stoliku.

– Zejdź na śniadanie. Dziś będzie na słodko. To, co lubisz najbardziej. Z nutellą. Umieram z głodu i młody też.

Wyszedł i usłyszała kroki na schodach. Z dołu doleciał głos brata.

Dziewczynka od dłuższego czasu nie spała. Może gdyby przyjrzał się jej uważnie, zauważyłby to.

Jej oczy nie były zaspane. Patrzyła przed siebie lodowatym spojrzeniem.

Dopalił papierosa, peta rzucił w śnieg i wtedy usłyszał wystrzały. Wymacał wypukłość pod granatową kurtką i splunął. Od lat nie zdarzało się, żeby nosił broń. Tej nocy nie przewidywał kłopotów, a mimo to pomyślał, że z pistoletem będzie czuł się pewniej.

Podświetlił tarczę zegarka. Minęła jedenasta. Ktoś pospieszył się z odpalaniem rac. W ciągu najbliższej godziny huk będzie coraz większy, z każdą minutą liczba niecierpliwców będzie rosła, aż wreszcie rozbrzmi prawdziwa kanonada i rozświetli się całe niebo. Ludzie naiwnie wierzą w moc chwil takich jak ta.

Wykonał kilka podskoków, żeby rozgrzać ciało, a śnieg zaskrzypiał pod butami.

Rzeczywiście miał powody do zadowolenia. Tej nocy zmieni się wszystko. Emerytowany komisarz policji Jacek Szymon zostawi za sobą przeszłość i rozpocznie nowe życie.

Wrócił do samochodu, włączył ogrzewanie i radio. Przez chwilę zastanawiał się, czy przed wyjściem z mieszkania wyłączył światło. Zawsze uważał, że to dziwne. Zimowa ciemność nigdy mu nie przeszkadzała i kiedy był w plenerze, nie odczuwał przed nią lęku. Wystarczyło jednak, że nocą znalazł się w jakimś pomieszczeniu i w panice poszukiwał włącznika. Ciemność plus zamknięcie. To była kombinacja, z którą od dziecka sobie nie radził.

Było dziesięć po jedenastej. Przyjechał za wcześnie. Zwykle gdy jeszcze pracował w Katowicach, dojeżdżał krajową siedemdziesiątką dziewiątką. Tym razem zdecydował się na A4 i osiemdziesiątkę szóstkę. Przez cały wczorajszy dzień intensywnie padało, jechał więc ostrożnie. Nie miał zresztą powodu, żeby się spieszyć. Po dwudziestu minutach był na miejscu. Po drodze minął jeden samochód. Ciekawe, pomyślał, czy kierowca dotrze do celu przed Nowym Rokiem. Dokąd jedzie? A może nie lubi takich dni jak ten? Przemknęły mu przez głowę, jak na przewijanym filmie, sylwestry, które spędził w samotności, także tych kilka udanych, gdy jeszcze był duszą towarzystwa, budził szacunek, a niekiedy nawet podziw kolegów. Za to dziś, nie, to już będzie jutro, gdy wróci do domu, wzniesie toast. Napije się za siebie i nowe życie. A potem ze schroniska zabierze psa, który przypominał mu ulubioną baśń dzieciństwa. Tego z oczami wielkimi jak młyńskie koła.

Zjechał w umówionym miejscu, obrócił samochód i stanął na drodze prowadzącej w las. Ustawił się bagażnikiem do linii drzew, żeby widzieć nadjeżdżające samochody. Palcami na kierownicy wybijał rytm największego przeboju roku. Shakira śpiewała Waka Waka, a on próbował przypomnieć sobie obejrzane latem podczas mundialu mecze. Kiedyś piłkę nożną oglądał na okrągło, zdarzało się, że chodził na ligę i puchary. Od dziecka kibicował Gieksie, pamiętał radość po zwycięskim meczu z Motherwell, ale kiedy to było! Dawne czasy. Bardzo dawne. Dwa ostatnie lata rozmazywały mu się w pamięci. Stał się bywalcem w barze, który miał po sąsiedzku, a potem nawet tam przestał zaglądać. Wystarczało mu picie w domu. Zdarzało się, że otwierał butelkę o szóstej rano. Tłumaczył to sobie rodzinnym nawykiem. Gdy ojciec wracał z szychty, przecierał brudną ręką powieki, w które wgryzły się drobiny węgla, a potem nalewał kieliszek. Na lepszy sen i za kolejny przeżyty dzień.

Zapalił lampkę wewnętrzną i spojrzał w lusterko wsteczne. Podkrążone oczy, napuchnięta twarz, przerzedzone włosy. Gdyby ktoś porównał ją ze zdjęciami sprzed dziesięciu lat, nie rozpoznałby go. Zapuścił się, przytył.

Na siedzeniu pasażera leżała aktówka. Była w niej jego przeszłość, ale kryła się i przyszłość. Polisa na życie. Dziesięć długich lat, pomyślał. Tyle poświęcił sprawie, która nie dawała mu spokoju, pociągnęła ku przepaści i prawie w nią strąciła. Prawie. Bo jednak znalazł rozwiązanie. A wraz z nim zdobył klucz do skarbca.

Zmieni się, powtórzył w myślach. Wszystko wokół się zmieni.

„W tym roku między innymi pytaliśmy: «Panie premierze, jak żyć?». A ostatnio to ci dopiero niespodzianka! Dowiedzieliśmy się, jak nazywa się najsłynniejszy polski agent, agent Tomek”. Dziennikarz prowadzący sylwestrową audycję dyszał, jakby dopiero zszedł z parkietu. „A wam jak ten rok minął? Przygotowaliście listę postanowień i jakieś niespodzianki dla najbliższych? To teraz posłuchamy…”.

Zniecierpliwiony wybrał inną stację. Urszula śpiewała o koniku na biegunach. Kevin w święta, a konik na sylwestra. Pewne rzeczy trwają wiecznie.

Dwadzieścia po jedenastej. Pięć minut spóźnienia. Ogarnął go niepokój. Może jest tu na próżno. Szybko odgonił złe myśli. Nie, niemożliwe. Ludzie bywają chimeryczni, zmieniają zdanie, ale nie w takich sprawach. Nie wtedy, gdy ich los znajduje się w rękach innych. Wtedy są zdeterminowani.

Próbował to sobie wyobrazić. Jakie to musi być uczucie? Spędzasz beztroski weekend, a może po prostu jest dzień jak co dzień, sprawdzasz pocztę i nagle wśród innych wiadomości dostrzegasz właśnie tę. Strzał między oczy. Jak to jest? Wpatrujesz się w treść i w pierwszej chwili nic nie rozumiesz. Otwierasz załącznik, patrzysz na zdjęcie, raz jeszcze czytasz trzy słowa w temacie wiadomości: „Wiem już wszystko”.

Krew odpływa ci z twarzy, a ręce zaczynają się pocić.

Tak to sobie wyobrażał. Reszta to już kwestia wprawy, doświadczenia. Oraz umiejętność pokierowania sprawami. Potrafił dominować, zawsze był w tym dobry. Jak widać nie wyszedł z wprawy.

W oddali zobaczył zbliżające się światła. Kiwnął głową z aprobatą. No właśnie. Chwilowy niepokój był zupełnie niepotrzebny. Światła powiększały się, samochód zwolnił i zatrzymał się na wprost jego forda. To nie był czas i miejsce dla zakochanej pary.

Kierowca terenówki ze szperaczami na dachu odczekał chwilę i mrugnął światłami. On zrobił to samo, wyłączył radio i rozpiął kurtkę. Wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni, wymacał przycisk i nacisnął go. To jedna z niespodzianek, które przygotował. Wcześniej wszystko sprawdził, mikrofon świetnie zbierał dźwięki. Sięgnął po aktówkę. Jej zawartość miała być kolejną niespodzianką.

Wysiadł z samochodu, przez kilka sekund stał bez ruchu, a potem zaczął iść w stronę terenówki. Uniósł rękę do góry, pokazując, z czym przybył.

Znajdował się pięć metrów od samochodu, gdy kierowca włączył szperacze. Silnik zawył, przez chwilę koła ślizgały się na lodzie i wreszcie samochód ruszył do przodu.

Jacek Szymon odruchowo zasłonił aktówką oczy. Kiedyś wyuczone nawyki zwiększyłyby jego szanse. Uskoczyłby albo wyszarpnął pistolet i strzelił. Paraliżujący strach osadził go w miejscu.

Stał bez ruchu, gdy terenówka uderzyła w niego.

Górne reflektory samochodu oświetlały teren. Kierowca wysiadł. Spojrzał na skulone ciało i rozejrzał się. Aktówka leżała kilka metrów dalej. Podbiegł, ukucnął, zdjął rękawiczki z delikatnego zamszu i zaczął przeglądać jej zawartość.

A potem wstał i podszedł do byłego policjanta. Niewielki obłoczek pary wydobywał się z ust rannego. Był oszołomiony, ale żył. Noga krwawiła. Kość przebiła spodnie, wokół niej zwisały poszarpane mięśnie.

But nastąpił na zmiażdżoną kończynę.

Jacek Szymon zawył. Ból sprawił, że jego ciało rozpadło się na tysiące kawałków.

– Gdzie to jest? – Z oddali dobiegł głos.

Jęknął.

– Gdzie jest reszta? Miało być wszystko.

Próbował odpowiedzieć, ale nie mógł wymówić słowa. Usta wypełniała mu krew.

– Jednak oszukałeś mnie. – Głos nie krył zawodu.

– Pierdol się – wycharczał Szymon.

Usłyszał cichy śmiech. Kierowca ukucnął. Rozpiął kurtkę i Szymon zobaczył pistolet. Przez ułamek sekundy kierowca zawahał się, a potem zaczął szybko przetrząsać kieszenie rannego. Gdy znalazł to, czego szukał, z mokrego śniegu ulepił śnieżkę. Wepchnął ją byłemu policjantowi w usta.

Patrzył, jak śnieżka się topi, a jej resztki zmieniają kolor i stają się czerwone.

Silnik zamruczał. Jego warkot stawał się głośniejszy.

Szymon uniósł głowę i zobaczył dwa reflektory. Wielkie jak młyńskie koła.

Gdzieś na niebie w najhuczniejszą noc roku rozbłysły fajerwerki.

1

Mam panu opowiedzieć to jeszcze raz? – Lekarz przytaknął.

– Jeszcze raz. Najlepiej słowo w słowo.

Wsunął koniec długopisu w usta i przyglądał się Heinzowi. Przypominał zaciekawione czymś niemowlę, a wrażenie to potęgowała łysina. A właściwie prawie łysina, świadcząca o desperacji jej posiadacza, który toczy nierówną walkę z prawami natury i nie przyjmuje do wiadomości rychłej klęski. Heinz z zadowoleniem przeczesał palcami skronie pokryte siwizną. Nigdy, przenigdy nie daj sobie zrobić czegoś takiego na głowie. A także nie daj sobie zrobić innych rzeczy z głową.

Nie miał szczęścia do psycholożek i psychiatrów. Kilkoro poznał zawodowo, wystrzegał się prywatnych kontaktów, a wyjątek uczynił dla jednej kobiety o hebanowej skórze. Poza tym jednym przypadkiem szału nie było. Siedzący po drugiej stronie biurka mężczyzna, mniej więcej w wieku komisarza, zdawał się potwierdzać, że prawo fatalnej serii wciąż działa.

– A pan będzie to zapisywał? – Wskazał na długopis. – Słowo w słowo?

Lekarz uśmiechnął się.

– Nie. Co miałem zapisać, już zapisałem. Po prostu proszę opowiedzieć. Jak kumplowi.

Gdyby był jego kumplem, kupiłby mu dobrą maszynkę do włosów i obyłoby się bez wstydu.

Komisarz westchnął. Nic nie wskazywało, że sprawy tak się potoczą. Poprzedni rok zaczął się jak wiele poprzednich. Ale nastąpiło niespodziewane przyspieszenie. Efekt kuli śniegowej. Na koniec przyszło tsunami. Niewiele przecież brakowało, a w piwnicy na Ligocie zabiłby go seryjny morderca. Uśmierciłby także jego ojca, poczciwego Josepha Heinza, gwiazdę piłki nożnej sprzed lat, oraz uwięzionego chłopca. A potem Inkwizytor, były ksiądz, ten sam, który dziewięć lat temu chciał Heinza spalić, tym razem postanowił zakopać komisarza żywcem. Efekt kuli śniegowej obejmował także mężczyznę, który runął na potężne kotwice falochronu w Darłowie. Wszystko to działo się w jednym sezonie. Nawet dla Bruce’a Willisa byłoby tego całkiem sporo. Jakby nastąpił zlot złych duchów, z których o dziwo żaden mu się nie śnił. Kiedyś po każdej z podobnych spraw dręczyłyby go koszmary i flashbacki, a dobijały nieprzespane noce. Tym razem nic. Do czasu.

Mijały kolejne jesienne dni, rutynowo domykał sprawy, dwukrotnie złożył wyjaśnienia w sprawie Inkwizytora, po czym dano mu spokój, a on zaczynał wierzyć, że z wiekiem staje się nie do zdarcia. Albo przynajmniej impregnowany na zło. Dostał zasłużony urlop. Zamówił nowe przetworniki do gitary. I wtedy to się stało.

– Więc panie doktorze, sen zaczyna się od tego, że siedzę na fotelu dentystycznym z rozdziawionymi ustami. Nade mną stoi mężczyzna w fartuchu, maseczce na twarzy i okularach, takich ochronnych, żeby opiłki zębów nie dostawały się do oczu. – Psychiatra wyjął długopis z ust i zaczął nim pstrykać. – I ten dentysta pyta mnie, czy wiem, jak się nazywa. „Wiem”, odpowiadam. „Niesporczak”. Po chwili dodaję, że to dość rzadkie chyba nazwisko, a on się śmieje. „Wie pan, co to znaczy?”, pyta. Zaprzeczam ruchem głowy, bo mam otwarte usta. Na tym polega problem, doktorze, że nie mogę ich zamknąć.

– Pan naprawdę ze snu dowiedział się, co to jest niesporczak? – Pstryknął znów długopisem.

– A skąd miałbym takie słowo znać? „Kurwo, na glebę” i takie tam podobne, ale „Niesporczak”? Nie znam takich słów. Jestem policjantem.

Psychiatra uśmiechnął się, ukazując szereg pożółkłych zębów. Ruchem dłoni zachęcił, by kontynuował.

– „To znaczy”, mówi dentysta, „że potrafię przetrwać w każdych warunkach. W kosmosie i zamrożony, w stanie anabiozy”. Takiego słowa użył. „Anabioza”. Też go wcześniej nie znałem. To wszystko wiem ze snu. Dentysta pochyla się nade mną, a ja czuję, że nie mogę oderwać rąk od oparcia fotela, tak jakby ktoś mnie do niego przykuł. „Wiesz, co to znaczy, Heinz? To znaczy, że jestem niezniszczalny. Jestem wieczny”. Najbardziej przerażające było to, jak zmieniały się jego oczy. Z brązowych nabierały nagle stalowego odcienia. Poznałbym je zawsze.

– I co dalej? – lekarz dopytał uprzejmie.

– Dalej Niesporczak zrywał maskę i teraz uśmiechał się do mnie Inkwizytor… Wie pan, ten morderca, o którym już mówiłem. „Wiesz, co teraz? Teraz najesz się strachu. Spróbuj, jak smakuje”. Siedziałem z otwartymi ustami, a on wsypywał w nie ziemię, która wlatywała mi do oczu i nosa. Zaczynałem się dusić. Wtedy się zawsze budziłem. Brakowało mi tchu. I tak noc w noc. – Zamilkł. Nie było sensu mówić dalej. Wszystko jest w karcie choroby.

Litry piwa nie dusiły koszmaru, środki nasenne też, a krzyżówka jednego z drugim to wyjątkowo podłe rozwiązanie, które kiedyś przetestował i prawie przypłacił życiem. Wylądował w psychiatryku. Miał tam dwóch kumpli. Jeden godzinami wpatrywał się w akwarium i twierdził, że z ruchu płetw bojowników można wyczytać losy świata. Drugi sam przebił sobie tchawicę. To na wypadek, gdyby „Oni” przyszli we śnie i zaczęli go dusić. Brakowało im do składu Roky’ego Ericksona, który przerwał jeden z koncertów i zaczął opowiadać, że jest Marsjaninem w ludzkim ciele. Heinz poważnie zastanawiał się, czy tracheotomia nie byłaby doraźnym sposobem także na jego ataki paniki. Tak czy inaczej trio pojebów przez chwilę trzymało się razem, a jeden z zakątków szpitala z poczerniałymi ścianami zamienili na nielegalną palarnię.

Po dwóch tygodniach ten z przebitą tchawicą, nazywał się Janek, ale wołali na niego „Jan Paweł”, gdzieś przepadł. Widocznie zabrali go „Oni”. Tego drugiego przenieśli. A leki zaczęły działać. Sny z Niesporczakiem skończyły się i nie powracały, przestał się dusić, ale koszta były wysokie. Stał się bezkształtną masą, pozbawioną emocji i woli życia. Wessała go czarna dziura. Wrócił do mieszkania na dolnym Tauzenie i godzinami wpatrywał się w pęknięcia i nierówności na suficie. Mógłby narysować jego mapę z pamięci. Nie reagował na dzwonki do drzwi i pukanie, poczta w telefonie wypełniła się i nie przyjmowała nowych wiadomości. Zapuścił brodę.

Trwało to do dnia, gdy w mieszkaniu na Osiedlu Tysiąclecia pojawił się Kastoriadis. Ściślej mówiąc, grecki mistrz karate po prostu wszedł razem z drzwiami. Chwilę popatrzył na bezwładne ciało, pokryte pleśnią szklanki i walające się pudełka po pizzy, a potem wypowiedział dwa słowa: „Dosyć, Hipis”.

Na mieście pojawiły się bożonarodzeniowe reklamy, jeden z billboardów, który Heinz widział z okna, reklamował firmę energetyczną i życzył rodzinnego ciepła, a w „kukurydzy” zorganizowano coś w rodzaju wiecznego czuwania. Ciągle ktoś u niego był. Raz wpadł syn. Zamienili więcej zdań niż zwykle, wydatnie poprawiając statystykę spotkań. „Wiesz, młody, że widzimy się drugi raz w tym półroczu?”. „Zadziwiające”, odparł Krzysiek. Pewnie ktoś go zaalarmował, że stary ledwo zipie, i dlatego się ruszył z Wybrzeża. Pocahontas wyciągnęła go na miasto, „bo ty, Hipis, nawet nie wiesz, ile się dzieje. A dopiero będzie, gdy zostaniemy Europejską Stolicą Kultury”. Przyjmował ten jej zapał z ostrożnością i nieufnością. Na psycholożki trzeba uważać, nigdy nie wiadomo, kiedy kończy się empatia, a zaczyna terapia. Nie chciał przecież litości. To najgorsze, co mogłoby się zdarzyć. Dla świętego spokoju obiecał Pocahontas, że spotka się z jeszcze jednym specem od głowy. Pewnego wieczoru zadzwonił jego ojciec, Joseph. „Siłownia, bieganie, może piłka halowa? Bez problemu bym ci dokopał. Na sto metrów też. Zadbaj, Rudolf, o siebie, bierz przykład ze mnie”. Taka pocieszająca gadka. I wiele innych. Ciągle ktoś go absorbował i nie dawał powrócić do stanu ponurej anabiozy.

Mało brakowało, a poszedłby z kolegami z zespołu na sylwestra pod Spodek, ale pomysł patrzenia na Budkę Suflera zadziałał odstraszająco. Wystarczy, że ma lustro w domu. Ktoś z firmy chciał go zabrać do Capitolu, lecz stare, nieczynne kino kojarzyło mu się tylko z jednym. To tam przed pogrzebem wystawiono trumnę Zbyszka Cybulskiego. To było w sześćdziesiątym siódmym. Piękny rok, gdy Hendrix szalał z płonącą gitarą w Monterey… Pocahontas pojechała w góry z jakimiś szczebiotkami, psiapsiółkami. Został sam. Spędził tę najbardziej magiczną noc w roku w towarzystwie marek piwa, które widział pierwszy raz na oczy, i zanim wystrzeliły fajerwerki, porządnie huczało mu w głowie. Urlop zbliżał się do końca i był najwyższy czas, żeby powiedzieć sobie, co dalej. Dwa razy napisał podanie do komendanta o rozwiązanie umowy, podarł je i wyrzucił do kosza.

Co dalej z życiem, Heinz? Ryb nie łowi, nie ma ogródka, wnuków się nie spodziewa. Nigdy nie będzie szczęśliwym dziadkiem, wpychającym małemu dropsa do ust. Tak z grubsza się sprawy miały.

– Halo, słyszał pan, o co pytałem?

Heinz drgnął.

– Zamyśliłem się, przepraszam.

– Ale nie były to myśli „s”? – Lekarz wciąż bawił się długopisem.

– Myśli „s”? A, chodzi o to, czy nie zamierzam wyskoczyć z okna albo strzelić sobie w głowę? Nie, żeby aż tak, to nie.

– Pytałem, czy po hospitalizacji dręczą pana jeszcze te koszmary?

– Teraz nie.

– Może coś innego wywołuje niepokój?

Heinz przeczesał włosy dłonią.

– Myślę… – Wykonał kolisty ruch ręką. – Czasami odnoszę wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie wiem kto. To… to raczej coś w rodzaju przeczucia niż pewności, niejasna intuicja, ale tak…

– A czy dziś, gdy pan do mnie jechał, ktoś pana śledził? – Pstrykał długopisem coraz szybciej.

– Dziś nie. Jestem pewien. Widziałbym w lusterkach.

Psychiatra poczerwieniał na twarzy. Uprzejmość zamieniła się w nieprzyjemny grymas. Odłożył długopis. Wziął kilka głębszych wdechów i nachylił się przez stół. Z tej odległości Heinz poczuł nieświeży oddech.

– Tracimy czas. Pan tu przyszedł ponabijać się? – wysapał. – Niesporczak, tak? Wymyślił pan to wszystko, żeby wyśmiewać się z mojego nazwiska. Pana w szkole też wyzywano od bezmózgich?

Komisarz rozłożył ręce.

– To ja mam być paranoikiem, nie pan.

Patrzyli na siebie dłuższą chwilę.

– Nie mam pojęcia, jak się pan nazywa – zaczął się tłumaczyć. – Zapisałem tylko godzinę i miejsce wizyty, więc…

– To bardzo nieładnie tak się naśmiewać. – Lekarz nie dał mu dokończyć. – Umówiłem się z panem tylko ze względu na pańską przyjaciółkę. A teraz proszę wyjść.

Heinz wstał.

Po takiej akcji jego notowania u Pocahontas spadną. Zanotują dramatyczny spadek.

– Was wszystkich powinni leczyć. I niech pan coś zrobi z głową, doktorze. Wygląda pan, jakby uparł się na brazylijskie bikini. Tyle że na głowie.

Trzasnął drzwiami. Kobieta, która siedziała w poczekalni, spojrzała na niego zdziwiona. Zrobił kilka kroków, zawrócił i podszedł do drzwi gabinetu.

Spojrzał na nazwisko umieszczone na tabliczce.

„Dr n. med. Janusz Wrotek”.

I o co to całe halo?

– Niech pani do niego nie idzie. – Pochylił się nad kobietą. – Albo proszę wejść i spojrzeć na jego włosy. To… – Nie dokończył, tylko postukał się w głowę.

Dopiero gdy wsiadł do samochodu, przypomniał sobie audycję. Przez godzinę w radiu nawijali o bezkręgowcach. I że te pomogą rozwiązać ludziom zagadkę nieśmiertelności. Heinz nie miał takich marzeń.

– Niesporczak, wrotek – powtarzał cicho dwa słowa.

Gdyby ktoś go usłyszał, uznałby za wariata.

2

W połowie stycznia występowali w „Leśniczówce”, a on czuł się jak debiutant. Godzinę przed koncertem pociły mu się ręce, a dwa szoty poprawione piwem nie stępiły stresu. Grali na wernisażu wystawy starych polskich okładek płytowych i być może dlatego klub, w którym od zawsze grano jazz i bluesa, tego wieczoru pękał w szwach. Heinz zdążył już usłyszeć, że z tą brodą wygląda całkiem, całkiem. Jak śląski Jerry Garcia. I że na starej okładce wypadłby stylowo.

Dwa czterdziestominutowe sety z coverami to tyle co nic, ale tym razem bał się jak cholera. Czuł, że gdzieś nastąpi wtopa. Ale chyba nie nastąpiła. No może z wyjątkiem Oni zaraz przyjdą tu, kiedy pomylił się na początku i zagrał riff w innej tonacji. Nikogo na sali, poza nim samym i basistą, to nie obchodziło. Publiczność bawiła się świetnie. Może z wyjątkiem jednego faceta, który stał nieruchomo po prawej stronie i uporczywie się w niego wpatrywał. Albo też zamyślony, patrzył gdzieś w dal, przed siebie, i wspominał dawne czasy. Nieważne. Heinz grał, był w swoim świecie, zamknięty w kapsule czasu i otoczony dźwiękami z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Uśmiechnął się nawet, było mu dobrze.

W przerwie z raciborskim w ręce przecisnął się przez tłum, żeby pooglądać okładki. Zatrzymał się między Niemenem otoczonym elektroniką a Nalepą z małym chłopcem prowadzonym za rękę. Ludzie tłoczyli się jak przed Moną Lizą, więc postanowił dać sobie spokój. Z domu ma całkiem blisko, wpadnie i obejrzy okładki innym razem. Odwrócił się. Stał przed nim ten sam mężczyzna, który zwrócił już jego uwagę. W szarej bluzie z kapturem, z rękami w kieszeniach, ponad głowami innych patrzył na którąś z okładek. Ale to nie on się odezwał.

– Też kiedyś grałem, panie komisarzu.

Jakiś rumiany kolos uśmiechał się do Heinza. Ze dwie głowy wyższy od niego, posturą przypominał zapaśnika albo kulomiota.

– Znamy się?

Olbrzym otarł pot z czoła.

– Nie osobiście. Po prostu wiem, kim pan jest. Ja na weselach grałem. W ogóle fajnie wam idzie, nie powiem. Miły klimacik. A zdarzyło się panu, żeby podczas występu ludzie płakali? Bo mi tak, kilka razy.

Zawsze napatoczy się jakiś natręt.

Heinz upił łyk z butelki. Przejście się zakorkowało, ktoś krzyknął, żeby otworzyć okno, ludzie tłoczyli się, ale obecność olbrzyma gwarantowała pewną przestrzeń. Wyglądał przy Heinzu, jakby był jego ochroniarzem.

– A zgony pan miał? Bo ja trzy. Można by długo opowiadać.

– To może innym razem. Ale atak padaczki mieliśmy.

Kolos pokręcił głową.

– Padaczka się nie liczy.

Heinz skończył piwo i chciał desperacko przedzierać się po następne, ale kulomiot zastąpił mu drogę.

– Ale ja dziś w innej, niemuzycznej sprawie. Może zapalimy? – Wyjął z kieszeni paczkę lucky strike’ów.

Heinz mruknął pod nosem coś na odczepnego, wyminął olbrzyma i zaczął przeciskać się do baru.

– O Jacku Szymonie na pewno pan wie? – usłyszał za plecami.

Odwrócił się.

– No właśnie. – Zwalista postać znów stała nad nim. – Fatalna sprawa. – Westchnął.

Nim Heinz zdążył odpowiedzieć, zadudniła muzyka z głośników. A potem basista przedarł się przez tłum. Podszedł do Heinza, krzyknął mu coś do ucha i pokazał ręką, a potem poprowadził do stolika, który był dla nich zarezerwowany.

Dwa słowa. Wystarczyły dwa słowa, żeby wieczór utracił radosną tonację. Grali drugiego seta, ale tym razem nie uśmiechnął się ani razu. Wypadł ze swojej kapsuły. Myślami był teraz gdzie indziej.

Jacek Szymon. Zabity w sylwestrową noc w Lesie Murckowskim. Tylko tyle wiedział. Usłyszał o tym przypadkowo podczas rozmowy na korytarzu w komendzie, gdy w styczniu przywiózł zwolnienie. Kiedy dopytywał się o szczegóły, wszyscy nabierali wody w usta. Albo zasłaniali się niewiedzą. W domu przeszperał internet, ale poza jedną ogólną wzmianką nic o zabójstwie nie znalazł. Dziwne. Śmierć policjanta, nawet byłego, powinna być sensacyjną wiadomością. A tymczasem wokół sprawy panowała zagadkowa cisza.

Zakończyli energetycznym utworem Hendrixa. A potem wyszedł zapalić. Od listopada obowiązywał zakaz palenia i Heinz wciąż nie mógł zrozumieć, po co go wprowadzono. Knajpa to nie apteka. Palacze przestępujący na kilkustopniowym mrozie z nogi na nogę z pewnością myśleli to samo. Odszedł od wejścia i podziwiał dach „Leśniczówki”. Nowy właściciel zrobił dużo, żeby przywrócić klubowi dawną świetność. Ktoś, kogo Heinz znał z widzenia, podszedł, podziękował za koncert, klepnął po plecach. Zapalił kolejnego chesterfielda. W drzwiach klubu pojawiła się zwalista sylwetka, mężczyzna rozejrzał się, namierzył Heinza i podszedł.

– Dziś nikt nie płakał, nikt nie umarł…

– Jacek Szymon umarł – odparł olbrzymowi zaczepnie.

Kolos westchnął.

– Można tak powiedzieć. – Rozpiął kurtkę, ale tym razem nie wyjął papierosów. Skórzany portfel wyglądał w jego ręce jak miniaturowa zabawka. Otworzył go i niezgrabnie grzebał paluchami.

– Ktoś chciałby się z panem widzieć. Właśnie w tej sprawie. – W końcu z nieskrywanym uczuciem ulgi wyjął wizytówkę i podał komisarzowi.

Heinz odczytał nazwisko. Zgasił papierosa. Niedopałek długo wdeptywał w śnieg.

– Z gangsterami nie gadam – powiedział wreszcie. – Chyba że są w kajdankach.

– Pan z policji, a ma mnóstwo złych informacji. – Kolos się roześmiał.

– No to oświeć mnie, przyjacielu. – Heinz chuchnął parą.

– To też nieprawdziwa wiadomość. Nie jestem pańskim przyjacielem. A Marek Kotrych jest powszechnie szanowanym przedsiębiorcą, nie gangsterem.

– Jasne. A Czarny Alibaba to piosenka o porannej defekacji.

Wielkolud zamrugał.

Drzwi „Leśniczówki” się otworzyły. Rozległ się kobiecy śmiech.

– O, a tam stoi nasz zarośnięty Hipis – usłyszał znajomy głos. Perkusista otoczony trzema dziewczynami zbliżał się do nich.

– Pan Kotrych ma coś do przekazania w wiadomej sprawie – wypalił olbrzym szybko. – Ale tylko panu. Tak miałem powiedzieć. Dlatego mnie tu przysłał.

Grupka stanęła obok. Chłopak, który z nimi od niedawna grał, miał szczególny dar. Zawsze po koncercie kręciły się wokół niego narwane wielbicielki Dżemu albo bezzębni hipisi.

Nie wiadomo, który gorszy sort.

– Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę. – Perkusista otoczył Heinza ramieniem. – Idziemy jeszcze gdzieś się pobawić.

– Strasznie jesteś podobny do mojego dziadka – pisnęła do komisarza najwyższa z dziewczyn.

Uznał, że drużyna obejdzie się dziś bez niego.

– Spadam – powiedział. – Na dziś mam dość wrażeń.

– Przedstawisz nam swojego znajomego, Hipis? – Bębniarz spojrzał na kulomiota.

– Kumpel z dawnych czasów. Też muzyk. Tyle że grywa na stypach.

Schował wizytówkę do kieszeni.

– Miło, że wpadłeś. – Klepnął olbrzyma w plecy.

Wszedł do klubu i pożegnał znajomych. Zamówił taksówkę.

Wrócił do domu tuż przed północą. Wyszperał płytę, na którą ktoś zgrał mu stare bluesy. Miły prezent urodzinowy, lubił taką muzykę.

Dżamble wykonywali Ramblin’ On My Mind. Szkoda, że dziś tego nie zagrali. Pomyślał o wokaliście i kompozytorze. Obaj źle skończyli. I zdecydowanie przedwcześnie. Pierwszy zastrzelony, drugi najpewniej otruty. Co się przytrafiło Szymonowi?

Podgłośnił muzykę, jakby w ten sposób chciał zagłuszyć powracające natrętnie pytanie.

A potem poszedł do łazienki i zgolił brodę.

3

Stał dwa kroki za nim. W kieszeni spranej szarej bluzy z kapturem trzymał nóż. Niczym nie wyróżniał się w tłumie. Ludzie tłoczyli się przed tymi głupimi okładkami, napierali na siebie, czuł smród potu, prawie taki sam jak w celi. Lepszego momentu nie będzie. Jeszcze jeden krok i szybki ruch. Ciało będzie się powoli osuwać, butelka wypadnie z ręki, a piwo pryśnie na najbliżej stojących, ludzie pomyślą, że tamten zasłabł, i dopiero po chwili zobaczą krew. Rozlegną się krzyki, zapanuje panika, a on zniknie w tym zamieszaniu. Gdy pochylą się nad nim i patrzeć będą w wybałuszone, zdziwione, ale przede wszystkim martwe oczy, on będzie już daleko.

I to będzie koniec kariery komisarza Rudolfa Heinza.

Zacisnął palce na rękojeści. Ktoś go potrącił, że aż się zachwiał. Niewiele brakowało, a wbiłby sobie nóż w brzuch.

Jakiś potężny mężczyzna stał obok.

Heinz odwrócił się nagle i ich spojrzenia na ułamek sekundy się skrzyżowały. Przez chwilę zdawało mu się, że komisarz go rozpoznał. Uciekł wzrokiem i wpatrywał się w okładki płyt.

– Też kiedyś grałem, panie komisarzu – usłyszał, jak olbrzym zwraca się do policjanta.

Kurwa. Nie tak miało być. Wyjął mokre ręce z kieszeni. Otarł je o spodnie. Odwrócił się i wyszedł z klubu.

Siedział w zdezelowanym oplu, którego pożyczył od kumpla, trzymał w ustach niezapalonego papierosa i wpatrywał się w wychodzących z klubu. Może to i lepiej, pomyślał. Po prostu tak miało być. Taka karma. A gdy go dopadnie, satysfakcja będzie jeszcze większa.

Lata odsiadki nauczyły go cierpliwości. Starał się ich nie zmarnować. Pracował nad sobą. Ćwiczył. Inni robią pompki, żeby nie zwariować, a on miał w tym swój cel. Był wzorowym osadzonym. Po połowie wyroku został zwolniony. I wiedział, że nadszedł jego czas. Nic nie dzieje się przez przypadek. A teraz te dwa psy się o tym dowiedzą. Rudolf Heinz. W więziennej bibliotece przypadkiem natrafił na gazetę, w której był wywiad z policjantem. Skurwysyn opowiadał o pracy, sadził mądrości, że trzeba oddzielać życie zawodowe od prywatnego, ględził o muzyce i swoim zespole. Zapamiętał, jak się nazywają, i czekał. Killing Floor. Denna, głupia nazwa. Będziesz miał we mnie wiernego słuchacza, Heinz. Ciekawe, czy będziesz wtedy taki mądry.

Ten drugi, którego chciał zabić, nazywał się Jacek Szymon.

W samochodzie było zimno, ale nie robiło to na nim wrażenia. Nie włączył ogrzewania. Podrapał się po rzadkim zaroście i wytarł nos ręką. Zniósł niejedno i zawsze spadał na cztery łapy. Kiedy pojawiła się w jego życiu heroina, też dał radę. Wprawdzie nie skończył szkoły, ale widocznie nie było mu pisane. Gdyby było inaczej, nigdy by jej nie poznał. Nazywał ją „Roszpunką”. On był dla niej „Księciem”. Długi, gruby warkocz, opadający na plecy i sięgający niemal pośladków. Gdy widzieli się po raz ostatni, trzymał ją za ten warkocz, a nóż przystawiał do szyi. Tak dla zabawy i większych emocji. Żeby ją wystraszyć i zobaczyć, jak to jest.

A potem Roszpunka znikła. Musiała gdzieś wyjechać, może do Anglii. Wszyscy jeździli na Wyspy. Zniknęła nagle, ale przecież nie dlatego, że się go wystraszyła. Nic nie zrobił. Niemożliwe. Przesłuchiwali go nawet, ale co on mógł wiedzieć. Nic. Szkoda tylko, że kartki mu stamtąd nie przysłała.

Włosy. Miała wspaniałe włosy, ale inne też mają piękne.

To jeszcze nie były te czasy, gdy cztery zakłady fryzjerskie znajdowały się na jednej krótkiej ulicy. Miał, jak to mówią, dobrą rękę i oko. Oraz zmysł. Wiedział, z jaką fryzurą każdej będzie najbardziej do twarzy. Razem z kolegą otworzyli niewielki salon. Tamten strzygł facetów, on zajmował się kobietami.

Trzymał w ręce zapalniczkę, ale nie zdecydował się jej użyć. Dość. Właściciel opla nie pali, a samochód mógł mu się jeszcze przydać. Zobaczył, że Heinz wyszedł. Stanął samotnie i gapił się na coś. Przeszło mu przez myśl, żeby wysiąść z samochodu, podbiec, zadać cios, ale opanował pokusę. Nie. Nie teraz. Poczeka. Czekał pięć długich lat. Nie da się ponieść emocjom.

To stało się w dwa tysiące piątym. Była ostatnią klientką tego dnia. Nie mógł oderwać oczu od jej włosów. Czuł ich zapach i ciepło skóry. „Ciąć takie piękno? To jakby Roszpunce odciąć warkocz. Pamięta pani? Książę wspinał się po takim złotym warkoczu do wieży”. Nic takiego wtedy nie powiedział. Jest pewien. Wmówili to tej dziewczynie, żeby przeciwko niemu zeznała. Cipa. Ten skurwysyn, który tam teraz samotnie stoi, nakłonił ją do tego. Wszystko ukartował.

Poszedł za nią. W bramie przystawił nożyczki do szyi. Nie krzyczała.

„Właśnie, panie komisarzu. Dlaczego nie krzyczała? Bo poszła ze mną dobrowolnie”.

Został skierowany na obserwację psychiatryczną. Biegli orzekli, że w momencie uprowadzenia dziewczyny był poczytalny.

Szyba w samochodzie zaparowała i uchylił okno. Uśmiechnął się. Intuicja go nie zawiodła. Bardzo dobrze, że nie wysiadł. Do Heinza podszedł olbrzym, ten sam, który zaczepił go w klubie. Rozmawiali. Ten wielki podał coś Heinzowi.

Ciekawe, czy pamięta ich ostatnią rozmowę. Ostatnie przesłuchanie. On potrafił powtórzyć każde słowo.

Policjant splótł dłonie i oparł na nich brodę. Przyglądał się mu badawczo.

– Powiem ci jedno, Fryzjer.

„Fryzjer”. Tak go nazwali.

– To zostanie między nami. Będziesz siedział za uprowadzenie i przetrzymywanie tej dziewczyny. Ale ja ci teraz powiem, co by się stało, gdybyśmy cię nie złapali.

Wyjął plik zdjęć z teczki.

– Narzędzia chirurgiczne. – Rzucił fotografię na stół. – Po co ci to? Zamierzasz iść na medycynę? Czy wprowadzić do swojego salonu usługi z cennikiem ekstra?

– To nie moje. Ktoś mi podrzucił. Mówiłem sto razy…

– A ten sznur skręcony z ludzkich włosów – pokazał kolejne zdjęcie – też ci ktoś podrzucił? Swoją drogą, ile czasu zajęło ci zrobienie czegoś takiego?

Sznur był gruby. Trzy centymetry średnicy, metr długości. Naprawdę był dumny ze swojej roboty.

Policjant nie doczekał się odpowiedzi. Przechylił się przez stół. Wpatrywał się w niego zmęczonymi oczami.

– Myślę, że byś ją zgwałcił i zabił.

Gdy nie doczekał się reakcji, mówił dalej:

– Ciągnie się za tobą smród. Tamta dziewczyna, pamiętasz? Oficjalnie uznana za zaginioną… Myślę, że to twoja robota.

Pamiętał każdy jego ruch. Policjant zaciskał palce w pięści i prostował je, jakby przygotowywał się do ciosu.